Gohan jak praktycznie co dzień ostatnimi czasy wbiegł spóźniony do sali.

– Sumimasen! Sumisasen, Yoko-kun! – nieporadnie ukłonił się nauczycielce, po czym pognał po schodach na swoje miejsce w ławce, dając pokaz sprawnych kolan.

Sharpner prychnął i odgarnął długie pasmo blond włosów za ucho. Początkowo myślał, że Gohan to po prostu typowy nieogar-wymoczek i spóźnia się szczerze, jednak kiedy kujon zaczął coraz szybciej wbiegać po schodach, Sharpner domyślił się, po co ta cała szopka. Popisywał się sprawnością kolan.

Sharpner prychnął ponownie i skrzyżował ramiona na piersi – gdyby Gohan spóźniał się szczerze, prawdziwie, blondyn nawet byłby w stanie polubić takiego niegroźnego kujonka fajtłapę, lubił czasem takich mieć na boku, by lśnić przy nich. Sprawne kolana wszystko jednak zaprzepaściły.

Kiedy Gohan przeciskał się na swoje miejsce, które znajdowało się w rzędzie Sharpnera, chciał zgnoić kolegę-kujona za te kolana, ale jedyne co cichcem szepnął koleżance po prawej, to:

– Co za nieszczery kujon.

Ta nie do końca zrozumiała, ale przytaknęła i zaśmiała się nieco, gdyż umięśniony blondyn byłby wspaniałym materiałem na jej licealny romans. Już planowała zapoznać go z rodzicami, choć nie byli na żadnej randce.

Wreszcie Gohan pacnął pupą obok Videl, po której drugiej stronie spoczywał rozluźniony, acz pogardliwy Sharpner.

– Jezu, ale dziś korki, wczoraj holowałem kotka na rzece, dziś totalnie zaczopowało ulice – skłamał na poczekaniu. Zaczął grzechotać w torbie, poszukując czegoś do notowania. Sharpnera zirytowała ta krzątanina w ciszy, przetykana jedynie oleiście nudnym głosem belferki. Brew mu podskoczyła, a na czole wystąpiła żyłka.

– Yosh! – Gohan z werwą wyjął kołonotes i plasnął nim o pulpit uczniowski. – Jeszcze coś do pisania.

Tutaj i Videl nie wytrzymała.

– Gohan – skrzeknęła. – Nie jesteśmy w anime, nie musisz komentować rzeczywistości.

– Sumimasen, Videl-chan. O-och… – Zamarł z ramieniem w torbie.

– Co się stało? – spytała.

– Przypomniałem sobie, że zapomniałem wziąć długopis z biurka…

– Refleks szachisty – zadrwił z uśmieszkiem Sharpner, przymknął oczy, splótł dłonie za głową, oparł się prze-wygodnie i wsłuchiwał w chichot koleżanki obok.

– Rajuśku, ślęczałem wczoraj do późna nad zadaniem i tak mnie zmogło zmęczenie, że walnąłem się na pryczę i nie popakowałem polowy rzeczy, nie tylko nie mam długopisu, ale i połowy podręczników. Yokunai…

Videl pochyliła głowę, zmrużyła oczy. Nie mogła się opędzić od wrażenia, że Gohan niezwykle mocno przypominał złotowłosego wojownika w ichnim mundurku szkolnym, który od zaczęcia się sezonu licealnego zwalczał przestępców.

– Gohan, zrobiłam to zadanie w trzydzieści minut. Wiem, że komuś innemu mogłoby zająć więcej, ale przecież jesteś biegłym uczniem, a nawet gdyby nie, nie musiałbyś zarywać nocy. Co ty robisz cały dzień?

– Eeto… – Gohan masował tył głowy. – Trenowałem.

– Trenowałeś bierkami Obronę Sycylijską? Ha, ha, ha – Sharpner zaśmiał się pyszałkowato, słuchając chichotu koleżanki.

Belferce pękła kreda, gdy pisała tablicy.

– Sharpner, jeśli masz coś śmiesznego do powiedzenia, może się podzielisz?

– Sumimasen. – Pochylił się i przyatakował Gohana zmarszczonym nosem. – Przez ciebie belferka mnie upomniała!

– Daj spokój, Sharpner – załagodziła Videl. – Masz, Gohan, pożyczę ci swój. Pamiętaj, że jesteś uczniem liceum i nauka powinna stać na pierwszym miejscu, trening to tylko dodatek. Zarywanie nocy na pewno nie będzie ci służyło.

– Yataaa…! Dzięki, Videl!

Wyciągnął rękę, jednak zmieszał się, ponieważ czuł się, jakby rozmawiał z łagodniejszą wersją Chi-Chi. Przez roztargnienie szturmował zgięcie kciuka Videl paznokciem.

– Ach! – syknęła po spotkaniu z zapuszczonymi paznokciami kolegi.

Długopis wypadł z jej dłoni i wtoczył się między stopy Sharpnera.

– Sumimasen! Już podnoszę! – zadeklarował się Gohan.

Prześlizgnął się tułowiem po nogach Videl, pochylił jeszcze mocniej i oparł na nich klatką, zanurkował głową i musnął przy tym włosami rękę Sharpbera, która aktualnie spoczywała na kolanie blondasa.

Son wyprostował się, wgapiając w długopis jak w pączka.

– Gohan – Sharpner zwrócił się do kolegi tyleż zaskoczony, co poruszony – nie przypuszczałem, że masz tak miękkie włosy.

– Och, mamy z matką świetny zapas naturalnych szamponów – wyjaśnił rozradowany, gdyż stał się uczniem przysposobionym w pełni do nauki.

Sharpner był w stanie za te miękkie włosy całkowicie wybaczyć koledze teatrzyk sprawnych kolan.

„Hm" – prychnął w myślach – „Jeśli Gohan nie wymyśli znów czegoś tak głupiego jak te kolana albo jakoś nie przeskrobie inaczej, to może nawet ma szansę stać się moim kolegą. Cóż, ma szczęście chłopak, przyjrzę mu się i wezmę w rozważanie nasze koleżkowanie".