Rozdział 188: Nigdy nie zostało to wypowiedziane
Greg i Mycroft odpoczywali wspólnie na kanapie, ze splątanymi nogami i kieliszkami wina w dłoniach. Spędzili ostatnią godzinę pijąc jedną butelkę, a później otworzyli drugą i byli obecnie w połowie jej. Pomiędzy pocałunkami i intymnymi dotknięciami prowadzili swobodną rozmowę i przytulali się.
Greg opowiadał obecnie historię ze swoich wcześniejszych lat w Scotland Yardzie, kiedy Sally Donovan i Philip Anderson właśnie dołączyli do oddziału. Cała sprawa była jednym wielkim bałaganem, co w tamtym czasie było absolutnie okropne, ale teraz stało się bardzo zabawną anegdotą.
— O drogi Pani — zaśmiał się Mycroft, potrząsając głową z uśmiechem. — To jest absurdalne. Anderson naprawdę opuścił ciało.
— Tak — zaśmiał się Greg. Wypił resztę wina, wyciągając się na dużej, wygodnej kanapie w domu Mycrofta. Spojrzał czule na pogodny wyraz twarzy młodszego mężczyzny. Wyglądał na szczęśliwego, co bardzo odpowiadało inspektorowi. To sprawiało, że czuł ciepło w piersi. — Nie wiem, co próbował udowodnić, ale skończyło się na tym, że denat spadł na ziemię. Sprzęt również rozsypał się po całej ziemi, to był niesamowity bałagan.
— Nie wydaje się, żeby bardzo zmienił się od tamtego czasu. — Mycroft uśmiechnął się. — Twój Anderson jest odrobinę zniewieściały.
— Och… — Greg zamrugał. Nastąpiła chwila ciszy, zanim wybuchnął gromkim śmiechem. Być może był to alkohol, ale słuchanie, jak Mycroft nazywa kogoś zniewieściałym, stało się nagle najbardziej zabawną i genialną rzeczą, jaką mógł sobie wyobrazić. Mycroft zaśmiał się lekko, kładąc dłoń na udzie Grega, który wciąż się śmiał. — Ach, Chryste, Myc, kocham cię.
Dopiero po kilku chwilach zapadła cisza. Całe ciało Mycrofta zamarło, a wkrótce potem śmiech Grega ucichł, a jego oczach pojawił się szok. Nigdy… nigdy wcześniej tego nie powiedział. Był blisko tego, ale zawsze był zbyt nieśmiały, by wypowiedzieć te słowa, które od wieków opisywały to, co czuł. Patrzyli na siebie. Greg otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zanim zdążył, Mycroft rozplątał ich nogi i wstał.
— Za chwilę… wrócę — powiedział sztywno Mycroft, po czym odwrócił się i energicznie wyszedł z pokoju.
Greg siedział przez chwilę sam, wpatrując się w miejsce, w którym zniknął Mycroft. Powiedzenie tego najwyraźniej nie było właściwie. Przesunął się, pochylając się nieco do przodu i przygryzł dolną wargę. Czy powinien iść za Mycroftem? A może… powinien tu po prostu poczekać?
Przeczesując palcami włosy, zsunął się z kanapy i wstał. Nie miał absolutnie pojęcia, co powie, ale czuł, że nie może tu jedynie siedzieć i czekać. Dlatego odchrząkując, wyszedł z salonu i podszedł korytarzem, w którym zniknął Mycroft. Rozejrzał się, nie do końca pewny, gdzie iść, zanim zauważył go w kuchni.
— Mycroft? — zapytał cicho, wahając się przed wejściem do kuchni.
Młodszy mężczyzna stał tyłem do niego z pochyloną głową. Greg ponownie przygryzł nerwowo dolną wargę. Powoli podszedł i stanął za nim. Wyciągnął dłoń i nieśmiało położył ją na jego plecach.
— Hej — wyszeptał, marszcząc brwi. — Posłuchaj…
Zanim zdążył wypowiedzieć swoje przeprosiny, Mycroft odwrócił się, a wyraz jego twarzy całkowicie zszokował Grega. Mógł odczytać każdą emocje w tych bladych oczach, zmarszczonych brwiach, zaciśniętych ustach. Ale co więcej… Mycroft płakał. Nie za mocno i nie wydawał przy tym żadnych dźwięków, ale zdecydowanie były to plamy po łzach na jego policzkach, a następnie pojawiały się w jego oczach.
— Mycroft — zaczął znowu, wymawiając jego imię w szoku. — Myc, ja…
— Nikt mi tego wcześniej nie powiedział — przerwał mu Mycroft, zerkając na podłogę, jakby nie mógł dłużej patrzeć na Grega.
Lestrade zamrugał, przyswajając sobie te słowa.
— Nikt? — powtórzył, a usta rozchyliły się w szoku. — Ani razu?
Mycroft potrząsnął głową. Greg był załamany. Nigdy wcześniej temu genialnemu, wspaniałemu człowiekowi nie powiedziano tych dwóch prostych słów, które naprawdę miały dla niego takie znaczenie? To była cholerna zbrodnia.
— Moi rodzice… Nie są tacy jak twoi. Nie są tacy jak większość, wiesz o tym, już z tego, co powiedziałem ci o moim wychowaniu — zaczął wyjaśniać Mycroft. Potarł oczy wierzchem dłoni. Jego głos lekko drżał, ale ogólnie wydawał się całkiem panować nad sobą. — To nie są tego typu ludzie. Nie mówią tego nawet własnym dzieciom.
Greg nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Rodzice Mycrofta nigdy nie powiedzieli swoim dzieciom, że ich kochają. Nic dziwnego, że Mycroft i Sherlock, że byli tacy a nie inni w dorosłym życiu. Ze złością Greg wyciągnął ręką i przyciągnął Mycrofta do mocnego uścisku.
— Wróć ze mną na kanapę — poprosił cicho. — Proszę.
Mycroft był sztywny w ramionach Grega, ale po chwili niechętnie skinął głową. Lestrade nie odezwał się ani słowem, kiedy wracali, a kiedy usiedli, przyciągnął Mycrofta w dół, aby ten usiadł na jego kolanach. Spojrzał na drugiego mężczyznę z czułym, poważnym wyrazem twarzy.
— Od teraz będziesz słyszał te słowa — powiedział Greg. Był zdecydowany w tym. Powinien powiedzieć te słowa dużo wcześniej. Do tej pory wyrządzał temu człowiekowi krzywdę. — Kocham cię, słyszysz mnie? Naprawdę. Jesteś genialny i niesamowity, a od dzisiejszego wieczoru nadrobię te wszystkie lata, w których tego nigdy ci nie mówiono.
— Gregory… — powiedział Mycroft, zaciskając usta w cienką linię.
— Nie — powiedział Greg, kręcąc głową. — Tak właśnie będzie. To mam na myśli. Kocham cię.
Chwytając Mycrofta, zmusił go do pochylenia się i pocałował go słodko. Po chwili poczuł, jak Mycroft chwycił go za koszulkę, kiedy zaczął odwzajemniać pocałunki. Żałował każdej chwili, kiedy miał na myśli te słowa, ale ich nie wypowiedział. Planował nadrobić to w każdy możliwy sposób.
