Rogue siedziała w ławce wsparta na łokciu i mazała po swoim zeszycie. Styczniowe słońce wpadające przez liczne okna paliło ją niemiłosiernie w plecy, chciało jej się spać i bolała ją głowa. Stolik przed nią siedział Bobby i przepisywał coś z podręcznika, po jej prawej Kitty pisała jakiś esej. Biblioteka pełna była studentów Instytutu Xaviera. Starsi uczniowie samodzielnie realizowali program pod okiem Storm, która co jakiś czas prosiła jednego z uczniów do jej biurka i odpytywała z zadanego materiału, oczywiście w ramach swych kompetencji, i notowała coś w notatniku. Młodsi uczniowie mieli zajęcia z Jean lub Scottem, którzy przygotowywali ich do egzaminów semestralnych w szkole podstawowej.

Rogue od kilku minut nie potrafiła się skupić na zadaniu. Matematyka nigdy nie była jej mocną stroną. Nie potrafiła sama ugryźć zadania, ale gdy ktoś już ją naprowadził na rozwiązanie, zazwyczaj sobie radziła. Tylko że na egzaminach nie będzie miała pod ręką ani Scotta, ani Jean, ani nikogo innego, kto mógłby jej szeptać do ucha rozwiązania.

Rogue westchnęła i po raz kolejny wczytała się w treść zadania. Dla każdej liczby rzeczywistej m

- Rogue – zawołała ją Storm – możesz podejść do mnie?

Rogue z ociąganiem zabrała swoje notatki i podeszła do biurka Storm. Przysunęła sobie krzesło i usiadła tuż obok stolika. Ororo zerknęła na zamazaną kartkę i posłała zdziwione spojrzenie Rogue.

- To jest cała twoja praca na dzisiejszych zajęciach? – zapytała spokojnie.

- Dzisiaj nie mam głowy do tego – mruknęła Rogue, uciekając wzrokiem od Ororo.

- Rogue – westchnęła Storm i z troską spojrzała na swoją podopieczną. – Za cztery miesiące masz egzaminy SAT, a wciąż masz problem z najprostszymi zadaniami. Jak chcesz zdać te egzaminy i pójść na studia?

Rogue chciała już odpowiedzieć, że trochę ciężko było jej się na tym skupić po tym, jak użyła mutacji na Apocalypso. Że w ostatnim czasie miała ogromny problem z nawracającymi bólami głowy i koszmarami męczącymi ją każdej nocy. Że być może potrzebuje trochę więcej czasu na ochłonięcie, bo jeszcze wydarzenia z wakacji żyją w niej bardzo intensywnie. I wreszcie, chciała dodać, że po ostatnich demonstracjach przeciwko ludziom z genem X, obawia się pakować w tłum nowej społeczności, która być może nie jest zbyt otwarta na mutantów. Miała ochotę przyznać po cichu, że zwyczajnie się boi o swoją przyszłość.

Zamiast tego po prostu pochyliła się i nic nie powiedziała.

- Musisz nadrobić ten materiał – powtórzyła z naciskiem Ororo. – Twoi rówieśnicy są zapewne już kilka poziomów wyżej.

Rogue ściągnęła usta w cienką linię. Jej rówieśnicy nie mieli rozwalonego czasu poza szkołą na treningi w Danger Roomie i potencjalnie śmiertelnie misje. Ale tego również nie powiedziała.

- Wiem – przyznała zamiast tego. – Po prostu dzisiaj…

- Rogue – przerwała jej Storm, unosząc dłoń. – To przede wszystkim tobie powinno zależeć na edukacji, nie mnie czy Charlesowi. Kiedyś przyjdzie czas, że…

- …że będę mogła żyć normalnie? – weszła jej w słowo. Miała dość tych bzdur wygadywanych przez dorosłych. Wydawali się tacy oderwani od rzeczywistości, jakby nie dostrzegali tego, co się wokół dzieje. – Uważasz, że tacy jak ja mają szansę na normalne życie? Z moją mutacją?

- Oczywiście – odpowiedziała. Rogue mogła jednak przysiąc, że widziała zawahanie w jej oczach.

- Na razie nie możemy nawet wychodzić samotnie z Instytutu – odpowiedziała. – Trochę nie widzę tego normalnego życia.

- Rogue…

- Ale tak, powtórzę materiał, na następne zajęcie będę lepiej przygotowana – dodała, wstając, ale Ororo powstrzymała ją gestem.

- Porozmawiam z profesorem. Może uda się zorganizować jakieś korepetycje z algebry – zaoferowała. – Po prostu się nie poddawaj, Rogue – dodała jakby czulej. Rogue uśmiechnęła się krzywo i wróciła do ławki.

Rozejrzała się po pomieszczeniu, zerknęła przez okno, później raz jeszcze spojrzała na Ororo, która teraz tłumaczyła coś Amarze. Z westchnieniem wróciła do zadania. Dla każdej liczby rzeczywistej m…


- Nie, teraz musisz z tego zrobić proporcję – powiedział Forge pochylając się nad notatkami Rogue. Dziewczyna podrapała się po głowie i zerknęła z wahaniem na chłopaka. Nigdy nie sądziła, że będzie brała korepetycje od młodszego od siebie dzieciaka. Choć, technicznie rzecz biorąc, Forge był starszy nawet od Logana.

- Okej, biorę więc ten odcinek – Rogue wskazała ołówkiem rysunek na kartce – i wyliczam sobie proporcję do tego odcinka – tu znowu postukała na jakiś fragment notatek. – Ale jak wyliczyć w takim razie…

- Ze wzorów skróconego mnożenia. Pamiętasz je? – Forge zerknął na swoją uczennicę, która byłaby młodsza od niego o jakieś trzydzieści lat, gdyby nie fakt, że utknął między wymiarami.

- Tak, ale… - jęknęła Rogue. – Ja wolę na liczbach, a nie na…

- Zmiennych? – przerwał jej z uśmiechem Forge. – To jest dokładnie to samo, co na liczbach.

- Głupie te zadania – wyszeptała Rogue, pochylając się nad kartką.

- Dobrze sobie radzisz – odparł Forge. – Jeśli rozpisać ci plan działania, to obliczenia masz dobre. Problem w tym, że nie da się opracować uniwersalnego schematu. Musisz zdać się na swoją wiedzę, logiczne myślenie i intuicję.

- Nie pocieszasz mnie, Forge – mruknęła, intensywnie smarując ołówkiem po powierzchni kartki. Po chwili pokazała ją chłopakowi. Forge prześledził kolejne linijki obliczeń i kiwnął głową.

- Dobrze. Teraz zerkniemy, co pamiętasz z algebry…

Przerobili w ten sposób większość zadań z arkuszy testowych z ostatniego roku. Dzięki temu wiedzieli, co Rogue może ćwiczyć sama, a co wymaga ponownego wytłumaczenia. Ku rozpaczy dziewczyny, tych drugich zagadnień było o wiele więcej.

- No dobra, mamy plan – rzekł z wyczuwalnym zmęczeniem w głosie Forge. – To co, pora spać?

- Nie, ja mam jeszcze do napisania miliard referatów dla profesora – mruknęła Rogue, przeciągając się. Za oknem już dawno było ciemno, a z korytarza nie dochodziły żadne dźwięki. Najpewniej większość uczniów już smacznie spała.

- Zadał ci je tak z dnia na dzień? – zapytał zaskoczony Forge.

- Nie, już przed Świętami podał mi tematy – wzruszyła ramionami Rogue. Forge obrzucił ją karcącym spojrzeniem. – Och, no nie patrz tak na mnie.

- Nic nie mówię – odparł Forge, polubownie unosząc dłonie. – To co, w sobotę ogarniamy ciągi arytmetyczne?

- Już się nie mogę doczekać – westchnęła Rogue i zebrała ze stołu swoje rzeczy. Zostawiła je u siebie w sypialni, gdzie Kitty właśnie oglądała na laptopie jakiś serial. Rogue miała ogromną ochotę chwycić za paczkę chipsów i oglądać wraz z nią, ale ta bardziej rozsądna część jej jaźni (choć czy była to na pewno jej jaźń, tego nie mogła być pewna) nakazała jej zaparzyć sobie kawę i siąść nad przynajmniej częścią prac zadanych przez profesora. Wiedziała, że pierwsze terminy egzaminów SAT ustalane są już na kwiecień, ale pocieszała się, że może zdawać równie dobrze w lipcu. To dawało jej jeszcze pół roku na naukę, co w jakiś sposób uspakajało jej sumienie.

Schodząc po schodach z zaskoczeniem zauważyła, że światło w kuchni jest zapalone. O tej porze bardzo rzadko ktokolwiek przebywał poza swoim pokojem, chyba że Kitty akurat zgłodniała. Weszła do pomieszczenia i zauważyła, że ktoś tutaj chwilę temu był. Na stole stały dwa puste kubki i talerz z niedojedzoną tartą cebulową. Rogue zagotowała wodę i zalała wrzątkiem mieloną kawę. Aromat napoju rozniósł się przyjemnie po całej kuchni. Dziewczyna, trzymając w dłoni wielki kubek, zagarnęła jeszcze po drodze paczkę ciastek, zgasiła światło i skierowała się na górę. U szczytu schodów usłyszała, jak otwierają się drzwi wejściowe, a do Instytutu ktoś wchodzi. Zerknęła przez ramię i poczuła, że serce zabiło jej mocniej. Gambit rozmawiał z tą patykowatą modeleczką. Dziewczyna przyspieszyła kroku i szybko weszła w korytarz, przystając w miejscu, z którego para ich nie mogła widzieć.

- A ja mu mówię: nie, nie możesz, ale zapytaj swojej matki – Betsy opowiadała jakąś anegdotkę, zaśmiewając się przy tym swoim charakterystycznym śmiechem. Nie słyszała, co jej odpowiedział Gambit.

- O, ktoś nam zgasił światło – stwierdziła Betsy. Rogue domyśliła się, że to oni zostawili w kuchni naczynia. – Zresztą, z tobą mogę siedzieć po ciemku. – Znowu ten irytujący śmiech. Rogue cmoknęła z irytacją i skierowała się do swojego pokoju. By nie budzić Kitty, która zdążyła już się położyć, Rogue udała się na puste trzecie piętro pełne nieużywanych sypialni. Zaglądała po kolei do każdej z nich, aż natrafiła na niewielki, jednoosobowy pokoik z własną łazienką. Skromnie urządzony wydawał się idealnym miejscem do nauki. Uśmiechnęła się do siebie i rozłożyła na biurku książki i notatki. Zapowiadała się urocza noc w klimatach wojny secesyjnej.


Następnego dnia po porannym treningu Rogue znowu udała się do pokoiku na trzecim piętrze.

Miała przed sobą pracowity dzień, gdyż jutro czekały ją zajęcia z Ororo i profesorem McCoyem, a zostało jej jeszcze kilka rzeczy do powtórzenia. Denerwowała się na siebie, że dopiero teraz zaczęła się uczyć do egzaminów, zamiast ruszyć tyłek już w zeszłym roku – tak jak jej znajomi ze szkoły. Z drugiej strony, w zeszłym roku jej szkolni znajomi nie byli zajęci walką z pomylonym, niezniszczalnym mutantem, który zagrażał całemu światu. Tylko że teraz, z perspektywy czasu, Rogue widząc, ile ma zaległości do nadrobienia, zastanawiała się, czy nie wolałaby jeszcze raz zmierzyć się z Apocalypso.

- Nah, głupia jestem – mruknęła do siebie i otworzyła drzwi do pokoju. Spośród znajomych rzeczy, książek, koca, notatek, wyróżniał się jeden element nie pasujący do wystroju. Leżał rozciągnięty w wygodnej pozycji na łóżku i miał ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, brązowe, błyszczące włosy oraz nieprzyzwoicie przystojną twarz. Na dodatek przeglądał jeden ze zbiorów zadań, co zupełnie nie było w stylu tego człowieka.

- Co ty tu…? – zaczęła, zdziwiona jego obecnością. Tylko Kitty wiedziała, że przeniosła się na nieuczęszczane trzecie piętro. Ten socjopata ją śledził?

Podeszła do niego i zabrała mu podręcznik od Forge'a.

- Przyszedłem odwiedzić cherie – odparł niezbity z tropu Remy. Gdy Rogue zabrała mu z rąk książkę, położył się na boku opierając twarz na nadgarstku, i zaczął wodzić oczami za krzątającą się po pokoju dziewczyną.

- Chyba dawno nie rozmawiałeś z Loganem na temat zasad obowiązujących w damskim skrzydle, Cajunie – odpowiedziała, porządkując książki i notatki.

- To nie jest damskie skrzydło, Roguey – odparł. Nie musiała nawet na niego patrzeć, by wiedzieć, że na usta wypełzał ten jego firmowy uśmieszek, który przyprawiał ją o mdłości. Miał rację, drań. To nie było damskie skrzydło.

- Nie nazywaj mnie tak, gumbo – powiedziała po zbyt długiej chwili, by można to było uznać za ripostę.

- Skąd ten „gumbo"? Co się stało z uroczym Remym, cherie? – usłyszała pełne wyrzutów pytanie. Posłała mu zirytowane spojrzenie.

- Nie wiem, nie zdążyłam go poznać – mruknęła, wracając do notatek.

- Wiesz, że takie zachowanie jedynie zaostrza mój apetyt na ciebie, cherie? – spytał sugestywnie. Rogue odwróciła się do niego.

- Czyli jeśli się teraz na ciebie rzucę i będziemy uprawiali ostry seks, to dasz mi później spokój? – spytała, unosząc brew.

- Możemy spróbować – Remy pokiwał uprzejmie głową.

Rogue zrobiła pełną obrzydzenia minę.

- Fuj – skrzywiła się. – A teraz sio stąd, Remy. Muszę się uczyć.

- Nie skończyliśmy tematu, cherie – zaprotestował.

- Jakiego tematu? – zapytała od niechcenia. – Ach, tego. – Przewróciła oczami i posłała mu znużone spojrzenie. – Choćbyś dzięki temu miał się ode mnie odczepić na wieczność, nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie do przespania się z tobą, Cajunie.

- To jest ten moment, kiedy nie wiem, czy to, co mówisz, to komplement czy wrzuta, cherie – odpowiedział zmieszany Remy.

- Nie będziemy rozmawiać o twoich uczuciach, Remy – ucięła Rogue, odsunęła krzesło i usiadła do biurka.

- Możemy porozmawiać o twoich uczuciach, cherie – zaoferował Remy, na co otrzymał pełne lodu spojrzenie.

- Serio, mam zamiar się uczyć. Nie obchodzi mnie, co ty masz zamiar robić, ale rób to poza tym pokojem – powiedziała, odwracając się do Gambita. Ten jedynie rozsiadł się wygodniej i wyciągnął talię kart.

- To nie jest twoja sypialnia i mam takie samo prawo przebywać tutaj, jak i ty, Roguey – odparł, patrząc jej prosto w oczy.

Rogue przygryzła wargę i spojrzała na stosy książek i notatek piętrzące się na jej biurku. Nie chciało jej się tego przenosić do pokoju dzielonego z Kitty. Westchnęła lekko i usiadła normalnie na krześle. Otworzywszy podręcznik do historii, rzuciła przez ramię:

- Tylko bądź cicho.

Była pewna, że na twarzy Cajuna rozciąga się pełen satysfakcji uśmiech.

Dwie godziny później, gdy już zrobiła notatki, podkreśliła wszystkie ważne rzeczy i mniej więcej rozumiała zagadnienie, zabrała się za referat na temat „Króla Leara" Szekspira. Remy wtedy przyniósł im dwa kubki świeżo zaparzonej kawy.

To wtedy Rogue pomyślała, że może ten arogancki Cajun z wieczną kpiną w oczach jej pomoże. Założyła kosmyk włosów za ucho, odchrząknęła i spojrzała na Remy'ego, który zajęty był układaniem pasjansa. Ten podchwycił spojrzenie, zmrużył nieznacznie oczy i uśmiechnął się kącikiem ust. Szalenie seksowny. W każdym momencie.

- Coś się stało, cherie? – spytał, przerywając krępującą ciszę.

- Muszę cię o coś spytać – odparła wreszcie Rogue. – Tylko masz odpowiedzieć poważnie.

- Remy nic mu nie zrobił, to nie moj—

- Co?

- Ach, cherie nie o tym… – Remy uśmiechnął się do siebie, zaczesał włosy, wygodnie rozciągnął się na łóżku i założył ręce na głowę. – Zatem Remy słucha.

- Co zrobił—och, nieważne – mruknęła do siebie Rogue. – Posłuchaj, Cajunie…

- Remy – przerwał jej.

- Co?

- Cherie, mów mi „Remy".

Rogue westchnęła, zacisnęła wargi i poprawiła kosmyk, które wysmyknął się zza ucha. Ledwo rozpoczęła ten temat, a już żałowała, że musi go kontynuować.

- Remy – zaczęła, próbując nie zwracać uwagi na pełen satysfakcji i zadowolenia uśmiech. – Ja nie wiem, co dalej.

- O czym dokładnie mówisz, cherie? – dopytał Remy, co pozytywnie zaskoczyło Rogue. Żadnej kąśliwej uwagi. Przynajmniej na razie.

- W tym roku kończę szkołę średnią. Przede mną studia – zaczęła po głębokim wdechu Rogue. Starała się nie patrzeć na Remy'ego, precyzyjnie i jasno wyrazić burzę wątpliwości, która toczyła się w jej głowie. – Remy… – spojrzała na Cajuna, który uważnie jej się przyglądał. – Nie wiem, czy jest sens, bym kontynuowała edukację. Nie wiem, czy jest sens, bym w ogóle przystąpiła do egzaminów SAT – zakończyła, marszcząc czoło. Była przygotowana na przemowę, kazanie, motywacyjną gadkę. Szukała w twarzy Remy'ego choć lekkiego przebłysku kpiny bądź sarkazmu.

- Czego się boisz, cherie? – zapytał jedynie, wciąż patrząc jej w oczy.

Rogue westchnęła, znowu zaczesała nerwowym gestem pasemko włosów.

- Pół roku temu wszyscy mogliśmy zginąć przez Apocalypso. Teraz zaczęły się manifestacje przeciwko mutantom. Evan wraz z trzydziestką innych mutantów zginął w kanałach Nowego Jorku. Kanałach! – prychnęła, przypominając sobie oburzenie, zaskoczenie, a także litość dla tej garstki ludzi, która musiała kryć się w podziemiach w obawie przed reakcją mieszkańców miasta na ich niepasujący do kanonu wygląd. Pamiętała również szok, gdy dowiedziała się o ich śmierci. Zgraja tajemniczych oprawców urządziła masakrę w kanałach pod Nowym Jorkiem. Na samą myśl o tym chciało jej się płakać. Do tej pory, gdy spoglądała na Ororo, czuła ukłucie w sercu. – Po co mam dbać o swoją przyszłość, skoro nie wiem, czy w ogóle ta przyszłość nadejdzie?

Remy nie patrzył już na nią. Zasępiony, spod niesfornej grzywki brązowych włosów, spoglądał w kierunku okna, za którym powoli zachodziło słońce. Pomimo mroźnego stycznia, blask słońca oświetlał pokój ciepłą czerwienią i żółcią, odbijając się w fantastyczny sposób w skażonych mutacją oczach Remy'ego. Rogue złapała się na tym, że nie czekała nawet na odpowiedź, tylko zafascynowana spoglądała na perfekcyjnie wyrzeźbioną twarz Gambita, na to, jak promienie słońca układają się na niej i wydobywają z niej najmniejsze detale. Oczy wydawały się być dwoma żarzącymi się kamieniami osadzonymi w śniadej twarzy Remy'ego.

- Cherie – przerwał jej rozmyślania nieco zachrypniętym głosem. Odkasłał, przeczesał włosy i spojrzał jej w oczy. – A chciałabyś pójść na studia?

- Głupie pytanie – szybko odparła Rogue. – Oczywiście, że tak.

- Allor? C'est quoi ton probleme? [Więc? Jaki masz problem?] Naprawdę powstrzymuje cię jedynie strach?

- Nie rozumiesz… – mruknęła Rogue. Ramiona bezwiednie jej opadły, wzrok utkwiła w podłodze. Nawet nie usłyszała, kiedy Remy podniósł się z łóżka i podszedł do niej. Wzdrygnęła się i gwałtownie uniosła głowę, gdy dłonie Cajuna spoczęły na jej ramionach, a on sam stanął naprzeciwko niej. Wciąż siedząc na krześle, spojrzała na niego sceptycznie.

- Co ty robisz? – zapytała ze zmarszczonym czołem, patrząc to na niego, to na ciepłe dłonie spoczywające kilka centymetrów od jej twarzy.

- Rogue – powiedział miękko, patrząc jej w oczy, kącik ust nieznacznie się uniósł, tworząc zawadiacki i cholernie seksowny uśmiech. – Każdy cel, który sobie postawisz, będziesz mogła zbić milionem argumentów. Pytanie tylko: po co? Po co samemu sobie stawiać ograniczenia, cherie? – spytał, nachylając się ku niej, jednocześnie nawet na sekundę nie spuszczając z niej wzroku. – Dlaczego nie chcesz spróbować, tylko tłumaczysz się nieuzasadnionymi obawami? – dopytał szeptem.

Rogue wstrzymała oddech. Poczuła znów to nietypowe uczucie w dole brzucha, łaskoczące, lekko irytujące, ale z pewnością przyjemne. Była przekonana, ba! Była pewna, że Remy bynajmniej nie mówił tylko o kwestii jej edukacji.

- Starożytni mutanci pragnący zniszczyć świat, wrogo nastawiona ludność, prawdopodobna rejestracja wszystkich mutantów to dla ciebie nieuzasadnione obawy? – spytała ostro po dłuższej chwili, gdy udało jej się wydostać z pułapki intrygujących oczu i odurzającego zapachu męskich perfum pomieszanych z wonią papierosów.

Remy uśmiechnął się do siebie skonsternowany, zszokowany tym, że po raz kolejny ta fille pokazała, jak bardzo odporna jest na jego urok osobisty. Przez chwilę miał nawet ochotę zapytać, czy to nie jest jakiś element jej mutacji, bo z pewnością nie było to normalne zachowanie.

- Cherie – zaczął ponownie, prostując się i cofając nieco tak, by Rogue odzyskała swoją przestrzeń, chomiczą bańkę, w której czuła się bezpiecznie. – Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co się wydarzy za pięć lat, za rok, czy, cholera, za tydzień. Taka specyfika naszego zawodu – dodał z uśmiechem. – Nie możesz z tego powodu zaszyć się w kąciku i pozwolić, by życie sobie płynęło obok ciebie.

- Jaki sens będzie miała moja praca teraz, zakuwanie, ślęczenie nad książkami, jeśli po miesiącu studiowania będę musiała przerwać edukację, bo – dajmy na to – grupa kosmicznych mutantów zapragnie zawładnąć ziemią? – odparła szybko Rogue.

- Rogue. Robisz to dla siebie czy dla kogoś?

- Dla siebie, szczurze błotny – odrzekła twardo.

- Więc dlaczego sądzisz, że to nie ma sensu?

Rogue nie odpowiedziała nic. Spojrzała jedynie ciepło na Remy'ego i uśmiechnęła się samym kącikiem ust. Irytujący, samolubny, arogancki Cajun miał rację. Rogue nie starczyło odwagi, by to przyznać, dlatego jedynie odwróciła się z powrotem do rozłożonych notatek i sarknęła w jego kierunku:

- Przeszkadzasz mi w nauce, szczurze błotny. Idź sobie.

Remy uśmiechnął się szeroko, ale nie wyszedł. Ułożył się znowu na łóżku i oparł głowę o nadgarstek, kierując swoje spojrzenie na Rogue.

- Remy będzie pilnował swojej cherie, by ta grzecznie się uczyła – odparł nonszalancko.


Algebra nie poszła zbyt łatwo. Rogue ślęczała nad nią do późnego wieczora (Remy był tak łaskawy, że przyniósł jej talerz z kanapkami, dzięki czemu nie musiała schodzić na obiad). Gdy wreszcie postawiła ostatnią liczbę, na zegarze dochodziła druga w nocy. Sarkała na swoją głupotę w dziedzinie matematyki, mając przy tym nadzieję, że chociaż dobrze zrozumiała treść zadań. Bo, jak powiedział Forge, na tym etapie nauki wynik nie jest ważny, ważne jest rozumowanie. Niemniej jednak ślęczenie nad rzędem cyferek i mozolne pilnowanie każdego przecinka było równie ważne. Na teście SAT brane jest pod uwagę nie rozumowanie, tylko prawidłowo zakreślony wynik, cholera.

- Okej, ja już… – zaczęła Rogue, odrywając się od zeszytu i spoglądając na Remy'ego. Chłopak spał na brzuchu, z twarzą zwróconą w jej kierunku. Rogue w pierwszej chwili chciała obudzić Cajuna, by ten mógł pójść do swojego pokoju i tam spokojnie zasnąć, ale zamiast tego uśmiechnęła się nieznacznie i sięgnęła po koc. Przykryła nim Remy'ego, zgasiła światło i wyszła z pokoju, po cichu zamykając drzwi.


Następnego dnia po śniadaniu Remy siedział przy stole w kuchni i czytał gazetę, bezwiednie przy tym tasując karty. Reporterzy donosili o anomaliach pogodowych na zachodnim wybrzeżu. Poza tym to, co zwykle: politycy debatują na temat mutantów, senator Kelly natomiast stanowczo sprzeciwia się wszelkim przejawom dyskryminacji rasowej, co jedynie przysporzyło mu wrogów. Do niektórych wciąż nie docierało, że Kelly żył tylko dzięki mutantom. Gdyby nie X-Meni, prawdziwy Kelly zginąłby pod gruzami hotelu z rąk Bractwa Złych Mutantów. Jaki pożytek byłby z jego śmierci? Co miałby z tego Magneto? Czy może Sinister? Mystique na pewno pracowała z nimi obydwoma. Tylko czy przy wspólnej komitywie, czy na dwa fronty?

- Co tam czytasz, przystojniaku? – Do kuchni weszła Betsy ubrana w obcisły żakiet nałożony na nagie ciało oraz skórzane rurki. Włosy, gładkie i błyszczące, miała zebrane w wysoki kucyk. Usiadła naprzeciwko Remy'ego i założyła nogę na nogę.

- Bzdury, belle – odparł Remy, odkładając gazetę i chowając karty do kieszeni. – Jak długo z nami zostaniesz? – zapytał, opierając się wygodnie na krześle.

- Tak długo, jak będzie trzeba – odparła Betsy. – Albo jak długo będzie mnie tu coś trzymało – dodała, uśmiechając się znacząco. Remy odwzajemnił uśmiech.

- Nie masz przypadkiem jakichś zobowiązań? – zapytał Remy, pamiętając o tym, że Braddock wspominała coś o pokazach w drugiej połowie stycznia.

- Mam – odrzekła. – Ale mam też priorytety. A pomoc przyjaciołom mojego przyjaciela – Betsy skinęła na Remy'ego – jest ważniejsza niż jakieś pokazy czy sesje. Poza tym jestem na tak wysokiej pozycji, że odpuszczenie kilku eventów jedynie zwiększy ich apetyt na mnie. Widzisz, same plusy – zakończyła z uśmiechem.

- Niewątpliwie będziesz łakomym kąskiem – przytaknął Remy.

Betsy zaśmiała się swoim perlistym śmiechem, odsłaniając przy tym rząd równych, śnieżnobiałych zębów. Następnie chwyciła dłoń Remy'ego i, patrząc mu w oczy, pochyliła się w jego stronę.

- Mam nadzieję, że już jestem łakomym kąskiem – wyszeptała z błyskiem w oku. Remy zerknął na jej dłoń, przykrywającą teraz jego. Zmarszczył brwi, ale po chwili rozluźnił się, uśmiechnął i delikatnie wysunął rękę i wstał od stołu.

- Tak łakomym, że Remy powstrzymuje się, by cię nie schrupać – odparł i wyszedł z kuchni, zostawiając zaskoczoną Betsy przy stole. Skierował się na trzecie piętro, gdzie, za radą Rogue, wychodził palić w nieużywanej łazience. Gdy jednak dotarł na miejsce okazało się, że ktoś już tam był. Przy otwartym oknie, wpuszczając przy tym masę zimnego powietrza, stał Logan. Ubrany jedynie w spodnie i biały podkoszulek, wydawał się nie zwracać uwagi na niską temperaturę w pomieszczeniu.

- Zajęte – warknął na widok Remy'ego.

- Czyżby? – odparł Gambit i nie zwracając uwagi na Wolverine'a stanął obok okna i wyciągnął z kieszeni płaszcza paczkę papierosów. Wyciągnął jednego, dotknął nagim palcem końcówki, która po chwili zatliła się i rozjarzyła.

- Tanie sztuczki – parsknął Logan.

- Remy tęsknił za czarującym dowcipem Monsieur Clawsa – odparł Remy, po czym zaciągnął się papierosem. – Wróciłeś na długo, czy do kolejnej kłótni z profesorem?

- Nie twój interes – odburknął Logan, wydychając kłęby dymu. – Skąd wiesz? – zapytał po chwili.

- Skąd wiem o czym? – dopytał Gambit. W łazience, pomimo otwartego okna, zaczynało być duszno. Logan strzepnął popiół do zlewu, nad którym brakowało kranu. I kilku płytek.

- O tym miejscu – odrzekł.

- O tej łazience? – Remy uniósł jedną brew. – To jest jakaś tajemnica? Gdzieś tutaj są drzwi do Narnii? – powiódł wzrokiem w kierunku kabiny, gdzie na gołym betonie stał niepodłączony sedes.

- Nie rób z siebie kretyna, gumbo – odparł zniecierpliwiony Logan. – Niewiele osób wie, że w ogóle jest tutaj łazienka – prychnął. Całe trzecie piętro było niezagospodarowane. Charles chciał wyremontować je przed przybyciem nowych uczniów, gdzieś w okolicach wakacji, gdyż dwa niższe piętra zostały przeznaczone na sypialnie studentów. Należało też pomyśleć nad przygotowaniem czegoś na kształt klas, gdyż obecna sytuacja nie pozwalała na edukację w publicznych szkołach. Jednak wszystko to miało zostać zorganizowane dopiero latem, tymczasem trzecim piętrem nie interesował się żaden z uczniów.

- Jeden z uczniów zechciał się podzielić tą informacją z Remym – odparł enigmatycznie Gambit.

Logan pokręcił głową z dezaprobatą i zgasił papierosa w umywalce, na której, trzeba przyznać, było mnóstwo śladów po takim gaszeniu.

- Zostaw ją w spokoju, gumbo – wycedził Logan prosto w twarz Remy'emu. – Radzę ci dobrze – dodał i wyszedł z łazienki, zostawiając Gambita samego. Ten prychnął pod nosem i zgasił papierosa dokładnie tak samo, jak Logan. Już miał wychodzić, gdy jego telefon zaczął wibrować.

- Merde – syknął pod nosem Gambit, widząc nadawcę wiadomości.


- Profesorze, ja naprawdę nie… – jęknęła Rogue, gdy usłyszała o pomyśle profesora. Od czasu porwania Jean przez Sinistra, a co za tym idzie – po kolejnej manifestacji możliwości mocy Rogue, profesor nie ustawał w próbach odtworzenia całego zajścia w warunkach laboratoryjnych.

- Rogue – po raz kolejny podczas dzisiejszej sesji posłał jej wyrozumiały uśmiech – pomyśl, jakie możliwości w tobie drzemią. Jeśli uda nam się zapanować przynajmniej nad opanowaniem tych świadomości, to już to będzie wielki sukces.

- Profesorze, ja naprawdę nie wiem, jak udało mi się przejąć kontrolę nad tymi jaźniami – odparła zrezygnowanym głosem Rogue. – Prawdę mówić, niewiele pamiętam z tamtej nocy. Wiem tylko, że nie chce znowu przez to przechodzić.

- Musiało się tam wydarzyć coś, co sprawiło, że uspokoiłaś swój umysł, zamknęłaś się na inne świadomości – powiedział przyciszonym głosem profesor, składając dłonie w charakterystyczny dla niego gest. – Miałem nadzieję, że sama powiesz mi o tym, co się tam stało. Przepraszam Rogue, ale w takiej sytuacji, sytuacji, gdy mam szansę pomóc ci okiełznać twoją mutację, musiałem, naprawdę musiałem sięgnąć po bardziej stanowcze środki.

- O czym pan mówi, profesorze? – spytała zaskoczona Rogue.

- Rozmawiałem z Loganem, Rogue – odparł profesor takim tonem, jakby to jedno zdanie miało wszystko wyjaśnić. – Powiedział mi, czyje imię powtarzałaś na krótko przed utratą świadomości – dodał po chwili wahania. Rogue stwierdziła, że najlepiej będzie udawać zaskoczenie.

- Nie wiem, o co chodzi – odparła, wzruszając ramionami.

- Nie udawaj zaskoczonej, Rogue – odrzekł profesor i uniósł kącik ust. – Myślę, że wkrótce na nasze sesje zaprosimy jeszcze jedną osobę.

- Ale… - chciała zaprotestować Rogue, ale profesor wysłał jej telepatyczny przekaz.

Nie powiem mu niczego poza tym, co jest konieczne.

Ale to wciąż zbyt dużo.

Co konieczne, to nie znaczy w stu procentach prawdziwe, jeśli sobie tego życzysz.

Rogue uśmiechnęła się nieznacznie.


Dochodziła pierwsza w nocy. W pokoju paliła się jedynie lampka ustawiona na biurku, przy którym siedziała teraz Rogue. Od kilku minut wpatrywała się bezwiednie w damę kier. Obracała ją w palcach, badała fakturę papieru, analizowała każdy szczegół wizerunku. Coraz bardziej irytowała ją kwestia Gambita. Od ponad miesiąca nie zamienili ze sobą więcej niż kilku słów. Rogue nie była w stanie dłużej udawać przed sobą, że nic do niego nie czuje. Coś czuła, coś nowego, coś zakazanego. Sama nie była do końca pewna, co to. Może to była zwykła chęć wyjaśnienia sytuacji? Ustalenia, na czym stoją? Podobał jej się ten głupi Cajun. Nie podobało jej się to, że jej się podoba. Tak. Wystarczająco zagmatwana sytuacja. Podrywał mnie tak dla sportu – pomyślała, wpatrując się w tajemniczy uśmiech kobiety z karty. – A ja, głupia, dałam się na to nabrać jak jakaś mała idiotka.

Gdzieś za oknem usłyszała ryk motoru wjeżdżającego na teren Instytutu. Logan pewnie wracał z kolejnej swojej wycieczki. Tym razem wrócił w ciągu jednego dnia, brawa dla niego.

Prychnęła i odrzuciła kartę na biurko. Złożyła na blacie ramiona i oparła się o nie policzkiem, wpatrując się w okno, w którym poza ciemną taflą nocy widać było jedynie światło lampki i jej niewyraźne odbicie. Nie musiała nawet patrzeć w lustro, by wiedzieć, jak wielkie ma sińce pod oczami. Jeśli kiedykolwiek ktoś sugerował jej, że jest ładna, to teraz na jej widok jedynie by uśmiechnął się nerwowo i uciekł. Daleko jej było do takiego ideału, jakim była Betsy, czy nawet Jean. Nigdy się tym nie przejmowała, aż do teraz. Zaczęła porównywać, analizować, zwracać uwagę na kształt oczu, wykrój ust, wielkość biustu. Absurd. I po co? Dla jakiegoś głupiego Cajuna, który śmierdział fajkami i mówił o sobie w trzeciej osobie.

Rogue gwałtownie wstała z krzesła i przeszła się po pokoju.

Musi z nim porozmawiać, koniecznie. Teraz. Tak, o pierwszej w nocy. Ma dosyć tej niepewności. To nic, że pewnie wyjdzie na idiotkę. Nie robiła tego dla niego, tylko dla siebie.

Z tym postanowieniem wyszła z pokoju i ruszyła w kierunku sypialni Remy'ego. Zeszła właśnie po schodach, gdy drzwi na końcu korytarza cicho skrzypnęły. Z pokoju Remy'ego wyszła Betsy, ubrana zaledwie w za dużą męską koszulę. Na widok Rogue skinęła jej, a później zeszła na dół, zapewne do kuchni.

Przez długą, trwającą wieczność chwilę, nie działo się nic. Rogue nie drgnęła, nie zrobiła wdechu, nawet nie mrugnęła. Z wielkim oporem wizja tego, co chwilę wcześniej musiało się dziać w sypialni Remy'ego LeBeau, przesączała się przez jej umysł, powodując pożar w sercu i kompletną suszę w ustach.

Zacisnęła bezwiednie dłonie w pięści, ale wciąż nie ruszyła się nawet na krok. Z wielkim trudem walczyła z ochotą wparowania do jego pokoju i wygarnięcia mu prosto w twarz tego, co teraz czuła.

Ale nie zrobi tego, bo jest zbyt dumna na to.

Obok wściekłości pojawiło się dużo gorsze w akceptacji uczucie: upokorzenie. Dawała się wodzić za nos przez dwa miesiące, zaczynała wierzyć w jego intencje i szczerość słów.

Usta ścisnęła w cienką linię, która niebezpiecznie drgała. Była o krok od wybuchu płaczem.

Nie miała najmniejszych szans, by konkurować z Betsy. Mało tego, nie miała szans, by konkurować z jakąkolwiek kobietą. Nie była w stanie dać Remy'emu tego, co one. On o tym wiedział, ona o tym wiedziała, a mimo to się łudziła..

Była skończoną idiotką. Naiwną, głupią nastolatką

Ale po policzku nie popłynęła nawet jedna łza. Z dumą odrzuciła głowę i zawróciła w kierunku skrzydła damskiego. Tuż przed drzwiami sypialni współdzielonej z Kitty zatrzymała się i zdała sobie sprawę, że dzisiaj woli być zupełnie sama.

Wróciła do pokoiku na trzecim piętrze i tak, jak stała, w ubraniu, zwinęła się w kłębek i przykryła kocem.


Przekradła się wzdłuż ściany magazynu. Starała się być cicho, w każdej chwili ktoś mógł się zorientować o jej obecności. Mogłaby oczywiście wlecieć do tej tajemniczej fabryki, ale zdecydowanie łatwiej jest zauważyć latającą kobietę niż skradającą się kobietę. Chłodne powietrze kalifornijskiej nocy łagodnie rozwiewało jej włosy, a temperatura oscylująca wokół dwunastu stopni Celsjusza [wybaczcie, że nie w stopniach Fahrenheita] sprawiała, że na nagich nogach pojawiła się gęsia skórka. Mogłam teraz siedzieć w domu i popijać Chardonnay – pomyślała. – Ale nie, Carol zawsze musi stać na straży biednych i uciśnionych – skrzywiła się. Miała sprawdzić obszar zachodniej części San Francisco, gdzie według odrębnych zeznań miały dziać się nocami niewytłumaczalne zjawiska. Za dnia fabryka sprzętu AGD, w nocy, w zależności od świadków, gotowano tu metę, budowano cyborgi lub konstruowano broń. Nonsens – sarknęła do siebie, zaglądając w brudną szybkę okna fabryki. Ciemno, cicho i zimno.

Na tyłach fabryki znalazła drzwi zamknięte na sporych rozmiarów kłódkę. Nie nadwerężając się zbytnio, jednym ruchem pokruszyła metalowe okucia i weszła do środka, przymykając za sobą drzwi. Musiało to być biuro, gdyż stały tu biurka, kilka metalowych regałów wypełnionych segregatorami oraz komody z, zapewne, jeszcze większą ilością papierzysk. Z ciekawości zerknęła na leżące na stoliku dokumenty. Umowa najmu, zamówienie sprzętu, pokwitowanie odbioru części… Nudy. Zupełnie nic się tutaj nie działo, a ona, Carol Danvers, bohaterka i słynna Miss Marvel, włamała się właśnie do najzwyklejszej w świecie fabryki.

Z niewielkiego biura wyszła do hali, na której ustawione były maszyny produkcyjne. Światło księżyca wpadało przez okna w dachu, oświetlając pomieszczenie. Duże, wielkości hali sportowej, z betonową wylewką zamiast podłogi. Na środku stało kilka maszyn, przez całą długość ustawiona była taśma produkcyjna, która początek miała we wlocie jednej ściany, a kończyła się po przeciwległej stronie. Pełno różnych metalowych części leżało na podłodze, gdzieniegdzie widoczne były plamy smaru lub innej gęstej mazi. Carol przeszła przez całą długość hali, aż dotarła do kolejnych drzwi. Znudzona, zirytowana marnotrawstwem swojego czasu, nacisnęła na klamkę. Pomieszczenie zupełnie ciemne, bez żadnego okna. Oświetlone jedynie przez wpadające z hali światło księżyca. Carol zauważyła leżące papierzyska z nabazgranymi modelami… na pewno nie pralek i zmywarek. Skonsternowana, przykucnęła i sięgnęła po jeden ze szkiców. Człekokształtny robot, podobny do tych, które jakiś czas temu pojawiły się w Nowym Jorku. Odłożyła kartkę i przejrzała resztę papierów. Były to wyraźnie szkice, niepotrzebne notatki, śmieci. Coś, co powinno zostać wyrzucone. Przebiegła wzrokiem po zabazgranych kartkach. Niektóre słowa były podkreślone, takie jak „chip", „system autodestrukcji", „baza danych", „Genosha"… Czym jest to ostatnie słowo? Nazwa technologii? Nazwisko twórcy tych projektów? Carol postanowiła, że sprawdzi to, gdy dotrze do domu. Wyciągnęła niewielki aparat wielkości skuwki od długopisu i zrobiła na szybko kilka zdjęć.

Wstała, wciąż patrząc na papierzyska. Zastanawiała się, czy powinna sprawdzić całą fabrykę, czy wrócić tu z obstawą następnej nocy. Uśmiechnęła się do siebie. Nie, ona, Carol Danvers, nie potrzebowała żadnej obstawy. Mówili o niej one-man-army, doskonale sobie poradzi ze wszystkim, co będzie w tej fabryce. Pewnym krokiem weszła do pomieszczenia, szukając dłonią włącznika światła. W momencie, gdy żarówka rozświetliła pokój, drzwi się za nią zamknęły. Pomieszczenie okazało się być jakimś schowkiem, gdyż poza stertą papierzysk, kopiarką oraz starym krzesłem, nie było tu niczego. Prócz trzech dryblasów i jednej kobiety.

- Mystique – mruknęła Carol, przygotowując się do ataku. – Znowu się spotykamy.

- Miło mi cię widzieć, Danvers – odparła Mystique. Nim Carol zdążyła zareagować, na jej szyi kliknęła metalowa obroża. Z powątpiewaniem zerknęła na mężczyznę, który pojawił się tuż za nią.

- Myślicie, że ta błyskotka mnie powstrzyma? – zaśmiała się.

- Skujcie ją i zapakujcie do białego vana. Za chwilę do was dotrę – rozkazała Mystique, nie zwracając uwagi na szamoczącą się blondynkę.

- Co jest…?! – wykrzyknęła Carol. – Ja nie mogę… Nie działa… Co mi zrobiliście?! – Próbowała się wymknąć czterem ochroniarzom Mystique, wzlecieć, uderzyć ich, ale nie mogła nic zrobić. Straciła moc. Szybko zdała sobie sprawę, że to metalowa bransoleta, którą miała na szyi, neutralizowała jej zdolności. Sięgnęła ręką, by ją zdjąć, ale poczuła jedynie ukłucie w ramię i chwilę później straciła przytomność.

Mystique obserwowała ją, opierając się o ścianę pomieszczenia. Sięgnęła po telefon komórkowy i wybrała numer. Oczekując na połączenie, przejrzała od niechcenia pozostawione notatki.

- Mamy ją – oznajmiła, gdy usłyszała głos po drugiej stronie. – Tak, zdążyła zauważyć… Musiałam ją jakoś zdezorientować… Nie, była sama… Oczywiście, zajmę się nią. Na pewno nikomu nic nie powie, Ericu, już ja o to zadbam.