- Rozdzielamy się – usłyszeli w słuchawkach głos Scotta, gdy powoli zbliżali się do lądowania. – Ja i Jean jesteśmy pierwszym zespołem.

- Cóż za zaskoczenie – mruknęła do siebie Rogue. Kitty siedząca obok cicho zachichotała.

- Zajmiemy się jednym z robotów. Drugim zespołem będzie Gambit, Wolverine oraz Shadowcat. – Rogue, doskonale wiedząc już, z kim przyjdzie jej pracować, miała ochotę wyskoczyć z samolotu. – Zajmiecie się obezwładnieniem drugiego robota. Ostatni zespół to Rogue oraz Psylocke. – Rogue uniosła jedną brew i spojrzała na wyprostowaną modelkę. Psylocke? Serio? Kto jej to wymyślił? – Zajmiecie się poszukiwaniem dziewczyny. Po pokonaniu jednego robota zajmujemy się drugim. Po znalezieniu dziewczyny szukacie bezpiecznego miejsca i nie wychylacie nosa, zrozumiano?

Rogue wzruszyła ramionami. Była już przyzwyczajona do tego, że jej rola w zespole jest marginalna i nigdy nie gra pierwszych skrzypiec. Z ulgą rozprostowała nogi i wyszła wraz z innymi z samolotu.

Noc była rzeczywiście ciepła i bezwietrzna. Przebłyski księżyca przez zasnute chmurami niebo oświetlały wybrzeże, na którym rozciągał się pas restauracji i klubów, zwyczajowo o tej godzinie pełnych bawiących się ludzi. Teraz jednak nie było nikogo widać. Gdzieś daleko wyły syreny policyjne, na sygnale gnały karetki pogotowia. Dopiero po dłuższej chwili Rogue zauważyła, że wiele budynków było nieznacznie uszkodzonych. Tak jakby otarł się o nie taran lub niezgrabny robot wysokości co najmniej trzydziestu stóp. Ot, zupełnie taki jak ten, który właśnie niszczył lokale na marinie. Rogue przełknęła ślinę i poczuła szarpnięcie.

- Większość osób już ewakuowano – odezwał się Scott. – Nie powinno tutaj być ludzi prócz naszej małej zguby.

- Skąd wiesz, że nie ewakuowała się z resztą ludzi? – zapytała Rogue.

- Cerebro wykrył wybuch jej mutacji zaledwie kilka minut temu – odparła Jean. – Atak robotów zaczął się dobrą godzinę temu, więc raczej nie zdążyła uciec z innymi.

- Chodź, idziemy w kierunku tamtych budynków – powiedziała Betsy prosto do Rogue i wskazała niewysokie budynki w odległości jednej mili. – Ona tam jest.

Rogue puściła się biegiem tuż za Psylocke. Szybko zrównała się z dziewczyną.

- Skąd wiesz? – zapytała.

- Jestem telepatką, słonko. Słyszę tam kogoś i ten ktoś wyraźnie myśli o swoich mocach – odparła z uśmiechem Betsy i wyprzedziła Rogue. Dobiegła do niewielkiego pubu stylizowanego na francuską knajpkę. Drzwi ledwie trzymały się na zawiasach, dach był wyraźnie zapadnięty, jakby ktoś się zbyt mocno o niego oparł. Betsy wyciągnęła z pochwy zawieszonej na plecach miecz, który ostatecznie okazał się kataną.

- Umiesz się tym posługiwać? – spytała Rogue, unosząc brew.

- Gdybym nie umiała, to bym jej nie nosiła – ucięła Betsy i kopnięciem rozwaliła ledwie trzymające się drzwi. Opadły na ziemię z głośnym łoskotem. Rogue nigdy nie lubiła takich sztucznie widowiskowych manewrów. Ona po prostu by je otworzyła. Powstrzymując się od komentarzy przekroczyła próg tuż za skradającą się Psylocke.

- Hej, Kurt, to jest ta naleśnikarnia, o której ci opowiadałam. Naleśniki o smaku szarlotki, pamiętasz? – odezwała się Kitty. Rogue nie mogła powstrzymać uśmiechu. Zapewne w przeciwieństwie do Scotta.

- Shadowcat… - zgrzytnął jedynie.

- Przepraszam Cyce, Nightcrawlerze, tu jest ta świetna sieciówka z naleśnikami – poprawiła się Kitty.

- Dziękuję ci, Shadowcat, kiedyś na pewno się tu wybierzemy – odparł poważnym tonem Kurt, jak gdyby omawiali jakieś ważne strategiczne rzeczy.

- Oni tak zawsze? – spytała Betsy, odwracając się do Rogue.

- Nawet gorzej – mruknęła w odpowiedzi. Przeszły przez całą salę rozrzuconych stolików i krzeseł, gdzieniegdzie rozlanych trunków i rozsypanych przekąsek. Wnętrze było przytulnie urządzone i nawet bałagan nie psuł tego wrażenia. W innych okolicznościach Rogue pewnie chciałaby tu spędzić leniwe, słoneczne popołudnie.

- Rozdzielmy się – zasugerowała Betsy i skręciła w prawo, w kierunku kuchni i magazynów. Rogue pozostała druga strona, taras z kilkoma stolikami i niewielki ogródek, w którym stało kilka ławek. Zapewne niewielki park lub skwer. Przeskoczyła ogrodzenie i szła przed siebie, rozglądając się uważnie. Minęła kilka drzew i krzewów i wyszła na chodnik dwupasmowej ulicy. Jej uwagę zwrócił ruch pomiędzy budynkami po drugiej strony ulicy. Bez namysłu puściła się biegiem. Wyraźnie słyszała czyjeś szybkie kroki. Rozejrzała się wokół i postanowiła okrążyć budynek z drugiej strony. Wspięła się po siatce, zeskoczyła na zsyp, a później na chodnik. Pobiegła na wprost, w sam raz, by w świetle latarni spostrzec skrawek czerwonego płaszcza tuż za rogiem.

- Chyba kogoś mam – mruknęła, naciskając przycisk na słuchawce, nie przerywając biegu. Bez zatrzymywania się przeskoczyła przez niewysoki płotek ogradzający skwer. Teraz sylwetka osoby uciekającej zaledwie kilka metrów przed nią była wyraźniejsza: średniej wysokości kobieta w jaskrawym płaszczu. Proste, ciemne włosy sięgające ramion. Dziewczyna skręciła gwałtownie na mostek i Rogue mogła zauważyć jej profil.

- Wanda Maximoff – zdążyła wyszeptać do mikrofonu i boleśnie potoczyła się w dół pagórka, nie trafiając stopą na przęsło mostu rozdzielającego dwie części parku. Sturlała się na sam dół płytkiego kanału wyłożonego betonowymi płytami. Poczuła rozdzierający, pulsujący ból w tyle głowy. Dopiero potem poczuła, jak oblewa ją zimna, śmierdząca woda. Rozcierając potylicę, podniosła się na łokciu, boleśnie mrużąc oczy. Wanda musiała użyć swojej mutacji, nie ma innej opcji. Rogue nie mogła przecież się potknąć. To jej się nie zdarza. Z trudem podniosła się z kanału i otrzepała z mułu. Nie czując pod palcami zestawu słuchawkowego, szpetnie zaklęła. Musiał albo się rozbić, albo utopić. Trzeba powiedzieć profesorowi, by popracował nad lepszym rozwiązaniem w kwestii komunikacji. Wymacała na nadgarstku opaskę, którą dostała wraz z innymi jeszcze przed Świętami. Miała nadzieję, że była cała – na razie nie było sensu jej używać, ale wkrótce może się przydać.

Było ciemno, zimno i wyjątkowo śmierdząco. Ściany kanału były zbyt strome, by się po nich wspinać, więc chcąc nie chcąc, Rogue musiała ruszyć zgodnie z nurtem ścieków. Do bólu głowy dołączył silny ból kostki, zapewne skręconej. Jakby tego było mało, do tej pory czyste, wieczorne niebo zasnuło się ciemnymi chmurami i gdzieś w oddali zaczęło się błyskać. Los Angeles, jedno z najcieplejszych miast w USA, gdzie deszcz pada średnio zaledwie trzydzieści dni w roku. A ona musiała akurat trafić w ten dzień, na dodatek w końcówce stycznia, stojąc po kolana w ściekach. To nie mógł być przypadek, to musiała być Wanda.

Usłyszała pierwszy grzmot, gdy bezskutecznie próbowała się wdrapać po ściankach kanału. Na szczęście była to ziemia, a nie beton, mimo to jej ręce ślizgały się na mokrej trawie. Ciężkie krople robiły kręgi na wodzie. Urwanie chmury to kwestia kilku chwil. Wszystko wokół zlewało się w jedną granatowo – siną plamę, od czasu do czasu rozświetlaną błyskawicą. Zorientowała się, że wciąż jest w parku albo lesie, gdyż nie było słychać ani samochodów, ani nawet wcześniej słyszalnych sygnałów karetki bądź straży pożarnej. Poza burzą nie była w stanie nic innego wychwycić.

Szansa na wydostanie się z kanału pojawiła się w momencie, gdy deszcz i wiatr rozszalały się na dobre. Śmierdząca rzeczka przepływała pod kolejnym mostkiem, na szczęście dla Rogue niezbyt wysokim. Utykając i sycząc z bólu, krytycznie spojrzała na przęsła mostku. Jeśli tylko odpowiednio wysoko podskoczy…

Przygotowała się do skoku i z siłą odbiła od podłoża. Skręcona kostka pulsowała ostrym bólem, ale starała się nie zwracać na to uwagi. Jedno dotknięcie Logana i będzie cała i zdrowa. Ale najpierw musiała go znaleźć.

Ręce zaczepiły się na betonie. Oddychając głęboko, spychając ból na drugi plan, uniosła się w łokciach. Prawą dłonią sięgnęła poziomych barierek mostku i podźwignęła się. Z trudem wspięła się i sięgnęła poręczy.

Z głuchym jęknięciem przetoczyła się na drugą stronę barierki. Upadła na plecy i przez chwilę leżała, pozwalając, by rzęsisty deszcz padał na jej ciało.

- To jest najgorszy dzień w moim życiu – mruknęła do siebie, gwałtownie otwierając oczy. O ironio, miała przeczucie, że życie jeszcze ją zaskoczy w tej kwestii. Z trudem wstała i pokuśtykała do lampy ulicznej, która w ciemnościach jawiła się niczym latarnia morska. W świetle zauważyła, że jej kostium, choć brudny i miejscami zadrapany, nie miał żadnych dziur. Kostka za to napuchła i wyraźnie odznaczała się na szczupłej, długiej nodze. Oprócz tego była cała.

Nie miała pojęcia, gdzie jest. Nie miała pojęcia, gdzie jest reszta jej zespołu. Nie miała pojęcia, jak się stąd wydostać. Spojrzała na zasnute chmurami niebo i z trudem zlokalizowała księżyc, a co dopiero gwiazdy. Na ich podstawie byłaby w stanie wyznaczyć kierunki świata, ale ledwie widoczne były marną podporą. Nie bez problemu przypomniała sobie mapy, które pojawiały się w x-jecie przy obraniu konkretnej lokalizacji. Wylądowali w okolicach Long Beach, południowe wybrzeże. Musi ruszyć w tym kierunku, a potem po prostu iść wybrzeżem. Przy lądowaniu było widać przecież ocean.

Rozsunęła saszetkę, licząc na to, że znajdzie tam cokolwiek przydatnego. Chusteczki higieniczne. Zalaminowana dama kier pamiętająca Nowy Orlean. Wisiorek z emblematem X-Menów od Kitty. Gumy do żucia. Cholera, czy ma cokolwiek przydatnego? Bandaż. Zapasowe rękawiczki.

Westchnęła z beznadzieją i ruszyła przed siebie, w zupełnie losowym kierunku. Musi wyjść z tego lasu, parku, czy w czym teraz jest.

Światła ulicy pojawiły się po kilku minutach powolnego marszu. Z zaskoczeniem zauważyła, że nie przejeżdżały żadne samochody. Nie widziała też żadnych ludzi. Gdzieś w tle wył alarm samochodowy. Odpowiedź na zagadkę pojawiła się bardzo szybko – nad blokami apartamentowców górował wielki, metalowy robot. Szczęściem stał tyłem w jej kierunku, ale nie mogła wykluczyć, że nie miał żadnych czujników ruchu. Zanurkowała w ciasną i wąską uliczkę i trzymając się ścian, oddalała się od robota.

- Hej – usłyszała gdzieś dalej. Z drzwi tuż obok zsypu wychynęła głowa jakiegoś chłopaka. – Chodź tutaj, będziesz bezpieczna.

Rogue przytaknęła i, wciąż co chwilę sprawdzając, czy nie czai się za nią Sentinel, ruszyła w kierunku mężczyzny. Wciągnął ją niemal siłą do nisko sklepionego pomieszczenia, które musiało być jakimś magazynkiem, gdyż leżało tam pełno skrzyń i worków. Oprócz niego było tam ze trzydzieści osób – zarówno kobiet jak i mężczyzn.

- Nic ci nie jest? – zapytał, uważnie przyglądając się Rogue. Jego wzrok zatrzymał się na pasku z emblematem X-Menów, a później powędrował w górę, ku białym pasemkom włosów. – Ja cię chyba znam…

- Widziałam ją w telewizji, Matt – ostrożnie powiedziała kobieta, nie spuszczając jej z oczu. – To też jest mutant.

Wyraz twarzy mężczyzny gwałtownie się zmienił. Rogue wymacała za sobą klamkę i nacisnęła ją gwałtownie. W samą porę, gdyż Matt wyciągał po nią rękę. Wydostała się z pomieszczenia i usilnie starając się nie zwracać uwagi na bolącą, puchnącą kostkę, pobiegła w przeciwnym do parku kierunku. Za nią wybiegło kilku mężczyzn.

- Za nią! To przez tę dziwkę musimy się tu ukrywać! Pieprzony mutant! – słyszała tuż za sobą, co dodatkowo napędzało ją do jeszcze szybszego sprintu, na tyle, na ile pozwalała jej zwichnięta kostka. Niewiele myśląc, skręciła gwałtownie z jeden z ciemnych zaułków i ukryła się za zsypem. Wstrzymując oddech opadła na chodnik i objęła ramionami kolana. Słyszała, jak tłum, niczym wataha wilków, przebiega obok jej uliczki. Gdy okrzyki zniknęły wraz z ostatnim z prześladowców, oparła się o ścianę i odetchnęła. Wiedziała, że musi zaraz ruszyć dalej, ale potrzebowała chwili wytchnienia.

Nie dane jej było nawet rozmasować kostki, gdy usłyszała gdzieś po lewej ciężkie kroki, a później metaliczny głos robota.

- CEL: ROZPOZNANY. STATUS: MUTANT. ROGUE. ZNISZCZYĆ. – Rogue szybko podniosła się i pobiegła zaułkiem w przeciwnym kierunku do robota. Cholerne uczucia deja vu. Sentinel nie kłopotał się przeciskaniem przez ciasną uliczkę, szedł przed siebie nie zważając na budynki, niszcząc wszystko, co stało mu na drodze. Z trudem uskoczyła od wiązki czerwonego lasera, za którym zaraz pojawił się wybuch. Wdrapała się na siatkę, z paniką patrząc za siebie. Sentinel był zaledwie kilka metrów od niej. Górował nad budynkami niczym wielka, poruszająca się góra złomu. Noga ześliznęła się z siatki i Rogue upadła na plecy, na szczęście już po drugiej stronie. Oddalając od siebie ból – tym razem niechybnie coś sobie złamała – biegła dalej. Trzymając się kurczowo żeber kierowała się przed siebie, bez żadnego planu w zapasie. Nie miała czasu na łzy, po prostu musiała uciec od tej kupy żelastwa.

Czyjaś silna ręka pociągnęła ją w zaułek. Próbowała się wyrywać, będąc pewna, że to jeden z prześladowców, który ją gonił. Ręka przycisnęła ją mocniej i musiała oprzeć się o klatkę piersiową mężczyzny, który ją złapał.

- Ciężki dzień, cherie, non? – usłyszała tuż nad sobą zachrypnięty głos Gambita. Nie wiedziała, czy ma się rozpłakać ze szczęścia, czy z bólu.

- No nie znajdzie się w moim TOP 10 – odparła, łapiąc oddech. Remy prowadził ją ciemną uliczką wzdłuż budynków, nie puszczając jej z uścisku ani na sekundę.

- Dasz radę biec? – zapytał, badawczo na nią spoglądając. Rogue z zawahaniem pokiwała głową. Chwilę później Remy puścił się biegiem, ciasno oplatając swoją dłoń wokół jej palców. Rogue potknęła się, ciągnąc w dół również Gambita.

- Przepraszam – jęknęła tylko. Gambit nie zdążył jej odpowiedzieć, gdyż pomiędzy budynkami pojawił się kolejny Sentinel.

- CEL: ROZPOZNANY. STATUS: MUTANT. GAMBIT. ROGUE. ZNISZCZYĆ. – Usłyszeli bezlitosny głos robota. Rogue zacisnęła powieki, gotowa przyjąć uderzenie bądź promień lasera. Zamiast tego poczuła, jak się unosi. Z zawahaniem uniosła powieki. Remy musiał ją sobie przerzucić przez ramię i biec z nią, kołyszącą się na plecach jak worek kartofli.

- Hej! – wykrzyknęła, ale Gambit nie zdążył odpowiedzieć, odwrócił się gwałtownie i posłał w kierunku robota kilka kart, które zajaśniały purpurową poświatą i wybuchły w zetknięciu z metalowym cielskiem.

- Biegnie dalej! – wykrzyknęła, obserwując, jak robot zatrzymuje się tylko na chwilę. Wybuchy spowodowane przez Gambita nawet go nie drasnęły.

- Tu en es sur? [Naprawdę?] – mruknął, zatrzymując się na chwilę koło sznurka zaparkowanych samochodów.

- Czemu się do cholery zatrzymujesz?! – pisnęła Rogue. Sentinel był zaledwie dziesięć metrów od nich. Nie zdążyła wykrzyknąć nic więcej, gdyż Gambit puścił się gwałtownym biegiem. Jak w zwolnionym tempie obserwowała, jak łańcuszek samochodów nabiera purpurowej barwy i po chwili wybucha wprost pod nogami robota. Metalowa konstrukcja zapłonęła i fragment po fragmencie, od wielkiego cielska odpadały kolejne części. Rogue już miała odetchnąć z ulgą, gdy kilka budynków dalej zobaczyła zmierzającego ku nim kolejnego Sentinela.

- Remy… – zaczęła.

- Wiem – wykrzyknął.

Korzystając z chwilowego zamieszania, Remy skręcił do wielkiego, krytego parkingu i pobiegł w kierunku dolnych kondygnacji. Rogue mogła tylko obserwować, jak wielka łapa robota roznosi budynek w drobny pył. Alarmy samochodowe zaczęły wyć, ale ani Sentinel, ani Remy nie zamierzali się zatrzymywać. Znaleźli się już na piętrze poniżej parteru, gdy budynkiem coś zatrzęsło. Na suficie pojawiły się nitki, z których posypał się pył.

- To za chwilę runie! – wykrzyknęła Rogue, na co Gambit przyspieszył, ale nie w kierunku kolejnych niższych pięter, tylko rogu pomieszczenia, w którym się znajdowali. Kluczył między samochodami, ale nawet na chwilę nie zwalniał tempa. Byli już w samym kącie pomieszczenia, gdy sufit, pod którym znajdowali się ledwie pół minuty temu runął i zasypał wszystko gruzem, skutecznie zamykając wszystkie możliwe drogi wyjścia. Stali w samym rogu, który jakimś cudem pozostał na miejscu i się nie zawalił. Remy ostrożnie opuścił ją na betonową podłogę. Halogenowa lampa nad nimi zamrugała kilka razy i zgasła.

Zapanowała cisza i ciemność.

Rogue ciężko oddychała. Gambit odpalił papierosa.

- Serio? – krzyknęła, zezując na żarzący się punkcik w ciemnościach. Z trudem się podniosła na tyle, by móc sięgnąć do twarzy Gambita, ze wstrętem wyciągnęła mu z ust papierosa i rzuciła go na podłogę, po czym zgasiła obcasem buta.

- Serio? – powtórzył Remy niebezpiecznie spokojnym głosem.

- Jedyne wejście na ten poziom parkingu jest zasypane, mamy ograniczoną ilość tlenu, a ty chcesz go zużyć na ten obleśny, śmierdzący nałóg. Ogarnij się – powiedziała ciężko, opierając się już wygodniej na zimnej ścianie parkingu. Rozprostowała obolałą nogę, drugą podciągnęła wysoko pod brodę. Było jej zimno, wszystko ją bolało, a na dodatek utknęła tutaj z osobą, przez którą przepłakała pół nocy. Absolutnie fantastycznie.

- Cherie – usłyszała tuż obok siebie, Gambit musiał się do niej przysunąć. Biło od niego niesamowite ciepło, zapewne była to pochodna jego mutacji. Mimo że najchętniej zasypałaby go pod górą gruzu, która piętrzyła się przy wyjściu, to musiała przyznać, że bardzo potrzebowała tego ciepła. – Na każdym parkingu działa system wentylacji, to jeden z wymogów bezpieczeństwa. Nie zabraknie nam tlenu.

- Och – mruknęła cicho, w duchu ciesząc się, że jest ciemno i nie widać jej purpurowej ze wstydu twarzy. – Nie będziesz przy mnie palił. To śmierdzi, szczurze. Ty śmierdzisz – dodała po chwili.

- Ty też, szczurze rzeczny – zaśmiał się cicho. No tak, wpadła do kanału, więc nie pachniała fiołkami. Policzki niemal wybuchły kolejną falą czerwieni.

- Musimy się jakoś stąd wydostać – powiedziała poważnym tonem, zmieniając temat. Masz słuchawki? – zapytała z nadzieją w głosie, macając przy tym opaskę na nadgarstku. Nie pamiętała, czy należało przytrzymać przycisk, czy wystarczyło tylko raz nacisnąć, by wysłać sygnał do Cerebro. Zrobiła to kilka razy, wciskając go zarówno przez sekundę, jak i trzymając dłuższą chwilę.

- Non – odparł krótko. – Rozbiły się jeszcze podczas walki z robotem.

- Ja swoje też straciłam – odpowiedziała. – Używałeś swojej opaski?

- Jakiej opaski? – zapytał po dłuższej chwili Gambit.

- Tej z nadajnikiem – wyjaśniła Rogue. – Tę, którą dał nam profesor.

- Jeśli Remy kiedykolwiek by się zgodził na założenie czegoś takiego, byłby to ostatni dzień jego życia – prychnął.

- Wygląda na to, że jest to i tak ostatni dzień twojego życia, imbecylu, bo moja opaska chyba nie działa – wściekła się Rogue. – Utkniemy tu na zawsze i umrzemy z głodu. Cudownie, zawsze chciałam zostać pogrzebana w malowniczo położonym parkingu podziemnym w Kalifornii.

- Po pierwsze, skąd wiesz, że nie działa? – zapytał Remy tym samym, spokojnym głosem, zupełnie ignorując wybuch złości u Rogue.

- Nie dostałam żadnego telepatycznego potwierdzenia, poza tym na tej opasce nic się nie świeci, nie pokazuje, że sygnał został wysłany. Co za szajs! – Zirytowana, zdjęła opaskę z dłoni i cisnęła ją w daleki głąb parkingu. – A po drugie co, szczurze bagienny? Słyszę, jak ledwie powstrzymujesz śmiech.

- Po drugie zawsze możemy użyć mutacji, by nas odnalazł któryś z telepatów – odpowiedział beztroskim tonem Remy.

- No to na co czekasz?! Użyj tej przeklętej mutacji! – Rogue gwałtownie się odwróciła w jego kierunku.

- Chyba żartujesz, cherie – prychnął. – Cały dzień Remy czekał, aż będzie mógł z tobą poważnie porozmawiać, a teraz utknęłaś tutaj z Remym i nie masz wyjścia, i to dosłownie dosłownie – zachichotał. – Musisz współpracować. Aaaaaaaalbo – dodał chytrze – samej użyć mutacji.

- Wypchaj się, nie ma opcji, bym cię dotknęła z własnej woli – ucięła.

- Kiedy ostatnio mnie dotknęłaś, byłaś bardziej chętna – odparł Remy z nonszalancją.

Rogue zmięła na ustach przekleństwo, ale zamiast odpowiedzieć kolejną ripostą, zatrzymała się na słowach Gambita.

- Co? – spytała. – To ty mnie ostatnio dotknąłeś. Nie ja ciebie.

- Nie mówię o ostatnich tygodniach, cherie – odparł Gambit. – Pamiętasz, jak byłaś opętana przez Mesmero? I jak kradłaś moce wszystkich mutantów?

Nie podobał jej się kierunek, w jakim zmierzała ta rozmowa. Przełknęła tylko ślinę, czekając na ciąg dalszy.

- Wpadłaś do naszej bazy, bez większego problemu zdjęłaś Pyro, Piotra i nawet tego dzikusa Sabertootha. Zostaliśmy sami na polu walki. Na pewno nic nie pamiętasz?

- Kompletnie nic i nie wiem, czy chcę, byś mi przypominał – odparła ostrożnie Rogue.

- Oczywiście, że przypomnę, cherie! – Niemal widziała ten irytujący uśmiech na jego twarzy, gdy to mówił. – Walczyliśmy, miałaś zajęte obie ręce, ale udało ci się zbliżyć do mnie na tyle, by skorzystać ze swojej mutacji. Wiesz, w jaki sposób to zrobiłaś?

- Błagam, powiedz, że pociągnęłam cię z główki – jęknęła cicho.

- Pocałowałaś mnie – odpowiedział z satysfakcją.

- Zaraz się zrzygam – odparła, chowając twarz w dłoniach.

- Zaskakująco dobrze ci poszło, jak na kogoś, kto nie ma zbyt dużo praktyki w tej materii.

- Zaskakująco dużo pamiętasz, jak na kogoś, kto chwilę później stracił przytomność.

- To jak, cherie, sprawdzimy, czy teraz pójdzie ci równie dobrze? – podpuszczał ją.

- Pocałowanie ciebie jest ostatnią rzeczą, na jaką mam w tej chwili ochotę. Tuż za gryzieniem gruzu – odparła śmiertelnie poważnym tonem, przypominając sobie, czemu właściwie jest zła na tego Cajuna.

Zapanowała między nimi cisza. Rogue masowała obolałe żebra. Adrenalina przestała szaleć w jej organizmie, ból powoli wracał. Koncentrował się w trzech miejscach – na głowie, w kostce oraz w klatce piersiowej. Prócz tego czuła, że z kilku miejsc sączyła się krew od bolesnych zadrapań.

- Zaatakowały nas dwa Sentinele – podsumowała Rogue, odganiając od siebie ponure myśli. – Miały być dwa w ogóle. Co tu poszło nie tak?

- Początkowo były dwa – przytaknął Remy. Poruszył się tuż obok niej i wyciągnął przed siebie nogi. – Jakąś godzinę temu pojawiło się sześć kolejnych.

- Sześć?! – powtórzyła. Godzinę temu goniła Wandę. To nie był przypadek, że gdy uciekła jej Scarlet Witch, pojawiają się kolejne roboty. – A co z resztą?

- Rozdzieliliśmy się – odpowiedział Remy. – Byłem w pobliżu, gdy usłyszałem, że jeden z nich bierze sobie ciebie za cel. Nie lubię konkurencji, więc ruszyłem z odsieczą – kontynuował.

- Mógłbyś już sobie darować te teksty – odparła gorzko Rogue, opierając głowę o kolana.

- Bo? – Gambit rzucił pytaniem po kilku minutach. Zapanowała ciężka cisza.

- To był bardzo ciężki dzień, wiesz? – odparła wymijająco.

- Cherie, czemu byłaś na mnie zła dzisiaj rano? – spytał poważnym, pełnym napięcia głosem. Czuła jego spojrzenie na sobie i po raz kolejny podziękowała losowi, że panowała tutaj ciemność.

Chciała mu wykrzyczeć wszystko w twarz, zadośćuczynić każdej łzie, jaka przez niego została wylana. Powiedzieć, jak bardzo ją skrzywdził i jak się na nim zawiodła. Opowiedzieć dosadnie, co czuła, gdy widziała wychodzącą z jego sypialni roznegliżowaną kobietę. Przyznać, że złamał jej serce.

- Mam dość twojego podrywu, mam dość twoich dwuznacznych tekstów i taniego flirtu – powiedziała wreszcie. – Nie pozwolę, by znowu ktoś się bawił moimi uczuciami, Gambit – dodała ciężko. Pochyliła głowę, czując, jak zbierają jej się w kącikach oczu łzy.

Remy milczał przez kilka długich chwil.

- Nie chcę bawić się twoimi uczuciami, Rogue – odparł wreszcie bardzo cicho.

Przełknęła ślinę, obawiając się, że Remy zaraz przyzna, że faktycznie to był tylko głupi żart z jego strony i nie zależy mu na niczym więcej. I że przeprasza oraz że więcej nie będzie. To byłoby chyba jeszcze gorsze.

- Ale nie wiem już, jak inaczej mam ci dać do zrozumienia, że mi na tobie zależy – dodał po chwili. Rogue zamarła. Serce nigdy nie biło jej tak szybko, jak teraz, gdy czekała na dalszy ciąg jego wypowiedzi. – Uganiam się za tobą od tygodni, mówię wprost, że chcę się z tobą umówić, próbuję pokazać ci, że twoja mutacja nie ma tutaj żadnego wpływu. A gdy już wydaje mi się, że udało mi się do ciebie dotrzeć, oswoić cię przynajmniej w niewielkim stopniu, na drugi dzień twoja skorupa odrasta i jest jeszcze silniejsza. Kto tu się bawi czyimi uczuciami, cherie?

Nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Czuła się zakłopotana i niemal zawstydzona tym, co powiedział Gambit. Przez chwilę naprawdę czuła się winna igrania z uczuciami tego biednego Cajuna, ale trwało to zaledwie kilka sekund – dokładnie tyle, ile trwało przypomnienie sobie o Betsy. Już miała wygarnąć mu to w twarz, gdy w suficie garażu pojawiła się głowa Kitty – ledwie rozpoznawalna przez maskę z tlenem i latarkę na czole.

- Tu są! – krzyknęła. – Czekajcie, zaraz was wyciągniemy – zwróciła się bezpośrednio do nich. – Jean prosiła również przekazać, że wystarczy tylko jeden sygnał wysłany przez opaskę.

- Czyli działała – mruknęła do siebie Rogue, patrząc w ciemny róg pomieszczenia, gdzie leżało wyrzucone urządzenie.

Kilka minut później, z pomocą Kitty i Kurta, Rogue i Remy znaleźli się na powierzchni.

Po raz kolejny poważna rozmowa musiała poczekać.