Rozdział VI
Kitty starała się nie myśleć o tym, jak bardzo jest zmęczona, niewyspana i przytłoczona obowiązkami. Tęskniła do czasów, kiedy jej jedynym problemem były treningi w Danger Roomie z panem Loganem o absurdalnie wczesnej porze. Teraz myślała o nich jak o kolejnym zadaniu do odhaczenia na niekończącej się liście powinności, bo zwyczajnie nie miała czasu na narzekanie. Po sesji w DR musiała zdążyć z doprowadzeniem się do porządku po ćwiczeniach, a także zjedzeniem zdrowego śniadania, które niestety wymagało trochę wysiłku. Gdy inni kończyli jeść właśnie swoje cheeriosy, ona dopiero kończyła gotowanie kaszy jaglanej. Po pierwszej lekcji biegła do ambulatorium, by zanieść śniadanie również Lance'owi. W ciągu dnia mieli dla siebie bardzo mało czasu, więc Kitty starała się wykorzystać każdą możliwą chwilę. Czasem łapała się na myśli, że ich spotkania były jakościowo lepsze, gdy on mieszkał w domu Bractwa, a nie kilka kroków od niej – w MedLabie. Nie chciała jednak, by myślał, że go opuściła albo już się o niego nie martwi, tym bardziej, że wszyscy pozostali mieszkańcy Instytutu zwracali się do niego raczej z chłodną uprzejmością. On potrzebował towarzystwa kogoś, kto go naprawdę lubił.
Tak samo doktor Henry McCoy potrzebował kogoś, kto znał się na tyle na komputerach, by wiedzieć, jak korzystać ze skryptów śledzących i jednocześnie wiedział, jak zareagować, gdy nagle coś się wysypie. Kitty była najlepszym wyborem, dlatego ciągle chodziła ze swoim MacBookiem i gdy tylko miała chwilę, sprawdzała efekty swojej pracy. Udało im się już wyśledzić powiązane strony z Friends of Humanity, znaleźć pokrewne fora oraz wytropić ślad ludzi najczęściej udzielających się w wątkach dotyczących rejestracji mutantów. To wszystko było dość nudnym, monotonnym zajęciem, ale Kitty zdawała sobie sprawę, jak ważne to było dla całego Instytutu. Cholera, dla całego świata nawet.
Naturalnie na co dzień musiała być również zawsze przygotowana do zajęć i oddawać niezliczoną wręcz liczbę prac pisemnych. Nawet kiedy nauczanie przeniosło się do Instytutu, nie wpłynęło to na jakąkolwiek oszczędność czasu bądź mniej rygorystyczne zasady. Zdecydowanie nie, wymagania były wyśrubowane, ale z braku pełnej kadry nauczycielskiej większość czasu uczniowie i tak musieli spędzić na pracy własnej. Oczywiście Kitty mogła robić tak jak Tabby czy Kurt i w czasie, który powinna poświęcić nauce, siedzieć z nosem w telefonie, ale Kitty zdawała sobie sprawę, jak duże zaległości przez to będzie miała. Im więcej czasu spędzi na nauce podczas wyznaczonych do tego godzin, tym mniej będzie musiała spędzić nad nią później. Miała zbyt mało wolnego czasu, by tracić go na tak bezcelowych zajęciach jak uprawianie wirtualnych marchewek czy zbijanie kryształków w kolejnej odmianie Tetrisa.
Gdzieś pomiędzy tymi obowiązkami musiała znaleźć jeszcze trochę czasu na pasjonujące zadania pokroju ugotowania obiadu dla mieszkańców Instytutu, czy przeprowadzenie zajęć z samoobrony z najmłodszymi dzieciakami. Na szczęście te obowiązki były rotacyjne i zazwyczaj przypadały jej raz na kilka tygodni. Więc gdy już miała czas dla siebie, zazwyczaj aktualizowała swojego bloga bądź przeczesywała sklepy internetowe w poszukiwaniu nowych ubrań. Niestety nowe zasady dotyczące wychodzenia z Instytutu powodowały, że Kitty musiała zrezygnować ze swojego ulubionego zajęcia – wielogodzinnych maratonów po centrum handlowym. Mogła, co prawda, poprosić któregoś z mentorów o towarzyszenie, ale czy przymierzanie sukienek pod okiem znudzonego i łypiącego okiem na wszystkich wokół Logana miało w sobie cokolwiek z relaksu?
Gdyby chociaż w nocy mogła prawdziwie odpocząć! Od wielu miesięcy spanie w jednym pokoju z Rogue było prawdziwą męką. Niemal każdej nocy jej współlokatorka budziła się z krzykiem lub spazmatycznym płaczem, a jeśli Kitty miała szczęście – jedynie z urywanym, płytkim oddechem, który i tak czasem wybijał Kitty ze snu. Próbowała wszystkiego – zatyczek do uszu, opaski na oczy, słuchawek ze spokojną, kojącą muzyką. Jedynym skutkiem tych zabiegów były wyrzuty sumienia, że tak bezdusznie podchodzi do problemu przyjaciółki. Kitty wiedziała, jak dużo przeszła Rogue i jak wiele zniszczeń w psychice spowodował u niej Apocalypso. Powtarzała sobie to za każdym razem, gdy pukała cicho do drzwi łazienki i pytała, czy Rogue potrzebuje pomocy. Oczywiście, że potrzebowała, ale ta uparta dziewczyna z Południa nie chciała iść ani do profesora, ani nawet do doktora McCoya. Kitty mogła jedynie wzruszyć ramionami i po upewnieniu się, że Rogue i tym razem nic złego się nie dzieje, wrócić do łóżka. Na swoje szczęście nauczyła się błyskawicznie zasypiać w zaledwie kilka minut. Gdyby nie to, jej życie w Instytucie byłoby na skraju załamania, a tak było po prostu na krawędzi zmęczenia, wyczerpania i bezsilnego oczekiwania na polepszenie swojego losu.
- Drugie śniadanie? – usłyszała tuż obok siebie, gdy wkrajała do owsianki dla Lance'a owoce. Nie sądziła, że ktokolwiek pojawi się w kuchni o tej porze. Podniosła wzrok i spotkała błękitne, inteligentne oczy Piotra.
- Nie, to dla Lance'a – odparła z cieniem uśmiechu. – Nic jeszcze nie jadł – dodała.
- Na pewno ktoś z mentorów by mu zaniósł, nawet ja – zaoferował się Piotr. – A ty mogłabyś się na przykład na chwilę zdrzemnąć – zasugerował, obserwując, jak Kitty próbuje walczyć z ziewaniem. Zerknęła na niego przelotnie, czując przy tym wypełzający powoli rumieniec. Przynajmniej jej twarz nie będzie tak niezdrowo blada, pomyślała pocieszając się w myślach.
- Dziękuję, ale wolę sama zadbać o niego – powiedziała. Dopiero po chwili dotarło do niej, jak mogło to zabrzmieć dla Piotra, więc na chwilę przerwała krojenie, odgarnęła ramieniem pojedyncze kosmyki wpadające jej do oczu i spojrzała na stojącego obok niej dryblasa. Sięgała mu ledwie do barków. – Profesor i tak wyświadczył ogromną przysługę, że postanowił mu pomóc. Nie chciałabym więc dodatkowo obarczać kogokolwiek opieką nad nim – dodała wzdychając. Wrzuciła do owsianki ostatni kawałek gruszki i odłożyła nóż do zlewu.
- Wydaje mi się, że nikt nie odbierałby tego w ten sposób, Katya – odezwał się po dłuższej chwili Piotr. – A na pewno nie ja – uzupełnił, powodując u Kitty mimowolny uśmiech. Jak niecodzienna była ta bezinteresowność! Kitty nie spodziewała się tego po kimkolwiek, a już na pewno nie po byłym najemniku Magneto.
- Dziękuję – powiedziała, patrząc z wielką sympatią na Piotra. – Dzisiaj nie skorzystam z oferty, ale nie omieszkam wykorzystać cię w przyszłości – dodała, układając na tacy miskę z owsianką, szklankę soku i kilka owoców. Sens jej słów dotarł do niej zdecydowanie za późno. – To znaczy ten, skorzystać z twojej pomocy – poprawiła się, czując, że czerwieni się aż po końcówki włosów. Obawiała się spojrzeć na Piotra, więc jedynie zabrała tacę i szybko ruszyła w kierunku wyjścia.
- Nie mam nic przeciwko, Katya – usłyszała jego rozbawiony głos już na progu.
Schodząc do podziemi, nie mogła powstrzymać kwitnącego na jej twarzy uśmiechu. Ta krótka rozmowa z Piotrem sprawiła jej dużo więcej przyjemności niż maraton Glee. Niż zakupy w centrum handlowym. Niż wszystkie rozmowy z Lancem w ostatnim czasie.
Zmroziła ją ta myśl tak bardzo, że uśmiech momentalnie zniknął jej z twarzy. Nie powinna tak myśleć. Poza tym to absurdalne w ogóle porównywać Piotra do jej chłopaka. Według Cosmo zapewne właśnie dokonała czegoś na kształt zdrady emocjonalnej. Według Tabby zapewne właśnie dokonała rzeczowej analizy porównawczej, która powinna wpłynąć na jakość jej związku. Zarówno poleganie na opinii Cosmo, jak i na opinii Tabithy było skrajną głupotą – to zapewne by właśnie powiedziała Rogue, jak już przestałaby robić swoje miny w stylu „czy-w-świecie-pełnym-nienawiści-do-mutantów-i-niedorzecznie-silnych-przeciwników-naprawdę-TO-jest-największym-powodem-do-zmartwień?".
Tuż przed wejściem do ambulatorium zatrzymała się i wzięła głęboki oddech. Jej ukochany Lance leżał zaledwie kilka metrów dalej, chory, obolały, samotny, a ona śmiała lepiej się bawić w towarzystwie innego chłopaka. Żałosne, Kitty – zrugała się w myślach – ty mała egoistko.
Wzięła głęboki oddech i przefazowała przez ścianę.
- Hej – przywitała się, zmuszając się do szerokiego uśmiechu. Lance spojrzał na nią znad komiksu i odwzajemnił uśmiech. – Jak się dzisiaj czujesz?
- Pan McCoy uważa, że do Świąt będę już mógł wrócić do siebie o własnych siłach – odpowiedział z entuzjazmem i sięgnął po talerz z owsianką. Kitty czuła, jak krew napływa jej do twarzy. Jej szum słyszała nawet w skroniach. Złość na nią samą szybko zmieniła się w złość na niego.
- Jak to „wrócić do siebie"? – spytała, siadając na skraju łóżka. Do Lance z opóźnieniem dotarło, co właśnie powiedział i w co się wpakował. Przez chwilę walczył ze sobą, ale wreszcie uniósł wzrok i skrzyżował spojrzenie z Kitty.
- Mam zamiar wrócić do domu Bractwa Złych Mutantów – powiedział głośno. – Jestem złym mutantem i tam właśnie powinienem być – powtórzył już mniej pewnym głosem, przełykając nerwowo ślinę.
Kitty nic nie odpowiedziała, wpatrywała się tylko intensywnie swoimi piwnymi oczami w Lance'a, jakby oczekując, że za chwilę cofnie swoje słowa i przeprosi. Gdy jednak to nie nastąpiło i Lance wrócił do grzebania łyżką w talerzu, skrzyżowała ramiona i przesadnie słodkim głosikiem zapytała:
- Masz zamiar wrócić do zburzonego salonu? Czy może do kuchni z ogromną dziurą w ścianie? A może do ten, sypialni, która teraz pewnie leży w kawałkach na waszej działce?
Ponieważ Lance milczał, Kitty kontynuowała już swoim normalnym głosem.
- Nie masz do czego wracać, Lance – powiedziała ostro. – Ta wasza rudera, którą nazywałeś domem, jest teraz kompletną ruiną. Nie mówiąc już o tym, że nikogo tam nie ma.
- Nie mogę tutaj zostać, Kitty – odparł zrezygnowanym tonem Lance. Miał nadzieję, że chociaż dzisiaj unikną tego tematu, ale jak widać było to niemożliwe. Każdego dnia Kitty namawiała go na zostanie w Instytucie, a on każdego dnia tłumaczył jej, że nie ma takiej opcji.
- Nawet nie chcesz spróbować! – W głosie Kitty pobrzmiewał już płacz, ale Lance z doświadczenia wiedział, że to jedna z technik manipulacji tej dziewczyny.
- Próbowałem przecież! – wycedził przez zęby.
- To było dawno temu, teraz na pewno będzie lepiej – odpowiedziała z przekonaniem.
- Nie jestem tacy jak wy – odparł niemal przepraszającym tonem. – Nie pasuję do was.
- Jakoś nie mieli z tym problemu – zauważyła Kitty. Usta Lance'a mimowolnie zacisnęły się w cienką linię. Z jakiegoś powodu nie lubił rozmawiania ani o LeBeau, ani o Rasputinie. Zwłaszcza ten drugi działał mu na nerwy, mimo że nie potrafił wskazać ani jednej przyczyny swojej niechęci do Rosjanina.
- Ale ja nie jestem Remy i Piotr – wycedził. – I jakoś sobie poradzę, Kitty – dodał z przekonaniem.
- Ale przecież…
- Jakoś. Sobie. Poradzę. – Powtórzył z naciskiem każde słowo. Kitty wyprostowała się z godnością i przez chwilę starała się nie patrzeć na Lance'a.
- A spotkamy się chociaż w Sylwestra? – spytała cicho. Jej ton był tak smutny i zatroskany, że Lance nie był w stanie być dla niej niemiły. Sięgnął po jej dłoń i splótł z nią swoje palce.
- Spotkamy się – obiecał. Twarz Kitty pojaśniała. Lance odetchnął i powrócił do jedzenia. Kolejna kłótnia zażegnana, miał spokój aż do następnego dnia. Musiał naprawdę kochać tę dziewczynę, skoro był tak cierpliwy w stosunku do jej śmiesznych postanowień, pomyślał.
Remy nie miał pojęcia, jak ciężkie jest życie w Instytucie. Jeszcze za czasów pracy dla Magneto był przekonany, że X-Meni jedyne, co robią, to chodzą do szkoły oraz psują im szyki (trochę jak Power Rangers, co sobie uświadomił z szyderczym parsknięciem). A poza tym siedzą sobie w ciepłych czterech ścianach wielkiej posiadłości profesora Xaviera i pochłonięci są dramatami życia codziennego. Trochę jak w Pełnej Chacie albo innym serialu familijnym. Ciągła sielanka, małe problemy, najcięższą pracą jest wrzucenie naczyń do zmywarki po obiedzie.
Otóż nie.
Pal licho uczniów, których harmonogram obejmował zajęcia lekcyjne, ćwiczenia w opanowaniu mutacji i sesje w Danger Roomie (a i to nie wszyscy). Zdecydowanie gorzej mieli mentorzy. Kiedy Ororo poprosiła go, by poprowadził kilka lekcji francuskiego, Remy zgodził się, ale zastrzegł, że on sam wybierze sobie grupkę swoich uczennic. Nie wiedzieć czemu, Stormy nie spodobał się ten żart i już bez cienia litości przydzieliła mu najmłodszą grupę. I co miał niby z nimi robić? Niestety gdy Ororo dowiedziała się, że na pierwszych zajęciach uczył dzieciaki francuskich zawołań w pokerze oraz różnic między klasycznym wariantem a Texas Hold'em, zamiast zostać odsuniętym od prowadzenia jakichkolwiek lekcji, dostał dodatkową klasę.
Jakby tego było mało, kilka razy w tygodniu musiał uczestniczyć w sesjach w Danger Roomie. Początkowo uważał, że to jest najprzyjemniejszy punkt w całym harmonogramie, ale gdy styrany po całym dniu spędzonym na prowadzeniu lekcji oraz marznięciu na dworze, musiał jeszcze walczyć z projekcjami Juggernauta oraz Sabretootha, zaczął nieco inaczej do tego podchodzić. Oczywiście, miało to swoje plusy: w jednym miejscu, w tym samym czasie widział te wszystkie gorące X-laski, na dodatek uniformy X-Menów miały tę cholerną zaletę, że były niesamowicie obcisłe i pozostawiały naprawdę niewielkie pole popisu dla wyobraźni. Pamiętając o tym, Remy starał się nie patrzeć w kierunku chłopców, a zwłaszcza Scotta, którego uniform przywodził mu na myśl członka zespołu Chippendales dla fetyszystek spandeksu.
Jednak największą zaletą sesji w Danger Roomie była Rogue. To był jedyny moment w ciągu dnia, gdzie Remy mógł bezkarnie i do woli ją drażnić, a intensywne spojrzenia tłumaczyć „ubezpieczaniem tyłów", „sprawdzaniem techniki wyprowadzania ciosów" lub – co lubił najbardziej – „merytoryczną krytyką sprawności fizycznej". Każdy jego oczywisty flirt spławiała bez nawet niewielkiego rumieńca i mimo że używała ripost ostrych jak maczety w gangach na Brooklynie, to Remy wiedział, że tak do końca nie jest obojętna na jego niepojęty i nieograniczony urok osobisty. Widział to w jej spojrzeniu, sposobie, w jaki przewracała oczami podczas gdy do niej mówił, tym, jak składa usta do powiedzenia „szczur bagienny", czy tym, z jaką furią zdmuchuje z czoła niesforny, biały kosmyk. Ale najlepsze było to, że Roguey mogła zaprzeczać do woli, że Remy nie jest w jej typie. Mogła zaklinać się na wszystkie świętości tego świata, że ten biedny Cajun nie miał u niej żadnych szans. Dopóki jednak nie wyrzuciła damy kier, którą wręczył jej jeszcze w Nowym Orleanie, dopóty Remy był spokojny o swój urok osobisty i czar. Wiedział, że to wszystko to przedstawienie, jakie Rogue odgrywała dla innych i dla siebie, a tak naprawdę, w głębi duszy jej serce topniało na jego widok. Musiał ją tylko sobie oswoić. Ich rozmowa od serca sprzed kilku dni udowodniła mu, że jest to możliwe.
Ale póki do tego dojdzie, musiał między innymi odmrażać sobie tyłek na świeżym powietrzu, gdy sprawdzał stan architektury systemu alarmowego. Mimo że miał szczegółowe mapy urządzeń i czujek, to i tak nie obyło się bez odkopywania ich spod zasp śniegu, czy brodzenia w wielkich, nagich krzakach. Każdą wolną chwilę, jaka mu pozostała między zajęciami z dzieciakami, a sesjami w DR, spędził na pracy nad zabezpieczeniami Instytutu. Oczywiście mógł liczyć na pomoc Forge'a i Hanka McCoya, ale pewne rzeczy są do zobaczenia tylko przez wprawne oko kogoś, kto musiał pokonywać takie systemy alarmowe. I gdy już wiedział, jakie luki trzeba będzie uzupełnić w alarmach na zewnątrz Instytutu, mógł spokojnie zabrać się sprawdzanie tego samego w ciepłych pomieszczeniach wewnątrz posiadłości.
Ktoś mógłby pomyśleć, że będzie to o wiele przyjemniejsze od marznięcia na zewnątrz i zeskrobywania lodu z czujek alarmowych. Remy też tak sądził, ale zmienił zdanie, gdy rozpoczął swoją pracę od pokojów w skrzydle damskim. Mylnie bowiem założył, że nastroi to go optymistycznie do sprawdzania reszty pomieszczeń.
Zgodnie z jego prośbą, pokoje nie były zamknięte na klucz, choć to akurat byłby dla niego najmniejszy problem. Ale niech będzie, niech uczniowie mają to złudne wrażenie kontroli swojej prywatności przed innymi. Gdy Remy przestąpił próg pierwszej sypialni, uderzył go intensywny zapach lakieru do paznokci zmieszany ze słodką, mdlącą wręcz wonią perfum. Trzy łóżka – żadne niepościelone – zawalone były stertami ciuchów, notatek i kolorowych gazet. Na biurkach i komodach leżały nieprzebrane stosy kolejnych ubrań, kosmetyków, podręczników. Jakby tego było mało, na podłodze również walało się jeszcze więcej odzieży, ale również butów. Remy zachodził w głowę, przy jakiej okazji tutejsze uczennice nakładają szpilki na tak absurdalnie wysokim obcasie.
Przez kilka długich chwil stał na progu i rozglądał się po całym tym bałaganie. Brodzenie po kolana w śniegu nagle stało się dość ciekawym i przyjemnym zajęciem. Skoro jednak już wszedł w paszczę lwa, nie pozostawało mu nic innego, jak dorośle zmierzyć się ze swoim zadaniem. Marszcząc nos, torował sobie stopą dojście do balkonu, gdzie znajdowały się czujki. Starał się jak najszybciej robić inspekcję, by móc się stąd ulotnić zanim udusi się od zapachu lakieru do włosów.
Kolejne pokoje były już w lepszym stanie, ale Remy i tak niespokojnie wyczekiwał, aż dotrze do sypialni Rogue. Obawiał się, że zastanie tam kataklizm podobny do tego w pierwszym pomieszczeniu, ale – na szczęście dla niego – srodze się zawiódł.
Już na pierwszy rzut oka było widać, jak różne są zamieszkujące go uczennice: z jednej strony półka uginająca się pod zdjęciami w ramkach, pluszakami i kwiatkami w słodkich, kolorowych doniczkach, z drugiej strony ascetyczny wręcz rząd książek. Na jednej ścianie plakaty z Justinem Bieberem, One Direction czy Taylor Swift, na drugiej – wielki plakat z trasy koncertowej Alter Bridge. Łóżko zaścielone przytulnym, włochatym kocem przeciwko fioletowej, welurowej narzucie.
Panował tutaj względny porządek, może nie licząc przyborów do makijażu leżących po obu stronach pokoju. I przede wszystkim – pachniało świeżym bzem, zupełnie jak Chaton. Remy bez pośpiechu podszedł do biurka Rogue, rozglądając się przy tym na wszystkie strony. Przejechał palcem po obwolutach książek – większość tytułów nic mu nie mówiła, choć podejrzewał, że klimatami nie odbiegają zbytnio od całej serii Anne Rice, która dumnie prezentowała się na półce. Biurko było względnie uporządkowane, choć nie brakowało na nim schludnie ułożonych stosów notatek oznaczonych fiszkami, czy kolorowymi spinaczami. Uśmiechnął się pod nosem na widok drobnego, ale okropnie brzydkiego pisma. Nie miał pojęcia, jak ta dziewczyna mogła rozczytać te hieroglify. Nawet on pisał ładniej.
Przez chwilę bił się z myślami, czy sprawdzać również zawartość szuflad – zwłaszcza tych z bielizną – ale doszedł do wniosku, że być może taka okazja nieprędko się powtórzy. Stolik nocny wypełniony był po brzegi opakowaniami po tabletkach przeciwbólowych. Remy zmarszczył brwi na ten widok – fakt, że trzymała te leki tuż przy łóżku, świadczył o tym, że Rogue mówiła prawdę o problemach ze snem. Ciekawiło go, czy jego własne koszmary już na nią polowały? Zastanawiał się, które chwile z jego życia by to były. Miałby w czym wybierać, ale jednocześnie wolałby, żeby Rogue nie śniła nic z tego repertuaru. Może kiedyś ją o to zapyta.
Podszedł do niewysokiej komody, na której stał bezprzewodowy głośnik oraz szkatułka z biżuterią – głównie plastikową i pozłacaną, może tylko ze dwie pary wisiorków miały jakąkolwiek wartość. No cóż, przyjdzie jeszcze czas na uzupełnienie jej kolekcji o cenniejsze nabytki.
Z rosnącym podnieceniem otworzył pierwszą szufladę. Jego entuzjazm nieco opadł, gdy zobaczył w niej stosy rękawiczek. Już na pierwszy rzut oka zauważył, że wiele z tych egzemplarzy jest zdecydowanie z górnej półki cenowej. Cienka jak pergamin skóra i praktycznie niewyczuwalne szwy – to były wspólne cechy dla większości modeli, możliwe nawet, że niektóre z nich były szyte na wymiar. Nie brakowało tutaj klasycznych, prostych rękawiczek w sam raz do noszenia na co dzień. Wśród nich była nawet para długich, operowych rękawiczek czy kilka wykonanych z gęsto tkanej koronki. Niektóre jednak były jak małe dzieła sztuki: przetykane łańcuszkami, bądź fantazyjnie wiązane na nadgarstku.
Myszkowanie w prywatnych rzeczach Rogue było absolutnie fantastycznym uczuciem. Oczywiście, że obrzydliwie niemoralnym, nieetycznym, nieodpowiedzialnym (zwłaszcza kiedy technicznie rzecz biorąc jest się jej nauczycielem) i generalnie zapewne każdy człowiek potępiłby za to Remy'ego, ale… co z tego? Remy zawsze szedł pod prąd i postępował wedle swojego sumienia, a nie zgodnie z literą prawa. Był pragmatykiem, który uważał, że cel uświęca środki. Gdzie indziej dowiedziałby się tylu rzeczy o małej Roguey, jak nie z jej własnej sypialni? Począwszy od rozmiaru bielizny (zaskakująco duża miseczka!), przez ulubione książki i muzykę, aż po takie niuanse, jak sposób parzenia kawy (pozostawiony kubek na biurku jednoznacznie wskazywał na to, że Rogue pije mocną, czarną kawę bez mleka), sentyment do swojego miejsca urodzenia (metalowa tabliczka z napisem I can't keep calm, I'm from Mississipi!), czy kompulsywne wręcz zbieranie szminek w zbliżonym do siebie kolorze.
Gdyby miał taką możliwość, spędziłby tutaj zdecydowanie więcej czasu. Nie tylko dlatego, że był otoczony częścią życia Rogue, ale również dlatego, że było tutaj spokojnie i przytulnie. Jego sypialnia wyglądała jak pokój hotelowy i podświadomie wolał spędzać czas poza nią. Tutaj natomiast mógł siedzieć godzinami oparty o aksamitny zagłówek i wpatrywać się w rozciągający się za oknem widok. Obowiązki jednak wzywały i Remy chcąc nie chcąc, musiał ruszyć dalej. To była naprawdę nudna, powtarzalna robota i gdy wreszcie wychodził z ostatniego pokoju tego dnia, miał wrażenie, że w pokoju Rogue był przed wieloma tygodniami, a nie zaledwie kilkoma godzinami.
Zaklął pod nosem, gdy sprawdził godzinę. Był spóźniony na wspólny trening z Rogue. Piękny początek współpracy, LeBeau – pomyślał, gdy zbiegał po schodach. Gdy wszedł do Danger Roomu, akurat znikała wizualizacja ulic Nowego Jorku. Rogue siedziała na podłodze, z jedną nogą wyprostowaną, a drugą podciągniętą pod brodę. Na twarzy widoczne jeszcze były pojedyncze kropelki potu.
- Spóźniłeś się, szczurze bagienny – oznajmiła, zakręcając butelkę z wodą.
- Désolé, cherie… – zaczął, ale Rogue przerwała mu wpół słowa.
- Trudno, na następne zajęcia przynieś usprawiedliwienie za dzisiaj – zażartowała.
- Pracujemy nad twoim dotykiem, cherie? – spytał Remy. Nie spodziewał się, że Rogue tak lekko zareaguje na jego spóźnienie. Prędzej oczekiwałby awantury albo oschłego „mogłeś w ogóle nie przychodzić", ale na pewno nie tego. Za dużo czasu spędziłeś z Bella Donną, przeszło mu przez myśl.
- Z moim dotykiem jest wszystko w porządku, to wszyscy inni źle na niego reagują. – Na jej ustach błąkał się ledwie powstrzymywany uśmiech. Była w dobrym humorze. – Najlepiej będzie to zrobić na leżąco – dodała po chwili.
Remy uniósł brew.
- To jest dokładnie to, co Remy chciał usłyszeć z twoich ust, cherie – uśmiechnął się i przysiadł tuż obok niej. Pachniała walką, adrenaliną i czymś szalenie ulotnym, ale przyjemnym. Feromony – pomyślał, uśmiechając się do siebie.
- Nie pochlebiaj sobie, Cajunie – odparła, przewracając oczami. – W żadnym innym kontekście, niż użycie mojej mutacji, tego nie usłyszysz.
- Wszystko psujesz, cherie – mruknął Remy, ale wciąż się uśmiechał jak głupek. Rogue nie ćwiczyła dzisiaj w swoim uniformie, tylko w luźnej bluzie i szalenie obcisłych legginsach. Pluł sobie w brodę, że nie przyszedł wcześniej i nie zobaczył jej w akcji. – Jak zamierzamy to zrobić?
- Normalnie – wzruszyła ramionami. – Zdejmę rękawiczkę i cię dotknę.
- Czy Remy może wybrać miejsce, w które go dotkniesz?
- Nie – odpowiedziała zirytowana i zaczęła odpinać klamry na swojej rękawiczce.
- To może dotkniesz mnie czymś innym niż ręką? Ostatnio nawet nieźle nam—
Remy nie dokończył. Szczupłe palce dotknęły jego czoła i w tej samej chwili świat przed jego oczami zawirował, a twarz Rogue zdawała się odpływać z zawrotną prędkością. Chwilę później stracił przytomność.
Obudził go dźwięk wybuchu. Nie była to wielka eksplozja jak na filmach akcji, tylko huk gdzieś daleko. Potem szelest, świst, kolejny wybuch. Szelest, świst, wybuch, szelest…
Z trudem rozkleił powieki. Obraz był zamazany, ale rozpoznał metalowy sufit Danger Roomu i wtopione w stal halogeny, które świeciły tak jasno, że Remy musiał zmrużyć oczy. Poruszył się niespokojnie. Miał coś miękkiego pod głową. Tuż nad nim znowu coś zaszeleściło, jakby ktoś przekładał kartki papieru albo… karty? Rozchylił powieki i odszukał źródło dźwięku. Obraz już nie był tak bardzo rozmazany. Tuż obok niego siedziała Rogue i leniwie tasowała karty, losowo wybierała jedną z nich, przez chwilę czekała, aż karta nabierze charakterystycznego koloru magenty i celowała daleko przed siebie. Karta nawet nie dotykała gruntu, tylko wybuchała w powietrzu.
Remy zamrugał kilka razy i podniósł się na łokciach. To, co miał pod głową, okazało się być bluzą Rogue. Ona sama natomiast siedziała w samym staniku sportowym. Remy przełknął ślinę. Jeśli dla takiego widoku musiał stracić przytomność, to cholera, mógłby tak codziennie. Obojczyki okalały najpiękniejszy widok, jaki miał w ostatnim czasie okazję zobaczyć: dekolt jego małej Roguey i to z tak bliskiej odległości. Namacalnej wręcz, pomyślał z uśmiechem. Dopiero teraz uwierzył, że rozmiar miseczek w jej stanikach był jak najbardziej dobrze dobrany.
- Nie wiem, co poszło nie tak. – Zachrypnięty, miękki głos Rogue zmusił go, by spojrzał nieco powyżej dekoltu. Dziewczyna była skupiona na ciskaniu kart, więc nawet nie zwróciła uwagi na to, gdzie patrzyły oczy Gambita.
- Jak długo byłem nieprzytomny? – zapytał, siadając już normalnie.
- Czterdzieści minut – odparła, zerkając na telefon leżący obok. – To i tak dużo krócej niż zazwyczaj, ale ostatnio przecież w ogóle nie straciłeś przytomności – zauważyła, przerywając tasowanie kart. Przeniosła spojrzenie na Gambita. Dopiero teraz zauważył, że dziewczyna nie ma swoich zielonych, błyszczących oczu, tylko przejęła jego własne – czerwone krople na czarnym tle. Wyglądała jak sukkub, dziko i groźnie. Czarne białka uwydatniały bladość jej cery, a czerwone źrenice zgrywały się doskonale z ciemną szminką na ustach. Remy nie był w stanie wydusić z siebie słowa.
- Remy chyba woli twoje naturalne oczy – powiedział wreszcie, ostrożnie cedząc słowa i przez ani jedną chwilę nie spuszczał z niej wzroku. Rogue uniosła brwi, ale szybko zorientowała się, o czym mówił Gambit.
- Osobiście nie mam nic przeciwko twoim oczom – powiedziała dyplomatycznie, starając się przy tym brzmieć neutralnie.
- Czyżby Remy usłyszał właśnie komplement z ust swojej cherie? – Szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy, który rósł adekwatnie do wykwitającego na policzku Rogue rumieńca.
- Nie – burknęła, odwracając się do niego.
- Oui, cherie, nie zaprzeczaj.
- Nie, to jest tylko wymysł twojej chorej, perwersyjnej wyobraźni – odpowiedziała, przewracając oczami.
- Kiedy się złościsz, marszczysz strasznie zabawnie nos – zachichotał. Rogue odwróciła się do niego z oburzeniem.
- Chcesz, żeby wyryli ci to na nagrobku jako ostatnie słowa przed śmiercią? – zapytała ostro.
- Dla wszystkich jesteś taka niemiła, cherie? – odpowiedział pytaniem, nawet na chwilę nie tracąc uśmiechu.
- Tak, nie czuj się wyróżniony – odparła, ładując przy tym kartę energią kinetyczną. Rzuciła ją daleko przed siebie, nawet nie patrząc na cel, cały czas jej oczy były skierowane na głupawo uśmiechającego się Cajuna. Remy podążył wzrokiem za rzuconą kartą.
- Celuj zza siebie i pracuj bardziej nadgarstkiem – zauważył – będą leciały szybciej.
- Cudownie – mruknęła. – Wiem teraz więcej o tym, jak pracować twoją mutacją, niż swoją.
- Mówiłem ci, cherie. Nikt nie kontrolował swojej mutacji na samym początku. To wymaga ćwiczeń i czasu.
- Zmarnowałam już dość czasu – odparła cicho. – I tym razem od razu straciłeś przytomność – Rogue zmieniła temat i wróciła do tasowania kart. Co jakiś czas wybierała jedną z nich i rzucała daleko przed siebie, próbując przy tym zastosować się do porady Gambita.
- Może to dlatego, że spodziewałaś się tego, że będziesz musiała użyć mutacji? – rzucił po chwili zastanowienia. Rogue zmarszczyła czoło.
- Jak to? – Zerknęła na niego przelotnie.
- Ostatnio dotyk nastąpił z zaskoczenia – zaczął Remy, unosząc brew. – Nie byłaś na to przygotowana i dopiero po dłuższej chwili zorientowałaś się, co się dzieje. Dzisiaj byłaś świadoma tego, co ma nastąpić.
- Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć – odpowiedziała sceptycznie.
- Remy chce przez to powiedzieć, że dzisiaj się bałaś tego, jak zadziała twoja mutacja. Tydzień temu nie miałaś czasu na strach i dopiero gdy zorientowałaś się, że cię całuję, zaczęłaś mnie absorbować.
Rogue odłożyła karty na bok i spojrzała uważnie na Cajuna.
- Czyli uważasz, że to wszystko siedzi w mojej głowie? – spytała bez przekonania.
- Oui, Remy uważa, że sama sobie postawiłaś granice, których boisz się przekroczyć.
Nie kłopocząc się nawet zapalaniem światła, ruszyła od razu do łazienki, gdzie zrzuciła wszystkie przepocone rzeczy i weszła pod prysznic. Była już zmęczona i śpiąca, więc nie traciła czasu – jak zazwyczaj – na bezczynnym staniu pod strumieniem gorącej wody, tylko szybko się umyła, rozciągając przy tym obolałe mięśnie. Gdy wyszła z kabiny, łazienka była już tak zaparowana, że Rogue nie widziała nic w lustrze. Przetarła je wierzchem dłoni i, opierając się rękoma o umywalkę, spojrzała na swoje odbicie. Przed wejściem pod prysznic zapomniała o zmyciu makijażu, więc tusz do rzęs rozmazał jej się na policzku tworząc czarne smugi. Strach pomyśleć, co się stało z tymi resztkami pudru, które przetrwały trening w Danger Roomie. Gdyby Kitty dowiedziała się o tym rażącym niedopilnowaniu, zaczęłaby zapewne tyradę o szkodliwości takich niedopatrzeń dla jej cery i o tym, że zaraz wyskoczy jej mnóstwo pryszczy i krost i Rogue nigdy już nie będzie chciała wyjść z domu.
Prychnęła tylko, kręcąc głową i sięgnęła po waciki. Raz, że generalnie Rogue niespecjalnie przepadała za wychodzeniem z domu, dwa – wystarczył jeden, nawet przelotny, dotyk Logana i jej skóra natychmiast stawała się na powrót czysta i gładka. Jego zdolność do regeneracji była lepsza od wszystkich dostępnych na rynku kremów i preparatów. Gdyby zamknąć ją w słoiczku, byłaby najcenniejszym kosmetykiem dla każdej kobiety, pomyślała Rogue, wycierając przy tym resztki tuszu. Oczywiście miało to swoje wady: Rogue nie opłacało się nawet zakładać kolczyków, skoro po każdym takim pożyczeniu mocy od Logana wszystkie rany – w tym te w uszach – natychmiast się goiły. Druga sprawa – mimo wszystko Logan niespecjalnie chciał stać się dla Rogue chodzącym kremem na pryszcze i pozwalał się dotknąć tylko w sytuacjach zagrażających życiu.
- Nie, Stripes, krosta na brodzie nie jest sytuacją zagrażającą życiu – usłyszała w swojej głowie jego niski, burkliwy głos. Uśmiechnęła się do siebie. Już tyle czasu nie było Logana w Instytucie, że zapomniała, jak czasem działał jej na nerwy. Otoczył ją taką troską i opieką, jak żadnego innego ucznia, co z jednej strony sprawiało, że czuła się wyjątkowo, zwłaszcza że w jej życiu nie było ojca. Z drugiej strony czasem jego nadgorliwość była irytująca i traciła cierpliwość do jego ojcowskich odruchów.
Teraz natomiast przede wszystkim tęskniła za Loganem. Za jego trzeźwym, czasem do bólu racjonalnym podejściem do życia, za jego mruknięciami i warknięciami – dosłownie – podczas czytania dodatku sportowego przy porannej kawie, za jego piciem piwa przy oglądaniu wieczornego wydania programu informacyjnego. Czy nawet za jego ponurymi spojrzeniami rzucanymi podczas porannych sesji w Danger Roomie. Cholera, nawet tego jej brakowało! Poganiania, niewybrednych żartów z ich kondycji, czy wykrzyczanych wprost tyrad na temat tego, jak beznadziejnie pracują w grupie. Tak, zdecydowanie za nim tęskniła.
On by wiedział, czy powinna dalej brnąć w testowanie swojej mocy na Gambicie. Choć, oczywiście, gdyby tutaj był, na pewno by nie doszło do tego, że Rogue miałaby swój indywidualny trening z Cajunem. Logan prędzej zacząłby ćwiczyć pilates, niż zamknął ją i Gambita w jednym pomieszczeniu.
To, co Rogue najbardziej niepokoiło, to nieśmiałe życzenie gdzieś z tyłu głowy, by Logan jeszcze długo nie wracał. Zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że jego powrót oznaczałby najpewniej koniec jej ćwiczeń z Gambitem. Chyba że zaczęliby się ukrywać i robić to po kryjomu. Och litości, sarknęła pod nosem. Już wolała, by ktoś nakrył ich na macankach, niż na testach jej mutacji.
Nie wiedziała, w którym momencie jej mutacja stała się dla niej wstydliwą sprawą. Ale do tej pory traktowała ją jako coś nie do przeskoczenia, niezależnego od niej. Gdyby uczniowie dowiedzieli się, że jej zdolności w dużej mierze zależą od jej stanu emocjonalnego, czułaby się jak jakaś niezrównoważona psychicznie histeryczka.
Jak to powiedział Gambit? Bała się, że jej mutacja zadziała?
Thank you, Captain Obvious! Oczywiście, że się bała. Ten strach towarzyszył jej od ponad ośmiu lat. Wżarł się w nią tak bardzo, że stał się już czymś tak stałym, jak cecha charakteru. Jak miała się go pozbyć, skoro całe swoje życie podporządkowała temu, by nikogo nie dotknąć?
Mimo wszystko była to jakaś iskierka nadziei dla Rogue. Przynajmniej mogła podejrzewać jakąś przyczynę, przez którą nie była w stanie kontrolować mutacji. Jeśli to wszystko tkwiło w jej psychice, czekały ją tygodnie – jeśli nie miesiące – ćwiczeń na innych osobach. Co najmniej kilkanaście razy ktoś utraci przez nią przytomność. Co najmniej kilkanaście razy czyjaś osobowość wedrze się w jej umysł, zostawiając już na zawsze porcję nowych wspomnień, nowych lęków i nowych marzeń.
Już widziała, jak profesor X zgadza się z wielką radością na takie balansowanie na granicy utraty zdrowia i życia swoich podopiecznych. Nikt dobrowolnie się nie zgodzi na bycie króliczkiem doświadczalnym dla Rogue.
Nikt z wyjątkiem Logana. I tego półgłówka, Gambita.
Umówili się, że kolejną sesję przeprowadzą po Świętach. Z jednej strony nie mogła się doczekać – to będzie jedna sesja bliżej do zdobycia kontroli nad mutacją. Z drugiej szalenie się bała. Zupełnie tak, jakby miała właśnie skoczyć na bungee. Chciała tego, miała ochotę rzucić się w dół z uśmiechem na ustach, ale irracjonalny lęk paraliżował jej ruch.
Narzuciła na siebie szlafrok i wróciła do pokoju. Zapaliła lampkę stojącą na jej biurku i już miała sięgać po świeże ubranie do spania, gdy jej wzrok padł na niewielki przedmiot zatknięty za ramkę lustra wiszącego nad komodą. Sięgnęła i wyciągnęła stamtąd kartę – króla kier. Obracała ją przez chwilę w dłoni, kręcąc nieznacznie głową z dezaprobatą. Zupełnie zapomniała, że to dzisiaj Gambit zajmował się sprawdzaniem systemów alarmowych w sypialniach uczniów. Oczywiście, że był tutaj i Rogue byłaby zdziwiona, gdyby nie zostawił jakiegokolwiek znaku. To było zupełnie w jego stylu.
Odłożyła kartę na biurko, wyciągnęła świeżą koszulkę i przebrała się, nie mogąc się już doczekać chwili, w której będzie mogła zamknąć oczy i zasnąć. Miała ogromną nadzieję, że tym razem uda jej się przespać całą noc, a jeśli nawet nie, to chociaż nie chciała znowu obudzić Kitty. Jej współlokatorka zaczynała przypominać zombie, gdy z tymi podkrążonymi oczami snuła się rano po kuchni i szykowała swoje ultra zdrowe smoothie z jarmużu. Rogue wiedziała, że w dużej mierze to jej wina, że Kitty się nie wysypia. Może powinna porozmawiać o tym z profesorem i przekonać go do przydzielenia jej osobnego pokoju?
Rogue westchnęła tylko. Musiałaby najpierw wyjaśnić profesorowi, dlaczego od tygodni nie zająknęła się nawet słówkiem o tym, że koszmary powróciły i to intensywniejsze niż kiedyś. Czuła się jak ostatnia egoistka, bo przedkładała swoją wygodę nad komfortem jej współlokatorki. Musi to jakoś rozwiązać i to jak najszybciej – przyrzekła sobie i zgasiła lampkę. Już po ciemku ściągnęła z łóżka narzutę i odrzuciła ją na podłogę. Położyła się wreszcie, przykryła kołdrą i zamknęła oczy. Mogła wreszcie zasnąć.
Gwałtownie otworzyła oczy, gdy wyczuła pod poduszką coś małego i płaskiego. Podejrzewała, co to może być, ale i tak zapaliła lampkę nocną.
- Gambit – mruknęła z niechęcią, patrząc na damę pik. Odłożyła kartę na stolik stojący obok łóżka i potarła palcami nasadę nosa. I tak miała go wystarczająco dosyć po tym, jak go zaabsorbowała. Jego perwersyjne, niemoralne i cyniczne myśli błąkały się w zakamarkach jej świadomości i wypływały na wierzch w najmniej odpowiednich chwilach, a teraz jeszcze musiała zbierać z pokoju pozostawione przez niego gadżety.
Dobrze, że poprzestaje na kartach – pomyślała uspokajająco, gasząc światło i z powrotem schowała się pod kołdrą.
Była już na granicy snu, gdy pewna niepokojąca myśl uderzyła ją jak obuchem. Otworzyła szeroko oczy i odgarnęła kołdrę. Zapaliła raz jeszcze lampkę i w dwóch krokach znalazła się przy komodzie ze swoimi ubraniami. Powoli i ostrożnie, by nie obudzić Kitty, odsunęła szufladę z bieliznę.
Na wierzchu, zaplątany w czarne, koronkowe majtki, szyderczo uśmiechała się do niej kolejna karta – Joker.
Głośny szloch odbijał się od ścian ogromnego, ciemnego pomieszczenia. Gdy próbowała skupić się na jakimś detalu, obraz się rozmazywał i obracał. Nie potrafiła wskazać, gdzie jest. Słyszała tylko płacz, który z jakiegoś powodu przeszywał ją na wskroś, a za każdym razem, gdy echo powtarzało łkanie, ona sama miała ochotę usiąść i zapłakać. Żadne obrazy do niej nie docierały, zamiast tego atakowały ją kolejne silne targnięcia emocji. Przez mieszankę strachu i niedowierzania przebijał wielki ból, który nie był jednak fizyczny. Czuła, że nic jej nie jest, a korowód świateł i sprzecznych bodźców to jedynie tło dla tego, co działo się w jej głowie.
Docierała do niej tylko jedna myśl: to koniec. To jest już koniec. Nie wiedziała, co dalej. Równie dobrze mogła tu umrzeć razem z… Razem z kim?
Obraz niespodziewanie się wyostrzył. Stała na czarno-białej posadzce, a w prawej dłoni trzymała nóż z ozdobną, rzeźbioną rękojeścią i nietypowym, bo czerwonym ostrzem. Zafiksowała się na tym widoku, nie była w stanie poruszyć żadnym mięśniem, nie mogła rozejrzeć się i zorientować, gdzie jest. Nie mogła nawet znaleźć źródła tego dudniącego w uszach szlochu, który nawet na chwilę nie stracił na intensywności. Mogła tylko patrzeć na nóż, którego obecność w tym miejscu wydawała się z jakiegoś powodu niedorzeczna.
Świadomość tego, co się tutaj wydarzyło, uderzyła ją w chwili, w której zrozumiała, że ostrze noża nie było w kolorze czerwonym. Ono było po prostu unurzane w krwi.
Podniosła się na łóżku spazmatycznie łapiąc powietrze. Była w swoim pokoju, na swoim łóżku, jej zegar wskazywał drugą trzydzieści w nocy. Nowy Jork, grudzień. Tak. Musiała to sobie powtarzać, póki nie nabrała pewności, że to, co przed chwilą widziała, było tylko snem. Na dodatek nie jej snem. To nie były jej wspomnienia.
- Mam na imię Rogue – powtarzała gorączkowo szeptem, jakby bała się, że o tym za chwilę zapomni i koszmarne obrazy z czyjejś przeszłości staną się rzeczywistością. – Mam na imię Rogue, to był tylko sen. Rogue.
Odgarnęła grzywkę do tyłu i otarła pot z czoła. Rzeczywistość powoli wracała na swoje miejsce, a sen oddalał się z każdą minutą.
Na trzęsących się nogach podeszła do okna i uchyliła je na kilka centymetrów, wdychając przy tym mroźne, ostre powietrze. Otrzeźwiło ją to, przeganiając koszmar na dobre. Obserwowała prószący spokojnym rytmem śnieg, pozwalając przy tym dryfować myślom.
To nie był jej sen.
To nie ona trzymała zakrwawiony nóż.
To nie ona zabiła człowieka.
Zamknęła okno i wróciła do łóżka. Nie potrafiła jednak zmrużyć oka. Próbowała wsłuchać się w miarowy oddech Kitty, która spała kilka metrów od niej, ale ten przeklęty nóż wracał do niej za każdym razem, gdy zamykała powieki.
Widziała punkty wspólne dzisiejszego koszmaru z tym nietypowym snem sprzed kilku nocy. Krew, płacząca kobieta i to intensywne poczucie utraty czegoś ważnego, które czuła nawet teraz.
Znowu dotknęła Gambita i znowu miała ten sen. To musiało być jego wspomnienie. Chciała wstać w tej chwili i pójść do niego, by zapytać, kogo zabił i kim była ta kobieta. Wiedziała jednak, jak absurdalnie to brzmi. Gambit w najlepszym wypadku ją wyśmieje. W najgorszym – wyrzuci ze swojej sypialni. Potrzebowała więcej informacji, więcej konkretów.
Musiała jeszcze raz zaabsorbować Gambita.
Remy krążył w okolicach kuchni już od wczesnego popołudnia. Za wszelką cenę chciał rozegrać wszystko tak, jakby to był zupełny przypadek. Tak jak zwykle zresztą. Był mistrzem improwizowanych przypadków. Teraz wystarczyło poczekać i nie rzucać się w oczy.
Niedziela. Dzisiaj dyżur w kuchni miały pełnić Rogue i Kitty. O ile o możliwościach kulinarnych tej drugiej ostrzegano Remy'ego już pierwszego dnia – należy wspomnieć, że ostrzeżenia padały z ust nie tylko uczniów – tak tej pierwszej był ciekaw. Bynajmniej nie ze względu na techniki gotowania. Pozbycie się Kitty było nader proste. Dziecinne wręcz. A tak przynajmniej myślał na początku.
- Jak tam u Lance'a, Chaton? – spytał wczoraj przy kolacji, gdy wyjątkowo nie zajmował się drażnieniem Roguey.
- Doktor McCoy wciąż uważa, że musi wypoczywać, by wszystko się porządnie zagoiło – odparła, smarując swoje naleśniki gęstym pesto. – Tylko jemu już się nie chce leżeć i nudzi się okrutnie i ciągle mi tylko gada, że chce już wyjść z ambulatorium.
- Może po prostu potrzebuje towarzystwa? – spytał niewinnym tonem Remy. Wiedział, że dziewczyna ostatnio jest bardzo zajęta i ledwie wystarcza jej czasu na sen. Kitty bardzo poprawnie zinterpretowała jego pytanie, gdyż mina jej nieco zrzedła i z mniejszą werwą rozkładała na naleśnikach pokrojone pomidory.
- No wiem właśnie – odparła ze smutkiem. – Ale totalnie nie mam teraz czasu, ciągle coś mam do zrobienia… I jeszcze ten dyżur w kuchni… Masakra.
- Och? Dyżur w kuchni? – udał zdziwienie Remy. – W Nowym Orleanie bardzo często gotowałem dla swojej rodziny. Jest duża, ale nie aż tak duża jak tutaj – rzucił od niechcenia i skropił swojego naleśnika z kurczakiem sosem tabasco.
- No gotowanie dla ponad trzydziestu osób nie jest proste – odpowiedziała. – Zajmuje to co najmniej trzy godziny ciężkiej pracy, a i tak ktoś ci później powie, że mu nie smakuje – dodała, oskarżycielsko patrząc w kierunku reszty uczniów.
- Aż trzy godziny? – zdziwił się Remy. – Naprawdę ci współczuję, Chaton. Mogłabyś spędzić ten czas z Lancem.
- Wiem – odparła żałośnie Kitty. Remy przewrócił oczami ze zniecierpliwienia. Kiedy ta dziewczyna złapie przynętę? Musiał być mniej subtelny.
- Szczerze mówiąc, a Remy robi to rzadko – uśmiechnął się do siebie na swój własny żart – nie mogę się doczekać, aż będzie moja kolej na gotowanie.
- A kiedy wypadnie? – spytała. Połknęła haczyk, pomyślał z satysfakcją.
- W przedostatni weekend lutego – odpowiedział i czekał na reakcję dziewczyny. Niech wreszcie zada to przeklęte pytanie.
Kitty jedynie westchnęła.
Remy miał ochotę rzucić swoim naleśnikiem w jej kierunku.
- I z tego, co Remy pamięta, będzie dyżurował z Petem – dodał, licząc, że chociaż to zmobilizuje Kitty do zadania tego jedynego pytania. Wszyscy w Instytucie zauważyli już, że panna Pryde świetnie się dogaduje z Piotrem Rasputinem. Oprócz niej samej najwyraźniej, gdyż ta jedynie przełknęła kawałek jedzenia i mruknęła ciche „aha".
Remy nie wiedział, czy ta dziewczyna jest aż tak wstydliwa, by złożyć ofertę Remy'emu, czy może tak niedomyślna. Albo zwyczajnie się z nim droczy. Już miał wytoczyć najcięższe działa, gdy za ich plecami pojawił się Kurt. Nachylił się do nich wraz ze swoim talerzem i przegryzając zwiniętego naleśnika wypełnionego po brzegi nutellą, wskazał na talerz Kitty.
- Co to jest? – zapytał z pełnymi ustami. Remy przymknął powieki i westchnął cicho.
- Pełnoziarnisty naleśnik z pesto, pomidorem, oliwkami oraz sproszkowanym młodym jęczmieniem – odrzekła z godnością Kitty.
- Czym? – Kurt się skrzywił i posłał pytające spojrzenie w kierunku siedzącej naprzeciwko Amary.
- Kitty robi fit wyzwanie na swojego bloga – odparła, nie odrywając nawet wzroku od swojego talerza.
- A ty z czym jesz? – zapytał zaintrygowany, patrząc na dobrze wysmażonego naleśnika, któremu Amara robiła właśnie zdjęcia telefonem.
- Naleśnik z mąki orkiszowej z jarmużem, cukinią i fetą – odpowiedziała, na co Kurt, niczym wiedziony swoim inkwizytorskim zacięciem do tępienia naleśników innych niż z nutellą, poszedł w jej kierunku.
- Czyżby również fit wyzwanie? – spytał uprzejmie Remy.
- Po prostu chcę się zdrowo odżywiać – odpowiedziała rezolutnie Amara, nim Kurt zdążył do niej dotrzeć i zacząć się pastwić nad jej kolacją.
- Tak naprawdę ściąga ode mnie to fit wyzwanie, bo jej instagram ma mniej wyświetleń – powiedziała do niego szeptem Kitty. – Zamiast tworzyć samodzielnie content… – pokręciła głową z dezaprobatą.
- Bien – uciął Remy. Musiał zaatakować teraz, nim znowu ktoś tu przyjdzie i mu przeszkodzi. – Chaton, mam dla ciebie propozycję.
Kitty na szczęście na jego pytanie odpowiedziała tak, jak powinna i tym sposobem Remy mógł spędzić ze swoją cherie niedzielne popołudnie na wspólnym gotowaniu. Jak taka typowa, choć trochę patologiczna rodzina. Poprosił jedynie Kitty, by nic nie mówiła o zamianie dyżurów, tak aby Roguey miała niespodziankę.
I oto szła. Energicznym krokiem zbiegła ze schodów i nawet nie obejrzała się za siebie, gdy weszła do pustej kuchni. Remy powstrzymał się przed pójściem za nią, stwierdził, że chwilę poczeka.
Zaraz rozległa się muzyka. Ostre gitarowe brzmienia, ale wyczuwalna melodia wyraźnie nadawała rytm. Uśmiechnął się do siebie, to jest czas, by się ujawnić. Stanął w drzwiach do kuchni i nonszalancko oparł się o futrynę i skrzyżował ramiona. Rogue stała do niego plecami i coś kroiła. Delikatnie kiwała się w takt muzyki.
- Mógłbyś pomóc, Cajunie – powiedziała głośno, nawet nie odwracając się do Remy'ego.
- Skąd wiedziałaś, że tu jestem? – spytał, podchodząc do niej i oparł się o blat. Widział teraz doskonale jej profil, prosty zgrabny nosek oraz długie rzęsy. Pełne usta pociągnięte ciemną pomadką odcinały się od bladej twarzy. Białe kosmyki wpadały jej w oczy, ale zdawała się tym nie przejmować. Dopiero po chwili zauważył, że nie ma na sobie rękawiczek. Kroiła mięso gołymi dłońmi. Po raz pierwszy miał możliwość przyjrzenia się im z tak bliska. Śnieżnobiałe, delikatne jak płatek i mógł być tego pewien – miękkie jak aksamit. Miał niepohamowaną ochotę ich dotknąć, nawet za cenę utraty przytomności.
- Kitty mi powiedziała o waszej zamianie. – Jej odpowiedź nieco go otrzeźwiła, ponownie skupił się na tym, po co tu przyszedł. Obiad, tak.
- Ta mała złamała naszą umowę – zacmokał z dezaprobatą.
- Do czego to doszło – prychnęła nieznacznie – złodziej ma pretensje o nieuczciwe zagranie. – Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Na ustach błąkał się stłumiony śmiech.
- To, że Remy jest nie do końca uczciwy, nie daje innym prawa do takiego zachowania – odparł i już chciał sięgnąć ku jej twarzy, by przesunąć biały kosmyk, który wpadał jej w oczy, ale Rogue odgarnęła grzywkę ramieniem i wróciła do krojenia.
- A propos – zaczęła niewinnym tonem – nie zostawiłeś czegoś w moim pokoju? – spytała przesadnie słodkim głosem i spojrzała na Gambita. Trzymany w prawej dłoni nóż postawiony był na sztorc.
- Cherie znalazła niespodzianki ode mnie? – Gambit wyszczerzył zęby. – To prawie jak liściki miłosne, non?
- Znalazłam wszystkie trzy, szczurze bagienny – wypaliła. Uśmiech nie zszedł jej z twarzy, choć w oczach tliła się żądza mordu.
- Remy zostawił ich—
- Masz więcej tego nie robić, Gambit – przerwała mu bezlitośnie. – Chcę, żeby moja sypialnia pozostała ostatnim bastionem, w którym mogę się przed tobą ukryć. Rozumiesz?
- O, znowu marszczysz tak śmiesznie nosek – zachichotał, nic sobie nie robiąc z groźnego tonu Rogue. – Poza tym, jeśli chcesz, również możesz zostawić coś w mojej szufladzie z bielizną – dodał nonszalancko, pochylając się ku niej.
- Jasne, nie omieszkam. Zrobię to jak tylko znajdę jakiegoś martwego szczura – odpaliła. – To jak? Pomożesz mi przy tym obiedzie?
- Po to Remy tu przyszedł, cherie. – Uśmiechnął się szarmancko. – To cóż nasz mistrz kuchni poleca?
- Kurczak, ryż, sos – odpowiedziała. Remy westchnął nieznacznie. Zauważył kilka słoików gotowego sosu od Uncle Ben's. Jego cherie albo nie miała serca do gotowania, albo miała dwie lewe ręce. To nic, ważne, że on umie doskonale gotować. Teraz też uratuje sytuację.
Położył dłoń na ramieniu Rogue, na co dziewczyna gwałtownie odskoczyła.
- Spokojnie cherie, odłóż ten nóż, nic ci nie grozi.
- To nie nożem powinieneś się teraz martwić – ostrzegła, unosząc nagą dłoń.
- Po prostu Remy doszedł do wniosku, że możemy zrobić wspólnie coś cudownego – zaczął. Rogue wciąż trzymała przed sobą nóż. Na jej miejscu pewnie też te słowa by go nie uspokoiły. – Po co używać tego świństwa – wskazał na słoiki – skoro można zrobić coś lepszego?
- Czyli co? Nie mam czasu na skomplikowane gotowanie – odparła ostrożnie.
- Czarny kurczak z bayou nie jest skomplikowany – odpowiedział tonem zawodowca.
Rogue jedynie uniosła brew.
Dziesięć minut później stali obok siebie, oboje pochłonięci krojeniem polędwiczek z kurczaka. I, co ciekawe, rozmową. Rogue z pewnym niedowierzaniem zauważyła, że gdy tylko Cajun nie zachowuje się jak kompletny dupek, jest naprawdę… spoko osobą. Tak, spoko. Mimo że nadal podchodziła do niego z rezerwą i nie do końca ufała jego szczerym intencjom, to rozmowa się kleiła i ciągle pojawiał się nowy temat. Nie było krępujących momentów ciszy, a drobne docinki czy złośliwostki rzucane w obie strony jedynie dodawały uroku całej konwersacji.
- Faith No More – odpowiedziała na pytanie o muzykę, która im towarzyszyła. Akurat zaczął się spokojny, niemal sielankowy utwór „Easy". Remy przez chwilę słuchał słów.
- Trochę smutna piosenka, cherie – skonstatował.
- Słynny książę złodziei się wzruszył, czy tylko mi się wydaje? – rzuciła pytaniem.
- Jesteś strasznie sarkastyczna, cherie – stwierdził Remy, na co dziewczyna jedynie prychnęła. – Ale odpowiadając na twoje pytanie, non, Remy się nie wzruszył. Tylko Johnny Cash wzrusza Remy'ego.
- Johnny Cash? To jakieś metaforyczne określenie na pieniądze używane w twoim otoczeniu? – spytała zaskoczona Rogue. – To tak, jestem w stanie uwierzyć, że to cię wzrusza – dodała, przewracając oczami.
Remy przestał kroić i spojrzał uważnie na Rogue.
- Cherie, chcesz mi powiedzieć – zaczął poważnym tonem – że nie wiesz, kim jest Johnny Cash?
Kolejne minuty upłynęły im na intensywnej rozmowie o gustach muzycznych. Mimo że Rogue starała się możliwie jak najbardziej ignorować jego wykład na temat muzyki, to w głowie zanotowała sobie kilku wykonawców, których sprawdzi później na Spotify. Od muzyki przeszli na książki („Mieszkasz pod jednym dachem z ludźmi, którzy strzelają laserami z oczu, a mimo to potrzebujesz jeszcze dodatkowej dawki fantastyki i czytasz powieści o wampirach. To jest dziwne cherie, ale dopóki nie są to historyjki o błyszczących w słońcu wampirach, którzy całą wieczność gniją w szkole średniej, zamiast zdobyć władzę nad światem na przykład, to jestem w stanie to uszanować bez kąśliwych uwag"), filmy („Lubię oglądać filmy o superbohaterach, bo to zabawne, gdy się zestawi wizję reżysera z tym, jak to wygląda naprawdę"), a także wspólnie doszli do wniosku, że kiedyś warto by było się odstawić i pójść do opery. Rogue jedynie zwątpiła w sens zabierania ze sobą całego Instytutu, mając przed oczami scenkę ze śniadania, gdy Kurt pokazywał, jak bez użycia rąk je kiełbaski.
- Gdy Remy mieszkał w Nowym Orleanie, bardzo często chodził do opery – kontynuował wątek.
- Bardzo często? W sensie raz w roku i częściej? – spytała z lekką złośliwością Rogue, ale Remy nie dał się zbić z tropu.
- Tante Mattie jest wielką fanką Zaczarowanego fletu i gdy tylko pojawiał się na afiszach, ciągnęła mnie i mojego brata do opery. – Uśmiechnął się do siebie bezwiednie. Wyglądał zupełnie inaczej niż wtedy, gdy rzucał swoimi lamerskimi tekstami głupio się przy tym szczerząc. Rogue z zaskoczeniem skonstatowała, że sama na ten widok zaczęła się uśmiechać. – Znam to niemalże na pamięć.
Remy rzadko wspominał o swojej rodzinie. Być może był jego słabością, wrażliwym tematem, wobec którego nie potrafił być obojętny i powściągliwy. Ostatnio tak się otworzył w Nowym Orleanie, choć Rogue miała wrażenie, że było to podyktowane chwilą i celowi, który chciał osiągnąć. Musiał zbliżyć się do niej, pokazać, że są tak podobni i w ten sposób nawiązać nić porozumienia i zmanipulować ją tak, by sama chciała mu pomóc. Teraz jednak nie musiał tego robić i opowiadał o tym Rogue dlatego, że sam chciał.
- Opera i małe dzieci? Nie widzę tego. Pewnie byliście cholernie nieznośni albo spaliście w trakcie – odparła po dłuższej chwili, zastanawiając się, czy dopytywanie o jego rodzinę nie będzie oznaką wścibstwa. Sama była wrażliwa na tym punkcie, tym bardziej rozumiała zatem ewentualną niechęć na odpowiadanie na takie pytania.
- Przez pierwsze lata – oui – przytaknął Remy z uśmiechem. – Później Henri nadal był nieznośny, ale mnie się podobały te wyjścia z Tante – dodał, zerkając na Rogue.
Na chwilę zapanowała między nimi cisza, przerywana jedynie bulgotaniem wody na ryż.
- Kiedy ostatnio byłaś na Południu, cherie? – zapytał Remy.
- Wiele lat temu – odparła po dłuższej chwili, próbując przypomnieć sobie, kiedy dokładnie stamtąd wyjechała. Przerwała krojenie kurczaka i zapatrzyła się w okno, przypominając sobie każdy szczegół jej wyjazdy z Caldecott. Wzdrygnęła się, co nie uszło uwadze Remy'ego, który obserwował ją kątem oka. – To było niedługo po pierwszej manifestacji mojej mutacji, jakieś osiem lat temu.
Remy miał już gotowe kolejne pytanie, ale do kuchni wparowała Kitty.
- To ten, jak tam z obiadem? Umieramy już z głodu – oznajmiła z wyrzutem. Zarówno Rogue jak i Remy wiedzieli, że nie będą mieli już szans kontynuować rozmowy. A szkoda – pomyślała Rogue, dochodząc do wniosku, że w jakiś przewrotny sposób potrafiła się otworzyć przed tym perwersyjnym Cajunem bardziej, niż nawet przed profesorem z całą jego telepatią na podorędziu.
Biurko stojące w gabinecie Charlesa Xaviera było świadkiem wielu zdarzeń. Siedzieli przy nim nie tylko uczniowie Instytutu dla Wybitnie Uzdolnionych, ale również prominentni tego świata: senatorowie, przywódcy najważniejszych grup (w tym również tych tajnych), najbardziej zasłużeni dla historii ludzie. Opierali na nim łokcie również najpotężniejsi mutanci władający siłą, która była nie do wyobrażenia dla zwykłych ludzi.
Błyszczące biurko z ciemnego drewna było niemym elementem zdarzeń, które zapoczątkowały kluczowe procesy w tym świecie. To tutaj właśnie toczyły się zażarte dyskusje o losy mutantów, które siłą rzeczy wpływały również na sytuację w kraju. Tutaj też studenci, wpatrzeni w błysk lakierowanego blatu, tłumaczyli swoją niesubordynację, słabe oceny w szkole, czy niezbyt pochlebne zachowanie wobec swoich rówieśników. Tutaj również informowali o tym, że z ich mutacją dzieje się coś złego. Tutaj rozmawiali o swoich problemach, tutaj odbywali sesje, które miały im pomóc. W końcu tutaj, przy tym biurku, Charles Xavier podejmował decyzje, które miały zaważyć na losie jego podopiecznych.
To były trudne decyzje. Xavier nie był nieomylny. Wiedział, jakie ryzyko niosły za sobą jego słowa. Wiedział również, że ryzyko to mogło dotknąć nie tylko jego podopiecznych, ale również cały świat.
Charles Xavier oparł łokcie o blat swojego wysłużonego biurka. Splótł ze sobą dłonie i oparł o nie czoło.
Od pokonania Apocalypsa minęło już niemal pół roku, jednak wizja, którą zostawił w umyśle Charlesa, była wciąż cierniem, który kłuł niewygodnie Xaviera, gdy tylko patrzył na swoich podopiecznych. Czy wizja ta naprawdę miała się ziścić? Czy może była to tylko jedna z dróg, którą może wybrać świat?
Z niepokojem myślał o przyszłości, tym bardziej, że widział znaczny wzrost mocy u wszystkich podopiecznych mających styczność z Apocalypso. Jeszcze tego nie dostrzegali, ale on, analizując dane z Cerebro i porównując je z wynikami sesji w Danger Roomie, widział wyraźną korelację. Potrafili więcej i byli o krok od poszerzenia wachlarza umiejętności. To go niepokoiło najbardziej.
Jego największa chluba, najważniejsza uczennica w jego życiu, miała stać się czymś, co mogło zgładzić ten świat.
Na razie nic nie wskazywało na to, że coś miało się zmienić. Że ona ma się zmienić. Wiedział jednak, że to tylko kwestia czasu. Jej moc jest zbyt potężna, a to, czym włada teraz, to jedynie zalążek pełni jej umiejętności. Tylko czy gdy to odkryje, nie będzie za późno? Jak ma się na to przygotować? Jak on ma ją przygotować?
Podniósł głowę.
Czy ona zdaje sobie sprawę z tego, że to on, jej mentor, największy autorytet i niemalże przyjaciel, nałożył na nią blokady? Jak zareaguje na wiadomość, że to on ograniczał jej moc i rozwój tylko dlatego, że się jej bał? Czyż to nie on zawsze powtarzał, że strach można przezwyciężyć i nie może on stać na naszej drodze? Czyż to nie hipokryzja z jego strony? Bał się coraz bardziej, bo jej mocy nie można było okiełznać. On by temu nie podołał. Czyż zatem jego podopieczna mogła to zrobić?
Biurko Charlesa Xaviera było świadkiem wielu sytuacji oraz decyzji. Także tych, które nie były słuszne. Które już w chwili ich podjęcia były skazane na porażkę.
Charles Xavier wiedział, że już wkrótce będzie musiał się tłumaczyć z tej decyzji. Wiedział, że zrani. Był świadomy tego, że ktoś może nie zrozumieć. Uważał jednak, że jego decyzja jest słuszna.
Wiedział, że Jean kiedyś ją zaakceptuje.
Pixenne - przesyłam spóźnione życzenia urodzinowe :) Dziękuję bardzo, bardzo mocno za komentarz. To daje dużego motywacyjnego kopa do wrzucenia kolejnych części. I mam nadzieję, że wciąż nie masz ochoty zabić Kitty :D
