Obudziła się, gdy świtało.
Wpatrywała się w chłodny poranek, który powoli rozbudzał się za oknem. Wydarzenia zeszłej nocy wróciły do niej jak uderzenie obuchem. Przetarła zmęczone oczy.
Nic mi nie obiecywał – pomyślała, starając się nie płakać już więcej.
Czuła pustkę w sercu. Absurdalne uczucie, zupełnie niezrozumiałe i nieoczekiwane. Ze Scottem było jakieś łatwiej, nawet gdy praktycznie przestał widzieć cokolwiek poza Jeannie. Z drugiej strony Scott w żaden sposób nie dał do zrozumienia, że mu zależy. A Remy tak.
Nie, nie mogła już płakać.
Wytarła rękawem zbierające się w kącikach oczu łzy i rozejrzała po pomieszczeniu. Elektroniczny zegarek wskazywał kilka minut przed siódmą.
W pokoju panował chłód. Białe ściany, brak żadnej firanki czy nawet żaluzji, zimna, drewniana podłoga jedynie potęgowały to odczucie. Rogue wygrzebała się spod grubego koca i opuściła nogi na podłogę. Nie chciała wstawać. Miała ochotę zostać w tym łóżku i już nigdy nie wychodzić z tego pokoju. Nigdy więcej nie walczyć z rzeczywistością i emocjami, które jej towarzyszyły. Żałowała, że nie potrafiła wyciszyć swojej osobowości. Tak bardzo teraz tego pragnęła. Jedyne, co mogło teraz odwrócić jej uwagę, to trening. Intensywny, długi trening. Tak jak za starych czasów.
Z tym postanowieniem wstała z łóżka i ciężkim, ospałym krokiem poszła do łazienki. Ochlapała zimną wodą zapuchniętą od płaczu twarz.
- Moja cherie – prychnęła do siebie, naśladując głos Cajuna. – Pieprz się – warknęła i oparła się rękoma o umywalkę.
Miała zamiar wypełnić najbliższe dni samymi obowiązkami. Trening, sesja z resztą grupy, nauka. I musi wrócić do biegania. Nie może pozwolić, by coś innego teraz zaprzątało jej głowę. Już niedługo będzie jak dawniej. Odbuduje mur, który Remy z taką łatwością rozebrał.
Po porannej sesji w Danger Roomie poczuła się lepiej. Adrenalina, pot, wysiłek fizyczny zawsze pomagały jej w nabraniu dystansu i skoncentrowaniu się na rzeczach najważniejszych. Po szybkim, ale absurdalnie gorącym prysznicu, zeszła do pustej już o tej porze kuchni i spokojnie, bez zwykłego porannego pośpiechu, zaparzyła sobie kawę.
Siadała właśnie przy stole z ogromnym kubkiem czarnej kawy, gdy do kuchni wszedł nie kto inny, jak bohater zeszłego wieczora, Remy LeBeau. W normalnym warunkach pewnie by się nawet ucieszyła, może rzuciła jakimś ironicznym komentarzem lub z uśmiechem przewróciła oczami na jego lamerskie teksty na podryw. Dzisiaj jednak jedyne, co czuła, to bryła lodu w klatce piersiowej. Wbiła wzrok w okno i bez słowa upiła łyk gorącej kawy.
Remy, zupełnie nieświadomy kołowrotku uczuć, które toczyły się w jej głowie, jak tylko wszedł do kuchni i zobaczył swoją malutką cherie, niczym prowadzony sonarem skręcił w jej kierunku i usiadł naprzeciwko niej przy stole.
- Co taka piękna cherie jak ty robi w tej wielkiej kuchni jak ta? – spytał szarmancko, opierając twarz w dłoniach i wpatrując się w Rogue.
- To jest najbardziej lamerski tekst, jaki udało ci się wymyślić, LeBeau – odparła, siląc się na normalny ton. Głos jej nie drżał, szło jej doskonale. Dopóki nie przeniosła spojrzenia z ponurych, pokrytych śniegiem drzew za oknem, na siedzącego przed nią Cajuna. Z odwagą spojrzała mu w oczy i znów poczuła ten znajomy dreszcz, szybsze bicie serca i wykwitający rumieniec na twarzy. Opuściła wzrok na kubek z kawą i zaczesała nerwowym ruchem kosmyk włosów.
- Coś się stało, cherie? – zapytał Remy. Jego empatia wskazywała na jakiś rodzaj bólu u Rogue. Ledwie powstrzymywała łzy, czuł to. Miał ogromną ochotę podejść i ją objąć, ale obawiał się jej reakcji. Pozostało mu na razie jedynie obserwowanie, co, oczywiście, nie było wcale takie złe. Uśmiechnął się kącikiem ust widząc, jak jej twarz nabiera delikatnego, różowego koloru.
- Nic mi nie jest, szczurze błotny – mruknęła, nie odrywając wzroku od kubka.
- A gdyby coś ci się stało, powiedziałabyś mi o tym?
Uniosła brwi i rzuciła na niego szybkim spojrzeniem.
- Nie – odrzekła po chwili. Remy westchnął, podparł głowę na nadgarstku, drugą rękę położył na stole, wyciągając ją nieznacznie w kierunku Rogue. Albo nie zauważyła tego gestu, albo postanowiła go zignorować.
- Myślałem, że już mi trochę ufasz – odparł miękko, dotykając opuszkami palców jej dłoni zaciśniętych na kubku. Rogue otworzyła szeroko oczy i spojrzała bezbrzeżnie zdumiona na Remy'ego, który uśmiechał się jak idiota.
- Jesteś kompletnym idiotą – odrzekła podniesionym głosem i gwałtownie wstała od stołu i skierowała się do wyjścia, pozostawiając zszokowanego Cajuna na miejscu.
Poczuła, jak łapie ją w talii i odwraca o sto osiemdziesiąt stopni. Jej twarz dzieliło od Gambita zaledwie kilka centymetrów. Patrzyli sobie w oczy, ona hardo, ze zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi wargami, on zaskoczony, z wyrazem zdumienia wypisanym w spojrzeniu.
- Nie boję się twojej mutacji, cherie – powiedział ledwie dosłyszalnie. Rogue bezgłośnie prychnęła i pokręciła głową z niedowierzaniem. Miała ochotę ukryć twarz w dłoniach i się roześmiać. Ten idiota myśli, że to przez to, że mnie dotknął – pomyślała z rozgoryczeniem. Co za idiota, beznadziejny kretyn i dwulicowy palant!
Dłoń lekko zaciśnięta na jej talii i ciepły oddech przypomniały jej o tym, że ten beznadziejny kretyn jest tuż obok, jakieś dziesięć centymetrów od niej na dodatek.
- Jak możesz być taki… – pisnęła, szukając słowa – …zakłamany?! – Próbowała się wyrwać z jego uścisku, ale z każdą próbą jej dłonie zakleszczały się mocniej na jej talii. – Puść mnie, Gambit!
- Non – odparł cicho Remy. – Nie, dopóki mi nie powiesz, o co ci chodzi, Rogue – dodał tonem, jakiego jeszcze nigdy u niego nie słyszała. Śmiertelnie poważnie, bez podnoszenia głosu, ale jednak tonem nie znoszącym sprzeciwu. Patrzył na nią twardo, ciężkim spojrzeniem świdrował ją na wskroś. Przestała się wyrywać i nerwowo przełknęła ślinę, starając się nie mrugać pod naporem jego wzroku. Chwila zdawała się trwać wieczność, dopóki Remy nie spojrzał gdzieś w bok i rozluźnił uścisk. Rogue wyswobodziła się gwałtownie i wycofała do ściany, z ulgą się o nią opierając.
- Porozmawiamy później – mruknął, przenosząc na nią spojrzenie – cherie – dodał ostro i szybko wyszedł z kuchni.
Rogue poczuła, że znowu może oddychać. Przeczesała włosy drżącą ręką i przymknęła powieki. Dlaczego to ona teraz czuła się jak skarcona uczennica, skoro to on zachował się jak dwulicowy dupek i przespał się z Braddock?! Naprawdę po tym, co zrobił w nocy, mógł ot tak po prostu kontynuować flirt z nią?! Jak okrutne to musi być?! Jak głupia była, że do tej pory tego nie zauważała?
Miała ochotę się rozpłakać, ale obiecała sobie przecież, że nie będzie. Zacisnęła wargi i mocniej zmrużyła powieki.
- Rogue? – usłyszała tuż obok siebie. – Coś ci się stało?
Słyszała to przeklęte pytanie zaledwie kilka chwil temu, dlaczego znowu musi się powtarzać?!
- Nie, Kurt – odparła drżącym głosem, otwierając przy tym oczy. Tuż obok, na odległość ramienia, stał jej brat i wpatrywał się w nią badawczym wzrokiem. – Po prostu boli mnie głowa – dodała, pociągając nosem. Ze skrzyżowanymi rękoma usiadła z powrotem przy stole. Oparła łokcie o blat i zatopiła dłonie we włosach. Kurt nadal ją obserwował, jak gdyby była tykająca bombą i w każdej chwili miała wybuchnąć.
- Może pójdę do profesora…?
- Nie! – Gwałtownie powstrzymała go. – Nic mi nie jest, naprawdę – dodała ciszej.
- Na pewno? – Kurt nie dawał za wygraną. Zbyt dużo niebezpiecznych sytuacji się działo, gdy Rogue bolała głowa, naprawdę.
- Na pewno – potwierdziła, nieznacznie się uśmiechając. Kurt, nadal nie spuszczając wzroku z siostry, usiadł przy stole na miejscu, na którym jeszcze chwilę temu siedział Remy.
- Jak tam nauka? – zapytał, siląc się na beztroski ton.
- Leżę ze wszystkim i nie umiem niczego – odparła Rogue.
- Czyli po staremu? – zażartował Kurt, ale widząc rozżalone spojrzenie siostry, zmitygował się. – Na pewno dasz sobie radę – dodał po chwili.
- Forge jest dobrym nauczycielem… – zaczęła, gdy do kuchni weszła zdecydowanym krokiem Betsy. Ubrana w skórzane, obcisłe spodnie, czarną koszulę i szpilki na niebotycznym obcasie, wydawała się być jedną z tych bohaterek seriali prawniczych. Zatrzymała spojrzenie na Rogue i Kurcie, uśmiechnęła się serdecznie i otworzyła lodówkę.
- Nie będzie wam przeszkadzało, jeśli trochę pohałasuję? – zapytała, wyciągając kilka warzyw i kubek jogurtu. – Zrobię sobie koktajl.
- Absolutnie nie – odrzekł Kurt, obserwując ją spod zmrużonych powiek. Rogue miała ochotę zapaść się pod ziemię. Czy ten dzień może być jeszcze gorszy? Gdy Betsy wrzuciła do kielicha miksera kolejne produkty, Rogue zapatrzyła się w widok za oknem, podpierając ręką czoło.
Co by nie mówić, życie jej się nie waliło. To nie była żadna katastrofa. Nic gorszego niż to, co już przeżyła. Jak można to w ogóle porównywać z np. uwięzieniem u Traska? Czy – z braku lepszych porównań – walką z Apocalypso? Jak puste i próżne jest przeżywanie zawodu miłosnego, gdy jest masa innych problemów na głowie? Egzaminy, ustawy antymutanckie, ruchy przeciwko mutantom, wściekłe treningi z Loganem? To są problemy! A nie jakieś drobne zakochanie w najbardziej irytującym, egocentrycznym, narcystycznym palancie na świecie…
Rogue z zaskoczeniem zdała sobie sprawę, że właśnie po raz pierwszy w stosunku do Remy'ego użyła tego słowa… „zakochanie"…? To jeszcze nie miłość, z pewnością. Ale nie był jej obojętny, a spędzając noc z Betsy złamał jej serce. Tylko czy zupełnie nieświadomie? Może to też jej wina? Tyle razy go zbywała, tyle razy odrzucała jego końskie zaloty. Uświadomienie sobie uczuć, którymi darzyła Gambita, wcale nie poprawiało sytuacji.
- To wspaniałe uczucie, naprawdę – z rozmyślań wyrwał ją głos Betsy, która stała tuż obok nich, mieszając słomką w wysokiej szklance z koktajlem. Rogue drgnęła, przez chwilę zastanawiając się, czy Braddock nie używa na niej telepatii. Po chwili otrząsnęła się – nawet profesor ma problem, by czytać jej myśli, co dopiero ona?
- Jak to mówi pan Logan, nastolatki są napędzane cukrem i hormonami, więc chyba nie skorzystam – odparł Kurt, szczerząc zęby do Betsy.
- Gdybyście jednak chcieli, mam kilka przepisów na naprawdę świetne koktajle – odparła. – Rogue, tobie na pewno się przyda coś pobudzającego.
- Hę? – Rogue spojrzała na nią zaskoczona.
- No na pewno taki koktajl warzywny będzie lepszy niż kolejne kawy – odrzekła niezrażonym głosem Betsy. – Ja mam pełno energii po nim – dodała sugestywnie, wciągając słomką gęsty zielony płyn i wyszła z kuchni.
Rogue miała ochotę wziąć rozbieg i uderzyć w ścianę. Oczywiście, że miała pełno energii. Po takiej nocy? Proste…
- Rogue – zaczął Kurt. – Możemy potem porozmawiać?
- Możemy teraz porozmawiać – odparła zaskoczona nieco ostrzej niż zamierzała.
- Nie – odparł speszony Kurt. – Znajdź dla mnie potem nieco czasu, okej?
Jasne, Kurt, nie ma sprawy – pomyślała. Ustawcie się wszyscy w kolejkę, wy, którzy chcecie porozmawiać z Rogue.
Altana stała na brzegu klifu, który rozciągał się wokół zatoki. Prosta, złożona z bielonego drewna oraz betonowej wylewki, nie była często uczęszczanym miejscem. Być może dlatego, że leżała na terenie należącym do tutejszej prywatnej szkoły, nie było chętnych do odwiedzania jej poza – co oczywiste – wychowankami ośrodka. Ale nawet oni rzadko tu zaglądali. Zresztą, by do niej dotrzeć, należało przejść dość sporą odległość, a droga do altany była zaledwie wysypaną żwirem ścieżką, a teraz, zimą, na zmianę leżał tam śnieg oraz błoto. Ciężko stwierdzić, co pośród niczego robiła ta budowla. Niemniej jednak od jakiegoś czasu przestała być pusta.
Rogue ściągnęła z głowy kaptur swojej bluzy, gdy dotarła do altany. Od rana zbierały się chmury, ale dopiero po południu się rozpadało. Ciężkie krople spadały na ziemię, tworząc szarobure bajora błota i śniegu.
Przez chwilę wpatrywała się we wzburzone morze uderzające o klif. To tutaj zrzuciła posąg swojej matki prosto na skały. Później już praktycznie nie wracała do tego miejsca, aż do któregoś popołudnia mniej więcej dwa tygodnie po pokonaniu Apocalypso. Chciała się wtedy wyciszyć, uspokoić po całej nocy męczących koszmarów. Niestety w Instytucie nie było to możliwe. Tam zawsze coś się działo. Pełno biegających i wrzeszczących dzieciaków, które irytowały nawet tych wyspanych. Do tego nastolatki w okresie burzy hormonalnej. Zbyt wiele hałasu.
Wróciła tutaj dwa dni później. I kolejnego dnia. Stało się to jej takim małym rytuałem, który z przyjemnością celebrowała. Aż do nadejścia zimy. Później doszła też intensywna nauka, sesje z profesorem i więcej treningów. A dzisiaj znowu tu stała, patrząc na wzburzone morze trzęsąc się przy tym z zimna. Wreszcie usłyszała za sobą ciche „bamf" i poczuła zapach siarki.
- Czemu akurat tutaj? – zapytała, odwracając się w kierunku brata.
- W Instytucie jest za głośno… – odparł Kurt, nakładając kaptur kurtki. – I nie chciałbym, by ktoś poza nami o tym wiedział.
- O czym?
- Tylko się nie wściekaj – zastrzegł Kurt.
- Kurt, jeśli tak zaczynasz rozmowę…
- Matka się do mnie odezwała – przerwał jej. Z twarzy Rogue znikły wszystkie emocje, patrzyła tylko tępo na Kurta, który starał się nie patrzeć jej w oczy. – Znaczy Mystique.
- Co chciała? – zapytała, siląc się na obojętny głos. – I jak się z tobą skontaktowała?
- Zaczęło się wkrótce po Świętach – odparł Kurt. – Byłem w centrum handlowym z Kitty i Jean, Kitty weszła z nią do jakiegoś sklepu, a do mnie podeszła jakaś dziewczynka, wcisnęła liścik i szybko się oddaliła, nawet nie zdołałem zareagować. To był list od Raven. Pisała, że dziękuje za kartkę, że się o nas martwi, że chciałaby się spotkać…
- Mam nadzieję, że olałeś ją – powiedziała Rogue, bezwiednie zaciskając przy tym pięści.
- Ja… – Kurt spojrzał bezradnie na siostrę z miną zbitego psa i ciężko westchnął. – Ja bym nie mógł…
- Nie pamiętasz, co ona nam zrobiła?! – syknęła Rogue zbliżając się niebezpiecznie blisko do twarzy Kurta. – Nie pamiętasz, co zrobiła mnie?!
- Ja pamiętam, ale…
- Wykorzystała mnie – przerwała Rogue. – Manipulowała. A na końcu chciała poświęcić moje życie. A ty teraz, ot tak, piszesz sobie z nią liściki?!
- Rogue – zaczął poirytowanym głosem Kurt. – Ty ją znasz od kilku lat. Ja widziałem się z nią zaledwie kilka razy. Nie rozumiesz, że mam prawo poznać bliżej własną, biologiczną matkę? Jakakolwiek by ona nie była, to moja matka, Rogue.
- Kurt, czy ty nie widzisz, że… - odparła łagodniejszym głosem dziewczyna.
- Przestań – przerwał jej brutalnie Kurt. – Jesteś cholerną egoistką i nie mam zamiaru więcej o tym rozmawiać. – To mówiąc teleportował się z altany pozostawiając zapach siarki oraz zaskoczoną Rogue wpatrującą się z otwartymi ustami w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał.
To zdecydowanie nie był jej dzień.
Wbrew postanowieniom wybuchła płaczem.
- Jeszcze raz, skup się! – krzyknął Logan. – Myśl nad tym, co robisz, nie bij na oślep! Nie tak, dziewczyno, co się dzieje?!
Rogue stała pochylona opierając dłonie na kolanach. Była spocona, zmęczona, nadmiar kawy przyspieszył pracę jej serca na tyle, że teraz każde uderzenie wydawało się zwalać ją z nóg.
- Nic się nie dzieje – mruknęła Rogue, starając się nie patrzeć na Logana, ani na resztę grupy, z którą miała dzisiaj treningi. – Jestem nieco zmęczona, to wszystko.
- Wyjdź – rozkazał jej Logan. Rogue spojrzała na niego zdezorientowana. Nigdy nie zdarzyło się, by Logan wyrzucił kogokolwiek z treningu. – Zaburzasz nam tylko rytm ćwiczeń. Porozmawiamy po treningu.
Dziewczyna wyprostowała się, potoczyła spojrzeniem po grupie, która momentalnie ucichła i obserwowała dalszy rozwój wypadków.
- Ale… – zaczęła Rogue, nie do końca rozumiejąc, co tu się właśnie stało.
- Wyjdź, po prostu wyjdź – warknął Logan i, nie patrząc na nią, zwrócił się do grupy. – Kitty, będziesz teraz w parze z Amarą. Już, szybko.
Rogue, wciąż zaskoczona rozwojem wypadków, nie ruszyła się o krok. Patrzyła ze zmarszczonym czołem na Wolverine'a, który pokrzykiwał na resztę uczniów. Gdy nikt, poza Kitty, która posłała jej zaniepokojone spojrzenie, a także Bobbym, który w dość sugestywny sposób pokazał, że Logan jest pomylony, nie zwracał na nią żadnej uwagi, wzruszyła ramionami i skierowała się do wyjścia. Korytarz był przyjemnie chłodny i cichy. Rogue poszła do windy, którą wjechała na parter, a potem udała się do sypialni dzielonej z Kitty. Tam złapała za czyste ubrania i zamknęła się w łazience. Po chwili wahania zdecydowała, że dzisiaj należy jej się przyjemna kąpiel, a nie szybki prysznic. Nalała wody i ostrożnie weszła do wanny. Wrzucając aromatyczne kule kąpielowe, które roztaczały przyjemny zapach wanilii i cynamonu, myślami cały czas była gdzieś między widokiem wychodzącej z sypialni Remy'ego Betsy a rozmową z Kurtem.
Czekała ją jeszcze rozmowa z Loganem. Lubiła go, ufała mu, ale obawiała się konfrontacji w cztery oczy. Zwłaszcza teraz. Była w kiepskiej formie, a ostatnie wydarzenia – z Kurtem i Remym – wcale nie pomagały w odzyskaniu równowagi. O ile z Remym sobie poradzi prędzej czy później, tak nie miała pojęcia, jak rozwiązać konflikt ze swoim bratem.
Wstrzymała oddech i zanurzyła się po czubek głowy w wodzie.
Raz, dwa, trzy…
Żadnych deklaracji nie było, nic mi nie obiecywał, ma prawo spotykać się z kim chce…
…cztery, pięć, sześć, siedem…
W sumie go nawet lubię. Moglibyśmy się zaprzyjaźnić. Bez żadnego romansowania, prawda?
…osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście, dwanaście…
Dobrze mi przy nim. Wystarczy, że będzie obok, nawet jeśli nie będzie na moją wyłączność, prawda?
…trzynaście, czternaście, piętnaście…
Ze Scottem nadal mam dobry kontakt, mimo że on nie widzi świata poza Jean.
…szesnaście, siedemnaście, osiemnaście…
Więc czemu nie miałoby być tak z Remym?
Wynurzyła się i chciwie zaczerpnęła powietrza. Przetarła twarz z piany i głęboko odetchnęła. Nie on pierwszy i nie ostatni – pomyślała, uśmiechając się przy tym gorzko. Pytanie tylko, co będzie dla niej ważniejsze: potencjalny przyjaciel, czy urażona duma?
- Rogue.
- Logan. – Odpowiedziała tym samym tonem, patrząc w okno. Siedzieli w pustej salce, w której młodsze dzieciaki w ciągu dnia mają zajęcia z Jean. Logan stał oparty o parapet, ubrany w kraciastą koszulę i dżinsy wcale nie wyglądał jak jeden z najgroźniejszych mutantów, jakie znał świat. Wyglądał raczej jak odpowiedzialny, starszy brat, który patrzył właśnie z troską na swoją młodszą, krnąbrną siostrzyczkę.
- Rogue – powtórzył. – Spójrz na mnie.
Dziewczyna z niechęcią odwróciła wzrok od okna, za którym zachodziło słońce.
- Rogue, co się dzieje?
- Powtarzanie mojego imienia nie sprawi, że będziesz bardziej przekonujący – odparła Rogue. – Nic się nie dzieje. Tak jak mówiłam: jestem po prostu zmęczona. To wszystko.
- Gówno prawda – sarknął Logan i podszedł do parapetu, na którym siedziała jego mała podopieczna. Jak to jest, że te dzieciaki potrafią stawiać czoła starożytnym mutantom, jego pomylonym bratem, czy pomylonym bratem Xaviera, a jednocześnie są tak bardzo niedojrzałe? Widział, że od kilku tygodni Rogue nie jest sobą. Gdy wyjeżdżał po kłótni z Xavierem, pamiętał, że było z nią wszystko okej. Była normalna, silna, rozsądna.
Gdy wrócił, zastał zupełnie odmienioną dziewczynę. Rozkojarzoną, kruchą, na powrót zamkniętą w sobie. Pluł sobie w brodę, że to jego wina, że mógł nie wyjeżdżać i być wtedy, gdy go najbardziej potrzebowała.
- Co mam ci powiedzieć, Logan? – zapytała rzeczowo, przerywając ciszę. – Że trochę się u mnie pozmieniało, jak ciebie nie było?
- Wiem, że się pozmieniało – warknął w odpowiedzi. – To przez tego Cajuna, prawda? – zapytał po chwili. Wiedział, że trafił w dziesiątkę. Widział to po jej twarzy. Zaskoczona, wpatrywała się w Logana szeroko otwartymi oczami. Trwało to zaledwie chwilę, po której Rogue z gorzką miną odwróciła się z powrotem do okna.
- Nie rozumiem, co masz na myśli – odparła cicho.
- Nie rozumiesz? – powtórzył Logan. – To ja ci wyjaśnię – wycedził i podszedł jeszcze bliżej. – Znam go. Znam go znacznie dłużej niż ty. I wiem, czego można się po nim spodziewać. I absolutnie nie są to rzeczy, w które chciałbym, byś się pakowała, Rogue.
- Nie mam dziesięciu lat, Logan – wycedziła przez zęby. – Jestem na tyle dorosła, by sama sobie poradzić.
- Masz dwadzieścia lat, ale nadal jesteś dzieciakiem, który nie ma pojęcia o tym świecie – odrzekł twardo Logan. Rogue zeskoczyła z parapetu i spojrzała mu prosto w oczy.
- Dla twojej wiadomości – zaczęła cichym, jadowitym tonem – dzisiaj śniło mi się, że moją żonę zabił mój własny, rodzony brat. Wczoraj z kolei widziałam, jak potęga magnetyzmu flirtuje z moją matką. Dwa dni temu przeżywałam katastrofę lotniczą, w której zginęli moi rodzice. A jeśli jeszcze ci mało, to od miesięcy śni mi się śmierć Evana. Pozostawiony samemu sobie, w kanałach, ginie od wybuchu. Więc czy możesz przestać zarzucać mi, że nic nie wiem o świecie? Że nie wiem, na co stać ludzi? Że jestem naiwną idiotką? – wyrzucała z siebie słowa jak karabin, hardo patrząc Loganowi w oczy. Cały gniew znalazł teraz ujście w rozmowie z jedyną osobą, której mogła zaufać. A ona zamiast z nim porozmawiać, szczuła go swoją mutacją i najgorszymi z wizji. Logan z każdą sekundą patrzył na nią z coraz mniejszą złością. Jego twarz traciła napięcie, tylko brwi unosiły się coraz wyżej i wyżej, im więcej scen z przeszłości innych ludzi mu przedstawiała i im więcej łez pojawiało się na jej twarzy. Rogue skończyła mówić i z wściekłością wytarła rękawem wszystkie łzy. Sapnęła i oparła się o parapet, wzrok wbijając w podłogę.
- Rogue, ty znasz to wszystko z życia innych ludzi – odrzekł po dłuższej chwili łagodnym tonem. Nie wiedział, co powinien zrobić w tej chwili. Podejść i przytulić? Zarządzić szlaban? Krzyknąć na nią? – Ty sama tego nie przeżyłaś, ty…
- Logan, ja to wszystko przeżyłam – odparła, akcentując każde słowo. – Gdy śnię, to są to obrazy z pierwszej perspektywy, nie jestem obserwatorem. Ja. To. Przeżywam.
- Dobra, nieważne – machnął ręką Logan i potarł ze zmęczeniem nasadę nosa. – Rogue, najważniejsze jest to, że ten Cajun to stuprocentowe kłopoty.
- Logan… – przerwała mu, patrząc na niego spod byka, ale on niezrażony kontynuował.
- On może cię skrzywdzić, ja go znam. – Logan przeczesał włosy i westchnął. – On cię wykorzysta, potraktuje jak zabawkę i porzuci dla lepszego celu – odparł wreszcie po dłuższej chwili. Obserwował, jak zmienia się wyraz twarzy Rogue. Z zaciętej, agresywnej pozy, przeistoczyła się w małą dziewczynkę, która jest na skraju szlochu. Niemalże widział, jak w kącikach oczu pojawiają się kolejne łzy, ale zamiast tego dziewczyna uśmiechnęła się smutno.
- Wiem, Logan – odparła cicho i wyszła z sali.
Logan przeklął pod nosem i oparł dłonie o parapet. Czyż to nie ponury chichot ironii, że akurat on – Wolverine – musi radzić sobie z rozbuchaną hormonami nastolatką? Żałował, że w pobliżu nie ma żadnego starożytnego mutanta do pokonania – przynajmniej wiedziałby, jak się za to zabrać.
Dzień powoli się kończył. Było już po dziesiątej, młodsze dzieciaki powinny spać, starsze – udawać, że śpią. O ile na niższych piętrach było słychać jeszcze jakiś ruch, stłumione rozmowy czy wybuchy śmiechu, tak na trzecim piętrze panowała martwa cisza. Nawet korytarz tonął w ciemnościach, zupełnie tak, jak gdyby tu nikt nie mieszkał.
Prócz jednej osoby.
Rogue szła powolnym krokiem do swojego nowego pokoju. Nie fatygowała się, by zaświecić światło, znała już drogę niemalże na pamięć. Opuszkami palców dotykały ścian, niedbale pomalowanych farbą i czekających na remont. Dotarła do drzwi i oparła się o nie plecami. Jeszcze nie chciała tam wchodzić, wiedziała, ile nauki ją czeka i przekroczenie progu będzie jednoznaczne z pogrążeniem się w książkach.
To był cholernie ciężki dzień – pomyślała, zastanawiając się, czy ma dzisiaj siłę na naukę. Począwszy od poranka starała się unikać Remy'ego za wszelką cenę. Podświadomie wiedziała, że i tak by ją znalazł, gdyby tylko chciał. Z kolei jej unikał Kurt. Logan był na nią wściekły. Albo zawiedziony, ciężko powiedzieć.
Zdjęła rękawiczki i potarła nasadę nosa. Była zmęczona i bezsilna tak jak nigdy dotąd.
Odtrącała ostatnie osoby, które jej ufały. Którym ona mogła zaufać. Czuła się z tym podle i z wielkim poczuciem winy przypominała sobie kolejne wydarzenia tego dnia. Raz po raz odgrywała rozmowę z Remym, by później przeskoczyć na kłótnię z Kurtem. Zamartwianie się szło jej zawsze bardzo dobrze. Snucie pesymistycznych wizji – jeszcze lepiej.
Westchnęła, przeczesała włosy i wyciągnęła z kieszeni klucz do pokoju. Z zaskoczeniem skonstatowała, że drzwi nie były zamknięte na zamek. Pełna obaw nacisnęła klamkę i weszła do sypialni, spodziewając się w głębi duszy, kogo tam zastanie.
- Dzisiaj mógłbyś jednak odpuścić – oznajmiła, zapalając światło. Tak jak myślała, naprzeciwko niej, oparty o parapet stał Remy. Swoim zwyczajem bezwiednie tasował talię kart, obserwując przy tym każdy ruch dziewczyny.
- Ciężki dzień, cherie? – zapytał chłodnym tonem. Zerknęła na niego przelotnie podczas przekładania książek. Nadal był na nią zły. A jej się tak bardzo nie chciało z nim walczyć. Nie miała siły na droczenie się, czy silenie na cięte riposty. Nie dzisiaj.
- Tak – odparła krótko. – Najlepiej będzie, jeśli wyjdziesz z mojego pokoju. Nie jestem w nastroju na rozmowę – dodała, nie patrząc na niego.
- Non – uciął. – Cały dzień unikałaś Remy'ego, a należą mu się jakieś wyjaśnienia, d'accord? – Drgnęła, gdy usłyszała pytanie tuż nad swoim uchem. Cajun zdążył bezszelestnie do niej podejść. Już miała coś odpowiedzieć, gdy przez jej umysł przedarł się mentalny sygnał od profesora Xaviera.
X-MENI, ZA 10 MINUT W X-JECIE.
Rogue jęknęła i potarła zmęczone powieki.
- Sam widzisz, że nie mamy sprzyjających okoliczności do rozmowy – powiedziała, ale zaskoczona zauważyła, że nikogo prócz niej nie było w pokoju.
- Lecimy do Los Angeles – oznajmił Scott do zebranych już w odrzutowcu X-Menów. Wezwano tylko niektórych uczniów oraz garstkę opiekunów. Rogue siedziała pod oknem podpierając się łokciem. Tuż obok niej Kitty gapiła się w swój telefon. Kurt naprzemiennie ziewał i jadł chipsy. Logan siedział na końcu i omiatał wszystkich krytycznym spojrzeniem. Jak to Logan zresztą. Betsy, założywszy nogę na nogę, utkwiła spojrzenie w oknie. Dwa rzędy za nią siedział Gambit, który – co mogła przysiąc Rogue – obserwował ją spod zmrużonych powiek. Tylko Jean wydawała się podzielać entuzjazm Scotta i uważnie go obserwowała. – Kolejny atak Sentinels – dodał. Jeśli liczył na jakąś reakcję, mógł być usatysfakcjonowany. Wszyscy wlepili w niego spojrzenie, tylko Logan nie wydawał się być zaskoczony. Jak to Logan zresztą.
- Dwa roboty pojawiły się w pobliżu magazynów na obrzeżach miasta – oznajmiła Jean, podczas gdy Scott zasiadł za sterami odrzutowca. Nie minęła minuta, gdy zaczęli się już wznosić. Właz w piwnicach Instytutu rozsunął się i x-jet wyleciał wprost z klifów. Jean usiadła na miejsce i mówiła dalej do mikrofonu przy jej zestawie słuchawkowym. – Profesor prosił również o dokładne sprawdzenie lokalizacji, gdyż według Cerebro ukrywa się tam mutant. Dziewczynka, szesnaście lat.
- To już jest nastolatka, a nie dziewczynka – z urazą w głosie zauważyła Kitty. Sama miała zaledwie dwa lata więcej i wcale nie uważała się za dziecko. Jean uśmiechnęła się do niej.
- Wiemy, na czym polega jej mutacja? – spytała rzeczowo Betsy. Rogue rzuciła na nią okiem. Jeszcze jej nie widziała w kostiumie X-Men. Nawet nie sądziła, że takowy jest dla niej przygotowany. Na pierwszy rzut oka było widać, że modelka brała czynny udział w jego projektowaniu. Wycięte, granatowe body odsłaniające ramiona opinało jej smukłe ciało. Mimo że siedziała, nie było widać nawet najmniejszego wałeczka tłuszczu na brzuchu. Rogue z goryczą pomyślała, że to przecież anatomicznie niemożliwe. Długie nogi obute w wysokie kozaki zdawały się nie mieć końca. Z zazdrością spojrzała na obcisłe rękawiczki otulające ręce tak szczelnie, że niemalże widać było kostki na dłoniach i zarys paznokci. Świetna robota – pomyślała. A co jak co, na rękawiczkach znała się jak nikt inny. Z zaskoczeniem zauważyła na plecach dziewczyny rękojeść miecza. Nie wiedziała, że Betsy potrafi się posługiwać bronią białą. Cholera, jakąkolwiek bronią. Czego to teraz wymagają na pokazach mody? Rogue uniosła brwi i przeniosła wzrok na Jean.
- Profesor powiedział jedynie, że dziewczyna kontroluje eksplozje plazmatyczne – odparła Jean.
- Czyli że co? – zapytał Kurt, zatrzymując się z chipsem w połowie drogi do ust.
- Coś takiego jak nasza Boom Boom? – odparła bez przekonania Rogue.
- Najprawdopodobniej tak – odpowiedziała Jean. – Zobaczymy na miejscu.
- A dlaczego nie lecimy wszyscy? Gdzie Tabitha, Bobby i reszta? – zapytała Kitty.
- Shadowcat, proszę o używanie pseudonimów operacyjnych – śmiertelnie poważnie zwrócił jej uwagę Scott, na co dziewczyna wywróciła oczami.
- Profesor X – zaakcentowała Jean z lekką ironią w głosie – tak zadecydował. Jeśli będzie potrzebne wsparcie, na pewno reszta się pojawi.
- W Los Angeles jest teraz dwanaście stopni na plusie, bezwietrznie i nic nie pada – przerwał Scott zza sterów. – Idealna, spokojna noc. W sam raz na walkę z przerośniętymi robotami – dodał ze zbyt wielkim entuzjazmem. Rogue westchnęła i zajęła się obserwowaniem widoków za oknem. Przynajmniej nie ma tam śniegu, mrozu, brei błota czy niskiej temperatury. Jedyny plus pośród szeregu minusów dzisiejszego dnia.
