Pomimo że w Instytucie były aż dwie zmywarki przemysłowe, Jean wolała czasem tradycyjnie zanurzyć dłonie w ciepłej, pienistej wodzie i umyć naczynia tak, jak robiła to jej matka. Ku jej wielkiej radości, Scott nie dość że nie czynił z tego obiektu żartów, to jeszcze pomagał jej przy tym, dzięki czemu mogli pobyć sami w wielkiej kuchni (nie wiedzieć czemu, gdy przychodziła pora sprzątania po obiedzie, wszyscy uczniowie i mentorzy cudownie się ulatniali) i pogrążyć się w rozmowie.
- Może pójdziemy w niedzielę do tej włoskiej knajpki w SoHo? – zapytał Scott, przecierając szmatką porcelanowe talerze.
- Z chęcią bym poszła, ale muszę powtórzyć przed egzaminami jeszcze anatomię i chemię analityczną – westchnęła Jean. Od października studiowała genetykę na Metropolitan College i wiele wysiłku kosztowało ją znalezienie czasu na zajęcia, naukę, ale również sesje z Instytucie. Każda minuta się liczyła. – A u ciebie jak tam? Nie ma jeszcze tej gorączki przedegzaminacyjnej?
Scott studiował zarządzanie na jednej z mniejszych uczelni wyższych w Nowym Jorku. Nie tak prestiżowej jak Metro College, bo egzaminy SAT nie poszły Scottowi najlepiej, jednak Jean i tak była z niego dumna.
- Nie… – mruknął tylko. Jean widziała, że coś go gryzło. Oczywiście mogłaby użyć telepatii, ale tak jak profesor uważała, że byłoby to nieetyczne. Ufała swojemu chłopakowi i wiedziała, że powiedziałby jej wszystko. Byli przecież pokrewnymi duszami.
- Coś się stało? – zapytała przyjaźnie, zerkając na chłopaka.
- Myślę o tym, czy na pewno studia to przyszłość dla mnie – wydusił z siebie wreszcie i spojrzał na Jean, czekając na krytykę bądź motywacyjne kazanie. Cokolwiek. Zamiast tego dziewczyna wytarła dokładnie dłonie i podeszła do niego, chwytając jego dłonie w swoje. Scott odwrócił się od naczyń i spojrzał jej w oczy. Serdeczne, zielone oczy pełne miłości.
- Czemu tak myślisz? – spytała, a on wiedział, że tym szczerym oczom może powiedzieć wszystko. Cały lęk przed osądzaniem minął jak ręką odjął.
- Czuję, że jestem potrzebny tutaj – powiedział, ściskając mocniej splecione dłonie.
- Scottie, mój kochany Scottie, zawsze na posterunku – uśmiechnęła się szeroko. – Przemyślałeś to, prawda?
Scott skinął jedynie głową i objął Jean w pasie, przyciągając do siebie. Dziewczyna roześmiała się i zarzuciła ręce na szyję, oplatając go ciasno. Czuł ciepło jej oddechu, rude włosy muskały jego twarz, a wielkie, zielone oczy wpatrywały się w niego z miłością i oddaniem.
- Profesor już wie? – spytała szeptem.
- Najpierw chciałem powiedzieć tobie – odparł równie cicho, opierając się czołem o jej czoło. – Jestem kapitanem X-Menów. To nie jest praca na pół etatu.
- Wiem, kochany – wymruczała. Uśmiechnął się słysząc ten ton. Przyjęła to tak dobrze, spodziewał się nieco ostrzejszej reakcji. Może nawet uda mu się dzisiaj… Poczuł, jak coś mokrego przesuwa się po plecach.
- Jean…? – zapytał, nie wypuszczając dziewczyny z objęć.
- Taaaaak? – spytała niewinnie, ale zdradził ją chichot. Wyswobodziła się z objęć i śmiejąc się już w głos odskoczyła od Scotta. – Mój drogi, z racji tego, że ty rezygnujesz z dalszej edukacji, możesz się w całości poświęcić zmywaniu, kiedy ja będę się uczyć – powiedziała głośno, odwiązując fartuszek. Scott jedynie pokręcił głową z niedowierzaniem. Obserwował, jak dziewczyna z szerokim uśmiechem na twarzy wychodzi z kuchni, gdy przypomniało mu się coś.
- Grey, zaczekaj! – krzyknął, na co dziewczyna, już w drzwiach, odwróciła się do niego.
- Tak, pójdziemy do tej knajpki, Summers – odparła, bezbłędnie wyczytując w myślach, o co chciał ją zapytać. A może to nie była telepatia, tylko to pokrewieństwo dusz? Gimnastykując się, wyciągnął zza koszuli mokrą gąbkę do mycia naczyń i wrócił do przerwanego zajęcia, tym razem z większą beztroską niż jeszcze kilka minut temu.
Jean tymczasem wyszła z kuchni i skręciła w korytarz prowadzący do podziemi Instytutu. Czuła, jak rośnie w niej ledwie powstrzymywany gniew. Nie mogła wybuchnąć przy Scottcie, nie wtedy, gdy z taką ufnością patrzył na nią. Ale musiała dać ujść wszystkim emocjom. Kiedy ona staje się mistrzynią organizacji czasu, on tak po prostu się poddaje. Kiedy ona za cztery lata będzie miała już jakiś tytuł naukowy otwierający jej ścieżkę na wyższe studia, on będzie dalej tkwił w Bayville. Mógł osiągnąć tak wiele. Mógł dzielić z nią wszystkie trudy college'u, chodzić na wspólne studenckie imprezy i korzystać z dorosłego życia razem z nią, z dala od dzieciaków, z dala od Instytutu, z dala od obowiązków tutaj. A zamiast tego woli zostać. Pieprzone poczucie obowiązku.
Ze złością otworzyła drzwi do damskiej szatni i zrzuciła z siebie ubrania. Automatycznie, niczym robot, wciągnęła na siebie skórzany kostium, związała włosy w kucyk i weszła do Danger Roomu.
- Grey? – usłyszała kilka metrów nad sobą głos Wolverine'a. Stał przy konsoli i najprawdopodobniej manualnie ustawiał sobie program sesji, gdyż również był w uniformie.
- Logan – uśmiechnęła się do niego nieznacznie, próbując powstrzymać wulkan emocji, który w niej buzował.
- Wpadłaś na relaksujące mordobicie fantomów? – spytał z błyskiem w oku. Przez chwilę wahała się, czy nie wyjść stąd i nie odreagować w jakiś inny sposób, z dala od ludzi. Ale Logan przecież nigdy nie pyta, więc co za różnica, czy poćwiczą wspólnie czy nie.
- Coś w tym stylu – odparła z cieniem uśmiechu. – Co najmniej poziom jedenasty, jeśli możesz.
Logan uniósł pytająco brew, ale nie powiedział już nic. Przez chwilę ustawiał coś jeszcze za konsolą, a później dołączył do Jean na dole. Gdy miasto powoli się tworzyło, zerknął z ukosa na dziewczynę.
- Czyli nie tylko ja miałem zły dzień – mruknął, na co Jean jedynie zmarszczyła czoło.
- Logan odreagowujący w Danger Roomie? – uniosła brew. – Myślałam, że jak zawsze uciekniesz do Kanady.
Logan prychnął i spojrzał spod oka na Grey.
- Nie jest to głupi pomysł, rudzielcu – stwierdził. – Ale w razie czego przybędę ci na ratunek, nie martw się.
- Jak zawsze – odparła Jean i ruszyła pierwsza do ataku.
Do dyspozycji każdego starszego ucznia Instytutu były sale rekreacyjne. Zaliczał się do nich Danger Room (choć nieliczni młodzi podopieczni Xaviera z własnej woli korzystali z tej Sali), a także kilka mniejszych sali gimnastycznych, w których można było nie tylko pograć w kosza, rozłożyć stoły do tenisa, czy zorganizować mecz piłki ręcznej, ale również w spokoju poćwiczyć. Jedno z takich pomieszczeń było wyposażone w worki treningowe, maty, a także drabinki, skakanki, czy hantle. Tam właśnie Rogue przychodziła ćwiczyć, gdy nie miała indywidualnych spotkań z Loganem.
Tak też było i dzisiaj.
Od ponad trzydziestu minut ćwiczyła technikę wyprowadzania ciosów na worku zawieszonym na stojaku. Tak, jak uczył ją Logan. Całą ręką, wszystkimi mięśniami, w odpowiedniej postawie. Czuła, jak kropelki potu ściekają z jej czoła, a kosmyki włosów kleją się do twarzy, ale nawet na chwilę nie przestała ćwiczyć. W głowie miała cały czas wielkie, metalowe roboty, które zostały stworzone tylko po to, by zniszczyć wszystkich nosicieli zmutowanego genu. Kitty i Lance otarli się o śmierć. Ona sama prawie nie została zmiażdżona w ciężkim uścisku. Ryzykowali wiele, by powstrzymać te roboty, które mogły przecież zrobić krzywdę zwykłym ludziom. I co?
Kolejne ciosy były coraz mocniejsze, z prędkością graniczącą z szaleństwem uderzała w skórzany worek. Gdyby mogła swoje emocje przenieść na ten przedmiot, z pewnością nie zostałoby z niego nic.
W większości programów publicystycznych mówili tylko o tym, jak to wina za ataki Sentinels leży po stronie mutantów. „Gdyby nie mutanci, tych robotów by nie było." „To wszystko ich wina, pamiętacie przecież, co się działo latem." „Nie chcemy brać udziału w wojnie między mutantami." „Należy ich wszystkich skatalogować i kontrolować." „Nie da się walczyć z mutantami, należy ich wszystkich zamknąć, wtedy problemy znikną." „Ich moc powinna być przebadana i kontrolowana." „Moje mieszkanie zostało zniszczone przez te wielkie roboty, gdyby nie mutanci, nie byłoby tych robotów." „Czy naprawdę powinniśmy winić twórcę tych robotów? On pewnie jest tak samo zaniepokojony jak i my."
Opadła na kolana i zrzuciła rękawice. Przeczesała mokre od potu włosy i otarła łzy wściekłości i bezsilności zarazem. Niezdarnie wstała, upiła łyk wody z butelki stojącej na parapecie ponownie założyła rękawiczki, wracając do przerwanego treningu.
Skupiona na swoim zajęciu początkowo nie usłyszała dźwięku otwieranych drzwi. Dopiero po chwili zanotowała czyjąś obecność. Zresztą, to nie było trudne: do sali wpadła banda młodszych uczniów Instytutu, tych z przedziału 12 – 14 lat. Najgorszy wiek. Zresztą, dla Rogue każdy wiek dziecka jest tym najgorszym. Ona po prostu nie lubiła dzieci.
Już miała powiedzieć na głos, jak bardzo nie życzy sobie ich obecności, gdy na końcu pochodu szedł nie kto inny, jak Remy Lebeau. Wydawał się nie zauważać jej obecności, choć mogłaby przysiąc, że kąciki jego ust drżą od powstrzymywanego śmiechu. Dusząc w sobie chęć starcia tegoż z jego twarzy za pomocą pięści, Rogue zdjęła rękawice i skrzyżowała ramiona na piersi. Dopiero wtedy Gambit udał zaskoczenie jej obecnością i szeroko się uśmiechnął. Drań.
- Cherie, nie sądziłem, że cię tu spotkam! – wykrzyknął. To oczywiście nie była prawda. Doskonale wiedział, że tu będzie. Wszak od niej to usłyszał, dzisiaj, tuż po zebraniu z profesorem. Co prawda ona chyba nie zdawała sobie sprawy z kim, oprócz Kurta, dzieli się swoimi planami, ale to już nie jego zmartwienie, oui? Potem wystarczyło już tylko zgłosić się do profesora z chęcią przeprowadzenia treningu zręcznościowego wśród młodszych uczniów i voila! Teraz pozostało już tylko doprowadzić plan do końca. – Może się do nas przyłączysz?
Rogue otworzyła szeroko oczy.
- Ja? Z nimi? – wskazała na przysłuchujące się rozmowie dzieciaki.
- Co, boisz się, że będą lepsi od ciebie? – Remy uniósł brew i spojrzał z drwiącym uśmiechem.
- Chyba żartujesz. Mogłabym poprowadzić te zajęcia, a nie ćwiczyć razem z nimi.
Remy tylko na to czekał.
- To świetnie się składa! Remy'emu przyda się ktoś do pomocy w poprowadzeniu tych zajęć! – Posłał jej bardzo, ale to bardzo podstępny uśmieszek.
- Chyba kpisz. – Łypnęła na niego spod oka. Ten nawet nie mrugnął.
- Profesor wspominał, że bardzo dobrze walczysz wręcz. A jak uczyć młodzież – tu uśmiechnął się szeroko do dzieciarni – to tylko na najlepszych przykładach, nieprawdaż?
No tak, profesor. Pewnie sam zaproponował Remy'emu, by zgarnął na prowadzone przez siebie zajęcia Rogue. Ale to przecież ona miała wybrać i mentora, i czas! Jeśli Xavier dowie się, że odmówiła, może czekać ją pogadanka. Zwłaszcza że dzisiejszy wieczór był wolny, a ona sama nie miała aż tak dużo nauki. Z tego się nie wyłga.
- Ale ja… nie mam czasu – odparła szybko strzelając spojrzeniami w boki. – Mam do napisania referat, esej i… bardzo ważny projekt o…
- O? – dopytał uprzejmie Remy.
- O płazińcach – odparła bardzo poważnym tonem. Nie mrugaj. Nie mrugaj. Jeśli mrugniesz, to będzie wiedział, że kłamiesz. Nie mrugaj. Nie mrugaj!
Mrugnęła.
- A co dokładnie o tych płazińcach? – ciągnął z zainteresowaniem Remy. Co prawda jego zainteresowania nie przykuły te… płazińce, czy cokolwiek to jest, a coraz bardziej pąsowiejąca Rogue. Nawet jeśli od teraz przez pół roku będzie musiał prowadzić zajęcia dla tych dzieciaków, to ta chwila całkowicie mu to wynagradzała.
- O ich życiu w stadzie. – O zgrozo, czemu musiała wybrać akurat termin z biologii, z której była kompletnie tępa? – O hierarchii w stadzie, polowaniach na antylopy… Takie tam płazińcowe rzeczy – dodała, gestykulując.
- A czy płazińce to nie są takie robaki? – zainteresowała się jedna z dziewczynek. Rogue zabiła ją wzrokiem. A potem zapamiętała jej twarz, by móc ją dręczyć w wolnych chwilach.
- Zamknij się – syknęła do niej.
- Remy postara się nie zająć ci dużo czasu, Roguey – uśmiechnął się Remy z satysfakcją obserwując coraz większy rumieniec na twarzy dziewczyny.
- Nie nazywaj mnie tak – odparła gniewnie.
- Oczywiście, cherie. To jak, zostaniesz z nami na kwadrans? – zapytał uprzejmie.
- Nawet gdybym chciała, to nie mogę. Nie jestem dobrze ubrana – odparła zażenowana. To była jej ostatnia deska ratunku. Zawsze ćwiczyła sama, więc nie musiała się martwić o to, czy kogoś przypadkiem nie dotknie. Dlatego stawiała na wygodę i wybierała obcisłe legginsy i prosty tank top odsłaniający ramiona. Tylko rękawiczki nosiła zawsze przy sobie, z przyzwyczajenia.
- Cherie, Remy uważa, że wyglądasz bardzo dobrze, ale rozumie, o co chodzi. Łap! – Gambit zwinnym ruchem zdjął swój płaszcz i rzucił go do niej. Rogue odruchowo złapała i po chwili zastanowienia nałożyła na siebie. Sięgnęła też po swoje rękawiczki.
- No dobrze, dzieciaki – zaklasnął Remy. Rogue z niechęcią obserwowała, jak niemal wszystkie dziewczynki wodzą wzrokiem za swoim nauczycielem. Pod płaszczem Remy nosił czarny t – shirt, który w sposób, który powinien być zabroniony, podkreślał mięśnie brzucha i wyraźne bicepsy. Nie był typowym mięśniakiem, który miał szeroki kark. Był… w sam raz. Wysportowany, dobrze zbudowany, ale jednocześnie nie przerysowany, jak niektórzy faceci rodem z komiksów. – Razem z Rogue zademonstrujemy parę chwytów, a później pogadamy o szczegółach.
Rogue wyszła na środek i stanęła naprzeciwko Gambita. W przeciwieństwie do niej był wyraźnie zrelaksowany i odprężony.
Zaatakowała szybko. Wyprowadziła cios wprost w jego szczękę. Na ułamek sekundy przed tym była przekonana, że zaraz nowy nabytek Instytutu straci kilka zębów. Przez chwilę nawet mu współczuła. Ale tylko przez moment, bo Gambit w ostatniej chwili gładko się uchylił.
- Ostro zaczynamy, cherie – mruknął do niej. Miała ochotę zetrzeć mu ten uśmieszek z twarzy. Wyprostowała się i przybrała pozycję do walki. Przez chwilę tylko mierzyli się wzrokiem, aż wreszcie Rogue zrobiła półobrót i zamachnęła się łokciem na jego podbrzusze. Nie poczuła uderzenia. Znowu się uchylił.
Walka z Loganem była przewidywalna. Wiedziała, że jej atutem jest szybkość i zwinność, a nie siła. Co jednak w sytuacji, gdy walczyła z kimś szybszym, zwinniejszym i z pewnością silniejszym? Zmarszczyła czoło i ponownie uderzyła. Gambit lekko tylko się przesunął, wciąż sam nie przejmował inicjatywy.
- Chyba Remy się dzisiaj nie zmęczy – uśmiechnął się zadziornie do Rogue, na co odezwało się kilka chichotów. Rogue była zła na siebie, że zgodziła się na tę farsę. Coraz bardziej zirytowana, celowała na oślep zapominając o technice oraz wskazówkach przekazywanych przez Logana.
Gdy znowu się zamachnęła, Remy ruszył do akcji. Zablokował jej cios ramieniem i wyprowadził swój tak, by próba jego uniknięcia skończyła się utratą równowagi. Rogue, zgodnie z przewidywaniem, upadła na plecy, a Remy, przypieczętowując swoją wygraną, zablokował ją własnym ciałem. Upokorzona, patrzyła na jego triumfujący uśmiech. Pomimo całej tej sytuacji czuła coś zupełnie nowego, nie mającego związku z walką. Biodra miała zablokowane przez siedzącego na niej okrakiem Remy'ego, którego uśmiech mogła podziwiać z zupełnie nowej perspektywy. Każda próba poruszenia nogą kończyła się mocniejszym dociśnięciem ud Cajuna, a to z kolei powodowało bardzo nietypowy ból w dole brzucha. Ból na granicy rozkoszy. Rogue musiała przyznać sama przed sobą, że gdyby nie zgraja dzieciaków, pot na jej ciele, mało klimatyczne miejsce, to nawet by jej się to podobało.
Oczywiście nie z nim – zapewniła siebie w myślach.
Zawsze była słaba w oszukiwaniu. Mógł to być on.
W sumie, jakby się nad tym głębiej zastanowić, to on byłby najlepszy na tym miejscu.
Z jej absurdalnych rozważań wyrwał ją głos Remy'ego.
- …można wygrać, zupełnie się nie wysilając.
Drań. Ocknęła się z lekkiego otępienia i kopnęła go kolanem w plecy. Bardziej z zaskoczenia, aniżeli pod wpływem bólu, Remy pochylił się do przodu z uniesionymi lekko rękoma. Rogue wykorzystała tę chwilę w najlepszy możliwy sposób: chwyciła jego dłonie w nadgarstkach i przeturlała się z nim na bok. Teraz to ona była na górze. Bezwiednie rozchyliła wargi, ukazując górne zęby. Zmarszczyła brwi i lekko dysząc wpatrywała się w czarno – czerwone oczy Cajuna, zastanawiając się, jak powinna teraz z tego wybrnąć.
- Kocica – mruknął do niej. – Zapominasz jednak o jednym, cherie.
Bez problemu wyswobodził się z jej uścisku i chwycił ją w pasie jedną ręką, drugą zagarniając bez problemu oba nadgarstki. Zwinnym ruchem bardziej kochanka, niż wojownika, przewrócił ją na plecy wracając do pozycji sprzed kilku chwil. Obiema dłońmi trzymał ją za nadgarstki tuż nad jej głową. Nie miała jak się ruszyć, tym razem to on wpatrywał się w nią z góry i wydawał się być szalenie zadowolony.
- Jesteś ode mnie lżejsza – uśmiechnął się półgębkiem, zmniejszając dystans dzielący ich twarze. Pomimo najszczerszych chęci, nie była w stanie odwrócić wzroku. Nie panując nad sobą rozchyliła lekko wargi i przymknęła oczy, co Remy przywitał z jeszcze większym uśmiechem.
- To nie fair – powiedziała cicho. – To wszystko to twoja mutacja, a nie zdolności. Jak mam niby z tym walczyć? – wychrypiała, rozchylając powieki. Czerwono-czarne oczy Cajuna były tak niebezpiecznie blisko niej, że widziała w nich swoje odbicie.
- Możesz użyć swojej mocy – odparł szeptem, zbliżając swoją twarz do niej. Na usta cisnęło jej się pytanie, niby jak miałaby to zrobić, przyciśnięta do podłoża, z unieruchomionymi rękoma. Gdy zrozumiała, co miał na myśli Remy, otworzyła szeroko oczy i zarumieniła się upokorzona. Czuła, że zbiera się jej na płacz. Cholera, płacz!
- Puść mnie – odparła tylko. Z twarzy Gambita znikł uśmieszek. Być może to przez ton jej głosu, być może uświadomił sobie, że posunął się za daleko. Po chwili wstał i podał Rogue rękę. Ta, nawet nie patrząc na niego, wstała sama i pospiesznie rozpięła płaszcz. Zdjęła go i podała mu, wciąż unikając kontaktu wzrokowego. Zgarnęła z parapetu swoją torbę i bez słowa wyszła z sali.
Remy przez cały ten czas obserwował ją.
Rogue miała rację. Jego moce były różnorodne. Prócz tych najbardziej znanych, jak ładowanie przedmiotów energią, czy wspomniane zwinność i szybkość, miał jeszcze jedną przydatną umiejętność: ponadprzeciętną empatię, która wbrew pozorom bardzo przydaje się profesjonalnemu złodziejowi. Wyczuwał kolejne uczucia pochodzące od Rogue i choć większość była do przewidzenia, jak złość, czy irytacja, to było też kilka, których nie do końca rozumiał. Smutek? Żal? Litość? Tęsknota? Nie umiał ich nazwać.
- Weźcie przykład z najlepszych i też już idźcie – rzucił grupie. Po chwili wahania dzieciaki zabrały swoje rzeczy i wyszły z sali.
Remy został sam. Podniósł płaszcz, który zostawiła mu Rogue. Przekładał go w dłoniach, jakby widział go po raz pierwszy. Wreszcie uniósł go do twarzy i jego nozdrza wypełnił zapach potu, walki, jego papierosów, ale również truskawek, wanilii, chyba również róży. Jej zapach. Uśmiechnął się i zarzucił płaszcz na siebie. Powolnym krokiem, wciąż upajając się nowym aromatem i rozmyślając o ostatnich wydarzeniach, wyszedł z sali gasząc za sobą światło.
Zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie plecami. Nie zapaliła nawet światła w pokoju. Po chwili osunęła się łagodnie i przykucnęła. Pod powiekami czuła wzbierające się łzy.
Dobrze, że Kitty jeszcze nie wróciła. Nie potrafiłaby jej powiedzieć, co się stało, bo sama do końca nie potrafiła tego zrozumieć. Ledwie pojawił się w Instytucie, a już musiał wywrócić jej życie do góry nogami!
Już zdążyła się pogodzić ze swoim losem. Ze swoją mutacją. Wystarczało jej czytanie o tym, może czasem rzucała tęskne spojrzenia w stronę Scotta i Jean, mylone zapewne z zazdrością. Owszem, zazdrościła. Ale nie jego, tylko im. I gdy już znalazła stabilizację, poukładała wartości, pogodziła się ze sobą, on musiał to zepsuć. Jednym głupim, lekkomyślnym, aroganckim ruchem. Pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy, co zrobił. Może nawet uważał to za zabawne. Jedno głupie zdanie wystarczyło, by wyzwolić w niej milion emocji, szczelnie skrywanych, spychanych w najdalszy kąt. A świadkiem tego wszystkiego był on i tłum głupich dzieciaków!
Powinna od razu postawić sprawę jasno, a ona, zamiast tego, pozwoliła mu podejść do siebie… Co się z nią działo? To zupełnie niepodobne do niej, nigdy nie zachowywała się jak napalona nastolatka. A teraz miała wrażenie, że jeden gest z jego strony, jeden ruch, jedno słowo i mogłaby być jego. Nie wiedziała, jak z tym walczyć, nie potrafiła się oprzeć, mimo że rozsądek powtarzał jej, że ten człowiek równał się łzom i smutkowi, to chciała wejść w ten ogień.
Niech cię, Lebeau!
Wstała i ze złością rzuciła w kąt torbę i podeszła do okna. Zapadł już zmrok. Śnieg łagodnie prószył osłaniając cały krajobraz puchatą bielą. Tak spokojnie, sielankowo. Światła latarni wyglądały jak lampki choinkowe. Tuż przed budynkiem, w świetle lamp, spacerował kot. Rogue pogrążyła się w obserwacji zwierzaka, myślami jednak będąc daleko stąd, w Nowym Orleanie razem z Gambitem, ponad rok temu.
Wciąż pamiętała zapach ziemi, torfu i bagien, które otaczały posiadłość klanu Gildii Zabójców. Pamiętała również kolorową paradę zorganizowaną z okazji Mardi Gras. Zawsze starała się unikać takich skupisk ludzi, ale wtedy jej to nie przeszkadzało, ba! nawet podobało. Właśnie wtedy, tuż przed pojawieniem się Juliena, jakiegoś dawnego wroga Gambita, Remy zabrał ją na jambalayę. Choćbyś nie wiem jak bardzo próbował odtworzyć przepis, zawsze najlepiej smakuje ona w Luizjanie. Zupełnie niezrozumiała synergia. Rozmawiali wtedy o głupotach, beztrosko, jak starzy znajomi. Zupełnie tak, jakby nie walczyli po dwóch stronach barykady.
Później, gdy płynęli łódką starając się omijać miny, nie było tak sielankowo. Rogue była zdenerwowana i trochę spięta. Prócz oczywistego powodu – wszak w każdej chwili jakaś zabłąkana mina mogła wybuchnąć – cały czas czuła na sobie spojrzenie Cajuna. Stała na dziobie łódki i instruowała go, kiedy ma skręcać, by trafić w jednym kawałku to siedziby Gildii. Wcale nie musiała obserwować trasy, bo przejęcie wspomnień Juliena wystarczyło w zupełności za najlepszy drogowskaz, nie chciała jednak, by Gambit o tym wiedział.
Kątem oka dostrzegła jakieś błyski. Maleńkie, błyszczące skrawki confetti, które Cajun trzymał w kieszeni, zostały naładowane energią kinetyczną Gambita i wrzucone do wody. Przez kilka sekund trwał przedziwny pokaz miniaturowych fajerwerków, który Rogue z przyjemnością oglądała. Kiedy znikły, wieczór wydawał się jeszcze ciemniejszy. Będąc pewna, że spojrzenie Gambita też było skoncentrowane na tej krótkiej, kolorowej iluminacji, Rogue zerknęła w jego kierunku. Poczuła zimny dreszcz, a później ciepło napływające do twarzy. On wcale nie patrzył na confetti, tylko na nią. Odwróciła się gwałtownie.
- Więc… - odchrząknęła, by jej głos nie był zanadto wysoki. – Byłam pewna, że nie przepadasz za swoim ojcem. A teraz próbujemy go ratować.
- Bo nie przepadam. To, że ktoś cię adoptował, nie czyni z niego rodzica.
- Taa... – mruknęła, myślami będąc przy jej „rodzinie".
- Mystique? Chcesz mi powiedzieć, że to nie jej wrodzony instynkt macierzyński nakazał jej wychować cię? – zapytał z lekką kpiną w głosie.
- Powiedzmy, że to raczej moje moce chciała wychować – odparła.
Znowu poczuła, że Gambit wbija w nią spojrzenie. Ciekawe, jak często to robił? Sam powiedział, że obserwuje ją od kilku tygodni. Na samą myśl o tym przebiegły ją ciarki. Co to znaczy: obserwuje? Śledził ją? Podsłuchiwał? Chodził za nią krok w krok, ukryty gdzieś w cieniu? Po co? I czego się dowiedział? Jak wiele wie?
- Ty i ja moglibyśmy napisać o tym książkę. Mamy wiele wspólnego. – Usłyszała za sobą miękki głos Cajuna.
- Z tą różnicą, że ty jesteś tu ratować swojego ojca. To o wiele więcej, niż ja zrobiłam.
Pomimo tego całego porwania, a także – jak się później okazało – manipulacji i wykorzystania jej, Rogue podobała się ta noc w Luizjanie. Gdzieś w zapachu torfu, ziemi, a także cajuńskich przypraw, tytoniu i bourbonu, udało jej się zapomnieć o swojej barykadzie, murze, który starannie budowała przez wiele miesięcy. Nie była jednak pewna, czy to zasługa miejsca, czy może osoby… Wtedy, przez krótką chwilę, myślała, że może zaprzyjaźnić się z tym irytującym Cajunem. Między nimi wytworzyła się jakaś nieprawdopodobna więź, której sama do końca nie rozumiała. Dzieliło ich wiele, ale jednocześnie mieli wiele wspólnych cech, które tylko oni dzielili. Kto wie, jak potoczyłoby się to wszystko, gdyby Gambit był z nimi podczas walki z Apocalypso. Teraz jednak, prawie pół roku po pokonaniu ich dotychczas największego wroga, uczucia do Gambita zdążyły przeistoczyć się w obojętny grymas na twarzy. Teraz, gdy znowu się pojawił się ze swoim nieprzeciętnym urokiem osobistym, emocje wróciły razem z nim. Ale skoro opuścił ich, opuścił ją, w tak ważnej walce, skąd Rogue może mieć pewność, że nie zrobi tego ponownie? Jak mogłaby mu zaufać? Jak mogła traktować go poważnie?
Rozmyślania przerwał jej warkot motoru. Rogue dostrzegła jedynie jego światła wyjeżdżające przez bramę Instytutu, ale wiedziała doskonale, kim był właściciel pojazdu. Logan czasem znikał na dwie godziny, czasem na dwa miesiące. Nigdy nie było to tematem rozmów wśród nauczycieli, nawet uczniowie zdążyli się przyzwyczaić do czasowych nieobecności Wolverine'a. Zawsze miał jednak niesamowite wyczucie czasu, jeśli chodzi o kwestię powrotu do Instytutu.
Rogue odeszła od okna i po chwili wahania położyła się do łóżka. Przyda się jej drzemka. Z planem wstania w okolicach kolacji, nakryła się kocem i zamknęła oczy.
Remy, odświeżony i przebrany w czyste, pachnące rzeczy, zszedł do salonu, w którym zastał kilkoro starszych uczniów Instytutu. Siedzieli na kanapie i ze średnim zainteresowaniem śledzili jakiś program telewizyjny.
- O, cześć Remy! – zaszczebiotała Tabitha, przekręcając się w jego kierunku. – Chcesz posiedzieć z nami? Za chwilę będziemy oglądać Scary the Movie.
- Wszystkie cztery części – dodał Bobby zachęcającym tonem.
- Brzmi… fantastycznie – stwierdził Remy bez cienia entuzjazmu, siadając obok Piotra. – Nie wiedziałem, że jesteś fanem tej serii – zwrócił się do niego.
- Katya powiedziała, że to momentalna seria amerykańskiego kina – odparł.
- Monumentalna, Pete – poprawiła go z uśmiechem Kitty, przynosząc do pokoju trochę przekąsek i dzbanek soku.
- Wręcz kamień milowy – dodał Bobby poważnym tonem, nie odrywając wzroku od napisów początkowych.
- A jakie klasyki amerykańskiego kina już widziałeś? – spytał Remy.
- Wszystkie części American Pie, Cruel Intentions oraz pięć sezonów Vampire Diaries – wyrecytował Piotr. Kitty uśmiechnęła się szeroko, Bobby ledwie powstrzymywał wybuch śmiechu, ukrywając twarz w rękawie bluzy.
- Zapomniałeś o Szkole Uczuć – zwróciła uwagę rzeczowym tonem Amara.
- O tym akurat chciałbym zapomnieć – mruknął Piotr, uciekając spojrzeniem.
- Sama klasyka, jak widzę – roześmiał się Remy, a widząc rosnące zakłopotanie na twarzy dawnego współtowarzysza wybuchnął śmiechem. – Biedny Pete – poklepał go po plecach. – Poza oglądaniem perełek amerykańskiego kina coś ciekawego robicie? – zapytał już reszty towarzystwa.
- Nooo… - zaczęła Kitty, widząc, że nikt nie wyrywa się do odpowiedzi – Teraz jest trochę ciężko o rozrywkę, bo jest zimno i sporo ciekawych ten, zajęć niestety odpada…
- Oj nie przesadzaj – wtrąciła się Tabitha. – Miesiąc temu było niewiele cieplej, a mimo to urządziliśmy Halloween Party. Szkoda, że cię wtedy nie było z nami, Remy – uśmiechnęła się do Cajuna. – Przebralibyśmy cię za pirata.
- Wyglądałbyś jak Jack Sparrow – potwierdził Bobby. – Totalnie cię widzę z ciemnym makijażem.
- Trochę jak Rogue na co dzień – zaśmiała się Amara.
- A za co była przebrana Roguey? – zainteresował się Remy, rozsiadając się wygodniej na kanapie, rzucając przy tym rozbawione spojrzenia Piotrowi, któremu wyraźnie ulżyło, że już nie rozmawia się o tej nieszczęsnej Szkole Uczuć.
- To nie było przypadkiem jakieś zombie? – zastanowił się Kurt.
- Wtedy chyba przechodziła fazę na Evanescence… – zamyśliła się Kitty. – Tak! To była Wzgardzona Panna Młoda!
- Panna Młoda – Zombie – dodała Tabitha. – Nie wiem, kto zrobił jej tak wiarygodny makijaż…
- Ja – powiedziała Amara i skromnie opuściła wzrok.
- Totalnie okropnie wyglądała – powiedział z zachwytem Bobby.
- Jakby leżała w grobie tygodniami – potwierdziła Kitty, patrząc z uznaniem na koleżankę.
- Straszna.
- Przerażająca.
- Totalnie.
- I co? Bawiliście się w swoim gronie? – spytał niewinnie Remy.
- Każdy mógł kogoś zaprosić – odparła Kitty. – Profesor zabronił nam tylko schodzić do piwnic.
- I nie pozwalał odpalać wyrzutni w ogródku – przypomniała sobie Tabitha.
- Ach, nie mogliśmy też używać mocy opartych na piromancji – przypomniała sobie Amara z wyraźnym smutkiem w głosie.
- I nie mogliśmy wysadzać dyni – dodała Tabitha.
- Poza tym wszystko było dozwolone – potwierdził Kurt.
- Whiskey i hasz również? – zapytał Remy, unosząc brew. Kilkoro zakłopotanych par oczu spojrzało na niego ze zdumieniem.
- Nie, no co ty, Remy. – Przełamała ciszę Kitty.
- Przecież nie wolno nam takich rzeczy – dodała Amara, patrząc na Remy'ego jak na niezbyt rozgarnięte dziecko.
- Jesteśmy na to za młodzi – dopowiedział Bobby poważnie.
Remy potoczył spojrzeniem po dzieciakach, zatrzymując się na wciąż czerwonym Piotrze.
- No dobrze… - powiedział wreszcie. – To oglądamy, tak?
I jak gdyby nigdy nic cała siódemka zajęła się oglądaniem filmu. Po chwili do Gambita dosiadła się Tabitha i pokazała mu na telefonie zdjęcia z Halloween.
- Przesuwasz w prawo – wyszeptała, przekazując mu telefon. Remy przeglądał kolejne zdjęcia, uśmiechając się do siebie. Wielka dynia nałożona na głowę Tabithy. Tabitha przebrana za kostuchę robiąca selfie z blondwłosym wampirem, którym, jak się okazało na kolejnym zdjęciu, był Bobby. Piotr wyglądający jak lokaj z rodziny Addamsów i siedząca na jego ramionach filigranowa Kitty jako wiedźma ze spiczastym kapeluszem. Avalanche w kiczowatym stroju Zorro stoi tuż obok Amary przebranej za szamankę. Selfie Tabithy z absolutnie groteskowo wyglądającą wściekłą panną młodą. Remy zatrzymał się przy tym zdjęciu na chwilę, wpatrując się w zielone oczy mrocznej maszkary. Na następnym zdjęciu ta sama panna młoda, tym razem uśmiechnięta od ucha do ucha, pozuje ze sztuczną ręką. Błyszczące zielone oczy, purpurowa szminka i trupio blada skóra nijak nie współgrały z serdecznym, beztroskim uśmiechem, który rozjaśniał twarz. Białe pasemko przekornie wysmyknęło się spod welonu i przecinało twarz. Pomimo upiornego makijażu, Rogue wyglądała na tym zdjęciu fenomenalnie. Remy nie mógł się powstrzymać. Wysłał to zdjęcie do siebie, by chwilę później usunąć mms z wysłanych wiadomości. Jak gdyby nigdy nic oddał telefon Tabithcie i z wymuszonym zainteresowaniem oglądał film, myślami będąc jednak z uśmiechniętą dziewczyną ze zdjęcia.
Obudziło ją koszmarne zimno. Naciągnęła mocniej koc, ale wciąż czuła zimne powietrze. Niechętnie otworzyła oczy. Cyfrowy wyświetlacz zegara wskazywał drugą w nocy. Mało kolacyjna pora. Kitty spała wyjątkowo w swoim łóżku (wciąż zdarzało się jej fazować przez sen, co dość dramatycznie odbiło się na Rogue, gdy po raz pierwszy odnalazła rano w pościeli Kitty gołą stopę jej współlokatorki, której pozostała część ciała wystawała z sufitu piętro niżej). Tej nic nie obudzi. Szybko okazało się, że powodem przeraźliwie niskiej temperatury było szeroko otwarte okno. Rogue po chwili przemogła się w sobie i szybkim krokiem podbiegła do niego. Nim je zamknęła, usłyszała głośne miauczenie kota gdzieś na podwórzu rezydencji. Nie lubiła kotów. Rano porozmawia ze Storm na temat nieproszonych futrzastych gości. I z Kitty, na temat wietrzenia pokoju.
