Zasiedli sobie wygodnie, całe pomieszczenie mieli dla siebie. Son Gohanowi podobała się ta „publiczna prywata" – zawsze coś takiego cenił, gdyż miał w sobie sporą namiastkę introwertyka. Skrawki jego ducha zawsze gdzieś w głębi jego spirytystycznej powłoki chowały się po kątach, jak tylko mogły. Wojownikiem był bardzo ekspresywnym, jednak był typem naukowca, skorego do obcowania z książkami bardziej, niźli z masą człeczą.

Nawet na japońskiej podróbie Amazona wypatrzył już sobie bardzo stylowy dresik w kolorze mięty. Gohan czuł to w samym trzewiach – że taki dresik dobrze podkreśli równowagę między ekspresywną wojowniczością a zamknięciem badawczo-naukowym. Sam nie wiedział, dlaczego, po prostu takie miał niewyjaśnione odczucia.

– Gohan, często walisz konia?

Son lekko drgnął, wytrącony z zamyślenia, które wspaniale podsycała mgiełka kojącej pary.

– Eeto… czemu właściwie pytasz?

– Ot, koleżeńskie pogaduszki. – Przerzucił ramię za oparcie ławy, by skierować swój tors bardziej ku koledze. – Dla porównania oraz nawiązania męskiego temaciku, wiesz, sam rozumiesz.

– No tak co drugi dzień, uśredniając. Jak mam ostrzejsze sesje treningowe, to rzadziej nieco.

– Myślisz wtedy o Videl?

– To nasza koleżanka…

– To często czy rzadko?

– Dopiero zacząłem się z nią uczyć, więc nie było aż po temu tyle okazji.

– No dobrze, rozumiem. Rozumiem poniekąd twój mindset kujonka. A o mnie myślisz, kiedy się onanizujesz?

– Sharpner-chan! – Son aż się opluł, spozierając przez parę na pyszałkowaty uśmiech znajomego. – Jesteś mężczyzną.

– I co w związku z tym?

Sharpner chełpił się w myślach, iż dominuje w konwersacji, że pozwalać sobie może na każde słowa i żonglowanie ich zbitkami, był władcą lokalnej semantyki.

– Ja też jestem mężczyzną! Przecież, no, to tak nie działa!

– A cha, cha! Ale masz spinę, brachu, tylko sobie dowcipkuję! Do-w-cipkuję, Son, wrzuć na luzeson, sauna chill ultramaryna.

– Przepraszam – ozwał się głos cichego staruszka z rogu pomieszczenia, tak cichego, że dopiero teraz go zauważyli. – Bardzo doceniam waszą młodzieńczą werwę, lecz czy moglibyście mówić trochę ciszej? Nie jesteście sami, a ja pomimo wieku mam bardzo dobry słuch.

– Cóż, przepraszamy. – Sharpner ułożył się wygodniej na drewnianym siedzisku. – A pan?

– Co ja?

– Często się pan masturbuje?

– Oj, piękny chłopcze, nie te lata.

– Nawet nie Viagra? – dopytał ciekaw.

– Nigdy nie byłem zwolennikiem chemii.

– Hm! – Odgarnął włos. – Ja tam pewnie będę, jeśli trzeba, by stanął na starość.

Gohan płonął ze wstydu, ale nie mógł w duchu nie przyznać, że Sharpner ma sporo odwagi, zagadywać w ten sposób starszego człowieka. Potem zastanawiał się, ile głupoty bywa skrytej w odwadze, jednak doszedł do finalnych wniosków, że obie te przymioty są niezmiernie ze sobą spowinowacone i zaprzestał dalszych analiz, aby nie otworzyć sobie w czaszce pętlic, mostu Einsteina lub zwyczajnie bramy do innego wymiaru alias czarnej dziury.

– Jesteś młody, zobaczysz, że jak dożyjesz mojego wieku, wiele jeszcze ci się odmieni.

– Proszę pana, jestem już perfekcyjny. Nie muszę się zmieniać.

– Życzyłbym tego każdemu.

Starszy pan poprawił ręcznik na pasie i opuścił gorący pokoik, gorący nie tylko fizycznie, ale i słownie.

Sharpner przejeżdżał potem ciągle dłonią po torsie, ramionach i twarzy, z lubością ściągając osadzającą się na skórze wilgoć. Wzdychał, zaśmiewał nieco, przeszczęśliwy, piękny mężczyzna, choć wciąż niby tylko chłopiec. W saunowym transie, obecnie odgrodzony jaźniowo od kolegi, zaśmiewał się leciutko, drobnymi parsknięciami płuc jak poeta, który w delikatności śmiechu zarówno poszukuje inspiracji jak i wyrazu zadowolenia z już stworzonego. Szczęśliwymi swymi pośladkami nieustannie szukając jak najwygodniejszego ułożenia na drewnie ławki.

Gohan relaksował się z zamkniętymi oczyma na miarę ambiwertyka w fazie introwertycznej – cicho i spokojnie – bodaj tylko raz tam sobie westchnął. Tak się cieszył, że mógł sobie pochillować, zamiast sadzić rzepę, trochę mu tylko było szkoda czasu, bo chciał dziś dłużej przysiąść do nauki. Jak tylko pomyślał o otwarciu podręcznika, przypomniał mu się miętowy dresik z japońskiego Amazona. Dziwne… dlaczego w jego głowie okładka podręcznika przybrała również miętowy kolor? Czyżby ten dresik miał więcej wspólnego z nauką, niźli z wojowniczością?

– Son, czy twój tors jest tak spocony jak mój?

Gohan, znów wytrącony z zamyślenia, jednak tym razem bardziej wyluzowany, nawet nie drgnął.

– Eeto… ciężko mi powiedzieć. Jak mam to niby określić?

– Och, Gohan, z tobą jak z dzieckiem. Spójrz na moją pierś, oceń wilgotność na podstawie lśnienia i wyciągnij wnioski. Niby tak biegły uczeń, a czuję się jakbym gadał z dwójkowiczem.

Son zlustrował tors towarzysza, następnie swój własny i wspomógł percepcję sensorycznie, przykładając doń rękę.

– Myślę, że mimo wszystko pocisz się mocniej.

– A jak tam, Son, twoje partie rozrodcze? Wypoczywają? – odwołał się do zdjęcia majtek w szatni.

– Och, Sharpner-chan, po całości!

Gohana może przed sauną zaskoczyłoby takie pytanie, teraz jednak spoczywał w pełnym luzie, biorąc życie oraz kumpla, takimi jacy byli.

Bardzo im się spodobało takie koleżkowanie i przed wyjściem z parnego pomieszczenia zrobili obietnicę małego paluszka, której nie wolno złamać, że przynajmniej raz w tygodniu, czy się pali, czy się wali, czy wojna czy wybuch nuklearny – pójdą sobie we dwóch na saunę. Bo kto złamie taką obietnicę, ten połknąć musi tysiąc igieł.

– To jest nasza obietnica, jeśli ją złamię, połknę tysiąc igieł. Niech to szlag, palec mi odpadł – złapali się paluszkami i wyrecytowali prosty wierszyk, którym pieczętuje się przysięgę.

Sharpner znów został przyszturmowany przez kontakt fizyczny, jakby na głowę zwalił mu się kosmos – mały palec Gohana emanował taką dziwną, obcą sprawnością – lecz tym razem zniósł to mężniej. Mimo wszystko, kiedy odwrócił się, by opuścić saunę, stracił równowagę, porażone kosmosem mięśnie odmówiły posłuszeństwa.

W locie złapał go kolega. Rumieniec Sharpnera.

– Refleks… szachisty… – mruknął odprężonym głosem.

– Sharpner-kun! Dlaczego mówisz mi takie rzeczy? To z pogranicza już flirtu.

– Myślę, że jesteśmy sobie przeznaczeni. Aby się koleżkować.

– No dobrze, ale koleżkować i nic ponad to.

– Och, Gohan. Jesteś taki stanowczy, gdy zechcesz.