Jest tu ktoś? Czy ktoś mnie słyszy? Haaaalooooooo?
Wróciłam! Kolejny rozdział krótszy niż zazwyczaj, ale hej! jest! Przepraszam za tak długie oczekiwanie, ale moje życie trochę poskręcało w dziwnych kierunkach i dopiero wstaję, by otrzeć kurz z twarzy i żyć dalej. Tak jak kiedyś już pisałam, tym razem tę historię doprowadzę do końca. Mam nadzieję, że wszyscy, którzy to czytają, dotrą do tego końca razem ze mną.

- Chyba czas podsumować kilka rzeczy – zaczął profesor Xavier następnego wieczoru. Siedział jak zwykle u szczytu stołu w pokoju narad. Obecni byli wszyscy mentorzy, a także starsi uczniowie. Każdy już był mniej więcej w dobrym stanie. W przypadku Rogue pomogła – jak zwykle – absorpcja mocy Logana. Dzięki temu złamana noga, pogruchotane żebra i kilka pomniejszych ran, bardzo szybko się zagoiły i z niewielką pomocą doktora McCoya zdążyły już się zrosnąć. Reszta osób miała jeszcze opatrunki bądź bandaże. – Po pierwsze przywitajmy w naszym zespole Jubilation Lee.

Filigranowa brunetka azjatyckiego pochodzenia pomachała do wszystkich i uśmiechnęła się szeroko odsłaniając rząd równych, białych zębów. Czarne, krótkie włosy opadały jej na oczy. Krzykliwe ubrania, masa plastikowych bransoletek i różowe okulary założone jak opaska wyraźnie odcinały się na tle metalowych ścian i sterylnego pomieszczenia. Wydawała się zupełnie nie pasować zarówno do wnętrza, jak i poważnych, skupionych członków X-Men.

- Mówcie mi Jubilee – powiedziała wesoło i znowu szeroko się uśmiechnęła.

- Wiem, że już przedstawiłaś się większości, ale może jeszcze opowiedz nam coś o sobie tak oficjalnie – poprosiła Jean.

- Jestem z Kalifornii, mam szesnaście lat i robię fajerwerki – odparła rezolutnie, wprawiając w ruch rzędy bransoletek swoim gestykulowaniem.

- Bomba! – wyszczerzyła się Tabitha, na co Jubilee odwzajemniła uśmiech. Te dwie dziewczyny już znalazły wspólny język.

- Mam nadzieję, że spodoba ci się w Instytucie – profesor ponownie zabrał głos. – Kolejne sprawy niestety już nie będą tak przyjemne. Hank, mogę prosić o raport?

- Oczywiście – zaczął Beast i sięgnął po swoje notatki. – Sentinele, z którymi walczyliście, to ulepszone wersje znanych nam robotów. O ile algorytm poprzednich zakładał, by pod żadnym pozorem nie atakować ludzi, tak obecne są zaprogramowane, by za wszelką cenę unieszkodliwić posiadaczy genu X. Nawet kosztem innych istnień. Ktoś za cel postawił sobie likwidację mutantów, a ewentualne straty w ludziach nie grają dla niego roli – dokończył, zerkając sponad pliku kartek na zebranych.

- Straty w ludziach z kolei spowodują zintensyfikowanie protestów oraz ustaw antymutantckich. Już teraz powstają stowarzyszenia, które lobbują za pełną kontrolą mutantów, większość zrzeszonych pod jednym szyldem. Nazywają się „Friends of Humanity". – Profesor poczekał, aż ucichnie szum wśród zebranych. Ta nazwa już przecież była znana jego podopiecznym. – Rodzi to pewne podejrzenia co do intencji twórcy Senitnels. Na pewno zależy mu na pogłębieniu podziałów między ludźmi a mutantami. Biorąc pod uwagę, kogo widziała wczoraj Rogue – profesor zwrócił się do dziewczyny – możemy przypuszczać, kto za tym stoi.

- Wiedziałem – warknął Logan, wstając gwałtownie od stołu. – Od początku mówiłem, że ten parszywy zakuty łeb—

- Logan, usiądź proszę – poprosił profesor, nie patrząc jednak na Logana. Rogue pomyślała, że albo już wcześniej o tym rozmawiali, albo Xavier nie chciał się przyznać do błędu. Oby tylko nie skończyło się to ponownym wyjazdem Logana. – Na razie jednak nie jesteśmy w stanie połączyć Magneto z ruchem FoH. Możliwe, że są to dwa odrębne, niezależne działania – kontynuował profesor, nie zwracając już uwagi na Logana, który oparł się o ścianę i obserwował wszystkich spod byka. – W obu przypadkach zastanawiający jednak jest cel, jaki przyświecał Erickowi… – dodał bardziej do siebie, niż do zebranych.

- Czy atak Bractwa w noc sylwestrową możemy jakoś połączyć z tym ruchem? – spytała ostrożnie Jean. Profesor pokiwał głową.

- Ich atak również był nastawiony na wzburzenie opinii publicznej i negatywnym nastawieniu do mutantów – podsumowała Ororo. – Słuszna uwaga, Jean.

- Ale wtedy chodziło przecież o porwanie Jean przez Sinistra, czyż nie? – zauważył Scott.

- Bractwo nie było świadome, że X-Meni się tam pojawią – przypomniała sobie Rogue. – Toad był szczerze zdziwiony naszą obecnością.

- Mamy zatem trzy główne siły – wtrąciła Kitty. – Bractwo, które atakuje gości gubernatora, Sinistra, któremu zależy na porwaniu Jean…

- …oraz Mystique, która podszywała się pod gubernatora – weszła jej w słowo Betsy. – Zamieszanie na balu było na rękę Sinistrowi. Tylko kto mu to zamieszanie zapewnił: Bractwo czy Mystique?

- Mystique – odparł profesor. – Zaproszenie na bal otrzymaliśmy po Świętach Bożego Narodzenia. Oficjalna lista gości tworzona jest na długo przed grudniem. Nie byliśmy brani pod uwagę przez prawdziwego gubernatora. Dopiero Mystique – Kelly – nas zaprosiła.

- A znalezienie prawdziwego Kelly'ego na piętrze restauracji? – spytał Bobby. – Przecież to jest skrajnie głupie, by go tam umieszczać. Gdybym ja był Mystique, to zamknąłbym go w jakimś bezpiecznym miejscu po drugiej stronie stanu, a nie przetrzymywałbym go tak blisko gości, zwłaszcza wiedząc o tym, że mają się pojawić X-Meni.

- Kelly mówił, że przetrzymywano go gdzieś… Pamiętasz, Remy? – Rogue zwróciła się do siedzącego obok chłopaka.

- Oui. Mówił również, że do restauracji przewieziono go w dniu balu – odpowiedział. – Ktoś chciał, byśmy go znaleźli.

- Albo ktoś chciał, by Kelly został znaleziony martwy pod gruzami restauracji – zawahała się Rogue. – Bractwo miało zamiar zrównać to miejsce z powierzchnią ziemi.

- Mystique była Kellym przez dość długi czas. Wiedziała, gdzie jest przetrzymywany i jako jedyna była w stanie go ukryć w restauracji, która była przecież bardzo dobrze strzeżona, tak, by nie wywołać żadnych podejrzeń. To ona musiała go tam podłożyć – podsumował Beast. – Być może pozbycie się Kelly'ego było szansą dla Mystique na zakończenie podszywania się pod niego. Tylko czy ona nadal kieruje Bractwem?

- Tak – przytaknęła od niechcenia Rogue, zatapiając się przy tym we wchłoniętych wspomnieniach Tolanskiego. – Mystique wręcz kazała im się uczyć tekstów, które mieli wypowiadać podczas ataku na gości. „To ludzie powinni ugiąć się przed nami". Tego uczyła ich Mystique – zakończyła Rogue i spojrzała na profesora.

- Co jeszcze pamiętasz, Rogue? – spytał profesor. – Mogę ci pomóc, jeśli chcesz.

- Bractwo miało wzniecić panikę, by Kelly miał niepodważalny argument do przedłożenia w Senacie ustawy dotyczącej kontroli mutantów – Rogue opowiadała, wpatrując się w błękitne oczy profesora, który nienachalnie porządkował jej myśli. – Lance miał w kółko powtarzać, że są mutantami, tak, aby się to utrwaliło w świadomości całej śmietanki towarzyskiej Nowego Jorku, która była na balu. Bractwo na pewno pracowało na rozkazy Mystique, ale żaden z nich nie wiedział, kto kontrolował ją samą.

- Wynika z tego, że ktoś tu pracuje na dwa fronty – podsumował Remy.

- Tylko co chce osiągnąć przez współpracę z Sinistrem? – rzuciła pytaniem Rogue.

Nikt jednak nie zabrał głosu.


Znowu to samo uczucie. Głosy w głowie coraz głośniejsze, bardziej natarczywe, przekrzykiwały się nawzajem próbując zdominować jej świadomość. Czuła przepływającą moc, którą zaabsorbowała od innych. Przez chwilę miała wrażenie, że potrafi czytać w myślach, w innym momencie słyszała czyjś szept dochodzący zza ściany. Talenty krzyżowały się zostawiając po sobie jedynie echa. Wystarczyło jedynie się poddać, by poczuć pełnię tych mocy, stanąć z boku i patrzeć, jak wchłonięta jaźń kieruje jej ciałem.

- Pozwól im na to – usłyszała szept profesora. A może była to jedynie telepatia?

Skupiła się. A potem pozwoliła dryfować swoim myślom, nie narzucała im niczego. Wyciszała się. Uśmiechnęła się pod nosem. To było nawet przyjemne. I wtedy poczuła, jak podrywa się do góry, unosi nad kozetką, a jej głowa przepełnia się natłokiem myśli, wspomnień, uczuć, których ona nigdy nie doświadczyła osobiście.

- Scott – uśmiechnęłam się. Podeszłam do niego lekkim krokiem, ujęłam jego rękę i ucałowałam w policzek. – Jesteś wreszcie.

- Jestem – odparł i objął mnie w pasie, całując przy tym moją szyję. Poczułam miłe dreszcze w dolnej części tułowia. Jak to dobrze, że on nie potrafi czytać w myślach – pomyślałam.

- Tęskniłam za tobą, wiesz?

- Wiem.

Pocałował mnie w usta, najpierw subtelnie, delikatnie, a potem łapczywie i nachalnie.

- Nie zostawiaj mnie już nigdy na tak długo – poprosiłam między kolejnymi pocałunkami. On uśmiechnął się znowu i ucałował mnie w nos.

- Byłem tylko pod prysznicem, Jean.

- Rogue? – usłyszała miękki głos dobiegający z bardzo daleka, jednak wyraźnie wybijający się na tle innych głosów, które teraz dryfowały w jej głowie. – Rogue? – głos był coraz bliżej. Poczuła, jak łagodnie ląduje z powrotem na kozetce. Jean już nie ma, została Rogue z namiastką uczuć, których ona nigdy nie doświadczy. Zachciało jej się płakać z bezsilności.

- Rogue? – Tym razem był to głos profesora. – Jesteś z nami?

- Tak – odparła słabo, myślami będąc wciąż przy ukradzionemu wspomnieniu Jean. – Tak, jestem Rogue – dodała po chwili i zamrugała powiekami czując, jak gromadzą się pod nimi łzy.

- Wszystko w porządku, cherie? – zapytał Gambit, pochylając się nad dziewczyną. Rogue spojrzała na niego z zaskoczeniem, dopiero po chwili przypominając sobie, co on tu robi.

- To on mnie tu sprowadził?

- Tak – usłyszała w głowie profesora.

- Mówiłam coś…? Wtedy, gdy lewitowałam?

- Nie mówmy teraz o tym.

- Tak, wszystko gra, szczurze błotny – odpowiedziała wreszcie Remy'emu. Nie miała zamiaru myśleć o tym, co zaprzątało jej głowę tu, przy profesorze.

- Udało nam się oddać kontrolę jednej z twoich jaźni – zaczął profesor. – Korzystałaś z mocy Jean, na razie zupełnie nieświadomie, ale udało ci się bezpiecznie wrócić do nas. Spróbujmy jeszcze raz. Skoncentruj się ponownie na Jean, dobrze?

- Wolałabym kogoś… – zaczęła Rogue, ale jakaś jej część chciała ponownie poczuć to, co przed chwilą. Mimo że był to zaledwie duch, ułamek uczuć, to i tak było to więcej niż ona mogłaby kiedykolwiek poczuć. – Dobrze, spróbujmy jeszcze raz.

Ułożyła się wygodnie na kozetce, kątem oka dostrzegając, że Remy stanął tuż nad nią. Znowu starała się zrelaksować, skupić na myślach, trzymać je w ryzach, by potem, w odpowiednim momencie, oddać im kontrolę nad sobą.

Próbowała wychwycić głos Jean, ale inne ją zagłuszały. Jeden wyraźnie starał się wybić. Nie miała nawet czasu, by móc to powstrzymać. Gwałtownie uniosła się nad ziemią, otworzyła oczy i spojrzała z wyższością na Xaviera. Miała ochotę go skrzywdzić, pokazać, jak bardzo się myli, zniszczyć go, by nigdy więcej nie krzyżował jej planów. Naiwny, stary głupiec – pomyślała, patrząc z litością na profesora.

- Charles – powiedziała jedynie i uniosła rękę. Metalowe uchwyty szafek zaczęły gwałtownie drżeć. Poczuła, jak coś ciągnie ją w dół, ale wystarczył jeden gest, by odrzucić natręta na ścianę. Zaczęła manewrować w polu siłowym, gdy jakiś głos wyraźnie rozbrzmiał w jej głowie.

- Rogue.

- Zostaw mnie! – wykrzyknęła i złapała się za głowę. Nie chciała, by głos zapanował nad nią, ale jakaś jej cząstka pragnęła, by mówił dalej.

- Rogue, jestem tutaj.

Poddała się. Siłą własnej woli zniżyła się i łagodnie opadła na kozetkę, wciąż trzymając się za głowę.

Czuła się samotna, bezbronna, złamana. Miała ochotę poddać się innym osobowościom, zatracić w nich, by nie czuć tej pustki, która tak bardzo wypełniała ją całą. Smutek, żal, beznadzieja. Jej własne emocje zagłuszały osobowość Magenta. Znów była tylko Rogue.

Otworzyła oczy i spojrzała na profesora. Nie czuła tego, co przed chwilą. Nie chciała już nikogo zabijać, a zwłaszcza profesora. Zerknęła na leżący na jego kolanach notes wraz z długopisem. Skupiła się i, pomagając sobie dłonią, uniosła pisak do góry i rozgięła metalową skuwkę. Uśmiechnęła się do siebie, ale potem poczuła przeszywający ból w skroni. Długopis upadł na podłogę, a ona sama osunęła się na leżankę. Znowu osobowość Magneto próbowała ją zdominować. Tym razem jednak Rogue chciała z tym walczyć, co spowodowało silne zawroty głowy oraz bolesne ćmienie w skroniach. Usłyszała jeszcze krótkie, urywane zdanie i poczuła, jak czyjeś silne ramiona podnoszą ją i gdzieś niosą. Próbowała zmusić się, by otworzyć oczy, ale nie była w stanie tego zrobić. Mogła jedynie wygodnie oprzeć się o tors mężczyzny i pozwolić, by owionął ją silny zapach skórzanego płaszcza, whiskey oraz papierosów.


Z wielkim trudem podniosła powieki. Przygaszone światło pozwalało jej na rozpoznanie pokoju. Ambulatorium. Przyłożyła rękę do swojego rozpalonego, spoconego czoła.

- Dzielnie walczyłaś – usłyszała obok siebie kojący głos profesora. Odwróciła się do niego i uniosła lekko na poduszce.

- Jeśli tak będzie wyglądała każda sesja, to ja chyba podziękuję – mruknęła, rozcierając ręką czoło.

- Naszym zadaniem jest nie dopuścić do takich skutków – odparł profesor. – Osobowość Magneto próbowała przejąć nad tobą kontrolę. Choć, może nie tyle nad tobą, co nad twoim ciałem. Stąd takie skutki.

- I co możemy z tym zrobić? – zapytała Rogue, szukając wzrokiem czegoś do picia. Na szafce nocnej stała szklanka z wodą. Ujęła ją delikatnie w dłonie, z trudem utrzymując jej ciężar.

- Musimy wzmocnić twoją psyche – odrzekł krótko profesor. Widząc pytające spojrzenie uczennicy kontynuował. – Magneto jest potężną osobowością. Nie tylko pod względem mocy, ale również psychiki. Nawet maleńki skrawek jego świadomości z powodzeniem był w stanie cię, z braku lepszego określenia, opętać. Naszym zadaniem będzie, w przerwach między sesjami z panem LeBeau, wzmocnić ciebie, twoją osobowość i przede wszystkim nauczyć cię rozróżniać emocje swoje od rezydentów.

Rezydenci, pff – prychnęła w myślach Rogue. – Znam milion innych, lepszych określeń na te pomylone głosy w mojej głowie.

- Jak niby będziemy to robić? – zapytała sceptycznie.

- Nad przebiegiem naszych zajęć jeszcze pomyślę – zaczął profesor. – Niemniej jednak jest coś, co możesz zaczął ćwiczyć już teraz. – To mówiąc, wręczył jej gruby brulion w brązowych okładkach. Rogue, zaintrygowana, przejrzała go pobieżnie.

- Jest pusty… - stwierdziła.

- To będzie twój pamiętnik, Rogue – odparł poważnym tonem profesor. Dziewczyna prychnęła i zaniosła się histerycznym chichotem. – Pisz tutaj. Przelewaj swoje emocje. Naucz się je rozpoznawać. I co jakiś czas powtarzaj sobie…


Mam na imię Rogue. Mam 20 lat. Mieszkam w Instytucie dla wybitnie uzdolnionych Charlesa Xaviera. Nie lubię kotów, zimy oraz brukselki.

Rogue spojrzała na zapisane zdanie. Bez sensu – pomyślała, jednak pisała dalej.

Moja moc jest jednocześnie moim największym przekleństwem. Absorbuję zdolności, osobowość, wspomnienia od osób, które dotknę. To dość poważna przeszkoda w posiadaniu chłopaka.

Zmarszczyła brwi i wykreśliła ostatnie zdanie.

W gruncie rzeczy mogłabym go mieć, ale patykowate modelki mają tendencję do pakowania się im do łóżka. Ciężka sprawa, huh?

Westchnęła z beznadzieją i wyrwała kartkę.

Mam na imię Rogue.

Nie mam prawdziwej rodziny. Moi biologiczni rodzice…

Zawahała się. Zamazała dwa ostatnie zdania.

Ukrywam swoje prawdziwe imię.

Podrapała się po głowie. Mruknęła pod nosem kilka brzydkich słów i spojrzała krytycznie na całą stronę.

- To bez sensu – stwierdziła i zdecydowanym ruchem wyrwała kartkę i rzuciła ją w kierunku kosza. Do wieczora trafiła tam jeszcze wieloma kartkami.


Styczeń nie był najlepszym miesiącem w życiu Rogue.

Uderz nogą.

Po pierwsze, ujawniły się jej zaległości w nauce. Będzie ciężko je nadrobić, nawet jeśli do egzaminów przystąpi w lipcu.

Raz, dwa, trzy! Kolanem!

Bo, wyobraźcie sobie, drodzy mentorzy, przez całą szkołę średnią ciągle musiała walczyć z absurdalnie silnymi mutantami zagrażającymi życiu tych ksenofobicznych, bigoteryjnych hipokrytów, którzy pomimo całego poświęcenia, jakie X-Meni im ofiarowali, oni nadal –

Obrót, uderzenie!

– nadal chcą prowadzić jakieś chore rejestry mutantów, mało tego! Unieszkodliwiać ich. Zabijać.

Pięść. Pięść. Mocno. Wyprostowana ręka.

Jakby tego było mało, jej brat jest na nią obrażony, bo powiedziała prawdę o tej dwulicowej, żałosnej namiastce człowieka, jaką jest jego matka. Ich matka.

Z wyskoku. Mocno!

Mystique. Czemu on nie widzi, jaka ona jest naprawdę? Czemu na siłę chce dostrzegać dobro w ludziach, którzy nie zasługują na drugą szansę?

Otóż nie zasługują.

Kolejna grupa fantomów do pokonania. Łokciem. Uderz. Zaciśnij ramię na jego szyi.

Coś ich łączyło, oczywiście.

Oczy – wiś – cie.

Z wściekłością rzuciła się na dwa ostatnie widma.

Gdyby już nic między nimi nie było, to co ona robiła w jego pokoju? Gdyby nic między nimi nie było, to przecież nie zostałaby w Instytucie?

Łokieć w tył, mocno.

Czy on mówił prawdę? Że nic już ich nie łączy?

Obrót, kolano, wyprowadź uderzenie.

Czy można w ogóle zaufać komuś takiemu?

Ostatni fantom padł martwy.

Nie mieli okazji, by szczerze ze sobą porozmawiać. Miała świadomość, że prędzej czy później nastąpi konfrontacja, ale nie była na nią gotowa. Wolała unikać go za wszelką cenę i udawać, że wszystko między nimi było w porządku. I gdy już myślała, że oto doskonale udaje jej się uciekać przed Gambitem i zręcznie manewrować sytuacją, by nie zostać z nim sam na sam, doszła do przygnębiającego wniosku: on też jej unikał.

To dlatego od trzech tygodni nie zamienili ze sobą słowa poza bezosobowymi, nijakimi sformułowaniami rzucanymi przy wspólnych treningach czy posiłkach.

Bo on też nie chciał rozmawiać.

- Program Rogue 14C – wykrzyknęła, stojąc na środku skrzyżowania, które w chwilę później znikło, ustępując chromowanej szarości metalu Danger Roomu, by po chwili zamienić się w rozkwitającą bujną roślinnością puszczę. Rogue nie poruszyła się, obserwując jak program rysuje kolejne drzewa i krzewy. Ciężko oddychając otarła pot z czoła i ustawiła się w pozycji do walki. Jej ulubiony program – wymagający tyle samo siły, co zwinności i gibkości.

Luty wcale nie będzie lepszy. Wiedziała o tym. Nie miał prawa taki być.

Ugięła nogi w kolanach i zwinnie wskoczyła na gałąź rozłożystego drzewa. Na gałęziach za chwilę miały pojawić się fantomy, a jej zadaniem było wspiąć się na najwyższy szczyt w tej projekcji – strzeliste, wysokie drzewo w samym środku Danger Roomu.

- Który poziom trudności? – spytał Logan, wchodząc do przeszklonego gabinetu zawieszonego nad Danger Roomem. Hank McCoy przywitał go skinieniem głowy i zerknął na konsolę.

- Program indywidualny z tego, co widzę – odparł. – Ale przed chwilą była projekcja dwudziesta pierwsza.

Logan mruknął z zadowoleniem i usiadł obok Hanka. Ten program stworzyli wspólnie z Rogue, gdy zaczęli indywidualne lekcje. Było tam wszystko: walka, bieg, konieczność współpracy. A kolejne warianty, jakie opracowali, doskonale nadawały się na ćwiczenie wszelkiej maści atrybutów fizycznych. Czasem nawet odpalali ten program na zajęciach grupowych, by z satysfakcją obserwować, jak wielkie postępy poczyniła Rogue względem grupy.

Cholernie dobry program.

W ciszy obserwowali, jak Rogue zwinnie przeskakuje z gałęzi na gałąź, pokonując przy tym człekokształtne potwory. Inspiracją była puszcza amazońska. Z drzew zwisały liany, pełno było również wielkich motyli, stworzonych tylko i wyłącznie dla ozdoby. Widać, że Rogue przyłożyła się do stworzenia tego programu w najmniejszym szczególe.

Na kilku ekranach widzieli wszystko – mogli dowolnie zbliżać obraz i zmieniać ustawienie kamery. Tylko dzięki temu mogli obserwować podopieczną – zza szyby widać było tylko zielone korony drzew.

- Możesz cofnąć kamerę szóstą? – zapytał Logan, zbliżając nos do monitora. – O jakieś dziesięć sekund. I w zwolnionym tempie.

Hank kliknął kilka razy myszką i ekran z kamery szóstej pojawił się na głównym monitorze. Obaj w milczeniu obserwowali, jak Rogue balansuje na gałęzi, walcząc przy tym z jednym z fantomów. Ten zamachuje się na nią i trafia w głowę, ale dziewczyna nawet na chwilę nie traci równowagi, tylko wyprowadza cios. Nie patrząc za siebie biegnie dalej.

- Jeszcze raz, tylko że wolniej – mruknął Logan.

Raz jeszcze obserwowali tę samą scenę. Klatka po klatce. Fantom zamachuje się. Jego ręka ewidentnie mknie w kierunku Rogue, ale zamiast ją trafić, gładko w nią wchodzi i przelatuje, jakby była zaledwie hologramem. Pół sekundy później fantom obrywa gładko wyprowadzonym ciosem.

Hank cofnął taśmę idealnie na moment, w którym Rogue unika ciosu.

- Wytnę ten kawałek i przekażę profesorowi – oznajmił dr McCoy po kilku chwilach milczenia. – Spodoba mu się.

- Czy ona użyła…? – pytanie zawisło między nimi. McCoy poprawił okulary i, patrząc wciąż w monitor z zatrzymanym nagraniem, odpowiedział:

- Wydaje mi się, że Rogue nieświadomie skorzystała z zaabsorbowanej mutacji Kitty.