Kolejny rozdział według planu miał być ciut później, ale nie mogłam się oprzeć tak wyjątkowej dacie, jak dzisiaj :) Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!
Serdecznie dziękuję za odzew, naprawdę to działa bardzo pozytywnie :) Przy poprzedniej publikacji tej historii pierwsze komentarze pojawiły się dopiero po trzecim rozdziale ;) Cieszę się, że nie tylko ja wchodzę regularnie na ten fandom :)
Sassy - Polskie ROMY rzeczywiście umarło, ale angielskie ma się całkiem nieźle. Sama śledzę kilka aktualnie prowadzonych historii, polecam też wattpada - jeszcze nie do końca ogarnęłam wyszukiwanie historii (o matko, czy to kwestia mojego wieku, że już nie łapię tych wszystkich technologicznych narzędzi?!), ale coś tam widziałam z naszymi ulubionymi bohaterami.
EmXa - naprawdę nie spodziewałam się, że ktoś ze "starej gwardii X-Men Evo" jeszcze odwiedza ff :) Cieszę się, że Cię tu widzę! Pamiętam Twoje komentarze na moim poprzednim, PRZYPADKOWYM koncie. I tak, w niemal każdym rozdziale coś tam pozmieniałam lub dodałam, dlatego zachęcam do śledzenia historii. Być może moja wiarygodność trochę podupadła, ale naprawdę chcę doprowadzić to opowiadanie do końca. W najgorszym wypadku podzielę je na księgi :P (w moim brudnopisie obecnie jestem na etapie, w którym mogłabym powiedzieć "ciach" i zaprosić do kolejnej "księgi"). Bardzo dziękuję za życzenia i życzę Ci dużo magii i pozytywnych emocji w Nowym Roku :)
Rozdział II
Remy Lebeau nigdy nie był rannym ptaszkiem. Wprost przeciwnie, uwielbiał wylegiwać się w łóżku, a zwłaszcza gdy tuż obok niego leżała piękna kobieta. Być może fakt, że akurat dzisiaj żadnej przy sobie nie miał, a może noc w zupełnie nowym miejscu sprawiły, że zbudził się ekstremalnie wcześnie. Elektroniczny zegarek wskazywał zaledwie kilka minut po szóstej. Za oknem nadal było ciemno i nieprzerwanie padał deszcz. Przez chwilę zastanawiał się, czy może to Stormy ma zły humor, ale trwający już tyle dni? Nie, trzeba zrzucić winę na listopadową aurę.
Krople bębniły monotonnie o szyby, od czasu do czasu zawiał świszczący wiatr. Pewnie dlatego pokój, w którym znajdował się Remy, wydał mu się szczególnie ciepły i przytulny, mimo że skromnie urządzony. Niewielki, pomalowany błękitną farbą i wyłożony dębowymi deskami. Łóżko było niestety pojedyncze, ale jeśli Remy znajdzie jakąś drobną dziewczynę, to na pewno się zmieszczą. Choć raczej nie chciałby przyprowadzać tutaj nikogo. Wszak po co nosić drzewo do lasu, hein?
Remy rozciągnął się na łóżku i założył ręce za głowę. Może tu nie będzie tak źle? Na pewno przez jakiś czas musi tu pozostać, by przeczekać niektóre wydarzenia, w które był zamieszany. Propozycja Xaviera, ponawiana co jakiś czas, była teraz najlepszym wyjściem. A że przy okazji trochę się zabawi? A może skończy się tak, że zostanie z nimi na dłużej? To też niezła opcja. Wszystko przyjdzie z czasem, nie ma co przyspieszać – pomyślał, powoli wstając z łóżka. Nie kłopocząc się w narzucanie na siebie jakiegokolwiek okrycia, wszedł do maleńkiej łazienki. Zapalił światło i stanął przed lustrem nad umywalką. Włosy jak zwykle w nieładzie, kilkudniowy zarost niebezpiecznie zbliżał się do granicy, za którą czekała już tylko golarka. Oczy niebezpiecznie błyszczały czerwienią w świetle halogenów. Uśmiechnął się pod nosem i wszedł pod prysznic, odkręcając strumień lodowatej wody. Nawet się nie wzdrygnął. Jego mutacja sprawiała, że temperatura ciała była nieznacznie wyższa niż u przeciętnego człowieka, w związku z tym tolerancja na zimno była u niego zdecydowanie większa.
Po kilku minutach wyszedł, wycierając się w ogromny, puchaty ręcznik. Przeczesał palcami mokre włosy i ubrał się w dżinsy i t-shirt. Uśmiechając się do siebie zszedł na dół do kuchni. Tak jak przypuszczał, był tam pierwszy, więc nie spiesząc się zaparzył sobie kawę i przypiekł kilka tostów. Siedział już przy stole, tuż obok okna, gdy do kuchni wszedł pierwszy mieszkaniec Instytutu. Z radością i optymizmem wypisanymi na twarzy obrzucił spojrzeniem Remy'ego.
- Co tak wcześnie, gumbo? – warknął Logan na przywitanie, nalewając sobie do kubka świeżą kawę z ekspresu.
- Szkoda tracić czasu na sen w tak piękny dzień jak dziś – odparł z czarującym uśmiechem Remy. Logan jedynie rzucił okiem na pogodę za oknem. Przez szarobure chmury ledwie przebijało się słońce, i tak niewidoczne przez zacinający deszcz. Gambitowi nawet nie zadrgała powieka.
- Za pół godziny w Danger Roomie – zakomenderował Logan.
- Tak jest, sir – mruknął Remy, przykładając dwa palce do czoła. Wolverine jedynie rzucił ciężkim spojrzeniem przez ramię i wyszedł z kuchni razem z kubkiem kawy.
Gambit cieszył się ciszą jeszcze przez kilka minut, nim w drzwiach pojawili się uczniowie Instytutu. Zaspani, niektórzy wciąż w piżamach, na początku nie dostrzegali siedzącej pod oknem postaci, zresztą Remy jakoś specjalnie o to nie zabiegał. Leniwie popijał kawę i przegryzał tosty.
- Znowu ktoś zostawił pustą butelkę po mleku w lodówce – jęknęła Kitty. – Kurt, tyle razy ci powtarzałam…!
- To nie ja! – wykrzyknął Kurt znad miski z płatkami.
- Jasne, to ciekawe kto ostatni brał mleko – odparła z wyrzutem Tabitha.
- To nie ja! Pewnie ktoś z dzieciaków zapomniał…
- Sam jesteś dzieciakiem, futrzaku – mruknął Scott. – Tutaj nigdy nie da się wprowadzić żadnej dyscypliny, jeśli—
- Scottie, już, spokojnie, zaraz przyniosę mleko. – Jean położyła mu dłoń na ramieniu i ucałowała w policzek. Chłopak momentalnie się uspokoił i powiódł spojrzeniem za rudowłosą dziewczyną. Wybuch kłótni został odłożony w czasie, zamiast tego pojawił się zwyczajny rozgardiasz charakterystyczny dla domów z tak dużą liczbą mieszkańców. Młodsze dzieciaki jeszcze nie wstały, toteż na szczęście obyło się bez przepychanek, biegania czy dalszych wybuchów.
- Co tam, Remy? – zapytała przyjaźnie Kitty, dosiadając się do Remy z drugiej strony stołu. – Wyspałeś się?
- Dzień dobry, Chaton – odparł. – Oui, wyspałem się.
- Jak ci się tu podoba? – dopytała. W tym samym momencie w drugim końcu kuchni wybuchła sprzeczka między zmultiplikowanym Jamiem a Bobbym. Każdy z trzech Jamiech trzymał w ręku zrolowanego naleśnika, Bobby natomiast trzymał w dłoniach pusty talerz.
Remy odwrócił głowę z powrotem do Kitty, która zacisnęła wargi i zmarszczyła brwi na widok kolejnej kłótni między chłopcami. Jak dobrze, pomyślała, że nie ma tu jeszcze najmłodszej grupy.
- Podoba mi się – odparł po chwili Remy, spokojnie dopijając kawę i nie zwracając uwagi na krzyki z drugiego końca pomieszczenia. – A gdzie jest Roguey?
- O tej porze? – zerknęła sceptycznie na wiszący na ścianie zegar, wskazujący obecnie niespełna ósmą rano. – Pewnie jeszcze śpi.
- Mówisz, że nie jest rannym ptaszkiem? – spytał.
- Totalnie – pokręciła głową Kitty i wgryzła się w swoją kanapkę. – Fobrze, sze już ne chozimy do fkoły – dodała z pełnymi ustami. Remy uniósł brew. – Spóźniała się ten, na okrągło.
- Pewnie miała bardzo intensywną noc – zasugerował z dość dwuznacznym uśmieszkiem.
- W pewnym sensie tak – odparła. Widząc zaskoczoną minę Remy'ego, pokręciła głową. – To nie to, co myślisz – uśmiechnęła się tajemniczo i upiła łyk herbaty.
- A powiesz mi, o czym myślę, Chaton? – Remy przysunął się do Kitty i spojrzał jej głęboko w oczy. Z zadowoleniem skonstatował, że jego rozmówczyni przybrała na twarzy intensywny odcień czerwieni. Wstydź się, Lebeau. Zawstydzić małolatę każdy potrafi, nie ma się czym zachwycać.
- Wybacz, Chaton, Monsieur Claws mnie zaprasza na małe tête-à-tête – powiedział w końcu i dopił kawę.
- Powodzenia – bąknęła Kitty, wciąż czerwona na twarzy.
- Nie trzeba, petite – odparł Remy, wstawił brudny kubek do zlewu i wyszedł z kuchni, kierując się do piwnic Instytutu, gdzie czekało na niego nieznane. Los, który być może na zawsze zmieni jego życie. Albo ułożenie kręgosłupa, w zależności od tego, w jakim humorze będzie Wolverine. Remy nie miał wątpliwości, że jeśli przeżyje ten poranek, to reszta pójdzie już jak z płatka.
Gorąca woda spływała po całym jej ciele, odganiając resztki snu. Stała tak kilka rozkosznie długich minut, nim wreszcie sięgnęła po szampon. Delikatnie wmasowała płyn we włosy. Po całym pomieszczeniu rozniósł się słodki zapach truskawek, który za chwilę miał się pomieszać z równie słodkim aromatem wanilii i imbiru. Kitty zawsze uważała, że taka mieszanka była wręcz mdła, zwłaszcza gdy skotłuje się z gorącą parą, która teraz kłębiła się w łazience. Z drugiej strony Kitty uważała również, że najlepszy jest szybki zimny prysznic, co skutecznie przekonało Rogue, że jej współlokatorka nie może być wiarygodnym źródłem w kwestii kąpieli i pryszniców. [U1] Oczywiście, wiele czytała o dobroczynnym działaniu lodowatej wody – na krążenie, na cellulit, na zahartowanie organizmu i na wiele innych bzdur. Ale Rogue nienawidziła zimna. Uwielbiała za to długie minuty spędzone pod gorącą wodą lejącą się spod prysznica. Zamykała wtedy oczy i pozwalała, by strumienie spływały wzdłuż jej ciała, rozkosznie pieszcząc szyję oraz plecy. Niestety, zawsze pojawiał się ktoś, kto musiał jej przeszkodzić.
Wiedziała, że ktoś dobijał się do drzwi łazienki. Z dużą dozą prawdopodobieństwa wiedziała nawet, kim jest ta osoba. Dlatego zignorowała uporczywe stukanie i powróciła do dalszego spłukiwania odżywki. Nawiasem mówiąc, już dawno to zrobiła.
- Rogue! Rogue, wyłaź wreszcie! – rozległ się stłumiony krzyk Kitty za drzwiami.
Rogue westchnęła i zakręciła kran.
- Wreszcie, półtorej godziny tam siedziałaś – mruknęła Kitty, gdy Rogue wyszła z łazienki. – Już jestem spóźniona do Lance'a, a nawet, ten, nie zdążyłam umyć włosów.
- Przynajmniej tym razem będziesz miała wiarygodną wymówkę, dlaczego się spóźniłaś – wzruszyła ramionami Rogue. Kitty mruknęła coś pod nosem i zamknęła za sobą drzwi do łazienki. No tak, dzisiaj Lanceday. Każda sobota oznaczała całodzienne wyjście jej współlokatorki na randkę z Alversem. To był ich rytuał – Kitty przychodziła do domu, w którym mieszkał Lance i wspólnie gotowali, a później oglądali filmy na dvd, ostatnio – wszystkie części Piratów z Karaibów. Zajęło im to cały dzień, a kiedy Kitty wróciła do domu, potrafiła mówić jedynie o Bloomie i spaghetti carbonara. Rogue była zdziwiona, że jej współlokatorka, znana wszystkim jako antytalent kulinarny, stworzyła coś dobrego do jedzenia. Jak się okazało, to Lance odznaczał się zdolnościami w tej dziedzinie i choć Kitty usilnie starała się pomagać przy przygotowaniu posiłku, Alvers subtelnie, acz stanowczo dał jej do zrozumienia, że on się wszystkim zajmie. Zazwyczaj finał był taki, że Kitty zmywała, a gdy jednak udawało jej się dojść do kuchenki, zamawiali jedzenie do domu.
Z tego, co zauważyła Rogue, patrząc na stosik filmów leżących na łóżku Kitty, dzisiaj będzie maraton komedii romantycznych.[U2] Za nic by się nikomu nie przyznała, że sama lubi takie klimaty. Wszak wizerunek zbuntowanej goth girl do czegoś zobowiązuje… Prawda była taka, że Rogue czasem zaszywała się w kącie z harlequinem w dłoni (wcześniej musiała podmieniać okładki na jakąś „normalną" lekturę, na wypadek gdyby ktoś ją przyłapał na czytaniu). Zawsze miała później zły humor, a przynajmniej gorszy niż zwykle. Za nic jednak nie zrezygnowałaby ze swojego małego dziwactwa. Czytanie o czyjejś miłości i wszystkim, co z tym związane, dawało jej namiastkę normalności. Nigdy nie wiedziała, jak to jest dotykać kogoś z czułością, nigdy nie była całowana z pasją i namiętnością i zapewne nigdy tego nie poczuje. A w tych książkach, jakkolwiek banalnych i miałkich, było to zawsze opisane bardzo obrazowo. Czasem tak dobrze, że Rogue mogła sobie to wyobrazić.
Dzisiaj chyba będzie dzień czytania romansów.
Nim Kitty wreszcie wyszła i Rogue mogła zostać w pokoju sama, minęło około godziny. W tym czasie Rogue spokojnie zjadła śniadanie w pustej kuchni. Kiedy nastała upragniona cisza, usiadła zawinięta w koc na podłodze tuż koło swojego łóżka. Oparła się wygodnie i wyciągnęła z szafki nocnej niewinnie wyglądającego Władcę Pierścieni.
Była mniej więcej w połowie książki (jak szybko się czytało takie romansidła!), kiedy usłyszała charakterystyczne bamf! i chwilę potem poczuła zapach siarki.
- Co czytasz, siostro? – usłyszała tuż za sobą. Gwałtownie zamknęła książkę i odwróciła się do Kurta.
- Naucz się pukać, bracie – syknęła. Kurt, leżący na brzuchu na jej łóżku, był zaledwie kilka cali od niej. – Znowu zepsuł ci się holoprojektor? – zapytała, odsuwając się nieco od włochatej twarzy Kurta.
- Nie, dlaczego tak sądzisz? – zapytał niewinnym głosem i wyciągnął rękę po książkę Rogue. Skarciła go lekkim uderzeniem i wstała, zostawiając koc na podłodze. Książkę schowała do szuflady w komodzie i oparła się o nią plecami.
- Bo sobą jesteś tylko na treningach.
Kurt westchnął i przetoczył się na plecy.
- No właśnie, sobą – stwierdził żałośnie. – Tylko wy mnie akceptujecie, tylko przy was mogę być sobą.
- Kurt? Dobrze się czujesz? I zabieraj nogi z mojego łóżka! – Kurt niechętnie wstał, ponaglany ręką Rogue. Dziewczyna usiadła na skraju łóżka, skrzyżowała ramiona i spojrzała uważnie na brata.
- Nie będę bawiła się w terapeutę, nie mam ochoty zgadywać, o co ci chodzi. Więc albo mów, albo zajmij się czymś – warknęła. Na widok miny Kurta nieco złagodziła wyraz twarzy. – No mów, o co chodzi – dodała po chwili. Kurt oparł się o komodę, przy której chwilę wcześniej stała Rogue, westchnął i oparł się łokciem o blat mebla.
- Rodzice Amandy dali jej szlaban. Nie możemy się spotykać. Wcześniej mogłem z nią choć chwilę pogadać w szkole, ale teraz… gdy uczymy się w domu… - Kurt wzruszył ramionami i spojrzał bezradnie w sufit.
Po pokonaniu Apocalypso wznowiono protesty przeciwko mutantom. Profesor Xavier, po rozmowie z dyrektorem szkoły, doszedł do wniosku, że bezpieczniej będzie wprowadzić nauczanie domowe. Głównie polegało to na samodzielnym przyswajaniu materiału pod okiem kogoś z seniorów. Od czasu do czasu, w ramach utrwalenia, zadawano im referaty bądź przeprowadzano testy. W najgorszym położeniu była Rogue, która jako jedyna zdawała w tym roku egzaminy kończące naukę w szkole średniej (choć na tyle pozwolił dyrektor szkoły – Rogue mogła zdawać je razem ze swoim rocznikiem z Bayville), reszta mutantów była albo już po egzaminach (jak Scott i Jean), albo dopiero przed nimi (za dwa lata mieli to być Kitty, Kurt i Amara). Wszystko to powodowało, że uwaga mentorów była głównie skupiona na niej.
- Bigoci i hipokryci, tyle. Nie zawracaj sobie nimi głowy – wzruszyła ramionami Rogue.
- A co z Amandą? – jęknął żałośnie.
- Wiesz, wydaje mi się, że gdyby chciała się z tobą jakoś skontaktować, to na pewno już by to zrobiła – podsumowała brutalnie Rogue. Kurt zmarszczył czoło i spojrzał ze smutkiem na swoje niebieskie dłonie.
- Przecież poza niebieskim futrem jestem taki jak oni! To tylko futro! – wykrzyknął i zacisnął dłonie w pięść.
- No i poza ogonem… I ilością palców… Ach, zapomniałabym, umiesz się teleportować. Rodzice Amandy nie potrafią się teleportować, dobrze pamiętam? – odparła z ironią Rogue. – Nie jesteś taki jak oni. A teraz skończmy tę dyskusję, bo się zaraz rozkleisz.
- Czekaj – przerwał jej Kurt. – Co masz na myśli?
- Popatrz, ile przeżyliśmy. Co zrobiliśmy dla ludzi. Ile razy ryzykowaliśmy życiem dla ich bezpieczeństwa? A oni wciąż widzą w nas zagrożenie. Jesteśmy lepsi od tych ograniczonych kretynów, bo mimo to wciąż się dla nich narażamy.
- Ale Amanda taka nie jest… Ona mnie zaakceptowała… - rozłożył bezradnie ręce Kurt.
- Nie wiem, co mam ci powiedzieć. Wiem tylko, że gdyby to mnie na kimś zależało, to bez względu na wszystko dążyłabym do spotkania.
- Nie jesteś dobrą pocieszycielką, wiesz?
- Mylisz się. Empatia to moje drugie imię – odparła z niewzruszoną miną Rogue. Kurt spojrzał na nią uważnie. Po chwili zadrgał mu kącik ust. Skrzyżował ramiona na piersi.
- A na trzecie masz pewnie Otwarta i Kochająca Świat Wieczna Optymistka?
- Ciekawe, jak to zmieścili w te maleńkie rubryczki w moich dokumentach, co? – zachichotała Rogue.
- Nie musieli. Wszyscy wiedzą, że twoje imię to synonim tych wszystkich cech – odparł rozpogodzony Kurt. Opuścił ręce i oparł je o kant komody. Nim Rogue zdążyła zareagować, odsunął nieco szufladę i szybkim ruchem wyciągnął ukrytą kilka minut wcześniej książkę. – To co, siostro, berek? Ty ganiasz! – wykrzyknął i rozległo się ciche bamf! Rogue wstała, zmarszczyła nos pod wpływem zapachu siarki i wybiegła z pokoju.
- KURT!
Logan był ciężkim zawodnikiem. Cholernie dobrze wyszkolona maszyna do zabijania, sama praktycznie na zabicie odporna. Kondycja na poziomie arcymistrzowskim. Remy mimo to jakoś uszedł z życiem. Seria wspólnych sparingów, a później program, w którym oni dwaj walczyli przeciwko setkom (Remy mógł przysiąc, że było ich co najmniej ćwierć tysiąca!) przeciwników był bardzo satysfakcjonujący, ale też bardzo wymagający.
- Poziom dziewiąty – oznajmił Logan przez rozpoczęciem sesji z fantomami.
- Na ile poziomów? – spytał znudzonym tonem Remy.
- Na dwanaście.
- Czemu zatem nie od razu dwunasty? – zapytał Cajun z ironicznym uśmieszkiem przyklejonym do twarzy.
- Chuck mi nie pozwolił przemęczać naszej nowej maskotki – warknął Logan.
Uśmiech z twarzy Remy'ego spełzł mniej więcej w trzeciej minucie, ale nie dał po sobie poznać, że był co najmniej zaskoczony poziomem walki. Zresztą dobrze sobie w niej radził, następnym razem na pewno pójdzie mu zdecydowanie łatwiej, przynajmniej będzie wiedział, czego się spodziewać.
Logan widocznie też był zadowolony z możliwości Cajuna, gdyż po sesji nie powiedział ani słowa. Remy podejrzewał, że gdyby szło mu źle, na pewno zostałoby to mu wytknięte.
- Jutro wieczorem widzimy się ponownie – rzucił Logan wychodząc z szatni przy Danger Roomie. Utwierdziło to Remy'ego w przekonaniu, że stary Wolverine nie spodziewał się aż tak dobrego wyniku. Uśmiechnął się z satysfakcją i pogwizdując pod nosem poszedł pod prysznic.
Odświeżony, przebrany w czyste, świeże ubranie, w zdecydowanie lepszym humorze ruszył na górę, do skrzydła z sypialniami. Czekała na niego wolna sobota, którą może spożytkować na co tylko chce. Na picie whisky w barze, na drażnienie małej Roguey, na pokera, na rekreacyjne kradzieże portfeli… Tyle możliwości, jednak rozsądek zwyciężył.
Remy był złodziejem. Nie wstydził się tego. Czemu miałby nie być dumny z tego, że jest jednym z najlepszych w swoim fachu? Profesja ta w znaczący sposób rzutowała na jego styl życia. Poza ponadprzeciętną zręcznością i zwinnością (co było pochodną jego mutacji), Remy miał niesamowity dar obserwacji. W kontaktach z ludźmi skupiało się to głównie albo na wyszukiwaniu słabych punktów (u przeciwników), albo do wyczulonej empatii, a nawet w niewielkim stopniu hipnozie (to się przydawało w przypadku kobiet). Natomiast dar ten objawiał się też w inny sposób. Remy zawsze starał się dobrze przyjrzeć otoczeniu. Potencjalne drogi ucieczki, ewentualne przedmioty do naładowania (gdyby skończyły się karty) lub możliwe zagrożenia – to wszystko potrafił oszacować po kilku chwilach. Jednak teraz, mieszkając w Instytucie, miał więcej czasu na dokładne przyjrzenie się infrastrukturze. Z jednej strony było to podyktowane ostrożnością, z drugiej – ciekawością, z trzeciej wreszcie, nie wiedział, jak długo tu zabawi i w jakich okolicznościach przyjdzie mu się pożegnać z dzieciakami Xaviera. Rozsądek kazał mu sprawdzić Instytut również pod kątem ewentualnych dróg ucieczki.
Stał teraz w końcu korytarza na piętrze zamieszkiwanym przez uczniów. Zainteresowały go niewielkie otwory w suficie umiejscowione tuż przy styku ze ścianami. Dziury były wielkości główki od szpilki oddalone od siebie mniej więcej co trzy metry. Czujniki dymu? Zbyt gęsto umiejscowione. Może fotokomórka? Czujniki ruchu? Tuż przy krawędzi sufitu, na całą długość korytarza, ciągnął się rodzaj listwy, pod którą mogło znajdować się okablowanie. Możliwe, że prowadziło do gabinetów w piwnicy, ale była szansa, że gdzieś na korytarzu znajdował się punkt zasilający.
Remy, wciąż obserwując górną listwę, szedł powoli wzdłuż korytarza. Zauważył, że na wysokości drzwi prowadzących do pokoju uczniów ilość otworów w suficie wzrastała. Zatem najprawdopodobniej był to element systemu alarmowego. Remy przystanął obok jednych z drzwi. Wyciągnął rękę, by dotknąć otworu. W tym samym momencie drzwi się otworzyły i wpadł na niego jeden z uczniów.
- KURT!
- Remy – odparł machinalnie i dopiero wtedy zauważył, kto na niego wpadł. – Ma petite, nie sądziłem, że tak szybko się do mnie przekonasz – wymruczał do Rogue i błyskawicznie objął ją ramionami. Poczuł, że dziewczyna sztywnieje i zaczyna szybciej oddychać. Wcale nie musiał mieć wyczulonej empatii, by wiedzieć, że w głowie kotłowały się jej skrajnie różne uczucia: od strachu, przez złość, a na zdziwieniu skończywszy.
- Puść mnie, szczurze błotny – syknęła i odepchnęła Gambita. – Śledzisz mnie, ty socjopato?! – wykrzyknęła ze swoim niepodrabialnym południowym akcentem i skrzyżowała ręce na piersi. Remy uśmiechnął się pod nosem.
- Ja? Śledzić? – wymruczał i zbliżył się do Rogue. – Ciebie? – podszedł o krok bliżej. Dziewczyna wciąż stała w miejscu i mierzyła go wzrokiem, jakby nie zauważała malejącego dystansu między nimi. – Cherie, ma belle cherie - oparł się ręką o ścianę tuż nad głową Rogue. Z rozbawieniem obserwował, jak rozszerzają się jej źrenice. Czuł jej oddech na sobie. Dziwne, że jeszcze nie zareagowała. – Myślę, że definicję śledzenia powinniśmy omówić w jakimś spokojniejszym miejscu, non? Może dzisiaj wieczorem? – wyszeptał jej do ucha, odwrócił się i skierował się w stronę schodów. Zwalczył w sobie chęć odwrócenia głowy, by sprawdzić jej reakcję. Nie musiał jednak tego robić, gdyż doskonale wiedział, jakie wrażenie na niej wywarł. Oczywiście, że doskonałe. Ktoś taki jak on tylko tak potrafi.
- Po moim trupie, Lebeau – usłyszał za sobą, co go tylko utwierdziło w swoim przekonaniu.
Z uśmiechem na ustach zszedł do pokoju dziennego, gdzie przed telewizorem siedziała grupa uczniów wraz ze Storm. Wyglądało na to, że oglądają jakiś film sensacyjny albo sci-fi, gdyż przewijały się tam wielkie roboty. Nudy. Już miał ruszyć dalej, gdy scena zakończyła się, a na ekranie pojawiła się spikerka z programu informacyjnego.
- Policjanci próbują opanować sytuację, jednak monstrualne roboty zdążyły już poczynić pierwsze szkody. Zniszczony został budynek, w którym do tej pory mieszkała grupa mutantów znana jako „Bractwo Mutantów". Nie wiemy jeszcze, czy ktoś zginął, ale służby już dotarły na miejsce i próbują odgruzować szczątki budynku. Ludność z okolicznych terenów została już ewakuowana.
- Kitty – usłyszał za sobą ciche westchnienie. Odwrócił się i zobaczył jednego z uczniów Instytutu, niebieskiego futrzaka imieniem Kurt. – Kitty poszła dzisiaj do Lance'a…
- Co ty mówisz, Kurt? – zapytała ostro Ororo. Podeszła szybkim krokiem do ucznia i oparła ręce na jego ramionach. – Kitty jeszcze nie wróciła?
- Nie… Byłem przed chwilą w ich pokoju i była tam tylko Rogue… Nie było Kitty… - wyszeptał Kurt.
- Idę do profesora. – oznajmiła Storm i szybkim krokiem wyszła z pokoju, w którym teraz zapanowała cisza. Kurt stał nieruchomo i wpatrywał się w podłogę, reszta uczniów spoglądała to po sobie, to na ekran telewizora, w którym wciąż przewijały się olbrzymie roboty.
- Tutaj jesteś, ty niebieska, złośliwa… - Do pokoju wbiegła Rogue. Zatrzymała się gwałtownie i potoczyła spojrzeniem po przyglądających jej się osobach. – Co się stało?
- Rogue, Kitty… - zaczął Kurt, jednak nie mógł skończyć, gdyż profesor wysłał im wszystkim telepatyczną wiadomość. ZA PIĘĆ MINUT BĄDŹCIE W BLACKBIRDZIE.
Remy po raz pierwszy miał okazję uczestniczyć w akcji jako X-Men. Co prawda był jeszcze nieformalnym członkiem grupy, ale profesor uznał, że jego pomoc się przyda przy poszukiwaniu Kitty. Ponieważ nie był z nią specjalnie zżyty, mógł obiektywnie spojrzeć na plan działania.
W kilka chwil po wiadomości nadesłanej przez Xaviera wszyscy mentorzy oraz starsi uczniowie Instytutu zebrali się przy wejściu do Blackbirda. Był to przekształcony szpiegowski odrzutowiec mieszczący ponad tuzin osób. Forge zdążył mu się już pochwalić ulepszeniami, które wprowadził: urządzenia maskujące zasilane vibranium, urządzenia walki elektronicznej, do tego mógł startować oraz lądować w pionie.
Teraz siedzieli w nim umundurowani X-Meni. Remy zauważył, że uniformy jego dotychczasowych przeciwników zmieniły się od ich ostatniego spotkania w czarne skórzane kombinezony. Talię oplatał pasek z wygrawerowanym „X". Każdy jednak miał coś, co go wyróżniało: rudowłosa Jean miała rozpięty suwak w swoim mundurze na tyle, by móc dostrzec ponętny dekolt, Scott miał dodatkowe pasy krzyżujące się na piersi w znak X, na plecach Ororo spoczywała długa peleryna z kapturem, Logan miał odsłonięte bicepsy, Rogue natomiast na zwykły czarny mundur miała narzuconą brązową skórzaną kurtkę sięgającą jej nieco powyżej pasa. Remy chwilę musiał się zastanowić, kto lepiej wygląda: Rogue z podkreśloną talią czy dekolt Jean. Wiedział na pewno, że obie wyglądają gorąco.
- Naszym nadrzędnym celem jest znalezienie Kitty – przerwał jego rozważania szorstki głos Scotta. – Niemniej jednak musimy zbadać pochodzenie tych robotów. Dlatego podzielimy się na kilka grup. Dwie pierwsze skupią się na unieszkodliwieniu robotów. Z tego, co udało nam się ustalić, jest ich cztery. Beast, Wolverine i ja – my pracujemy razem. Colossuss, Storm oraz Gambit tworzą drugą grupą. Rogue oraz Kurt skupią się na poszukiwaniu Kitty. Jean będzie nas nawigowała. Profesor za pomocą Cerebro poszukuje Shadowcat oraz członków Bractwa Mutantów. Gdy tylko coś znajdzie, Jean będzie o tym wiedziała i poinstruuje was co do dalszych kroków.
- Czyli do czasu, aż profesor nie znajdzie śladu Kitty, mamy siedzieć jak te głupki? – skrzywiła się Rogue. Była przekonana, że Scott uważał jej moc za bezużyteczną w walce z robotami i dlatego została oddelegowana do takiego beznadziejnego zadania. Oczywiście, chciała odnaleźć Kitty, ale wizja siedzenia w Blackbirdzie podczas gdy reszta zespołu się naraża, była co najmniej uwłaczająca.
- Niedokładnie – odparła Jean. – Wiemy, gdzie chwilę temu był Avalanche. Jeśli przyjmiemy, że Kitty jest cały czas z nim, wasze zadanie jest niemal rozwiązane.
- Lance użył swojej mocy? – spytała Ororo. – Mógł użyć tego w samoobronie. Czemu jednak Cerebro nie odnalazł śladu Kitty?
- Nie mamy na to czasu, Storm. Każdy z was dostanie zestaw słuchawkowy. Będziemy w kontakcie. A teraz wsiadajcie – zakomenderował Scott.
Znaczna część dzielnicy została zniszczona. Budynki wyglądały jak po przejściu tornada. Wiele z nich było bliskich zawalenia. W ulicach ziały otwory wielkości płytkich sadzawek. Samochody były albo zgniecione, albo wywrócone. W niektórych grzmiał jeszcze alarm. Na szczęście nie było tu ludzi. Co jednak nie dawało pewności, że niektórzy zostali pogrzebani żywcem w ruinach walących się bloków. Przygnębiający nastrój potęgował leżący gdzieniegdzie śnieg, teraz zmieszany z błotem, gruzem i krwią.
Rogue trzymała się środka ulicy. Nie chciała ryzykować, by jakiś zabłąkany blok na nią runął. Tuż obok szedł Kurt. Oboje coraz bardziej wątpili w to, czy uda im się znaleźć pośród tego gruzu Kitty.
- Jean, jesteś pewna, że to tutaj? – zapytała Rogue po naciśnięciu przycisku na słuchawce. Po chwili usłyszała głos koleżanki.
- Tak. Profesor zanotował aktywność zdolności Alversa właśnie w tej części dzielnicy.
- Dzielnica jest duża – zauważył Kurt, na co dało się usłyszeć westchnięcie Jean.
- Na razie nic więcej nie wiemy.
- Kurt, Kitty wspominała ci, gdzie chodzi na schadzki z Lancem? – zapytała Rogue.
- Jakoś nie lubię słuchać o tym, co Kitty z nim robi – wzruszył ramionami Kurt. Rogue uśmiechnęła się kwaśno. – Mieli dzisiaj siedzieć u Lance'a i oglądać filmy… Co niby tutaj by robili?
- W sumie niedaleko stąd do Bractwa Mutantów. Może robili zakupy na obiad? – zastanowiła się Rogue.
- O tej porze mogli co najwyżej przyjechać po nowy obiad – odparł sceptycznie Kurt. – Bo jeśli Kitty wzięła się za gotowanie…
Rogue zatrzymała się i spojrzała na brata z szeroko otwartymi oczami.
-… to z pewnością skończyło się to katastrofą. W takim wypadku albo coś zamówili, albo…
-…przyjechali zjeść na miejscu! – wykrzyknął Kurt. Chwycił Rogue za ramiona. – Tutaj jest tylko jedna knajpa, w której lubili jeść. Taco Bell!
Rogue zamrugała kilka razy i odwzajemniła po chwili uśmiech. Oboje puścili się biegiem w dół ulicy. Widok, jaki zastali, nie napawał ich entuzjazmem. Frontowa część budynku została zrujnowana. Pomiędzy leżącymi cegłami widać było szczątki posadzki, sztućce i kawałki stolików. Nie było szans na to, by gdzieś tutaj mogli przetrwać klienci fast fooda.
- Nie ma ich tutaj… - stwierdziła Rogue po kilku minutach przeszukiwania miejsca.
- Muszą tu być… Kitty nie mogła… - odparł łamiącym się głosem Kurt. Gorączkowo rozgarniał stertę gruzu licząc, że znajdzie jakikolwiek ślad swojej przyjaciółki. Co chwilę teleportował się w inne miejsce ruin. Zapach siarki drażnił nozdrza Rogue. Na domiar złego robiło się coraz zimniej. Czuła na twarzy coraz większy mróz.
- Kurt, nikt nie powiedział, że Kitty była właśnie tutaj – uspokoiła drżącym z zimna głosem. Sama jednak była zaniepokojona całą sytuacją. Na razie nie dopuszczała do siebie myśli, że jej współlokatorka mogła w jakikolwiek sposób ucierpieć, niemniej jednak z każdą minutą myśli te były coraz bardziej natarczywe. Przyjrzała się raz jeszcze ruinom knajpki. W przeciwieństwie do innych zburzonych budynków, ten był zniszczony od fundamentów. Inne były uszkodzone na wysokości kilku metrów, ich partery były niemal nietknięte. Tutaj natomiast wyglądało to tak, jakby coś wstrząsnęło tym budynkiem… Coś lub ktoś. Rogue pozostawiła Kurta, który nadal starał się odgruzować teren i udała się w kierunku zaułku tuż za barem. Patrząc po skali zniszczeń, właśnie z tego miejsca zaczęła się największa fala trzęsienia. Tuż obok stał zniszczony, również od podstaw, budynek mieszkalny. Alvers zatem kierował moc na te miejsca…
Rogue spojrzała na drugą stronę ulicy. Tam budynki pozostawały niemal nietknięte… Dopiero po chwili dostrzegła niewielkie szkarłatne ślady zmieszane z brunatnym śniegiem i kawałkami cegieł. Tak, jakby ktoś ciągnął krwawiącego człowieka… Ewakuacja ludności miała miejsce kilka chwil po ataku, nikt z cywili nie powinien się tu już kręcić. Jeśli ktokolwiek został ranny, najprawdopodobniej został już stąd zabrany, natomiast ślady były stosunkowo świeże, nie zdążyły jeszcze nawet zniknąć pod prószącym śniegiem.
Rogue, kierując się tropem, przeszła przez ulicę i skierowała się w stronę zaułku, w którym kończył się ślad. Za zsypem na śmieci dostrzegła ludzkie stopy.
- Kitty? – zapytała głośno i z bijącym sercem skierowała się w ich stronę. Zastała tam opartego o ścianę Alversa, który trzymał w objęciach nieprzytomną Kitty. Skóra jej nóg była niemiłosiernie pozdzierana, a z ran sączyła się krew. Lance próbował opatrzyć rany i związał kawałek swojej koszulki tuż nad nimi. Sam też nie był w najlepszym stanie – poobijany, z podbitym okiem, licznymi zadrapaniami, oddychał ciężko i zerkał z ukosa na Rogue.
- Ona… - pytanie zawisło w powietrzu. Rogue przyklękła nad współlokatorką i jej chłopakiem.
- Żyje. Ale nawet sobie nie wyobrażasz, co się tutaj stało… - zaczął ciężko Lance. Mówił przytomnym, choć zmęczonym głosem. Oboje byli bez kurtek, Kitty była nienaturalnie blada, a Lance szczękał zębami.
- Musimy jak najszybciej dostarczyć was do Instytutu – oznajmiła Rogue. – Jean, znaleźliśmy ich – oznajmiła do mikrofonu.
- Rogue… - przerwał jej Kurt.
- Kurt, za chwilę. Jesteśmy na skrzyżowaniu ulic…
- Rogue! – Dziewczyna poczuła, jak gwałtownie opada na ziemię. W miejscu, gdzie przed chwilą stała, pojawiła się dziura mogąca pomieścić kilkoro ludzi. Skinieniem podziękowała bratu za szybką reakcję, ale Kurt patrzył z przerażeniem na to, co znajdowało się wysoko ponad nimi. Wysoki na co najmniej cztery piętra metalowy robot kierował na nich swoją wielką łapę.
- OBIEKT: MUTANT. CEL: ZNISZCZYĆ.
- Rogue?! Rogue?! Co się dzieje?! Gdzie jesteście?!
Kurtowi udało się odciągnąć uwagę robota od reszty towarzyszy. Teleportował się wokół niego tak szybko, że przypominało to walkę z natrętną muchę. Było to jednak skuteczne: stwór, czy cokolwiek to było, bezskutecznie próbował potraktować go laserem bądź pięściami.
- Będę musiała użyć swojej mocy – oznajmiła Rogue. Lance przytaknął i wyciągnął ku niej swoją dłoń. Rogue zawahała się.
- Nie twojej – odparła patrząc mu w oczy. Lance przez chwilę przetrawiał znaczenie tych słów. Spojrzał na nieprzytomną Kitty i westchnął ciężko.
- To jej… nie zaszkodzi? – zapytał. Czuł, że szczypią go oczy. Rogue zmarszczyła czoło i uniosła przepraszająco brwi.
- Nie wiem. Postaram się zaabsorbować tylko niewielką część jej mocy.
Lance nie spuszczał wzroku z Kitty. Czuł na sobie ponaglające spojrzenie Rogue.
- To też moja przyjaciółka – dodała po chwili. Alvers spojrzał wreszcie na Rogue i nieznacznie skinął głową. Rogue zdjęła skórzaną rękawiczką i kredowo białą dłonią dotknęła policzka Kitty. Poczuła ciepło bijące z ciała jej przyjaciółki, co z jednej strony dawało jej nadzieję, z drugiej – rodziło przypuszczenie, że Kitty ma wysoką gorączkę. Sekundę później jej głowę wypełniły myśli współlokatorki, wspomnienia oraz cześć jej jaźni. Rogue taktownie starała się nie zgłębiać się w nich zanadto. Na próbę sięgnęła ręką w ścianę, o którą opierał się Lance. Dłoń swobodnie przeszła przez ceglany mur. Rogue uśmiechnęła się pod nosem i pobiegła w stronę walczącego Kurta.
- Kurt, przenieś mnie na kark tego żelastwa – krzyknęła do brata.
- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz – mruknął do siebie. Nie miał czasu zastanowić się nad znaczeniem jej słów. Teleportował się koło niej i chwycił za odzianą w rękawiczkę dłoń. Sekundę później oboje znaleźli się na ramionach robota. Ten szybko zareagował i jednym ruchem zrzucił Kurta, który nie zdążył się w porę wyteleportować i uderzył w budynek oddalony o kilkadziesiąt kroków. Rogue zawahała się. Nie wiedziała, czy powinna teraz ratować brata, czy realizować swój szalony plan. Nim zdążyła podjąć jakąkolwiek decyzję, metalowa dłoń stwora chwyciła ją w pasie. Poczuła potężny ścisk w żebrach, chwilę później mogła jedynie skupić się na ogarniającym ją bólu.
- CEL: ROZPOZNANY. STATUS: MUTANT. ROGUE. ZNISZCZYĆ.
Nie mogła dłużej zwlekać. Skupiła się na zaabsorbowanej mocy i dosłownie zanurkowała w robocie. Przeleciała przez cały jego korpus i spadła na asfaltową powierzchnię drogi. To była jej jedyna szansa. Kitty, prócz tego, że mogła fazować przez różne powierzchnie, mogła niszczyć w ten sposób mechanizmy urządzeń elektronicznych. Normą było, że co najmniej raz w tygodniu musiała kupować nowy budzik lub radio. Rogue miała nadzieję, ze fazując przez niemal całą powierzchnię tego robota uda jej się go unieszkodliwić i zniszczyć całe jego elektroniczne wnętrze. Sekundy, jakie minęły od jej upadku, dłużyły się niemiłosiernie. Robot wciąż stał i wydawało się, że za chwilę sięgnie po nią lub usmaży laserem. Na dodatek ból został spotęgowany upadkiem na zimny, twardy asfalt. Nie mogła zaczerpnąć oddechu, czuła, że rozerwałoby to jej płuca, więc pozostało jej tylko obserwowanie. Kilka mrugnięć później była sparaliżowana nie strachem, a ciężarem żelastwa, jakie na nią spadło.
- Rogue! Rogue, trzymaj się! – zdążyła usłyszeć krzyk Kurta. Potem już tylko otoczyła ją cisza i zupełna ciemność.
Czuła, że boli ją głowa. Bardzo, bardzo mocno. I klatka piersiowa. Miała wrażenie, że na jej ciele zacisnęła się ogromna metalowa łapa, która z każdą sekundą zwiększała nacisk. Do jej uszu dobiegały strzępki rozmów, hałasy, wycie syren. Marzyła, by wróciła cisza.
- Może powinieneś jeszcze raz ją dotknąć?
- A może ty spróbujesz?
- Po co jej laser w oczach?
- Logan, dotknij jej jeszcze raz, chyba za mało wchłonęła…
Powoli otworzyła oczy. Tuż nad nią stali pochyleni Scott, Logan oraz Kurt. Na ich twarzach pojawiła się ulga, najbardziej dostrzegalna chyba u Logana.
- Trzymaj się, dzieciaku – przywitał ją. – Dostałaś najlepsze lekarstwo na świecie.
- Polemizowałbym – odparł Scott. – Wolverine pozwolił ci zaabsorbować część jego mocy, dzięki czemu…
- Och, ona to wie, prawda, Rogue? – przerwał mu Kurt i utulił siostrę starając się nie dopuścić do kontaktu z jej nagą skórą. – To co zrobiłaś, było naprawdę… - zaczął podekscytowanym głosem.
- Głupie – przerwał mu brutalnie Scott. – Nie miałaś pewności, czy twój plan zadziała. Naraziłaś nie tylko siebie, ale też Shadowcat…
- Zamknij się – wtrącił Logan i wziął Rogue na ręce. – Spisałaś się, Stripes – powiedział cicho, gdy byli poza zasięgiem czyichkolwiek uszu. Rogue przymknęła oczy i pozwoliła działać wzmożonej regeneracji Logana. Czuła, że wracają jej siły, szum w uszach zelżał, tylko jej żebra pulsowały bólem.
- Co z Kitty i Lancem? – zapytała już całkiem przytomna, gdy zbliżali się do Blackbirda. Logan pozwolił jest wstać i, choć wciąż wsparta na swoim towarzyszu, powolnym krokiem szła w kierunku odrzutowca. Wyglądało na to, że nikogo tam nie było, nawet Jean.
- Kurt zdążył przenieść ich do ambulatorium. Wyliżą się z tego.
- Ja… Nie zastanowiłam się nad tym, co robię… Teraz sobie myślę, że to było skrajnie nieodpowiedzialne. Mogłam zabić Kitty - stwierdziła ciężkim tonem Rogue i ponownie przymknęła oczy.
- Gdybyś zaczęła się zastanawiać, mogłoby być już za późno i waszą czwórkę moglibyśmy schować do pudełka po zapałkach – odparł szorstko Logan. – Masz dobre odruchy, dzieciaku. To się nazywa instynkt. Nie pozwól go sobie zagłuszyć, a zwłaszcza takim trzęsidupom jak Summers.
Rogue zamilkła, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Wypowiedź Logana brzmiała jak komplement, niemniej jednak niepokojące było jego dość brutalne określenie na bądź co bądź lidera grupy. Nigdy nie słyszała, by któryś z mentorów tak się o nim wyrażał. Czyżby coś się wydarzyło między Loganem a Scottem?
Poza tym reakcja Scotta nie była zbyt przyjemna. Poczuła się jak małe dziecko.
- A co z wami? Gdzie jest Jean? I druga grupa? – zapytała po dłuższej chwili.
- Hankowi udało się wydobyć z tej kupy złomu jakąś blaszkę, dzięki której uda mu się zidentyfikować te chodzące złomowiska. Zdążyliśmy pokonać całą czwórkę, czyli tyle, ile ich miało być. Beast udał się do Instytutu, a my mieliśmy dołączyć do was. I wtedy od Jean dowiedzieliśmy się, że macie kłopoty. Zapakowaliśmy się do Blackbirda, a na miejscu zastaliśmy już Cajuna. Zdążył wyciągnąć cię spod tej sterty blachy, nim to ustrojstwo wybuchło. To chyba jakiś system zabezpieczający, bo pozostała czwórka też skończyła na fajerwerkach. Miałaś dużo szczęścia, chudzino.
- Tak, chyba tak… - jęknęła Rogue i ułożyła się na jednym z siedzeń Blackbirda. Przymknęła powieki starając się nie skupiać na bólu w klatce piersiowej. Chwilę później straciła przytomność.
Powrót do pełnej formy zajął Rogue kilka dni. Regeneracja „pożyczona" (Rogue zwróciła uwagę na to słowo – sam profesor użył takiego sformułowania w kontekście jej i Wolverine'a; co ciekawe, w każdym innym wypadku jest to „absorpcja", „wchłonięcie", a nawet „kradzież" czy „pasożytnictwo") od Logana wystarczyła na uleczenie powierzchownych ran, jednak złamane żebra wymagały większego nakładu pracy, zwłaszcza ze strony dr. McCoya i jego lekarstw. Niemniej jednak Rogue wyszła na tym i tak lepiej, niż Kitty, Lance oraz Storm. Ta ostatnia cudem przeżyła walkę z robotami i tylko szybka reakcja Colossussa uratowała jej życie. Gambit zostawił ją pod opieką Piotra, który zdążył zawiadomić już Forge'a, by natychmiast zajął się transportem dla Ororo. Sam Remy ruszył w stronę dzielnicy, w której byli Rogue i Kurt. Gdy usłyszał komunikat od Jean, że ci potrzebują pomocy, był niemal na miejscu i tylko dzięki temu zdążył w porę zareagować i wyciągnąć Rogue spod kupy żelastwa na kilka chwil przed wybuchem. Gdy upewnił się, że druga grupa już jest na miejscu, poszedł sprawdzić stan Kitty i Lance'a. Oboje byli już poważnie osłabieni przez odniesione rany oraz panujące zimno. Kitty jeszcze przez wiele dni walczyła z gorączką, ale summa summarum poza złamaniem nogi i wieloma zadrapaniami nic jej nie było. Gorzej natomiast było z Lancem. Rogue pamiętała, że na pierwszy rzut oka nic mu nie było. Jednak okazało się, że krew, którą widziała na ulicy, należała do niego. Miał otwartą ranę na udzie i McCoy nawet rozważał konieczność amputacji. Do tego miał liczne obrażenia wewnętrzne, ale na szczęście nie zagroziły jego życiu.
Kitty zrelacjonowała również przebieg wydarzeń. Owszem, oboje wybrali się do Taco Bell, gdyż koniecznie chciała coś sama ugotować i wyszło jak zwykle – czyli na klapie. Razem z nimi wyszli również Toad oraz Blob, z którymi rozstali się kilka przecznic wcześniej. Najprawdopodobniej to uratowało ich wszystkich przez śmiercią w siedzibie Bractwa Mutantów, gdyż budynek zawalił się zaledwie pół godziny później przez atak trzech robotów.
Miłą atmosferę w fast foodzie przerwało pojawienie się jednego z nich ulicę dalej. Nastała panika. Większość klientów i personel knajpki zdążył się ewakuować, w czym zresztą pomagali Kitty i Lance. Gdy robot zbliżał się do skrzyżowania ulic, przy której stał bar, Kitty i Lance przefazowali przez ściany budynku. Nie zdążyli nawet zabrać swoich rzeczy. Przemknęli do zaułka za knajpą, jednak robot jakimś cudem zlokalizował ich i podążył za nimi. Co ciekawe, znał ich tożsamość i cały czas mówił coś o „unieszkodliwieniu" i „zniszczeniu celu". Robot użył swojej energii, by odrzucić ich na ścianę, ale Kitty ponownie przefazowała przez budynki, a Lance wzbudził falę sejsmiczną. Uciekli na drugą stronę ulicy, stamtąd Lance posłał jeszcze jeden wstrząs, który najpewniej został odnotowany przez Cerebro. Robot zniknął równie szybko, jak się pojawił i dopiero wtedy oboje dostrzegli, że nie jest z nimi najlepiej. Najprawdopodobniej adrenalina i stres zagłuszyły ból u obojga, wtedy jednak powrócił on ze zdwojoną siłą. Kitty straciła przytomność, a Lance ledwo ją przeniósł w głąb zaułka. Tam znalazła ich Rogue.
Wszyscy uczestnicy wydarzeń, poza Lancem, który wciąż leżał w ambulatorium, zwołani zostali na naradę w podziemiach Instytutu. Profesor Xavier czekał, aż wszyscy zajmą swoje miejsca przy olbrzymim, okrągłym stole. Splótł dłonie i palcami wskazującymi podparł podbródek. Potoczył spojrzeniem po zebranych i gdyż już wszyscy usiedli, odchrząknął.
- Cieszę się, że jesteśmy w komplecie. – Skinął w kierunku Storm, Kitty oraz Rogue. – Chciałbym was pochwalić za opanowanie, zimną krew i zdolność do współpracy. Dzięki temu chyba możemy zasiadać tu w pełnym gronie. – Profesor uśmiechnął się samymi kącikami ust. Zrobił dłuższą pauzę, przeniósł dłonie na podołek i skinął na McCoya. Beast uśmiechnął się i zwrócił do zebranych.
- Udało mi się dostać do aplikacji, która sterowała tymi… robotami. Właściwie był to nadajnik, coś w rodzaju GPS, ale z większymi możliwościami, jest to bardzo ciekawa technologia, nie spotkałem się jeszcze…
- Do rzeczy, Hank – przerwał mu Logan. McCoy poprawił okulary i kontynuował.
- Roboty, czy może inaczej, Strażnicy, bo tak brzmi ich nazwa, są zaprogramowane do jednego celu. Namierzają tych, którzy posługują się ponadludzką mocą i… dążą do ich eliminacji.
- Są w stanie wykryć chromosom odpowiedzialny za mutację – wtrącił Forge. – Jeszcze nie wiemy, na jakiej zasadzie działa weryfikacja, ale wkrótce do tego dojdziemy.
Całkowita cisza, zupełny bezruch zapanował w sali. Każdy zdawał sobie sprawę, że roboty chciały ich zabić, jednak powiedzenie tego wprost, że takie ich było zadanie, ktoś je stworzył tylko do tego celu, przytłoczyło ich zupełnie. Rogue bezwiednie zacisnęła pięści. Ogarnęła ją wściekłość. Zaledwie kilka miesięcy temu walczyła, by ludzkość nie została zmieciona z powierzchni ziemi, a teraz ci dwulicowi hipokryci urządzili sobie na nią polowanie?! Miała ochotę wyjść i trzasnąć drzwiami, ale opanowała się. Potoczyła spojrzeniem po znajomych twarzach. Większość wydawała się przybita, ze smutkiem spoglądała na swoje kolana. Wyjątkiem był, oczywiście, Remy, który z intensywnością wpatrywał się w nią. Rogue zaczerwieniła się i uciekła spojrzeniem, udając, że wcale nie dostrzega pojawienia się złośliwego uśmieszku na twarzy Cajuna.
- Skąd wiedzieli, kim jesteśmy? Jeden z tych… Strażników… zidentyfikował mnie. Zresztą, nie tylko mnie – Scott zwrócił się do pozostałych. Niektórzy przytaknęli lub skinęli głowami. – Nie powstał przecież żaden rejestr mutantów.
- To jest dobre pytanie, Scott – odparł Xavier. – Wydaje mi się, że te dane pochodzą z Cerebro. Pytanie tylko, kto je wykradł. I komu dostarczył.
- Mystique – wyszeptała Rogue. – Ona już kiedyś miała dostęp do Cerebro.
- Możliwe również, że to Magneto. On również prowadził swoją bazę danych – zauważył Colossus.
- Ciężko mi uwierzyć, by to Eric stał za tymi atakami. To nie w jego stylu – zawahał się Xavier, na co Logan prychnął.
- Przestań go bronić, Chuck – warknął. – Z tak popapraną psychiką Magneto jest zdolny do wszystkiego.
- To samo można powiedzieć o tobie – wtrącił Scott.
- Chcesz o tym porozmawiać, chłopcze? – W słowach Logana zagrzmiała groźba.
- Dość – przerwał im Xavier.
- Myślę, że Logan może mieć trochę racji – delikatnie zasugerowała Ororo. – Kitty, powiedz mi, czy gdy byłaś u Lance'a, w domu znajdowali się Pietro i Wanda?
Kitty podrapała się po głowie i chwilę zastanowiła się nad odpowiedzią.
- Tak, ale byli tylko ten, przez chwilę. Później gdzieś wyszli.
- Oboje? W tym samym czasie? – dopytał profesor. Gdy Kitty przytaknęła, zmarszczył czoło i na dłuższą chwilę zamilkł. – Przemyślę to – odrzekł wreszcie. – Wracając do naszych nowych przyjaciół, dr McCoy oraz Forge spróbują dowiedzieć się jak najwięcej na ich temat.
- Ja mogę monitorować, czy w Internecie pojawiły się informacje o nowych atakach – zaoferowała Kitty. Profesor uśmiechnął się do niej z aprobatą. – Ustawię alert i jak tylko coś się pojawi, zostaniemy o tym poinformowani.
Rogue z fascynacją obserwowała nakręcającą się coraz bardziej Kitty. Wszyscy wiedzieli, że jest z niej beztroska, radosna dziewczyna pozbawiona talentu kulinarnego, za to świetnie tańcząca i szalenie wysportowana, ale niewielu wiedziało również o na pozór niepasującym do niej hobby: komputerach i wszystkim, co z nimi związane.
- …możemy też sprawdzić bazy danych posterunków i reszty służb – kontynuowała Kitty. – Niestety do większych instytucji jeszcze nie udało mi się włamać – dokończyła, wzruszając ramionami i skromnie spuszczając wzrok. Wszyscy mieszkańcy Instytutu wpatrywali się w nią z szeroko otwartymi oczami i – niektórzy – ustami. Nie wyłączając profesora, który dopiero po chwili odzyskał rezon.
- Dobrze – podsumował niezbyt pewnym tonem. – Dziękuję, Katherine. W razie jakichkolwiek problemów – profesor uniósł brwi – możesz liczyć na moją pomoc.
Kitty uśmiechnęła się od ucha do ucha, zapewne podejrzewając, że zaoferowana przez Xaviera pomoc oznaczała mniej więcej tyle co „gdybyś została w jakikolwiek sposób zdemaskowana, śmiało przyjdź do mnie, a rozwalimy telepatycznie całą Sieć, byle tylko cię ukryć".
- Dziękuję za spotkanie, jesteście już wolni – oznajmił, nadal zerkając podejrzliwie na Kitty.
Wszyscy wstali z miejsc i ruszyli w stronę drzwi, zostawiając w sali profesora oraz Logana. Najprawdopodobniej Wolverine miał na tyle szacunku do Xaviera, że postanowił go poinformować o tym, jak wielkim jest głupcem na osobności, a nie przy grupie uczniów. Rogue z gorzkim uśmiechem pomyślała, że albo dopiero teraz pojawiły się niesnaski między starszymi członkami Instytutu, albo wcześniej tego nie zauważała. Bycie dorosłym ssie.
- Hej, Rogue! – usłyszała za sobą. Chwilę później dogonił ją Kurt i wręczył jej książkę. – Zapomniałem ci oddać.
- Um, fajnie, że sobie przypomniałeś – bąknęła, czując, że zaczyna się rumienić. Czytał, czy nie czytał? Ale będzie przypał… Zacisnęła powieki z zażenowania.
- Miałem ci wcześniej oddać, ale nie było kiedy. Albo leżałaś w ambulatorium, albo siedziałem u Kitty… Sama rozumiesz.
- Tak, tak – odparła szybko i chcąc jak najszybciej zakończyć temat, przyspieszyła kroku. To samo zrobił Kurt i nawet nie zauważyli, że szli już tuż za Remym.
- Jutro pierwszy trening po… tym wszystkim – kontynuował rozmowę Kurt. – Czuję, że moje mięśnie tego nie wytrzymają. I czuję, że Logan tego nie zrozumie – jęknął.
- Znasz przecież Logana – wzruszyła ramionami Rogue. – Nie tylko nie zrozumie, ale jeszcze podkręci sesję wychodząc z założenia, że Sentinels to tylko rozgrzewka przed poziomem dziewiątym.
- Taa… - westchnął ponownie Kurt. – Znam go aż za dobrze, dlatego tak bardzo chcę się wymiksować z tego treningu... Hej, Rogue, idziemy dzisiaj z Kitty na zakupy przedświąteczne. Zabierzesz się z nami? Odwiedzimy też tę nową knajpkę w centrum, podobno mają tam nieziemską kawę cynamonową.
- Nie, jestem zajęta dzisiaj – odparła szybko Rogue, wchodząc po schodach. – Chcę zrobić sobie mały trening przez jutrzejszą sesją z Loganem.
- No dobra, ale jakby co, to propozycja jest wciąż aktualna, poza tym mają tam też naleśniki – odpowiedział Kurt i już miał się żegnać z siostrą, gdyż dotarli do pokoju Kitty i Rogue, gdy jednak coś sobie przypomniał. – A tak w ogóle to myślałem, że Władca Pierścieni jest o tych krasnoludkach, które razem z tym siwym magiem mają zanieść gdzieś jakiś pierścionek, a nie o sekretarce, która zadurzyła się w swoim szefie, ale może to mi się coś pomyliło…
