W Blackbirdzie panowała cisza. Tylko silniki odrzutowca przecinały milczenie. Była czwarta nad ranem, pierwszy stycznia Nowego Roku. Załoga X-Men leciała do opuszczonych magazynów na obrzeżach Nowego Jorku. Tam, według Cerebro, swoich mocy użyła ostatnio Jean. Był to jedynie krótki sygnał, musiała użyć telepatii lub telekinezy na dosłownie kilka chwil, gdyż profesor nie zauważył już więcej żadnych znaków na mapie. Teraz, na zmianę z Betsy, wciąż sprawdzali Cerebro. Na nieszczęście do kreacji sylwestrowej nie pasowała opaska z przekaźnikiem, więc odnalezienie dziewczyny było utrudnione.

Scott zajął się sterowaniem, jak zawsze zresztą. Poza zaciętą miną i zmarszczonym czołem nie okazywał w żaden sposób swoich emocji. Trudno uwierzyć, że jeszcze trzy godziny temu był gotów szukać porywaczy Jean w garniturze i czarnych lakierkach, nie czekając nawet na podpowiedzi Cerebro. Szybko jednak się opanował i teraz dzielnie zachowywał zimną krew. W przeciwieństwie do Kitty, która od chwili, gdy dowiedziała się o Lancie, była na zmianę markotna i wściekła. Siedziała wpatrzona w ciemne niebo za oknem, walcząc z wybuchem płaczu. Rogue, która siedziała obok niej, była w głębi duszy wdzięczna, że jej koleżanka nie jest w stanie rozmawiać. Mogła dzięki temu skupić się na własnych myślach i na tym, co wydarzyło się przed odnalezieniem Kelly'ego. Zastanawiała się, jak o tym myślał Gambit – czy w ogóle miało to dla niego znaczenie? Teraz rozmawiał dwa rzędy przed nią ze Storm i nie wydawał się ani trochę przejęty. Na twarzy miał przyklejony ten sam, irytująco-flirtujący uśmieszek.

- Lądujemy – zakomenderował Scott, wyciągając ją z rozmyślań. Obniżyli lot, a później łagodnie wylądowali między magazynami w dokach. Okolica zdawała się być cicha. Tylko gdzieś w oddali słychać było miauczenie kotów.

- Czego dokładnie mamy szukać? – spytała Storm, gdy wszyscy już wysiedli w Blackbirda, a Scott włączył w nim funkcję kamuflażu.

- Profesor podał nam dość ogólne dane – mruknął rozglądając się wokół. – Musimy zdać się na nasz instynkt.

- Co z góry będzie skazane na porażkę – odezwał się ktoś za nimi. Cała grupa obejrzała się gwałtownie za siebie. Z cienia wyłonił się ktoś, kogo zupełnie się tutaj nie spodziewali.

- Logan – wyszeptała Rogue. – Co ty tu…?

- Nie mamy czasu na pogaduszki – warknął Wolverine, ubrany już w swój uniform. – Jean jest tutaj. Wyczułem ją – dodał i skierował się w północną część doków. Reszta załogi, po chwili wahania, ruszyła za nim.

Kluczyli kilka długich minut między opuszczonymi, ciemnymi budynkami. W końcu przystanęli przy niewielkiej szopie, która przy ogromnych magazynach wokół wydawała się schowkiem na szczotki.

Kitty przefazowała głowę przez drzwi.

- Pusto i ciemno – wzruszyła ramionami, gdy stanęła w całości przed grupą.

- Tutaj trop się kończy – mruknął Logan i nie czekając na nikogo, wszedł do budynku. Drzwi nie były zamknięte na żaden klucz. Znaleźli się niewielkim przedsionku mającym jakieś osiem metrów kwadratowych. Poza połamanym krzesłem nie było tu niczego.

- Tutaj ją zaciągnęli? – zapytał Scott rozglądając się po pomieszczeniu. Nie wydawał się przekonany. Rogue nie chciała tego przyznać, ale machinalnie zaczęła się rozglądać za śladami krwi.

- To dobry trop, mes ami – zwrócił się do nich Remy, sam przypadając do podłogi i uważnie badał palcami złączenia desek w podłodze. Podłoga była zakurzona, ale wprawne oko mogło zauważyć, że ilość kurzu nie jest równomierna na całej podłodze, a relatywnie czyste było jedno miejsce. To, które badał właśnie Gambit. Parę sekund zajęło mu znalezienie ukrytej klapy. Z uśmiechem triumfu wstał i wskazał szarmancko dłonią na wyzierający z podłogi otwór.

- Panie przodem? – Remy zwrócił się w kierunku Rogue i Kitty.

- Odsuń się, gumbo – mruknął Logan i ruszył w kierunku otworu. Nim zdążył w ogóle dotknąć drabiny, która tam się znajdowała, wyprzedził go Scott.

- Ja idę pierwszy – stanowczym tonem powiedział Cyclop i nie czekając na reakcję Logana, zniknął w otworze.

Rogue zawsze starała się pozować na silną kobietę. Taką, która niczego się nie boi, nie płacze na filmach i nigdy nie czuje strachu. Starała się zachować kamienną twarz, gdy jej ramiona muskały lepkie siateczki tkane zapewne przez monstrualnej wielkości pająki. Pająki, które w każdej chwili mogły zsunąć się jej na ramię. Lub włosy. Z dzielną miną, ale już przyspieszonym oddechem, omijała truchła szczurów, mimo że w środku wrzeszczała ze strachu. Miała ochotę uciec, ale za nią szedł Remy. Nie było takiej opcji, by pokazać, jak bardzo się boi. Dlatego z niecierpliwością czekała na chwilę, gdy korytarz się skończy i wyjdą gdzieś indziej.

Po kilku długich chwilach powolnego przedzierania się przez ciasne i mroczne korytarze, znaleźli się przed metalowymi drzwiami. Odcinały się karykaturalnie od poszarzałych, pokrytych pajęczyną cegieł.

- Odsuńcie się – zwrócił się do nich miękkim głosem Gambit, a następnie podszedł do drzwi i rozżarzonym palcem przejechał po krawędziach drzwi, zostawiając na nich rozświetlony, czerwony ślad. Cajun pchnął lekko powstały prostokąt i drzwi upadłyby wprost na podłogę po ich drugiej stronie, gdyby nie szybka reakcja Kitty, która przefazowała przez drzwi i chwyciła wypalony prostokąt z drugiej strony i ostrożnie położyła go na podłodze.

- Nie chcemy robić hałasu – mruknęła do Gambita. – Poza tym mogłam sprawdzić, co jest ten, po drugiej stronie. Tak na wszelki wypadek.

- Podobnie jak ja – dodał Kurt, obrzucając Remy'ego chłodnym spojrzeniem. Gambit wzruszył tylko ramionami.

- Przyznaj się, chciałeś się tylko popisać sztuczką – rzuciła przez ramię Rogue, gdy przechodziła przez otwór.

- Mam jeszcze kilka sztuczek w zanadrzu, cherie. – Rogue gwałtownie się zatrzymała, słysząc szept Gambita sączący się prosto do jej ucha. Dreszcze, które pojawiły się wraz z jego głosem, było nieziemsko przyjemne. – Chcesz zobaczyć? – mrugnął do niej, gdy stanął tuż obok. Obrzuciła go zniesmaczonym spojrzeniem i powoli postukała palcem wskazującym w czoło z miną jednoznacznie wskazującą, co sądzi o pokazywaniu czegokolwiek przez tego pomylonego Cajuna.

Po drugiej stronie metalowych drzwi przywitało ich pomieszczenie zupełnie różne od tego, z którego wyszli. Szare, czyste kafelki oraz białe ściany dawały wyraźny kontrast dla ciemnego korytarza pełnego pajęczyn.

Logan bardzo szybko zdobył trop. Prowadził ich sprawnie po wyglądających tak samo korytarzach, aż wreszcie dotarli do kolejnych metalowych drzwi.

- Tym razem zrobimy to po mojemu – rzekła Kitty i przefazowała przez drzwi. Po chwili pojawiła się z powrotem jej podekscytowana twarz.

- Jest tam!

- Zbyt prosto nam to idzie – mruknęła do siebie Storm.

- Jak teraz chcecie to otworzyć bez pomocy Remy'ego? – zapytał Gambit, krzyżując ramiona i spojrzał wyzywająco na Kitty.

Dziewczyna jedynie się uśmiechnęła i przefazowała dłonią przez cyfrową klawiaturę koło drzwi, które otworzyły się po chwili.

- Tanie sztuczki – mruknął półgłosem.

Znaleźli się w ogromnym pomieszczeniu zbudowanym na planie koła. Na środku stała metalowa kozetka do której przytwierdzona była Jean. Leżała na wznak z nogami i rękoma zakutymi w metalowe uchwyty. Jej długie, rude włosy zdawały się być wielką czerwoną plamą pośród oceanu metalu i matowej szarości. Pod ścianami, a także wokół kozetki, stały szafki z masą fiolek, zlewek, a także aparatury, która miarowo postukiwała. Najprawdopodobniej znaleźli się w ogromnym laboratorium ukrytym w podziemiach Nowego Jorku. Kto to u licha stworzył?

- Jean! – Scott podbiegł do kozetki. Dziewczyna nie zareagowała. Cyclop sprawdził palcem jej tętno, z ulgą westchnął i ucałował dziewczynę w usta.

- Szybko, zabierzmy ją stąd – rzucił przez ramię.

Gdy zaczął majstrować przy metalowych bransoletach, w które zakuta była Jean, w pomieszczeniu rozległy się dudniące kroki.

- Urocze i romantyczne – usłyszeli zimny głos tuż za plecami. – Myślałem jednak, że przybędziecie szybciej.

Do laboratorium wszedł mężczyzna mający maksimum czterdzieści lat. Gdyby nie czarny kostium, szponiasta peleryna wyglądająca jak skrzydła nietoperza, a także czerwony romb na czole, mężczyzna mógłby uchodzić za przystojnego. Miał czarne, gładko zaczesane włosy i z rzeźbiarską precyzją wymodelowaną twarz. Oczy miał za to zupełnie pozbawione źrenic i tęczówek. Wyzierała z nich czerwień.

- Kim jesteś? – warknął Scott zasłaniając ciało Jean.

- Panie LeBeau, zechce mnie pan przedstawić pana nowym przyjaciołom? – Mężczyzna zwrócił się do Gambita. Remy przez chwilę mierzył się z nim wzrokiem, później, nieco zmieszany, zwrócił się do Scotta.

- To Mr Sinister.

- Skąd…? – zaczął Scott, ale Sinister przerwał mu.

- Myślę, że dobrze byłoby się bliżej poznać, nieprawdaż? – zapytał miękko, po czym zaklaskał dwukrotnie. Z dysz umieszczonych w podłodze zaczął ulatniać się gryzący, szary dym. Rogue nie była w stanie nic zobaczyć, czuła jedynie, jak ktoś ją łapie w pasie i odciąga w kierunku wyjścia z laboratorium. Nie zdążyli jednak przebiec nawet kilku kroków, gdy upadli nieprzytomni na podłogę.


Najpierw usłyszała mnóstwo głosów. Każdy się przekrzykiwał, próbował zdominować innych. Później poczuła odrętwienie. A potem ból w potylicy. Musiała się uderzyć przy upadku na podłogę w laboratorium. Głosy narastały. Otworzyła z trudem oczy, by zobaczyć biały sufit. Przymknęła powieki z chęcią ponownego zaśnięcia, ale ta rozmowa wokół stawała się coraz głośniejsza, wżerała się jej w mózg, nie była w stanie usłyszeć własnych myśli. Chciała odizolować się od tego hałasu, chciała krzyknąć, by przestali tak głośno rozmawiać. By się wreszcie uciszyli.

Dyskusja trwała w najlepsze. Rogue wyłapywała pojedyncze słowa, ale całe zdania nakładały się na siebie, tworząc jakąś absurdalną, psychodeliczną melodię. Poczuła, że łzy napływają jej do oczu. Chciała je otrzeć, ale wtedy poczuła opór, nie dała rady unieść ręki. Otworzyła szeroko oczy i spróbowała odwrócić głowę w lewo lub prawo. Nie była w stanie, zupełnie jakby jej ciało było z ołowiu. Spróbowała uchwycić kątem oka, gdzie się znajduje. Po prawej dostrzegła aparaturę, po lewej natomiast czyjeś ciało, nie była jednak w stanie powiedzieć, czyje. Zerknęła w dół, po sobie. Leżała podłączona do maszyny po prawej. Ktoś zdjął z niej uniform i ubrał w szpitalną koszulę. Jednak wciąż nie mogła namierzyć źródła tych rozmów.

- Zamknijcie się! – wykrzyknęła mrużąc oczy. – Zamknijcie się wszyscy – jęknęła ciszej. Łzy spływały jej ciurkiem po twarzy. Pociągnęła nosem. Wtedy usłyszała jeszcze jeden głos, wyraźnie dominujący nad dotychczasowymi rozmowami, na dodatek mogła wskazać, skąd on dobiega.

- Rogue?

- Logan? – wyszeptała, oddychając głęboko. – Powiesz im, by przestali krzyczeć?

- Stripes, tutaj nikt nie krzyczy – odparł zaskoczony Logan. – Rozmawiamy tylko my.

- Nie, oni cały czas… – Rogue przerwała, myśląc gorączkowo. Te głosy… one pochodziły od niej. Wszystkie wchłonięte świadomości zostały dopuszczone do głosu i z tego prawa bardzo skwapliwie skorzystały. Dopiero teraz mogła zidentyfikować niektóre głosy. – Co oni nam zrobili…?

- Podłączyli nas do czegoś. Nie jestem w stanie się z tego wyrwać – odparł ściszonym głosem. – Jestem jak sparaliżowany.

- Jesteśmy tu tylko my?

- Tylko ciebie słyszę – odrzekł Logan. – Wyczuwam twój zapach, Sinistra i jeszcze czyjś, nikogo więcej.

- Co z nami zrobią?

- Nie wiem – odparł Logan. – Ale jeśli mieliby zabić, już by to zrobili, prawda?

- Zawsze podziwiałam twój optymizm – odparła Rogue, śmiejąc się przez łzy. – Ja cały czas słyszę głosy, Logan – dodała po chwili, czując, jak ogromna łza przemierza jej policzek w kierunku ucha. – Są strasznie głośne, nie wiem, czy to wytrzymam.

- Trzymaj się, Stripes – pocieszył ją Logan. – Chuck na pewno już wie, że coś jest nie tak.

Oboje zamilkli. Rogue starała się wyciszyć, zbudować blokadę w swoim umyśle, tak, jak uczył ją profesor. Wtedy jednak mieli do wyizolowania jeden głos, na dodatek cichy, a nie tłum rozwrzeszczanych osobowości, z których każda starała się zdominować właścicielkę.

- Logan?

- No?

- Dlaczego wróciłeś dopiero teraz?

- Porozmawiamy o tym, jak stąd wyjdziemy, dzieciaku – mruknął po dłuższej pauzie. – Mówisz, że słyszysz głosy? – Gładko zmienił temat.

- Głośniej niż zwykle – uściśliła, czując, jak w jej gardle rośnie wielka gula. Chciała się rozkleić, miała ochotę wyć, ale wiedziała, że to w niczym nie pomoże. Poza tym – nie wolno jej tego było robić przy Loganie. Zawsze jej powtarzał, że musi być silna, także psychicznie, szczególnie ona. Nigdy nie pozwalał się jej mazać, czy użalać nad sobą. Nigdy jej nie pocieszał, za to zawsze dawał motywacyjnego kopa.

- A mogłabyś się skupić na jednej z przejętych osobowości? – kontynuował Logan. Rogue, mimo że w pierwszej chwili chciała dopytać, o co mu chodzi, wpadła na jego trop. Razem z Xavierem pracowali nad wyciszeniem tych głosów, pozbyciem się ich świadomości z jej głowy. Logan chciał, by zrobiła coś zupełnie odwrotnego. Pozwoliła dojść do głosu jednej z nich, a później skorzystać z jej mocy, by wydostać się stąd.

- Nie wiem, czy d-dam… - zaczęła Rogue, ale Logan przerwał jej.

- Skup się, dzieciaku.

Coś w jego głosie kazało jej wierzyć, że jest w stanie to zrobić. Przymknęła oczy i postarała się rozluźnić. Zastanowiła się, która z wchłoniętych osobowości byłaby tutaj najlepsza. Wybór był oczywisty. Postarała się wyszukać jego głos wśród nakładających się na siebie rozmów innych świadomości. Gdy wyłapała pierwszy wyraz, było już łatwiej podążać tropem tej osoby. Po kilku sekundach, a może minutach, jego głos stawał się głośniejszy i wydawał się dominować nad innymi. Rogue pozwoliła mu na jeszcze więcej. Odsunęła swoją świadomość gdzieś na bok i zezwoliła na przejęcie swojego ciała.

Miała wrażenie, że stała się jedynie widzem. Nie byle jakim, bo widzem w pierwszej perspektywie. Widziała, jak kajdany na jej nadgarstkach cicho kliknęły i uwolniły ręce. Chwilę później to samo stało się z obręczami na kostkach. Czuła, jak wszystkie igły, szczypce oraz inne przyrządy, wydobywają się z jej ciała i upadają z cichym brzdękiem na podłogę. Widziała, jak wstaje z pozycji leżącej i siada na kozetce. Zobaczyła, jak Logan próbuje kątem oka zwrócić na siebie uwagę. Leżał na takiej samej kozetce, co ona, również przypięty do aparatury, która cicho tykała obok jego łóżka.

Rogue skupiła się na tym, by uwolnić również Logana. Magneto, który przejął nad nią kontrolę, miał ochotę się roześmiać w głos. Nie miał zamiaru pomagać swojemu wrogowi. Rogue, spanikowana, starała się odebrać kontrolę nad swoim ciałem. Chciała przekrzyczeć Magnusa, zupełnie jak kilka minut temu inne osobowości chciały przekrzyczeć ją. Nie była w stanie tego zrobić. O ile sam Magnus tego nie zechce, była skazana jedynie na bycie obserwatorem. Jedyne, co pocieszało Rogue, to to, że jego osobowość nie utrzyma się wiecznie. Wchłonęła tylko jeden jego kawałek, niewielki fragment jego świadomości. To za mało, by zdominować ją na dłużej. Wiedziała, co zaraz się stanie. Pamiętała to doskonale z koncertu.

- Logan, pomóż mi! – jęknęła, gdy upadła na podłogę, a świadomość Magnusa ustępowała innej. Teraz Rogue usłyszała ryk. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że pochodzi on z jej ust.

- Sabretooth – mruknął Logan mrużąc oczy. Czy dostrzegła w nich strach?

Nie, nie, nie, tylko nie on – pomyślała Rogue. Skupiła się najmocniej, jak tylko się da na tym, by wrócić do swojego ciała. Bezsilnie obserwowała, jak nachyla się nad twarzą Logana, który nawet nie mógł odwrócić głowy. Nie, nie, nie! Skup się na kimś innym, Rogue – napominała siebie. Skup się na kimś bardzo mocno! I wtedy znowu usłyszała piosenkę, przy której tańczyła kilka godzin temu i ponownie poczuła przyjemne dreszcze w środku. Przed oczami pojawił się zawadiacki uśmiech Remy'ego. Przez chwilę słyszała zupełną ciszę w swoim umyśle. Wszystko wokół zgasło, zamilkło, usunęło się w cień, widziała i słyszała tylko jedną osobę. Otworzyła oczy i zobaczyła przed sobą groźną twarz Logana. Nie jego się spodziewała, więc w pierwszej chwili była zdezorientowana.

- To ja – wyszeptała do niego po chwili. Odpięła od niego aparaturę, wyciągnęła z rąk wenflon, przez który sączyła się kroplówka. – Chyba będę musiała pożyczyć od ciebie trochę mocy – zawyrokowała, patrząc na metalowe bransolety na nadgarstkach i kostkach Logana. – Nie chcę znowu zdawać się na Magneto.

- Jasne, dzieciaku – odparł Logan i skinął głową. Rogue dotknęła lekko jego skóry i poczuła gwałtowny napływ nowych emocji, wspomnień i mocy. Miała wrażenie, że ostatnie refleksy wchłonięte od Logana krążą głównie wokół jednej twarzy, ale nie miała czasu na to, by skupić się nad tymi echami, gdyż jej ciało przeszedł rozdzierający ból w okolicach rąk. Z przerażeniem obserwowała, jak z jej drobnych kosteczek na dłoni wysuwają się stalowe szpony. Pamiętając, jak Logan ich używał, zacisnęła dłonie w pięści i skupiła się na przepiłowaniu kajdan. Wolverine wybudzał się już z drobnej utraty przytomności i, Rogue mogła się o to założyć, żałował, że tak szybko odzyskał świadomość. Stała teraz przed nim i przymierzała się do pierwszego uderzenia.

- Tylko celuj w kajdany, Rogue – delikatnie zasugerował Logan. Rogue zerknęła na niego kątem oka.

- I tak się zregenerujesz – mruknęła i, nie czekając na ripostę, zamachnęła się. Pierwsza bransoleta spadła z nadgarstka Logana. Gdy Rogue przymierzała się do drugiej, usłyszała cichy głos Logana.

- Z resztą już sobie poradzę.

- A nie jesteś czasem sparaliżowany? – mruknęła zbita z tropu.

- Cokolwiek to było, pochodziło z tego wszystkiego wokół – odparł rzucając spojrzeniem na odpiętą kroplówkę. – A teraz odsuń się i spójrz, jak to się robi.

Logan wysunął szpony z prawej dłoni i jednym płynnym ruchem uwolnił się z kajdan. Usiadł na kozetce, kilkakrotnie zgiął i rozprostował nogi i zerknął na Rogue, która ze strachem wpatrywała się w niego.

- Co jest? – zapytał.

- Te głosy… – zaczęła cicho – … one chyba wracają. Są jeszcze głośniejsze… A może takie były? Nie wiem. – Czuła, jak kręci się jej w głowie. Oparła się ręką o swoją kozetkę, ale zahaczyła o nią szponami i poczuła, że traci równowagę. Upadła na podłogę. Logan przykucnął nad nią starając się przy tym, by nie dotknąć jej nagiej skóry.

- Cherie? – usłyszała.

- Remy? – wyszeptała i starała się skupić na pochylającą się nad nią twarzy.

- Rogue, do cholery, co jest? – Szorstki głos Logana otrzeźwił ją nieco. Brzmiał głośniej niż głosy w jej głowie, głośniej niż Remy. Nie chciała, by Logan go przekrzykiwał, wolała słuchać Remy'ego.

- Remy, zabierz mnie stąd – jęknęła i straciła przytomność.


Najpierw usłyszała powolne, miarowe tykanie maszyny. Później poczuła, jak z każdym oddechem naprężają się plastry, którymi były przyczepione do jej klatki piersiowej elektrody kardiogramu. Dopiero potem poczuła, jak bardzo boli ją głowa. Z grymasem otworzyła oczy i znowu pierwsze, co zobaczyła, to biały sufit. Jęknęła na myśl o tym, że Loganowi nie udało się ich wydostać z laboratorium Sinistra. Wiedząc, że brak możliwości ruchu będzie najlepszym dowodem na to, że znowu jest więźniem, poruszyła lekko palcami dłoni. Gdy przełamała odrętwienie i zacisnęła palce, chciała płakać ze szczęścia. Uniosła się na poduszkach i rozejrzała po pomieszczeniu. Z wielką ulgą dostrzegła znajome wnętrze. Znajdowała się w ambulatorium w Instytucie Charlesa Xaviera dla wybitnie uzdolnionych.

- Cherie? – Usłyszała głos koło siebie. Tuż obok jej łóżka siedział Gambit i popijał kawę z olbrzymiego kubka.

- Wziąłeś bez pytania mój kubek? – zapytała oburzona. – Szczurze błotny? – dodała po chwili, by domknąć pytanie.

Remy uśmiechnął się na dźwięk jej wibrującego głosu i odstawił kawę na stolik stojący obok łóżka.

- Cherie odzyskuje przytomność po kilkunastu godzinach i pierwsze, co robi, to opieprza Remy'ego? Dieu, masz temperament, dziewczyno.

- Przytomność? Co się ze mną działo? – dopytała zaskoczona, wciąż patrząc na swój kubek, który chwilę temu dotykał Remy. Ustami, cholera.

- Cherie nic nie pamięta? – spytał Gambit patrząc na nią przenikliwie.

- Wiem, że mieliśmy odbić Jean z rąk jakiegoś pomyleńca z rombem na czole – zaczęła odwracając wzrok od kubka i skupiła się na ostatnich wydarzeniach. – Potem była ta mgła, a potem znalazłam się z Loganem w jakimś pokoju i było tak głośno… a potem…

- Och – mruknął zaskoczony Remy. – Potem Monsieur Claws łaskawie uwolnił nas z klatek Pana z Rombem.

- Jak się wydostaliśmy? I czemu, cholera, nic nie pamiętam? – zapytała, marszcząc nos. Przeczesała włosy, czując jak ból głowy wraca. Zacisnęła powieki i opadła na poduszki.

- Cherie? – usłyszała. Z trudem uniosła powieki i spojrzała na zaniepokojonego Remy'ego.

- Przepraszam, mam młynek w głowie – mruknęła, przecierając oczy. – To jak się wydostaliśmy?

- Nie powiem, dopóki nie nabiorę pewności, że dobrze się czujesz – odparł skonsternowany Remy. Uważnie ją obserwował, szukając jakichkolwiek oznak bólu bądź niepokojących objawów.

- Szczurze błotny – wybuchła ze złością – nic mi nie jest, to element mojej mutacji – odparła wreszcie. Remy nie wydawał się być przekonany, gdyż nadal wpatrywał się w nią z niepokojem. Rogue westchnęła, rozmasowała skronie i z niewielką ulgą spojrzała na Cajuna.

- Zawsze mam ciężkie poranki, boli mnie głowa, a głosy, które w niej siedzą – wskazała palcem na głowę – są nieznośnie głośne. Z tego, co mówisz, spałam dłużej niż standardowe osiem godzin. Nic dziwnego, że czuję się jak gówno – mruknęła.

- Może zawołam profesora? Albo chociaż pana McCoya? – spytał Remy wciąż zaniepokojony, ale już w mniejszym stopniu.

- Nie, nie trzeba – odparła. – Za kilka minut będzie lepiej.

- Może Remy się koło ciebie położy? Będzie jeszcze lepiej, obiecuję! – Na twarzy Cajuna pojawił się dwuznaczny uśmieszek. Rogue przewróciła oczami. Nie wiedziała, co jest gorsze: zaniepokojony Cajun czy lubieżnie flirtujący Cajun.

- Ty chyba nie rozumiesz, na czym polega moja mutacja, co nie? – odparła wyraźnie zniecierpliwiona. Nie miała nastroju do żartów.

- A co ma do tego twoja mutacja, cherie? – spytał zaskoczony Gambit.

Rogue ukryła twarz w dłoniach. On był niemożliwy. Nadęte ego, rozbuchane hormony, perwersyjne skojarzenia. Chyba nawet zaczynała się do tego przyzwyczajać.

- To jeszcze raz – powiedziała, unosząc głowę i patrząc prosto w oczy pomylonego Cajuna – jak się wydostaliśmy?

- Później dołączyli do nas Betsy, koleś ze skrzydłami… - zaczął.

- Warren tam był? – zapytała zaskoczona Rogue.

- Oui. I Betsy i pan McCoy – odparł. – Bardzo szybko rozbiliśmy ludzi Sinistra, ale on sam zdążył uciec.

- A dlaczego ja się tutaj znajduję? – spytała po chwili, zbierając wszystkie myśli do kupy.

- Na to pytanie odpowie ci profesor, cherie – odparł, wstając z krzesła i kierując się w stronę drzwi. – Pójdę po niego.

- Remy? – zawołała, zanim zdążył zamknąć drzwi. Odwrócił się i spojrzał na nią pytająco.

- Dziękuję – powiedziała cicho. Remy uśmiechnął się i zamknął za sobą cicho drzwi.

Rogue spojrzała na swoje nagie dłonie. Wiedziała, że mieli mnóstwo rzeczy do przedyskutowania. Pomimo hektolitrów wina, które wypiła na balu sylwestrowym, doskonale pamiętała, co między nimi zaszło. Pamiętała doskonale, jak tańczyli, pamiętała również, o czym rozmawiali na pierwszym piętrze restauracji. Starała się wtedy chłonąć każdą sekundę, każdy gest, czy ruch z jego strony. To nie mogło się na tym zakończyć, wiedziała o tym.

- Witaj, Rogue – przywitał się z nią. Dziewczyna uśmiechnęło się lekko w odpowiedzi.

- Jak się czujesz? – zapytał Xavier.

- Ciszej – odpowiedziała po chwili zastanowienia Rogue. – Wtedy, w laboratorium, głosy w mojej głowie były bardzo głośne… – zmarszczyła brwi, próbując przypomnieć sobie jak najwięcej szczegółów z tamtej chwili.

- Tak, Logan opowiedział mi o tym. Mówił też o tym, w jaki sposób go uwolniłaś. – Profesor spojrzał na nią przenikliwym wzrokiem.

- Straciłam kontrolę nad tym, o mało go nie zabiłam… – Rogue poczuła pieczenie pod powiekami. Znowu miała przed oczami twarz Logana, do którego przez długą chwilę czuła ogromną nienawiść jako alter ego Sabretootha. Tak mało brakowało… Gdyby nie…

Profesor, jakby odgadując jej myśli, przemówił łagodnie.

- Ale udało ci się w porę nad tym zapanować. To bardzo dobra wiadomość dla nas.

- Jak to „dobra"? Jak to dla „nas"? – spytała zdezorientowana.

- Myślę, że to wydarzenie jest bardzo obiecujące dla naszych dalszych terapii – oznajmił. – Rogue, posłuchaj – kontynuował widząc zafrasowaną minę dziewczyny – twoja moc to coś więcej niż tylko absorpcja osobowości innych ludzi. Na razie może być to dla ciebie ciężarem, ale wkrótce uda nam się nad tym zapanować i rozwinąć.

- Profesorze – zaczęła Rogue po dłuższej chwili – ja się bardzo bałam. Nie chcę znowu przez to przechodzić…

- Sinister najprawdopodobniej zupełnie nieświadomie doprowadził cię do stanu, w którym zostały wyostrzone wchłonięte przez ciebie osobowości – odparł łagodnie Xavier splatając dłonie w piramidkę. – My moglibyśmy…

- A co dokładnie zrobił nam Sinister? – przerwała mu Rogue.

- Wciąż to badamy – odparł nieco zbity z tropu profesor. – Wiemy na pewno, że prócz podstawowych badań morfologicznych i biochemicznych, badał wasze fale mózgowe i możliwe, że planował przeprowadzić kilka eksperymentów. Dlatego niektórzy z was zareagowali intensywniej niż…

- Ktoś jeszcze jest w ambulatorium? – spytała.

- Wciąż obserwujemy z doktorem McCoyem Jean – odrzekł Xavier. – Sinister miał więcej czasu na badanie jej, dlatego chcemy mieć pewność, że jej organizm nie został w żaden sposób uszkodzony.

- A kiedy ja będę mogła wyjść z ambulatorium?

- Poproszę doktora McCoya, by zrobił raz jeszcze kontrolne badania. Do wieczora będziesz wolna – zapewnił Xavier i uśmiechnął się lekko. Już miał odjeżdżać, gdy Rogue zadała mu jeszcze jedno pytanie.

- Profesorze… Dlaczego spałam tak długo?

- Musieliśmy uspokoić wchłonięte osobowości i pomóc ci w odbudowaniu bariery mentalnej. Musieliśmy działać szybko, więc zadecydowaliśmy o wprowadzeniu cię w śpiączkę farmakologiczną. Proces byłby dłuższy przy zachowaniu twojej przytomności – wytłumaczył. – Wspólnie z panną Braddock udało nam się odseparować wszystkich rezydentów.

Rogue poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku. Do tej pory przyzwolenie na grzebanie w jej głowie miał tylko profesor i w uzasadnianych przypadkach Jean. Jakby nie patrzeć, był to bardzo intymny proces i Rogue nie chciała, by zajmował się tym ktoś zupełnie obcy. A zwłaszcza „panna Braddock".

Charles, jakby czytając w jej myślach lub – przeczytawszy to w myślach – uspokoił ją.

- Wszystkie myśli należące do ciebie zabezpieczyłem, nim przystąpiliśmy do pracy – zapewnił profesor. – Czy mogę przekazać Loganowi, że stawisz się dzisiaj na treningu?

Rogue przygryzła wargę i po chwili wahania łagodnie opadła na poduszkę.

- Chyba jeszcze nie czuję się na tyle dobrze, by wziąć udział w sesji z Loganem, profesorze – uśmiechnęła się przepraszająco.

- Rozumiem – odparł profesor, a Rogue mogła przysiąc, że kąciki jego ust zadrgały lekko. – Przekażę to Loganowi.

Gdy profesor zamknął za sobą drzwi, Rogue przekręciła się na bok. To wszystko było dziwne. Już od samego początku. Pamiętała, co wchłonęła w momencie dotknięcia Toada. X-Menów miało nie być na balu sylwestrowym. Senator Kelly miał być więziony nie na piętrze restauracji, co było niewiarygodnie głupie, a w jednym z mieszkań na Brooklynie. Bractwo Złych Mutantów miało za zadanie przybyć na bal tuż przed północą, by wystraszyć gości. Zrobić bałagan, wzniecić panikę. I za wszelką cenę podkreślać, że są mutantami, tak jak to zrobił Alvers. Nie trzeba być geniuszem, by wiedzieć, jaki był w tym cel: definitywnie przekonać senatora Kelly'ego do przedłożenia w Senacie ustawy o kontroli mutantów. Skoro mutanci są na tyle niebezpieczni, by wdzierać się siła na bal sylwestrowy i zabijać niewinnych ludzi, to nie pozostaje nic innego, jak skatalogować wszystkich odmieńców i w razie potrzeby unieszkodliwiać. Ale komu byłoby to na rękę? Bractwo pracowało dla Mystique, a dla kogo pracowała ona? Dla Sinistra? Nie, jemu od samego początku zależało na przechwyceniu Jean. Nie obchodził go Kelly. Na rękę było mu to, że w jednym miejscu byli X – Meni i Bractwo. Doskonale skorzystał na zamieszaniu, jakie wybuchło. Ale jak przechwycił Jean? To było zaledwie kilka chwil, gdy widziała Grey koło Toada, a potem musieli już uciekać z budynku. Sinister musiał mieć jakąś wtykę wśród gości lub obsługi, dzięki temu niezauważenie ją uprowadził. I skąd znał go Remy?

Rogue zdała sobie sprawę, że od kilku chwil wpatruje się w pękaty kubek stojący na jej stoliku nocnym. Podniosła się i ujęła go delikatnie w dłonie. Zostało w nim jeszcze nieco kawy, ku jej uciesze bez mleka. Obracała kubek w dłoniach delektując się aromatem czarnego płynu. Upiła z niego nieco kawy, dotykając ustami miejsca, w którym jeszcze kilkanaście minut temu były wargi Remy'ego. Z jakiegoś powodu znowu poczuła to dziwne drżenie w brzuchu. Mimo że kawa była ledwo ciepła, smakowała wybornie. Musiała być świeżo zmielona. A może to kwestia tego, kto ją zaparzył?


Na jednej z niewielkich wysp na wschodzie Stanów Zjednoczonych panowała idealna cisza. Z dala od reszty zabudowań, stał tu jedynie od lat opuszczony dom. Wiele lat temu służył za letnią rezydencję jednego z bogatszych biznesmenów. Krach na giełdzie spowodował jednak, że mężczyzna zbankrutował i czekało go życie na ulicy. Nie mogąc się pogodzić z tak drastyczną zmianą w życiu, powiesił się na strychu swej letniej rezydencji. Od tego czasu dom jest owiany złą sławą i krążą pogłoski, że jest nawiedzony. Być może dlatego od ponad osiemdziesięciu lat nikt nie chce kupić tu ziemi i osiedlić się w tym dworku. Pomimo upływu czasu, plotki wciąż donoszą o hałasach dochodzących z tego miejsca. Od czasu do czasu zdarza się jakaś grupka zapaleńców, którzy chcą zbadać legendę nawiedzonego dworu, ale jak do tej pory żadnemu nie udało się przekroczyć progu tego domu. A przynajmniej żadnemu, który wrócił, by podzielić się swoją relacją.

Jeden z takich amatorów mocnych wrażeń ostrożnie przedzierał się przez uschnięte krzaki pokryte śniegiem. Stąpał ostrożnie przyświecając sobie latarką. Energicznym krokiem dotarł do metalowego ogrodzenia, które otaczało opuszczoną posesję. Dotknął opuszkiem palca przęsła i uśmiechnął się pod nosem, gdy poczuł lekkie szczypanie. Mimo tego, co mówią ludzie, ktoś tutaj może nie tyle mieszkał, co od czasu do czasu przebywał. Bo któż inny podłączyłby ogrodzenie do prądu?

Teraz mężczyzna wiedział, co ma zrobić. Okrążył posesję w poszukiwaniu furtki. Gdy ją znalazł, przystanął przed nią i spoglądając na otoczenie wokół zawołał.

- Nathaniel, jestem tutaj!

Głos poniósł się po całym terenie odbijając echem od zabudowań wokół opuszczonej posesji. Przez długą chwilę nic się nie działo, ale wędrowiec wciąż stał przed metalową furtką. Gdy echo już zdążyło zamilknąć, a mężczyzna powoli tracił cierpliwość, wejście zaskrzypiało i się otworzyło.

Wędrowiec uśmiechnął się pod nosem i szybkim krokiem przemknął w kierunku drzwi wejściowych. W środku było ciemno, pachniało zbutwiałym drewnem, ziemią i padliną. Jakieś zwierzę musiało tu skonać stosunkowo niedawno. Mężczyzna zmarszczył lekko nos i poszedł prosto w kierunku niepozornych drzwi znajdujących się w pomieszczeniu, które niegdyś musiało być kuchnią. Odgarniając pajęczyny i uważając, by nie potknąć się o kawałki mebli i porozrzucanych szmat, dotarł do poszukiwanego przejścia. Chwilę później zniknął.

Tymczasem kilka metrów niżej, przed komputerem, siedział czarnowłosy mężczyzna. Gdy do jego przestronnego gabinetu wszedł jeden z jego ludzi, nawet nie odwrócił wzroku od monitora.

- Panie Essex, jakiś mężczyzna tutaj przyszedł… Ja… mam go wpuścić? – zapytał.

- Oczywiście – odparł Sinister, wciąż wpatrując się w ekran komputera.

- A-ale…

- Wpuść go tutaj – przerwał mu Sinister i przeszył go lodowatym spojrzeniem. Mężczyzna posłusznie skłonił się i wyszedł z pomieszczenia. Po chwili rozległy się kroki i do pokoju wszedł wędrowiec. Zamknął delikatnie drzwi i wszedł w mrok roztaczający się w kącie gabinetu. Gdy ponownie wyszedł w zasięg lampy, przed Sinistrem stanął jako czerwonowłosa kobieta o niebieskiej skórze.

- Jak mniemam – zaczął Sinister wciąż wpatrując się w monitor – Magneto nie ma pojęcia, że tutaj jesteś?

- A jak myślisz? – odparła Mystique i z gracją oparła się o fotel Sinistra. Przez chwilę oboje wpatrywali się w ekran komputera.

- Zapoznałaś się z nagraniami? – zapytał Sinister.

- Tak. I wiesz, na co zwróciłam uwagę? – Mysique, nie czekając na odpowiedź, przejęła myszkę od Sinistra i szybko wyszukała interesujący plik z nagraniem z kamer znajdujących się w laboratorium w Brooklynie. W niewielkiej sali, na dwóch kozetkach, leżeli mężczyzna mający na oko trzydzieści lat i młoda dziewczyna z charakterystycznym białym pasemkiem. Mystique przyspieszyła nagranie i wspólnie z Sinistrem obserwowali, jak dziewczyna bez użycia rąk rozpina metalowe kajdany i po chwili się uwalnia. Następnie podchodzi do łóżka mężczyzny, który zdążył już otworzyć oczy. Na nagraniu widać, jak nachyla się nad nim i bardzo gwałtownie oddycha, wręcz dyszy. Po chwili cofa się zdezorientowana, następnie dotyka mężczyzny i z jej dłoni wyrastają dwa szpony. Chwilę później uwalnia Wolverine'a. Mystique zatrzymała nagranie.

- Ciekawe, nieprawdaż? – Skrzyżowała ramiona na piersi i spojrzała na Sinistra.

- Widzę w niej potencjał – odpowiedział po dłuższej chwili. Nie odczuwał potrzeby dzielenia się z Mystique swoimi wnioskami, dlatego wolał powściągnąć się od wszelkich uwag.

Kobieta z satysfakcją uśmiechnęła się do siebie. Przez wiele miesięcy obserwowała Rogue w Instytucie. Czasem jako kot, a czasem jako ptak przyglądała się życiu swojej córki. Dziewczyna wciąż nie potrafiła opanować swoich mocy, pomimo rzekomej pomocy Xaviera. Mystique wiedziała, że musi wziąć sprawy w swoje ręce i szukać pomocy dla córki na własną rękę. Tylko dlatego zdecydowała się zwrócić do Sinistra. Jeśli nie on, to któż inny mógłby pomóc?

- Sama do mnie nie przyjdzie – przerwał jej rozmyślania Sinister.

- Pracuję nad tym – odparła Raven.

- Magneto niczego nie podejrzewa? – Sinister zmienił temat.

- Jeśli nawet, to przecież mi o tym nie powie – prychnęła Mystique, ale po chwili zmitygowała się. – Na razie jest zbyt zajęty programem Sentinel, by zwracać uwagę na mnie – dodała. – Ale myślę, że może się zastanawiać, kiedy Kelly zdążył zaprosić Xaviera na bal sylwestrowy. Zwłaszcza że Kelly był od początku września pod stałą obserwacją. Szkoda tylko, że przeżył bal… – westchnęła.

- Naprowadź go na fałszywy trop – zdecydował Sinister. – Znajdź kozła ofiarnego. A teraz już idź. Nie chcę, by moi ludzie zaczęli się zastanawiać, kim jesteś.

Mystique uśmiechnęła się z aprobatą i zmieniła się na powrót w mężczyznę, który wszedł do opuszczonej posesji i wyszła z pokoju.

Sinister natomiast powrócił do analizowania danych. Splótł dłonie pod brodą i uśmiechnął się kącikiem ust.

- Drzemie w tobie wielka moc, panno Rogue – mruknął do siebie.