Rozdział 252: Kilka słów
Greg wziął głęboki, drżący oddech, kiedy wspinał się na scenę, z papierami tak mocno zaciśniętymi w dłoniach, że zdziwi się, jeśli będzie mógł przeczytać, to co napisał. Nie był na to przygotowany. Nigdy nie mógł być na to przygotowany. Żadna ilość szkoleń, czytania lub fałszywych scenariuszy nigdy nie mogła to tego przygotować.
Starając się nie drżeć, Greg stanął za drewnianym podium i odwrócił się przodem do zgromadzenia ludzi, gdzie przed chwilą sam się znajdował. Wziął kolejny wdech, wpatrując się w smutne twarze przyjaciół, rodziny, współpracowników i nieznajomych. Nie był na to gotowy.
— Ethan był… — zaczął, a jego głos załamał się wbrew własnemu, mentalnemu protestowi. Odchrząknął i zamknął oczy na krótką chwilę, zanim spróbował ponownie. — Ethan był kimś więcej niż kolegą. Był doskonałym gliniarzem, jeszcze bardziej błyskotliwym sierżantem i był na dobrej drodze do nadinspektora, jeśli nikt z nas nie byłby ostrożny i dał mu na to szansę.
Ten komentarz wywołał kilka lekkich chichotów ze strony innych członków New Scotland Yardu, a Greg sam zdołał się uśmiechnąć na niektóre z bardziej miłych wspomnień, jakie przyniósł ze sobą ten komentarz. Spojrzał na swoje papiery, przeglądając pospiesznie nabazgrane notatki. Nie był na to przygotowany. Przełknął ślinę, ale prawie nic nie zdołało usunąć guza w gardle.
— Ethan był dla mnie kimś więcej niż tylko kolegą — kontynuował, zerkając na swoją przemowę, aby uniknąć ciągłego wpatrywania się w ludzi. — Był moim partnerem. Jednym z moich pierwszych w dywizji, ponieważ jak wszyscy wiemy, był tak dobry i potrafił wywołać uśmiech na twarzy prawie każdego w ciągu pięciu minut. Świadczy o tym samo zobaczenie was wszystkich tutaj. Wywarł wpływ na tak wiele istnień ludzkich i nadal ma na nie wpływ.
Musiał szybko zamrugać, walcząc z narastającym pieczeniem w oczach. Powiedział sobie przed tym wszystkim, że nie będzie płakał na pogrzebie. Był zdecydowany nie płakać teraz. Musiał być silny.
Jego przemówienie trwało trochę dłużej, opowiedział o kilku zabawnych rzeczach związanych z Ethanem, doceniając wszystko, co mężczyzna zrobił dla niego, gdy przechodził przez trudne okresy własnego życia, przez wszystko. Podobało mu się, że mógł wzniecić odrobinę iskry u tych wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy byli tacy smutni i było to… okropne. Ale to było naturalne. Byłoby smutno ze względu na śmierć Ethana, ale było coś w tym, że mężczyzna zmarł w pracy, co jeszcze pogorszyło sytuację. Zabrany przed swoim czasem. Przerażające dla innych funkcjonariuszy. To urzeczywistniło taką możliwość. Uczyniło to namacalnym. Uświadomiło, że to może być każdy z nich, jeśli nie będą ostrożni.
Ale Ethan chciałby, żeby ludzie się uśmiechali, nawet jeśli tylko trochę. Dlatego Greg skupił się na tym. Nie odniósł wielkiego sukcesu i nie mógł oprzeć się wrażeniu, że część tego miało związek z faktem, że przez cały czas, gdy wygłaszał mowę, był bliski łez, ale w końcu było po wszystkim i zszedł z podwyższenia i podszedł do swojego miejsca, czując ołowiane ciężary ciągnące się za nim.
Kiedy spojrzał w głąb przejścia, zbliżając się do swojego siedzenia, jego spojrzenie utkwiło w postaci stojącej w tylnym kącie. Jego chłód zachwiał się i prawie zamarł, ledwo będąc w stanie oderwać wzrok, gdy serce podeszło mu do gardła. Jego spojrzenie spotkało się z blado niebieskimi oczami, gdy Mycroft Holmes kiwnął mu łagodnie głową i leciutko uśmiechnął się, przesuwając nieco swój uchwyt na parasolu. Greg skinął mu głową, oblizując wargi i odwracając się, by usiąść.
Po pogrzebie wszyscy wyszli na zewnątrz, gdzie miał się odbyć pochówek. Powiedziano jeszcze kilka słów, a jacyś mężczyźni w mundurach wykonali porządne pożegnanie zmarłego, na które Greg nie mógł się zmusić. Zapytano go, czy chce poprowadzić tę część, natychmiast odmówił. Ledwo mógł zebrać się w sobie, by wygłosić mowę pożegnalną, nie było mowy, żeby mógł zrobić to wszystko.
Potem ludzie zaczęli powoli się rozpraszać. Greg podszedł do żony Ethana, Amandy, i mocno ją przytulił. Nie płakała, ale Greg myślał, że to tylko dlatego, że przelała wcześniej wszystkie łzy i nic nie zostało na dzisiaj.
— Posłuchaj mnie — wyszeptał, chwytając ją czule za ramiona. Przygryzł wargę, która lekko mu drżało. — Masz mój numer telefonu. Proszę, użyj go. Jeśli ty lub mała Sam będziecie mnie potrzebować, nie wahaj się. Możesz przyjść kiedykolwiek, albo możemy wyjść gdzieś… cokolwiek, co będziesz chciała, kochanie.
— Wiem, Greg. — Skinęła głową, zerkając na swoją córkę Sam, z którą siedziała, jak dobrze pamiętał Greg, jej babcia. Biedna dziewczynka. Nie mógł sobie nawet wyobrazić, jak to wszystko na nią wpłynęło. — Dziękuję ci. Zawsze byłeś niesamowitym przyjacielem naszej rodziny. Nigdy tego nie zapomnę.
Uśmiechając się tak bardzo, jak tylko był w stanie, z łzami spływającymi mu po policzkach, pochylił się i pocałował policzek Amandy. Uścisnęła go ponownie i delikatnie otarła jego łzy, poklepując go po policzku, zanim musiała porozmawiać z kimś innym.
Gdy przemierzał parking, czekał na niego czarny samochód i nie mógł odczuwać większej ulgi. W chwili, gdy drzwi wozu się zamknęły za nim, a on siedział w środku, szczupła dłoń spoczęła na jego kolanie. Greg odwrócił się i przez kilka sekund patrzył na Mycrofta, po czym pochylił się gwałtownie i wtulając się w jego pierś zapłakał. Był smutny, bał się i czuł się niezmiernie przytłoczony. Mycroft nic nie powiedział, zadowalając się trzymaniem go blisko siebie przez całą drogę do domu. I to było dokładnie to, czego Greg potrzebował, bo w tamtej chwili nie miał już siły na cokolwiek.
