Rozdział 232: W górę

— Tatuś w górę — rozległ się cichy głos Olivera obok Grega, gdy stał w kuchni, przygotowując kolację.

Z uśmiechem spojrzał w dół i zobaczył swojego syna stojącego obok niego, wyciągającego ręce i machającego palcami.

— W porządku Ollie, za moment — powiedział Greg, pochylając się i chwytając chłopca pod pachami. Chrząkając dramatycznie, gdy go podniósł, oparł chłopca na biodrze. — Ale tatuś gotuje, okej? Widzisz?

— Tak. — Skinął głową.

Wielkie brązowe oczy zwróciły się w stronę kuchni, wpatrując się w garnki, które stały na palnikach. Wyciągnął rękę, by dotknąć unoszącej się pary, zafascynowany nią, po czym odsunął dłoń i zachichotał.

W swoim krótkim czasie, od kiedy zaczął mówić, Oliver udoskonalił niektóre słowa. Brzmiał na dość wyrafinowanego, przez co Greg nie mógł powstrzymać się od uśmiechu z dumą. Wciąż miał skrócone wersje słów i dziecinne słowa, ale ostatnio stał się coraz bardziej konkretny i nie było wątpliwości, że był to duży wpływ Mycrofta.

Chociaż obecnie jego ulubionym słowem wydawało się być "w górę". Greg nigdy nie rozumiał fascynacji dzieci ciągłym trzymaniem w ramionach, kiedy w końcu nauczyły się chodzić samodzielnie. To był etap, przez który obecnie przechodzili i nie można było zaprzeczyć, że stało się to pewnego rodzaju treningiem.

— Dobrze, kochanie, tata potrzebuje obu rąk — powiedział Greg po około pięciu minutach.

Musiał mieszać jedzenia, a jego ramię się męczyło, dlatego postawił chłopca na ziemię, by zająć się kolacją. Usłyszał bardzo mycroftowe prychnięcie Olivera i musiał przygryźć wargę, żeby się nie roześmiać.

— W górę tatusiu — powtórzył Oliver, kilka razy szturchając nogę Grega.

— Nie mogę Ollie — powiedział Greg, tym razem chcąc być stanowczym. — Chcesz zjeść kolację?

— Tak… — westchnął jego syn.

— W takim razie muszę gotować, dobrze? Dlaczego nie pójdziesz szukać papy, dopóki nie skończę? — zasugerował, wyłączając jeden z palników i zaglądając do piekarnika.

Kątem oka widział, jak Oliver obserwował go jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił się i ostrożnie wyszedł z kuchni.

OoO

Mycroft siedział w swoim gabinecie, pochylając się nad biurkiem i pisząc notatki, które rano musiał przesłać premierowy. Jego laptop był otwarty przed nim, komórka zapalała się nowymi wiadomościami od Anthei, a na biurko leżał folder ze zdjęciami z monitoringu.

Był tak pochłonięty tym wszystkim nad czym pracował, że ledwo zauważył, że drzwi zostały otwarte. Po chwili zorientował się, że nie był już sam w pokoju. Podniósł wzrok, ale nie zobaczył Gregory'ego, jak początkowo się spodziewał. Kąciki jego ust uniosły się w lekkim uśmiechu, ponieważ oczywiście oznaczało to, że ich żądne przygód dziecko było tym, które tu przyszło.

— Papa — oznajmił Oliver, podchodząc i stojąc obok jego krzesła. Uniósł ramiona i spojrzał na niego. — W górę.

— Oliver, skarbie, papa pracuje — zauważył Mycroft, zerkając na laptopa i odkładając długopis.

— W górę? Proszę?

Mycroft odwrócił się, by ponownie spojrzeć na syna i od razu wiedział, że już po nim. Ręce Olivera nieco opadły i patrzył na niego tymi szeroko otwartymi oczami, z ustami wygiętymi przy lekkim zmarszczeniu brwi. Drogi Panie. Dzień, w którym młody Oliver doprowadziłby do perfekcji dąsy Lestradów, będzie jego zgubą. Wystarczająco trudno było sobie z tym poradzić w przypadku Gregory'ego, ale nie było mowy, żeby mógł oprzeć się swojemu synowi. Szczególnie trudniej było się temu oprzeć niż pierwszej prośbie.

— Dobrze — westchnął, nie mogąc odmówić dziecku, kiedy otrzymał to spojrzenie.

Odwrócił sie na krześle, schylił i podniósł Olivera tak, żeby stanął mu na kolanach. Małe ramię przesunęło się, by spocząć na jego ramieniu, ręka osiadła u podstawy jego szyi, gdy chwiał się, aż znalazł swój środek ciężkości. Ostrożnie owijając ramie wokół ciała Olivera, Mycroft kontynuował pracę najlepiej, jak mógł, dopóki Gregory nie zawołał ich na kolację.

— Chodźmy zjeść, Oliverze — zaproponował Mycroft, odwracając się, by postawić chłopca z powrotem, ale Oliver wydał z siebie cichy dźwięk skargi i przywarł do papy. To było więc załatwione. Nie chciał być opuszczony. Mycroft westchnął i zaciskając uścisk na Oliverze, wstał wynosząc go z gabinetu do jadalni, w której podawano jedzenie.

— Widzę, że ktoś również cię osaczył — skomentował Gregory z uśmiechem, podnosząc wzrok.

Mycroft przesunął Olivera, który uśmiechał się dość dumnie i skinął głową.

— W rzeczy samej. Wykorzystał przeciwko mnie te swoje oczy.

Gregory roześmiał się. Mycroft uśmiechnął się lekko, a Oliver zachichotał, ponieważ jego tatuś się śmiał. Wreszcie, na szczęście, nie przeszkadzało mu to, że już nie trzymano go (choć tylko dlatego, że siedział i jadł kolację).

— Nie wiem, dlaczego nalega, by cały czas go nosić — skomentował łagodnie Mycroft, obserwując, jak Oliver rozdziera chleb na kawałki i powoli żuje.

— To tylko faza, przez którą przechodzi — powiedział Gregory, a Mycroft uśmiechnął się, czując dłoń na kolanie. — Teraz, kiedy zna niezależność, chce być z nami jeszcze bardziej.

— To nie ma sensu — powiedział, potrząsając głową i popijając wino.

— Przynajmniej jest przy tym słodki — zauważył Greg.

Mycroft zanucił, kiwając głową. Nie mógł temu zaprzeczyć.

— Tak — wtrącił Oliver, znacząco przytakując między kęsami chleba.