I oto przed nami czwarty rozdział, jak do tej pory najdłuższy z zamieszczonych. Ci, którzy czytali tę historię jeszcze na moim poprzednim, przypadkowym koncie, mogą nie pamiętać tego, co się dzieje w dzisiejszym odcinku. Pewnie dlatego, że poprzednią wersję w całości przebudowałam i w efekcie bardzo niewiele z niej zostało (być może wrzucę ten stary rozdział jako bonus na zakończenie opowieści, zobaczycie, jak słaby był :P). Mam jednak wrażenie, że opowiadaniu wyszło to jedynie na zdrowie.

Pixenne - Mam nadzieję, że uda mi się podtrzymać Twoje zainteresowanie i nie będziesz zawiedziona :)

Rozdział IV

Pulsujący ból narastał z każdą sekundą. Nawet mrugnięcie powodowało kolejny spazm obezwładniającego kłucia po lewej stronie głowy. Starała się nie oddychać głęboko, by nie pogłębiać uczucia ucisku czaszki. Nie zapalając światła, sięgnęła do nocnej szafki i ręką starała się znaleźć blister z aspiryną.

Duszne, ciężkie powietrze nie pozwalało zaczerpnąć oddechu, mimo to ona, niczym niewzruszona, siedziała na ozdobnym krześle. Wyprostowana, z dłońmi spoczywającymi na metalowych kulach wieńczących jej tron. Z uprzejmym zainteresowaniem przyglądała się szaleńczemu tańcowi dwunastu czarnoskórych mężczyzn, ubranych w przepaski ze skór upolowanych zwierząt. Byli spoceni, oddawali się nieprzytomnie rytuałowi. Ich twarze naznaczone były białą farbą. Tam-tamy wybijały rytm, kilka staruch kiwając się w przód i w tył inkantowało modlitwy.

Obrazy atakowały ją przy każdym zmrużeniu powiek. Czuła wciąż ten zapach spoconych ciał i duszne powietrze. Był to zapach ciężki, kwaśny i na granicy odoru. Zawartość jej żołądka niebezpiecznie zbliżyła się do gardła. Zwlekła się z łóżka i pognała do łazienki. Zimne płytki były nieprzyjemne, ale w jakiś sposób podtrzymywały ją w przytomności.

Zwymiotowała, po czym otarła ręką usta. Oparła się plecami o ścianę i wyczerpana przyglądała się tańczącym po przeciwległej stronie cieniom gałęzi. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że na zewnątrz szalała wichura.

Jeden z nich zatrzymał się tuż przed nią i opętanym wzrokiem wpatrywał się w jej spokojną twarz. Wtórując starszym kobietom wyrzucał z siebie kolejne zgłoski modlitwy. Sięgnął po leżący u jej stóp niewielki nożyk z rękojeścią z kości słoniowej i wciąż powtarzając inkantacje, ciął się od nadgarstków aż po łokcie. Krew, bulgocząc, lała się na gorący pustynny piasek. Ona nieporuszona obserwowała mężczyznę. Z niemym zainteresowaniem spoglądała na kolejne rany, które sobie zadawał: wzdłuż klatki piersiowej aż po spocone podbrzusze, od oka aż po szczękę. Chcąc podnieść rękę, by sięgnąć do czoła, opadł bez siły na ziemię. Plama krwi pod nim powiększała się powoli.

Znowu pochyliła się nad muszlą sedesową. To wszystko działo się gdzieś daleko w przeszłości, a mimo to czuła specyficzny zapach świeżej, gorącej krwi tu i teraz, w łazience Instytutu Charlesa Xaviera. Oczy mężczyzny, który stał przed nią, były puste i szkliste. Spojrzenie bardziej przypominało wzrok zwierzęcia, aniżeli człowieka.

Nie spuszczając z niego spojrzenia, pochyliła się i dotknęła opuszkami palców lepkiej, czerwonej mazi. Podniosła rękę, uważnie obserwując gęstą krew spływającą wzdłuż jej palców. Obserwowała ją z zainteresowaniem, aż wreszcie sięgnęła dłonią do ust, oblizując się ze smakiem.

Jej ciałem wstrząsały torsje, a pot z rozpalonej gorączką twarzy mieszał się ze łzami. Mimo że wymiotowała już od kilku minut, nie była w stanie pozbyć się metalicznego posmaku krwi. A co było tym bardziej przerażające – gorącej, ludzkiej krwi.

Szlochała jeszcze przez jakiś czas, wciąż pochylając się nad muszlą. Wreszcie z trudem się podniosła i podeszła do umywalki. Umyła ręce, przepłukała usta i obmyła sobie twarz lodowatą wodą. Było już jej lepiej, ale nadal męczył ją uporczywy ból głowy, który ją obudził. Usłyszała ciche pukanie do drzwi.

- Rogue? Wszystko w porządku? Pójść po profesora albo pana McCoya?

Pochyliła się nad umywalką i zacisnęła zęby. Jednak obudziła Kitty, kolejny raz z tego samego powodu. Od przebudzenia Apocalypso takie incydenty zdarzały się nawet kilka razy w miesiącu i Rogue nie wiedziała, co z tym robić. Za pierwszym razem udała się do doktora McCoya, co skończyło się podpięciem do różnych maszyn, kroplówek, elektrod i przeleżeniem całego dnia w MedLabie.

Nienawidziła MedLabu.

Dlatego o kolejnych epizodach już nie mówiła nikomu. Tylko Kitty o nich wiedziała, ale obiecała solennie, że nikomu nie powie. Mimo to Logan domyślił się, że jest coś nie tak – poranne treningi w Danger Roomie same w sobie były ciężkie, a z migreną i po ciężkiej nocy stawały się nie do pokonania. Dodał dwa do dwóch i podczas któregoś indywidualnego treningu zapytał wprost, czy ciągle ma problem ze snem.

- Może trochę – odpowiedziała, unikając kontaktu wzrokowego z Loganem.

- Czemu nie powiedziałaś? Mnie, Chuckowi, Hankowi? – Drążył, wpatrując się w nią intensywnie.

- Radzę sobie z tym, Logan – odcięła się, wciąż patrząc gdzieś daleko od niego.

- Nie widać – mruknął. Rogue zacisnęła pięści i ze złością uderzyła w ścianę. Irytowało ją, że jeśli reszta Instytutu dowie się o jej – miała nadzieję – przejściowych problemach, znowu wszyscy zaczną szeptać po kątach, unikać jej, czy odnosić się do niej z litością. Nienawidziła tego stanu bardziej od MedLabu. O ile każdemu dzieciakowi z najmłodszej grupy można było powiedzieć „nie przejmuj się, wkrótce opanujesz swoją mutację", tak jej co najwyżej: „yyy… ale przynajmniej nie boli cię już głowa, co nie?". A teraz nawet i tego nie. Irytowała się, kiedy ktokolwiek poza mentorami zaczynał mówić o jej mutacji – że może powinna się bardziej skupić? Albo może za bardzo się skupia? Że to wszystko siedzi w jej głowie i tylko od niej zależy? To tak, jakby powiedzieć komuś z depresją: „hej, wyjdź do ludzi, zacznij biegać!". Nikt nie miał zielonego pojęcia o jej mutacji.

- Przepraszam, że robię za małe postępy – parsknęła i wreszcie spojrzała na Logana. Obserwował ją zmrużonymi oczami, ale na twarzy nie widać było nawet cienia złości.

- Nikt nie ma ci tego za złe – odpowiedział powoli. – Ale mieszkasz pod jednym dachem z najlepszym specjalistą, jaki mógł ci się trafić i na twoim miejscu nie wahałbym się prosić go o pomoc.

Zacisnęła zęby.

- Nie chcę chodzić z każdą głupotą do profesora – powiedziała. – To tylko sny – dodała.

- Skoro tak mówisz, dzieciaku – odparł bez emocji, świdrując ją wzrokiem.

Temat powracał przy każdym indywidualnym treningu z Loganem i za każdym razem Rogue uspokajała go, że radzi sobie z problemem i że wspólnie z profesorem zaczęła nad tym pracować. Prawda była jednak taka, że Rogue nigdy nie powiedziała Xavierowi, jak dużym obciążeniem są dla niej te koszmary i z czym się wiążą.

- Nie, już mi lepiej – odpowiedziała na pytanie zadane przez Kitty, otwierając drzwi i wpuszczając przyjaciółkę do łazienki. – Która godzina?

- Kilka minut po drugiej – wyszeptała Kitty i usiadła na brzegu wanny. Nie spuszczała oka z Rogue.

Ciszę zakłócał bębniący o blaszany parapet deszcz, a wściekły wiatr uderzał o szybę, zanosząc jeszcze więcej kropel. Obie dziewczyny wzdrygnęły się, gdy zobaczyły błyskawicę, a sekundę później usłyszały grzmot.

- Burza? W grudniu? – odezwała się Kitty, podchodząc do okna. Praktycznie nic nie było widać przez szalejącą wichurę. Rogue zacisnęła palce na umywalce. Ostatni kadr z minionego snu uderzył ją jak grom. Palec unurzany w krwi tego mężczyzny był ciemnobrązowy. Zupełnie jak skóra Ororo.


Logan uważał, że najlepszym rozpoczęciem dnia jest trening w Danger Roomie. O szóstej rano. Oczywiście mało kto podzielał jego opinię, ale wiadomym było, że Logan miał to gdzieś, zupełnie jak narzekanie, ziewanie, czy marudzenie podczas sesji. Uczniowie nie przepadali za tymi zajęciami, nie tylko ze względu na wyśrubowany poziom trudności, ale również przez wzgląd na prowadzącego. Niewybredne komentarze i złośliwe żarty dotyczące sprawności fizycznej, intelektu, czy sposobu prowadzenia walki były tutaj na porządku dziennym. Na każdy krytyczny komentarz Logan miał jedną odpowiedź: Nikt ci nie kazał być X-Menem. To ucinało dyskusję, zwłaszcza że była to prawda: profesor Xavier nie wymagał od uczniów przywdziewania uniformów z literą „X", była to jedynie możliwość oferowana najlepszym z najstarszych klas. Reszta zazwyczaj opuszczała mury Instytutu, gdy potrafiła już kontrolować swoją moc w stopniu wystarczającym do zapewnienia bezpieczeństwa sobie i swojej rodzinie. Czasem były to tygodnie, a czasem miesiące. Nigdy jednak profesor nie wymagał nic w zamian, a każda dodatkowa inicjatywa pochodziła tylko i wyłącznie od ucznia.

Dlatego X-Meni wiedzieli, że marudzenie jest tylko stratą czasu i stawiali się w Danger Roomie niemal każdego dnia.

- Bonjour! – Do sali sprężystym krokiem wszedł Gambit. Pomimo absurdalnie wczesnej godziny wydawał się być wypoczęty i z zadowolonym uśmiechem przyglądał się grupie. Rogue zauważyła, że pod swoim brązowym trenczem nosił już uniform z logiem X-Menów. Poza tym wyglądał jak zawsze: wojskowe buty sięgające za kostkę, rękawiczki bez dwóch palców i cwaniacki uśmieszek przyklejony do twarzy. – Monsieur Claws postanowił wybrać się na urlop, a jego obowiązki postanowił przejąć ten oto skromny Gambit – oznajmił i ukłonił się z gracją. Rogue jęknęła i potarła nasadę nosa. Po minionej nocy wiedziała, że ten trening będzie koszmarny. Nie zdawała sobie sprawy jednak z tego, jak bardzo.

- Nie powiem, bym była zasmucona tym faktem – powiedziała głośno Tabitha i spojrzała na grupę. Rogue z zaskoczeniem spostrzegła, jak wiele osób podzielało tę opinię i kiwało z aprobatą głową.

- A kiedy wróci Logan? – zapytała, wracając spojrzeniem do Gambita.

- Nie zostawił mi żadnego liściku, więc nie wiem – wzruszył ramionami Remy. – Ale mogę zagwarantować, że nie będziesz się nudziła, cherie – dodał. Rogue przewróciła oczami i skrzyżowała ramiona na piersi.

- A co będziemy dzisiaj robić? – spytał Kurt.

- Remy chce zobaczyć, jak walczycie – oznajmił Gambit, podchodząc bliżej grupy. – Dlatego dzisiaj zrobimy sobie jakąś prostą symulację, Remy wyciągnie wnioski i na kolejną sesję przygotuje coś…plus de subtile [bardziej finezyjnego].

Rogue parsknęła bezgłośnie na to określenie, ale najwidoczniej tylko ona miała zajęcia z podstaw francuskiego, bo reszta grupy – zwłaszcza ta damska część – wlepiała oczy w Cajuna, jakby był co najmniej półbogiem. Pokręciła nieznacznie głową z dezaprobatą i ziewnęła. Ból głowy nie był już tak intensywny, jak w środku nocy, ale nadal dawał się we znaki. Rogue czuła na sobie badawcze spojrzenia Kitty, która zdawała się być w każdej chwili gotowa, by pobiec po doktora McCoya. Dlatego tym bardziej starała się nie pokazywać po sobie, jak bardzo beznadziejnie się czuje. Niestety z Gambitem w pobliżu było to utrudnione zadanie.

Kilku minut później biegła przez jedną ze starszych wizualizacji przygotowanych wiele miesięcy temu przez Logana. Z jakiegoś powodu Remy uważał, że świat Dzikiego Zachodu jest idealnym pomysłem na początek tygodnia. Być może naoglądał się westernów bądź Westworlda, ciężko stwierdzić. Niemniej jednak pogrywająca w tle muzyka country dodawała tej mapie trochę nowości – stary, dobry Logan nie dbał o oprawę muzyczną.

- Możecie używać swoich mutacji – usłyszała głos Remy'ego rozlegający się z głośników. Rogue prychnęła, zamachując się przy tym na przeciwnika – ogorzałego na twarzy kowboja, który wyciągał w jej kierunku broń. Nigdy nie używała swoich mocy podczas treningów. Paraliżowało ją, że ktoś może przez nią wylądować w MedLabie. Profesor początkowo nalegał, by jednak przemogła ten strach, ale po tym, co się stało pamiętnej nocy na koncercie, zaprzestał swoich próśb. Rogue definitywnie wtedy oznajmiła, że nie ma opcji, by użyła bez ważnej przyczyny swoich mutacji. Loganowi wystarczyło, by zadeklarowała swoją obecność w indywidualnych treningach, więc nie robił z tego większego problemu.

- Rogue, za tobą! – Usłyszała krzyk Kitty, która biegła w jej kierunku. Odwróciła się i w ostatniej chwili uchyliła przed lassem przeciwnika. Jej czas reakcji był tego dnia zdecydowanie gorszy niż zazwyczaj. Splunęła za siebie i zdecydowanym ruchem złapała sznurek od lassa i mocno pociągnęła w dół. Jeździec nie przewidział tego ruchu – runął twarzą w piach i po chwili zniknął. Rogue spojrzała na licznik nad konsolą. Udało im się unieszkodliwić dopiero jedenastu przeciwników. O ile dobrze pamiętała, ich liczba w oryginalnym scenariuszu miała trzy cyfry, a szczerze wątpiła, by jedyną modyfikacją Gambita było dodanie ścieżki dźwiękowej.

Odwróciła się w kierunku rzędu budynków i uniosła brew na widok szyldu „Cajun Saloon". Z niedowierzaniem puściła się tam biegiem, po drodze kosząc jeszcze dwóch przeciwników. W knajpie czekało już kilku fantomów, które na jej widok od razu rzuciły się w jej kierunku. Rogue jedynie się uśmiechnęła. To był jej ulubiony element scenariusza.

- Zajmuję tę miejscówkę! – krzyknęła na widok wchodzącego Kurta. Nightcrawler uniósł ręce w kapitulującym geście i szybko zniknął. W tym czasie Rogue z błyskiem w oku obserwowała okrążających ją przeciwników. Kopnęła z półobrotu stojącego najbliżej i wskoczyła na stół, zagarniając po drodze krzesło, które od razu rzuciła w biegnącego ku niej mężczyznę. Oberwał prosto w głowę, zatoczył się do tyłu i opadł na podłogę, by po chwili zniknąć. Rogue w tym czasie wzięła rozbieg i ze stołu skoczyła do góry, chwytając się kryształowego żyrandola. Wyprostowała nogi i korzystając z siły zamachu niczym kosa ścięła stojących w rzędzie kowbojów. Z gracją zeskoczyła na podłogę i odwróciła się w porę, by uderzyć z łokcia kolejnego przeciwnika. Ten uchylił się i podciął jej nogi. Opadła z łoskotem na drewnianą podłogę. Kątem oka zauważyła jakiś ruch za sobą, natomiast stojący nad nią mężczyzna odbezpieczył rewolwer.

Zazwyczaj ta lokacja była bezproblemowa dla Rogue. Tym razem jednak albo zmęczenie i ból głowy wzięły górę, albo Cajun podkręcił poziom trudności. Niemniej jednak nie zamierzała się poddawać. Przekręciła się na bok, w porę, by uniknąć uderzenia z tyłu. Kopnięciem pozbyła się broni z dłoni faceta, który podciął jej nogi. Zamachnęła się i sprzedała mu prosty, celny cios na odlew. W tym samym czasie drugi przeciwnik, który stał za nią, uderzył ją pięścią w głowę. Był na tyle silny, że opadła na stojący obok stół. Trzymając się za bolącą potylicę, odwróciła się i zobaczyła, jak celujący w nią mężczyzna zamienia się w bryłę lodu. Tuż za nim pojawił się uśmiechnięty od ucha do ucha Bobby.

- Hej, zawsze ja zamawiałam tę knajpę – mruknęła na jego widok.

- Zawsze czyściłaś ją szybciej – wzruszył ramionami Iceman. Od tej chwili walczyli już wspólnie: kolejne trupy przeciwników ścieliły się gęsto. Rogue zaczynała się powoli męczyć, gdyż ich ilość oraz umiejętności były wyraźnie podkręcone. Bobby za to z uśmiechem wypuścił z dłoni kolejne fale zimna, zamrażając przy tym wielu fantomów jednocześnie. Gdy już oczyścili całą knajpę, Bobby od razu pobiegł do kolejnej lokacji, Rogue natomiast oparła się o wysoki kontuar i ocierając pot z czoła rozejrzała się po knajpie. Stoły były rozwalone, większość krzeseł nie nadawała się do użytku, okna miały powybijane szyby, a jedyne źródło światła stanowiły ścienne kinkiety, gdyż Rogue powtórzyła sztuczkę z żyrandolem na każdym dostępnym modelu.

- Coś podać, cherie? – usłyszała za sobą. Gwałtownie się odwróciła i zobaczyła siedzącego za kontuarem Gambita. Nogi położył na ladzie, a w dłoni trzymał szklaneczkę z brunatnym napojem.

- Co ty tu robisz? – zapytała zdziwiona.

- To moja knajpa, n'est-ce pas [czyż nie]? – odparł, wzruszając ramionami i upił łyk napoju. Rogue mogła się założyć, że to bynajmniej nie była herbata. Pokręciła głową unosząc brwi i już miała wychodzić, gdy usłyszała to. Dolly Parton. Obejrzała się przez ramię na Gambita. Uniósł ku niej szklaneczkę złocistego napoju.

Wtedy też do knajpy wpadła chmara kolejnych kowbojów – pijanych, agresywnych i roześmianych. Zdecydowanie ich nie było w pierwotnej wersji. Rogue przygryzła wargi i wraz z refrenem „Jolene" wpadła na pierwszego z nich. Silniejszy niż wcześniejsi, nie padł od razu, tylko stosował umiejętnie bloki i próbował znaleźć jej słaby punkt. Reszta mężczyzn stanęła wkoło i rozbryzgując ślinę krzykiem dopingowała kumpla.

Trochę wbrew sobie Rogue poddała się muzyce i zamarkowała cios. Przeciwnik odsunął się, co skwapliwie wykorzystała i podcięła mu nogę. Rozległo się buczenie. Rogue mogła przysiąc, że razem ze zgrają facetów buczy również Gambit, ale nie miała czasu na sprawdzanie, co robi ten pomylony Cajun. Kowboj próbował wstać, ale Rogue kopnęła go ponownie, tym razem prosto w szczękę. Polała się krew. Przeciwnik zniknął. Jego miejsce zajął kolejny. Reszta już nie czekała, aż dziewczyna rozprawi się po kolei z całą ekipą, tylko ruszyła na nią jednocześnie. Rogue musiała salwować się ucieczką. Odpychając łokciem najbliższego wskoczyła na stół. Tych, którzy próbowali po nią sięgnąć, szybko sprowadziła do parteru ostrym kopniakiem.

Gambit tymczasem kiwał się w rytm muzyki i popijał bourbon. Spod przymkniętych powiek obserwował, jak Rogue radzi sobie z przeciwnikami. Nie brakowało jej ani siły, ani wytrzymałości, choć obciąłby kilka punktów za styl.

- Zawsze możesz pożyczyć ode mnie trochę mocy, cherie – krzyknął do niej, widząc, że próbuje poradzić sobie z czwórką przeciwników. Pomimo rąk pełnych roboty, zdążyła mu pokazać środkowy palec. Gambit zaśmiał się krótko. No tak, Miss Independent Rogue. Wydawało się, że ma z tego zadania więcej zabawy niż reszta zespołu. Gambit od czasu do czasu zerkał na monitory pod ladą, gdzie mógł obserwować poczynania innych członków grupy, ale zdecydowanie ciekawsze widowisko miał tuż przed sobą. Po raz pierwszy od wielu miesięcy widział ją podczas prawdziwej walki – bo ich ostatni sparing z pewnością nie można było do tego zaliczyć. Na pierwszy rzut oka widać było, jak bardzo poprawiła się jej forma i jak wiele się nauczyła przez ten czas. Podejmowała szybkie decyzje i wykorzystywała wszystkie możliwości, by wyprowadzić cios.

Muzyka nagle stanęła, zapanowała cisza. Wszystkie fantomy znikły, mimo że Rogue miała jeszcze kilku do pokonania. Dziewczyna wyprostowała się i odrzuciła do tyłu grzywkę. Spojrzała z zaskoczeniem na Remy'ego.

- Remy proponuje wyjść na zewnątrz – odpowiedział na jej pytające spojrzenie. Dokładnie w tym samym momencie usłyszeli metaliczny głos „CEL: ROZPOZNANY. STATUS: MUTANT. NIGHTCRAWLER. ZNISZCZYĆ".

- Co oni mają do klimatu Dzikiego Zachodu?! – wykrzyknęła Rogue.

- Zwróć uwagę na ich kapelusze – odparł z szerokim uśmiechem Remy. Rogue jedynie zmarszczyła czoło i z niedowierzaniem pokręciła głową.

Chcąc nie chcąc Rogue musiała dołączyć do reszty grupy. Wybiegła na zewnątrz i pognała do Kurta. Remy natomiast dopił spokojnie alkohol, wstał z krzesełka, przeciągnął się leniwie i niespiesznym krokiem wyszedł bocznymi drzwiami. Nim dotarł do panelu kontrolnego Danger Roomu, grupa zdążyła już pokonać drugiego Sentinela. Remy zerknął na wykres pokazujący poziom zużytej mutacji i uniósł ze zdziwienia brew. O ile u większości był on sinusoidalny, tak u jednej osoby nie drgnął nawet o milimetr. Rogue nie użyła swojej mocy ani razu.


- Jestem spocona jak mysz – oznajmiła Kitty, kiedy wraz z Rogue wróciły do ich pokoju. – To był wycisk.

- Nie taki jak u Logana – stwierdziła Rogue, odsuwając kryty suwak na jej uniformie. Kitty natomiast padła na swoje łóżko i leżąc na brzuchu nieznacznie podniosła głowę i spojrzała na swoją współlokatorkę.

- Ależ on jest świetny – powiedziała, patrząc nieco zamglonym wzrokiem. Rogue przelotnie na nią spojrzała.

- Logan? Obiecuję mu to przekazać przy najbliższej okazji – odparła z lekkim zdziwieniem.

- Nie Logan – odpowiedziała zniecierpliwionym tonem Kitty i obróciła się na plecy. – Remy. Jest tak totalnie zajebiście seksowny, że gdyby nie Lance, to pewnie bym dołączyła do jego fanclubu.

Rogue wywróciła oczami i zdjęła buty od uniformu. Z jednej ze swoich szuflad wyciągnęła bieliznę i rzuciła ją na łóżko.

- Jest irytujący, arogancki, samolubny… - zaczęła wymieniać, jednocześnie sięgając do szafy, by wybrać świeże ubranie.

- …cudownie zbudowany, z tą pociągającą burzą włosów i takim czarującym uśmiechem… - przerwała jej Kitty. – Jak ty możesz tego nie widzieć? – przewróciła się z powrotem na brzuch i posłała oburzone spojrzenie Rogue.

- Kitty – Rogue na chwilę przerwała grzebanie w szafie i odwróciła się do współlokatorki – on mówi o sobie w trzeciej osobie.

- Kitty uważa, że to też jest mega seksowne – odparła, nieudolnie naśladując francuski akcent.

- Sama słyszysz, jak kretyńsko to brzmi – odpowiedziała zniecierpliwiona Rogue.

- Szybko się myj, bo biedna Kitty również potrzebuje prysznica. – Kitty wydęła lekko wargi i spojrzała z oburzeniem na współlokatorkę. Rogue jedynie mruknęła coś pod nosem i zamknęła za sobą drzwi do łazienki.

- To wcale nie brzmi kretyńsko – powiedziała cicho do siebie Kitty. – Miss Kitty nigdy nie brzmi kretyńsko.


Odkąd mieszkańcy Instytutu oficjalnie przestali uczęszczać do szkół państwowych w Bayville i rozpoczęli edukację domową, sporo się zmieniło. Po pierwsze Instytut zaczął się rozbudowywać: rozpoczęto prace nad remontem trzeciego, nieużywanego dotąd piętra, a w planach było dobudowanie jeszcze jednego skrzydła, w którym można by pomieścić więcej pracowni oraz pokojów. Po drugie profesor intensywnie pracował nad ściągnięciem do Instytutu profesjonalnych nauczycieli. Póki co tę funkcję pełnili najstarsi mieszkańcy Instytutu na czele z samym profesorem. Po trzecie wreszcie, ich rytm dnia stał się stabilny i dostosowany zarówno do treningów w Danger Roomie (dla członków X-Men), jak i do zajęć mających na celu kontrolę mutacji. Już nie było problemu ze zbyt małą ilością czasu między poranną sesją w DR, śniadaniem i rozpoczęciem zajęć w szkole – po ćwiczeniach na spokojnie można było wziąć prysznic, coś zjeść i od razu przejść do klasy.

Dzięki temu w dni, w które wypadały treningi z Loganem, starsi uczniowie niemal zawsze jedli wspólne śniadanie. Młodsze dzieciaki rozpoczęły już swoje lekcje, więc w kuchni było dość spokojnie. Rogue weszła do pomieszczenia dokładnie w tym samym momencie, w którym Ororo podgłaśniała telewizor zawieszony w kącie przy oknie. Wszyscy uczniowie wpatrywali się w ekran z wyrazem niedowierzania i strachu na twarzach.

- Nieznani są jeszcze sprawcy morderstwa, ale nieoficjalnie mówi się, że przyczyną był fakt, że bliźnięta były mutantami – mówiła spikerka. W tle kardu stały zwykłe kamienice otoczone teraz wozami policyjnymi. W następnym ujęciu pokazano zdjęcie dzieci. Rogue mimowolnie przyłożyła dłoń do ust. Dzieciaki miały na oko dziesięć - jedenaście lat. Chłopiec i dziewczynka, oboje z blond włosami i wielkimi, niebieskimi oczami. Ororo szybko wyłączyła telewizor i odwróciła się do uczniów zgromadzonych w kuchni. Rogue widziała na ich twarzy dokładnie to samo, co sama czuła: szok i lodowaty strach.

- Gdzie to się wydarzyło? – spytała cicho Rogue. Kitty odwróciła się przez ramię.

- New Jersey – odpowiedziała. Zaledwie godzinę drogi stąd.

- Tutaj jesteście bezpieczni – zaczęła Ororo spokojnym głosem. – Nie mówcie o tym na razie młodszym grupom, sprawę przedyskutujemy dzisiaj po południu wspólnie z profesorem i wtedy podejmiemy decyzję co do środków bezpieczeństwa. Ale już teraz was proszę – Ororo powiodła spojrzeniem w kierunku Tabithy – nie wychodźcie bez opieki z Instytutu. Remy, czy mogę cię prosić na słówko? – Rogue dopiero teraz zauważyła, że Gambit stał w przeciwległym kącie kuchni i z zupełnie obojętnym wyrazem twarzy popijał kawę.

- Dla ciebie wszystko, Stormy – odparł i ruszył za Ororo, po drodze puszczając Rogue oczko. Miała ochotę wydłubać to oko i kazać mu je zjeść. Po wyjściu Storm i Gambita w kuchni jeszcze przez chwilę panowała cisza, ale wszyscy zaraz wrócili do przerwanych zajęć, choć rozmowy dotyczyły już tylko tego, co się wydarzyło w New Jersey. Być może jeszcze nie do końca pojmowali, co się właściwie stało i jak to wpłynie na ich życie, ale Rogue była pewna jednego: skończył się dla nich pewien etap.

Temat powrócił po zajęciach lekcyjnych, kiedy to profesor Xavier wezwał wszystkich do sali narad w podziemiach Instytutu. Po raz pierwszy Rogue widziała tutaj wszystkich mieszkańców – do tej pory sala była otwarta jedynie dla członków X-Men, kiedy trzeba było omówić czekającą ich misję bądź podsumować trening w Danger Roomie. Mimo to znalazło się miejsce dla każdego. Rogue widziała, że najmłodsze dzieciaki czują się tutaj nieswojo: w odróżnieniu od górnych kondygnacji, podziemia niemal w całości były wyłożone metalem i szkłem. Nawet ogromny, okrągły stół nie był wykonany z drewna, tylko z matowej, szczotkowanej stali.

Cicho prowadzone rozmowy natychmiast ustały, gdy do pomieszczenia wjechał profesor. Zajął swoje standardowe miejsce po drugiej stronie sali i potoczył spojrzeniem po zebranych, zatrzymując się na najmłodszej grupie. Przez chwilę z wyraźną troską wpatrywał się w ich twarze, a później odchrząknął i odwrócił wzrok.

- Dzieci, które zostały zaatakowane dzisiaj w nocy, były młodsze od was – zaczął cicho. – To była ich pierwsza manifestacja mocy. Nie mamy się czego obawiać – spojrzał na najmłodszych, którzy do końca nie zdawali sobie sprawy z tego, o czym mówi profesor – uczymy się tutaj kontroli nad swoimi zdolnościami, a także tego, jak je wykorzystać w samoobronie. Niemniej jednak chciałbym wprowadzić kilka dodatkowych zasad i reguł rządzących naszym Instytutem.

Rogue zauważyła, jak Tabitha wymienia sceptyczne spojrzenia z Kitty. Większość starszych uczniów doskonale wiedziała, że nowe zasady zupełnie ukrócą nocne wyjścia z Instytutu i naginanie godziny policyjnej. O ile do tej pory te reguły były traktowane z przymrużeniem oka przez większość mentorów – nie licząc Logana oczywiście – tak teraz z pewnością nie będzie nawet mowy o tym, by ktokolwiek mógł wyjść sam z Instytutu.

- Jak zapewne już się domyślacie, chciałbym, aby nikt nie wychodził z Instytutu bez opieki. – Profesor potoczył spojrzeniem w kierunku najstarszych uczniów. – Mówiąc „opieki", mam na myśli co najmniej jednego z mentorów. Absolutnie każde wasze wyjście musi zostać wcześniej zgłoszone do opiekunów. Macie nosić przy sobie telefony komórkowe, ale także te nadajniki. – Forge podszedł do stołu i postawił na nim pudełko wypełnione cienkimi, czarnymi opaskami. Każdy po kolei wyciągał po jednej sztuce. Przypominały one gumowe bransoletki, ale były nieco cięższe, do tego wyposażone w przycisk wielkości główki od szpilki. Rogue po chwili wahania nałożyła bransoletkę na nadgarstek. Wyglądała jak normalna opaska i niczym się nie wyróżniała.

- Nadajniki są sprzężone z Cerebro i wzmacniają wasz sygnał, dzięki czemu w każdej chwili możemy was zlokalizować – zaczął tłumaczyć Forge, przekładając w dłoniach swój egzemplarz. – Nie będą to bardzo szczegółowe dane lokalizacyjne, ale wystarczające, by bez pomocy telepaty zlokalizować was na mapie. Oczywiście w razie potrzeby profesor bądź Jean również mogą was znaleźć, a dzięki tym nadajnikom będzie to szybsze i łatwiejsze. Bransoletki mają również przycisk – Forge wskazał niewielką kulkę z boku opaski – dla nas będzie to sygnał, że potrzebujecie pomocy. To tak, jakbyście wysłali w powietrze flarę ostrzegawczą. Nie dość, że natychmiast wasz sygnał będzie widoczny zarówno przez Cerebro, jak i na mapie u doktora McCoya, to odpowiednia wiadomość zostanie wysłana do profesora Xaviera oraz Jean. Dzięki temu w razie problemów będziemy mogli natychmiast interweniować.

- Będę wdzięczna, jeśli te interwencje będą dotyczyć sytuacji zagrożenia życia, a nie na przykład kłótni o łazienkę – wtrąciła Jean, uśmiechając się w kierunku starszych dziewcząt.

- Kolejna sprawa to system zabezpieczeń Instytutu – kontynuował profesor. – Nasz dotychczasowy system bezpieczeństwa miał wiele luk, które w ciągu lat były wykorzystywane przez niekoniecznie proszonych gości. – Rogue spojrzała na siedzącego obok Gambita, który założył ręce na piersi i uniósł kącik ust w ironicznym uśmiechu. – Na szczęście jeden z takich gości postanowił nam pomóc w załataniu wszystkich dziur. Pan Lebeau rozpocznie pracę nad uszczelnieniem systemu bezpieczeństwa i liczę na wasze wsparcie, gdy będzie potrzebował waszej ewentualnej pomocy przy zabezpieczaniu waszych pokojów.

Rogue wolałaby już mieszkać w chatce z błota i bronić się naostrzonym patykiem, niż wspierać w czymkolwiek Gambita. Postanowiła jednak nie dzielić się tą uwagą z resztą uczniów.

- Nawet nie zauważycie mojej obecności – zapewnił Remy.

- Wcale mnie to nie cieszy, Cajunie – odparła kwaśno Rogue, na tyle jednak cicho, by tylko Gambit ją usłyszał.

- U ciebie, cherie, zabawię dłużej – wyszeptał jej w odpowiedzi Remy. Rogue nie zdążyła już nic odpowiedzieć, gdyż głos zabrała Storm.

- Wyszłam również z inicjatywą, by wprowadzić wśród najmłodszych uczniów podstawy samoobrony. Do prowadzenia tych zajęć chciałabym wyznaczyć rotacyjnie najstarszych uczniów.

Rogue w pierwszej chwili nie załapała, kogo ma na myśli Ororo. Dopiero po pełnym zawodu jęku ze strony Bobby'ego oraz Tabithy, zrozumiała, że to także dotyczy jej.

- Przynajmniej masz już jakieś doświadczenie, Roguey – powiedział cicho Remy. Rogue spojrzała na niego i na jego błąkający się na twarzy ironiczny uśmieszek. Jej doświadczenie to jedna wspólnie poprowadzona z tym świrem lekcja kilka dni temu, o której chciałaby zapomnieć.

- Czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania? – zapytał profesor. – Jeśli nie, to bardzo proszę, by w sali pozostali jedynie X-Meni.

Dzieciaki zostały wyprowadzone z pomieszczenia przez Storm. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, głos zabrała Jean.

- Profesorze, czy te ataki były w jakiś sposób prowokowane?

- Mam obawy przypuszczać, że niestety tak – odparł po chwili wahania Xavier. – Musimy to powiązać ze wznowieniem programu Sentinel. Hank, Kitty, opowiecie, co udało się wam ustalić w związku z chipem pozyskanym z jednych z Sentineli?

- Nie były one na pewno sterowane zdalnie – zaczął Hank, poprawiając okulary. – To, co udało nam się odzyskać, wskazuje raczej na dość szczątkowo rozpisany algorytm, który aktywował się w momencie wykrycia mutanta dostępnego w bazie danych.

- Z tego, co udało mi się ustalić, nie jest to zbyt aktualna baza – wtrąciła Kitty. – Nie zawiera na przykład uczniów, którzy przybyli do Instytutu po pokonaniu Apocalypsa.

- Ponadto ostatnia aktualizacja oprogramowania sterującego pochodzi sprzed kilku miesięcy – dodał Hank.

- To wygląda tak, jakby ktoś zupełnie przez przypadek wypuścił na nas te roboty – zauważył Scott.

- Albo testował, czy nadal działają – dodała Ororo, która zdążyła już wrócić po odprowadzeniu najmłodszej grupy.

- Lub też jedynie prowokował nas do ponownego pojawienia i do kolejnej dyskusji na temat mutantów – oznajmiła Kitty poważnym tonem. – Dość szczegółowo przejrzałam intranet naszej policji stanowej i po ataku Sentineli wzrosła liczba napadów na ludzi posądzanych o bycie mutantem. Pojawiły się też zgłoszenia dotyczące kradzieży czy pobicia przez mutantów. Co ciekawe, w wielu takich sprawach w ogóle nie było materiału dowodowego.

- Czyli ktoś po prostu rzucał nieprawdziwym oskarżeniem, tylko dlatego, że posądzał sąsiada o bycie mutantem? – Bobby uniósł brew.

- Niestety to nie wszystko – dodał profesor McCoy wyraźnie zaniepokojonym głosem. Spojrzał z troską na profesora, po czym kontynuował. – Kitty odkryła dość niepokojące forum…

- Szukałam w Darknecie czegoś na temat ostatnich ataków i natknęłam się na organizację, która otwarcie nawołuje do rejestracji mutantów, badań nad ich mocami, ale również osadzenia ich w ośrodkach zamkniętych i postawienia w stan oskarżenia za straty wywołane przez Apocalypso, czy ostatnio przez Sentinele. – Kitty mówiła drżącym głosem, co kilka chwil zerkając w notatki. – I pewnie ten, olałabym ten temat, gdyby nie fakt, że wiedzieli z wyprzedzeniem o proponowanych przez Kongres ustawach i aktach legislacyjnych.

Cisza, która zapadła, porównywalna była z ciszą dzisiejszego poranka, kiedy dowiedzieli się o zabiciu dwójki dzieci za to, że byli mutantami. Problem polegał jednak na tym, że o ile w drugim przypadku można było zrzucić winę na rasistowskich kretynów, tak w tym pierwszym za tymi rasistowskimi pomysłami stał rząd Stanów Zjednoczonych. Gdy Rogue sobie to uświadomiła, poczuła się, jakby ktoś wylał na nią kubeł zimnej wody. Do tej pory wszystkie te akcje prowadzone przeciwko mutantom zdawały się być zaledwie marginesem nastrojów społecznych, czymś trudnym do zaakceptowania, ale jednak niezbyt groźnym w perspektywie czasu. Wiedzieli, że część Kongresu jest delikatnie mówiąc sceptycznie nastawiona do ich rasy, ale aż do teraz nie zdawali sobie sprawy z tego, jakie są ich plany i do czego zmierzają. A cel był prosty – zarejestrować, przetestować, zamknąć i być może unieszkodliwić?

- Kitty, jak się nazywa się ta organizacja? – zapytała Jean spiętym głosem.

- To jest dopiero ironia – uśmiechnęła się kwaśno Kitty. – Ta organizacja nazywa się „Friends of Humanity".

Rogue nie mogła powstrzymać prychnięcia.

- Co za hipokryzja – sarknęła nieco głośniej, niż chciała. Poczuła, jak ktoś ściska jej zaciśniętą w pięść dłoń. Odwróciła się szybko w kierunku Gambita i napotkała jego intensywny wzrok. Pomimo wściekłości, jaką czuła w tym momencie, nie odepchnęła jego ręki, ciesząc się jednocześnie, że nikt nie zauważył tego gestu.

- Kitty, dziękuję za pomoc – powiedział profesor Xavier i skinął głową. Wydawał się tak nieprawdopodobnie spokojny, jakby nie usłyszał tego, co reszta jego podopiecznych. Albo, co przyszło do głowy Rogue nieco później, on już doskonale o tym wiedział. Przecież mówił o tym kilka miesięcy temu, tuż po pokonaniu Apocalypso. I mimo to nie zapobiegł temu, tylko biernie czekał na rozwój wypadków. Ciekawe, o ilu jeszcze przyszłych wypadkach wiedział, a mimo to nic z tym nie robił?


Treningi indywidualne z Loganem miały tę główną zaletę, że doskonale oczyszczały z napięcia, stresu i wszelkich emocji. Zwyczajnie nie miało się czasu na rozmyślanie o wszystkich problemach, kiedy w każdej chwili można było oberwać od fantomów czy dostać w twarz z wyrzutni czy lasera. O ile bieganie przed sesją pozwalało pozbierać wszystkie myśli, a nawet pomóc poskładać się do kupy po terapiach z profesorem Xavierem, tak ostra nawalanka pod kierownictwem Logana była chwilą wytchnienia dla jej świadomości – wszystkich.

Tego wieczoru przez kilka chwil obawiała się, że bez Logana to nie będzie to samo.

Nabrała o tym pewności, kiedy w trakcie prostej wizualizacji z fantomami, muzyka nagle się zatrzymała, a Danger Room na powrót zamienił się w ogromną metalową salę.

- Hej! – wykrzyknęła w kierunku gniazda nad salą. Otarła pot z czoła i oparła dłonie na biodrach. Po chwili pojawił się prowodyr.

- Bonsoir [Dobry wieczór], cherie! – Gambit z uśmiechem wszedł do środka. Rogue ze zdziwieniem zauważyła, że pod swoim standardowym płaszczem nosił uniform X-Menów, a w ręku trzymał swoją jedyną, prócz kart, broń – metalowy kij.

- Nie gadaj, że znowu przyprowadziłeś jakieś dzieciaki – wycedziła Rogue, krzyżując ręce na piersi.

- Dzisiaj będziemy tylko my dwoje, cherie – odpowiedział z czarującym uśmiechem i zrzucił z siebie płaszcz. Kij odłożył obok, a następnie stanął naprzeciwko Rogue. Patrzyła na to ze zmarszczonym czołem, zastanawiając się, dlaczego tym razem postanowił uprzykrzyć jej życie. Najwyraźniej odnalazł nowe hobby, brawo Remy! – To co, cherie, zaczynamy?

- Niby co zaczynamy, szczurze bagienny? – zapytała, nie spuszczając z niego wzroku. Z uniesioną brwią i cwanym uśmiechem przyklejonym do twarzy wyglądał jak urwis przed wykręceniem kolejnego numeru. Opadająca grzywka jedynie potęgowała to wrażenie.

- Remy miał zastępować Logana, więc oto jest – odparł. Tak, chyba przesadna pewność siebie granicząca z arogancją była najbardziej irytującą cechą Gambita. Rogue pokręciła głową, przymykając przy tym powieki. Kiedy je otworzyła, Remy stał zaledwie krok od niej. Wzdrygnęła się, nie tylko ze względu na to, że w ogóle nie słyszała jak się zbliża, ale przede wszystkim dlatego, że był niebezpiecznie blisko. Nie lubiła, gdy ktoś narusza jej przestrzeń osobistą i do tej pory nie miała z tym większego problemu – każdy zdrowo myślący, względnie rozsądny człowiek trzymał się od niej na bezpieczną odległość. Tylko on zapominał, czym grozi jej dotknięcie.

- Wolałabym żuć swoją piętę, niż trenować wspólnie z tobą – odpowiedziała, patrząc mu prosto w oczy. Był od niej o głowę wyższy, toteż jej stanowcza odpowiedź nieco straciła na wydźwięku. Po ich ostatnim spotkaniu w Danger Roomie, kiedy upokorzył ją na oczach tuzina dzieciaków i doprowadził do płaczu, za cel postawiła sobie bycie twardą i nieustępliwą w kontaktach z nim. Nie mogła pozwolić, by jej moc była bronią w jego rękach, tak jak miało to miejsce zeszłym razem.

- To masz problem, cherie – wzruszył ramionami. – Kto jest mentorem? Moi [ja]. – Wskazał na siebie kciukiem. – Kto jest grzeczną uczennicą? Toi [ty]. – Stuknął palcem wskazującym w jej uniform na wysokości obojczyków. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

- Chyba się zapominasz, Gambit – wycedziła.

- Chyba się zapominasz, Rogue – odparł, naśladując jej ton i dodając na koniec lekceważący uśmieszek, co jeszcze bardziej rozzłościło dziewczynę. Wspólny trening z Gambitem byłby doskonałym zwieńczeniem tego okropnego, fatalnego, dołującego dnia. Byłby wręcz wisienką na torcie beznadziejności. Odkąd zaczęła intensywniej medytować w ramach sesji z profesorem Xavierem, była zdecydowanie bardziej opanowana i nie dawała się łatwo wyprowadzić z równowagi. Gambit jednak miał jeden niebywały talent: doskonale wiedział, za jaką strunę pociągnąć, by wyzwolić w niej całe pokłady złości i agresji. Pokazanie jej, gdzie jest jej miejsce w szeregu, a także tak irytujące zaakcentowanie faktu, że jest jej cholernym mentorem, było jak dolanie oliwy do ognia albo wlanie wody do kwasu.

- Jesteś najbardziej egoistycznym i aroganckim bucem, jakiego poznałam – powiedziała cicho, z zimną furią patrząc mu prosto w oczy.

- Och, przestań mnie obrażać, cherie – odparł z udawanym smutkiem w głosie.

- Ja cię nie obrażam, szczurze bagienny – odparowała – ja cię opisuję!

- I to mi się podoba! – Remy zaklasnął w dłonie. – To jest temperament Południa – dodał, patrząc na Rogue z błyskiem w oczach. – To jak, cherie, zatańczymy?

Rogue nie pozostało nic innego, jak tylko ruszyć do walki.


Kiedy przez wiele tygodni, a nawet miesięcy, tłumisz w sobie gniew i złość, moment erupcji tych emocji musi być gwałtowny. Jest to oczywiste, albo dbasz o higienę emocjonalną i na bieżąco sobie radzisz ze swoimi uczuciami, albo zamiatasz wszystko pod dywan i ze strachem odliczasz sekundy do chwili, w której trzeba będzie ten dywan podnieść i wytrzepać. Powoli wyciągane żale ciągną za sobą głęboko skrywane frustracje i bolesne wspomnienia, o których do tej pory próbowało się zapomnieć. I nagle nie wiesz, co się z tobą dzieje, bo zalewa cię rzeka tych wszystkich emocji.

Rogue już nie pamiętała, dlaczego jest wściekła na Gambita, mimo to czuła ogromną złość. Na niego, na profesora, na swoją mutację, na Sentinels, na hipokryzję ludzi, na rasizm, na Apocalypso, na cudze sny, które każdej nocy ją nawiedzają. Na Mystique, na Kelly'ego, na Magneto, na to, że zrobiła jej się dziura w ulubionych rękawiczkach, na to, że nigdy nie będzie mogła nikogo dotknąć, na to, że od rana boli ją głowa. Jak w zwolnionym tempie widziała każdy unik Gambita, który jak do tej pory nie wyprowadził ani jednego ciosu. To ją też wkurzało. Czyżby zastosował wobec niej taryfę ulgową?

- Czemu nie atakujesz, Cajunie? – spytała, cedząc słowa. – Czyżbyś się bał, że coś mi zrobisz?

- Jeśli Remy chciałby ci coś zrobić, to na pewno nie tutaj, cherie – odparł. – Są na to lepsze miejsca – dodał ze znaczącym uśmiechem. Rogue na chwilę przystanęła, opuściła ramiona i ukryła twarz w dłoni.

- Czy ty kiedykolwiek przestaniesz rzucać tymi lamerskimi tekstami? – zapytała, wracając do walki. Gambit prychnął pod nosem, po czym wyprowadził wreszcie pierwszy cios. Rogue w ostatniej chwili się uchyliła i spojrzała na swojego oponenta z błyskiem w oku. Czyli gra się wreszcie rozpoczęła.

- Myślałam, że nigdy nie zaatakujesz – powiedziała na wpół rozbawiona, na wpół z uznaniem. W końcu mało brakowało, a leżałaby właśnie na podłodze.

- Widzisz, cherie – rozpoczął Gambit – Remy dał ci czas na rozgrzanie. – Po raz kolejny uniknął jej ciosu. – Nadgarstek pięści równo z łokciem – pouczył, jednocześnie wyprowadzając własne uderzenie. Pięść zatrzymała się o kilka milimetrów od Rogue. – O, w ten sposób – dopowiedział, unosząc brew. Rogue wypuściła z siebie powietrza, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że je wstrzymała. Czyli się z nią bawił, gdyby chciał, to już dawno by ją pokonał. – I moje teksty nie są lamerskie, cherie – dorzucił, cofając się o dwa kroki.

- Są – odparła z wyrzutem, uważając teraz, by ten cholerny nadgarstek szedł rzeczywiście równo z łokciem.

- Jesteś pierwszą osobą, która tak twierdzi, cherie – odpowiedział pewny siebie. – Wizualizacja numer siedem, s'il vous plaît [poproszę] – krzyknął. Danger Room tworzył nowy scenariusz – o ile Rogue dobrze pamiętała, był to opuszczony magazyn. Nie tracąc jednak czasu, zaatakowała raz jeszcze. Najpierw zamarkowała cios ręką, ale w ostatniej chwili powstrzymała uderzenie, zamiast tego pochyliła się i wyprowadziła prosty, niski kopniak lewą nogą. Zgodnie z jej przewidywaniem, Gambit zgrabnie uchylił się przed ciosem ręką, ale już nie zdążył zareagować na kopnięcie. Jej stopa uderzyła w twardą goleń, Cajun jednak nie upadł. Pochylił się do przodu, łapiąc jej nogę jedną ręką, a drugą ciągnąc jej ciało w dół. Padła na podłogę jak długa i choć próbowała jakoś ściągnąć z siebie Gambita, to nie była w stanie nawet ruszyć nogą. Chwilę później miała jego twarz tuż nad sobą, lewą rękę zablokowaną ciężarem jego ciała, a prawą skrępowaną żelaznym uściskiem jego dłoni.

- To bolało, cherie – powiedział z rozbawieniem, przyglądając się jej z góry. Cholerne déjà vu.

- To miało boleć, szczurze bagienny – odparła z przekąsem, mierząc się z nim spojrzeniem. Nie ma opcji, by miała teraz spalić buraka albo wybuchnąć płaczem, nawet jeśli w jakikolwiek sposób ten perwersyjny palant nawiąże do jej mutacji, a przynajmniej tak sobie powtarzała. Gambit tymczasem doszedł do nietypowego dla tej chwili wniosku. Znał tę dziewczynę od wielu miesięcy, od jakiegoś czasu mieszkał z nią pod jednym dachem i już raz widział ją z tak bliskiej odległości, ale dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jak piękne są jej oczy. Zaśmiał się w duchu na myśl o doskonałym wyczuciu chwili dla takich obserwacji, niemniej jednak intensywnie wpatrywał się w jej twarz, jakby chciał nauczyć się jej na pamięć. Z racji wykonywanego zawodu, porównałby jej oczy do oszlifowanych szmaragdów, Kolumbia, trzy karaty, cztery tysiące dolarów za kamyczek. Wolną ręką odsunął z jej twarzy biały kosmyk. W tej chwili nie wyczuwał już tak silnej złości, jak na początku. Owszem, była, ale w tym momencie dziewczyna też się najzwyczajniej w świecie bała. Czego? Przecież nic jej nie zrobi, a na pewno nic, co mogłoby powodować tak intensywne uczucie paniki.

- O co ci chodzi, Gambit? – wykrztusiła z siebie. – Czemu nie dasz mi spokoju?

Remy jedynie uśmiechnął się i nie tracąc jej ani na chwilę z oczu, podniósł się i podał jej rękę. Prychnął, gdy ją zignorowała i wstała bez jego pomocy.

- Ktoś taki jak ty, cherie, nie powinien mieć spokoju – odpowiedział z szelmowskim uśmiechem, zaczesując włosy do tyłu.

Rogue w błagalnym geście podniosła wzrok ku górze.

- Miejmy to już za sobą, szczurze bagienny – powiedziała zmęczonym tonem.

Po kilku chwilach oboje weszli w wyrysowaną wizualizację, każde z nich z innej strony. To mogła być dla niej szansa, pomyślała, idąc wzdłuż wysokich półek pełnych pudełek i skrzynek. Starcie jeden na jeden na pustym polu z Gambitem było ponad jej możliwości, ale starcie jeden na jeden z Gambitem w ciemnym magazynie z masą skrzyń miało – według niej – wszelkie szanse, by się udać.

Pierwsza okazja nadarzyła się bardzo szybka. Najpierw usłyszała cichy szelest. Ostrożnie stąpając po betonowej podłodze podeszła bliżej źródła dźwięku. Wychylając się zaledwie o kilka milimetrów zlokalizowała je bez trudu – Gambit w nonszalanckiej pozie opierał się o jedną ze ścian magazynu i leniwie tasował karty. Fakt, że nawet się przy tym nie rozglądał, jedynie jeszcze bardziej ją rozzłościł. Znowu ignorował jej możliwości.

Wypadła szybko, bez chwili zawahania. Nikt nie mógłby uniknąć tego ciosu, nie w takiej pozie, w jakiej on tasował karty. Mimo to odbiła się jedynie od ściany i z furią odwróciła się twarzą do Gambita. Ten zręcznie obracał w dłoniach swój metalowy kij. Nie widziała jego twarzy, gdyż ukryty był w półcieniu, choć miała wrażenie, że dostrzega jego czerwone źrenice.

- Zapominasz, cherie, że jestem złodziejem – powiedział z rozbawieniem, wciąż obracając kijem. – Najlepszym złodziejem w Stanach.

- Wybacz, nie obracam się w tak zacnym towarzystwie, by móc to ocenić – odparła z ironią. – Ani docenić – dodała, uśmiechając się pobłażliwie.

Nie czekała na jego odpowiedź, tylko ruszyła wprost na niego. Niemal automatycznie podskoczyła nad wirującym tuż nad podłogą kijem i podcięła mu nogi. Zachwiał się, ale nie upadł. Przetoczyła się na plecach i stanęła tuż za nim, ale zamiast znowu uderzyć, pobiegła w ciemną alejkę magazynu.

Gambit nawet nie starał się być cicho. Szedł luźno, pogwizdując sobie coś pod nosem. Rogue aż się zatrzymała, gdy rozpoznała melodię Marszu Imperialnego z Gwiezdnych Wojen.

- Wiesz, cherie – usłyszała gdzieś za sobą. Wspięła się po solidnie wyglądającej półce na sam jej szczyt i ukryła się za jednym z pudeł. – Remy się tak zastanawia nad jedną rzeczą… - Tym razem głos dochodził z dołu. Gambit musiał się zatrzymać dokładnie przy półce, na której ona się ukrywała. Zaklęła pod nosem i po chwili wahania zrzuciła na dół jedno z pudeł. Nie wiedziała, co tam jest, ale było ciężkie. Jak tylko udało jej się zepchnąć je na stojącego Gambita, wstała i pobiegła dalej, starając się przy tym nie rozbujać metalowych regałów, po których biegła. Po chwili usłyszała za sobą wybuch – musiał naładować energią to pudło. Odwróciła się i zauważyła, że Gambit również postanowił do niej dołączyć w tym biegu po półkach. Przyspieszyła, przeskakując przy tym kilka regałów. Zeskoczyła z powrotem na podłogę i ukryła się w cieniu, wyczekując Gambita. Była przekonana, że biegł za nią, ale teraz nic nie słyszała. Wychyliła się ostrożnie i rozejrzała się po wąskich alejkach. Nie było widać po nim znaku.

- …dlaczego nie korzystasz ze swojej mutacji? – wyszeptał jej wprost do ucha. Podskoczyła przestraszona. Odwróciła się do niego gwałtownie i z przerażeniem zauważyła, w jak bliskiej odległości stoi. Opierał się jedną ręką o stojący regał, drugą trzymał w kieszeni swojego kostiumu. – Czyżbyś się czegoś bała, cherie?

- Dla przypomnienia, Cajunie – zaczęła, siląc się na pewny głos, mimo że wciąż była przerażona – moja mutacja nie jest tak prosta w obsłudze jak twoja. I może bardzo dużo napsuć – wycedziła.

- Przypomnę pytanie, cherie: czyżbyś się czegoś bała? – powtórzył rozbawiony. – Boisz się o Remy'ego, cherie?

- Pochlebiasz sobie, szczurze bagienny – żachnęła się. Zanurkowała pod jego ręką i znalazła się za nim. Nie spodziewał się tego. Widząc, jak się obraca ku niej, wyprowadziła prosty, celny cios w jego szczękę, przed którym wreszcie nie udało mu się uciec.

- O tym mówił Remy, nadgarstek równo z łokciem – usłyszała jego stłumiony głos.

Powstrzymała się przed piśnięciem z zachwytu, ale już szczerząc się od ucha do ucha pobiegła dalej, zatrzymując się na sekundę i ściągając w dół jedną z półek. Pudła wraz z zawartością wysypały się na podłogę, odcinając tym samym Gambitowi drogę.

- Czemu nie używasz swoich mutacji, cherie? – powtórzył głośno swoje pytanie. Rogue przewróciła oczami. Czy poza przystojną buźką w tym impertynencie nie ma za krzty rozumu? Jej dotyk mógł być śmiertelny. Dopóki nie nauczy się kontrolować swojej mocy, nie mogła sobie pozwolić na nieostrożność.

- Czy wiesz, jak działa moja mutacja, szczurze bagienny? – odkrzyknęła, szybko zmieniając lokalizację.

- A ty wiesz? – usłyszała znacznie bliżej. Niech to, musiał być gdzieś tutaj. Przykucnęła i zajrzała przez szparę między pudłem a półką. Po raz pierwszy odkąd zaczęła się ta sesja treningowa, nie widziała na jego twarzy tego irytującego chytrego uśmieszku. Zamiast tego stał nieruchomo, w dłoni trzymając złożony kij. Przekradła się wzdłuż półki i wyszła z drugiej strony, tak, aby zaatakować go od tyłu. Na palcach, wciąż trzymając się w cieniu, posuwała się szybko do przodu. On niczego nie podejrzewał, nadal stał w tym samym miejscu, w tej samej pozycji. Z uśmiechem satysfakcji zamachnęła się i poprowadziła ładny, mocny cios.

Uchylił się w ostatniej chwili.

Odwrócił się do niej i nie czekając na jej reakcję, popchnął ją na gładką ściankę regału i unieruchomił jej dłonie jedną ręką. Naparł na nią całym swoim ciałem, wolną ręką trzymał sztywno tuż pod jej szyją, by nie mogła nawet ruszyć głową. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, że od początku bawił się z nią w kotka i myszkę. Był przecież złodziejem – najlepszym w całej Ameryce – więc pewnie doskonale ją słyszał na każdym etapie gry. Pytanie tylko, po co?

- O co ci chodzi, Lebeau? – zapytała, odwzajemniając jego intensywne, świdrujące spojrzenie.

- Remy chce ci pomóc, cherie – odpowiedział zaskakująco łagodnie.

- Niby w czym? – Straciła trochę pewności siebie, ale za wszelką cenę chciała być silna do końca. Nie mogła pokazać swojej słabości.

Gambit nie odpowiedział. Pochylił się ku niej. Czuła jego miętowy oddech, ale także zapach papierosów i skórzanego płaszcza. Był teraz tak blisko, że widziała każdy włosek na jego twarzy, każdy por jego skóry, a także zaróżowione, pełne wargi. Jednak najbardziej jej przerażone spojrzenie przyciągały oczy. Niby każdy wiedział, jak wyglądają oczy Remy'ego Lebeau, ale nie każdy – albo lepiej: nie każda – mógł się im przyjrzeć z tak bliska. Białka jego oczu nie były po prostu czarne. To tak, jakby powiedzieć o Mystique, że popełniła kilka błędów jako matka. Grube niedopowiedzenie. Ta czerń była jak przepastna ciemność jaskini – pochłaniająca wszystko, lepiąca się do ciała, głęboka, aksamitna czerń. Na tym tle czerwień jego źrenic zdawała się być żarzącym się ogniem w dogasającym ognisku.

Te oczy były piękne.

Wzdrygnęła się, gdy tylko przez jej głowę przemknęła ta myśl. Nie powinna tak myśleć. A na pewno nie w tej chwili.

- W poradzeniu sobie z mutacją, cherie. – Jego ochrypły, niski głos otrzeźwił ją nieznaczenie, choć dopiero po chwili zrozumiała jego intencje. Nie zdążyła jednak zaprotestować.

Przycisnął swoje wargi do jej ust, niemalże je zgniatając. Agresywnie wtargnął do środka, eksplorując językiem jej wnętrze. Półprzytomnie wydała z siebie ciche westchnięcie, które podziałało na niego jeszcze bardziej. Zmienił kąt, by zintensyfikować wszystkie doznania i wtedy, niespodziewanie, jego uścisk się rozluźnił. Zachwiał się i uderzył plecami o ścianę naprzeciwko. Opadł na kolana, ale wciąż był przytomny, bo obserwował ją spod wpół przymkniętych powiek i uśmiechem pełnym satysfakcji.

- Co jest z tobą nie tak?! – wykrzyknęła spazmatycznie. Przez jej głowę przemykały w zawrotnym tempie obce echa wspomnień, urywane zdania i śmiechy, czyjś płacz i krzyk, poczucie winy i pewność siebie naprzemiennie atakowały jej świadomość. Miała wrażenie, że jej żyły płoną żywym ogniem, a serce zaczęło bić dużo szybciej. Wystrzał adrenaliny postawił ją na nogi. Czuła się jak po wypiciu kilka mocnych kaw, choć jej ręce nie drżały w najmniejszym stopniu. Zmysły znacznie się wyczuliły. Nic dziwnego, że Gambit traktował ten trening jak zwykła zabawę, skoro był w stanie usłyszeć nawet cicho obracające się ramię kamery nad nimi.

A potem poczuła coś zupełnie niespodziewanego. Temperatura jej ciała znacznie się podniosła i wytworzona energia musiała zostać szybko spożytkowana, czuła to w koniuszkach palców.

- Zdejmij rękawiczki, szybko – Gambit wyszeptał nieskładnie, z trudem podnosząc się na nogach. Była zdziwiona, że jest przytomny, ale teraz miała większy problem. Posłusznie zdjęła rękawiczki i rzuciła je na podłogę. To całe gorąco chciało się z niej wydostać w jakiś namacalny sposób.

- Łap! – Gambit rzucił jej opakowanie kart. Złapała je bez trudu. Wyciągnęła pierwszą kartę i pozwoliła, by mrowiąca energia płynęła wprost z jej palców do niewielkiego kawałka plastiku. As karo zajaśniał fluoroscencyjną fuksją.

- Wizualizacja numer trzydzieści osiem – wykrzyknął Gambit już pewniejszym głosem. Stał tuż obok niej na własnych nogach. Nie było po nim widać żadnego uszczerbku na zdrowiu, nie licząc zabarwiającego się siniaka od jej uderzenia. Półki magazynowe powoli zaczęły znikać.

- Nie czekaj, po prostu rzuć – wyjaśnił rzeczowo.

- Gdzie?! – krzyknęła, obserwując, jak fuksja zmienia się w purpurę. Wiedziała, że to za chwilę wybuchnie.

- Przed siebie – odpowiedział rzeczowo Gambit. – Byle dalej od nas.

Uniosła dłoń z kartą i wycelowała w wysunięte pudło na dalekim końcu alejki. Bez głębszej refleksji wyrzuciła kartę, która z precyzją poleciała do celu. Gdy wybuchła, nie było już ani kartonu, ani alejki. Zamiast tego w Danger Roomie stał szereg manekinów z przyczepionymi do klatki piersiowej tarczami. Nie kojarzyła tej wizualizacji, scenariusz numer trzydzieści osiem nic jej nie mówił. Ten wstrętny szczur wszystko zaplanował! Chciał, aby użyła swojej mutacji! Spojrzała na niego z furią, ale nie miała czasu, aby się – nomen omen – wyładować. Wibrująca energia w jej ciele domagała się ujścia.

Wyciągnęła kolejną kartę, naładowała ją i rzuciła w pierwszego manekina. Precyzyjnie, ale bez większych przygotowań. Potem szło jak z płatka – biegła wzdłuż całego Danger Roomu, nie robiąc nawet przystanku na celowanie kolejną kartą. To wszystko było tak naturalne dla niej, jak mówienie czy chodzenie. Po wybuchu ostatniego manekina zatrzymała się i ciężko oddychając potoczyła spojrzeniem po całej sali: resztki fantomów leżały na podłodze, a w jej kierunku nonszalanckim krokiem zmierzał Gambit, z uśmiechem przyglądając się efektom jej pracy.

- Bravo, cherie – powoli zaklaskał. Stanął obok niej i przyglądał się jej ciekawie. Rogue tymczasem nie spuszczała z niego wzroku, ale nie powiedziała nic. Wyprostowała się i wyszła z Danger Roomu.

- Rogue? – Usłyszała za sobą, ale zupełnie zignorowała Cajuna. Weszła do damskiej szatni i z wściekłością uderzyła w swoją szafkę. Tak, jakby było jej jeszcze mało problemów ze swoją mutacją, on postanowił dorzucić kilka cegiełek. Totalnie lekkomyślnie, bez konsultacji z nią, pewnie bez porozumienia z profesorem. Ot tak, stwierdził, że będzie pomocny, jeśli pogrąży jej świadomość jeszcze bardziej.

Po szybkim prysznicu przebrała się w swoje codzienne ubrania, zabrała torbę i wyszła z szatni. Światło wciąż raziło ją w oczy, więc mutacja Gambita jeszcze z niej zupełnie nie zeszła. Naciągnęła kaptur bluzy i ruszyła do windy. Gdy drzwi się już zamykały, zablokował je metalowy kij.

- Chyba kpisz… - sarknęła pod nosem, wiedząc, kto zaraz wpakuje się do środka. Gambit wszedł, z jego twarzy wyjątkowo zniknął pyszałkowaty uśmieszek.

- Rogue? – zapytał tylko, wciąż blokując drzwi kijem. Nie miała szans go zabrać, zresztą, nawet nie miała ochoty dotykać ani tego kija, ani tego Cajuna. – Co się stało?

Gdyby jej spojrzenie mogło zabijać, Gambit leżałby martwy dokładnie w tej chwili.

- Naprawdę pytasz, co się stało? – zapytała ostro, starając się jednak zachować resztki kontroli. – Po tym, jak wpakowałeś mi język do gardła?

- Ach, o to chodzi – mruknął cicho. Spojrzał w bok, ale już po chwili znowu patrzył na nią. Była zestresowana, skrzyżowała ramiona na piersi i trzymała się w samym kącie windy. – Inaczej byś nie skorzystała ze swojej mutacji, non?

- A po co miałabym z niej korzystać, palancie?! – wykrzyknęła histerycznie.

- No właśnie – podsumował cicho Gambit. – W ogóle nie korzystasz ze swojej mocy. A chyba nie o to chodzi, d'accor?

- Nie jesteś od tego, by mi pomagać z moją mutacją, Gambit – odpowiedziała ostro. – Nie masz o niej zielonego pojęcia i naraziłeś nie tylko siebie…

- Nic mi nie jest – przerwał, wzruszając ramionami. Faktycznie, zazwyczaj po użyciu swojej mocy, Rogue zsyłała ofiarę na co najmniej kilkadziesiąt minut utraty przytomności. Gambit nie dość, że był świadomy cały czas, to całkiem nieźle przeżył chwilę absorpcji, która – co musiała przyznać Rogue – przyszła stosunkowo późno. Nie powinien nawet zdążyć wpakować jej języka do ust, a zrobił to. I to jak cholernie głęboko. Ale to nie o to chodzi! – przypomniała sobie, oddalając od siebie rumieńce wstydu.

- Myślisz, że to przyjemne, gdy ktoś wdziera mi się w moją głowę? – spytała napastliwie. – Sądzisz, że nauczyłam się już obojętnie przyjmować miliony wspomnień drugiej osoby? I co, może sądzisz, że na tym koniec? To się grubo mylisz, Cajunie. Dzięki za kolejne bezsenne noce, za kolejne koszmary, z którymi będę musiała sobie sama radzić, za zdezorientowanie, gdy przez przypadek pomylę twoje wspomnienia z moimi. To już będzie siedziało w mojej głowie do końca życia, ty palancie. I po co? Bo myślałeś, że możesz mi pomóc. Nikt nie może mi pomóc, rozumiesz?

Nawet nie zdawała sobie sprawy, że już nie kuliła się w kącie, tylko stała o kilka centymetrów od Gambita, który z kamienną twarzą przyglądał się jej z góry. Jej ostatnie pytanie wybrzmiało na tych sześciu metrach kwadratowych i jeszcze przez dłuższą chwilę żadne z nich nic nie powiedziało.

- Nie jesteś taka wyjątkowa, Rogue. – Ciszę przełamał Gambit. Nie był w tym momencie czarującym podrywaczem, jego głos był zupełnie poważny. Gdy sens jego słów dotarł do Rogue, poczuła się, jakby dostała czymś ciężkim w głowie, a potem w klatkę piersiową – prosto w serce. Nie potrafiła wyjaśnić, skąd takie wrażenie. Oczywiście, nie myślała o sobie w takich kategoriach, ale gdy ktoś inny powiedział to na głos, brzmiało to niemal jak oskarżenie. – Nie ty pierwsza i nie ostatnia masz problem z mutacją – kontynuował. Mimo że patrzyła mu prosto w oczy, miała absurdalne uczucie bycia poza tą sceną. Jakby stała gdzieś z boku i z obojętnością przyglądała się tej rozmowie. Pewnie dlatego stała nieruchomo i nie próbowała mu przerywać. Po prostu jeszcze nie dotarło do niej, co mówił. – Ale jesteś chyba pierwszą osobą, która nie chce sobie z nią poradzić. – Podsumował, wzruszając ramionami.

- Nie masz pojęcia o mojej mutacji – odparła ochrypłym głosem, gdy już ocknęła się ze stuporu.

- Tak jak i ty sama, Rogue – odpowiedział. – Tylko zamiast zacząć sobie radzić, uciekasz od tego i liczysz na to, że problem sam się rozwiąże. To tak nie działa. Może takie wymówki są dla ciebie wygodniejsze niż solidna praca nad sobą? Szkoda tylko, że gdy już ktoś wyciąga do ciebie rękę, to ty nie dość, że ją odrzucasz, to jeszcze dorzucasz kilka kopniaków i wpędzasz w poczucie winy.

- Że niby ty wyciągasz do mnie rękę, Cajunie? – powtórzyła, prychając z kpiną. Serce łomotało jej z szaloną prędkością, tak, że niemal słyszała pulsującą w skroniach krew. Nie sądziła, że będzie potrafiła cokolwiek wykrztusić z siebie po tej fali gorzkich słów z ust osoby, po której się tego zupełnie nie spodziewała. Za wszelką cenę starała się zachować pokerową twarz, wbrew wszystkim mięśniom.

- Skoro wszyscy inni już porzucili nadzieję… – odparł. – Doceń to, Rogue. Bo już za chwilę zostaniesz sama, otoczona ludźmi, którzy się ciebie boją, lub którzy pogodzili się z tym, że do końca życia nie będziesz mogła nikogo dotknąć – powiedział ciszej, nachylając się do niej, po czym wyszedł z windy z powrotem w korytarze podziemi. Drzwi zamknęły się cicho i Rogue po chwili znalazła się na parterze Instytutu. Wyszła z windy i mechanicznym, miarowym krokiem ruszyła na górę do swojego pokoju, zupełnie ignorując mijających ją ludzi. Ogarnął ją strach, że wszystko, co przed chwilą usłyszała, jest prawdą.

Zdaję sobie sprawę, że zachowanie Remy'ego w tym rozdziale może budzić kontrowersje. Jeśli kogokolwiek uraziłam - bardzo przepraszam, nie było to moim zamiarem. Pamiętajmy jednak, w jaki sposób Rogue ukradła moce Gambitowi w X-Men: Evo, co mogło być inspiracją dla Remy'ego, w jaki sposób zmusić ją do użycia mutacji.

Kolejny rozdział oczywiście w kwietniu. Prace nad nim będą trwały zdecydowanie krócej niż nad dzisiejszym, bo nie będę musiała pisać go od początku, więc możecie się go spodziewać w okolicach Wielkiejnocy :)