Śnieg sypał swoim powolnym, monotonnym tempem przez kilka dni, a właściwie nocy, bo słońce praktycznie nie przebijało się zza stalowoszarych chmur. Gdy wreszcie niebo mogło odetchnąć, zapanowała cisza i spokój. Była noc Bożego Narodzenia, a w Instytucie Charlesa Xaviera nie paliło się światło w ani jednym pokoju. Posiadłość wydawała się opuszczona od wielu dni, mimo że zaledwie dzień wcześniej było w niej mnóstwo ludzi.

Pełna tarcza księżyca wisiała na czarnym niebie, wyostrzając kontrast między nocą a białym śniegiem.

Kot leżący na balustradzie balkonu leniwie obserwował otoczenie spod wpół przymkniętych powiek. Dopiero gdy z oddali słychać było hałas silnika, otworzył szeroko oczy. Kiedy do głośnych dźwięków doszedł również snop światła, wyprostował się i z gracją zeskoczył z balkonu na dach garażu, a stamtąd wprost na ziemię.

Metalowa brama prowadząca do posiadłości zaskrzypiała, a motor powoli wjechał na podwórze, zatrzymując się tuż przed drzwiami garażu. Kot skrył się w pokrytych śniegiem krzakach i przyparty do ziemi obserwował. Silnik motoru zgasł, a dwójka ludzi niezgrabnie z niego zsiadła. Niższa z postaci potknęła się i omal nie upadłaby, gdyby nie szybka reakcja towarzysza.

- Czyli mówisz, że wino smakowało, cherie? – Mężczyzna zdjął kask i zapytał ze śmiechem. Dziewczyna również ściągnęła kask i odłożyła go na siedzenie. Przeczesała rozczochrane włosy, uśmiechając się szeroko do towarzysza.

- Naaah, to nie wino – odpowiedziała. – Od pierwszej absorpcji Logana mam podwyższoną tolerancję na wszelkie – podkreśliła – nielegalne substancje.

- I chwalisz się tym swojemu mentorowi, cherie? – Uniósł brew. – Twój instynkt samozachowawczy jest na koszmarnym poziomie – prychnął, po czym odwrócił się i otworzył drzwi do garażu. – Może powinnaś kogoś jeszcze… zaabsorbować? Kto by uzupełnił twoje braki w tej niezwykle istotnej dziedzinie? – rzucił przez ramię.

- Nie cwaniakuj, LeBeau – zaśmiała się. – I tak nic nie zrobisz z tą wiedzą, bo jesteś teraz tak samo udupiony jak ja – powiedziała z przekornym uśmiechem. Mężczyzna odwrócił się do niej i przez chwilę obserwował ją spod zmrużonych powiek, nawet na chwilę nie przestając się uśmiechać.

- Myślisz, że ktokolwiek by ci uwierzył, cherie? – zapytał, podchodząc bliżej. – Że twój własny nauczyciel wywiózł cię ze szkoły i pozwolił pić alkohol?

- Teraz, gdy o tym mówisz, wydaje się być to bardzo, ale to bardzo niemoralne – odparła, siląc się na oburzony ton, ale nie potrafiła powstrzymać tańczącego na ustach uśmiechu. – Jestem przekonana, że cała wina spadłaby na ciebie.

- Cóż to za bezlitosne szkalowanie dobrego imienia tego biednego Cajuna – powiedział ze smutkiem w głosie, przykładając rękę do serca w dramatycznym geście. Dziewczyna wywróciła oczami, ale wciąż się uśmiechała. Zaróżowione policzki mocno odcinały się na bladej, zmarzniętej twarzy.

- Dobrego czego? – parsknęła śmiechem, a następnie wyminęła chłopaka i weszła do garażu. – Wracajmy do domu, Remy – dodała, będąc już w środku. Mężczyzna przez chwilę stał nieruchomo, wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed momentem stała dziewczyna. Uśmiechnął się pod nosem, a następnie wprowadził motor do garażu. Metalowe drzwi się zamknęły, a na dworze na powrót zapanowała cisza.

Kot ostrożnie wyszedł z krzaków i pobiegł w kierunku ogrodzenia, zostawiając na śniegu odciśnięte ślady łapek. Był chudziutki, więc bez problemu przecisnął się przez ciasne przęsła i nie zwalniając biegł dalej, aż Instytut znikł mu z oczy. Dopiero wtedy przystanął. Wygiął mocno grzbiet, który stawał się coraz dłuższy, a łapy coraz mniej przypominały kocie kończyny. Futro znikało, zamieniając się w niebieską łuskę, która w ciemności nocy wydawała się być czarna. Po chwili z kota nie został nawet ślad, zamiast niego za to pojawiła się kobieta ubrana w skórzaną kurtkę podbitą kożuchem i wysokie, wojskowe buty.

Wyciągnęła z kieszeni telefon komórkowy i czekając na połączenie, zasłoniła się lepiej kołnierzem kurtki. Mroźne powietrze o wiele bardziej dawało się we znaki w ludzkiej postaci, niż w kociej.

- Oddzwaniam – powiedziała krótko. – Tak, wszystko jest przygotowane. Początek nowego roku będzie początkiem rewolucji.

Przez dłuższą chwilę uważnie słuchała rozmówcy. Usta zacisnęła w podłużną kreskę, a na czole pojawiła się podłużna zmarszczka.

- Wolałabym zostać w Bayv- – zaczęła nerwowo. – Dobrze – powiedziała wreszcie zrezygnowana. – Po balu od razu wyruszę do Kalifornii i się nią zajmę, Ericu.


Otworzyła z uśmiechem oczy. Jeszcze chwilę temu była znowu w Nowym Orleanie wspólnie z Remym. Sen, choć niesamowicie abstrakcyjny, był również przyjemny i pełen pozytywnych emocji. Rogue często śniła o rzeczach złych, makabrycznych, widziała duchy, demony wojny, zgliszcza i rudery. W gruncie rzeczy przyzwyczaiła się do tego, że jej sny są pełne krwi i śmierci, dlatego każda senna wizja, która nie wpasowywała się tę rutynę, była dla niej świętem. Nie mówiąc już o tym, że tym razem śniła coś swojego. Wchłonęła w siebie tyle różnych świadomości, że jej własne wizje były niezwykle rzadkie. Dlatego niechętnie pożegnała się z obrazem Luizjany. Przeciągnęła się i potoczyła spojrzeniem po pustym pokoju. Łóżko Kitty wyglądało dokładnie tak, jak wczoraj – starannie i równo pościelone. Na podłodze znajdowały się tylko rzeczy Rogue. Na dodatek z korytarza nie dochodziły żadne odgłosy. Cisza. Jeszcze tylko kilka dni i wszyscy wrócą do Instytutu i znowu będzie głośno. Rogue westchnęła i przeciągnęła się. Z ulgą zdała sobie sprawę, że nie męczy jej nawet lekki ból głowy po wypiciu wina. Nie była pewna, czy Logan byłby zadowolony wiedząc, na co przydaje się jego moc.

Dopiero po kilku minutach spostrzegła białą kopertę leżącą na jej stoliku nocnym. Rogue nie mogła sobie przypomnieć, czy koperta znajdowała się już tutaj, gdy kładła się po powrocie z Manhattanu.

Rozerwała kopertę i zajrzała do środka. Poza kawałkiem plastiku nie było tam nic więcej. Doskonale wiedziała, co to było i – przede wszystkim – od kogo. Szeroko się uśmiechnęła, gdy zauważyła dorysowaną czarnym pisakiem czapkę świętego Mikołaja na wizerunku króla kier.

Obracała ją w dłoniach przez kilka długich chwil, nim poczuła nagły impuls. To było tak niecodzienne uczucie, że aż zaparło jej dech w piersi. Odpychała wszystkich wokół, trzymała na odległość ręki i nie pozwalała się zbliżyć, nawet za cenę swojego zdrowia psychicznego. Czuła się samotna, opuszczona, ale sądziła, że tak ma być, że tak jest bezpieczniej dla wszystkich. Ale Remy o tym nie wiedział i tak po prostu zaczął burzyć mur, który wokół siebie zbudowała. Z jednej strony Rogue czuła się przez to pozbawiona swojej bezpiecznej muszli, naczelnej wymówki, której używała za każdym razem, gdy sytuacja ją przerastała. Z drugiej strony kiełkowała w niej piękna myśl, że zaczyna czuć się akceptowana. To było tak fantastycznie nowe, że aż nie do uwierzenia.

Rogue, wciąż w piżamie, wyszła z pokoju. W dłoni trzymała kartę. Powolnym krokiem i z bijącym sercem szła w kierunku drzwi do sypialni Gambita umiejscowionej na końcu korytarza na pierwszym piętrze. Nie wiedziała, czemu to robi. Nie miała w głowie planu, co chce mu powiedzieć. Co kilka chwil słyszała w głowie głosik nakazujący jej zawrócić. Starała się nie myśleć, jak on zareaguje na jej nagłą wizytę, po prostu szła przed siebie, odganiając od siebie czarne wizje, w których wychodzi na kompletną idiotkę.

Stanęła pod drzwiami jego sypialni. Próbowała się uspokoić, siłą woli wygonić ten ogromny rumieniec, który – była pewna – zdążył już wypełznąć na twarz. Zaczerpnęła głęboki oddech, podniosła dłoń, by zapukać i zamarła.

- Co ty tu robisz, Rogue – wyszeptała do siebie w panice. Już miała odwrócić się na pięcie i szybko wrócić do swojej sypialni, gdy ten sam impuls, który ją tu przygonił, nakazał natychmiast zapukać do drzwi i stanąć twarzą w twarz z wyzwaniem. Pokonałaś starożytnego arcymutanta – dopingowała się w myślach, czekając aż Remy pojawi się w drzwiach – więc z nim też sobie poradzisz!

Cisza.

Nikt nie odpowiedział.

Zapukała raz jeszcze nieco zniecierpliwiona.

Znów cisza.

Całe napięcie z niej zeszło. Jeszcze przed sekundą miała wrażenie, że bicie jej serca słyszalne jest w całym Instytucie. Teraz, nie wiadomo skąd, pojawiło się uczucie upokorzenia i złości.

Takiego obrotu sytuacji nie przewidziała. Po chwili wahania odwróciła się i zaczęła powoli iść do swojego pokoju. Kilka kroków później gwałtownie się zatrzymała, pokręciła głową z dezaprobatą i zawróciła.

Tym razem nie pukała, tylko od razu weszła do jego pokoju. Spodziewając się, że zastanie go tam pewnie śpiącego – oby miał coś na sobie! – wymyśliła na poczekaniu jakąś wymówkę.

Pokój był dużo mniejszy niż jej sypialnia. Stała tutaj szafa z jasnego drewna, a także komoda, niewielki sekretarzyk, w rogu natomiast prosty fotel obity jasną skórą. Pod oknem, prostopadle do niego, stało jednoosobowe łóżko.
Rogue ze zdziwieniem zauważyła, że łóżko było pościelone. Tak, jakby Remy już dawno zdążył wstać albo… w ogóle się w nim nie kładł.

Pokój nie wyglądał jak sypialnia kogoś, kto mieszkał w Instytucie już od miesiąca. Brakowało tu jakichkolwiek osobistych rzeczy i tylko niedomknięta szafa, z której wystawało kilka ubrań, pozwalała przypuszczać, że ktoś tu czasem przebywał.

Stała przez kilka chwil w pokoju rozglądając się niepewnie i zastanawiając, co dalej. Czyżby profesor Xavier kazał mu się wynieść z Instytutu po ich wczorajszym późnym powrocie? Nonsens. Raz jeszcze omiotła spojrzeniem pomieszczenie i wzruszając ramionami wyszła z pokoju.

Czuła się strasznie głupio, a ogromny stres sprzed kilku chwil wydawał się tak niedorzeczny, że aż krępujący.

Kusiło ją, by pójść do profesora i zapytać, gdzie jest Gambit, ale szybko wyrzuciła to z głowy. I tak po ich wczorajszym późnym powrocie pewnie była na cenzurowanym i nie chciała pogarszać swojej sytuacji. Prędzej czy później Cajun się pojawi i lepiej żeby nie wiedział, że choćby przez chwilę była zmartwiona jego nagłym zniknięciem.

Starając się za wszelką cenę nie myśleć o tym, gdzie jest Remy, spędziła kilka kolejnych dni. Doktor McCoy zdążył już wrócić od rodziny, więc wspólne kolacje z profesorem Xavierem nie były już aż tak dziwne. Sam profesor zachowywał się tak, jakby w ogóle nie było incydentu z późnym powrotem Rogue i Gambita w noc Bożego Narodzenia, a i Rogue niespecjalnie chciała wracać do tego tematu. Miało to jednak swój minus: rozmowy były tak dyplomatyczne, że Rogue bała się zapytać, gdzie znajduje się teraz Remy. Interesujące było to, że doktor McCoy również o to nie pytał, zupełnie jakby doskonale wiedział, co się działo.

Cisza w Instytucie stawała się powoli męcząca i Rogue nie mogła się już doczekać powrotu uczniów. W przeddzień pierwszych powrotów siedziała zawinięta w koc w salonie, z nogami założonymi na stolik kawowy i z miską cheetosów na podołku grała na konsoli. Być może powinna zająć się czymś bardziej wartościowym, tym bardziej że Storm zapowiedziała, że od stycznia zaczną się przygotowania do egzaminu SAT. Być może lepiej by było, gdyby skończyła wreszcie pisać zaległe eseje dla profesora. Być może powinna wreszcie pomedytować i wyciszyć wszystkie świadomości błąkające się w jej głowie. Jednak jakikolwiek wysiłek umysłowy wydawał się jej zbyt dużą torturą w obecnym stanie, poza tym nic tak nie odprężało, jak wykańczanie setek wrogów w Grand Theft Auto. Była na tym tak skupiona, że nie usłyszała skrzypnięcia wejściowych drzwi, ani nawet kroków dochodzących z holu.

- Lubię tę misję – usłyszała za sobą i przestraszona drgnęła. Zapauzowała grę i odwróciła się od telewizora. W drzwiach stał Bobby, nienaturalnie blady i z podkrążonymi oczami.

- Ciebie tutaj jeszcze nie powinno być – zaczęła ostrożnie, dostrzegając, że Bobby nie jest w najlepszej formie.

- Super – mruknął. – Myślałem, że chociaż tutaj jestem mile widziany – powiedział i już miał się odwrócić i wyjść z pokoju, gdy Rogue zaprotestowała.

- Nie, chodziło mi o to, że… Wszystko z tobą w porządku? – spytała, podchodząc do chłopaka. Na twarzy miał kilka zadrapań, a ubranie było przybrudzone błotem. Bobby z milczeniem spuścił wzrok.

- Wyrzucili mnie z domu – powiedział wreszcie, unikając spojrzenia Rogue.

- W Święta?! – zapytała z oburzeniem.

- No tak, bo w każdym innym terminie to byłoby spoko – żachnął się Bobby i wszedł do salonu. Usiadł na kanapie, opierając łokcie o kolana i zwiesił głowę.

- Wiesz, że nie o to mi chodziło. – Rogue po chwili zawahania przysiadła się do niego. Nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć w takiej sytuacji, by w jakiś sposób pocieszyć Bobby'ego, podnieść na duchu lub pomóc w znalezieniu rozwiązania. Postanowiła po prostu słuchać.

- Może źle się wyraziłem. – Bobby podniósł głowę i przeciągnął dłonią po twarzy. Spojrzał wreszcie na Rogue w taki sposób, że dziewczyna poczuła ciarki na plecach. Jego brązowe oczy były przekrwione, jakby nie spał przez wiele godzin lub… płakał. Twarz była nienaturalnie blada, tylko nos miał zaczerwieniony od zimna. Wargi spierzchnięte i popękane. Zaskakujący widok jak na kogoś, kto wracał od rodziny. – Poinformowali mnie o tym w drodze powrotnej od ciotki, gdy wracaliśmy do Long Island. Ojciec stwierdził, że albo zacznę żyć jak człowiek, albo równie dobrze mogę nie wracać do domu.

- Zdefiniuj „żyć jak człowiek" – poprosiła cicho Rogue, marszcząc czoło i wpatrując się z niedowierzaniem w Bobby'ego.

- Przestanę zadawać się z bandą wynaturzeń natury, to o X-Menach – zaczął wymieniać, odginając pierwszy palec – wrócę na stałe do domu – odgiął drugi palec – i zapomnę, że jestem mutantem – odgiął trzeci palec, wpatrując się gdzieś wysoko w górę. Rogue widziała, że do oczu napływały mu łzy. Nie potrafiła mu pomóc. Wszyscy starsi uczniowie zdawali sobie sprawę z tego, jakie nastroje panowały wśród amerykańskiego społeczeństwa. Wiedzieli, że wielu ludzi bało się, czy wręcz nienawidziło ich tylko za to, że urodzili się z czymś, na co nie mieli wpływu. Fakt, że ofiarą takiego myślenia padł ktoś z jej bliskiego otoczenia, na dodatek ze strony własnych rodziców, powodował u niej bolesny ucisk w sercu. Nie potrafiła znaleźć takich słów, które brzmiałyby tu mądrze i w jakiś sposób pocieszyłyby Bobby'ego. Wszystko wydawało się płytkie i nie na miejscu.

- Zapomnieć, że jesteś mutantem? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Przecież to część ciebie. Nie można tego ot tak zapomnieć!

- Powiedz to mojemu ojcu – parsknął Bobby i przetarł oczy wierzchem dłoni. – To znaczy powiedziałem mu – dodał. – Wtedy chciał mnie zostawić gdzieś w drodze do Long Island, ale matka przekonała go, że tak przecież nie można. – Jego głos był coraz bardziej zachrypnięty. – Myślałem, że jest za mną… Ale nie. Po powrocie do domu spakowała moje rzeczy, wystawiła walizkę za drzwi i kazała się wynosić. Czujesz to? Własna matka. – Pochylił się i schował głowę w dłoniach.

- Jeśli cię to pocieszy, to moja matka chciała mnie złożyć w ofierze starożytnemu mutantowi – powiedziała Rogue, siląc się na uśmiech. Bobby prychnął pod nosem. – Ale dlaczego dopiero teraz? Przecież już wcześniej wiedzieli o tym, kim jesteś.

- Ojciec skumał się z jakimś kolesiem, który go napuścił na mnie – odparł zrezygnowany. – Nie wiem, czy to nie jest ta cała organizacja, o której mówiła Kitty. Friends of…

- …Humanity? – dokończyła Rogue. – Pamiętasz, jak nazywał się ten kumpel ojca?

- Gordon? Graydon? – odparł z zawahaniem. – Przepraszam, akurat imię tego sukinsyna nie było dla mnie w tamtej chwili najważniejsze – dodał zniecierpliwiony.

- Przepraszam – powiedziała cicho Rogue i położyła mu dłoń na ramieniu. Bobby westchnął ciężko.

- To ja przepraszam – mruknął. – Zachowuję się w stosunku ciebie jak skończony idiota, a nie jesteś przecież niczemu winna – dodał, odwracając się przodem do Rogue.

- Nie chcę myśleć, jak ja się zachowuję, gdy jestem w złym humorze – próbowała zażartować, ale Bobby tylko uśmiechnął się pod nosem. – Gdybym to ja usłyszała coś takiego od swoich rodziców, to szczerze bym się zastanowiła, czy chcę być częścią takiej rodziny – dodała poważniej.

- To dlatego uciekłaś od swoich biologicznych rodziców? – spytał niespodziewanie Bobby. Rogue otworzyła szeroko oczy.

- Skąd wiesz…? – zapytała po chwili.

- Nie trzeba jakiejś szczególnej inteligencji, by się tego domyślić, Rogue – odparł, patrząc jej prosto w oczy. Przez chwilę nic nie mówiła.

- Sam widzisz – podjęła bez przekonania – że da się z tym żyć.

- To nie jest takie proste… – zaczął, ale Rogue szybko mu przerwała.

- To nie jest proste – przytaknęła stanowczo. – Poza tym być może jest to tylko kryzys, może im przejdzie i cię przeproszą. Być może im wybaczysz, być może nie. Bądź przede wszystkim uczciwy wobec siebie.

Bobby trawił jej słowa, patrząc w najdalszy kąt pokoju. Wydawał się być już spokojniejszy, nieco zdystansowany do wydarzeń, ale nadal dolna warga drgała mu niebezpiecznie, a oczy zachodziły mu łzami. Rogue nigdy nie widziała go w takim stanie – zawszy był wyluzowany, nonszalancki i przesadnie zabawny. Teraz natomiast ledwie trzymał w ryzach swoje emocje, był spięty i na skraju wyczerpania nerwowego. Najgorsze było, że tamten Bobby nieprędko wróci. Tego Rogue była pewna.

- Ja jeszcze nie mogę w to uwierzyć – powiedział cicho. – To jest dla mnie tak bardzo niewiarygodne…

- Pamiętaj, że nie zostałeś z tym sam – odparła. – Jesteśmy z tobą.


Na trzy dni przed Sylwestrem w Instytucie była już cała kadra mentorów prócz Remy'ego – co Rogue zaczynało coraz bardziej irytować, ale za wszelką cenę udawała przed samą sobie, że w ogóle się tym nie interesuje, Piotra, który wciąż przebywał w Rosji, a także Logana. Wszyscy uczniowie, którzy zadeklarowali swój powrót jeszcze w grudniu, zdążyli już pojawić się w Instytucie. Rezydencja na nowo stała się wesołym, głośnym miejscem, co Rogue przywitała z dyskretną ulgą. Wszystko wracało do normy, znowu mogła manifestować, jak bardzo nie lubi ludzi i drażni ją hałas, jak bardzo marzy o ciszy i spoko—

- Rogue? – profesor z uprzejmym uśmiechem powtórzył jej imię. Wszyscy zgromadzeni w sali narad patrzyli na nią, a ona nie wiedziała, o co chodzi.

- Tak? – zapytała, rozglądając się po znajomych twarzach.

- Pytałem, czy zechcesz nam towarzyszyć na balu sylwestrowym senatora Kelly'ego.

Rogue parsknęła śmiechem, obracając pytanie w dobry żart, ale gdy spostrzegła, że tylko ona się śmieje, szybko umilkła.

- Przepraszam. Absurd tego pytania chyba wyłączył moją świadomość – wyjaśniła z niedowierzającym uśmiechem. – Dlaczego ja? I w ogóle dlaczego nas zaprasza?

- Faktycznie, zaproszenie jest bardzo niespodziewane i dotarło do nas dokładnie w Boże Narodzenie – odparł profesor, zwracając się już do całej grupy. – A my skorzystamy z tego zaproszenia i pokażemy się od jak najlepszej strony, by przekonać do siebie, do mutantów, jak najwięcej ludzi, którzy mają wpływy w kongresie. W obecnej sytuacji nasze działania będą dwutorowe: z jednej strony będziemy rozpracowywali organizacje, które chcą zaostrzenia legislacji w kwestii naszej rasy, z drugiej, oficjalną drogą będziemy lobbowali o zaprzestanie takich prac. Bal u senatora Kelly'ego to doskonała okazja ku temu.

- No okej – zgodziła się Rogue, uważnie patrząc na profesora. – Ale do tego chyba lepsi będą Jean i Scott, już nie mówiąc o Ororo czy doktorze McCoyu. Po co tam ja?

- Jean, Scott oraz Ororo też będą obecni. Hank wspaniałomyślnie zgodził się na zostanie w Instytucie i przypilnowanie, by pozostałym uczniom nie stała się krzywda podczas fetowania Nowego Roku – profesorowi zadrgała warga, kiedy wymieniał roześmiane spojrzenia z doktorem McCoyem. – Myślę, że z punktu widzenia naszej sprawy dobrze jest pokazać szerszemu gronu osobę, której zawdzięczamy pokonanie Apocalypso – powiedział już wprost do Rogue.

Profesorze – pomyślała na tyle głośno, by dać sygnał do telepatycznej rozmowy – tam będzie dużo ludzi. Nie wiem, czy to jest najbezpieczniejsza opcja i czy przypadkiem wręcz nie zaszkodzę naszej sprawie.

Będziemy tam również my – usłyszała w swojej głowie bezpieczny głos profesora. – Postaram się, by to wydarzenie obyło się bez nieprzyjemnych incydentów.

Incydentów? – Rogue nieomal nie wykrzyczała tego na głos. – Koncert, na którym nieomal nie straciłam życia i nie zabiłam z tuzina ludzi, w tym naszych ludzi, profesor nazywa incydentem?!

Myślę, że możesz nam zaufać. Nie tylko mnie, ale też reszcie zespołu. Jeśli cokolwiek się stanie, będziemy tuż obok ciebie. Jak zawsze.

Rogue za wszelką cenę starała się nie werbalizować myśli. Siedziała wpatrzona w profesora z zaciśniętymi zębami i odganiała od siebie wszystkie obrazy z tamtego okresu. Znaczące spojrzenia, rozmowy, które milkły, gdy wchodziła do pokoju, przerażenie młodszych dzieciaków. Wszystko to było skutkiem „incydentu" na koncercie. Próbowała wgnieść te wspomnienia pomiędzy głosy innych świadomości, tak, by profesor nie mógł ich odnaleźć. Mimo to usłyszała kolejny telepatyczny przekaz.

Rogue – to nie był profesor. Przeniosła wzrok na Jean. Dziewczyna, choć speszona, wytrzymała jej spojrzenie. Naprawdę…?

Rogue nie pozwoliła jej dokończyć. Zacisnęła dłonie na poręczach krzesła.

- Pieprzeni telepaci – sarknęła cicho, gdzieś w bok siedzenia, po czym podniosła wzrok i spojrzała na profesora, zupełnie ignorując Jean. – Oczywiście profesorze – powiedziała głośno. – Z największą przyjemnością pójdę na bal do senatora Kelly'ego.


Centrum handlowe było przepełnione tłumem ludzi. Wylewali się z każdego sklepu, jakby przez ostatnich kilka miesięcy żyli w odseparowanej od cywilizacji dziczy i wreszcie trafili na przyczółek niczym nieskrępowanego konsumpcjonizmu. Tak, jakby wcale nie robili ogromnych zakupów świątecznych zaledwie półtora tygodnia temu.

Rogue z zaciśniętymi zębami mijała kolejnych klientów, którzy bezpardonowo przeciskali się, wpychali bądź niemal sprzed nosa zabierali jej co ciekawsze sukienki, które wynalazła w stosie wyprzedażowych ciuchów. Miała już dość przy drugim sklepie, ale zarówno Kitty, jak i Jean były niewzruszone i cierpliwie szukały swoich kreacji na ostatni dzień roku – Jean na bal u senatora Kelly'ego, Kitty na imprezę w Instytucie, na której miał pojawić się Lance.

- Wszystko jest strasznie wycięte i odsłaniające ciało – mruknęła Rogue, przeglądając wieszaki w absurdalnie drogim sklepie, którego chyba jedyną zaletą to, że cenami odstraszał większość ludzi. Prócz nich i jednej starszej, wybotoksowanej kobiety po czterdziestce, nie było nikogo.

- Zawsze możemy dokupić długie, operowe rękawiczki – zauważyła Jean, przyglądając się mocno wydekoltowanej sukience w stylu lat dwudziestych. Rogue uniosła brew, zastanawiając się, czy skromna i ułożona Jeannie rzeczywiście odważyłaby się w czymś takim wystąpić przed kimkolwiek, nie mówiąc już o dwóch setkach wysoko postawionych gości senatora Kelly'ego.

- Rękawiczki raczej nie uratują tego – odpowiedziała z przekąsem, pokazując kreację, która w gruncie rzeczy składała się z kilku luźno zszytych pasków.

- Źle się czuję w tym sklepie – wyszeptała Kitty, patrząc kątem oka na znudzoną sprzedawczynię. – Ta sukienka – wskazała na awangardowe, paskowe ubranie – jest więcej warta od wszystkich moich rzeczy, wliczając w to komputer i telefon.

- Naprawdę? – skrzywiła się Rogue, sięgając od razu po metkę. Gdy zobaczyła cenę, otworzyła szeroko oczy i czym prędzej odwiesiła sukienkę. – Co my tu w ogóle robimy? – zapytała napastliwym szeptem.

W kolejnych sklepach ceny były dużo niższe, ale niestety przekładało się to na nieprzebrane liczby klientów. Po ponad trzech godzinach Jean miała już swoją sukienkę – długą, wyciętą na plecach zieloną kreację, która bardzo niepozornie wyglądała na wieszaku, ale na świetnej figurze Jeannie prezentowała się fantastycznie. Kitty wahała się między tiulową spódnicą a obcisłą, sięgającą kolan sukienką. Rogue kupiła skarpetki w Pikachu.

Gdy godzinę później Kitty miała już kompletną kreację, Jean wymusiła na Rogue, by chociaż zaczęła przymierzać jakieś sukienki. Wybrały jeden z największych sklepów i co chwilę przynosiły jej kolejne kreacje. Ku wielkiej rozpaczy Kitty to nie wyglądało jak w filmie „Pretty Women". Nie było szampana, nie było domyślnej obsługi, nie było oszałamiających kreacji. Był za to zaduch, zdeptane ubrania, stos ciuchów w kącie każdej kabiny, podniecone głosy klientek, znudzone ekspedientki. Była wreszcie marudząca Rogue, której nie pasowało absolutnie wszystko: krój, długość, kolor, materiał. Koszmar.

Kitty siedziała na pufie w szerokim korytarzu pełnym przymierzalni i znudzona przeglądała coś w telefonie. Cały czar związany z zakupami prysnął, pewnie dlatego, że była to już piąta godzina chodzenia po sklepach i już nawet nie umiała zliczyć, ile cudownych sukienek odrzuciła Rogue.

- A czemu ta ci nie pasuje? – zapytała, gdy usłyszała znajome marudzenie.

- Nie mogłabym w niej swobodnie chodzić, a o bieganiu już w ogóle nie ma mowy – odparła Rogue przymierzając kolejną kreację w kolorze ciepłego brązu.

- Biegać? Rogue? Powiesz mi, po co chcesz biegać w sukni? – zapytała Kitty. Jej cierpliwość była na wyczerpaniu, ale dzielnie się trzymała.

- To tak na wszelki wypadek – odpowiedziała Rogue. – Nie, ta też odpada. Zbyt duży dekolt – dodała po chwili zdejmując kolejną suknię.

- Masz zamiar ten, biegać na balu sylwestrowym u senatora? – Kitty uniosła pytająco brew, gdy przyniosła naręcze kolejnych ubrań i wręczyła je Rogue.

- Szczerze mówiąc sama nie wiem, co mam zamiar robić na tym balu – odrzekła z westchnieniem Rogue i wysunęła głowę zza kotary wybierając na chybił-trafił jeden z wieszaków. – Bieganie nie wydaje się takie złe.

- To po co się na to wszystko zgadzałaś?

- Usłyszałam wewnętrzny głos nakazujący mi pójść i zmierzyć się z innymi, nie dosłownie oczywiście – odpowiedziała nieco ironicznie Rogue i doszła do wniosku, że aż tak bardzo nie minęła się z prawdą. – Nie wiem, Kitty, co mi odbiło, że się zgodziłam na tą absurdalnie żałosną imprezę w gronie sztywniaków. Bez obrazy dla profesora, oczywiście – dodała, bardziej do siebie niż do Kitty. – A ty już umówiłaś się z Alversem?

- Nie odpisuje – powiedziała cicho, ściągając usta w cienką linię.

- Mam jeszcze kilka modeli. – Pojawiła się Jean z naręczem kilku sukienek, które podała do przymierzalni. Kitty sceptycznie spojrzała na ich kolory: czerwienie, róże i pastele. Jean podchwyciła spojrzenie.

- Wszystkie czarne i szare sukienki już przymierzyła – wyszeptała zniecierpliwiona. – Musimy stąd wyjść z czymkolwiek.

Kitty wzruszyła ramionami. Wiedziała, co za chwilę nastąpi.

- Nie nałożę na siebie różowej sukienki – usłyszały zirytowany głos Rogue dochodzący zza kotary. Kitty spojrzała znacząco na Jean.

- Przynajmniej spróbuj – odpowiedziała Jean z zaskakującą cierpliwością. – Nie znajdziemy w sklepie z normalnymi ubraniami sukni w gotyckim stylu, Rogue – dodała zgryźliwie.

- Myślicie, że profesor by się zgodził, gdybym taką założyła? – Rogue wychyliła się zza kotary. – Bo wiem, gdzie w Nowym Jorku można znaleźć sklep z takimi sukienkami – zamyśliła się. Kitty i Jean wymieniły się przerażonymi spojrzeniami.

- Nie! – wykrzyknęły jednocześnie. Rogue wzruszyła ramionami i zniknęła za kotarą.

- To co z tym Alversem, Kitty? – wróciła do tematu Rogue, a Jean, słysząc dźwięk suwaka, odetchnęła z ulgą.

- Nie odzywa się do mnie. Nie mogę z nim nic ustalić – odpowiedziała, siląc się na obojętność. – Nie mam z nim kontaktu od Świąt.

- Może znowu wpadł w jakieś kłopoty? – zapytała Jean, siadając na wolnej pufie, bezceremonialnie przesuwając leżące tam ubrania.

- Nie sądzę – odpowiedziała Kitty. – Odczytuje wszystkie wiadomości na facebooku i whatsappie. Więc jeśli ma kłopoty, a nie chce mi o nich powiedzieć, to ja już nie wiem, kim ja dla niego jestem – dodała ciszej. Jean posłała jej łagodny, pocieszający uśmiech.

- Czyyyyyli Lance Alvers po raz kolejny zawiódł Kitty Pryde – zaintonowała Rogue, wychodząc z przymierzalni ubrana w ciemnoczerwoną sukienkę sięgającą kolan. Ciężki, aksamitny materiał spływał łagodnie po całym ciele, kołysząc się przy każdym ruchu. Grube ramiączka opadały na ramiona, odsłaniając dekolt wycięty w kształt serca. Tam, gdzie nie było materiału, była gęsto tkana ciemnoróżowa koronka. Wystarczyło dodać rękawiczki i Rogue mogła czuć się bezpiecznie. Całość wydawała się być niemal uszyta na miarę, uwzględniając przy tym ograniczenia narzucone przez mutację. – Powinnaś go już dawno rzucić – dokończyła Rogue.

Dziewczęta jednak nic nie mówiły, wpatrywały się w Rogue z szeroko otwartymi oczami.

- Wydaje mi się, że znalazłyśmy wreszcie sukienkę – powiedziała wreszcie Kitty.

- Nawet nie wiesz, jaką czuję ulgę - dodała Jean, wstając z pufy i podchodząc do Rogue.

Rogue krytycznie spojrzała w lustro i przekrzywiła głowę.

- Myślicie, że profesor pozwoli mi nałożyć do niej glany?


Wysoka brunetka przybierała co chwilę nowe pozy. Z każdym kliknięciem aparatu prężyła się w zupełnie inną stronę, zmieniała mimikę i w jednej chwili zmieniała się z uroczej trzpiotki w kobietę-wampa. Odgarniała długie, czarne włosy, zarzucała nimi, obracała się wokół własnej osi, prezentując przy tym obcisłą, krótką sukienkę ozdobioną frędzlami. Gdy wreszcie fotograf powiedział pełne zadowolenia „Mamy to!", przestała grać. Przeciągnęła się i zeszła z planu. Nie zwracając uwagi na kręcących się w pobliżu ludzi, rozebrała się z prezentowanych ubrań i niedbale odrzuciła je na wieszak. Narzuciła na siebie jedwabny szlafrok, niedbale zawiązała go w pasie i usiadła przed swoim lustrem. Gdy asystentka planu przyniosła jej sok pomarańczowy, skinęła głową i z ulgą zaczęła pić. Od rana była na planie zdjęciowym i mimo że za nią już kilka tysięcy zdjęć, to niestety nie widać było końca dnia. Jej menadżer miał zamiar upchnąć wszystkie pomniejsze zlecenia w jeden dzień tylko po to, by od jutra móc iść na dwudniowy urlop. Jego dziewczyna się tego usilnie domagała i nawet zagroziła zerwaniem, jeśli Jimmy nie zorganizuje choć jednego dnia dla niej, zwłaszcza że Boże Narodzenie spędził z dala od domu, a w Sylwestra czekała go praca. Wcale nie musiał tego mówić na głos, wystarczyło, że wyjątkowo często o tym myślał.

Modelka wstała z krzesełka i zabierając ze stolika papierosy skierowała się do bocznego wyjścia prowadzącego na wewnętrzny oszklony taras. Przez chwilę obserwowała padający na szklany dach śnieg, a potem wyciągnęła z kieszeni szlafroka papierosy. Dopiero teraz zauważyła, że nie wzięła zapalniczki.

- Niech to szlag… - mruknęła i już miała zawracać się do budynku, gdy obok niej pojawił się przystojny szatyn ubrany w brązowy trencz.

- Pomóc, cherie? – zapytał z wyczuwalnym francuskim akcentem.

Dziewczyna po chwili lekkiego szoku odzyskała rezon i uśmiechnęła się kącikami ust.

- No, no, no, kogo ja tu widzę? – odparła i uniosła w górę papierosa, by mężczyzna pomógł jej z odpaleniem. Dotknął go lekko palcem, a końcówka zaczerwieniła się i po chwili dał się poczuć charakterystyczny nikotynowy zapach. – Remy LeBeau tutaj?

- Oui, cherie – odparł Gambit. – Widzę, że już zeszłaś z wybiegu.

- Jestem już na to za stara i za gruba – zaśmiała się kobieta. – Teraz zostało mi tylko pozowanie do kalendarzy i bilboardów reklamujących szampony do włosów.

- Nonsens, cherie – odparł z przekonaniem Remy.

- Na taką odpowiedź liczyłam – uśmiechnęła się zalotnie dziewczyna i strząsnęła popiół do blaszanej popielniczki. – Co cię tu sprowadza? Czyżbyś się stęsknił za mną? – zapytała, wydmuchując dym.

- Oui, cherie – odparł z uśmiechem Remy, opierając się plecami o ścianę. – A to, że dostałem zlecenie, by cię odnaleźć, było niemalże błogosławieństwem dla mojej biednej, stęsknionej duszy – powiedział, posyłając czarujący uśmiech. Dziewczyna pokręciła ze śmiechem głową.

- Chcesz mnie porwać, zabić, czy okraść? – spytała lekkim tonem. – Jeśli tak, to dość niekonwencjonalnie zacząłeś.

- Nic z tych rzeczy, cherie – odparł. – Remy chciał cię gdzieś zaprosić, cherie – dodał tajemniczo.

- I potrzebujesz do tego zlecenia, Cajunie? – roześmiała się. – Dobrze wiedzieć, że potrzebujesz dodatkowej, pieniężnej motywacji, by mnie gdzieś wyciągnąć.

- Na swoją obronę powiem, że mając do wyboru zaproszenie Carol Danvers albo ciebie, bez wahania wybrałem ciebie – odparł Gambit tym samym lekkim tonem.

- Och, od razu czuję się wyjątkowo. – Dziewczyna zgasiła papierosa o klapę kosza na śmieci i spojrzała na Gambita wyczekująco. – To gdzie mnie zapraszasz?

- Remy chciałby zaprosić cię na sztywny, nudny bal sylwestrowy dla ważniaków – zaoferował, pochylając się do dziewczyny i patrząc jej głęboko w oczy.

- Mój ulubiony typ imprezy. – Dziewczyna uniosła brew, nie spuszczając wzroku z czarno-czerwonych oczu Gambita.

- Mam rozumieć, że Betsy się zgadza? – zapytał cicho.

- Żebyś wiedział, że Betsy się zgadza. Ale mam swoją cenę – odparła, wpijając się w jego wargi.