AN: O rany, udało się! Ja żyję, ja cały czas pamiętam o tym fiku i gdy tylko mogę, to siadam i piszę, naprawdę!

Walentynki w Instytucie zaczęły się w tym roku tak, jak zwykle. Od dzwonka do drzwi.

Jean, jeszcze w piżamie, otworzyła drzwi. Dopiero po dłuższej chwili za gigantycznym bukietem czerwonych róż dojrzała niewysokiego, chudego kuriera. Odebrała od niego pachnącą przesyłkę, zamknęła cicho drzwi i z uśmiechem na ustach pomaszerowała do kuchni, gdzie wszyscy byli w trakcie śniadania.

- Scotty w tym roku się postarał – beznamiętnie skomentowała Tabitha znad miski płatków.

- Prawda? – przytaknęła z uśmiechem Jean, z zachwytem przyglądając się kwiatom.

- Piękne są – dodała rozmarzonym tonem Kitty. – Popatrz, jest bilecik.

- Serio, Scott? – Bobby wywrócił oczami i spojrzał z dezaprobatą na czerwieniącego się Scotta. – Mieszkasz z nią pod jednym dachem i zamiast się normalnie odezwać i wręczyć jej osobiście kwiaty, wysyłasz kuriera i na dodatek dodajesz liścik?

- Jesteś równie romantyczny co pieniek drewna – sarknęła Kitty. – Scott totalnie się postarał, a ty…

- Właściwie to nie ode mnie bukiet – wydukał wreszcie Scott. Wszyscy spojrzeli najpierw na niego, potem na róże, a potem na pąsowiejącą Jean. – Ja jeszcze nic nie…

- Och, po prostu sprawdźmy od kogo to – przerwała mu Jean, nerwowym ruchem sięgając po bilecik. Na niewielkiej kopercie wielkimi, koślawymi literami napisane było imię.

- Huh – powiedziała Jean po dłuższej chwili. – To do ciebie – oznajmiła i wręczyła bukiet Kitty. Ta nieomal się zakrztusiła sokiem, ale wstała i podeszła do równie zaskoczonej Jean.

- Niby kto…? – Pytanie zawisło w powietrzu. Kitty sięgnęła po kopertę i wyciągnęła z niej gęsto zapisaną kartkę. Jean niezbyt elegancko zaczęła czytać jej przez ramię. Po jej minie można było wnioskować, że nie jest zadowolona z treści liściku.

- I co, Kitty? Od kogo to? – spytała Tabby.

- Od Lance'a – odparła Kitty, delikatnie się uśmiechając.

- No czas najwyższy, by ten palant przeprosił za to, co zrobił w sylwestra – skomentowała Amara.

Przez chwilę zapanowała cisza, którą wreszcie przełamał Kurt.

- Formą przeprosin za atak na gości gubernatora i zniszczenie budynku miałby być bukiet kwiatów dla Kitty…? – spytał, unosząc brew ze zdziwienia.

- Oczywiście – przytaknęła Amara. – Przecież powinien spędzić tego sylwestra z Kitty.

Kurt już otwierał usta, by odpowiedzieć, ale Bobby gestem go powstrzymał i bezgłośnie ostrzegł: Nie warto.


Ten dzień na zawsze zapisał się w pamięci Kitty. Nie tylko dlatego, że wieczorem zaczął się najcięższy okres w życiu jej przyjaciółki, rzutując tym samym na cały Instytut. Może to było trochę egoistyczne, ale Kitty wspominała ten dzień bardzo miło, oczywiście odsuwając całą kwestię Rogue. Bo nim doszło do tych wydarzeń, Kitty mogła poczuć się jak główna bohaterka komedii romantycznej. Z Lancem nie widziała się od grudnia. Wciąż była wściekła o to, co zrobił podczas balu sylwestrowego u gubernatora Kelly'ego, ale mimo wszystko tęskniła za nim. Łobuz kocha najmocniej – mówiła jej Amara tonem znawczyni. Kitty uśmiechała się pod nosem na takie mądrości, ale nie mogła o nim zapomnieć. Mimo to postanowiła sobie, że nie wyciągnie pierwsza ręki. Nie tym razem. Lance również milczał jak zaklęty, nie miała od niego żadnych wieści. Zaczynało to być irytujące, ale dziewczyna miała swoją dumę. Tylko czasami, nocami, chlipała w poduszkę, przeglądając na telefonie ich wspólne zdjęcia.

Aż do dzisiaj.

Kitty po raz pierwszy dostała tak piękne kwiaty, na dodatek z liścikiem!

Szybko rozpoznała niechlujny charakter pisma Lance'a i choć wpisany w karnecik wierszyk wręcz ociekał kiczem, to gdy Kitty znalazła się już w swojej sypialni, popłakała się ze szczęścia.
Jednak w centrum zainteresowania znalazła się jakiś czas później, po drugim prezencie.

Kolejny dzwonek do drzwi. Jean, już tym razem ubrana, ruszyła, by je otworzyć. Czuła lekkie napięcie i nie mogła się doczekać tego, co za nimi zobaczy. W progu stał ten sam chudy kurier, tym razem jednak z pokaźnych rozmiarów pudełkiem.

Jean pokwitowała odbiór, z wielkim uśmiechem na twarzy pożegnała się z kurierem i, zamknąwszy za sobą drzwi za pomocą telekinezy, uważnie obejrzała pudełko w poszukiwaniu imienia odbiorcy. Miała nadzieję, że tym razem prezent będzie dla niej i za nic w świecie nie chciała powtórzyć gafy z dzisiejszego poranka.

Uśmiech na twarzy znikł w jednej sekundzie, gdy znalazła wreszcie doczepioną karteczkę.

- Kitty, do ciebie! – krzyknęła i pozostawiła prezent w holu. Gdy wchodziła po schodach, minęła ją podekscytowana Kitty.

- Dla mnie? Naprawdę? – dopytała z uśmiechem, na co Jean jedynie mruknęła coś do siebie.

- Co tym razem? – Tuż obok Kitty szybko pojawiła się Amara. Kilka głów wyjrzało również z salonu i kuchni, obserwując scenę.

Kitty z namaszczeniem rozwiązała wstążkę i ostrożnie podniosła wieczko. Obie dziewczyny wydały z siebie okrzyk zachwytu.

- O rany, Kitts, on jest… – Amara próbowała znaleźć odpowiednie słowo pasujące do tak podniosłej chwili i tak niesamowitej zawartości pudełka. –…totalnie… totalnie spoko – wydusiła z siebie.

Kitty wyciągnęła pluszowego misia. Uroczy, mięciutki, biały miś trzymał w łapce równie urocze, mięciutkie, dla odmiany – czerwone – serduszko.

- Bardzo obrazowa definicja słowa „kicz" – stwierdziła Rogue, przechylając się przez balustradę schodów.

- Każdej kobiecie prezent według potrzeb – odparł Remy, unosząc z rozbawieniem kącik ust. Mimo że Rogue stała kilka schodków powyżej Kitty i Amary, nie zauważyła, skąd się tam wziął Cajun. Spojrzała na niego z powątpiewaniem i uniosła brew.

- Się znalazł znawca – mruknęła tylko i odwróciła się na pięcie. Powolnym krokiem ruszyła w kierunku sypialni na piętrze. Zwolniła jeszcze bardziej, gdy usłyszała na dole głos Betsy.

- A według mnie to bardzo udany prezent – powiedziała głośno. Ubrana w obcisłą sukienkę wydawała się chwilę temu zejść z pokazu jakiegoś topowego projektanta. – Trochę dziecinny, ale uroczy – dodała, podchodząc do misia i przyciskając serduszko. Rozległa się muzyczka rodem z gier komputerowych z lat 80., a chwilę potem miś (a raczej jego watolinowe wnętrze) oznajmił piskliwym głosikiem „kocham cię". Kitty zachichotała nerwowo, Amara zaczęła się jeszcze bardziej rozczulać nad prezentem, a Rogue wywróciła oczami i przyspieszyła kroku. Granica jej tolerancji na kicz została już wyczerpana w momencie zobaczenia tego misia, teraz z kolei przekroczyła roczny limit. Powiedzieć, że nie przepadała za Walentynkami, to nie powiedzieć nic. Drażniła ją ta skomercjalizowana amerykańska tradycja trywializująca pojęcie miłości. Kiedy tłumaczyła to dziewczynom z Instytutu, te się tylko uśmiechały między sobą. Doskonale wiedziała, co sobie myślą: że twierdzi tak tylko dlatego, bo zawsze spędzała walentynki samotnie. Na szczęście Rogue miała w nosie, co myślą o niej inni ludzie.

Tymczasem na parterze w holu nadal trwał festiwal kiczu i banalnych prezentów walentynkowych.

- Ale to słodkie – oznajmiła z przejęciem Amara. – Patrz, tutaj jest jeszcze liścik!

Razem z Kitty pobiegły na górę, co chwilę chichocząc i szepcząc coś do siebie. Remy tymczasem uśmiechnął się do siebie i już kierował się do kuchni, gdy zatrzymała go Betsy.

- Znam lepsze pomysły na prezenty walentynkowe – powiedziała sugestywnie, strzepując z ramienia Gambita niewidzialny pyłek. Remy prychnął pod nosem. Doskonale wiedział, jakie prezenty ma na myśli Braddock, ale komentarz pozostawił dla siebie. – A ty co dzisiaj robisz, Remy? – zapytała, błyskając śnieżnobiałymi zębami.

- Mam już na dzisiaj plany – oznajmił wymijająco. Na poły tajemniczy, na poły ironiczny uśmiech nie schodził mu z twarzy. Betsy uśmiechnęła się szeroko.

- Zatem nie mogę się ich doczekać – odparła, rzucając mu jeszcze na odchodne kolejny uśmiech.

- Moi aussi [Ja też] – powiedział do siebie Remy.


Po południu rozbrzmiał, kolejny raz już tego dnia, dzwonek do drzwi. Jean zastanawiała się, co za rodzaj fatum ją prześladowało, że to właśnie ona musiała się w tym czasie kręcić w okolicach holu.

Gdy po raz trzeci zobaczyła znajomego kuriera, z wymuszonym uśmiechem sięgnęła po jego notes i złożyła na nim zamaszysty podpis. Odebrała od niego niewielką paczuszkę i bez pożegnania zamknęła mu przed nosem drzwi. Pokręciła głową z niedowierzaniem na widok imienia na bileciku.

- No chyba sobie… – mruknęła. – Kitty! – krzyknęła i zostawiła pudełeczko w holu. Widok pozostawionego po poprzednim prezencie pudełka jeszcze bardziej ją zirytował i nawet nie czekała, aż jej koleżanka zejdzie na dół odebrać przesyłkę.

- Jeszcze jeden prezent? – zapytała z niedowierzaniem Kitty, schodząc pospiesznie po schodach. Za nią dreptała podekscytowana Amara.

Tym razem w pudełeczku znalazł się flakon jednych z droższych perfum. Kitty psiknęła sobie nimi na nadgarstek.

- Piękne – stwierdziła Amara.

- Strasznie drogie – odparła z dezaprobatą Kitty. – Nie lubię takich prezentów.

- Żartujesz?! Ja w życiu nie kupiłam sobie żadnych perfum, wszystkie są prezentami – pochwaliła się Amara.

- Od rodziców i babci, co? – dopowiedział Bobby, wychodząc z salonu. – A co ty kupisz Lance'owi, Kitty? – zapytał.

- No właśnie – mruknęła. – Co mogę mu dać w prezencie?

- Może poduszkę z twoim zdjęciem? – zasugerowała Amara. – Albo kubek z twoim zdjęciem?

- Od razu tapetę z jej zdjęciem – parsknął Bobby. O ile Kitty zaśmiała się, tak Amara wydawała się nawet rozważać ten pomysł.

- Na to już chyba za późno, nie? – zapytała. Bobby zacmokał z dezaprobatą.

- To ma być prezent, który również jemu się spodoba, nie? – zaczął tłumaczyć. – Faceci nie lubią takich kiczowatych pierdół.

- Naprawdę? Chcesz powiedzieć, że koszulka z moim zdjęciem była złym prezentem urodzinowym? – zapytała zszokowana Kitty.

- Nie no, no co ty, Kitts – zaczęła uspokajać ją Amara, być może dlatego, że to ona podsunęła jej ten pomysł kilka miesięcy temu.

- Tak – odparł rzeczowo Bobby. – Ej, Scott, nosiłbyś koszulkę ze zdjęciem Jean? – spytał Scotta, który schodził właśnie po schodach.

- Oczywiście, że tak – odparł głośno, sięgając po kurtkę.

- Jean nie ma w pobliżu – poinformował go Bobby.

- Oczywiście, że nie – odpowiedział już ciszej Scott.

- Naprawdę? – Kitty wydawała się być w równym stopniu zaskoczona, co smutna. – Co w takim razie chciałbyś dostać od Jean na Walentynki?

Scott zaczerwienił się i uśmiechnął półgębkiem do Bobby'ego.

- Okej, nie mów – odrzekła zdegustowanym tonem Amara.

- Scott, zawieziesz nas do centrum handlowego? Muszę mu coś kupić – poprosiła Kitty, marszcząc czoło.

- Pod warunkiem, że pomożecie mi z prezentem dla Jean – odpowiedział po chwili zastanowienia.

- Jeszcze jej nie kupiłeś prezentu?! – spytała z oburzeniem Amara.

- I bez oceniania – dodał szybko Scott.

- A nie lepiej podejść inaczej do kwestii prezentu? – W holu pojawił się Remy. Sięgnął po swój brązowy płaszcz. – To ma być prezent walentynkowy, d'accord? Czyli dla was obojga. Wiesz, co mam na myśli? – zapytał, zapinając guziki. Kitty pokręciła głową, więc Remy, choć gotowy do wyjścia, postanowił jeszcze chwilę zostać i wyjaśnić tym dzieciakom, na czym polegają prezenty dla dwojga.

- Idealny prezent na taką okazję to taki, z którego oboje skorzystacie – wyjaśnił. – Na przykład bielizna – dodał po chwili, unosząc brew.

Kitty zmarszczyła czoło.

- Mam kupić Lance'owi bieliznę? – spytała zbita z tropu.

- Non, petite, kup w prezencie bieliznę dla siebie – odrzekł cierpliwie Remy i wyszedł z Instytutu, pozostawiając Kitty i Amarę w osłupieniu.

- Dlaczego mam kupić dla Lance'a bieliznę dla… siebie? – mruknęła. – To totalnie bez sensu.

- Na swój sposób to urocze, że zadajesz takie pytanie – skomentował ze śmiechem Bobby i ruszył w kierunku kuchni.

- Nie patrz tak na mnie, Kitty – zaczął Scott, widząc pytające spojrzenie dziewczyny. – Nie mam zamiaru cię uświadamiać – dodał i podał dziewczynom ich kurtki. – Jedźmy po te prezenty, nim Jean dowie się, że jeszcze nic dla niej nie przygotowałem.


Rogue, rozluźniona po treningu z Loganem, wróciła do swojego pokoju na trzecim piętrze. Zaskoczyło ją lodowate zimno, jakie w nim panowało. Szybko, drżącymi rękoma, zamknęła okno, zastanawiając się, kto był na tyle złośliwy, że dziewczynie z gorącego Południa zapewnił gabinet krioterapii w domowych warunkach. Wzdrygając się jeszcze z niespodziewanego zimna, poszła pod absurdalnie gorący prysznic.

Miała zamiar spędzić resztę dnia na odpoczynku od nauki. Może nawet uda jej się znaleźć wolny telewizor i pogra na konsoli?

Brakuje ci jeszcze kubełka lodów i kota, żałosna, samotna istoto – westchnęła do siebie, przypominając sobie, że dzisiaj Walentynki i tradycyjnie wszystkie telewizory będą okupowane przez frakcje: „oglądamy-obrażające-inteligencję-komedie-romantyczne" reprezentowaną przez młodzież z Instytutu oraz „oglądamy-stare-klasyczne-romanse-a-już-na-pewno-Casablancę" reprezentowaną przez dinozaury w postaci Logana czy profesora.

Rogue postanowiła, że zrobi najpierw rekonesans i wtedy zadecyduje, w jak żałosny sposób spędzi ten dzień. Wyszła z łazienki i rzuciła przepocony uniform na łóżko. Ubierając się w czyste ubranie, spostrzegła na biurku kopertę. Nie zwróciła na nią uwagi, gdy wróciła z treningu.

Zapięła guziki kraciastej koszuli, wyciągnęła mokre włosy zza kołnierza i sięgnęła po kopertę. Była opatrzona jej imieniem, zapisanym niedbałym charakterem pisma. Marszcząc czoło, wyciągnęła kartkę, na której rozpoznała pismo Kurta.

Wiem, że tego nie pochwalasz. Ale ja naprawdę tego potrzebuję. Raven prosiła mnie o spotkanie. Chcę, byś o tym wiedziała, bo… może zmienisz zdanie i spotkamy się z nią wspólnie? Wiemy o tym tylko my. Zdaję sobie sprawę, że jest to ryzykowne i profesor na pewno by tego nie pochwalił, nie mówiąc już o Loganie, ale ja naprawdę chcę spotkać się z moją matką. Proszę, przyjedź.

Pod spodem zanotowany był adres, który nie mówił jej zupełnie nic.

- Cholera, Kurt, w co ty się pakujesz… – mruknęła pod nosem i schowała kartkę do kieszeni w spodniach. Zawahała się, czy powinna o tym informować profesora. Kurtowi mogło grozić niebezpieczeństwo, ale obawiała się też, że wpakuje go w kłopoty, jeśli to będzie naprawdę zwykłe spotkanie. Z dwojga złego wolała jednak kryć brata.

Zbiegła po schodach, mijając Amarę. Krzyknęła do niej, by zadzwoniła, jeśli spotka Kurta. Nie zdążyła nawet usłyszeć odpowiedzi, gdyż od razu skierowała się do garażu i wsiadła do pick upa Scotta i ruszyła z piskiem opon.

Nie zauważyła, jak wybiega za nią Amara.

- Rogue! Rogue! – krzyknęła, ale było to bezcelowe. Dziewczyna już wyjechała z garażu. – Kurt jest na dole – dodała do siebie cicho.


Rogue ostrożnie stawiała kroki, by nie potknąć się o leżące na podłodze opony. Przez oblepione kurzem okna wpadały ostatnie promienie zachodzącego słońca, rozświetlając pomieszczenie czerwonym blaskiem. Wzbity w powietrze kurz tańczył w snopach światła, potęgując posępne wrażenie, jakie wywarł na niej ten stary, opuszczony magazyn.

- Kochanej mamusi zostało zamiłowanie do przytulnych miejsc – mruknęła pod nosem, za wszelką ceną starając się niczego nie dotykać. Wszystko było pokryte grubą warstwą brudu.

Gdzieś z prawej usłyszała szmer.

- Kurt? To ty? – zawołała głośno. Nikt jej nie odpowiedział. Postanowiła przełamać strach i pójść w kierunku hałasu, modląc się przy tym, by nie wpaść w żadne pajęczyny. Żałowała, że nie wzięła ze sobą latarki. Z drugiej strony jednak nie spodziewała się, że akurat w takim miejscu jej matka zaplanuje wielkie pojednanie po latach.

Z trzeciej strony – mogła się tego domyślić. Znała Mystique już kawał czasu. Aż dziwne, że nie wybrała czegoś jeszcze bardziej ciemnego i opuszczonego.

Dotarła do metalowych drzwi. Po chwili wahania chwyciła za klamkę i otworzyła je. Pomieszczenie było zupełnie ciemne, nie było tu żadnego okna. Rogue nie miała pojęcia, jak duże jest. Z bijącym sercem ostrożnie przekroczyła próg. Zamachała dłonią przed sobą sprawdzając, czy przypadkiem nie wpadnie na coś. Lub kogoś. Na wszelki wypadek zdjęła też rękawiczkę. Bardzo powoli posuwała się naprzód. Miała wrażenie, że jest obserwowana. Być może to było tylko wyobrażenie, ale trzeba przyznać, że miejsce sprzyjało takim lękom. Głośno krzyknęła, gdy poczuła, jak ktoś chwyta ją za ramię.

- Kto cię nauczył tak przeklinać? – zapytał Kurt, po czym zapalił latarkę i zaświecił nią prosto w oczy Rogue.

- Było poszukać jeszcze bardziej obskurnego miejsca, wtedy byś poznał pełnię moich możliwości lingwistycznych – furknęła ze złością i odsunęła od siebie światło. Kurt oświetlił swoją twarz od dołu i z szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w Rogue. Wyglądał jak bohater taniego horroru klasy B.

- Mystique się pojawiła? – spytała już nieco spokojniejszym tonem. Kurt pokręcił głową.

- Chyba mnie wystawiła – odparł, wzruszając ramionami.

Rogue cisnęły się na usta wszystkie możliwe wariacje odpowiedzi „A nie mówiłam", ale powstrzymała się od komentarza i uśmiechnęła się pokrzepiająco do brata.

- Bo nasza matka jest nieodpowiedzialną i niesłowną łajzą, która zniszczyła nam życie – powiedziała dość pogodnym tonem. – I to nawet dobrze, że się z nią nie spotkamy. Nie mogłabym tak po prostu spojrzeć jej w twarz i nie splunąć prosto w jej żółte ślipia. A jestem damą i takich rzeczy dama nie robi – dodała przekornie. Osiągnęła efekt: twarz Kurta nieco się rozjaśniła.

- Mocne słowa – mruknął cicho Kurt.

- Że jestem damą, czy że nasza matka jest najbardziej fałszywą i egoistyczną kreaturą, jaką spotkaliśmy?

- W sumie to oba.

Rogue uśmiechnęła się pod nosem.

- Posłuchaj – zatrzymała się i spojrzała na Kurta. Był od niej niższy o jakieś dziesięć centymetrów, ale w tej chwili miała wrażenie, że patrzy na kilkulatka. – Raven w małym palcu ma opanowaną manipulację ludźmi. Mieszkałam z nią, więc wiem, co mówię. Nie raz nabierałam się na jej sztuczki i obietnice. To nie twoja wina, że ona tak się zachowuje.

Kurt podniósł wreszcie głowę i spojrzał uważnie na swoją siostrę. Nie wydawał się być przekonany, ale Rogue miała nadzieję, że to przenikliwe spojrzenie, którym ją obdarzył, świadczyło przynajmniej o próbie zrozumienia jej stanowiska.

- Masz rację – odparł po chwili. – Wracamy do domu?

- Chodźmy, jest jeszcze masa komedii romantycznych do obśmiania na dzisiaj. – Uśmiechnęła się. – Swoją drogą to było strasznie głupie, że zgodziłeś się, by tutaj spotkać się z matką – dodała, gdy już wychodzili z garażu. Usłyszała jedynie westchnięcie idącego za nią brata i już miała coś dodać, gdy poczuła, jak czyjaś dłoń chwyta ją w talii, druga natomiast zakrywa szczelnie usta mokrą szmatą. Zatoczyła się i resztkami sił odwróciła się, by w ostatnich przypływach świadomości zobaczyć, jak zamiast Kurta stoi nad nią ich przybrana matka.

- Witaj, córeczko – przywitała się Mystique.

Rogue upadła nieprzytomna na zimny beton.


Amara, zafrasowana, wróciła do Instytutu. Poszła do salonu, w którym siedzieli niemal wszyscy starsi uczniowie, którzy nie mieli w planach żadnych randek. W telewizji leciała komedia romantyczna z Hugh Grantem, którą oglądali raczej z umiarkowanym zainteresowaniem. Amara wyszukała wzrokiem Kurta, który siedział na podłodze oparty o kanapę i grał na Nintendo. Stanęła nad nim z założonymi rękami i odchrząknęła.

- No? – spytał, nawet nie unosząc wzroku znad konsoli.

- W wyścigu o najmniej kulturalnego faceta w tym Instytucie zdobyłbyś drugie miejsce, tuż za Bobbym – wycedziła, zerkając przy tym na Icemana, który rozłożył się na kanapie i jako jeden z nielicznych oglądał film, jedząc przy tym wielką paczkę Cheetosów – bez użycia rąk, wsypując je sobie do ust prosto z paczki.

- No i co? – odpowiedział niewzruszony Kurt, wciąż wpatrując się w ekran konsoli.

- Rogue kazała mi zadzwonić, jeśli cię spotkam – odparła, z ciekawością obserwując reakcję Kurta. Najpierw oderwał wzrok od Nintendo i spojrzał zaskoczony na Amarę, by chwilę później wrócić do gry jak gdyby nigdy nic.

- Aha – mruknął jedynie. Amara jednak wiedziała, że za tym kryje się coś więcej. Już dawno zauważyła, że między rodzeństwem jest jakieś napięcie, ale żadne nie puściło pary z ust, mimo że próbowała wydobyć jakiekolwiek informacje. Jedno było pewne: gdyby to była sprzeczka o jakąś drobnostkę, z pewnością któreś by się wysypało. Od wielu dni jednak oboje się do siebie nie odzywali i unikali w inny sposób, niż zazwyczaj Rogue unikała Gambita.

To była jej chwila. Wiedziała, że ma tylko jedną szansę i to jest jej czas.

Usiadła obok Kurta.

- Była bardzo zaaferowana – kontynuowała, uważnie obserwując twarz Kurta. – Wybiegła z Instytutu jak poparzona – dodała, czekając, aż wywrze to jakiekolwiek wrażenie na rozmówcy. Zamiast tego Kurt jedynie zmarszczył brwi i zaklął cicho po niemiecku. Zerknęła na ekran konsoli – to nie była reakcja na to, co powiedziała. To była reakcja na utratę życia w jakiejś głupiej gierce.

Faceci i ich głupie gierki komputerowe – pomyślała, przewracając oczami.

- Chyba szukała ciebie – powiedziała po chwili. Kurt wreszcie spojrzał na nią.

- Wie, gdzie mieszkam – odparł ze zniecierpliwieniem i wrócił do grania.

Ta bitwa może i się skończyła, ale wojna wciąż trwa – pomyślała i postanowiła zostać w pokoju, by obserwować Kurta.

Jakiś czas później usłyszeli dźwięk zamykanych drzwi wejściowych i chwilę potem do salonu weszła Ororo. Nie zdążyła nawet usiąść, gdy odezwał się Kurt.

- Storm, zaniosłem ten referat do twojego gabinetu – poinformował.

Ororo zmarszczyła brwi i spojrzała zaskoczona na chłopaka.

- Jaki referat? – spytała.

- No… ten z dzisiaj. Za stłuczenie wazonu – powoli odparł Kurt. Teraz rozmowie przysłuchiwali się wszyscy uczniowie. Bobby sięgnął po pilot i przyciszył telewizor.

- Stłukłeś mój wazon? – zapytała O. z szeroko otwartymi oczami. – Mój wazon przywieziony z Afryki? Ten, który dostałam od wodza plemienia? – Mówiła bardzo powoli i spokojnie, ale brzmiała o wiele groźniej niż wściekle krzyczący Logan.

- Tak – przytaknął po chwili Kurt. – I już to odpracowałem referatem. Tak, jak mi kazałaś – powiedział już z dużo mniejszą pewnością siebie. Tabitha wyszeptała coś na ucho Rahne, obie zachichotały.

- Kiedy to było, Kurt? – zapytała po dłuższej chwili Storm.

- Jakieś dwie godziny temu, ale… dlaczego pytasz?

Ororo przysiadła na oparciu fotela i westchnęła, nie spuszczając Kurta z oczu.

- Od rana nie było mnie w Instytucie. Byłam u rodziców Evana – powiedziała wreszcie.

- Ale… – Kurt nic nie rozumiał. Rozejrzał się po uczniach, gdy jego wzrok spoczął na Amarze. Cegiełki powoli zaczęły układać się w całość. – Musimy natychmiast udać się do profesora. Rogue może być w niebezpieczeństwie.

Amara rozciągnęła usta w pełnym satysfakcji uśmiechu. Zagadka zostanie już za chwilę rozwiązana.


Najpierw poczuła pulsujący ból z tyłu głowy. Z trudem rozkleiła powieki, by za chwilę je zamknąć od nadmiaru światła. Leżała w jakimś zimnym i dusznym pomieszczeniu. Czuła ostry zapach środka do dezynfekcji. Nad nią nieznośnie brzęczała świetlówka. Jeszcze raz otworzyła oczy. Zmrużyła powieki, starając się rozejrzeć. Biały sufit z kilkoma plamami pleśni łączył się z pożółkłymi, poobijanymi kafelkami na ścianach. Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje.

Gdy chciała unieść rękę, poczuła opór metalowych okuć. Spojrzała w dół, po sobie. Leżała naga pod cienkim prześcieradłem. Jej ręce i nogi przykute były do niewygodnej kozetki.

Zastanawiała się, czyje wspomnienie tym razem ją dręczyło, ale wszystko było dużo intensywniejsze niż w snach. Świadomość tego, że to się dzieje tu i teraz, przyszła wraz z głosem dochodzącym spoza jej zasięgu wzroku.

- Szybko się obudziłaś. – Głos należał do mężczyzny i Rogue mogła przysiąc, że gdzieś już go słyszała. – Nawet za szybko, nie zdążyłem jeszcze wszystkiego przygotować. Ale to nic, przecież nie jesteśmy ograniczeni czasowo, czyż nie?

Rogue zaczęła szybciej oddychać. Powoli przypominała sobie, co się wydarzyło przed utratą przytomności. Opuszczony magazyn, Kurt, Mystique…

- Nikt nie wie, gdzie jesteś. – Głos kontynuował, a Rogue miała to nieznośne przeczucie, że jak sobie przypomni, do kogo on należy, wcale nie poczuje się lepiej. – Prawdę mówiąc nie wiem, czy ktoś już w ogóle wie, że zniknęłaś. Twoja matka już o to zadbała. To nam daje naprawdę dużo, dużo czasu.

Słyszała, jak wyciąga coś z szuflady i rozrywa papierowe opakowanie.

- Gdzie… Gdzie ja jestem? – spytała zachrypniętym głosem.

- W moim laboratorium, Rogue – odparł mężczyzna. – Jednym z wielu i muszę z bólem przyznać, że niestety nie w moim ulubionym. Ale transportowanie cię do Luizjany bardzo skomplikowałoby całą operację.

- Jaką operację? I… kim jesteś? – zapytała, ledwie panując nad drżeniem głosu. Mężczyzna przesunął się w jej pole widzenia. Kątem oka dostrzegła tył białego fartucha.

- To nie ja to zaplanowałem, tylko twoja matka – usłyszała w odpowiedzi. Postać odwróciła się i zaczęła się do niej zbliżać, ale zaraz zawróciła. – Zapomniałbym o rękawiczkach – zacmokał z dezaprobatą. – W twoim przypadku to już nawet nie względy sanitarne, czyż nie, Rogue? – dodał takim tonem, jakby to był dobry żart. Słyszała, jak naciąga na dłonie lateksowe rękawiczki i chwilę później znowu pojawił się w polu widzenia. – Wracając… na prośbę twojej matki spróbuję zrobić porządek z twoją mutacją, Rogue.

Serce łomotało jej w piersi tak mocno, że aż zrobiło jej się słabo. Strach ustąpił miejsca szaleńczej panice, która wypełniała ją od środka tak szczelnie, że miała wrażenie, że zaraz wybuchnie. Gdyby nie była przykuta do kozetki, z pewnością skuliłaby się i zaczęła szlochać.

Zamiast tego z otwartymi ustami obserwowała, jak czarnowłosy mężczyzna odwraca się w jej kierunku. Już wiedziała, skąd pamięta ten głos. Przypomniała sobie, nim zdążył pokazać swoją twarz. Krzyk uwiązł jej w gardle, gdy znowu zobaczyła tę woskowatą twarz, czerwone oczy pozbawione źrenic i tęczówek oraz pulsujący czerwonym blaskiem romb na czole.

Mr Sinister podszedł do kozetki, nie spuszczając wzroku z Rogue. Przez chwilę jedynie patrzył na nią z zainteresowaniem. W koniuszki palców ujął biały kosmyk włosów. Bojąc się poruszyć, wstrzymała oddech i zacisnęła powieki.

Otworzyła je szeroko, gdy poczuła wkłucie w ramię. Ogromna strzykawka, którą trzymał Sinister, powoli wtłaczała płyn w jej układ krwionośny. Z każdym mililitrem czuła się coraz gorzej. Nie dotrwała do końca aplikacji zastrzyku. Nieprzytomna opadła na kozetkę.


Kurt nie był w stanie spojrzeć w oczy swoim przyjaciołom. Siedział przy okrągłym stole w Sali Narad i uparcie wpatrywał się w metalowy blat.

- Dlaczego nic nie powiedziałeś, Kurt? – Ciszę przełamała wreszcie Ororo. W jej głosie nie było słychać oskarżenia.

- Bo wiedziałem, że tego nie pochwalicie – powiedział cicho.

Logan uderzył w stół otwartą dłonią.

- Cholernie dobrze wiedziałeś, elfie – warknął. Ororo posłała mu pełne dezaprobaty spojrzenie, co jeszcze bardziej rozsierdziło Logana. – Nie pamiętasz już, co zawdzięczamy twojej mamusi? – syknął, na co Kurt jeszcze bardziej się skulił.

- Myślę, że Kurt doskonale pamięta i właśnie dlatego nie chciał nic powiedzieć. – Głos profesora był spokojny i opanowany.

- To po co w ogóle chciał się z nią spotkać?! – odkrzyknął Logan, zwracając się już bezpośrednio do profesora.

- Brzmisz dokładnie jak Rogue! – wybuchnął wreszcie Kurt, podnosząc na niego spojrzenie. W kącikach oczu zbierały mu się łzy. – To jest moja matka! Mam prawo do kontaktu z moją matką, nawet jeśli jest terrorystką i zgotowała nam koniec świata.

- No i tu się nie zgadzamy, elfie – zaczął Wolverine, ale Ororo powstrzymała go, kładąc mu dłoń na ramieniu.

- To bardzo ciekawe, że Mystique pojawia się akurat wtedy, gdy ty i Rogue się do siebie nie odzywacie – zauważyła Jean, wcinając się Loganowi, który chciał kontynuować linczowanie Kurta.

- Musiała robić podchody bardzo długo – przytaknął profesor. – Nie wychwyciłem dzisiaj żadnych niepokojących sygnałów telepatycznych.

- I na pewno obserwowała Instytut, skoro wykorzystała moją nieobecność – dodała Ororo. – Udało ci się odnaleźć trop Rogue?

- Nie miała na sobie bransoletki z nadajnikiem – westchnął profesor. Logan jedynie zaklął cicho pod nosem. – Nie użyła również swojej mutacji. Znalazłem jednak ślad Mystique. Faktycznie jest w Nowym Jorku, dokładnie na Brooklynie. Jeśli teoria Kurta jest słuszna, to spotkała się tam z Rogue około godziny temu.

- To na co jeszcze czekamy? – zapytał Logan. – Zróbmy sobie rodzinne spotkanie Darkholmów – dodał wściekle i wyszedł z pomieszczenia. Kurt, starając się nie patrzeć na resztę zespołu, szybko wyszedł za nim. Miał nadzieję, że nikt nie zauważył, jak wyciera rękawem wilgotne oczy.


Remy ze zniecierpliwieniem odpiął górny guzik koszuli. Upił łyk whiskey i spojrzał w kierunku drzwi. Tuż obok niego zmaterializował się kelner.

- Czy podać coś jeszcze? – spytał grzecznie.

- Non – odparł krótko Remy, nawet nie patrząc na niego. Oparł się wygodnie, przeczesał włosy tak, aby nie zaburzyć kontrolowanego nieładu, i potoczył spojrzeniem po sali. Większość gości stanowiły pary, które chciały spędzić walentynki w spokojnym, urokliwym miejscu. Remy lubił tę knajpkę. Schowana poza głównymi ulicami Nowego Jorku, z doskonałym, francuskim jedzeniem i nonszalanckim klimatem. Przy pianinie siedziała rudowłosa piękność i głębokim, zachrypniętym głosem śpiewała jakiś powolny numer. Kilka par leniwie poruszało się w takt muzyki, niektórzy siedzieli przy barze i żartowali z barmanem. Remy uchwycił parę ciekawskich spojrzeń, rzucanych głównie przez kobiety. Niektóre były całkiem niczego sobie i być może w innych okolicznościach Remy zechciałby poznać je bliżej. Dzisiaj jednak chciał spędzić czas z jedną, konkretną osobą. Kimś, kto powinien zjawić się tu niemal pół godziny temu.

Pogódź się z porażką, Remy – pomyślał gorzko, upijając alkohol. Nie wiedział, czy był bardziej zawiedziony, czy może zły. Liczył na zupełnie inny tok wydarzeń tego wieczoru, tym bardziej wszakże, że się tym razem naprawdę postarał. Knajpka była idealna pod każdym względem. Niezbyt tłumna, więc może nawet udałoby mu się ją namówić na wspólny taniec. Zarezerwował stolik w samym rogu, z dala od innych, więc nie czułaby skrępowania i może nawet udałoby mu się ją namówić na zdjęcie rękawiczek. Serwowali tu francuską kuchnię z luizjańskim sznytem, więc na pewno znalazłaby coś dla siebie. Serwowali tu whiskey, więc on też znalazłby coś dla siebie, z czego zdążył już skwapliwie skorzystać. Ubrał się elegancko, ale bez nadęcia: w czarną, jedwabną koszulę i normalne buty. Wyglądał bardzo dobrze, o czym świadczyły tęskne spojrzenia rzucane przez większość kobiet w tym pomieszczeniu. Opracował kilka tematów, aby odpowiednio sterować rozmową i dowiedzieć się o niej jak najwięcej.

Remy LeBeau zorganizował najprawdziwszą randkę. Było to coś, czego Remy na co dzień nie robił, zrozumiałe zatem było jego rozgoryczenie, gdy jego wybranka spóźniała się już trzy kwadranse. Starał się jednak nie dopuszczać do siebie myśli, że go wystawiła. To jest z kolei coś, co się nigdy nie przydarza Remy'emu.

Może nie zauważyła liściku, który zostawił na jej łóżku?

Tak się pocieszaj, LeBeau – pomyślał, upijając potężny łyk bursztynowego trunku.

Pogrążony w swoich myślach nie od razu usłyszał dzwonek telefonu. Z lekkim przebłyskiem nadziei, że to może być jego cherie, sięgnął do kieszeni płaszcza. Na ekranie wyświetlało się jednak wielkie zdjęcie Kitty. Po chwili namysłu odebrał, choć ciężko było mu ukryć rozczarowanie.

- Oui, Chaton? Potrzebujesz wskazówek Remy'ego na swojej randce? – Znudzony uśmiech znikł pod wpływem słów Kitty. – Jestem w drodze – oznajmił i się rozłączył. Rzucił na stół zapłatę za whiskey i pospiesznie wyszedł z knajpy.

Mógł się tego spodziewać. Tylko śmiertelne niebezpieczeństwo mogłoby powstrzymać maleńką Rogue przez pójściem na randkę z Remym.


Oddychała krótkimi, urywanymi seriami. Otwierała oczy, sądząc, że już po wszystkim, ale chwilę później zamykała je mocno wraz z kolejnymi falami bólu. Głosy w jej głowie wydawały się mnożyć, te same myśli nakładały się na siebie i dudniły boleśnie.

Rogue spróbowała potrząsnąć głową, ale nie była w stanie poruszyć jej o centymetr. Nawet bicie serca – jej własnego serca – powodowało spazmy bólu roznoszącego się po jej głowie. Czuła, jakby brakowało jej tam miejsca, jakby za chwilę miała eksplodować pod ciśnieniem tych wszystkich głosów, które przekrzykiwały się i atakowały natężeniem.

- Przestańcie – załkała. Nie mogła nic zrobić. Nie mogła się poruszyć, nie mogła wytrzeć twarzy zalanej łzami cierpienia. Nikt nie wiedział, gdzie się znajduje. Zdawała sobie sprawę, że to dopiero początek, że najgorsze jeszcze przed nią. Z poczuciem porażki zaczęła się poddawać.

Zagłuszona bólem, nie poczuła kolejnego wkłucia.

- Ciężko na to patrzeć – stwierdziła Raven, gdy Nathaniel Essex przyszedł do pokoiku oddzielonego od laboratorium lustrem weneckim. Przez chwilę oboje w milczeniu obserwowali Rogue, która wciąż próbowała walczyć z bólem.

- Czyżby odezwał się w tobie głęboko skrywany instynkt macierzyński? – Ironia w głosie Sinistra była tak wyczuwalna, że można jej było niemalże dotknąć.

- Chcę dla niej jak najlepiej – odparła Raven. – Sama mi powiedziała, że potrzebuje więcej mocy, więc ja jej tę moc zapewnię – dodała, mając w pamięci rozmowę, którą odbyła z Rogue jako senator Kelly podczas balu sylwestrowego.

- Podobno niektórym dzieciom wystarcza po prostu więcej przytulania – zakpił Essex. Mystique oderwała wreszcie wzrok od córki i spojrzała mu uważnie w oczy.

- Pora zrobić coś, czego nie był w stanie zrobić Xavier przez kilka ostatnich lat – powiedziała stanowczo. – Co teraz?

- Pobrałem trochę materiału do badań. Teraz sztucznie zwiększam jej potencjał mutacji. – Wzrok Sinistra był skupiony na leżącej za lustrem Rogue. Dziewczyna już zupełnie przestała reagować na bodźce. Wpatrywała się tylko w sufit.

- Jak to możliwe?

- O ile moja teoria jest słuszna, potencjał mutacji leży w najbardziej podstawowych funkcjach życiowych organizmu. Właśnie farmakologicznie podkręciłem nieco elementy działania pnia mózgu przy jednoczesnym wygłuszeniu świadomości Rogue.

- C-co takiego? – Mystique odwróciła się gwałtownie do Essexa. – To chyba dość ryzykowna operacja, nie uważasz? – Starała się panować nad głosem, ale w pytaniu było słychać pewne drżenie, co jedynie wywołało uśmiech politowania na twarzy Sinistra.

- Nie wyłączam jej mózgu, jeśli to masz na myśli – żachnął się. – Jest to tylko chwilowe i o ile nic nam nie przeszkodzi, to wszystko wróci do normy za—

- O ile nic nam nie przeszkodzi?! – powtórzyła Mystique, szeroko otwierając oczy.

- Żeby poznać mechanizm mocy, którą ma twoja córka, musimy sięgnąć po dość drastyczne środki – podjął Nathaniel po chwili, nic sobie nie robić z oburzonego wyrazu twarzy Raven. – To nie jest moc na pierwszym czy drugim poziomie mutacji. Odpowiednio poprowadzona może być mutacją poziomu piątego, wyższą niż twoja czy nawet moja. Twoja córka niestety nie potrafi jej kontrolować, więc siłą rzeczy nie znamy pełnego potencjału mocy. Jeśli wyłączymy jej świadomość, która w oczywisty sposób ogranicza mutację, zobaczymy, na co ją stać.

- Jesteś tego pewien? – spytała Mystique. – Dzięki temu moja córka będzie mogła kontrolować swoją mutację?

Nathaniel powoli przeniósł spojrzenie z Rogue na Raven. Uśmiechnął się po dłuższej chwili i przywołał gestem kilku swoich ludzi.

- Nie obchodzi mnie twoja córka, Mystique – odpowiedział lodowato. – Obchodzi mnie jedynie gen mutacji, który ma.

Mystique poczuła, jak na szyi zaciska się metalowa obręcz.

- Dzięki dzisiejszym testom będę wiedział, czy twoja córka jest warta mojego czasu – kontynuował Nathaniel, obserwując szarpiącą się Mystique. Próbowała zmienić swoją postać, ale przemiana została przerwana, gdy obręcz zamknęła się cichym kliknięciem. Sięgnęła do niej ręką, ale nie była w stanie jej ściągnąć. Jeden z ludzi Essexa wykręcił jej nadgarstki do tyłu, drugi wbił strzykawkę w ramię. Chciała się bronić, ale nie zdążyła. Osuwając się na podłogę zdążyła jedynie zauważyć, jak Nathaniel Essex wychodzi z pomieszczenia, naciągając na siebie biały fartuch.