Mieszkańcy Instytutu Charlesa Xaviera byli dla siebie jak rodzina: trochę za duża, trochę zbyt patologiczna, ale każdy był tutaj równy i równie ważny. Kłócili się, droczyli, trzaskali ze złością drzwiami, ale jednocześnie wspierali w myśl starej zasady: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Gdy jednak nadchodziły Święta Bożego Narodzenia, prawie wszyscy rozjeżdżali się do swoich prawdziwych rodzin.
Chyba ta konkluzja była najtrudniejszą do przełknięcia dla Rogue. Lubiła to zamieszanie przedświąteczne, gdy nagle Rihanna i Beyonce ustępowały miejsca Wham! czy Mariah Carey, a porządki stawały się ciut przyjemniejsze i nawet śnieg i mróz mniej przeszkadzały. Z przyjemnością wybierała prezenty dla najbliższych i przystrajała rezydencję. Z niecierpliwością też czekała na uroczystą kolację, którą jak co roku profesor organizował tuż przed Bożym Narodzeniem, bo później wszyscy wylatywali na Święta do domów. No właśnie – do domów, do swoich prawdziwych rodzin.
I choć z lekkością mówiła o tym, że wreszcie odpocznie od całej zgrai ludzi i w ciszy pokontempluje Święta podczas grania na konsoli, to tak naprawdę próbowała przekonać samą siebie, że to będzie przyjemny czas.
A w tym roku miało być jeszcze trudniej.
Lance zdążył już wrócić do swojego domu, a raczej do tego, co pozostało po ataku Sentinels. Kitty wielokrotnie prosiła go, a wręcz błagała, by chociaż został przez Święta, ale ten pozostał nieugięty. Prócz tego, że się wyprowadził z MedLabu, zapowiedział, że na razie chce pozostać sam i odpocząć od zgiełku, jaki normalnie panuje w Instytucie. Dla Rogue był to jasny przekaz: Alvers nie chce się widzieć ze swoją dziewczyną, ale do Kitty najwyraźniej nie docierały tak mało subtelne sygnały i tłumaczyła go zarówno przed innymi, jak i – Rogue mogła być pewna – samą sobą. Blob i Toad wciąż się nie znaleźli, nie mówiąc już o Wandzie i Pietro, czyli Lance chciał po prostu spędzić samotne Święta. To nie mogło być tak proste, ale Rogue doszła do wniosku, że nie będzie dzielić się swoimi spostrzeżeniami z Kitty, a przynajmniej nie tuż przed Bożym Narodzeniem.
Gambit nadal mieszkał w Instytucie. Wciąż wodził spojrzeniem za Rogue za każdym razem, gdy ta znajdowała się w tym samym pomieszczeniu. Miał wręcz talent do tego, by znienacka na nią wpadać, czy pojawiać się tam, gdzie ona. Ku uciesze spragnionych sensacji widzów, wpadał jej w słowo i z wrodzoną nonszalancją odpowiadał na jej pełne nerwów odzywki.
Logan jeszcze nie wrócił. Żadnych telefonów, żadnego SMS-a (choć Rogue szczerze zastanawiała się, czy Logan w ogóle wie, jak pisać SMS-y, gdyż, jak to Tabby kiedyś stwierdziła, wiekowo jest zbliżony do mezozoicznych skamielin), nawet głupiej kartki nie wysłał. Profesor wydawał się być spokojny, a to był dla Rogue najlepszy gwarant tego, że jej – nie bała się tego słowa – przyjacielowi nic złego się nie dzieje. Zresztą, on by pewnie przeżył nawet wybuch bomby atomowej [fun fact: w jednym z komiksów Wolverine naprawdę przeżywa wybuch bomby atomowej], co wcale nie implikowało, że był w stanie psychicznie wytrzymać z kupą dzieciaków z Instytutu. Należał mu się odpoczynek.
Scott leciał na Hawaje do swojego brata i jego przybranych rodziców.
Tabitha otrzymała zaproszenie od Rahne, by wspólnie z nią spędzić Święta w jej rodzinnej Szkocji. Oczywiście skwapliwie z tego skorzystała.
Storm jechała do rodziców Evana. Ją też czekały ciężkie dni, gdyż będzie to pierwsze Boże Narodzenie po jego śmierci. Niemniej jednak miała z kim je spędzić.
Piotr leciał do Rosji.
Nawet doktor McCoy miał pojechać do swojej rodziny.
I choć Rogue czuła pewną ekscytację na myśl o uroczystej wspólnej kolacji, to jednocześnie zdawała sobie sprawę z tego, że ten właściwy, rodzinny czas przyjdzie jej spędzić samej w pokoju.
Nie była wierząca. Ba, nie była nawet sentymentalna. Święta były dla niej okazją do spokojnego odpoczynku w ciszy, bez wrzasków dzieciaków, czy sprzeczek nabuzowanych hormonami nastoletnich mutantów. Miała czas poczytać książkę, mogła chodzić ubrana w tiszert i szorty, puścić głośniej niż zwykle muzykę, zrobić sobie śniadanie po południu, nie narażając się na krzywe spojrzenia Jean. W takie dni lubiła siedzieć zawinięta w koc w fotelu w swojej sypialni i z kubkiem gorącej czekolady obserwować widok za oknem, słuchając przy tym Kings of Leon lub wolniejszych kawałków Red Hot Chili Peppers. Mogła to robić godzinami. Głosy w jej głowie też wtedy były jakby spokojniejsze. Podszeptywały jedynie, zdawały się być zwykłym echem. Jednocześnie ta dojmująca samotność uderzała w nią najbardziej właśnie w Święta. Pustka, której nigdy nie zdoła wypełnić, zdawała się krzyczeć. Pogrążona w rozmyślaniach, jedynie potęgowała ten efekt. Była pogodzona ze sobą, ale jakaś jej część jaźni chciała się zbuntować, wykrzyczeć na zewnątrz, jak bardzo nie odpowiada jej taki stan. Ale inne świadomości ją uciszały, zagłuszały. Co najbardziej martwiło Rogue, to niemal stuprocentowa pewność, że ta zbuntowana jaźń była jej własną.
Odświętnie ubrana zeszła do salonu, gdzie najmłodsze dzieciaki kończyły już nakrywanie do stołu. W kuchni Jean wraz ze Scottem wykładali na półmiski wykwintne jedzenie zamówione specjalnie na tę okazję w firmie cateringowej. Amara, Rahne i Kitty pochłonięte były rozmową, Kurt szukał odpowiedniej muzyki, przerzucając kolejne płyty. Rogue stanęła w drzwiach i obserwowała wypełniony ludźmi salon, szukając kogoś, do kogo mogłaby się przyłączyć. Jej spojrzenie zatrzymało się na samotnie siedzącej przy samej choince osobie. Uśmiechnęła się lekko i przysiadła się, przez chwilę nic nie mówiąc, tylko obserwując bajecznie przystrojone drzewko. Nie chciała się przyznać, ale widok niedokładnie sklejonych łańcuchów z papieru kolorowego, wykonanych przez młodszych uczniów Instytutu, podobał jej się bardziej niż te wszystkie modne drzewka z ascetyczną precyzją przyozdobione jednokolorowymi bombkami. Tutaj – na wysokim, rozłożystym świerku – było wszystko. Pieczołowicie sklejone zawieszki, wycinane z bibuły łańcuchy, posrebrzane szyszki, nawet ręcznie malowane bombki. Na jednej z nich była zaśnieżona dolina z niewielkim, drewnianym domkiem, na innej – stos prezentów, a na jeszcze innej, wiszącej tuż przed oczami Rogue – dwa gołąbki na tle granatowego nieba.
- Dlaczego gołębie? – spytała głośno siedzącego obok niej Piotra. Wiedziała, że to on je namalował. Zresztą, już wszyscy w Instytucie wiedzieli o jego wielkim talencie malarskim, który Piotr z niebywałą wręcz skromnością umniejszał.
- To coś, co oznacza pokój – odpowiedział. – Chciałem przypomnieć o tym, do czego dążymy – dodał, szukając na twarzy Rogue zrozumienia dla swoich intencji. Dziewczyna pokiwała głową.
- Górnolotne – powiedziała po chwili, czując przykry ucisk w sercu. Po tym, czego się dowiedzieli o programie Sentinel i Friends of Humanity ciężko było jej uwierzyć, że czeka ich pokój. Jeśli nawet, to będzie on okupiony ofiarami. Ty to umiesz w klimat Świąt, Rogue – pomyślała ze złością, szybko szukając innego tematu. – Jak spędzacie Święta w Rosji? – zapytała, spoglądając na Piotra. Twarz chłopaka rozjaśnił uśmiech.
- Wiesz, co mi się najbardziej kojarzy z Bożym Narodzeniem?
- Choinka? Śnieg? Last Christmas puszczane na każdej stacji, o każdej porze? – strzeliła.
- Pobrudzone ręce – odpowiedział radośnie, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
- Okeeeeej, tego nie łapię – odparła bez przekonania. Piotr zmarszczył czoło.
- Co chcesz złapać? Podać ci coś? – zapytał zbity z tropu.
- Nie, nie – roześmiała się serdecznie. – To takie określenie, ze czegoś nie rozumiem. Czemu brudne ręce kojarzą Ci się ze Świętami? – doprecyzowała, przeczesując włosy.
- Przez cały rok miałem ręce brudne od ziemi – zaczął. – Pomagałem na polu i w obejściu. Ale w Boże Narodzenie moje ręce też nie były czyste – kontynuował, patrząc na swoje dłonie wielkości bochenków chleba. – Gdy mama gotowała kutię, moje ręce były całe w miodzie, bo go wciąż podjadałem. Mama mnie przeganiała, ale ja i tak znajdowałem sposób, by go trochę zjeść – zachichotał. – Moje ręce były też całe w igłach z choinki, bo to ja ją przynosiłem z lasu. A potem były brudne od ołówka i farb, bo w Święta miałem czas, by malować… - Piotr przerwał, zapatrzony w swoje dłonie zdawał się nie zwracać uwagi na Rogue. – Zawsze malowałem Illyankę, moją siostrę.
- Nie wiedziałam, że masz rodzeństwo – odpowiedziała skrępowana. Piotr mieszkał tu już kilka miesięcy, a mimo to nigdy nie znalazła czasu, by dłużej z nim porozmawiać. Było jej teraz z tego powodu głupio, ale chłopak wydawał się nie zwracać na to uwagi.
- Miałem starszego brata, Michaiła – przyznał. – Ale teraz została mi tylko młodsza siostra, Illyana. Bardzo zdolna dziewczyna – powiedział z dumą. – Chciałbym, żeby tu była ze mną.
- A czemu nie sprowadzisz tutaj swojej rodziny?
- Illyanka jest jeszcze za mała. Poza tym rodzice się nie zgadzają na opuszczenie Rosji. – Piotr westchnął, wpatrując się przy tym w choinkę. Rogue czuła, jak dobry humor go opuszcza.
- Ale zaraz ich wszystkich zobaczysz – powiedziała z entuzjazmem, próbując przywrócić uśmiech na jego twarzy. Spojrzał na nią jasnymi, błękitnymi oczami i pokiwał głową.
- Tak, zaraz ich wszystkich zobaczę – przytaknął cicho.
- Hej, Rogue! – dał się słyszeć głos Tabithy. Rogue uśmiechnęła się do Piotra.
- Zaraz wrócę – obiecała i ruszyła w kierunku Tabby.
- Roguey, Roguey – zaczęła Tabitha, na co Rogue przewróciła jedynie oczami. Nienawidziła tego przezwiska. – Mam coś dla ciebie! – Wyciągnęła zza siebie papierową torebkę i wręczyła ją Rogue.
- Och, rękawiczki, co za niespodzianka – stwierdziła bez emocji Rogue, wyciągając z opakowania parę aksamitnych, ciemnoróżowych rękawiczek. – Trafiłaś totalnie w mój gust – dodała tym samym tonem, zastanawiając się, co podkusiło jej koleżanką do wyboru tak tandetnej pary. Tabitha, mimo woli, się roześmiała.
- Żarciki, Roguey! – wykrzyknęła blondynka, poklepując Rogue przyjaźnie po plecach. – Tak serio to mam dla ciebie nowiutką Metallicę – powiedziała już ciszej i nie wiadomo skąd wyciągnęła płytę cd i dorzuciła do torebki, w której były rękawiczki. – Jest totalnie spoko – zrecenzowała merytorycznie krążek.
- Dzięki – odrzekła z, tym razem już szczerym, uśmiechem Rogue. – Też mam coś dla ciebie, ale upominek podłożyłam pod choinką – wyjaśniła.
- Spoko, zaraz się przepcham przez tłum dzieciaków i ogarnę – odparła, patrząc przez ramię na skupisko młodszych uczniów zgromadzonych przy drzewku. – No, to jak spędzasz Święta?
- Och, jak zwykle – odparła Rogue, wzruszając ramionami. – Pewnie kupię trochę piwa, a potem poczytam Harlequiny.
Tabitha, zgodnie z oczekiwaniem, wybuchła śmiechem.
- Och, Roguey, Roguey…
- Nie nazywaj mnie tak – przerwała jej, przewracając oczami.
- …ty to masz poczucie humoru – zakończyła wypowiedź Tabitha, po raz kolejny poklepując Rogue po plecach. – Dobra, idę zobaczyć, co mi kupiłaś – dodała, ruszając w kierunku rozłożystej choinki. Rogue westchnęła z ulgą i już miała ruszać w kierunku Piotra, który nadal siedział sam, gdy zaczepiła ją Kitty.
- Ten, totalnie się cieszę, że są już Święta. Próbowałaś tych pralin orzechowych? Hej, Jamie! Jamie, to bolało! – wykrzyknęła Kitty tuż po tym, jak przefazowała przez pędzącego Jamiego, który gonił jakiegoś innego dzieciaka.
- Jak mogło cię to boleć, skoro przefazowałaś przez niego? – spytała Rogue, marszcząc czoło.
- To nie o to chodzi, Rogue. To mogło mnie zaboleć – odrzekła nieco poirytowana Kitty, wciąż rzucając gniewne spojrzenia w kierunku ganiających się chłopców. Jamie właśnie w tamtym momencie się rozdwoił i już dwóch Jamiech goniło niewysokiego blondyna z najmłodszej grupy. – Ach, mam coś dla ciebie! – Kitty wykrzyknęła i wyciągnęła z kieszeni niewielkie zawiniątko. Rogue sięgnęła po nie i z zainteresowaniem rozwiązała wstążkę. Zerknęła na Kitty, która z niecierpliwością czekała na jej reakcję. W środku znajdował się wisiorek w kształcie litery „X" zawieszony na srebrnym łańcuszku. Rogue uśmiechnęła się na jego widok.
- Żebyś ten, nigdy nie zapomniała, że jesteś częścią naszej wielkiej, nieco patologicznej rodzinki.
- Kitty, dziękuję – odparła z wdzięcznością Rogue, przekładając w palcach delikatny łańcuszek. – Też mam coś dla ciebie. I dla Lance'a w sumie również. Sprawdź pod choinką, okej?
- Jasne, biegnę! – zawołała Kitty i przefazowała przez grupkę uczniów wprost w kierunku choinki. Rogue z uśmiechem obserwowała, jak jej współlokatorka otwiera pudełko z zestawem filmów do obejrzenia w ramach „Lanceday".
- Pomóc ci założyć, cherie? – usłyszała za sobą miękki głos Cajuna.
- Nie będziesz nic na mnie zakładał – odparła, nawet nie obdarzając spojrzeniem Gambita.
- Remy też ma taką nadzieję – odrzekł z wyczuwalnym w głosie uśmiechem. – Zdecydowanie woli rozbierać, niż ubierać.
- Jesteś…
Remy nie dowiedział się tego dnia, jaki jest według Rogue, gdyż głos zabrał profesor. Zaprosił wszystkich do stołu i cierpliwie czekał, aż jego podopieczni zajmą miejsca. Z uprzejmym, dobrotliwym uśmiechem obserwował uczniów i gdy wreszcie nastała cisza, odchrząknął i zaczął mówić.
- Za nami kolejny rok wspólnej nauki, poznawania siebie nawzajem i siebie samych, nierzadko wyczerpujących misji i walk, których skutki widzimy po dziś dzień. Uratowaliście świat przed Apocalypso oraz jego poplecznikami, rozpoczęliście ważną dyskusję o roli mutantów w społeczeństwie, a także pomyślnie przeszliście przez egzaminy letnie i z powodzeniem kontynuujecie naukę w trybie domowym. Zwłaszcza to ostatnie wzbudza mój podziw, gdyż nie spodziewałem się aż tak dobrych rezultatów. – Wśród zgromadzonych przeszedł pomruk zadowolenia i uprzejmych uśmiechów. – Nasze grono się powiększyło i śmiem twierdzić, że udało nam się całkiem nieźle zintegrować. Pokrzepiające jest dla mnie to, że wspólnie wierzymy w te same ideały. Cieszę się, że to wy stoicie za mną. Ufam wam w zupełności i wiem, że przyszłość jest w dobrych rękach – zakończył, patrząc po zebranych z dumą w oczach. – Wszystkiego dobrego, moi kochani – dodał.
Następny ranek był najbardziej chaotycznym dniem od wielu miesięcy. Niemal wszyscy pogrążeni byli w amoku związanym z pospiesznym pakowaniem połączonym z zagryzaniem śniadania. Z gwarnej kuchni uczniowie rozlewali się powoli do obszernego holu, w którym stały już ich walizki i torby, a pod Instytut miały niedługo podjechać taksówki odwożące podróżnych na lotnisko.
Rogue siedziała w kącie kuchni, leniwie popijając kawę i z neutralną miną obserwowała rozgardiasz. Normalnie poziom jej irytacji przekroczyłby już wszelkie normy, ale doskonale sobie zdawała sprawę z tego, że za kilkanaście-kilkadziesiąt minut cały Instytut opustoszeje i pogrąży się w wyczekiwanej ciszy. Zostanie tylko ona i profesor Xavier.
- Rogue – usłyszała dochodzący z holu głos Kitty – pomożesz mi?
- Idę – odparła i niespiesznie wstała od stołu. Jej współlokatorka z trudem próbowała zasunąć ogromnych rozmiarów walizkę.
- Usiądź, a ja spróbuję to jakoś zamknąć – powiedziała, siłując się z suwakiem. Rogue posłusznie usiadła, jedną nogą dociskając wieko walizki. – Chciałam tylko dorzucić kilka rzeczy na wszelki wypadek…
- Kitty, na ile dni jedziesz do siebie? – spytała ostrożnie, obserwując, jak z wnętrza walizy wydostają się niezliczone ilości ubrań.
- Wracam trzeciego dnia Chanuka – odparła przez zęby, ciągnąć z całej siły suwak. – Rodzice pozwolili mi przyjechać na Sylwestra do Nowego Jorku.
- I na tych kilka dni potrzebujesz aż tylu rzeczy? – Rogue uniosła brew.
- Rogue – Kitty uniosła głowę i spojrzała z dezaprobatą na współlokatorkę – wolę przemęczyć się teraz, ale być przygotowana na każdą okoliczność, niż potem żałować, że ten, czegoś nie wzięłam.
- Ja nic nie mówię. – Rogue uniosła ręce w obronnym geście. Kitty tymczasem dosunęła z trudem suwak walizki i przysiadła obok.
- Wiesz, że mogłabyś jechać ze mną? – przypomniała, sięgając ręką po zimowe buty. Rogue dostała to zaproszenie na wiele miesięcy przed Świętami i choć już wtedy wiedziała, że z niego nie skorzysta, to odwlekała jednoznaczną deklarację aż do ostatnich dni.
- Wiem, Kitty. Ale pomyśl – Rogue pochyliła się – ja. Pusty Instytut. Cichy Instytut. Tylko ja i konsola na pięćdziesięcioczterocalowym telewizorze.
Kitty westchnęła i przewróciła oczami.
- Gdzie w tym magia Świąt, Rogue? – spytała, kręcąc głową.
- Dokładnie tam, gdzie cisza w tym miejscu. Czyli tam, gdzie was nie ma – odparła z uśmiechem Rogue i podniosła się z walizki. – Baw się dobrze, Kitty – dodała już poważniejszym tonem i wbrew sobie objęła lekko współlokatorkę.
- Jakby coś się działo, to wiesz, co masz robić – powiedziała Kitty, narzucając na siebie puchową kurtkę.
- Nie zawracać ci głowy? – odparła ze śmiechem.
- Następnym razem jedziesz ze mną na Święta, Roguey – pogroziła palcem i chwyciła za walizkę.
- Nie nazywaj mnie tak – niemal automatycznie odparła, obserwując, jak dziewczyna idzie w kierunku drzwi wyjściowych.
- Baw się dobrze, Rogue!
- Będę! – odparła, odprowadzając Kitty aż na werandę. – Ty też się baw dobrze, Kitty. Wesołego Chanuka!
Kitty wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu i poprowadziła walizkę do wielkiego vana, który podjechał już pod same schody. Rogue pomachała jej na pożegnanie, gdy dziewczyna wsiadała do samochodu. Już miała wracać do środka, gdy obok niej pojawił się Kurt z rozchodzącym się zapachem siarki po teleportacji. Był już gotowy do odjazdu, ubrany w kurtkę i czapkę z wielkim pomponem.
- Rogue – zaczął. – Po pierwsze, życzę ci spokojnych Świąt – Rogue uśmiechnęła się do niego i już chciała coś powiedzieć, kiedy jej brat powstrzymał ją gestem. – Po drugie, mam do ciebie prośbę.
- Jaką prośbę? – zapytała łagodnie.
- Rogue, wiem, że… Pewnie nie zechcesz… Ale to dla mnie ważne…
- No powiedz to wreszcie! – ponagliła go z uśmiechem Rogue.
Kurt wręczył jej kopertę. Rogue spojrzała na nią pytająco.
- Chciałbym, żebyś wysłała to naszej matce – wydusił wreszcie Kurt. Wyraz twarzy Rogue momentalnie się zmienił. Uśmiech zniknął, na czole pojawiła się zmarszczka.
- Zwariowałeś?! Co to niby jest?! – Nie czekając na odpowiedź, wyciągnęła z koperty kiczowatą kartkę świąteczną z Mikołajem i choinką. – Po tym wszystkim, co nam zrobiła, chcesz jej wysłać życzenia?! – syknęła oburzona. – Jak tak bardzo chcesz, to sam jej to przekaż, nie mieszaj w to mnie!
- Rogue… Rogue, posłuchaj mnie – Kurt położył dłoń na jej ramieniu. Rogue wzdrygnęła się. Zbyt dużo kontaktu fizycznego jak na jeden poranek. – Proszę cię, wyślij to w moim imieniu na adres, pod którym mieszkałaś z Mystique i Irene. Ja nie wiedziałem, jak jej to przekazać… Gdybym wiedział, nie mieszałbym cię do tego.
- Kurt, ale po tym wszystkim…
- Tak, po tym wszystkim pragnę wysłać jej kartkę z życzeniami – przerwał jej Kurt. – Nie potrafię chować w sobie zemsty, Rogue. To moja matka. Nasza matka. Proszę cię tylko o wpisanie adresu, Rogue. O nic więcej.
Rogue patrzyła to na kartkę, to na swojego brata. Nie potrafiła znaleźć słów, które w jasny sposób przekazałyby mu, jak głupi był to pomysł. Mystique to najbardziej egoistyczna i okrutna osoba, z jaką Rogue miała do czynienia. Zachodziła w głowę, dlaczego Kurt tego nie dostrzega i na siłę wyszukuje w swojej matce oznak człowieczeństwa. Nie potrafiła jednak odmówić temu błagalnemu spojrzeniu, mimo że gdyby sama miałaby coś wysłać do Raven, byłby to najprawdopodobniej worek cykuty.
- No dobrze – odpowiedziała po dłuższej chwili. – Wyślę w twoim imieniu te życzenia. Ale nie wiem, czy jeszcze pod tamtym adresem ktoś mieszka…
- Rogue – ponownie jej przerwał Kurt. – Dziękuję.
Tymi słowami pożegnał się nią i pobiegł do taksówki, która czekała już tylko na niego. Rogue chciała jeszcze coś powiedzieć, krzyknąć, ale machnęła tylko ręką i wróciła do rezydencji. Raz jeszcze zerknęła przez ramię na odjeżdżających uczniów, gdy jej wzrok przykuło coś małego i burego. Między przykrytymi śniegiem krzewami tuż obok schodów, przechadzał się chudy, chudziutki kot. Wydawał się nie zwracać uwagi na to, że wokół było pełno ludzi, przeciągnął się jedynie i zniknął z pola widzenia. Rogue uniosła brew, zastanawiając się nad czymś głęboko. Po chwili wahania weszła do rezydencji i zamknąwszy za sobą drzwi, oparła się o nie plecami.
Było cicho.
Wcześniej nie przeszkadzały jej hałas, zgiełk, głośne rozmowy i śmiechy. Nawet nie zwracała na nie uwagi. Teraz, kiedy ich zabrakło, rezydencja wydawała się nieprawdopodobnie cicha i opuszczona. Rogue z cichym westchnięciem wdrapała się po schodach do swojego pokoju.
Równo zaścielone łóżko Kitty, żadnych chrupek leżących na jej biurku, rozrzuconych skarpetek czy choćby kubka po herbacie. Nic.
Rogue usiadła przy swoim stoliku. Otworzyła karnet z życzeniami od Kurta. Nieco chwiejnym pismem, niezbyt schludnym, napisał kilka słów.
Raven, życzę Ci, by czas przyjścia Jezusa Chrystusa przyniósł Ci spokój duszy, radość i nadzieję.
Kurt
Rogue nie miała pojęcia, że Kurt jest wierzący. Nigdy o tym nie rozmawiali, zresztą, jej brat nigdy nie zachowywał się jak katolik. To znaczy był uprzejmy, troskliwy, miał dobre serce, ale nie wyróżniało go to spośród setek innych dobrych, ale niewierzących ludzi.
Wzruszyła ramionami i wypisała na kopercie adres Mystique, pod którym mieszkała z nią przez kilka ostatnich lat. Włożyła do niej kartkę i już miała zaklejać, gdy poczuła nagły impuls. Wyciągnęła karnecik, rzuciła okiem raz jeszcze na życzenia i sięgnęła po długopis.
- Będę tego żałowała – mruknęła do siebie, gdy dopisała swoje imię pod życzeniami od Kurta.
Kilkadziesiąt minut później pojechała do centrum miasta – na szczęście profesor wyjątkowo się zgodził, by odbyła te podróż samotnie – i wysłała życzenia. Pewnie dotrą dopiero po Nowym Roku, ale chyba Kurtowi nie robiło to różnicy. Zrobiła też dla siebie drobne zakupy, które miały jej pozwolić przetrwać samotne Święta.
Po powrocie do Instytutu wzięła długą kąpiel. Kąpiel, nie prysznic. Długi prysznic to przy tym igraszka. Dwie godziny spędzone w gorącej, pachnącej pianie, ze słuchawkami od iPoda w uszach oraz aromatycznymi świeczkami. Ktokolwiek wszedłby teraz do łazienki, padłby nieprzytomny pod wpływem mieszanki zapachów, która kłębiła się w niewielkim pomieszczeniu.
Po wyjściu z kąpieli ubrała się w krótką piżamę – wszak nikomu w Instytucie nie zagrażała, więc mogła sobie na to pozwolić – oraz wyciągnęła zza łóżka płócienną torbę wypełnioną puszkami piwa. Otworzyła jedną, uśmiechnęła się na dźwięk uwalnianego gazu i upiła łyk.
Ho, ho, ho, czas na Święta – pomyślała Rogue odpalając na laptopie pierwszą część Resident Evil.
Dzień Bożego Narodzenia zaczął się dla Rogue około dziesiątej. Otworzyła oczy, przeciągnęła się i na przekór swoim wszystkim nawykom dotyczącym wstawania – uśmiechnęła się. Pierwszy Dzień Świąt, pierwszy dzień spokoju od całej zgrai nabuzowanych hormonami i napędzanych cukrem dzieciaków. Pierwszy dzień spokoju od obowiązków, treningów, sesji w Danger Roomie. Pierwszy dzień spokoju od psychicznego Cajuna. Rozciągnęła usta w jeszcze większym uśmiechu i pełna energii wstała z łóżka, nie kłopocząc się ścieleniem. Rozejrzała się leniwie po pokoju – kilka puszek leżało w nieładzie koło łóżka, laptop – wciąż otwarty – był na podłodze, na stoliku nocnym walała się otwarta paczka chipsów. Rogue wzruszyła ramionami i nadal uśmiechnięta podeszła do okna. Puszysty biały śnieg powoli spadał na patio i ogród przy Instytucie. Drzewa pokryły się białymi czapami, a trawnik wyglądał jak plaża pełna wydm – tyle że białych. Rogue nienawidziła zimy.
- Białe gówno – mruknęła do siebie, ale wciąż się uśmiechała. Powolnym krokiem, bez pośpiechu, poszła do łazienki. Gorący prysznic tylko spotęgował to beztroskie uczucie słodkiego lenistwa. Z mokrymi włosami i pachnąca orzeźwiającą, kwiatową mieszanką, ubrała się w luźne dresowe spodnie i czarny, obcisły top. Po namyśle stwierdziła, że nie ma potrzeby zakrywania ciała – praktycznie nie było nikogo, na kogo mogłaby niespodziewanie wpaść i nieumyślnie dotknąć.
I wtedy to poczuła.
Papryka. Cebula. Może czosnek? Skądś znała ten zapach. Cokolwiek by to nie było, wwierciło się w jej żołądek. Do tej pory nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo była głodna. Po chwili namysłu wyszła z pokoju. Zapach nasilił się, jakby próbując wpłynąć na receptory węchowe Rogue, by wreszcie rozpoznała, co tak pachnie.
Schodząc po schodach, słyszała muzykę dochodzącą z kuchni. Nie była w stanie rozpoznać, co to za wykonawca, ba, nawet do rodzaju muzyki nie była pewna. Trąbki, saksofon, trochę perkusji. I mocny, szorstki głos wokalisty. Jazz?
Niepewnym krokiem weszła do kuchni i oparła się o futrynę. Tuż przy kuchence stał tyłem do niej wysoki mężczyzna, który nucąc pod nosem coś kroił. Błękitna koszula opinała mięśnie, a dość długie brązowe kosmyki delikatnie podwijały się tuż przy kołnierzyku. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że to nie kto inny, tylko Gambit. Co on tutaj robił? Czyż nie miał również wyjechać na Święta? Rogue nie mogła sobie przypomnieć.
- Frank Sinatra, cherie – powiedział głośno, a Rogue aż dygnęła, zastanawiając się przy tym, jakim cudem ją usłyszał.
- Rogue, miło mi – odparła, wchodząc do środka. Gambit zachichotał i pokręcił głową, ale wciąż się nie odwrócił. Usiadła przy stole i obserwowała, jak przygotowuje posiłek. Szybkie, zdecydowane ruchy sprawiały wrażenie profesjonalizmu na miarę szefa kuchni. Wrzucił pokrojone warzywa do garnka i zamieszał energicznie.
- Jesteś głodna, cherie? – spytał, odwracając się wreszcie. Rogue uniosła brwi ze zdziwienia.
- Szalenie męskie ubranie – stwierdziła po dłuższej chwili. Miał na sobie różowy fartuszek z falbaną, wyraźnie na niego za mały i karykaturalnie wręcz opinający jego szeroką klatkę piersiową. – Kitty wie, że chodzisz w jej ciuchach?
- Na pewno nie miałaby nic przeciwko – odpowiedział ze spokojem i zerknął do garnka, w którym coś się gotowało. – Cherie wie, co za chwilę będzie jadła? – spytał z błyskiem w oku, wycierając ręce w kuchenną ściereczkę.
- Ależ nic nie będę jadła, bo nie jestem głodna, szczurze bagienny – odrzekła z nonszalancją, wzruszając ramionami. – Ale gdybym miała zgadywać, to pewnie byłaby to jambalaya – dodała, krzyżując ramiona i wygodnie opierając się na krześle.
- Oui – przytaknął Remy, dosiadając się do stołu. Wyglądał jak z jakiejś reklamy Hugo Bossa albo tych absurdalnie drogich kosmetyków, których niewielki słoiczek był wart tyle, co jej roczne kieszonkowe. Włosy – lśniące i gęste – okalały mu twarz, a grzywka wpadała w czarno-czerwone oczy. Kilkudniowy zarost dodawał mu nonszalancji, a błękitna koszula – z pewnością celowo niezapięta na dwa górne guziki – nieprzyzwoicie wręcz opinała się na ciele. Siedział tak naprzeciw niej, podpierając się nadgarstkiem i uśmiechał się jak głupek.
- Typowo bożonarodzeniowe danie, nieprawdaż? – odpowiedziała, bezwiednie pochylając się w jego kierunku o kilka milimetrów.
- Remy zgadza się w całej rozciągłości – odparł, zupełnie ignorując sarkazm Rogue.
- Oho, znowu trzecia osoba – mruknęła do siebie Rogue, wzdychając i kręcąc głową z dezaprobatą. – Twoje ego jest tak wielkie…
- Adekwatne do mojej bogatej osobowości, cherie.
- …że robi mi się tu aż ciasno – dokończyła Rogue.
- Gdzie ci się robi ciasno, cherie? – spytał szybko Gambit, a widząc rumieniec na jej twarzy wybuchnął śmiechem.
- Głupi jesteś – mruknęła tylko, pochylając głowę tak, aby kosmyki zasłaniały piekące policzki.
Gambit już otwierał usta, by odpowiedzieć, ale w garnku zaczęło się coś przypalać. Szybko wstał, zamieszał w nim drewnianą łyżką, doprawił przyprawami i spróbował. Pokiwał głową z zadowoleniem i sięgnął po dwa talerze.
- Ja nie jestem głodna, Cajunie – przypomniała Rogue, ale Remy to zignorował i nałożył jej solidną porcję najlepszego dania Nowego Orleanu. Usiadł z powrotem do stołu, podając dziewczynie talerz oraz widelec. Przez chwilę jedli w milczeniu, a Remy z rozbawieniem obserwował, jak bardzo Rogue stara się pokazać, że nie jest głodna.
- I jak ci smakuje, cherie? – spytał uprzejmie, choć nie musiał, doskonale wiedział, że to smakuje perfekcyjnie. Nie bez powodu Tante Mattie pozwoliła jemu, jako jedynemu z rodziny, pomagać przy gotowaniu.
- To jest fatalne. Okropne. Beznadziejne – odparła Rogue między kolejnymi kęsami.
- Nałożyć ci jeszcze? – dopytał lekko, na co dziewczyna prychnęła.
- Sama sobie nałożę – odpowiedziała i wstała napełnić talerz. Wyciągając co lepsze kąski z garnka, spojrzała przelotnie na Remy'ego. – Co ty tu w ogóle robisz?
- Remy tu mieszka. Mniej więcej od miesiąca, jakbyś tego nie zauważyła, cherie – odparł, opierając się wygodnie na krześle i obserwując Rogue, która już zdążyła wrócić z talerzem po brzegi wypełnionym jego popisowym daniem. – Lubię, kiedy kobiety dużo jedzą – oznajmił. Rogue przeszyła go groźnym spojrzeniem, ale nie odwrócił wzroku. Zamiast tego uśmiechnął się szerzej, odsunął na bok talerz i oparł rękoma o stół i lekko pochylił się ku niej.
- Spadaj – odparła. – Jeszcze rosnę, potrzebuję jeść – dodała na swoją obronę, choć już z nieco mniejszą pewnością siebie.
- Oui, Remy tego nie neguje. Nie traktuj tego jak atak, cherie – odpowiedział, podnosząc w akcie obrony ręce. – Remy po prostu cieszy się, że ci smakuje, cherie.
- Tego nie powiedziałam – odparła nieco zbita z tropu i zmusiła się do eleganckiego, powolnego jedzenia małych kęsów. Starała się przy tym nie patrzeć w kierunku Remy'ego, więc zawiesiła wzrok na tym, co się działo za oknem. Śnieg nadal beztrosko prószył, więc poza przebijającymi przez białe czapy nagimi konarami drzew, nie było nic widać. Mimo to było to lepsze, niż próba walki na spojrzenia z nawiedzonym Cajunem.
- Bien sur – odpowiedział miękko Remy. Oparł się na łokciu i z leniwym uśmiechem obserwował Rogue. Dziewczyna nie zdążyła jeszcze nałożyć całego swojego makijażu, który bezlitośnie zakrywał całą jej twarz. Dlatego Remy starał się wchłonąć jak najwięcej szczegółów, takich jak kilka drobnych piegów na policzkach, czy koralowe usta dopełniające jasną, ale wcale nie aż tak bladą cerę. Lekko wilgotne kosmyki leciutko kręciły się wokół długiej szyi i łagodnie opadały na obojczyki. Nie była zakryta jak zwykle od stóp do głów, dlatego z lekkim westchnieniem skonstatował pięknie wyrysowany dekolt, szczupłe ramiona i… jasne, mlecznobiałe dłonie, zawsze ukryte w rękawiczkach. Zastanawiał się, czy naprawdę konieczne są aż takie środki bezpieczeństwa? Wszyscy doskonale wiedzą, jakie właściwości ma mutacja Rogue, więc po co aż tak ją ograniczać? Wpędzają ją tylko w chroniczny lęk przed swoimi mocami, zamiast je uwypuklić i oswoić.
- Na co się gapisz, szczurze błotny? – Jej niski, wibrujący głos wybił go z rozmyślań.
- Na ciebie, cherie – odpowiedział wprost. – Remy rzadko cię widzi taką… naturalną.
Rogue utkwiła w nim groźne spojrzenie.
- Co masz na myśli?
- Wyglądasz dzisiaj dużo lepiej niż na co dzień – odparł po namyśle. – Wypoczęta, bez makijażu i tych niezliczonych warstw ubrań…
Remy przerwał, czując za pomocą swojej wyostrzonej empatii, że nastrój Rogue zmienił się diametralnie. Nonszalancja i pewna kontrolowana beztroska została zastąpiona strachem, gniewem i ledwie powstrzymywanym wstydem.
- To wszystko przez ciebie – odparła Rogue, a Remy niemalże nie zauważył lekkiego drżenia głosu. Dziewczyna postanowiła wszystko zbagatelizować, ale miał świadomość, jak wiele ją to kosztuje.
- Cherie, co się stało?
- Nie mogę zapominać – wycedziła cicho Rogue, zaciskając dłonie w pięści. Wydawało się, jakby strofowała samą siebie. Zmrużyła powieki, a usta ściągnęła w cienką linię. Nagle otworzyła oczy i spojrzała prosto w Cajuna.
– Miało cię nie być – powiedziała ze złością. Odłożyła widelec i odsunęła talerz, ale nie wstawała do wyjścia.
- Kto tak powiedział?!
- A kto powiedział, że zostajesz?! – odpowiedziała pytaniem na pytanie. – Mogłeś jakoś ostrzec…
- Ostrzec?! – zdziwił się. – Ostrzec przed Remym?!
Rogue mruknęła coś ze złością i wstała od stołu. Remy również się podniósł i ruszył w kierunku dziewczyny, zastanawiając się przy tym, co powiedział nie tak.
- Nawet nie podziękujesz za świetne śniadanie? – zapytał z wyrzutem, idąc tuż za nią po schodach.
- Dziękuję za świetne śniadanie, a teraz idź – odparła, odganiając go ręką. Każdy, absolutnie każdy mieszkaniec Instytutu, widząc taki gest u Rogue, która nie miała rękawiczek, ba! nie miała nawet bluzy, by przykryć nagą skórę, byłby przerażony i w duchu obliczałby, na jak długo straci przytomność, jeśli dziewczyna przypadkowo by go dotknęła. Ale nie Remy. Nie dość, że się nie przestraszył, to jeszcze złapał ją w talii i obrócił do siebie. Dziewczyna była zaskoczona tym niespodziewanym gestem, więc początkowo się poddała temu bez oporu. Dopiero gdy uświadomiła sobie, że stoi na schodach – o stopień wyżej od Remy'ego – a jego ręka delikatnie, choć stanowczo spoczywa na jej talii, postanowiła jakoś zareagować.
- Czy ty jesteś nienormalny?! – spytała zirytowana, próbując się uwolnić z uścisku. Bała się, że przez przypadek dotknie tego imbecyla, a ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę, były jego perwersyjne myśli snujące się po jej umyśle, dlatego nie mogła zbyt gwałtownie się poruszyć. Kto by pomyślał, że Gambit tak doskonale wykorzysta jej największą słabość, jaką jest jej mutacja?
- Oszalałem na twoim punkcie, cherie – odparł, wzruszając ramionami, ale wciąż jej nie puszczał.
- Czego ode mnie chcesz, szczurze błotny? – zapytała zniecierpliwiona.
- Umów się ze mną – odpowiedział krótko. Rogue była tak zszokowana, że dopiero po chwili poczuła, że Gambit już jej nie obejmuje. Mogła puścić się pędem do pokoju, ale zamiast tego stała zdezorientowana na schodach i wpatrywała się w twarz Cajuna. Mówił poważnie. Mimo że jakaś jej część świadomości kazała przewidzieć taki obrót wypadków po tych tygodniach maślanych spojrzeń w jej kierunku, to nie była w stanie sobie tego racjonalnie wytłumaczyć. Mógł mieć każdą, a zabiegał o jedyną kobietę, której nie będzie w stanie posiąść we wszystkich możliwych aspektach. Mało tego, był jej mentorem, do diabła! Co prawda niewiele starszym, ale nadal oficjalnie była jego – w pewnym sensie – uczennicą. Rozsądnie by było, gdyby poczekał do czasu jej graduacji. Cholera, rozsądnie by było, gdyby w ogóle dał jej spokój. Ding, ding, ding – trująca skóra, mówi ci to coś, impertynencie?!
- Umówisz się ze mną, cherie? – Remy powtórzył pytanie równie poważnym tonem co przed chwilą. Rogue, nadal w szoku, skupiła ponownie spojrzenie na Cajunie. Wpatrywał się w nią intensywnie, nawet na chwilę nie spuszczając z niej wzroku. Twarz miał poważną, bez cienia uśmiechu. Patrzył wyczekująco.
- Nie – odparła krótko i odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku swojej sypialni.
- Cherie, dlaczego? – usłyszała tuż za sobą. Sarknęła w myślach, bo miała nadzieję, że Gambit się od niej odczepi, zwłaszcza po tak obcesowej odmowie. Zamiast tego dogonił ją i zrównał krokiem.
- Nie chcę się z tobą umawiać, szczurze błotny – odpowiedziała szorstko i przekroczyła próg pokoju.
- Rogue, przecież… - urwał wypowiedź, gdy zobaczył kilka pustych puszek ustawionych w równym rządku koło łóżka. Rogue podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem.
- O kurwa – wyrwało się jej, zupełnie zapominając o absurdalnym pytaniu Gambita sprzed kilku chwil. Zapomniała posprzątać. Nie sądziła, że ktokolwiek w Instytucie zainteresuje się jej pokojem. Nikogo więcej poza profesorem miało nie być. Głupi Cajun. Przygryzła wargi, obserwując, jak Gambit powolnym krokiem wchodzi do pokoju. Kątem oka spostrzegła leżące na podłodze zapasy piwa. Przełknęła nerwowo ślinę i ostrożnie zbliżyła się do zakazanego obiektu.
- Cherie? – Gambit uniósł pytająco brew i dwoma palcami podniósł jedną z puszek. Rogue starała się dyskretnie naciągnąć koc na torbę z resztą piwa. – Cherie, abstrahując od tego, że nie możesz jeszcze pić alkoholu, możesz mi powiedzieć – Remy spojrzał z nieskrywanym obrzydzeniem na puszkę – czemu wybierasz alkohol tak miernej jakości?
- Co? – Rogue uniosła brwi ze zdziwieniem. Jakby nie patrzeć, mentor właśnie odkrył, że jego podopieczna pije nielegalnie alkohol i krytykuje ją za… słabą znajomość rynku alkoholowego? Rogue rozejrzała się dyskretnie, by upewnić się, że nie jest w ukrytej kamerze i zaraz nie wyskoczy Cilla Black zapowiadając kolejny odcinek „Mamy cię!". – Właśnie nakryłeś mnie na piciu alkoholu i pytasz, dlaczego wybrałam do picia szczyny? – zapytała z uniesioną brwią.
- Nigdy nie byłem dobrym pedagogiem – wzruszył ramionami Remy. – Ale oczywiście masz rację, nie powinnaś pić alkoholu – Remy z pogardą rzucił pustą puszkę na podłogę. Rogue ze strachem obserwowała, jak puszka toczy się wprost na ukrytą przez nią torbę, ale Remy najwidoczniej tego nie zauważył. – Cherie – zaczął po chwili – Remy mógłby teraz pójść do profesora X i opowiedzieć, jak źle prowadzi się nasza najzdolniejsza podopieczna…
Rogue uniosła rękę, by coś powiedzieć, ale w chwili, gdy Remy wspomniał o niej jako „najzdolniejszej podopiecznej" jej dłoń zawisła w powietrzu, a sama Rogue spojrzała na Gambita z wyrazem bezbrzeżnego zdumienia.
- …ale możemy też zawrzeć umowę – kontynuował.
- Naprawdę jesteś tragicznym pedagogiem – odparła Rogue z wciąż uniesioną ręką.
- Tak, jak mówiłem, cherie – Remy posłał jej łobuzerski uśmiech. – To co? Dogadamy się?
Rogue opuściła dłoń i uważnie przyjrzała się Gambitowi. Z niewinnym uśmiechem czekał na jej reakcję.
- Okej – odparła po dłuższej chwili, analizując wszystkie za i przeciw – dogadajmy się.
Zastanawiała się, czy nie lepiej było od razu pójść do Xaviera i przyznać się, że wypiła kilka głupich puszek piwa. Pewnie zrobiłby jej pogadankę, co chwilę rzucając w nią słowami typu „odpowiedzialność", „dojrzałość", „rozsądek", zasądziłby jej jakiś szlaban, dorzucił kilka referatów i treningów w Danger Roomie. I tyle. Zamiast tego bezpiecznego i w gruncie rzeczy przyjaznego rozwiązania, Rogue wolała pójść na układ z pomylonym Cajunem.
Westchnęła po raz kolejny i poprawiła kaptur kurtki. Był wieczór, dzień Bożego Narodzenia. Czekała tuż za bramą Instytutu, osłaniając się od świszczącego wiatru. Szczur bagienny miał się pojawić równo o ósmej, było już kilka minut po. Potrząsnęła głową z dezaprobatą i już miała wracać do Instytutu, gdy usłyszała warkot silnika. Obejrzała się za siebie i dostrzegła światło motoru wyjeżdżającego z garażu rezydencji profesora. Zamrugała kilkakrotnie, gdy Gambit sprawnie zaparkował tuż przed nią i, nie gasząc silnika, poklepał miejsce tuż za nim.
- Nie wsiądę na to, jeśli ty tym kierujesz – stwierdziła Rogue patrząc to na motor, to na Remy'ego.
- Musimy się jakoś dostać na miejsce, a na romantyczny spacer jest nieco za zimno – odparł niewzruszony Gambit.
- Nie możemy wziąć jednego z samochodów? – zasugerowała Rogue, ignorując wzmiankę o romantycznym spacerze.
- Samochody są dla moutte [mięczaków], Remy jeździ tylko tym – odparł z dumą i ponownie wskazał miejsce za nim.
- W takim razie ja prowadzę – oznajmiła, krzyżując ramiona. Remy zerknął na nią, unosząc wysoko brwi, po czym prychnął.
- Non – odparł jedynie.
- Dlaczego nie?!
- To jest motor Remy'ego. Tylko Remy może go prowadzić – odparł stanowczo. – Tylko Remy go rozumie – dodał ciszej.
Tym razem to Rogue uniosła brew.
- Nie zabijesz nas na najbliższym zakręcie? – spytała, starając się ignorować dziwną wzmiankę na temat relacji motor Remy'ego – Remy. Naprawdę nie chciała wiedzieć.
- Jak możesz posądzać tego biednego Cajuna o niebezpieczną jazdę?! – zapytał z udawanym oburzeniem. Rogue wywróciła jedynie oczami i podeszła do motoru. Nałożyła kask, po czym usadowiła się na niewielkim skrawku siedzenia tuż za Gambitem, pilnując przy tym, by nawet nie tknąć Cajuna nawet skrawkiem kurtki.
Remy ledwo powstrzymując się od śmiechu odwrócił się do niej.
- Wiesz, tu są takie specjalne pasy bezpieczeństwa, byś nie spadła – odparł poważnym tonem.
Rogue zerknęła na siedzenie.
- Niby gdzie? – spytała zbita z tropu.
- Céans [Tutaj] – odrzekł Remy i chwycił obie jej ręce i położył je sobie na biodrach. – Teraz są luźno założone i możesz spaść – wytłumaczył, po czym, patrząc przez ramię na zszokowaną Rogue, oplótł się jej rękoma ciaśniej, tak, że poczuł jej oddech na karku. – A tak są zapięte poprawnie.
Rogue nie zdążyła nic powiedzieć, pisnęła jedynie, gdy silnik zawył i oboje ruszyli przed siebie. O ile na początku jej uścisk był niewielki i wręcz nieśmiały, to wraz ze wzrostem prędkości musiała się bardziej przytulić do Gambita. Jakkolwiek jej się to nie podobało, to był jedyny sposób, by czuć się bezpiecznie na motorze i nie marznąć.
Z każdym przejechanym kilometrem rozluźniała się coraz bardziej, nie czuła skrępowania, czy – do tej pory zawsze jej towarzyszącego – strachu przed swoją mocą. Wtuliła się mocniej w ciepłe ciało Gambita i dała się ponieść pędowi wiatru. Jechali bardzo szybko, ale z precyzją mijali nieliczne samochody, które jechały w tym samym kierunku. Uliczne lampy zlewały się w jedną smugę światła. Rogue mimowolnie uśmiechnęła się do siebie i przymknęła oczy. To nie były wcale takie złe Święta.
Jechali przez opustoszały Nowy Jork. Balkony oplatały girlandy świątecznych lampek rzucając na ulicę kolorową mozaikę świetlną. Gdzieniegdzie widać było kursujące taksówki i spieszących do domu ludzi. Zazwyczaj tętniąca życiem dzielnica zamieniła się w spokojne i ciche miejsce, którego spokój zakłócał głośny warkot silnika. Remy zaparkował swój motor w ciemnym, niewielkim zaułku i poprowadził Rogue przez gąszcz wieżowców.
Dotarli do bodajże najbardziej romantycznego miejsca o tej porze roku w Nowym Jorku. Choinka przy Rockefeller Center na Manhattanie miała kilkanaście metrów wysokości i ozdobiona była mnóstwem kolorowych światełek utrzymanych w tonacji purpurowo-czerwonej. Na szczycie rozbłysnęła gwiazda z kryształów Swarovskiego. Drzewko górowało nad lodowiskiem, na którym zazwyczaj swoich sił próbowało mnóstwo ludzi, dzisiaj było tam zaledwie kilka osób sunących spokojnie na łyżwach.
- Ale to nie jest randka, Cajunie! – powiedziała ostrzegawczo Rogue, dając się przy tym prowadzić Gambitowi.
- Oui – przytaknął. – Na randkę zabiorę cię gdzie indziej – dodał, uśmiechając się przez ramię. Rogue przewróciła oczami.
- Nakrywasz mnie na piciu alkoholu i za karę zabierasz mnie na Manhattan? – roześmiała się Rogue zmieniając temat, gdy zajęli jedną z ławek umieszczoną po drugiej stronie choinki, tak, że drzewko mieli centralnie przed sobą. Rogue pilnowała, by odległość między nią a Gambitem wynosiła co najmniej dwadzieścia centymetrów, a kiedy już zadbała o tę logistyczną część, utkwiła spojrzenie w rozświetlonej choince. – Naprawdę, nie to, że ty nie masz talentu pedagogicznego. Ty w ogóle nie powinieneś pracować z dzieciakami.
- Cóż mogę rzec? – zapytał retorycznie Remy, również patrząc na najsłynniejsze nowojorskie drzewko. – Profesor Xavier nie chciał uwierzyć, gdy Remy mówił mu to samo i wepchnął mu grupę najmłodszych dzieciaków.
- Szczerze mówiąc wciąż nie wiem, dlaczego Xavier zgodził się na to, byś się do nas przyłączył – zamyśliła się Rogue. Remy zerknął na nią kątem oka.
- Jest to jakiś problem dla ciebie? – zapytał nieco zbity z tropu. – To, że wcześniej pracowałem dla Pana Wiadro?
Rogue zachichotała, gdy usłyszała nieznany dla niej dotąd przydomek potężnego władcy magnetyzmu.
- Nie – odparła po krótkiej chwili wciąż patrząc na choinkę. – Sama przez jakiś czas pracowałam dla Mystique i profesor mimo to dał mi szansę – zerknęła z ukosa na przyglądającego się jej Gambita. – No ale ja nikogo nie porywałam – dodała, mrużąc złośliwie oczy.
- Och, jedno porwanie się zdarzyło, a naskoczyłaś na Remy'ego jakby co najmniej kradł ludzi raz w tygodniu – Remy wywrócił oczami i szybko zerknął na Rogue, by sprawdzić jej reakcję. Punkt dla niego, wciąż się uśmiechała.
- Wystarczy, że co najmniej raz w tygodniu kradniesz cudze portfele, LeBeau – odrzekła i wróciła do obserwacji ludzi jeżdżących na łyżwach.
- Cherie, czuję się zupełnie niedoceniony – odparł zbolałym tonem. – Raz w tygodniu to ja pozbywam się tuzina portfeli, które zdążyłem ukraść.
Rogue spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
- LeBeau – wydukała jedynie.
- No już dobrze, cherie, żartowałem oczywiście – mrugnął do niej i posłał łobuzerski uśmiech. Rogue po chwili namysłu zdecydowała się nie kontynuować tematu. Wiedziała, że nie żartował.
- Długo tu będziemy? Robi się trochę zimno – podciągnęła kolana do brody i objęła je ramionami.
- Właśnie dlatego Remy poprosił cię, byś ciepło się ubrała, cherie – zaczął. – Manhattan to dopiero początek naszego wieczoru.
- Ubrałam się ciepło – żachnęła się Rogue. – Tutaj, w Nowym Jorku, ciągle marznę bez względu na porę roku. W Mississippi jest zawsze ciepło.
- Mississipi, huh? I to ty mnie nazywasz „szczurem błotnym", szczurze rzeczny? – Remy zerknął na Rogue z ukosa.
- Szczur błotny idealnie opisuje twoją aparycję, Cajunie – odparła.
- Czuję się dotknięty – odrzekł urażonym tonem Remy.
- Chciałbyś – zripostowała Rogue, po czym wstała z ławki. – To co, gdzie dalej?
Oboje podeszli do jednej z bogatszych kamienic leżących tuż przy Central Parku. Remy wystukał na klawiaturze domofonu kod i otworzył na oścież drzwi. Zaprosił gestem Rogue, a gdy ta go minęła, błyskawicznie znalazł się tuż obok niej, prawą ręką obejmując ją w talii.
- Zabierz tę łapę, Gambit – mruknęła, ale gdy Remy nie zareagował, sama musiała ściągnąć jego dłoń. – Przypominam, że to nie jest randka.
- Oczywiście – przytaknął. – Gdyby była, to byśmy byli w zupełnie innym miejscu, cherie.
- A gdzie idziemy? – Gambit prowadził ją szerokim korytarzem wprost do windy.
- Do mojego starego mieszkania – odpowiedział. Drzwi windy zamknęły się za nimi cichym kliknięciem i po chwili jechali już w górę. Rogue zamarła.
- Pamiętasz o tym, że jednym dotknięciem mogę cię obezwładnić? – przypomniała ostrożnie, krzyżując ręce na piersi. Nie to, że czuła się niepewnie. Doskonale sobie zdawała sprawę z tego, że Gambit nie zrobi niczego, na co sama by mu nie pozwoliła. A najlepsze – o ironio! – jest to, że nawet jakby chciała mu na cokolwiek pozwolić, to i tak nie mogła, bo skończyłoby się to co najmniej jedną nieprzytomną osobą. Pozostało jej więc jechać w górę i udawać, że intensywne spojrzenie Gambita, które przewiercało ją na wskroś, wcale jej nie przeszkadzało w tym absurdalnie ciasnym miejscu.
- Oui – przytaknął, wciąż nie spuszczając z niej wzroku. – Nawet nie wiesz, jak bardzo to na mnie działa, cherie – dodał ciszej. Już chciała zaprotestować, gdy otworzyły się drzwi windy. Przeszli przez całą długość korytarza aż do ostatnich drzwi. Gambit otworzył je – wyjątkowo używając przy tym klucza, a nie wytrycha – i pozwolił Rogue wejść pierwszej wprost do przestronnego salonu. Mimo że nie świeciła się tu ani jedna żarówka, wpadające przez ogromne okna światła miasta pozwalały się zorientować, że byli w jednym z tych nowoczesnych, modnych loftów.
- Rozgość się, cherie – usłyszała za sobą. Gambit zapalił kilka ściennych kinkietów, które nienachalnie rozświetliły przestrzeń. Rogue powoli zeszła po kilku niewysokich schodkach wprost na środek salonu. Podłoga z czarnych, ogromnych płyt marmurowych stanowiła ogromny kontrast dla skórzanej, białej sofy i stolika kawowego. Zerknęła w bok – w niewielkim aneksie kuchennym stał właśnie Gambit i szukał czegoś w szafkach. Po drugiej stronie znajdowało się dwoje zamkniętych drzwi. Ale Rogue nie była zainteresowana, co jest po drugiej stronie. Podeszła do okna, za którym rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok. Podziwiała wyjątkowy obraz, który powstał z rozświetlonego Nowego Jorku. Dostrzegała pojedynczych ludzi spacerujących po Central Parku, słyszała syreny pogotowia, stłumione śpiewy kolęd. Wszystko to nakładało się na jedną melodię, rozbrzmiewającą w głowie jedynie ludzi z przedmieść, którzy nie byli przyzwyczajeni do gwaru wielkiego miasta, tętniącego życiem nawet w nocy.
Nie odrywając wzroku od widoku za oknem, rozsunęła suwak i ściągnęła kurtkę. Rzuciła ją na stojący obok szezlong. Kto w ogóle kupuje coś tak absurdalnego jak szezlong? – przemknęło jej przez myśl. Ludzie, którzy rozważają w ogóle zakup takich mebli, prowadzą życie zupełnie inne od tego, w jakim jej przyszło żyć. Nagle wszystkie problemy, z jakimi musiała się mierzyć, wydawały jej się odległe jak miniony sen. Stała tutaj, oparta o obity białą skórą szezlong i wpatrywała się w ciemną plamę Central Parku. Na chwilę mogła zapomnieć, kim była, z kim walczyła i co ją miało czekać. Czas jakby stanął w miejscu.
Dotknęła ręką szyby.
Na oko było to dziesiąte piętro, górujące nad innymi budynkami. Byli na samym szczycie wieżowca.
- Cherie?
Drgnęła na dźwięk głosu Gambita. Odwróciła się do niego. W dłoni trzymał dwa kieliszki i butelkę wina. Nogą przysunął stolik pod samo okno i postawił na nim alkohol, po czym przesunął kanapę tak, aby można było z niej oglądać panoramę Nowego Jorku.
- Jesteś nienormalny – żachnęła się, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu. Usiadła obok niego i poczekała, aż naleje jej wina.
- Skąd taka niedorzeczna myśl, cherie? – spytał i stuknął się z nią kieliszkami.
- Powodów jest tak dużo, że nie wiem, od czego zacząć – odparła, kręcąc palcami nóżką kieliszka.
- Traktuję to jako komplement. – Remy uśmiechnął się i upił łyk wina.
- Ty wszystko traktujesz jako komplement – odparła, wywracając oczami. – Nakrywasz mnie na piciu i zamiast wydać mnie profesorowi, to ciągniesz mnie do swojego hipsterskiego lokum na Manhattanie i częstujesz winem, którego wartość jest pewnie wyższa niż całe moje zeszłoroczne wydatki. Doskonale wiesz, że mój dotyk jest zabójczy, a i tak pakujesz język w moje usta. Masz fantastyczne, przestronne mieszkanie, a i tak wolisz żyć w ciasnym pokoju Instytutu z kupą nabuzowanych hormonami dzieciaków, gdzie prywatność jest tylko pustym pojęciem. – Odwróciła wzrok od okna i spojrzała na Cajuna. – Jesteś. Kompletnie. Nienormalny. – Dokończyła, patrząc prosto w jego oczy.
- Czego nie zrobi ten biedny Cajun, by się umówić – powiedział z westchnieniem, wzruszając ramionami.
- Och przestań, to nie jest randka – ucięła, wracając do obserwowania widoku za oknem.
- Tak często to powtarzasz, że Remy zaczyna mieć wrażenie, że musisz sobie o tym wręcz przypominać – odparł z niewinnym uśmiechem.
- Zaraz Remy wyląduje na ulicy dziesięć pięter stąd.
- Dwanaście – poprawił.
- Masz mieszkanie na dwunastym piętrze apartamentowca w samym sercu Manhattanu – zaczęła, marszcząc brwi. – A mimo to mieszkasz na dalekim zadupiu Nowego Jorku w warunkach, które nawet w jednej dziesiątej nie odpowiadają temu mieszkaniu. Wyjaśnisz mi, dlaczego? – Spojrzała na niego przenikliwym wzrokiem. Siedział zaledwie kilkanaście centymetrów od niej, wygodnie oparty o sam róg kanapy i obserwował ją znad kieliszka wina.
- Wyjaśnię – zaczął, zmieniając pozycję i pochylił się ku niej. Rogue mimowolnie zaczerpnęła powietrza. – Jeśli i ty wyjaśnisz mi kilka rzeczy.
- Czyli zabrałeś mnie tutaj tylko po to, by wyciągnąć ze mnie jakieś informacje? – zapytała ostrożnie. Nawet na chwilę nie spuszczali z siebie wzroku.
- Tylko od ciebie zależy, co będziemy tutaj robić – odparł, patrząc jej prosto w oczy – cherie.
Nie miała pojęcia, w co pogrywał. Siedział tuż obok niej, jedną rękę opierał na kanapie, a w drugiej trzymał kieliszek z winem. Wyglądał jak jeden z modeli Toma Forda, mimo że był ubrany w zwykłą koszulę i jeszcze zwyklejsze dżinsy. Każdy kosmyk włosów wydawał się być misternie ułożony przez stylistę, choć jedyne, co z nimi zrobił, to leniwie przeczesał po wyjściu z windy. I spędzał ten czas z nią – złą na cały świat nastolatką, ubraną w stare rurki i za luźny wełniany sweter. To wszystko wydawało się jej czymś tak niemożliwym, że aż niedorzecznym. Dlaczego z nią? W jakim celu? Z jakiego powodu zabrał ją tutaj? Co planuje? Po co to wszystko?
- Pytanie za pytanie? – zaproponowała. Gambit uśmiechnął się kącikiem ust.
- Będziemy grać? – zapytał. – Remy uwielbia gry – powiedział ze zbyt dużym, jak na gust Rogue, entuzjazmem.
- Dlaczego mieszkasz w Instytucie, a nie w tym fantastycznym, ogromnym mieszkaniu? – zadała pierwsze pytanie Rogue.
- W Instytucie Remy czuje się bezpieczniej – odparł. Rogue gestem pokazała, by mówił dalej. – Zanim do was trafiłem, pracowałem dla kogoś innego. Powiedzmy, że rozstaliśmy w niezbyt przyjaznych warunkach i wolałem na jakiś czas usunąć się z Nowego Jorku. Gdybym został tutaj, pomimo wszelkich środków bezpieczeństwa mógłbym zostać szybko namierzony. W Bayville to mi nie grozi, zwłaszcza odkąd ulepszyłem wasz system bezpieczeństwa – zakończył z uśmiechem. Upił wina i spojrzał na nią przenikliwie. – Ulubiony kolor?
- Hę?
- Moja kolej. Pytałem, jaki jest twój ulubiony kolor – uprzejmie odpowiedział.
- Zielony – żachnęła się. – Dlaczego wróciłeś z Nowego Orleanu?
- Burzliwe sprawy rodzinne – odparł od niechcenia. – Nie mogę wrócić do domu. Wygnano mnie.
- Och. – Nie wiedziała, co powiedzieć. Nie sądziła, że związane jest to z jego rodziną, a akurat ta kwestia wydawała jej się na tyle osobistą, że nie chciała dopytywać.
- Ulubiona piosenka?
- Sometimes I Feel Like Screaming od Deep Purple. Czemu się do nas przyłączyłeś?
- Bo macie fajne laski w zespole – odparł ze śmiechem. Rogue trąciła go łokciem. – Profesor Xavier co jakiś czas ponawiał swoją propozycję przyłączenia się do was, aż wreszcie trafił na moment, w którym szukałem czegoś bezpiecznego na dłuższy czas.
- Tak po prostu? Nie czujesz, że to nielojalne wobec Magneto?
Remy spojrzał na nią z politowaniem.
- Jest pewna różnica w tym, jakie relacje łączyły mnie z Magnusem, a jakie łączą teraz z Xavierem – zaczął. – Magneto mnie najął. Do profesora się przyłączyłem – dopowiedział i dopił resztkę wina.
- Czyli nie zostawisz nas, gdy pojawi się ktoś bogatszy? Wpływowy? Potężniejszy? – zapytała, ostrożnie dobierając słowa.
Remy uśmiechnął się nieznacznie, odstawił pusty kieliszek i spojrzał Rogue prosto w oczy. Nie odwróciła wzroku.
- Nie – rzekł po chwili milczenia, po czym dolał sobie i Rogue więcej wina. – Jak trafiłaś pod skrzydła Mystique? I proszę o obszerną odpowiedź, tak jak ja przed chwilą otworzyłem przed tobą swoje serce i duszę – dodał na poły poważnym, na poły żartobliwym tonem.
- Po pierwszej manifestacji mocy moja ciotka, która mnie wychowywała, kazała mi się wynosić z domu. Błąkałam się po bagnach Mississipi przez kilka dni, aż znalazła mnie Raven. Przygarnęła mnie pod swój dach i wspólnie z Destiny zaczęła mnie, nazwijmy to, wychowywać. Zdaje się, że miałam zostać maszyną bojową dla Magneto. Ale, no cóż, nie wyszło. – Rogue wzruszyła ramionami. Gambit obserwował ją spod zmrużonych powiek przez dłuższą chwilę.
- Czyli mało brakowało, a byśmy spotkali się po tej samej stronie? – zapytał, kącik ust drgał mu nieznacznie.
- No nie wiem, czy tak mało – skrzywiła się. – Nie lubię być marionetką i chcę sama decydować o swoim życiu. U Magneto to raczej rzadka praktyka, czyż nie?
- To jest twoje pytanie?
- Nie musisz odpowiadać. Było retoryczne. Oboje doskonale wiemy, że Magneto pozbawiony jest jakichkolwiek skrupułów i instynktów moralnych. Do tego jest tragicznym rodzicem, a ktoś wychowany przez Mystique ma prawo do wydawania takich ocen – odpowiedziała nonszalancko, choć Remy wyczuł, że w Rogue wciąż bardzo silny jest gniew skierowany do przybranej matki. Przez chwili wahał się, czy nie zapytać o więcej szczegółów dotyczących życia z terrorystką, ale stwierdził, że przyjdzie jeszcze na to czas. Na pierwszy rzut oka było widać, że to wciąż żywy temat.
- Magneto nie jest jakimś szarlatanem czy szaleńcem – odpowiedział po namyśle. – Jest bardziej zdeterminowany niż Xavier, ale to jedyna różnica między nimi.
Rogue prychnęła z niedowierzaniem.
- Różni ich wizja świata, ale ciężko stwierdzić, która jest tą właściwą – kontynuował niezrażony Gambit. – Tu nie ma podziału na dobrych i złych, cherie.
- Xavier nie chce przemocą zjednywać ludzi. Chce koegzystować na równych warunkach. Magneto chce te warunki dyktować – zauważyła.
- I spójrz, co się dzieje pomimo kryształowych intencji profesora. Sentinels, Friends of Humanity, powszechna nienawiść na tle rasowym – wypunktował i upił wina, bacznie przyglądając się dziewczynie.
- Skoro jesteś za wizją Magneto, to dlaczego przyłączyłeś się do nas? – spytała po dłuższej chwili.
- Cherie, próbuję ci to wytłumaczyć – uśmiechnął się pobłażliwie, jakby wyjaśniał coś mało rozgarniętemu dziecku. – Uważam, że świat nie jest czarno-biały. Nie wierzę w żadną wizję. Chcę po prostu żyć i nie bać się o swoją przyszłość.
- To jest strasznie krótkowzroczne i trochę egoistyczne, nie uważasz?
- Urocza z ciebie idealistka, cherie – odpowiedział z uśmiechem. Rogue pokręciła głową i odwróciła się do okna.
- Ulubiona piosenka? – zapytała po chwili, nie odrywając wzroku od ciemnej plamy Central Parku.
- The House of the Rising Sun – odpowiedział. – Kogo najbardziej nie lubiłaś z ludzi Magneto?
- Pewnie chciałbyś usłyszeć, że ciebie? – spytała ze śmiechem. – Pamiętasz, jak wręczyłeś mi kartę, która miała zaraz wybuchnąć?
- Nawet jej w pełni nie naładowałem – zaczął się bronić, ale uśmiech nie schodził mu z twarzy. – Nic by ci nie zrobiła! Widzisz, jak zauroczyłaś biednego Gambita? – dodał zbolałym tonem.
- Jasne, później zbieraliby mnie do pudełeczka po zapałkach – prychnęła i napiła się wina. – Tak serio, to miałam największy problem z Sabertoothem – dodała po chwili. – Nie potrafiłam przewidzieć jego ruchów. Był zupełnie nieobliczalny, zupełnie jak…
- …zwierzę? – podsunął Gambit, na co ona przytaknęła. – Też za nim nie przepadałem. Zwierzątko domowe Magnusa rządziło się tylko sobie znanymi zasadami. Strach było przebywać z nim w jednym pomieszczeniu.
- A ty? Z kim nie lubiłeś walczyć?
- Oczywiście ty byłaś moją słabością, cherie – odparł z rozbrajającym uśmiechem, powodując rumieniec na zaróżowionej od wina twarzy Rogue.
- Och przestań – żachnęła się.
- Jak wstydliwa mała Roguey – zaczął się droczyć, ale widząc, że na jej twarzy pojawił się grymas zniecierpliwienia, postanowił zmienić temat. – Bez obrazy, cherie, ale nie byliście jakimś dużym wyzwaniem dla tego skromnego Cajuna – odpowiedział tak nonszalancko, że Rogue aż zacmokała z oburzenia. – Taka prawda, cherie. Gdyby łączne IQ ludzi z którymi musiałem pracować, miało trzycyfrowy wynik, bez problemu byśmy was pokonywali. Raz za razem.
- Po pierwsze, to chyba się trochę zagalopowałeś w tych stwierdzeniach – odpowiedziała z wysoko uniesionymi brwiami. – Po drugie, zdecydowanie nie doceniasz Piotra.
- Piotr zdecydowanie zawyżał średnią – przyznał. – Ale mimo wszystko, cherie, byliście totalnie niezgraną grupą dzieciaków, która pojęcie „dyscypliny" widziała w broszurkach prywatnych szkół. Niestety trafiłem na równie nierozgarniętych członków zespołu i wyszło jak wyszło. Gdyby nie to, to kiedyś pisano by o nas książki.
- Och, już widzę te tytuły – prychnęła. – „Zaburzenia psychiatryczne na przykładach". „Jak NIE walczyć o władzę nad światem". „Mutanci – antyprzykłady"?
- Niesamowici Acolytes – powiedział dobitnie. – Albo Niepokonani Acolytes. Wspaniali Acolytes. Waleczni Acolytes – wymieniał, wyciągając przed siebie rękę, jak gdyby chciał pokazać, jak doskonale te tytuły by się prezentowały.
- Beznadziejni Acolytes – brutalnie zakończyła jego wywód. – Nie mogliście sobie poradzić z bandą… jak to było? Totalnie niezgraną bandą dzieciaków? – powtórzyła ze śmiechem.
- Moja kolej na zadanie pytania – odpowiedział Cajun śmiertelnie poważnym tonem, choć Rogue mogła dostrzec ledwie powstrzymywany uśmiech na jego twarzy. – Co się dokładnie dzieje, gdy kogoś dotkniesz?
- Och. – Momentalnie przestała się śmiać. – Koniec żartów? No cóż… Za każdym razem, gdy kogoś dotykam, przez ułamek sekundy nie dzieje się absolutnie nic – zaczęła, marszcząc przy tym czoło. – Zawsze mam nadzieję, że to będzie ten pierwszy raz, gdy nie dojdzie do absorpcji. Ale i tak za każdym razem przychodzi ten najgorszy moment, który przypomina uderzenie o taflę wody. Nagle atakuje cię tysiąc różnych obrazów, głosów, dźwięków, nawet zapachów. A potem zanurzasz się w nich i próbujesz chwycić się czegoś znajomego, zaczerpnąć oddechu i jakoś zapanować nad falą. Jeśli absorbuję kogoś, kogo dobrze znam lub – jeszcze lepiej – już kiedyś dotknęłam, jest łatwiej. Wiele obrazów jest znajomych. Gorzej, gdy dotykam kogoś pierwszy raz. Wtedy już pierwsze sekundy są jak kubeł lodowatej wody.
- Możesz jakoś zminimalizować te nieprzyjemne skutki? – zapytał ostrożnie. Wchodzili wreszcie w temat, na którym mu najbardziej zależało. Nie chciał jej spłoszyć czy wystraszyć. Musiał być delikatny i jednocześnie bardzo czujny.
- Tak – odpowiedziała bez zastanowienia. – Wystarczy, że nie będę używała mutacji. – Uśmiechnęła się szeroko i sięgnęła po wino. Remy nie odwzajemnił uśmiechu, wciąż obserwował ją i starał się uważnie dobierać słowa.
- Uważasz, że to jest wyjście, cherie?
- Remy, naprawdę nie chcę teraz o tym rozmawiać – jęknęła zrezygnowanym głosem. – Przecież próbuję. Nie musisz mi ciągle… czemu się uśmiechasz?
- Po raz pierwszy powiedziałaś do mnie po imieniu – odpowiedział wciąż uśmiechając się jak głupek.
- No i? – Wzruszyła ramionami, patrząc przy tym na Gambita jak na niespełna rozumu.
- Nasza relacja wchodzi na zupełnie nowy etap, cherie – powiedział z dumą.
- Śnisz chyba. – Machnęła ręką i dopiła wino. Z żalem – nie mogła uzasadnić, skąd to uczucie – zauważyła, że butelka również już została opróżniona.
- To gdzie idziemy na następną randkę, Roguey?
- Nie nazywaj mnie tak – szybko odpowiedziała i sięgnęła po kurtkę. To, że leżała na czymś, co nazywało się szezlong, wzmogło jedynie jej ochotę na atak chichotu.
- Czyli nie zaprzeczasz, że to była randka? – zapytał podchwytliwie, również wstając i zabierając ze stolika butelkę i kieliszki.
- Jesteś strasznie uparty, wiesz? – przewróciła oczami.
- To prawda – przytaknął. – Ale jak widać upór popłaca, cherie. Gdyby nie on, pewnie by nas tutaj nie było, d'accord?
- O czym ty mówisz? – Zmrużyła podejrzliwie oczy. Gambit tymczasem otworzył przed nią drzwi wejściowe.
- Cherie, nie oszukujmy się – odpowiedział – ciężko się do ciebie zbliżyć na tyle, by nie zostać pogryzionym. – Włączył system alarmowy i zamknął drzwi na klucz, zerkając przy tym co jakiś czas w jej kierunku.
- Phi! – żachnęła się. – Odezwała się jednostka przystosowana do życia w społeczeństwie – zripostowała, opierając się o lustro w windzie. Obserwowała, jak Gambit zbliżał się do niej powolnym krokiem, nawet na chwilę nie spuszczając z niej spojrzenia. Nie uśmiechał się. Miał tak nieodgadniony wyraz twarzy, że Rogue przez chwilę poczuła się nieswojo.
- Czyli doskonale do siebie pasujemy, cherie – wychrypiał, zatrzymując się zaledwie kilka centymetrów od niej. Obie ręce zacisnął na metalowym uchwycie pod lustrem, opasając tym samym Rogue. Był niebezpiecznie blisko, a jedynym, na co mogła się odważyć, było nerwowe przygryzienie warg. – Dwoje outsiderów, którym nie jest pisane normalne życie.
Przez długi moment – graniczący z wiecznością – patrzyli na siebie, niezdolni wydusić z siebie ani słowa. Przez głowę Rogue przepływało milion myśli na minutę, ale nawet na jednej nie potrafiła się skupić na tyle, by móc ją zwerbalizować. Z jakiegoś powodu ta cisza wydawała się czymś właściwym w tym momencie.
Dopiero gdy uzmysłowiła sobie, że to był moment, w którym w normalnych warunkach doszłoby do pocałunku, odchrząknęła nerwowo i spojrzała w podłogę. Nagle cisza zaczęła stawać się męcząca i krępująca.
- Być może się mylę, ale szybciej zjedziemy na dół, jeśli wybierzesz parter na panelu windy – wyszeptała, bojąc się skonfrontować spojrzeniem z Remym. Musiał to wyczuć, gdyż puścił uchwyt, o który się opierała i odsunął się na kilka centymetrów.
- Jest w tym jakiś sens – odpowiedział nieswojo, jakby nie wiedział, jak ma się teraz zachować. Winda ruszyła w dół. W milczeniu wyszli z kamienicy i powolnym krokiem skierowali się do pozostawionego motoru. Uparcie unikali swoich spojrzeń, aż do momentu, gdy Gambit chwycił jej dłoń. Zaskoczona, skierowała ku niemu wzrok, ale nie puściła ręki. Przeciwnie – splotła z nim palce i lekko uścisnęła dłoń. Mogła przysiąc, że przez jego twarz przemknął uśmiech, ale teraz miał jedynie lekko uniesione kąciki ust, jakby nie chciał dać po sobie poznać, jak bardzo ucieszył go ten gest.
- Na jak długo wynająłeś to mieszkanie? – zapytała, szukając jakiegoś tematu do rozmowy. Nieszczególnie ją to interesowało, ale czuła potrzebę przerwania tego dziwnego milczenia. Musiała się upewnić, że wciąż mogli normalnie ze sobą rozmawiać, pomimo tego, że ewidentnie coś się między nimi zmieniło.
- Do końca roku – westchnął. – Więc jeśli chcesz jeszcze z Remym… w pustym mieszkaniu… – dodał znaczącym tonem
Obrzuciła go taksującym spojrzeniem.
- …to musisz się spieszyć z następną randką – dokończył z uśmiechem.
- To nie była randka – odparła szybko.
- Ale nie zaprzeczasz, że będzie następna – zauważył chytrze Gambit.
- Remy, jesteś niemożliwy – zaśmiała się, nie kłopocząc się już nawet w negowanie jego stwierdzeń.
- Powiedz to jeszcze raz – poprosił niespodziewanie, że aż spojrzała na niego zaskoczona.
- Remy, jesteś niemożliwy? – powtórzyła niepewnie, obserwując, jak na jego twarzy pojawia się błogi uśmiech.
- Z twoim południowym akcentem moje imię brzmi cholernie seksownie – przyznał bez ogródek, wprawiając tym samym dziewczynę w kompletny stupor.
- Skutecznie przekonałeś mnie, by już tak do ciebie nie mówić – wydukała z siebie po dłuższej chwili.
- Och, Roguey – zaczął proszącym tonem – czyż to nie będzie wspaniały prezent Gwiazdkowy dla tego biednego Cajuna? Nie licząc oczywiście twojego czarującego towarzystwa dzisiejszego wieczoru – dodał od razu. Zbliżali się już do motoru. Remy podał jej kask i oparł się o maszynę, obserwując przy tym Rogue.
- O ile nie będziesz rozpowiadał wszystkim, że twoim zdaniem brzmi to „seksownie" – wywróciła oczami przy tym – to mogę przystać na taką propozycję.
- D'accord – odpowiedział od razu. – To co, cherie? Jesteśmy już przyjaciółmi? Czy konieczna będzie następna randka?
- Chciałbyś, szczurze błotny – mruknęła i założyła kask.
- Bien sûr [oczywiście, że tak] – odparł niezbity z tropu Gambit i zasłonił szybkę w swoim kasku.
- I to nie była randka – dodała głośno Rogue i usiadła na motocyklu tuż za Gambitem.
- Skoro tak uważasz, cherie – usłyszała i już nic nie mówiąc, objęła go mocno w pasie i z piskiem opon ruszyli z powrotem do domu.
Remy, ukryty za czarną szybą kasku, mógł wreszcie rozluźnić wszystkie mięśnie twarzy, które przez cały wieczór zmuszał do trzymania fasonu. Mógł teraz do woli uśmiechać się od ucha do ucha i z niemal dziewiczym rumieńcem wspominać każdą sekundę tego spotkania.
Nigdy nie miał jakichś specjalnych oczekiwań względem Świąt Bożego Narodzenia, nigdy też nie wyczekiwał tego dnia. W Gildii owszem, było to celebrowane z racji gorącej wiary Tante Mattie, ale po tylu latach mieszkania na ulicy Remy nie był już podatny na całą otoczkę tego okresu, szumnie nazywaną przez komercję „magią Świąt". Teraz jednak, gdy jechali przez opustoszały Nowy Jork, czuł że wreszcie spędza ten czas w odpowiedni sposób. W towarzystwie dziewczyny, która w tym właśnie momencie ufnie wtulała się w niego, czuł się spokojny i wyluzowany. Był sobą i nie musiał niczego udawać. Mógł mówić i wiedział, że będzie zrozumiany, ale nie oceniany. Nie czuł się samotny, tak jak, o ironio, w towarzystwie kobiet, z którymi mógł zrobić o wiele więcej niż nią.
Był – chyba mógł użyć tego słowa – szczęśliwy.
I z jakiegoś absurdalnego powodu ta myśl go zaniepokoiła.
Weszli do Instytutu przez garaż. Oboje starali się rozmawiać szeptem, ale co chwilę i tak wybuchał niekontrolowany atak chichotu, nieudolnie powstrzymywany przez jedno z nich, co jedynie wzmagało śmiech. Po omacku dotarli do schodów, gdy nagle cały korytarz rozjaśnił się od naściennych lamp. Rogue mimowolnie zmrużyła powieki i w pierwszej chwili nie rozpoznała osoby, która pojawiła się w drzwiach salonu. Za to doskonale rozpoznała spokojny głos Charlesa Xaviera. Przysłoniła ręką oczy i zatrzymała spojrzenie na profesorze. Po jego wyrazie twarzy ciężko było orzec, czy był wściekły, spokojny, czy głodny. Być może percepcję zaburzał jej płynący w żyłach alkohol, ale mogła dostrzec zmęczenie i niewyspanie. Przełknęła nerwowo ślinę. Musieli być naprawdę głośno od samego zaparkowania w garażu, skoro profesor zdążył w tym czasie obudzić się, nałożyć na siebie szlafrok i znaleźć się na wózku.
Zerknęła na zegar ścienny. Było już grubo po trzeciej w nocy. Nawet nie zauważyła, kiedy upłynął ten czas. Wydawało jej się, że wyszli z mieszkania Remy'ego dużo wcześniej. Wywinęła się z kary za picie alkoholu, ale teraz wpadła jeszcze gorzej: środek nocy, ona po wypiciu wina, na dodatek przyłapana ze swoim mentorem. Cholera – zaklęła w myślach. Xavier rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie. – Kurwa, telepatia, Rogue, ogarnij się – zaklęła po raz drugi, na co profesor jedynie uśmiechnął się kącikiem ust, rzucając przy tym pełne litości spojrzenie. Musiała zapamiętać, że po alkoholu jej blokady telepatyczne mogą się stać trochę nieskuteczne, a będąc lekko wstawioną, jej myśli świeciły jak neon pośród natłoku innych osobowości, zwłaszcza dla takiego telepaty jak profesor.
- Dobry wieczór… czy może już dzień dobry? – przywitał się z nimi jak gdyby nigdy nic. Oboje momentalnie wyprostowali się, co Rogue przypłaciła bolesnym uderzeniem w poręcz schodów. Syknęła cicho z bólu, a Remy ledwie powstrzymał wybuch śmiechu. Obrzuciła go lodowatym spojrzeniem, co jeszcze bardziej wzmogło niekontrolowane wstrząsy blokowanego chichotu.
- Bonsoir – odpowiedział drżącym od śmiechu głosem Gambit, a Rogue wymamrotała nieskładne „dbrywczór".
- Spędziliście ten wieczór w… przyjemnej atmosferze, jak mniemam? – Xavier rzucił badawcze spojrzenie na Rogue, która próbowała stanąć prosto i przybrać swoją standardową, poważną minę. Ewidentnie jej to nie wychodziło. Remy objął ją w pasie i przyciągnął do siebie, dzięki czemu nie musiała już walczyć o utrzymanie równowagi.
- Atmosfera była bardzo przyjemna – przytaknęła, zerkając na Gambita, który za wszelką cenę próbował ukryć uśmiech.
- Przyjazna bardzo – dodał Gambit, na co Rogue parsknęła śmiechem, ale widząc minę profesora, szybko się uspokoiła. A przynajmniej sądziła, że się uspokoiła.
Profesor przeniósł ciężkie spojrzenie z Rogue na Remy'ego.
- Bardzo mnie to… cieszy – powiedział profesor. – Rogue, po Świętach chciałbym zobaczyć twój referat na temat Zimnej Wojny – zwrócił się do dziewczyny. Rogue wydęła wargi i zmarszczyła brwi. – Co najmniej dziesięć stron. I nie ograniczaj się do Wikipedii – dodał. Rogue już miała coś powiedzieć, ale profesor kontynuował. – Remy, czy mógłbym cię prosić na słówko?
- Bien sûr [Oczywiście] – przytaknął z szarmanckim uśmiechem Remy. Schodząc do profesora, zerknął przelotnie na Rogue.
- To nie była randka – powiedziała cicho, patrząc na niego – Remy. – Mimowolnie uśmiechnął się i posłał jej całusa, na co dziewczyna tylko wywróciła spojrzeniem.
- Dobranoc, profesorze – powiedziała głośno, po czym odwróciła się i ruszyła po schodach w górę.
- Co najmniej dziesięć stron, Rogue – odpowiedział Xavier.
Kilka minut później leżała w łóżku i starała się zasnąć, jednak natłok wrażeń powodował, że wciąż miała otwarte oczy i wracała do każdej chwili z tego wieczoru. W myślach powtarzała kolejne zdania wypowiadane przez Gambita i ledwie mogła powstrzymać uśmiech na twarzy. Poczuła się wreszcie atrakcyjną, normalną kobietą, która ma wiele do zaoferowania. Było to ogromna odmiana od tego, co myślała o sobie na co dzień.
I nawet pomimo tego, że na późnym powrocie nakrył ich profesor, nie żałowała ani jednej chwili spędzonej z Remym. Gdzieś w tyle głowy cały czas ostrzegała samą siebie, by być ostrożną wobec niego, ale mimo to uśmiech nie znikał jej z twarzy. W tej chwili liczyło się tylko to, że mogła zapomnieć o swojej mutacji i po raz pierwszy być po prostu kobietą. Pewnie nic z tego i tak nie będzie – pomyślała – ale muszę pamiętać o tym, jak teraz się czuję.
Zasnęła kilka kwadransów później. Tym razem śniła swoje sny, prawdziwie swoje.
