Rozdział V
Powinna być wściekła. I w dużej mierze to właśnie czuła, ale gdzieś pod tymi wszystkimi wyzwiskami ciskanymi w myślach w stronę Gambita, tliło się coś jeszcze. Był to strach, wstrzymujący oddech i powodujący ból w klatce piersiowej.
Początkowo nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego tak się czuje. Wina Gambita była ewidentna: naruszył jej przestrzeń osobistą, wykorzystał przewagę stanowiska mentora, zrobił coś wbrew jej woli. Gdyby Logan o tym wiedział, kawałki Gambita wisiałyby na każdym drzewie w okolicy. Ale Logana nie było. Zresztą, Rogue zastanawiała się, czy rzeczywiście powiedziałaby mu o tym wszystkim. Z tej samej przyczyny, dla której nie miała zamiaru iść do profesora: mogło się okazać, że ten cholerny Cajun ma rację. I właśnie świadomość tego faktu powodowała to nieprzyjemne ciążenie w klatce piersiowej.
Sam pocałunek nie był zły. Do diabła, był cholernie dobry. Choć, oczywiście, Gambit nie powinien tego robić. To było niemoralne i nieetyczne, a przynajmniej będzie takie do czasu, aż Rogue skończy liceum. Mimo to co chwilę dotykała swoich ust opuszkami palców, jakby nie mogąc uwierzyć, że jeszcze godzinę temu były one całowane przez najprzystojniejszego mężczyznę, jakiego znała. Z trudem jej to przechodziło przez myśl, ale taka była prawda: Gambit był w jej typie.
Ale to wszystko i tak traciło na znaczeniu, gdy przypominała sobie jego słowa: „już za chwilę zostaniesz sama, otoczona ludźmi, którzy się ciebie boją, lub którzy pogodzili się z tym, że do końca życia nie będziesz mogła nikogo dotknąć". Nawet gdy próbowała już o tym nie myśleć, znowu słyszała w swojej głowie jego cichy, spokojny, poważny głos.
Miała wtedy ochotę cisnąć czymś w ścianę. Bo przecież to nie jest prawda? Zadawała sobie to pytanie raz po raz, szukając kolejnych argumentów. Profesor jej pomagał. Cały zespół wspierał. Wciąż szukali sposobów na opanowanie jej mutacji. Ona też się starała.
Kiwała głową, zgadzając się z tymi wszystkimi argumentami, a mimo to czuła, jak bardzo się oszukuje.
Profesor coraz częściej odwoływał bądź przekładał jej sesje terapeutyczne. Było ich coraz mniej, aż ich ilość spadła do jednej tygodniowo, podczas której i tak koncentrowali się na łataniu dziur i łagodzeniu skutków, a nie szukaniu rozwiązania. Porządkowanie cudzych wspomnień powodowało tylko coraz większe migreny. Jedyną przydatną umiejętnością było stawianie blokad pozwalających się wyciszyć, ale od pokonania Apocalypso wszystkie jej świadomości zyskały na sile, a niećwiczone blokady pozostawały wciąż na tym samym, niewystarczającym już poziomie. To tak, jakby mieć zapalenie płuc i przyjmować jedynie leki na gardło.
Zespół pewnie wciąż wierzył w nią i w to, że opanuje swoją mutację, ale – bardzo roztropnie, co musiała przyznać – traktował ją i tak z ograniczonym zaufaniem. Jakby chcieli powiedzieć, że jasne, Rogue, kumplujemy się, wszystko będzie spoko, ale na wszelki wypadek trzymajmy się w pewnej odległości. Co jej również odpowiadało. I to właśnie prowadziło do nieprzyjemnej konkluzji, że Gambit miał rację. Że tak było jej wygodniej i nie chciała podejmować wysiłku, by ujarzmić mutację.
Poczuła pukanie w ramię. Niechętnie otworzyła oczy, zdjęła słuchawki i spojrzała na Kitty.
- Wszystko w porządku? – usłyszała pytanie. Kitty obserwowała ją uważnie swoimi wielkimi orzechowymi oczami [w Evo były niebieskie, ale w tej kwestii polegam na kanonie komiksowym, btw – w Evo Rogue miała szare oczy, co zupełnie jest dla mnie nie do przyjęcia].
- Tak, muszę odpocząć po sesji – mruknęła Rogue, kładąc głowę z powrotem na poduszkę. Jak tylko wróciła do pokoju, położyła się na łóżku tak jak stała i włączyła iPoda. Miała tylko nadzieję, że jej oczy były już normalnego koloru.
- Nie wyglądasz za dobrze – odpowiedziała sceptycznie Kitty, siadając w nogach łóżkach. Wciąż obserwowała Rogue z troską w oczach.
- Dzięki, to miło z twojej strony, że tak twierdzisz – odpowiedziała ponuro i przeniosła spojrzenie na sufit. Doceniała, że Kitty się o nią martwi. To było naprawdę budujące i stojące choć trochę w kontrze do wniosków, do których doszła kilka chwil temu. Mimo to jednak chciała zostać sama. Może o tym też mówił Gambit? Że zostanie sama na własne życzenie?
- Ominęłaś kolację – wskazała Kitty. – Ororo prosiła, by sprawdzić, co z tobą.
- Wszystko ze mną w porządku – odparła automatycznie. On naprawdę miał rację – nie potrafiła nawet ze swoją najbliższą koleżanką porozmawiać o tym, co jej się przytrafiło. Skoro ona nikomu nie ufała, dlaczego ktoś miałby zaufać jej?
- Poza tym mamy wolną chatę – oznajmiła już z weselszą miną Kitty. – Profesor oraz Ororo jadą dzisiaj wieczorem do Waszyngtonu, Logana nie ma, profesor McCoy… profesor McCoy siedzi w MedLabie, bo to właśnie robi w wolnym czasie profesor McCoy, a Remy po kolacji wyszedł. – Rogue na dźwięk jego imienia przeniosła spojrzenie z powrotem na Kitty. – No, wreszcie wolny piątek, Rogue – dodała z uśmiechem, sądząc zapewne, że ten nieodgadniony wyraz twarzy współlokatorki to reakcja na wyjazd niemal wszystkich mentorów.
- Gdzie wyszedł? – spytała ostrożnie, zastanawiając się przy tym, czy Kitty nie zacznie zastanawiać się nad sensem jej pytania. W końcu skoro Rogue tak otwarcie dawała wyraz temu, że nie lubi Gambita, po co o niego pyta?
- Do baru czy gdzieś tam, nieważne – wzruszyła ramionami Kitty. – Chłopaki zajęli już konsolę do gry, ja z dziewczynami i Lancem oglądamy na dużym telewizorze maraton Supernatural. A że będzie z nami Jean, to cisza nocna pewnie będzie dzisiaj nieco później.
Na ustach Kitty tańczył ledwie powstrzymywany uśmiech, jakby ten wolny piątek bez nadzoru dorosłych był spełnieniem jej marzeń.
Rogue powiodła spojrzeniem z powrotem na sufit.
- Okej, bawcie się dobrze – powiedziała i założyła z powrotem słuchawki. Wypowiedź Kitty została skutecznie zagłuszona przez Jareda Leto. Ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę, było spędzenie tego beznadziejnego wieczora razem z resztą uczniów. I to wszystko pomimo irytującego głosiku świadomości Gambita, który powtarzał w kółko: „A nie mówiłem, ze wszystkich odpychasz, cherie?".
To były urywki. Krótkie, ale bardzo intensywne. Mimo że już zdążyła się przebudzić i przekonać, że to wszystko było tylko snem, serce wciąż waliło jak oszalałe.
Czuła strach, ale również silne poczucie winy. Zrobiła coś, czego strasznie żałuje. Coś, co zmieniło jej całe życie.
Ale nie potrafiła przypomnieć sobie, co to było.
Ani do kogo należało to wspomnienie.
Rozcierała intensywnie skronie, mając nadzieję, że przegoni to ten nawracający, ostry ból głowy. To było dziwne. Zazwyczaj widzi dokładnie przebieg wspomnienia w pierwszej osobie. Bez żadnych luk. A ten sen przypominał raczej film tak pocięty przez cenzora, że ciężko było doszukać się w nim jakiegokolwiek sensu. Im bardziej próbowała skupić się na pozostałych scenach, tym bardziej bolała ją głowa.
Nie zapalając światła, próbowała znaleźć w szufladzie nocnej szafki blister aspiryny. Znalazła tylko puste opakowanie i z ciężkim westchnięciem podniosła się z łóżka. Musiała iść na dół do kuchni.
- Rogue? – zaspany głos Kitty, pomimo że był cichy, wzmagał łomotanie w głowie.
- Śpij, Kitts, nic mi nie jest. – Rogue próbowała ją uspokoić, ale jej słaby głos spowodował zupełnie odwrotny skutek. Kitty wstała i przysiadła się na łóżku koło koleżanki.
- Pójść po coś przeciwbólowego? – zaoferowała.
- Zejdę z tobą – odparła i podniosła się z łóżka. – To mi dobrze zrobi – dodała, wiedząc, że Kitty zaraz zaprotestuje.
- To chodź – odpowiedziała krótko.
Instytut o tej porze był nieludzko cichy. Skrzypienie podłogi wydawało się hałasem, mimo że w ciągu dnia było to zupełnie niesłyszalne. W wysokie okna w korytarzu zacinał deszcz, potęgując ponury nastrój. Rogue szła tuż za Kitty, trzymając przy tym odpowiednią odległość. Zarówno ona, jak i jej współlokatorka, miały na sobie luźne, krótkie piżamy i bardzo łatwo mogło dojść do przypadkowego dotyku.
- Nie zapalaj światła – poprosiła cicho Rogue, gdy już weszły do kuchni. – To chyba nasili ból głowy – dodała, tłumacząc. Kitty jednak o nic nie pytała. Poprosiła, by Rogue usiadła przy stole i z szuflady wygrzebała niewielką latarkę czołową. Przyświecając sobie znalazła w apteczce aspirynę, uważając przy tym, by strumień światła nie padał nawet w okolice Rogue.
- Dzisiaj chyba jest lepiej niż zazwyczaj, co? – spytała, sięgając po szklankę.
- W porównaniu z wczorajszą nocą na pewno – odpowiedziała Rogue, chowając twarz w ramionach. – Ale to było dziwne, wiesz? – dodała, podnosząc się nieznacznie i przez zmrużone powieki obserwowała, jak koleżanka nalewa wodę do szklanki.
- To generalnie jest dziwne, Rogue – zauważyła trzeźwo. Zgasiła latarkę i schowała ją z powrotem do szuflady, po czym zaniosła do stolika wodę oraz listek tabletek.
- Tak, ale dzisiaj było inaczej niż zazwyczaj. – Rogue nie dała się zbić z tropu. Wiedziała, co miała na myśli Kitty: że powinna iść z tym jak najszybciej do profesora oraz doktora McCoya. – Zazwyczaj wspomnienia innych są dla mnie czymś w rodzaju obszernego fragmentu filmu. Ma to początek i koniec, i wszystko jest w gruncie rzeczy jasne – tłumaczyła cicho, próbując jak najlepiej zobrazować to, co zazwyczaj przeżywa każdej nocy. Po raz pierwszy mówiła o tym Kitty, co wydawało jej się prawdziwym ciosem skierowanym wprost w psyche Gambita. – To natomiast było tak chaotyczne… pourywane… nielogiczne… jakbym dostała do poskładania puzzle, w których brakuje co najmniej połowy kawałków.
- A to było coś… strasznego? – spytała niepewnie Kitty.
- Tam była krew, a jakaś kobieta strasznie krzyczała - niepewnie odparła Rogue. Miała nadzieję, że tabletka wkrótce zacznie działać, bo mówienie o tych obrazach było jak dodatkowe uderzenie głową o ścianę. – Ja czułam, że zawiodłam wszystkie ważne dla mnie osoby. Wiesz, czułam takie ciężkie wyrzuty sumienia, takie straszne poczucie winy. I byłam bezsilna, bo wiedziałam, że nic z tym nie mogę zrobić. I nie było tam zbyt wiele obrazów, były tylko emocje.
- Masz podejrzenia, do kogo należą te wspomnienia?
Oczywiście w pierwszej chwili pomyślała o Gambicie, którego zaabsorbowała zaledwie kilka godzin wcześniej. Ale to zupełnie do niego nie pasowało. Już raz go wchłonęła i mniej więcej wiedziała, jakich snów się po nim spodziewać. To nie było jedno z tych absurdalnie erotycznych mignięć, które co jakiś czas ją nawiedzało. Tam była zupełnie inna paleta emocji. To musiało należeć do kogoś innego.
- Nie mam pojęcia – przyznała szczerze.
- Rogue – zaczęła Kitty takim tonem, że Rogue doskonale wiedziała, jaki będzie ciąg dalszy jej wypowiedzi – powinnaś pójść…
- Tak, wiem, powinnam pójść do profesora – przerwała ją z lekkim zirytowaniem. Podniosła się z krzesła.
- Miałam na myśli, że powinnaś się ten, przespać, zwłaszcza że jutro nie musisz wcześnie wstawać, ale wersja z profesorem też mi się bardzo podoba – odparła Kitty, również wstając z krzesła.
- Nie mamy jutro sesji w Danger Roomie? – Rogue zatrzymała się w pół kroku. Sobotnie poranki zawsze były ciężkie przez kolejny trening Logana. To było bez sensu z punktu widzenia większości uczniów: w piątki o szóstej rano mieli jedną sesję, zazwyczaj z wizualizacją walki, w soboty o tej samej porze Logan wzywał ich na same ćwiczenia wytrzymałościowe. Gdy pytali go, dlaczego robi treningi dwa dni z rzędu, on odpowiadał z rozbrajającą szczerością, że w soboty to oni odpoczywają po piątkowym treningu. Odpoczywają w Danger Roomie, ćwicząc biegi i podciągając się na drążku. Oczywiście fakt, że nie było Logana, bynajmniej nie oznaczał odpoczynku od zajęć. Dlatego Rogue spodziewała się, że ktoś go zastąpi i nawet domyślała się, kto znowu dostąpi tego zaszczytu.
- Nie, Remy powiedział, że możemy spać do woli – odpowiedziała Kitty. – Stwierdził, że on sam pewnie nie da rady wstać. No wiesz, poszedł do baru – przypomniała. – Zapomniałam ci o tym powiedzieć, przepraszam.
- To… świetnie – odparła wypranym z emocji głosem Rogue. Z jednej strony cieszyła się, zarówno ona jak i Kitty będą mogły się wyspać, z drugiej – nie wiedzieć czemu, chciała się przekonać, w jaki sposób będzie się do niej odnosił teraz Gambit. Miała wrażenie, że odwołany trening to w dużej mierze jej zasługa.
- …i wiecie, ten, to nie jest zasługa samych kosmetyków. To także racjonalna dieta. Jaka dokładnie? Wszystkiego dowiecie się z mojego dzisiejszego wpisu. – Rogue przetarła oczy, po czym spojrzała na elektroniczny zegarek na stoliku nocnym. Dwadzieścia minut po dziewiątej. O tej porze zazwyczaj kładła się, by odsypiać po treningu z Loganem. Podniosła się na poduszkach i zlokalizowała źródło dźwięku. Kitty leżała na plecach na swoim łóżku z wysoko wyciągniętymi ramionami i kręciła telefonem filmik.
- Obudziłam cię? – zapytała, widząc spojrzenie Rogue. – Przepraszam, kręciłam snapa z teaserem wpisu na bloga.
Rogue zmarszczyła czoło. Nie do końca rozumiała, o czym mówi Kitty. Zawsze była trochę poza tymi wszystkimi aplikacjami i niespecjalnie zależało jej na zmianie tego stanu. Nie miała nawet konta na facebooku. Nie po to w końcu odtrącała ludzi, by potem dodawać ich do znajomych, hein?
Skrzywiła się, gdyż ostatnie pytanie zadała świadomość Gambita. Nawet ten okropny akcent się zgadzał. Cudownie, teraz prześladował ją nawet w myślach.
- Jest spoko – powiedziała w końcu, pocierając palcami nasadę nosa.
- Na pewno? Mogłam ten…
- Kitty, jest spoko – przerwała jej i odrzuciła kołdrę. Podniosła się, przeczesała włosy i po chwili zastanowienia ruszyła do łazienki. – Zajmuję ją na co najmniej godzinę – ostrzegła współlokatorkę.
- Hej, ale miałam… - Rogue już nie usłyszała, co miała Kitty. Zamknęła za sobą drzwi i zaczęła napuszczać do wanny gorącą wodę.
Remy na to czekał, cherie – usłyszała w swojej głowie i zmięła w ustach przekleństwo. Jak tak dalej pójdzie, naprawdę uda się do doktora McCoya po jakieś leki wyciszające świadomości. Nawet jeśli będzie to oznaczało pobyt w MedLabie.
Życie w Instytucie Charlesa Xaviera w gruncie rzeczy nie różniło się od życia w akademiku. Z tą różnicą, że u profesora jakość życia była zdecydowanie wyższa z powodu luksusów, które zapewniał swoim uczniom: dużo sal rekreacyjnych, począwszy od basenu po kryte boiska do tenisa, siatkówki czy kosza, aż do wysokiej jakości sprzętu elektronicznego, jak konsole do gier, okulary VR, wysokiej klasy komputery czy nawet sprzęt do odtwarzania muzyki. Nie mówiąc już o stałym, dość wysokim kieszonkowym, czy ze smakiem urządzonych pokojach mieszkalnych, które stali rezydencji mogli ulepszać według swojego gustu. Ach, oczywiście ogromną różnicą było również to, że w Instytucie Charlesa Xaviera żyli wybitnie uzdolnieni młodzi ludzie. Innymi słowy, mutanci. To w dużej mierze rzutowało na styl życia mieszkańców tego miejsca.
Rogue już dawno przestała zwracać uwagę na wszechobecny zapach siarki pochodzący od mutacji Kurta. Bezskutecznie próbowała nauczyć Kitty pukania, która i tak zawsze wściubiała nos do zamkniętych pokojów – i to dosłownie. Lewitujące przedmioty – igraszka, nie ma problemu. Biegająca po korytarzach Rahne w postaci wilka – spoko, chodź, a cię pogłaszczę i wytarmoszę po brzuchu. Jamie ganiający Jamiego, który biegł za jeszcze jednym Jamiem? Trzymaj się ściany, by na ciebie nie wpadli i będzie w porządku.
To wszystko to były jednak niuanse, do których łatwo się było przyzwyczaić Rogue. Zdecydowanie gorzej było z czymś, z czym nie była nawet w stanie walczyć: z hałasem. Od absurdalnie wczesnych dla niej godzin porannych, aż po późny wieczór, cały Instytut wypełniała kakofonia dźwięków. Kiedy chodzili jeszcze do szkoły publicznej, nie dawało się to aż tak we znaki. Ale odkąd nauczanie przeniosło się na stałe do posiadłości profesora Xaviera, względna cisza panowała jedynie w czasie zajęć lekcyjnych. Oczywiście najgorsze i tak były najmłodsze dzieciaki, które miały zaprogramowane tylko dwa tryby: albo otwierały usta, by krzyczeć, wrzeszczeć, śpiewać czy choćby głośno rozmawiać, albo otwierały usta, by wpakować do nich kolejną dawkę słodyczy.
Gdy Rogue zeszła tego dnia na śniadanie, dzieciaki udowadniały jej, że mogą używać obu tych trybów jednocześnie. Sarkając na siebie, że mogła się ruszyć wcześniej i uniknąć nalotu chmary najmłodszej grupy na kuchnię, zawróciła się i posępnym krokiem skierowała się z powrotem do swojego pokoju. U szczytu schodów zatrzymała się i najpierw spojrzała w prawo, w skrzydło chłopaków. Drzwi do niektórych pokojów były uchylone, skąd słychać było albo głośne basy, albo krzyki, albo odgłosy gier. Odwróciła głowę w stronę lewego, damskiego skrzydła. Zapach lakieru do paznokci mieszał się z intensywną wonią perfum. Rihanna walczyła na głośność z Beyonce. Wzburzony głos Kitty przenikał przez ściany, jakby to był kolejny element jej mutacji.
Rogue opuściła ramiona i spojrzała w podłogę. Potrzebowała ciszy. Gdyby nie paskudna pogoda, poszłaby do altany na szczycie klifu. Praktycznie zawsze była pusta, nawet w letnie miesiące. Rogue lubiła tam siadać z książką, odrabiać lekcje, czy nawet po prostu posiedzieć i porozmyślać. Ale teraz pewnie napadało tam śniegu, nie mówiąc już o hulającym wietrze.
W którym miejscu w Instytucie Charlesa Xaviera w sobotnie przedpołudnie spotkanie któregokolwiek z uczniów graniczy z cudem? Rogue rozciągnęła usta w uśmiechu, gdy odpowiedziała sobie na to pytanie. Szybko zabrała ze swojego pokoju podręczniki oraz notatki i skierowała się do najmniej popularnego pomieszczenia wśród współmieszkańców: do biblioteki.
Zamknęła za sobą drzwi i nie mogła w pierwszej chwili uwierzyć, jak cicho tutaj było. Lśniąca, drewniana podłoga, wysokie regały z książkami, kilka stolików i obitych czerwonym foteli nadawały temu pomieszczeniu spokojny, melancholijny klimat. W szyby wysokich, arkadowych okien bębnił miarowo deszcz. Rogue mimowolnie się uśmiechnęła: tego potrzebowała jej introwertyczna dusza.
Odsunęła jeden z foteli w kierunku okna, owinęła się jednym z dostępnych tutaj koców i zasiadła wygodnie, podciągając kolana do brody.
Remy był wściekły.
A nie powinien, gdyż w jego mniemaniu w tej sytuacji powinien wyjść z twarzą, opanowany i powściągliwy. Mógł rzucić żarcik albo dwa i odwrócić się na pięcie dla większego efektu, ale na pewno nie wygarnąć tej dziewczynie tak, jak to zrobił. Nie wiedzieć czemu i w jaki sposób, ta fille spowodowała pewną lawinę emocji: najpierw tym, że nie zauważyła, jakie intencje miał, kiedy ją umyślnie dotknął. Pocałował – poprawił się w myślach, uśmiechając się smętnie pod nosem. Później zirytowała go tym, że uważała swój przypadek za bardzo wyjątkowy i – co już go rozsierdziło – beznadziejny tak bardzo, że nie warto było szukać jakiegokolwiek rozwiązania.
Nic go tak nie złościło, jak użalanie się nad sobą.
Zamiast wziąć się w garść i walczyć, to ta dziewczyna już pogodziła się z tym, że nie poradzi sobie z okiełznaniem swoich mutacji. Pogrążała się w tym coraz bardziej, zapominając, że ma wokół siebie ludzi, którym na niej zależało. Mon Dieu, to o wiele więcej, niż miał on.
Najbardziej jednak zastanawiało go, dlaczego aż tak się tym przejął. W ogóle po co rozważał, jak poprowadzić ten trening? Po co coś planował, przygotowywał? Mógł równie dobrze nie przyjść wcale albo wspólnie pokonać kilka tuzinów fantomów, robiąc przy tym to, na czym znał się najlepiej – żartować i flirtować. A zamiast tego postanowił być szlachetnym Remym, bezinteresownie pomagającym małolatom pokonać ich lęki. Wyszedł tym samym na lekkomyślnego głupca.
Remy nie był lekkomyślnym głupcem.
Kalkulował, jak teraz się zachowywać wobec niej. Miał wrażenie, że jak tylko ją spotka i zamienią choć kilka słów, to znowu włączy mu się tryb szlachetnego Remy'ego, który będzie chciał jej pomóc. A ona tego przecież nie chciała, d'accord? A jemu przecież nie zależało, d'accord? Powinien czuć obojętność, d'accord?
A jednak z jakiegoś powodu czuł się za nią w pewnym stopniu odpowiedzialny. Miał wrażenie, a po wspólnej wycieczce do Nowego Orleanu już pewność, że Rogue jest taka jak on pod wieloma aspektami i tylko on może ją zrozumieć i do niej dotrzeć. Nie sądził jednak, że to będzie tak trudne.
Remy był wściekły, bo wiedział, że to nie koniec. Nie mógł tak po prostu odpuścić. Nie po tym, co sam przeżył, gdy uczył się swojej mutacji. Nie miał pod ręką najwybitniejszego telepaty na świecie, doskonale wyszkolonego lekarza, czy najlepszych warunków do badań nad jego mocą. Musiał zmierzyć się sam ze sobą i zrobił to, cholera, zrobił. Tak jak teraz powinna zmierzyć się z tym wszystkim Rogue. Potrafił jej pomóc, wiedział, jak do tego podejść.
Komendą zakończył symulację w Danger Roomie. Przysiadł na podłodze z butelką wody i napił się kilka łapczywych łyków.
Jeśli odpuści, zawiedzie nie tylko ją, ale przede wszystkim siebie.
Poczuł jeszcze większą wściekłość.
Siedział w najdalszym rogu kuchni, gdy zobaczył ją kątem oka. Ewidentnie niewyspana, z wymalowaną na twarzy wielką nienawiścią do świata, zwłaszcza tego reprezentowanego przez najmłodszą grupę uczniów Instytutu Charlesa Xaviera. Był szalenie ciekaw, jak zareaguje na jego obecność. Czy zachowa status quo, czy może zacznie go ignorować? Schował się za gazetą, czekając na jej ruch. Po kilku chwilach zdał sobie sprawę, że zniknęła. Nie mógł powiedzieć, że był tym faktem przygnębiony, ale na pewno wolałby jednak, żeby doszło do jakiejkolwiek reakcji z jej strony, by wiedział, na czym stoi.
Sam również potrzebował czasu na przemyślenie swojej sytuacji. Zazwyczaj bary ze swoimi niewyczerpanymi litrami whisky skutecznie pomagały mu w zebraniu myśli, ale knajpy w Bayville nie miały w sobie nic z magii spelunek Nowego Orleanu. Tutaj było spokojnie, nikt się nie bił, nie grał w karty, kobiety nie miały w sobie za grosz wyuzdania, nawet alkohol smakował inaczej. Dlatego wrócił dużo wcześniej niż przewidywał i gdyby chciał, spokojnie by wstał, by poprowadzić poranny trening w Danger Roomie. Ale to by oznaczało spotkanie z Rogue. Na razie chciał trzymać się od niej z daleka, aż dziewczyna sama przed sobą przyzna, że trochę przesadziła.
Najgorsze było jednak to, że sam do końca nie rozumiał, jak działa jej moc. Oczywiście pamiętał enigmatyczne opisy w kartotekach Magneto, ale nie było tam wzmianki o koszmarach, ani o tym, co de facto oznaczało dotknięcie kogoś przez Rogue. Dla ofiary była to utrata przytomności, choć – jak widać na jego przykładzie – nie było to regułą, ale dla niej? Absorbowała moc oraz wspomnienia – ale czy były to jedynie urywki, kilka losowych wycinków, niekoniecznie chronologicznie poukładanych? Na jak długo pozostawały one w jej świadomości? Może rzeczywiście Remy dorzucił jej tylko dodatkowych problemów i to on powinien ją przeprosić?
Odłożył gazetę na bok, dopił kawę i ruszył w poszukiwaniu odpowiedzi – do podziemi Instytutu Charlesa Xaviera.
Hank McCoy siedział w bezruchu przed kilkoma monitorami. Tabele i wykresy odbijały się w szkłach jego okularów. Dopiero gdy wyciągnął futrzastą łapę po wielki kubek z kawą, Remy nabrał pewności, że McCoy jest przytomny.
- Uroczy kubek – wskazał na wymalowanego na nim Ciasteczkowego Potwora. Hank uśmiechnął się i odwrócił do niego głowę.
- Prezent od naszych wychowanków – odpowiedział z uśmiechem. – Choć nie dostrzegam analogii poza kolorem futra – dodał i wskazał krzesło naprzeciwko swojego biurka. Remy usiadł i rozejrzał się po gabinecie. Światło było tutaj przygaszone i jedyne jego źródło pochodziło od małej lampki stojącej na biurku Hanka. Kilka regałów wypełnionych książkami i segregatorami, metalowe szuflady zapewne wypełnione dokumentacją, szklana szafa z lekami, kroplówkami i strzykawkami. Remy mimowolnie się wzdrygnął. Nienawidził szpitali. Jednak nastrój tego pomieszczenia został złagodzony przez kilka obrazów i zdjęć zawieszonych na ścianie, na stoliku za Hankiem natomiast stała miniwieża oraz figurka Kapitana Ameryki.
- Chciałbym myśleć, że ktoś odwiedził mnie zupełnie bezinteresownie – zaczął McCoy, uważnie, ale uprzejmie obserwując Remy'ego – ale mam jednakże wrażenie, że coś cię gryzie, panie Lebeau
- Mów mi po imieniu, mon ami – odpowiedział Gambit, zastanawiając się przy tym, czy od razu przejść do rzeczy i jak ubrać w słowa swój problem. Nie mógł od razu zacząć od tematu Rogue, bo to mogłoby się okazać podejrzane. – I faktycznie, mam kilka pytań.
- Z przyjemnością postaram się pomóc, Remy – odrzekł Hank i splótł swoje ogromne, pokryte niebieskim futrem, dłonie. To zaskakujące, w jaki sposób te mądre, przenikliwe oczy kontrastowały z fizjonomią doktora. Dysonans ten był podkreślony dodatkowo przez uprzejmy, spokojny ton głosu i rzadko spotykana dbałość wypowiedzi.
- Wczoraj miałem przyjemność poprowadzić trening w zastępstwie za Monsieur Claws – odparł po chwili namysłu. – I nie jestem pewien, w jak dużym stopniu wymagać od uczniów wykorzystania ich mutacji.
Piękne pytanie otwarte, nie mógł tego zrobić lepiej. Prędzej czy później dotrą do tematu Rogue, ale wyjdzie to naturalnie. Zero podejrzeń, zero dociekliwych pytań.
Hank westchnął, przeniósł wzrok na rozłożone na blacie biurka notatki, po czym znowu skupił się na twarzy Gambita.
- Domniemywam, że chodzi ci o Rogue? – McCoy spoglądał na niego znad okrągłych okularów. Remy'emu nie drgnęła nawet brew.
- A jeśli powiem, że tak? – spytał ostrożnie.
- To wtedy odpowiem ci, że nie ma na to pytanie prostej odpowiedzi – odpowiedział McCoy.
- Idźmy tą drogą – przytaknął Remy.
- Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi, Remy – z westchnięciem powtórzył doktor. Gambit uprzejmie czekał na rozwinięcie tematu. – W istocie każdy trening powinien rozwijać możliwości mutacji naszych uczniów i w większości przypadków tak się dzieje. U Rogue sprawa jest skomplikowana.
- Nie chce korzystać ze swojej mocy – dopowiedział Remy, na co Beast mu przytaknął.
- Do pewnego momentu Rogue nie miała z tym większego problemu i choć z oporami, to jednak w kontrolowanych warunkach Danger Roomu używała swojej mutacji. Oczywiście w walkach, czy to z Magneto i jego zespołem – Beast spojrzał na niego przenikliwie – czy to z naszymi innymi przyjaciółmi, nie miała większych sentymentów. Jednak niecały rok temu doszło do pewnego incydentu…
Remy podświadomie czuł, że słowo „incydent" jest tutaj grubym niedopowiedzeniem.
- Rogue wspólnie ze swoją przyjaciółką ze szkoły wybrały się na koncert. Tam doszło do wypadku, w wyniku którego Rogue wchłonęła bardzo wiele osobowości innych uczestników, w tym swojej koleżanki, która okazała się być nie do końca tą osobą, za którą się podawała.
- Remy ma niejasne wrażenie, że może tutaj chodzić o Mystique… – przerwał mu Gambit. Cóż za pokrętne pojęcie matczynej miłości, pomyślał gorzko. Dla osoby tak zamkniętej w sobie, wyizolowanej i co tu dużo kryć – samotnej – to musiał być cios. Zaczął powoli rozumieć, dlaczego ta dziewczyna z tak dużą nieufnością podchodziła do innych ludzi.
- W rzeczy samej. – Hank pokiwał głową ze smutkiem. – Wchłonięte świadomości przejęły kontrolę nad Rogue. Dość powiedzieć, że ledwie udało nam się ją powstrzymać przed ogromnymi zniszczeniami i ledwie udało się nam ją uratować. Od tego czasu Rogue nie chce używać swojej mutacji bez wyraźnej potrzeby. Osobiście nie jestem przekonany co do słuszności takiego rozwiązania, ale wspólnie z Charlesem doszliśmy do wniosku, że nie możemy na nią naciskać. Jej moc nie jest jeszcze dla nas do końca znana, ale bardzo możliwe, że jest ona ściśle sprzężona z psychiką. Zatem wszelkie naciski i próby zmuszenia Rogue do pracy w tym kontekście są najprawdopodobniej pozbawione sensu, dopóki ona sama nie dojdzie do tego wniosku.
- I do tego czasu będziecie siedzieć i czekać z założonymi rękami? – Remy uniósł brew. W tym, co mówił Hank, był pewien sens, ale Remy nie mógł oprzeć się wrażeniu, że było to pójście na łatwiznę ze strony wszystkich zainteresowanych. Niby jak Rogue miała dojść do takiego wniosku, skoro panicznie bała się powtórzenia tego „incydentu"? Kto normalny po czymś takim chciałby eksperymentować ze swoją mutacją?
- Nie nazwałbym tego w ten sposób – odpowiedział spokojnie McCoy. Położył dłonie na biurko i lekko się pochylił, wpatrując się przy tym w blat stołu. Po chwili kontynuował. – Charles pracuje z nią nad kontrolą zaabsorbowanych tożsamości, dzięki czemu w razie powtórzenia wypadków z koncertu, Rogue będzie w stanie sama obronić się przed utratą kontroli. To niestety wymaga czasu, dodatkowo osobisty udział Rogue w pokonaniu Apocalypso spowodował wyraźny wzrost jej możliwości, co pokazują wyniki rezonansu oraz tomografii. Mamy obawy przypuszczać, że zbliża się do poziomu omega mutanta.
- To źle?
- Dopóki nie jest w stanie kontrolować swojej mutacji, to bardzo źle – westchnął Hank. – Widzisz, poziom omega to najwyższy stopień w klasyfikacji potencjału mocy i oznacza kontrolę nad materią na poziomie molekularnym. Praktycznie rzecz biorąc taki mutant jest w stanie zrobić absolutnie wszystko. Mamy podstawy przypuszczać, że pełnia mocy Rogue to korzystanie na zawołanie z zaabsorbowanych mocy. Jeśli nie będzie w stanie tego kontrolować lub – co gorsze – wchłonięta świadomość przejmie nad nią kontrolę, możemy mieć naprawdę duży problem.
Z każdym słowem wypowiedzianym przez McCoya, Gambitowi robiło się coraz mniej wygodnie na krześle. Czuł na sobie ciężkie, poważne spojrzenie doktora.
- Chwileczkę, czyli sądzicie, że problemem nie jest jej skóra? – Remy do tej pory był przekonany, że istotą mutacji Rogue jest dotyk. Skoro jednak w ostatecznej formie mogłaby korzystać z wchłoniętych mocy bez potrzeby kontaktu z ofiarą, clou leżało gdzie indziej.
- W rzeczy samej – przytaknął Hank. – To, że Rogue absorbuje moc za pomocą dotyku, jest skutkiem, a nie przyczyną. Moim zdaniem, a Charles podziela moją opinię, wszystko leży w jej psychice. Tu wracamy do punktu wyjścia, czyli do terapii, którą uskuteczniamy od wielu miesięcy.
- Rogue wie o tym wszystkim?
- Nie – odparł krótko. – Obawiam się, że gdyby zdawała sobie sprawę z tego, jakie ma możliwości, już na zawsze przestałaby korzystać ze swojej mocy w obawie przed utratą kontroli. Małymi krokami chcemy ją zbliżyć do ponownych eksperymentów z jej mutacją. Jak tylko nabierze pewności siebie i przestanie obawiać się skutków dotknięcia, będzie nam dużo prościej znaleźć sposób na świadome kontrolowanie mocy.
- Świadome? Rogue mogłaby… dotykać?
- Myślę, że tak – przytaknął McCoy. – Tylko o ile Rogue dość chętnie uczestniczy w sesjach terapeutycznych, to te zajęcia wciąż są jedynie teorią. Cierpliwie czekamy, aż sama dojdzie do wniosku, że musi skontrować to z praktyką.
Remy bezwiednie zacisnął pięść. Czy ona zdawała sobie sprawę z tego, że kontrola jej mutacji jest – nomen omen – w zasięgu ręki? Dlaczego nikt jej o tym nie powiedział? Dlaczego wszyscy wokół niej uważali, że wiedzą, co jest dla niej najlepsze? Dlaczego nie pozwolą jej samej decydować o sobie? Dlaczego nie odsłonią przed nią wszystkich kart, tylko ukrywają tak znaczące elementy, jak powiązanie między psychiką a fizyczną manifestacją mocy? Remy był pewnym w niemal stu procentach, że Rogue rozbija to na dwa niezależne tory: na to, co robi jej dotyk oraz na to, co się dzieje w jej głowie po wchłonięciu czyjejś świadomości. To rodziło kolejne pytanie.
- Co się właściwie dzieje po tym, jak Rogue kogoś dotknie? To znaczy wiem, że wchłania psychikę, moc oraz wspomnienia. Ale czy jest to stan permanentny?
- Tak – przytaknął Hank. – Pomimo tego, że telepatycznie wyciszaliśmy zaabsorbowane osobowości, one wracały. To też daje nam sugestię, że Rogue wcale nie traci możliwości skorzystania z mutacji wchłoniętych osób nawet po dłuższym czasie.
- Czyli można powiedzieć, że Rogue nigdy się nie pozbędzie wszystkich wspomnień pochłoniętych osób? – Remy ostrożnie sformułował pytanie. Powoli docierał do sedna swojej wizyty u doktora McCoya, choć musiał przyznać przed sobą, że nie spodziewał się aż tak dużego uderzenia. Wszystko to zdawało się być skomplikowanym mechanizmem ładunku wybuchowego, do którego każdy miał bardzo utrudniony dostęp, a czas nieubłaganie tykał.
- Najprawdopodobniej nie. Choć też nie do końca wiemy, czy w momencie dotknięcia Rogue tworzy kopię jeden do jednego wchłoniętej osoby, czy może ilość wspomnień zależna jest od tego, jak długo trwa kontakt. Poza tym nie zapominajmy, że Rogue nie jest w stanie – nazwijmy to – odczytać całej biografii swojej ofiary. Są to raczej nieuporządkowane, chaotyczne zlepki skojarzeń i o ile nie szuka się czegoś konkretnego, to ciężko prześledzić historię. To tak, jakbyś był w filharmonii. Pojedynczy instrument to twoja psychika, nuty to chronologiczny zapis twojego życia, a ty sam jesteś dyrygentem. W każdej chwili możesz wrócić do poprzedniego taktu i przywołać sobie melodię. U Rogue jest to wielka sala wypełniona setkami muzyków, z których każdy ma swojego własnego dyrygenta, ale zgubił gdzieś nuty. Wyszukanie tej właściwej melodii jest niemożliwe, o ile nie znasz choć kilku jej nut. Oczywiście zakładając, że Rogue jest w posiadaniu wszystkich taktów składających się na daną melodię.
Remy skinął powoli głową. Nie spodziewał się, że za jednym dotknięciem kryje się aż tyle konsekwencji dla Rogue. Ale czy nie jest tak w przypadku każdej innej mutacji? Chciałby jeszcze skonfrontować to wszystko z Rogue, porozmawiać o tym, jak wiele przed nią ukrywano. Nie miał wątpliwości, że miała prawo wiedzieć o tym wszystkim, czego dowiedział się od Hanka. Pytanie tylko, czy będzie chciała o tym słuchać od Remy'ego? Miał co do tego duże wątpliwości.
Tyle informacji mu wystarczyło. Wyprostował się na krześle.
- Wracając zatem do mojego pierwszego pytania…
- Jeśli Rogue nie chce korzystać z mutacji, nie zmuszaj jej do tego – Hank dokończył, kiwając powoli głową. Gambit już wstawał, gdy doktor dodał jeszcze coś, co sprawiło, że zamarł w bezruchu. – Chciałbym wierzyć, że wkrótce uda nam się poczynić jakieś postępy w jej kwestii, ale obawiam się, że zrobiliśmy już wszystko, na co ona sama nam pozwoliła.
Hank potwierdził tym samym to, co przypuszczał Remy: Rogue sama sobie postawiła granice, których nie chce przekroczyć. Kontrola mocy była w jej przypadku możliwa, ale największym przeciwnikiem była ona sama.
- Dziękuję za wyczerpujące odpowiedzi. – Remy skinął głową i już miał wychodzić, gdy odwrócił się jeszcze raz do McCoya. – Ostatnie pytanie… W którym pomieszczeniu mógłbym wyizolować system alarmowy? Chciałbym sprawdzić, na ile jest on podatny na… nieco bardziej zaawansowane metody włamania.
Hank pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Najlepiej tam, gdzie nie ma uczniów. W weekendy raczej żadnego nie uświadczysz w bibliotece – odparł z uśmiechem. – Wiesz, gdzie jest zarządzanie całym systemem?
- Oczywiście – przytaknął Remy. – Miłej soboty, Hank – dodał, wychodząc z MedLabu.
Około kwadransa później, gdy już stworzył dwa oddzielne obwody alarmowe w Instytucie, zmierzał w kierunku biblioteki. Jeszcze wczoraj nie planował, że tak szybko zajmie się pracą zleconą przez profesora Xaviera, ale był to całkiem zgrabny sposób na spędzenie kilku godzin w spokoju, z dala od dzieciaków, z dala od Rogue. Wszystko, co powiedział mu Hank, potwierdzało słowa, które skierował dzień wcześniej do niej. Wbrew pozorom jednak nie poprawiło mu to humoru. Miał wrażenie, jakby próbował zedrzeć plaster na źle oczyszczonej ranie. Samo zdarcie było bolesne, ale jeśli tego nie zrobi, wda się poważne zakażenie.
Szedł już prosto do konsoli ręcznej systemu alarmowego, gdy usłyszał cichy, miarowy oddech. Rozejrzał się po bibliotece i spostrzegł stojący przodem do okna spory, obity czerwonym pluszem fotel. Przez podłokietniki przewieszone były nogi ze wściekle kolorowymi skarpetami w ananasy. W oknie widział niewyraźne odbicie śpiącej osoby. Po chwili wahania cicho podszedł i wiedząc już, kogo znalazł, przysiadł na niskim, szerokim parapecie arkadowego okna. Przed nim leżała drobna, kobieca postać, zawinięta w gruby koc. Głowa spoczywała na drugim podłokietniku, a dłonie, ukryte w cienkich skórzanych rękawiczkach, ledwie trzymały otwartą książkę.
Cóż za ironia, że akurat ją musiał tutaj znaleźć.
Spała bardzo spokojnie, zapewne po raz pierwszy od wielu dni, dlatego Remy postanowił jej nie budzić. Obserwował ją intensywnie, nie ruszając się jednak z parapetu. Wydawała się taka krucha i bezbronna, a pomimo mocnego, ciemnego makijażu, biła od niej delikatność. To niesprawiedliwe, że na jedną osobę przypadło tyle nieszczęść. Oczywiście nadal uważał, że Rogue trochę przesadza z tym swoim przekonaniem, że jej moc jest taka wyjątkowa i tym samym trudniejsza do kontroli niż mutacje innych. Ale musiał przyznać, że nawet on nie miał takiego pecha do ludzi, którym zaufał. Miał przeczucie, że dzieciństwo spędzone pod okiem terrorystki bynajmniej nie zleciało na rodzinnych spacerach i wspólnym odrabianiu lekcji.
Nic dziwnego, że tak naturalnie wychodzi tej dziewczynie odtrącanie innych ludzi. Jest w tym cholernie skuteczna – pomyślał gorzko. A Remy nie lubił chodzić tam, gdzie go nie chcą. Choć ciągnęło go do tej dziewczyny, to dostał już dość sygnałów, że jest to jednostronna fascynacja. Chyba pora ruszyć dalej, hein?
Wstał i sięgnął po książkę, którą trzymała. Delikatnie wyciągnął ją z dłoni Rogue i już miał odłożyć na bok, gdy spomiędzy stron wypadł niewielki kawałek plastiku, zapewne zakładka. Zaintrygowany sięgnął po nią i usiadł z powrotem na parapet. Obracał w dłoniach zalaminowaną damę kier, dokładnie tę samą, którą wręczył Rogue prawie rok temu w Nowym Orleanie.
Tego się nie spodziewał. Rzucało to zupełnie nowe światło na jego relację z tą dziewczyną.
Obudził ją intensywny deszcz uderzający w szybę. Z trudem podniosła powieki. W bibliotece było już zupełnie ciemno, musiała przespać tutaj cały dzień. Ziewnęła i zaczęła powoli wydostawać się z ciepłego kokonu, który stworzyła sobie z koca. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo było jej niewygodnie. Z ulgą rozprostowała kości i podniosła się z fotela.
Nie pamiętała, w którym momencie zasnęła, ale po raz pierwszy od dłuższego czasu nic jej się nie śniło. A przynajmniej nic, co powoduje migrenę. Ziewnęła jeszcze raz i zaczęła szukać wzrokiem książki, którą czytała. Zdziwiła się, gdy znalazła ją na parapecie, zamkniętą i z założoną zakładką. Nie pamiętała, by ją tam kładła. Zmarszczyła czoło, po czym machnęła ręką – widocznie w przebłysku rozsądku udało jej się jednak wstać i odłożyć lekturę. Poskładała koc i odłożyła go na jedną z sof, a następnie zabrała wszystkie swoje rzeczy i w już lepszym humorze wróciła do swojego pokoju.
Reszta weekendu upłynęła we względnym spokoju, mimo że profesor oraz Storm mieli wrócić dopiero w poniedziałek rano. Kitty wraz Amarą, Tabithą i Rahne wybrały się na zakupy, w czym towarzyszyć miał im Piotr. Rogue zastanawiała się, jakim cudem udało im się namówić tego spokojnego chłopaka na wizytę w centrum handlowym i to wraz z nimi.
Przez cały weekend nie zamieniła ani jednego słowa z Gambitem. Choć należałoby zacząć od tego, że bardzo rzadko go widziała od tamtego pamiętnego wieczora. Przy wspólnych posiłkach siadał gdzieś daleko i zazwyczaj pogrążał się w rozmowie z zapatrzonymi w niego dziewczynami, które co kilka chwil wybuchały niekontrolowanym chichotem. Rogue starała się to ignorować, ale mimo to była ciekawa, o czym rozmawiają i czy Gambit ją obserwuje. Za każdym razem jednak, gdy rzucała w ich kierunku przelotne spojrzenie, on zdawał się nie zwracać na nią uwagi, żartując przy tym z Tabithą i Amarą.
Traktował ją jak powietrze.
Przełknęła tę gorzką lekcję, ale czuła, że to jeszcze nie koniec i że finał rozmowy z piątku prędzej czy później rozegra się między nimi. Obawiała się tego, bo sama do końca nie wiedziała, co powinna mu powiedzieć. Oprócz oczywistego „nie wpychaj nigdy więcej swojego języka do mojego gardła", otwarta pozostawała kwestia, kto miał rację w sporze dotyczącym kontroli jej mutacji. Irytowało ją, że Gambit nie wiedział zupełnie nic na temat jej dotychczasowej pracy nad tym, a mimo to bardzo łatwo było mu formułować wyroki. Nie ma o niczym pojęcia – powtarzała sobie w myślach, za każdym razem, gdy wracał paniczny strach.
Dlatego z pewną obawą szła na poranne zajęcia w Danger Roomie, które normalnie powinien był prowadzić Logan. Przypominało to stres przed egzaminem i Rogue zazdrościła pozostałym uczniom, że ich jedynym zmartwieniem było to, że znowu trzeba wstać przed szóstą rano. Drzwi do DR były już otwarte, gdy zeszła tam z resztą X-Menów. Z bijącym sercem weszła do środka.
Gdy zamiast Gambita zobaczyła tam Scotta, w pierwszej chwili poczuła ulgę, ale zaraz jej miejsce zajęło rozczarowanie. Wolałaby to już mieć za sobą.
- Wrócimy do scenariusza numer jedenaście, atak Sentinels na Bayville – przywitał ich rzeczowy ton Summersa. – Przygotujcie się, liczymy czas. Trzy… Dwa… Jeden…
Jeszcze przez kilka minut liczyła na cień szansy, że jednak Gambit się pojawi – czy to w formie współprowadzącego, czy uczestnika. Nie pokazał się jednak do końca sesji, a później nie widziała go przez cały dzień. Chodziła przez ten czas napięta jak struna, gotowa w każdej chwili na konfrontację, która jednak nie nastąpiła. Nie śmiała pytać kogokolwiek o to, gdzie znajduje się ten pomylony Cajun, ale bacznie wszystkich słuchała, na wypadek, gdyby w rozmowie pojawiło się jego imię. Inni uczniowie jednak zdawali się nie zauważać jego nieobecności, co jeszcze bardziej irytowało Rogue, bo wychodziło na to, że tylko ona się nim przejmuje. Miała niechybne wrażenie, że psyche Gambita, które zdążyło się już rozgościć w jej świadomości, ma z tego powodu ogromny ubaw.
Gdy wszyscy powoli zbierali się na kolację, Rogue swoim zwyczajem skierowała się do Danger Roomu na swoje indywidualne ćwiczenia. Nie spodziewała się tam zastać Gambita, skoro nie dość, że od piątku uporczywie jej unikał, to jeszcze tego dnia w ogóle go nie widziała. I rzeczywiście, sala była pusta. Przywołała jedną z wizualizacji, podczas której lubiła biegać – od czasu wprowadzenia zakazu wychodzenia z Instytutu tylko to jej pozostało. Puściła się biegiem wprost w głęboki, letni las.
Po kilku okrążeniach była już odpowiednio rozgrzana. Zaczesała wilgotne od potu włosy i podczas kiedy wizualizacja powoli znikała, ona jeszcze chwilę się rozciągała. Gdyby był tutaj Logan, zapewne byłaby ubrana w uniform X-Menów. Jednak skoro miała ćwiczyć zupełnie sama, nie widziała potrzeby zakrywania całego ciała i wybrała czarny, zabudowany sportowy stanik i pasujące krótkie spodenki. To było zupełnie coś nowego – nie być skrępowanym ubraniem, rękawiczkami czy nawet super oddychającym i mega nowoczesnym kostiumem stworzonym przez Forge'a i Beasta.
Gdy wyprostowała się po ostatnim skłonie, usłyszała za sobą powolne klaskanie. Przez chwilę bała się odwrócić, ale gdy wreszcie to zrobiła, zobaczyła opartego o ścianę Gambita, który bardzo uważnie się jej przyglądał. W tej chwili cholernie żałowała, że nie wybrała jednak zabudowanego dresu albo uniformu. Za wszelką cenę jednak nie dała po sobie poznać lekkiego zawstydzenia, mimo że – obiektywnie rzecz biorąc – nie miała powodu do wstydu.
- Czego chcesz? – spytała obojętnym tonem. Ręce przeniosła na biodra i patrzyła na niego wyzywająco.
- Remy zastępuje Logana – odpowiedział lekko. – I Remy musi przyznać, że cholernie mu się to podoba – dodał z błyskiem w oka.
- Dzisiaj rano też miałeś go zastąpić, a mimo to cię nie było – zauważyła.
- Cieszy mnie, że zauważyłaś nieobecność biednego Cajuna. – Szedł do niej powolnym krokiem, ani na chwilę nie tracąc jej z oczu. – Ale skoro Cyke tak bardzo chciał wstać o szóstej rano i przeprowadzić z wami zajęcia, cóż innego mógł zrobić Remy, jeśli nie wyłączyć budzika i obudzić się dopiero na późne śniadanie? – spytał retorycznie i zatrzymał się na odległość jednego kroku. – Ale ciebie, cherie, nie mam zamiaru zostawiać.
- I znowu będziesz wpychał mi język do gardła? – spytała oschle, mierząc się z nim wzrokiem. Coraz lepiej jej to wychodziło.
- Jeśli takie będzie twoje życzenie, cherie – wzruszył ramionami.
- Nie cierpię cię – wycedziła przez zęby i pokręciła głową. Gambit wciąż na nią patrzył i beztrosko się uśmiechał. Zdawała sobie sprawę, że od tego, co za chwilę powie, zależy cholernie wiele. Cajun również miał tę świadomość, gdyż pomimo nonszalanckiego uśmiechu, widać było cień napięcia na jego twarzy. – Ale tym razem idziemy według mojego scenariusza – powiedziała wreszcie i ruszyła na środek pomieszczenia. Jeśli miało dojść do jakiejkolwiek konfrontacji, niech będzie to po treningu. Zmęczony człowiek jest w mniejszym stopniu podatny na wybuchy złości.
- Lubię, kiedy kobiety przejmują kontrolę – usłyszała za sobą, ale puściła to już mimo uszu. Choć nie potrafiła tego wytłumaczyć w racjonalny sposób, cieszyła się, że ten szczur bagienny po raz kolejny postanowił przeszkodzić jej w treningu. Uśmiechnęła się do siebie na chwilę przed przywołaniem kolejnej wizualizacji.
To zaskakujące, jak długo udało im się nie wracać do drażliwego tematu podczas wspólnej sesji. Rogue musiała również przyznać, że ćwiczyło jej się bardzo dobrze. Początkowo oboje trzymali się raczej na dystans i pracowali na swój własny rachunek w pokonywaniu kolejnych fantomów, ale po jakimś czasie doszło między nimi do współpracy. Postronny obserwator mógłby porównywać ich wspólną walkę do bardzo dynamicznego tańca, w którym priorytetem była nie tylko wybitna sprawność fizyczna, ale także granicząca z telepatią kooperacja. Rogue nie musiała nic mówić, wystarczyło jedno porozumiewawcze spojrzenie, a Gambit już wiedział, co chce zrobić. Pozwalał jej grać pierwsze skrzypce, jak cień asystując przy każdym trudniejszym manewrze czy wyskoku.
- Nie myślałaś o karierze cheerleaderki, cherie? – zadał jej już pod koniec sesji, gdy na liczniku pękła trzycyfrowa liczba pokonanych fantomów.
- Nie myślałeś o karierze pajaca, Gambit? – odparowała, przewracając oczami. Sprawnym ruchem skręciła kark fantomowi, któremu siedziała okrakiem na ramionach. Gdy jego ciało bezwładnie zaczęło spadać na podłogę, chwyciła się dłońmi jednego z drążków zawieszonych nad zwizualizowanym pomieszczeniem. Rozbujała się na nim wystarczająco mocno, by z impetem uderzyć w dwa kolejne fantomy. Gambit w tym czasie obezwładnił ostatniego przeciwnika, rzucając jednak okiem od czasu do czasu na Rogue. Zastanawiał się, na ile są to ludzkie zdolności Rogue, a na ile wchłonięte moce innych mutantów. To aż niemożliwe, by zwykły człowiek osiągał taką precyzję ruchów i zwinność, zwłaszcza że pamiętał, na jakim poziomie były jej możliwości kilka miesięcy temu. Czy był choć cień szansy na to, że Rogue nieświadomie korzystała z zaabsorbowanych zdolności?
- Na co się tak patrzysz, Cajunie? – spytała podejrzliwie, gdy po raz kolejny złapała go na obserwowaniu jej. Była w dużo lepszym humorze, niż mogła przypuszczać przed rozpoczęciem zajęć, mimo że wciąż była świadoma czekającej ich rozmowy.
- Jesteś bardzo… gibka – odpowiedział, nie spuszczając z niej wzroku. Przez jedną milisekundę przez jej twarz przebiegł uśmiech.
- A ty jak zwykle monotematyczny – westchnęła, mijając go. Sięgnęła po wodę stojącą pod gniazdem kontrolnym. Mimo że stała odwrócona do niego plecami, mogła się założyć, że wciąż ją obserwował.
- Nie masz mi za złe tego, co powiedziałem w piątek? – usłyszała za sobą. Jego ton był w dużym stopniu swobodny, ale mogła wyczuć w nim napięcie. Przełknęła wodę, powoli ją zakręciła i odstawiła na podłogę. Otarła ręką twarz, ważąc słowa.
- Mam przede wszystkim ci za złe to, że wpakowałeś mi do gardła swój język – odparła lekko, odwracając się do niego. Nie ruszył się ze swojego miejsca. Obserwował ją uważnym, analitycznym spojrzeniem. Na jego twarzy nie było nawet cienia uśmiechu. Trochę bała się tego poważnego Gambita, choć wiedziała, że to jest jego prawdziwa twarz, a nie ta, którą pokazywał wszystkim dokoła. W jakiś sposób czuła się wyróżniona tym, że znała takiego Gambita.
- Nigdy więcej tego nie zrobię – odpowiedział rzeczowo. – Chyba że sama zechcesz – dodał nieco luźniejszym tonem. – Chodzi mi o…
- …o to, czy dotknęło mnie to zbagatelizowanie mojej mutacji? – ucięła szybko. – Czy może o to, czy przejęłam się tym, że uważasz, że nie chcę nauczyć się jej kontrolować? Czy może o to, że zakładasz, że zostanę zupełnie sama ze swoją mutacją?
- Wcale tego nie zakład- – próbował jej przerwać.
- Czy może wreszcie o to, że odtrącam każdą pomoc? – dokończyła, wchodząc mu w słowo. Pomimo zmarszczonych brwi, jej spojrzenie nie było wrogie. – To nie było miłe, Gambit – powiedziała po chwili tonem pełnym wyrzutu. – Tyle lat nad tym pracuję, a przychodzisz ty, totalnie bez znajomości tematu, okoliczności czy moich własnych ograniczeń i mówisz, że to, że nie opanowałam jeszcze mutacji to moja wina.
Gambit już otwierał usta, by zaprotestować, ale Rogue uciszyła go podniesieniem ręki.
- Oczywiście, że odtrącam ludzi – kontynuowała, nie spuszczając oczu z Cajuna. – Ale czy to jest naprawdę takie zaskakujące w moim przypadku? Już pomijając Mystique… – zawahała się, dłonią przeczesując włosy. Remy widział, jak wiele wysiłku kosztowało ją to wyznanie. Nawet bez swojej empatii mógłby wyczuć, jak walczy ze łzami. –… co z tego, że ja komuś zaufam, skoro ludzie nigdy nie zaufają mnie? – Przygryzła wargę i odwróciła wzrok. – Oni wszyscy już zawsze będą się mnie bać, że stracę kontrolę, że ich zaatakuję lub że przypadkiem dotknę i poślę w śpiączkę. To trochę przeszkadza w nabraniu pewności siebie w kwestii kontroli mutacji, wiesz? – dokończyła ciszej, wracając spojrzeniem do Remy'ego. Stał nieruchomo, niepewny, co ma powiedzieć. Walczył ze sobą, by podejść do niej, objąć i powiedzieć, że wszyscy wokół mogą się walić, ale on bez względu na wszystko będzie obok. I na pewno nie będzie się jej bał. Wiedział jednak, że mogłaby to odczytać jak akt litości, a tego nie chciał. Poza tym czy był gotowy na taką deklarację? W tej chwili oczywiście, ale co potem? Nie chciał obiecywać czegoś, czego nie będzie w stanie dotrzymać.
- Rogue… – powiedział zachrypniętym, niskim głosem, tak wibrującym, że Rogue poczuła ciarki na plecach. Drgnęła nieznacznie, obawiając się, co za chwilę usłyszy. Nigdy nie zdobyła się na taką szczerość wobec kogokolwiek. – Od urodzenia mam takie oczy. To nie przyniosło mi zbyt dużo popularności. Moja rodzona matka zostawiła mnie w szpitalu. Potem znalazłem się w sierocińcu. Tam zacząłem uczyć się życia – prychnął pod nosem. – Nauczyłem się między innymi tego, że jeśli chcę zmienić swój los, muszę wziąć go we własne ręce. Uciekłem z przytułku wprost na ulicę, gdzie doskonaliłem się w trudnym fachu złodzieja. Kiedy od tego zależy, czy będziesz mieć co jeść, nagle stajesz się bardzo kreatywny. Pewnie dlatego przygarnął mnie Jean Luc. – Remy na chwilę zamilkł, gładząc się po kilkudniowym zaroście. Wpatrywał się gdzieś w podłogę, jakby chciał powiedzieć jak najwięcej jak najmniejszą liczbą słów. Rogue obserwowała każdy jego gest, każdą zmianę wyrazu twarzy, czy wreszcie każde drgnienie głosu. Ta chwila była dla niej jednym z najintymniejszych przeżyć w ostatnich latach i choć cholernie bała się tego, co za chwilę nastąpi, była na to gotowa. – Myślałem, że chwyciłem Pana Boga za nogi – kontynuował Remy, patrząc jej prosto w oczy. – Pod jego opieką już nigdy nie byłem głodny, nie musiałem żebrać, ani wygrzebywać ze śmietnika resztek jedzenia. Jego rodzina stała się moją rodziną. A potem okazało się, że oczy to tylko niewielki element mojej mutacji. Wyobraź sobie, że czegokolwiek byś nie wzięła do rąk, to zaraz wybucha ci prosto w twarz. Na szczęście początkowo z niewielką siłą, ale na tyle dużą, byś się bała już sięgać po cokolwiek. Książkę, ubranie, łyżkę, czyjąś dłoń.
- Ale teraz już się nie boisz – powiedziała cicho. Remy uśmiechnął się do niej.
- Oui – przytaknął. – Bo wiedziałem, że nie chcę tak żyć. I ćwiczyłem, koncentrując się jak najmocniej. Jean Luc udostępnił specjalnie ma moje potrzeby niewielką wyspę w swojej posiadłości. Z dala od ludzi mogłem bez obaw walczyć z moją mutacją, a później już oswoić ją i trenować.
Zapanowała między nimi cisza. Rogue dopiero teraz zorientowała się, jak blisko niej stał Remy – musiał niezauważenie skracać dystans, aż wreszcie stanął na odległość wyciągniętej ręki. Nie spuszczał jej z oczu, świdrując spojrzeniem na wylot.
- Mówiłem ci już kiedyś, że jesteśmy do siebie bardzo podobni – wyszeptał, sięgając po jej dłoń. Nie protestowała albo nawet nie zauważyła tego, wpatrzona w jego twarz. – Też się bałem tak jak ty teraz. I mogę ci pomóc, Rogue, jeśli tylko ty tego chcesz.
Przełknęła ślinę, analizując wszystkie za i przeciw. Serce biło jej w oszalałym tempie, ale świat wokół niej jakby zwolnił. Danger Room mógłby teraz stanąć w płomieniach, a ona pewnie by to ledwie zauważyła. Zdawała sobie sprawę z tego, że od tego, co za chwilę zrobi, zależy jej przyszłość. Bała się ponownie komuś zaufać, nie chciała być po raz kolejny przez kogoś wykorzystana. Zdawała sobie sprawę z tego, że każdy kolejny zawód będzie odbijał się coraz większym piętnem na jej życiu. A jednocześnie bardzo chciała wierzyć, że jest dla niej szansa. Wiedziała, że samej jej się nie uda.
Zacisnęła dłoń, splatając palce z palcami Remy'ego.
- Po prostu już mi nie wpychaj języka do gardła – powiedziała, unosząc brew. Gambit zaśmiał się, ale nie puścił ręki.
- Teraz tak mówisz, cherie – odparł rozbawiony. Nie mógł pozbyć się uśmiechu z twarzy. Jego teoria okazała się słuszna: skoro zachowała do tej pory pamiątkę po nim, nie mogła być zupełnie obojętna wobec niego. Gra nadal się toczyła.
