Rozdział 248: Komponowanie
Mycroft miał zamknięte oczy, skupiając się na absolutnie niczym poza zadaniem, w którym się pogrążał. Jego smukłe palce przelatywały po chłodnej kości słoniowej, odtwarzając muzykę z pamięci bez pomocy nut. Były one co prawda przed nimi, ale nie musiał się na nich koncentrować i o to mu właśnie chodziło.
Odkąd był małym chłopcem, kochał grać na pianinie. Był to instrument, na którym grał z całej pasji, podobnie jak później Sherlock robił to ze swoimi skrzydłami, i był w tym doskonały. Już w wieku dwunastu lat komponował własną muzykę. Nie miał już dużo czasu na komponowanie. W każdym razie niewiele. Jego praca przeważała nad jego pasją i czasami spędzał tygodnie nie dotykając ukochanego fortepianu. Nawet tej nocy cienka warstwa kurzu, którą musiał zetrzeć, była przygnębiająca. Teraz, kiedy wyłączył komórkę i zmusił się do opuszczenia biura, nigdy nie chciał już się odsunąć od instrumentu.
Polityka była wyczerpująca, Sherlock był irytujący, a Mycroft był na granicy nerwów. Dlatego grał. Grał intensywnie i precyzyjnie, muzyka rozbrzmiewała w powietrzu. Przechodziła z jednego kawałka muzycznego w następny z nieskazitelną łatwością, jak zawsze miały być grane razem, nawet jeśli były skomponowane stulecia od siebie.
Kiedy miał już dość klasyków, przeszedł do własnych kompozycji. Zagrał dwa pełne utwory, które stworzył pod koniec dwudziestego roku życia. Jego myśli i emocje wracały po całym tym czasie i całkowicie rozumiał, dlaczego wybrał tę nutę i tę prędkość. Z westchnieniem spojrzał na swoje dłonie ze zmarszczonymi brwiami, zatrzymując się i słuchając dźwięków odbijających się od jego ścian.
Bez muzyki był niczym. To było prawdą. Nigdy by się do tego nie przyznał, ale on i Sherlock byli bardzo podobni pod tym względem. Mycroft nie pozwalał sobie na wyrażenie wszystkich swoich emocji w normalny sposób, więc robił to za pomocą fortepianu. Muzyka była jego katalizatorem i naczyniem. Muzyka była dla niego wszystkim.
A potem był Gregory.
Jak zawsze, starszy mężczyzna miał sposób, by nawiedzać jego myśli w najbardziej przypadkowych momentach. Mycroft zakochał się i nie wiedział, jak sobie z tym poradzić. Przekonywał samego siebie, że to się nigdy nie wydarzy, a jednak… Nie można było zaprzeczyć, że to się stało. Był sfrustrowany, ponieważ wiedział dokładnie, co należy zrobić, a jednocześnie był niesamowicie niedoświadczony w tym wszystkim. Był uwięziony w tym, że nie był w stanie sformułować słów, ponieważ kiedy to wcześniej robił, nie było już odwrotu i nigdy nie kończyło się to dobrze. Jak miało być inaczej w tym przypadku?
Gregory był jednak inny. Mycroft nigdy… Nigdy wcześniej nie czuł czegoś takiego. Dlatego z ciężkim westchnieniem znów zatrzepotał palcami po kości słoniowej, śledząc każdy zakątek klawiszy, zastanawiając się. Potem w końcu odłożył myślenie na bok i zrobił coś, na co nie pozwalał sobie przez piętnaście lat.
Zaczął komponować.
Kiedy komponował, godziny mijały w mgnieniu oka. Mycroft był nieświadomy wszystkiego, co go otaczało, gdy angażował się w swoje dzieło. Było ono intensywne, zmieniające się z powolnego i smutnego, przez zaciekły i wściekły, na szybki i gorący, a potem nieśmiały. Fala emocji, którą można było usłyszeć w muzyce, pasowała z falą emocji, która przelewała się przez jego serce.
Dopiero jakiś czas później, gdy Mycroft uspokoił się, a jego mózg ucichł, zdał sobie sprawę, że nie był sam. Ramiona zesztywniały na ruch za nim, a jego umysł i serce przyspieszyły. Przełykając, wziął głęboki oddech i zaryzykował spojrzenie za siebie, gdzie stał Gregory wpatrujący się w niego z podziwem.
— Przepraszam… — zaczął mężczyzna, wyraźnie zszokowany i bez tchu. — Twoja komórka była wyłączona i trochę… Cóż, martwiłem się, więc… Łał. Nie wiedziałem, że grasz.
Mycroft musiał pozbyć się napięcia z ramion, kiedy skinął głową. Jak długo Gregory był tam? Tyle myśli biegło mu w głowie i nie wiedział od czego zacząć.
— Tak — postanowił potwierdzić. — Gram odkąd byłem mały.
— Ten kawałek… to było…
— To było coś, co do mnie przyszło — mruknął, wzruszając ramionami.
Gregory spojrzał na niego zdumiony.
— Ty to skomponowałeś? — zapytał, robiąc krok do przodu, wpatrując się w niego.
Mycroft zacisnął usta w wąską linię i spojrzał na klawisze, ponownie kiwając głową.
— Tak…
— Emocje, które za tym kryły się — powiedział Gregory, a potem usiadł obok niego na ławce. Kiedy znalazł się tak blisko? — Skąd one wszystkie się wzięły?
Mycroft wyliczył, że mógł udzielić dokładnie sześć odpowiedzi na to i co mogło z nich wyniknąć. Mógł w ogóle odmówić odpowiedzi. Zastanawiał się, co by się wtedy stało. Miał każdą rozmowę precyzyjnie zaplanowaną do samego końca, kiedy jego usta zdecydowały się przemówić z własnej woli.
— Myślałem o tobie — przyznał, a jego ramiona znów się napięły.
Po chwili zaryzykował spojrzenie w górę, ale wyraz twarzy Gregory'ego był niejasny. Nie mógł go rozgryźć. Wtedy, niespodziewanie, starszy mężczyzna delikatnie ujął jego policzek.
— Ja też cię kocham, idioto — wyszeptał, pochylając się, by pocałować namiętnie Mycrofta. Starszy mężczyzna wtulił się w Gregory'ego. Pocałunek zapierał mu dech w piersiach.
To było ryzykowne założenie, ale mężczyzna był inspektorem o silnej intuicji. Poza tym miał całkowitą rację, a Mycroft pozwolił sobie na schwycenie ubrań mężczyzny i pozwolenie muzyce i jego ustom powiedzieć to, czego nie mógł powiedzieć na głos.
