We trójkę zbiegali po marmurowych schodach ratusza. Rogue zdjęła pantofle i, trzymając je w dłoniach, przeskakiwała po kilka stopni naraz. Tuż za nią biegł Remy oraz zdyszany senator Kelly. Dźwięk ich kroków niósł się echem po całej klatce schodowej.
- Tylko proszę zachować spokój – Rogue odwróciła się do senatora. – Nie chcemy, by zorientowała się, że wiemy, kim jest.
- O-Oczywiście – sapnął Kelly.
Tuż przed drzwiami do auli, w której trwała zabawa, Rogue nałożyła pantofle i przeczesała włosy. Wymieniła spojrzenie z Remym i jak gdyby nigdy nic pchnęła wielkie drzwi. Zastali jedynie puste stoliki oraz pozostawione instrumenty. Brakowało nawet obsługi.
- Tam – Remy wskazał na przeszklone drzwi prowadzące na taras. Tuż za nimi stali zagubieni goście i odliczali ostatnie sekundy do północy. Cała trójka szybko udała się w ich kierunku. Gdy otwierali drzwi, pozostały cztery sekundy do Nowego Roku.
Rogue potoczyła wzrokiem po zebranych, którzy odwróceni do niej plecami wpatrywali się w tarczę zegara znajdującego się na wieży po drugiej stronie placu.
Trzy sekundy do Nowego Roku.
Udało jej się dostrzec płomiennie rude włosy Jean. Posłała Gambitowi porozumiewawcze spojrzenie i pobiegła w jej kierunku.
Dwie sekundy do Nowego Roku.
Nim udało jej się przebiec zaledwie parę kroków, usłyszała za sobą wrzask senatora Kelly'ego.
- Znajduje się tutaj groźny mutant! Zachowajcie ostrożność! – wykrzyczał senator w kierunku zebranych. Rogue z bólem musiała przyznać, że głos miał donośny.
Wraz z ostatnim biciem zegara wystrzeliły fajerwerki, a wraz z nimi wybuchła prawdziwa panika.
5 godzin wcześniej
- Scott! Scott! – W korytarzu dzielącym pokoje uczniów dał się słyszeć zaniepokojony głos Jean. – Gdzie jesteś?
Jean wychynęła zza drzwi swojej sypialni. Uśmiechnęła się na widok przystojnego młodzieńca idącego w jej kierunku. Chłopak odwzajemnił uśmiech i spojrzał z zachwytem na rudowłosą kobietę. Jego kobietę. Jean zawsze była piękna. Zniewalająco lśniące włosy w kolorze zachodzącego słońca. Aksamitnie zielone oczy, których spojrzenie onieśmielało i ekscytowało zarazem. I uśmiech. Szczery, dobry uśmiech. A teraz stała tu, przed nim, w obcisłej ciemnozielonej sukni sięgającej ziemi, za to z imponującym rozcięciem sięgającym wysoko ponad kolano. Uwagę skupiała nie tylko jej piękna twarz, ale również smakowity dekolt i kształtne ramiona. Była zjawiskowa. A co najbardziej uwiodło Scotta to fakt, że pięknu zewnętrznemu towarzyszyła równie piękna dusza i szlachetny charakter.
Szczęściarz ze mnie – pomyślał, uśmiechając się do siebie.
- Na co się tak patrzysz? – zapytała Jean, wyrywając go z rozmyślań.
- Na ciebie – odrzekł z błyskiem w oku Scott i założył jej za ucho kosmyk, który wypadł z niedbale związanego kucyka. Uśmiechnął się raz jeszcze i pocałował ją delikatnie w usta.
- Scott – mruknęła Jean, ale nie przerwała pocałunku. – Zawołałam cię, bo chcę, byś pomógł mi wybrać naszyjnik – zaczęła, gdy tylko oderwali od siebie wargi.
- Chcesz, żebym nie był w stanie oderwać wzroku od twojego dekoltu? – zapytał figlarnie Scott, krzyżując ramiona na piersi. Jean w tym czasie wyjęła z drewnianej szkatuły dwie kolie.
- Scott, nie gadaj głupot – żachnęła się dziewczyna, a na jej twarzy rozkwitł rumieniec. – Który wybrać? – Przyłożyła oba naszyjniki do swojej szyi i spojrzała pytająco na Scotta.
- Może ten? – odparł Scott i wyciągnął z kieszeni garnituru niewielkie podłużne pudełeczko. Jean sięgnęła po nie zaskoczona i zerknęła na Scotta. Ten ponaglił ją wzrokiem i dziewczyna zdjęła wieczko. Na aksamitnej poduszeczce znajdował się drobny złoty łańcuszek, na którym wisiał oprawiony w złotą ramkę ciemnozielony kamień.
- Szmaragd…? – wyszeptała Jean, patrząc na naszyjnik.
- Tak. Dostałem to od Alexa, gdy spędzałem u niego Święta. Należał do naszej mamy. Teraz chcę, byś to ty go nosiła, Jean.
- S-Scott, j-ja… nie wiem, co powiedzieć… J-ja nie mogę… - zaczęła się jąkać, wciąż patrząc na naszyjnik.
- Jean – odparł Scott i chwycił ją delikatnie za ramiona. – Kocham cię i chcę, byś to nosiła.
Jean spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się nieśmiało. Po chwili objęła Scotta i wyszeptała mu do ucha:
- Ja ciebie też kocham, Scott.
Rogue z zażenowaniem przewróciła oczami. Wcale nie chciała ich podsłuchiwać. Mogli zamknąć drzwi i wtedy się migdalić. Och, Scott, jaki piękny ten naszyjnik, och, Jean, to ty jesteś piękna, nie, Scott, nie mów tak, och Jean, blablabla – prychnęła lekko Rogue i wróciła do swojego pokoju z sypialni Rahne i Tabithy. Wspólnie z Kitty i Jean kupiły suknię, pończochy (Och, no co ty, Rogue! Rajstopy?! Kto teraz nosi rajstopy?!), nowe rękawiczki, a nawet bieliznę, a zapomniały o czymś tak kluczowym, jak buty. Dopiero awaryjny telefon do Rahne uratował je przed gorączkowymi poszukiwaniami szpilek na kilka godzin przed balem. Rahne na szczęście nosiła ten sam numer obuwia co Rogue i – znowu na szczęście – miała zupełnie inny styl od niej, dzięki czemu Rogue i Kitty mogły przebierać w kilkunastu parach szpilek. Jak to stwierdziła fachowo Kitty, poszły w ten, total look i wybrały wysokie pantofle w kolorze czerwonego wina ze złotą podeszwą.
- Wyluzuj, mają platformę z przodu, więc będziesz mogła w nich chodzić – dodała jej otuchy Kitty.
Rogue zerknęła jedynie z powątpiewaniem na współlokatorkę. Te buty bardziej przypominały broń białą, niż coś, w czym można chodzić.
Teraz, na niewiele ponad godzinę przed balem, stała na środku pokoju ubrana w szlafrok. Na głowie miała wciąż zawinięty ręcznik, a na twarzy ani grama makijażu.
- Jestem w czarnej dupie – pomyślała. Biorąc pod uwagę fakt, że Jean zostały jeszcze do ułożenia włosy, a mimo to zaczęła się szykować już po obiedzie, Rogue czekała ciężka przeprawa.
Czwórka odświętnie ubranych mieszkańców Instytutu czekała w holu przy drzwiach wyjściowych. Mieli wyjechać już kilka minut temu, jednak jedna osoba wciąż potrzebowała czasu.
- Co ona tam robi? – rzuciła w przestrzeń Jean i spojrzała na Ororo. Storm, ubrana w długą, zabudowaną czarną suknię odwzajemniła spojrzenie, ale nie odpowiedziała. Profesor wydawał się nie zdradzać zniecierpliwienia, za to Scott chodził nerwowo w kółko.
- Idę po nią – westchnął w końcu. Sprężystym krokiem doskoczył do schodów, kiedy u ich szczytu pojawiła się Rogue. Jeśli dla takiego efektu musieli czekać, to, Scott musiał przyznać, było warto. Rogue zawsze nosiła się w stylu zbuntowanej gothki, z glanami, skórą i tym podobnymi bzdurami. Czasem podśmiechiwał się wspólnie z Jean z przerysowanego makijażu i pieszczochów na nadgarstkach, ale trzeba przyznać, że Rogue trzymała się konsekwentnie tego stylu. Aż do teraz. Była ubrana w aksamitną, rozkloszowaną suknię w kolorze ciemnego różu sięgającą kolan. Szerokie ramiączka sukienki opadały jej aż na ramiona, odsłaniając przy tym dekolt. Cholera, ona ma piersi – pomyślał zszokowany Scott. – Przepraszam – bąknął w myślach, gdy przypomniał sobie, co potrafi jego dziewczyna. Nagą skórę Rogue miała zakrytą za pomocą transparentnej, gęstej, ciemnej siateczki, a dłonie skrywały rękawiczki z cienkiej skóry w kolorze bardzo zbliżonym do koloru sukni. I, co zauważył Scott z jeszcze większym zaskoczeniem, Rogue miała na sobie szpilki. Najprawdziwsze szpilki.
Dopiero po chwili Scott zdał sobie sprawę, że stoi z otwartą buzią, z jedną ręką uniesioną w kierunku poręczy schodów, a drugą zawieszoną gdzieś w powietrzu. Potrząsnął głową zmieszany i poczekał, aż Rogue zejdzie po schodach.
- Nigdy nie szykowałam się na bal, więc nie sądziłam, że tyle czasu na to schodzi – mruknęła przepraszającym tonem i z pomocą Scotta nałożyła swoją puchową kurtkę, która nijak nie pasowała do jej kreacji.
- Pięknie wyglądasz, Rogue – stwierdził profesor, po czym zwrócił się do Scotta. – Jesteśmy gotowi? Możemy już ruszać?
4 godziny wcześniej
Rogue siedziała oparta na łokciu przy okrągłym stoliku i dłubała widelcem w kawałku mięsa. Obok niej, po prawej, siedział Scott, natomiast dwa krzesła po lewej pozostawały wolne. Dalej siedziała Ororo, obok niej, na wózku, był profesor, a później Jean. Cała czwórka ze smakiem, ale z wyuczoną elegancją i gracją, spożywała pierwszy posiłek podany na najbardziej drętwym melanżu w całym Nowym Jorku. Rogue z zazdrością myślała o Kurcie, Kitty i Bobbym, którzy w tej chwili zaczynali maraton American Horror Story. Bobby pewnie przemycił jakiś alkohol, Kurt zajął się jedzeniem, a Kitty… Kitty im nie przeszkadzała, dzięki czemu cały wieczór wypadnie wyśmienicie. Rogue westchnęła żałośnie i upiła łyk wina. Tyle w tym dobrego, że chociaż dzisiaj profesor nie karze szlabanem za picie alkoholu. Choć, kto wie, może jutro oznajmi, że za każdy kieliszek wina Rogue ma napisać jeden referat? Dziewczyna na chwilę się zawahała zatrzymując wzrok na profesorze, po czym dopiła resztkę wina. Pisanie referatów jest lepsze od siedzenia tu na trzeźwo – pomyślała i w duchu przeklęła dość wysoką odporność na alkohol, którą wchłonęła od Logana. Nie wiedzieć czemu, ta zdolność ostała się na dłużej, niż zazwyczaj to bywało przy absorpcji. Właściwie to nie znikała w ogóle. Oczywiście Rogue nie powiedziała o tym nikomu, a już zwłaszcza profesorowi. Mimo że była to ważna informacja dotycząca jej mutacji, obawiała się reakcji na stwierdzenie „profesorze, zauważyłam, że mogę pić więcej alkoholu niż do tej pory, czy możemy o tym porozmawiać?".
Rogue z wdzięcznością uśmiechnęła się do kelnera, który dolał jej wina. Później ponownie z wdzięcznością pomyślała o Loganie i jego zdolnościach.
Kilka minut później wiele par ruszyło na parkiet, w tym Scott i Jean. Rogue bezwiednie obserwowała, jak wirują przy energicznych nutach wygrywanych przez zespół. Ororo i profesor stali kilka metrów od niej i pogrążeni byli w rozmowie z senatorem Kellym i dwoma innymi mężczyznami, których Rogue kojarzyła z programów informacyjnych. Kelly na pierwszy rzut wydawał się sceptycznie nastawiony do profesora. Stał ze skrzyżowanymi ramionami i patrzył to na Ororo, to na profesora, który teraz z łagodnym uśmiechem coś tłumaczył.
Rogue postanowiła dołączyć do towarzystwa dorosłych, posłuchać z uwagą, o czym rozmawiają, grzecznie odpowiadać i uśmiechać się w odpowiednich momentach. Tak, takie miała na dzisiaj zadanie – być normalną, zwyczajną dziewczyną, której jedynym mankamentem było to, że obezwładniała ludzi dotykiem. I niestety nie była to metafora.
- Dobry wieczór – przywitała się sztywno z senatorem i jego towarzyszami. Kelly rzucił jej przeciągłe spojrzenie.
- Dobry wieczór, Rogue – odpowiedział wreszcie, wciąż uważnie obserwując byłą uczennicę.
- Panowie, to jest moja podopieczna, Rogue – profesor Xavier przedstawił ją pozostałej dwójce. – Rogue, to jest pan Dawson, sekretarz senatora Kelly'ego – gruby, lekko spocony mężczyzna po trzydziestce skinął jej głową – a to pan Carter, pracownik biura pana Kelly'ego. – Niewysoki, dość przystojny mężczyzna o krótko przystrzyżonych włosach uśmiechnął się do Rogue. Ta jedynie obrzuciła go spojrzeniem.
- To twoja uczennica, Charles? – dopytał Dawson, dopatrując się w Rogue widocznych śladów mutacji. Zatrzymał spojrzenie na białym pasemku.
- Tak, jest w naszym Instytucie od ponad trzech lat – przytaknął Xavier.
- I co… potrafi? – Dawson starał się, by jego głos nie zdradzał zdenerwowania sytuacją. Nieczęsto zdarza mu się przebywać w towarzystwie tych innych. A przynajmniej Dawson miał nadzieję, że to było jego pierwsze spotkanie z mutantem, tym bardziej, że wyglądają normalnie, jak ludzie. Poczuł kropelki potu na czole.
- Jestem niezła z literatury – odparła Rogue. – I zazwyczaj mam najlepszy wynik w Candy Crash Saga.
Xavierowi zadrgał kącik ust, Storm zachowała poważną twarz. Dawson zaczerwienił się po końcówki uszu.
- Rogue ma trującą skórę – wyjaśnił jadowicie senator Kelly, uważnie wpatrując się w dziewczynę. – Jej dotyk może spowodować nawet śpiączkę.
Dawson przełknął ślinę, natomiast Carter przestał się przyjaźnie uśmiechać do Rogue, niezauważalnie zwiększając odległość między nimi. Nastała ciężka do zniesienia cisza. Dla wszystkich z wyjątkiem Rogue, która miała ochotę po prostu wzruszyć ramionami i mruknąć, że to przecież nic takiego. Ratunek przyszedł niespodziewanie w postaci przystojnego, wysokiego blondyna.
- Rogue – przywitał się z uśmiechem Warren Worthington III, ujmując Rogue za ramiona. – Witam, panno Munroe, witam pana, profesorze – zwrócił się do pozostałych, na samym końcu wymieniając uprzejme skinienie z Kellym i jego ludźmi. – Nie sądziłem, że was tutaj spotkam. Gdybym wiedział, z pewnością nie nudziłbym się przy tamtym stoliku – wskazał na oddalony o kilkanaście kroków stół, przy którym siedzieli teraz jego rodzice w otoczeniu znajomych. Angel, bo tak brzmiał pseudonim operacyjny Warrena, działał incognito. Nikt, poza X – Menami i jego rodzicami, nie wiedział o jego mutacji.
- Miło nam cię zobaczyć, Warrenie – odparł uprzejmie profesor Xavier. Ororo uśmiechnęła się łagodnie. Ostatnio widziała się z Warrenem na pogrzebie Evana. Wspomnienia wyraźnie powróciły, bo jej twarz stężała w krzywym, lekko wymuszonym uśmiechu.
- Przepraszam – rzekła – ale muszę was na chwilę zostawić.
Wszyscy obserwowali, jak smukła sylwetka O. oddala się w kierunku jednych z kilku drzwi prowadzących na taras.
- Mam nadzieję, że nie przerwałem żadnej ważnej rozmowy – przełamał ciszę Warren z szarmanckim uśmiechem.
- Ależ skąd, panie Worthington – odparł Kelly, bystro obserwując młodzieńca. – Rozmawialiśmy właśnie o różnorakich talentach uczniów profesora Xaviera. Chciałby pan się może czymś z nami podzielić w tym temacie?
Ton wypowiedzi Kelly'ego był iście zjadliwy, nawet jak na jego normy. Dla kogoś, kto nie znał sytuacji, pytanie mogło wydać się niewinne, jednak zarówno Warren, jak i Rogue podobnie zinterpretowali wypowiedź senatora – Kelly wiedział, że Warren był mutantem.
- Ależ oczywiście, że chciałbym – odparł Warren, patrząc prosto w oczy senatorowi. – Rogue ma na przykład niesamowity talent do tańca i chciałbym się o tym przekonać osobiście. – To mówiąc, ujął Rogue za dłoń i poprowadził na parkiet, gdzie grano właśnie jakąś szybką, wesołą piosenkę. Wszystkie pary wkoło wirowały, często przypadkowo zderzając się z innymi ludźmi na parkiecie. Rogue posłała Warrenowi sceptyczne spojrzenie.
- Wcale nie mam niesamowitego talentu do tańca – oznajmiła, unosząc brew. Mimo to szła w kierunku, w którym szedł Warren. – I oboje o tym wiemy.
- Uważam, że póki nie spróbujesz, nie możemy być pewni w stu procentach – odparł Warren, otwierając przeszklone drzwi na taras i puszczając Rogue przodem. – Zauważyłem jednak, że chyba masz kłopoty – dodał i oparł się o marmurową kolumnę. Rogue z ulgą odetchnęła i spojrzała za siebie, gdzie za drzwiami, w rzęsiście oświetlonej sali, wirowały w tańcu pary. Teraz stała w relatywnie cichym, chłodnym miejscu, gdzie mogła wreszcie przestać się sztucznie uśmiechać i z krzywym uśmiechem zapewniać, że nic jej nie szkodzi, że ktoś na nią wpadł, potrącił lub szturchnął.
- Nienawidzę takich skupisk – wyrzuciła z siebie.
- To również zdążyłem już zauważyć – odrzekł Warren i posłał jej przyjazny uśmiech. – Twoja obecność tutaj, jak rozumiem, nie wyszła z twojej inicjatywy?
- Oczywiście, że nie – prychnęła Rogue. – To pomysł profesora. Wolałabym już sesję z Loganem o czwartej nad ranem – dodała.
- Jego tutaj nie ma? – zapytał, wyciągając z marynarki paczkę papierosów. Gestem wskazał na nie i na Rogue, na co dziewczyna pokręciła głową. – Nie będę ci przeszkadzał, jeśli zapalę?
- Logan zazwyczaj cuchnie jak stara popielniczka, więc już dawno ten zapach przestał mi przeszkadzać. Nie to, że uważam, że ty pachniesz jak stara popielniczka – zapewniła Rogue, zdając sobie sprawę z gafy, jaką popełniła. Warren jednak jedynie uśmiechnął się szeroko i odpalił papierosa, zaciągając się przy tym mocno.
- Tego mi było trzeba – oznajmił, wydmuchując dym. – Mówiąc, że się nudziłem przy stoliku moich rodziców, ledwie musnąłem temat. Równie pasjonujące byłoby obserwowanie, jak rośnie mech. W spowolnieniu – dodał, ponownie zaciągając się papierosem.
- Przynajmniej już się z nimi pogodziłeś– odparła Rogue.
- Jeśli można to tak nazwać – odrzekł Warren, marszcząc przy tym czoło i unosząc brwi. Rozejrzał się ostrożnie, czy przypadkiem w pobliżu ktoś się nie kręcił – Nie chcą mnie już wydziedziczyć, a to niewątpliwy progres. Mało tego, nie chcą już odpiłowywać moich skrzydeł. Cholernie się z tego cieszę – dodał szeptem, zaciągając się papierosem i wypuszczając kółeczka dymu nikotynowego.
- Czemu nie zamieszkasz w Instytucie? – spytała Rogue, obserwując, jak kółeczka łagodnie się przerzedzają i wreszcie znikają. To pytanie już dawno cisnęło jej się na usta. Warren często odwiedzał Instytut, czasem nawet pomagał w niektórych misjach. Odrzucenie maski i przyznanie się do prawdziwej tożsamości byłoby trudne dla niego, ale w Instytucie znalazłby azyl.
- Bo to byłby jednoznaczny dowód na to, że jestem mutantem – odrzekł Warren, wzruszając ramionami. – A teraz nie mogę sobie na to pozwolić. Nie przed kampanią wyborczą mojego ojca.
- Strzelam, że troska o karierę polityczną twojego ojca nie jest twoim pomysłem – mruknęła Rogue. Angel uśmiechnął się krzywo, zaciągając się papierosem.
- Wiesz, jak ciężko mi bez latania? – spytał po chwili, posyłając spojrzenie wysoko w niebo.
- Potrafię sobie wyobrazić – odrzekła Rogue. – Też czasami mam taką cholerną ochotę użyć swojej mocy, ale oni… och, czekaj, nie, nie mam takiej ochoty – dodała, uśmiechając się zawadiacko.
- Tęskniłem za twoim poczuciem humoru, Rogue – odparł Warren, odwzajemniając uśmiech. – Kiedyś zabiorę cię na wycieczkę – dodał, znacząco patrząc na niebo nad nimi.
- Trzymam za słowo – odrzekła.
- Zmarzłaś? – dopiero teraz Warren zauważył, że od kilku chwil Rogue coraz częściej zerka w kierunku ciepłej sali balowej. Zaciągnął się ostatni raz i zgasił papierosa o metalowy kosz na śmieci.
- Co cię naprowadziło na ten trop? Moje dreszcze czy szczękanie zębami? – odparła półżartem Rogue, kierując się w stronę drzwi. Trafili akurat na moment, gdy zespół grał nieco wolniejszą piosenkę. Na parkiecie było już dużo mniej par niż jeszcze chwilę temu. Rogue wśród nich dojrzała Scotta i Jean. Wtuleni w siebie, Jean z przymkniętymi powiekami oparła głowę o Scotta, który pochylony szeptał jej coś na ucho. Jean leniwie się uśmiechnęła i przytuliła go mocniej.
- Może jednak zatańczymy? – usłyszała Warrena, który najprawdopodobniej nieprzytomny wzrok Rogue odczytał jako cichą intencję.
- Nie, naprawdę – odparła, odrywając wzrok od Scotta i Jean. Przez bardzo krótki moment poczuła falę pełną negatywnych emocji: beznadziei, bezsensu i bezsilności. Nie wiedziała, czym było to spowodowane. Widok Scotta, który nie widział świata poza Jean? Fakt, że mogli tańczyć bez ryzyka, że jedno z nich zaraz upadnie i straci przytomność, bo nieopacznie dotknęło nagiej skóry towarzyszki? Czy może po prostu chodziło o…
- Rodzice mnie wołają – przerwał jej rozmyślania Warren, z konsternacją patrząc na stolik, przy którym obok jego rodziców siedział senator Kelly. – Do zobaczenia, Rogue – pożegnał ją i uśmiechnął się przyjaźnie, po czym głęboko westchnął i z poczuciem bezsilności ruszył w kierunku stolika. Wiedział, że ta rozmowa nie będzie czymś z gatunku small talk.
Rogue tymczasem raz jeszcze rzuciła okiem na Jean i Scotta, a następnie pokręciła głową z dezaprobatą. Nie wiedziała, co czuje. Miała mętlik w głowie. Zgarnęła kieliszek wina z tacy przechodzącego obok kelnera, skierowała się na przeciwległy koniec sali, gdzie w równym rzędzie wzdłuż ściany ustawiono kilka krzeseł. Usiadła na jednym z nich i sącząc powoli cierpki trunek, wyszukała wzrokiem Jean i Scotta, wciąż tańczących, i dyskretnie ich obserwując, oddała się rozmyślaniom na temat czynników rzutujących na przeżycie udanej imprezy. Ta impreza nie zaczęła się obiecująco i nic nie wskazywało na to, by miało się to zmienić.
- Dlaczego oni po prostu nie opuszczą tego domu? – zapytała półgłosem Kitty, wpatrując się w ekran telewizora. Oglądali pierwszy sezon American Horror Story. Mieli do dyspozycji najlepsze do tego miejsce – największy telewizor z wypasionym zestawem dolby surround. Mało tego – byli zupełnie sami w domu, jeśli nie liczyć profesora McCoya, który swoim zwyczajem siedział w MedLabie i raczej mało prawdopodobne było, by dołączył do trójki nastolatków. Wcześniej się przygotowali na ten wieczór – prócz oczywistych przekąsek, takich jak chipsy, nachosy, ciastka, skrzydełka z kurczaka i wiele, wiele innych rzeczy, których normalna trójka nastolatków nie jest w stanie pochłonąć w ciągu trzech dni, mieli również hektolitry napojów, także tych procentowych. Naturalnie nie chcieli sprowadzić na siebie kłopotów, toteż ograniczyli się jedynie do szampana i niewielkich buteleczek z gotowymi drinkami.
Oczywiście impreza miała wyglądać inaczej, ale regularna zabawa z muzyką, świetnymi kreacjami oraz dużą ilością jedzenia była bez sensu, jeśli żaden z zaproszonych gości spoza Instytutu nie zadeklarował przyjścia. W sumie nie było co się dziwić, biorąc pod uwagę ostatnie nastroje społeczne względem mutantów. Nawet Bractwo Złych Mutantów nie raczyło odpowiedzieć (poza Toddem, który odpisał krótkim „xD"), toteż plany musiały zostać zmienione. O ile dla Bobby'ego i Kurta nie było to większym problemem, tak Kitty aż do końca wahała się, czy założyć swoją nową sukienkę i przynajmniej udawać, że oto dobrze się bawi w ostatni dzień roku. Lance odpisał jedynie, że ma coś ważnego do załatwienia i o ósmej wieczorem Kitty musiała zaakceptować fakt, że jej chłopak wcale nie chciał sprawić jej niespodzianki i naprawdę nie przyjdzie. Przebrała się w zwykłe dżinsy, zmyła makijaż i związała włosy z powrotem w kucyk. I tak oto skończyła siedząc na kanapie z podkulonymi nogami w kolanach i oglądała telewizję. W ostatni dzień rok. Po prostu bomba.
- Nie mają gdzie się przeprowadzić – przypomniał Bobby, w skupieniu śledzący akcję. – Nie stać ich na wynajęcie mieszkania.
- Ta stara blondyna jest jakaś podejrzana – zauważył Kurt kilka minut później. Sięgnął po miskę z chipsami i wymacał w niej dno. – Gdzie są chipsy?
- W kuchni, mogę pójść po nie – zaoferowała się Kitty. – Ale zatrzymajcie film, okej?
Wstała, zgarnęła trzy puste miski i skierowała się do kuchni. W całym domu było cicho i ciemno – tylko poświata bijąca od telewizora w salonie przypominała, że ktoś tu jest. Kitty zaświecała światła na całej ścieżce do kuchni. Nie to, że bała się jakiegoś tam serialu o duchach. Nie to również, że wolałaby obejrzeć maraton Glee lub Gossip Girl, ale była w mniejszości. Gdyby chociaż dziewczyny wróciły… Amara lub Rahne… Nawet Tabitha. Kitty westchnęła i zasunęła suwak swojej zwykłej, codziennej bluzy. Nie tak sobie wyobrażała tego sylwestra. Nie w domowych ciuchach, wydeptanych kapciach i z miską chipsów. Dlaczego Lance musiał mieć coś pilnego do załatwienia właśnie dzisiaj?
Sięgnęła po paczkę Lay's, wsypała jej zawartość do miski, zgarnęła również ciastka i butelkę Coca – Coli, tak obładowana wróciła do pokoju.
- Mieliście na mnie poczekać – powiedziała z wyrzutem, gdy zauważyła, że ominęło ją jakieś dziesięć minut filmu.
- Nie marudź, Kitty, tylko siadaj i przestań zasłaniać – mruknął Bobby i zmienił pozycję, by lepiej widzieć ekran.
- Wiecie co – odparła, trzymając ręce na biodrach – oglądajcie beze mnie. Idę się przejść.
- Was? Gdzie niby chcesz iść? – zapytał zszokowany Kurt, z trudem odrywając oczy od ekranu. Sięgnął po pilota i zapauzował odcinek, na co Bobby cmoknął z dezaprobatą.
- Na ten, spacer – odrzekła Kitty, wzruszając ramionami.
- Teraz? Na kilka godzin przed końcem Roku? – spytał z niedowierzaniem Kurt.
- A co to za różnica?! – wybuchła Kitty. – Dzień jak każdy inny! – Odwróciła się na pięcie i pobiegła do holu. Z trudem powstrzymywała łzy. Była zła. Wściekła. Czuła się samotna, opuszczona i niezrozumiana. Próbowała uspokoić oddech, stłumić chęć wybuchnięcia płaczem. Przysiadła na niewysokim stoliku. Z salonu dobiegały odgłosy rozmów – chłopcy wrócili do oglądania filmu. Nie obchodziła ich ani trochę. Biedna, samotna Kitty. Zawsze chętna do pomocy i pocieszenia, teraz, gdy sama tego potrzebowała, nie miała nikogo.
Z poczuciem dojmującej beznadziejności sięgnęła po kurtkę i zimowe buty. Ubrała się, w biegu nałożyła czapkę i przefazowała przez drzwi wejściowe. W kieszeni kurtki wymacała iPoda, założyła słuchawki i przeklęła w duchu wyczucie sytuacji – pierwszą piosenką tego wieczoru było „Supergirl" Reamonn.
- Supergirls don't cry, Kitty – mruknęła do siebie, wycierając łzy spływające z jej niebieskich oczu.
3 godziny wcześniej
Przestała liczyć kieliszki, ale póki co tylko lekko szumiało jej w głowie. Wciąż obserwowała ludzi bawiących się na parkiecie. Scott i Jean gdzieś znikli, więc teraz przeskakiwała jedynie wzrokiem od pary do pary. Upiła kolejny łyk wina.
- Nie jesteś na to za młoda? – usłyszała pytanie gdzieś nad sobą. Znudzona, uniosła pytająco głowę i zobaczyła przed sobą senatora Kelly'ego, który teraz patrzył na nią karcącym wzrokiem.
- Na co? Na śmiertelnie groźne walki z jakimiś pomylonymi mutantami, czy na picie wina? – dopytała z ironią. Ku jej zdziwieniu, Kelly jedynie uniósł kąciki ust, co pewnie w jego mniemaniu było uśmiechem. – Jeśli na to pierwsze jestem gotowa, to na to drugie tym bardziej – dodała wzruszając ramionami.
- To, że jesteś obdarzona mocą, nie oznacza, że możesz robić więcej niż inni – odrzekł twardo Kelly.
- Z moją mocą? Robić więcej niż inni? – prychnęła patrząc na tulące się do siebie pary. – Bardzo pan się myli, dyrektorze, och, przepraszam, senatorze – poprawiła z sarkastycznym uśmiechem – Kelly.
- Sądzisz, że twoja moc cię ogranicza? – dopytał z niedowierzaniem senator. Rogue nie miała pojęcia, o co mu chodzi, czego od niej chce i w ogóle dlaczego z nią rozmawia.
- W porównaniu z innymi, na pewno – odparła nieco zbita z tropu.
Kelly spojrzał na nią nieco zdumiony, później ściągnął brwi i z zasępioną miną odwrócił się i odszedł. Rogue, zdezorientowana, odprowadziła go wzrokiem aż zniknął w tłumie gości. Wzruszyła ramionami i upiła kolejny łyk.
- Co za beznadziejny wieczór – mruknęła i wróciła do obserwowania tańczących.
Kitty, pochłonięta rozmyślaniami, którym towarzyszyła dołująca muzyka (swoją drogą Kitty musiała się poważnie natrudzić, by w swojej playliście odnaleźć jakieś smutne piosenki. Dlatego sporo czasu spędziła na przełączaniu kolejnych piosenek, które nie pasowały do jej sytuacji, a których na co dzień często słuchała. Postanowiła, że jutro wrzuci na iPoda więcej smutnych, płaczliwych piosenek.), nie zauważyła nawet, jak bardzo oddaliła się od Instytutu. Dotarła do centrum Bayville, gdzie mijali ją weseli, żartujący ludzie, niektórzy już dość intensywnie witający Nowy Rok. Czasem słychać było wystrzał fajerwerków, mimo że do północy były jeszcze ponad dwie godziny.
Kitty miała nadzieję, że pośród tych tłumów, które widziała, dostrzeże Lance'a. Była to absurdalna myśl, z pewnością z gatunku tych „życzeniowych". Wyobrażała sobie, jak unosi się dumą, jak Lance błaga ją o wybaczenie. Albo jak widzi go całującego się z jakąś lafiryndą, podchodzi do niego, strzela mu z liścia i tłumaczy temu babsztylowi, jak okropną kreaturę wybrała sobie do wymiany ten, płynów ustrojowych. Lub jak widzi go, biegnącego z kwiatami i pluszowym misiem, mknącego do swojej kochanej Kitty, by ją przeprosić za to, że jest beznadziejnym głupkiem, który zostawił ją, swoją kochaną Kitty, zupełnie samą w taki dzień jak dziś.
- Co za palant – mruknęła do siebie, kopiąc przy tym Bogu ducha winną ławkę. Noga przefazowała przez metalowe okucia, co Kitty przyjęła z wściekłym mruknięciem. – Nic mi się dzisiaj nie udaje!
Pociągając nosem i wycierając łzy, szła dalej. Noc była pogodna, na niebie nie było ani jednej chmurki. Gwiazdy też nie świeciły, ale w taką noc jak ta można było o nich zapomnieć – gdzieniegdzie rozbłyskiwały fajerwerki, wystrzelone przez niecierpliwych Nowego Roku ludzi. Śnieg przyjemnie skrzypiał pod butami, mróz nie był aż tak silny, słowem – idealna pogoda do hucznego świętowania.
Sama nie wiedziała, kiedy dotarła do miejsca, w którym powinien stać dom Bractwa Złych Mutantów. Spodziewała się zastać tam ruinę po ataku Sentinels, ale zamiast tego zobaczyła normalnie wyglądający budynek. Zaskoczona podeszła bliżej, aż po samo ogrodzenie. Doskonale było widać, które części pozostały całe po zburzeniu, gdyż odcinały się od świeżo postawionych, ceglanych ścian. Wszędzie zostały wstawione już okna, a drzwi wejściowe ukryte były za folią. Ponury budynek, przy którym wciąż stały ukryte pod plandekami materiały budowlane, straszył samotnością i pustką. W oknach nie było firanek, nigdzie nie świeciło się światło. Wyglądał jak opuszczony, ale… cały.
W życiu by nie uwierzyła, że to zasługa Lance i jego ekipy. Ktoś musiał odbudować ich dom.
Lance'a nie ma zatem w Bayville – pomyślała Kitty, wciąż patrząc na opuszczony budynek. Chyba że spędza sylwestra u kogoś innego… Niby u kogo? Prócz swoich pomylonych współlokatorów i nas nie ma nikogo. A może znowu wpadł w kłopoty? Czy to zadanie, które pochłonęło go w ostatni dzień roku, jest formą zapłaty za odbudowanie ich rudery?
- Lance, głupku, co się z tobą dzieje… - mruknęła Kitty ze zmarszczonym troską czołem. Może pochopnie go oceniła? Może nie powinna być zła? Wyciągnęła z kieszeni kurtki telefon. Dopiero teraz zauważyła sześć nieodebranych połączeń od Kurta. Zignorowała je i wyszukała numer do Lance'a. Nie rozmawiała z nim od czasu, gdy obwieścił jej, że nie spędzi z nią sylwestra. Czy powinna zadzwonić teraz? I co mu powie? „Lance, gdzie jesteś?". Nonsens. Wyjdzie na jakąś napastliwą, zazdrosną babę. Schowała telefon, raz jeszcze zerknęła na tonący w ciemnościach dom i, powłócząc nogami, ruszyła w kierunku Instytutu.
2 godziny temu
Nieco głodna, ruszyła wzdłuż parkietu i starając się nie dotykać tańczących nawet skrawkiem sukienki, przesuwała się do przodu w kierunku swojego stolika. Gdy była zaledwie kilka metrów od niego, poczuła, że ktoś łapie ją za rękę. Wystraszona, obejrzała się za siebie. Czuła, że z twarzy odpływa jej krew, a serce zaraz wyrwie się z klatki piersiowej. Przed nią stał Gambit ubrany w czarny, elegancki garnitur. Poza tym wyglądał jak zawsze – z lekkim zarostem, z włosami niedbale opadającymi na czoło i z tym niepodrabialnym błyskiem w oku, widocznym nawet pomimo soczewek nadających jego oczom naturalny wygląd. Jeśli zazwyczaj wyglądał świetnie, teraz wyglądał sto razy lepiej niż świetnie. Drań. Uśmiechał się teraz do niej figlarnie, a ona… ona nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Nie wiedziała, czy ma być wobec niego jak zawsze obojętna, czy zdenerwowana za to, że tak po prostu zniknął kilka dni temu bez żadnego słowa. Nim zdecydowała, Gambit przyciągnął ją do siebie tak, że ich twarze dzieliły zaledwie centymetry. Sięgnął po jej ręce i założył je sobie na szyję, sam natomiast objął ją w talii i zaczął kołysać w takt muzyki, jak na złość wolnej.
- Co ty robisz? – jęknęła, zezując na jego ręce, które oplotły ją w pasie. Mimo to nie wyrwała się. Może to zbyt duża ilość wina sprawiła, że zapomniała, że miała nie lubić Gambita. Może to resztki jej rozsądku, ostatnim tchnieniem tego wieczoru, kazały nie robić afery na oczach ponad setki zaproszonych gości. A może to jego zapach – ciężki, męski, otulający ją szczelnie w jego delikatnym uścisku? A może atmosfera balu kazała się poddać klimatowi?
- Tańczę z piękną kobietą, cherie – odparł Remy i przysunął Rogue jeszcze bliżej siebie.
Rogue przygryzła wargi, zesztywniała w tak bliskim kontakcie z Gambitem bała się poruszyć.
- Zniknąłeś tak nagle – stwierdziła nieco obrażonym tonem.
- Tęskniłaś? – zapytał zadowolony Remy i spojrzał jej w oczy. Wytrzymała spojrzenie. Przez trzy sekundy. Remy z satysfakcją obserwował, jak dziewczyna się rumieni i odwraca głowę w bok.
- Nie – mruknęła cicho, na siłę obojętnym tonem, na co Remy prawie się roześmiał.
Tańczyli, a właściwie kołysali się, kilka długich chwil. Nie dotykał jej skóry, ale z premedytacją używał innych zmysłów. Co kilka chwil spoglądał jej w oczy, perfekcyjnie łapiąc ją na tym, że patrzy na niego. Za każdym razem odwracała się zawstydzona, a on rozciągał usta w coraz szerszym uśmiechu.
- And all I can taste is this moment and all I can breathe is your life… – nucił jej wprost do ucha piosenkę, którą śpiewała właśnie niskim, zachrypniętym głosem wokalistka wynajętego zespołu.
Czuła jego ciepły oddech na szyi, co przyprawiało ją o dreszcz podniecenia.
- Beznadziejnie śpiewasz – powiedziała, siląc się na obojętny ton. Za wszelką cenę próbowała nie dać po sobie poznać, jak działał na nią ten chłopak. Miała wrażenie, że jej ruchy są niezgrabne i sztywne, ale jednocześnie ciepło emanujące z jego ciała było tak fantastycznie uzależniające, że najchętniej pozostałaby w jego ramionach do samego rana.
Przy refrenie poczuła, jak jego uścisk staje się ciaśniejszy. Przyciągnął ją jeszcze bliżej i, wciąż kołysząc, szeptał jej do ucha.
- Profesor zlecił mi zadanie – zamruczał wprost w jej ucho. – Nie martw się, proste zadanie.
- Wcale się nie martwię, szczurze błotny – odparła i nieco się odsunęła.
- Wiem – uśmiechnął się do siebie i zaczął delikatnie wodzić ręką po jej plecach. Czuł, jak jej ciało tężeje, ale nie zaprzestał pieszczoty. Przytulił ją ponownie do siebie i z ulgą stwierdził, że dziewczyna powoli się rozluźnia. Jej ruchy stawały się bardziej naturalne, poddawała się muzyce. Zerknął na jej twarz i zauważył, że przymknęła powieki. Oparł łagodnie policzek o jej głowę i dotrwali tak do końca piosenki. Wraz z ostatnimi nutami Rogue łagodnie wyrwała się z jego objęć i, nawet na niego nie patrząc, ruszyła w kierunku stolika, przy którym siedział profesor Xavier i reszta. Remy jeszcze chwilę obserwował, jak dziewczyna łagodnie kołysze biodrami, jak rewelacyjnie układa się na niej ciężki materiał sukienki. Z miną konesera badał wzrokiem jej kształtne plecy ukryte za czarną koronką, drobne ręce i nogi. Obcasy robiły z nogami coś niesamowitego. Żadne inne obuwie nie potrafiło wydobyć tyle wdzięku i piękna z kobiety, co szpilki. Remy westchnął i po chwili ruszył za Rogue. Skłonił się lekko profesorowi i Scottowi, po czym ucałował dłoń Jean oraz Ororo. Dopiero wtedy usiadł przy stoliku, mając obok siebie dwie najpiękniejsze kobiety na tym balu: po lewej zniewalającą modelkę Betsy Braddock, a po prawej Rogue. Nie mógł wymarzyć sobie lepszego zakończenia roku. To znaczy mógł, ale nie sądził, by Rogue i Betsy się na to zgodziły.
Rogue tymczasem mierzyła wzrokiem nowoprzybyłą. Dziewczyna była niewiele starsza od niej. Miała czarne długie włosy, które w świetle lamp lśniły fioletowym blaskiem. Ubrana w obcisłą, czerwoną sukienkę sięgającą zaledwie połowy uda, odsłaniającą przy tym ramiona i dekolt, wyglądała jak gwiazda. Rogue zasępiła się i poczuła się strasznie głupio w swojej różowej kiecce z wyprzedaży. Humoru nie poprawiał jej fakt, że dziewczyna miała nieziemsko piękną twarz. Wyglądała jak młodsza wersja Lucy Liu. Uśmiechała się teraz idealnie białymi zębami i z seksownym, brytyjskim akcentem opowiadała jakąś anegdotkę ze świata mody, bezceremonialnie patrząc przy tym na Scotta.
- Panie się chyba nie poznały – przerwał jej Remy i wskazał na Rogue. – To jest Rogue, uczennica z Instytutu Xaviera. A to jest Elizabeth Braddock.
- Mów mi Betsy – uśmiechnęła się do niej i podała rękę. Rogue z ociąganiem wyciągnęła dłoń zakrytą rękawiczką. Jeśli Betsy widziała w tym cokolwiek dziwnego, nie dała tego po sobie poznać.
- Rogue – przedstawiła się i szybko zabrała rękę. Później było jeszcze gorzej. Rogue miała wrażenie, że jest jedynie niemym obserwatorem w tej absurdalnej scence. Betsy błyskała co chwilę zębami i z uśmiechem opowiadała, jak to Karl Lagerfeld zapraszał ją na swój jacht. Scott z zachwytem wpatrywał się w Betsy. Jean zerkała to na Betsy, to na Scotta. Xavier grzecznie podtrzymywał rozmowę i podpytywał o ich wspólnych znajomych. Ororo wpatrywała się tępo w jakiś punkt ponad ich głowami. Remy natomiast popijał whisky (mieli tu whisky?!) i co jakiś czas wtrącał jakiś szalenie zabawny komentarz, po którym Betsy zaczynała perliście się śmiać, odrzucając przy tym włosy niczym z reklamy szamponu do włosów.
- Zaraz przyjdę – mruknęła Rogue i wstała od stolika. Nie odwracając się za siebie, szła w kierunku wyjścia z sali. Po drodze zgarnęła od kelnera kieliszek wina i wyszła na pusty, chłodny korytarz. Podeszła do lustra, przeczesała nieco potargane włosy i po chwili wahania postanowiła sprawdzić, co jest na piętrze budynku. Starając się być cicho, wdrapała się po marmurowych schodach i przeszła przez przeszkolne wejście prowadzące na ciemny korytarz. Wybrała losowe drzwi i nacisnęła klamkę. Weszła do pokoju, który najprawdopodobniej był gabinetem. W świetle księżyca wdzierającego się przez duże okno po drugiej stronie pokoju widać było ciężkie, ciemne biurko stojące na środku pomieszczenia, ogromny fotel, a także szereg regałów i półek, które uginały się pod tonami papierzysk.
Rogue postanowiła nie zapalać światła. Zamiast tego usiadła w fotelu i z ulgą zrzuciła buty. Przekręciła fotel tak, że stał teraz tyłem do drzwi i oparła nogi o parapet dużego okna. Upiła łyk wina. Miała już dość tej ilości ludzi. Nie mogła spokojnie przejść nawet kilku kroków, by nie zostać przez kogoś potrącona, ktoś inny przypadkiem dotknął jej ramienia, ktoś inny wpadł na nią zbyt dynamicznie tańcząc. Przy stoliku z kolei trwała żenująca parada zdobycia sympatii jakiejś top modelki, z którą ni stąd, ni zowąd pojawił się Gambit. Co to ma być do cholery? Co on sobie myśli, przyprowadzając jakąś dziunię do stolika, przy którym siedzi profesor? My tu walczymy o prawa mutantów, a on sprowadza sobie jakieś wyfiokowane panny…
Rogue upiła kolejny łyk. Wiedziała, że zupełnie nie przydała się profesorowi. Z nikim nie rozmawiała, prócz senatora Kelly'ego, którego potraktowała jak rozpieszczona, niewychowana małolata. Ach, było jeszcze tych dwóch pracowników gubernatora, których przeraziła swoją mutacją. Rogue potrząsnęła z dezaprobatą głową. Była żałosna. Totalnie żałosna. Oparła się wygodniej i powoli sączyła cierpkie czerwone wino, starając się zapomnieć o beznadziejnym dniu.
- Cherie? – Usłyszała za sobą. Przewróciła oczami.
- Śledzisz mnie, socjopato? – mruknęła do Gambita, który przysiadł na parapecie naprzeciwko niej. Nawet nie wysiliła się na komentarz, gdy ten bezceremonialnie skupił spojrzenie na jej nogach. Co prawda nie widziała tego dokładnie, gdyż światło księżyca padało na nią, skrywając przy tym Remy'ego w cieniu, ale ruchy jego głowy nie pozostawały złudzeń.
- Profesor poprosił Remy'ego o sprawdzenie, czy wszystko w porządku – odparł Gambit, przenosząc wreszcie spojrzenie na jej twarz.
Rogue prychnęła i upiła kolejny łyk.
- Nie musisz mnie sprawdzać, jestem dużą dziewczynką – odparła zgryźliwie.
- Remy wie, że jesteś dużą dziewczynką – odrzekł łagodnie Gambit. – Ale chyba ta duża dziewczynka jeszcze nie wie, ile alkoholu może wypić, non?
- Odwal się – wzruszyła ramionami Rogue i dopiła wino do końca. Odstawiła kieliszek na podłogę, wygodnie oparła się o fotel i założyła ręce za głowę. – Nie powinieneś wracać do swojej dziewczyny? – spytała, siląc się na neutralny ton.
- Cherie jest o mnie zazdrosna? – Rogue słyszała w jego pytaniu uśmiech, którego nie była w stanie zobaczyć. Wiedząc, że jej twarz jest doskonale widoczna, starała się w żaden sposób nie zdradzić, jak bardzo ten głupi Cajun ma rację.
- Śnisz, ciołku – odparła jedynie i przymknęła powieki. Pokój wokół niej zaczął łagodnie wirować, a ona poczuła bezbrzeżną ochotę na drzemkę. Niemniej jednak obecność Remy'ego, jego zapach i głos, sprawiały, że to nie byłoby takie proste. Nie potrafiła skupić myśli na niczym innym. Musiała to przyznać przed sobą: Cajun, mimo że był aroganckim, irytującym typem z rozbuchanym ego, miał w sobie coś, co przyciągało i nęciło. Nawet nie chodziło tu o jego wygląd, który był, nawiasem mówiąc, zdecydowanie powyżej przeciętnej. Było w nim coś nieuchwytnego, jakaś mieszanka uroku osobistego, nienagannych manier i poczucia bezpieczeństwa, które przyciągały ją jak magnes.
- Cherie jest zazdrosna – stwierdził z dumą w głosie Remy. – Ale cherie nie ma powodu do zazdrości. Betsy jest jedynie dobrą znajomą Remy'ego.
- Wisi mi to – odparła Rogue rozchylając nieco powieki, by sprawdzić reakcję Cajuna. Nic się nie zmieniło, jego twarz wciąż była ukryta w cieniu.
- Betsy też jest mutantem – zaczął po chwili Remy. Rogue otworzyła szeroko oczy. Cajun patrzył w okno odsłaniając przy tym profil. Księżyc łagodnie padał blaskiem na jego twarz, wydobywając każdy detal jego skóry. Oczy… Rogue żałowała, że Remy ma na sobie szkła kontaktowe. Jego prawdziwe oczy wyglądałyby w tym świetle cudownie. – Jest telepatką. To właśnie odnalezienie jej było zadaniem Remy'ego.
- Dziwne – podjęła Rogue. – Zazwyczaj starasz się, by coś było nie do odnalezienia przez właściciela. Nie pogubiłeś się w tym zadaniu? – dodała mrużąc oczy.
- Nie wiem, skąd w tak pięknej kobiecie tyle zgryźliwości – odparł Remy i spojrzał na Rogue, kręcąc nieznacznie głową. Dziewczyna dzielnie wytrzymała jego spojrzenie. – Betsy ma być kolejną kartą przetargową w rozmowach z Kellym na temat statusu prawnego mutantów. Gdy Remy odchodził od stolika – Gambit skrzyżował ręce na piersi – senator Kelly przysiadł się do nas. Remy ma przeczucie, że profesor dobrze zrobił ściągając tu Braddock.
Po co profesor chciał, by Rogue pojawiła się na tym bzdurnym balu? Nawet nadęta, pusta modeleczka jest w stanie zrobić więcej niż ona i to samą tylko obecnością. Po raz kolejny tego dnia Rogue miała ochotę zrzucić szpilki i wrócić do domu, by w piżamie oglądać powtórki głupich reality show na MTV.
- Na pewno jest to lepszy pomysł niż ściągniecie tutaj mnie – mruknęła, werbalizując swoje myśli.
Remy uśmiechnął się pod nosem i postąpił krok w kierunku Rogue. Stanął nad nią, teraz zupełnie bezbronną, kruchą, z nieco potarganymi włosami, rumieńcami na policzkach i krwiście czerwonych od wina ustach.
- Cieszę się, że tutaj jesteś – powiedział cicho. Rogue ze zdziwieniem zauważyła, że nie użył tej irytującej trzeciej osoby. Z jeszcze większym zaskoczeniem potraktowała dłoń Gambita na swoim ramieniu. Poderwała się szybko, strącając przy tym kieliszek stojący tuż obok fotela, i stanęła naprzeciwko Remy'ego.
- Nie dotykaj mnie – wyszeptała. Choć chciała brzmieć twardo i stanowczo, można było wyczuć w jej wypowiedzi mnóstwo żalu i bólu. Była zaledwie kilka centymetrów od jego twarzy. Całe ciało rwało się do tego, by go pocałować, ale instynkt słusznie ją przed tym blokował. Przymknęła powieki i z trudem powstrzymała łzy. Pragnienie czegoś nieosiągalnego zupełnie przysłoniło jej zdrowy rozsądek i teraz własne ograniczenia brutalnie przypominały o sobie. W głowie szumiało jej od wina, z dołu dobiegał ją dźwięk muzyki i śmiechy gości, a jej nozdrza atakował upajający zapach Drakkar Noir zmieszany z aromatem whisky i cygar.
- Cherie – mruknął Gambit przesuwając dłonią po jej ramieniu. Poczytując brak reakcji za przyzwolenie, przyciągnął ją do siebie i przytulił. Dziewczyna po chwili wahania wtuliła głowę w jego klatkę piersiową i z pewną uroczą niezdarnością objęła go. Remy przymknął powieki i chłonął jej zapach, niewinny aromat truskawek i wanilii połączony z dorosłą wonią czerwonego wina. Powoli przesuwał dłonią po jej plecach, zupełnie jak kilkanaście minut temu podczas ich wspólnego tańca. Pomimo materiału, który dzielił go od jej nagiej skóry, czuł swego rodzaju pożądanie, żądzę, która była typowa w bardziej dosłownych sytuacjach. Im bardziej była ona dla niego niedostępna, tym bardziej jej chciał. Wiedział, że w jej przypadku pewne rzeczy są nie do przeskoczenia, a przynajmniej na razie, ale działało to jeszcze bardziej motywująco. Starał się kalkulować, przeanalizować, czy opłaca się mu tak zajmować tą dziewczyną. To, co z początku było jedynie wyzwaniem, przeradzało się w coś, czego Remy się nie spodziewał i nie potrafił jeszcze nazwać. – Widzisz? – wyszeptał jej wprost do ucha. – Remy jest ostrożny.
Dziewczyna załkała cicho. Gambit zesztywniał. Nie takiej reakcji się spodziewał.
- Jesteś głupcem, LeBeau – wychrypiała Rogue i uwolniła się z jego objęć, starając się na niego nie patrzeć. Światło księżyca padało na jej twarz. W oczach kołysały łzy, a usta lekko drżały.
Remy miał już odpowiedzieć, gdy nagle usłyszał coś nietypowego. Zamarł w bezruchu i przyłożył palec do ust. Rogue spojrzała na niego zdziwiona i po chwili powiodła spojrzeniem w górę. Znowu pojawił się ten hałas. Ktoś był na górze. Remy skinął na Rogue, której twarz diametralnie się zmieniła. Z delikatnej kobiety na powrót zmieniła się w silną Rogue, Rogue – X-Menkę. Chwyciła buty i oboje wyszli na ciemny korytarz. Bezszelestnie wspięli się na kolejne piętro i odliczając pokoje, trafili do tego, pod którym się znajdowali chwilę temu. Remy nacisnął klamkę, jednak ta nie ustąpiła. Wyciągnął z kieszeni pęk drucików, na widok których Rogue z dezaprobatą pokręciła głową.
- Zawsze nosisz przy sobie wytrychy?
- Jak widać słusznie – mruknął.
Po kilku sekundach majstrowania zamek w drzwiach ustąpił.
Weszli do zupełnie pustego, nie licząc dywanu i przewróconego krzesła, pomieszczenia. Dopiero po chwili zdali sobie sprawę, że oprócz krzesła, leży tu coś jeszcze. Coś, a raczej ktoś. Oswobodzili mężczyznę z lin i wyciągnęli z ust knebel.
- Dz-dziękuję – wychrypiał mężczyzna. Wstał niezdarnie i potarł nadgarstki. – Ty jesteś dzieciakiem od Xaviera? – zwrócił się do Rogue. Dziewczyna jedynie przytaknęła, zdając sobie sprawę, że właśnie rozmawia z senatorem Kellym. Tym samym, który od kilku minut rozmawiał dwa piętra niżej z Betsy Braddock. W przeciwieństwie do niego, mężczyzna przed nią nie golił się od kilku dni, jego ubranie było pomięte, przybrudzone, a on sam zapachem bardziej przypominał menela z dworca, niż gubernatora Stanów Zjednoczonych. Dziewczyna posłała zdumione spojrzenie Remy'emu.
- Co się panu stało? – zapytała, gdy Remy sprawnymi ruchami rozwiązywał mężczyznę.
- Przetrzymywali mnie gdzieś… – odparł Kelly pocierając skronie. – Dzisiaj przewieziono mnie tutaj, związano i zakneblowano, jak jakiegoś przestępcę. Gdy usłyszałem, że ktoś jest w pokoju na dole, zacząłem bujać się na krześle, by zwrócić na siebie uwagę.
- To bez sensu, by Mystique ciągnęła go tutaj, zamiast zostawić w jakiejś swojej kryjówce – stwierdził Remy, ignorując Kelly'ego.
- Mystique? O kim wy mówicie? – zapytał senator.
- Później to wyjaśnimy – odrzekła dziewczyna.
We trójkę zbiegali po marmurowych schodach ratusza. Rogue zdjęła pantofle i, trzymając je w dłoniach, przeskakiwała po kilka stopni naraz. Tuż za nią biegł Remy oraz zdyszany senator Kelly. Dźwięk ich kroków niósł się echem po całej klatce schodowej.
- Tylko proszę zachować spokój – Rogue odwróciła się do senatora. – Nie chcemy, by zorientowała się, że wiemy, kim jest.
- O-Oczywiście – sapnął Kelly.
Tuż przed drzwiami do auli, w której trwała zabawa, Rogue nałożyła pantofle i przeczesała włosy. Wymieniła spojrzenie z Remym i jak gdyby nigdy nic pchnęła wielkie drzwi. Zastali jedynie puste stoliki oraz pozostawione instrumenty. Brakowało nawet obsługi.
- Tam – Remy wskazał na przeszklone drzwi prowadzące na taras. Tuż za nimi stali zagubieni goście i odliczali ostatnie sekundy do północy. Cała trójka szybko udała się w ich kierunku. Gdy otwierali drzwi, pozostały cztery sekundy do Nowego Roku.
Rogue potoczyła wzrokiem po zebranych, którzy odwróceni do niej plecami wpatrywali się w tarczę zegara znajdującego się na wieży po drugiej stronie placu.
Trzy sekundy do Nowego Roku.
Udało jej się dostrzec płomiennie rude włosy Jean. Posłała Gambitowi porozumiewawcze spojrzenie i pobiegła w jej kierunku.
Dwie sekundy do Nowego Roku.
Nim udało jej się przebiec zaledwie parę kroków, usłyszała za sobą wrzask senatora Kelly'ego.
- Znajduje się tutaj groźny mutant! Zachowajcie ostrożność! – wykrzyczał senator w kierunku zebranych. Rogue z bólem musiała przyznać, że głos miał donośny.
Wraz z ostatnim biciem zegara wystrzeliły fajerwerki, a wraz z nimi wybuchła prawdziwa panika.
Znalezienie Mystique w fali panikujących ludzi graniczyło z cudem. Mogła być każdym z nich. Ba, mogła nawet zamienić się we wróbla i odlecieć już w chwili zdemaskowania jej.
Rogue bardzo szybko wytrzeźwiała w mroźnym powietrzu. Wraz z Remym i senatorem Kellym podbiegli do profesora, który telepatycznie przeczesywał okolice. W tym czasie Jean i Scott starali się opanować krzyczący tłum, nakazując im uspokoić się i wrócić do sali. Betsy Braddock stała natomiast tuż za fotelem profesora i z nieodgadnionym uśmiechem popijała szampana.
- Po senatorze ani śladu – oznajmiła Storm, która pojawiła się nagle tuż za nimi.
- Ekhm – chrząknął Kelly. – Jestem tutaj.
Storm obdarzyła go wypranym z emocji spojrzeniem.
- Wiem – odparła jedynie.
- Nie udało mi się jej znaleźć – rzekł nieco znużonym tonem Xavier. – Senatorze, musi nam pan opowiedzieć, co się stało.
Kelly odchrząknął po raz kolejny i poprawił wymięty krawat.
- Zostałem napadnięty.
Było to jedynie zdanie, które udało mu się wypowiedzieć. Chwilę później krzyk ludzi ponownie ściągnął uwagę X-Menów. Wszyscy pobiegli w kierunku sali balowej, zostawiając senatora wraz profesorem i Betsy. Przyczyną kolejnego wybuchu paniki było pojawienie się Avalanche'a oraz jego starych znajomych: Bloba i Toada.
Blob przewracał właśnie stoły sięgając przy okazji po kawałki dań, które zostały pozostawione przez gości. Toad siedział w kucki na jednej ze ścian, natomiast Alvers, ubrany w swój uniform, stał naprzeciwko Scotta i Jean.
- Lance, co ty do cholery wyprawiasz? – syknęła Jean. – Co wy tu w ogóle robicie?!
- Nie twój interes, ruda żmijo – odparł Alvers i zacisnął powieki przygotowując się do wywołania wstrząsu.
Jean jedynie syknęła coś pod nosem i z pomocą telekinezy powaliła mężczyznę. W tym momencie do akcji wkroczyli Blob i Toad. Blob rzucił jednym ze stołów wprost na Scotta, zwalając go przy tym z nóg, Toad natomiast skorzystał z chwili nieuwagi Jean, która z wściekłą miną szła w kierunku Alversa, i obezwładnił ją zachodząc od tyłu. W tym czasie Alvers zdążył wstać i z pełnym zawziętości spojrzeniem wywołał pierwszy wstrząs. Ludzie, którzy jeszcze nie zdążyli uciec, zaczęli kierować się do wyjścia, ale Blob zagrodził im drogę.
- Nikt stąd nie wyjdzie – zagrzmiał Alvers i drugi wstrząs, znacznie silniejszy, przetoczył się przez budynek. Tynk zaczął się kruszyć, drewniana podłoga pękała z trzaskiem, a meble i kryształowe żyrandole niebezpiecznie drżeć. – Nie mamy zamiaru patrzeć, jak uginacie się przed ludźmi. To oni – Alvers uniósł rękę i wskazał na tłoczących się pod ścianami gości – powinni ugiąć się przed nami! – wykrzyknął i opuścił dłoń wywołując trzeci wstrząs. – Słyszycie?! MUTANCI SĄ RASĄ PANÓW!
W tym samym czasie Rogue starała się zajść od tyłu Toada, natomiast Remy i Ororo rzucili się, by spacyfikować Alversa. Dziewczyna odrzuciła na bok szpilki i na palcach, klucząc między rozrzuconymi stołami i krzesłami, dotarła do Toada, który z namaszczeniem przytrzymywał szamoczącą się Jean.
- Tolanski – mruknęła Rogue – jesteś żałosny.
Rogue wyprostowała się nad nieprzytomnym ciałem Toada i założyła rękawiczkę. Jean podniosła się, skinęła jej głową i pobiegła w kierunku nieprzytomnego Scotta. Rogue natomiast w tej samej chwili pożałowała, że akurat Toada musiała dotknąć. Język przestawał mieścić jej się w ustach, niewygodnie jej było stać wyprostowanej, więc machinalnie ugięła nogi. Miała tylko nadzieję, że w jej zasięgu nie pojawi się żaden owad – byłoby to wysoce upokarzające, gdyby zachowała się tak, jak natura Toada jej nakazywała. Jednocześnie przebierała we wspomnieniach irytującego mutanta, które niewątpliwie rzucały dodatkowe światło na całą sprawę.
W tym samym momencie przez budynek przeszła kolejna fala wstrząsów. Goście, stłoczeni pod ścianą, wydali z siebie okrzyki strachu. Kilka kobiet zaczęło szlochać. Tyle dobrego, że na sali nie było dzieci.
- Ten budynek zaraz się zawali! – krzyknęła Storm. – Musimy ich ewakuować!
- Lance! Lance, do cholery! – wykrzyknął Scott. – Co ty do diabła robisz?!
Avalanche nie zdążył odpowiedzieć, gdyż Cyclop perfekcyjnie wymierzając cel, uderzył w niego laserem. Chłopaka odrzuciło na kilka metrów, ale jego uniform, a także relatywnie niewielka siła uderzenia sprawiły, że stracił jedynie przytomność.
W tym czasie Remy sprawnie kierował ludzi na zewnątrz, gdzie jeszcze przed paroma chwilami witali Nowy Rok. Tam byli najpewniej uspakajani telepatycznie przez Xaviera i Betsy, gdyż krzyki powoli ustawały. Reszta X – Menów, za rozkazem Storm, wyniosła również na zewnątrz nieprzytomnych Avalanche'a i Toada. Blob, z racji swojej postury, z pewnością przeżyje zawalenie się zaledwie dwupiętrowego budynku, dlatego nie przejmując się nim, wybiegli na zewnątrz.
Wydostali się w ostatniej chwili, by zobaczyć, jak elegancka restauracja powoli przemienia się w stertę gruzu. Pył, który wzbijał się przy tym, szybko został zanegowany przez Storm, która uniosła się wysoko nad budynek i przywołała nań ulewny deszcz. Pył zamieniał się w błoto, obryzgując przy tym X – Menów, którzy stali już w bezpiecznej odległości od ruin. Chwilę później dało się słyszeć wycie syren służb miejskich. Goście balu na drugim końcu placu stłoczyli się w oczekiwaniu na karetki.
- Po co ich ratowaliśmy? – zapytał Remy wskazując na nieprzytomnych Toada oraz Lance'a.
- Nie chcemy, by doszło do niepotrzebnego rozlewu krwi – odparł Xavier podjeżdżając do grupy. Obok niego stała Betsy, która zmrużonymi oczami rozglądała się dookoła. Pojawił się również Warren, bacznie obserwujący X – Menów i, co Rogue z niechęcią zauważyła, rzucający ciekawe spojrzenia w kierunku zblazowanej modelki.
- Poza tym Kitty by nas zabiła, gdyby Alversowi coś się stało – odparła Rogue ocierając twarz z błota. – Ale myślę, że sama zechce go zabić, gdy dowie się, jak jej facet spędzał ostatnią noc w roku.
- A propos par spędzających sylwestra – wtrąciła Betsy – gdzie jest panna Grey?
- Jean? – zapytał zdziwiony Scott i rozejrzał się po zebranych. – Jean?! Gdzie jest, do cholery, Jean?!
