Logan zmarszczył nos i zaciągnął się mocno powietrzem. Słońce chyliło się ku zachodowi rozlewając czerwienią po nieudeptanym śniegu. Mróz szczypał w policzki, ale dzięki niskiej temperaturze trop był wciąż świeży. Czuł, że Rogue i Mystique były tutaj ponad godzinę temu. Zapach był ledwie wyczuwalny, ale ślady opon na śniegu były jednoznacznym sygnałem, że ktoś tutaj był. Pójście tym tropem było jednak bezcelowe: samochód na pewno wjechał na gęsto uczęszczaną trasę, a zapach wymieszał się z zapachami masy innych ludzi.
- Cerebro wyczuł słaby ślad Mystique w New Jersey – usłyszał w słuchawce Jean. – Jakieś dwie minuty temu.
- Konkrety, Jeannie – mruknął Logan.
- Wschodnie Jersey City – westchnęła. – Niestety tylko tyle mam, sygnał był za słaby.
- Ciekawe, po co Mystique chciała zmienić swoją postać już po uprowadzeniu Rogue? – rzucił pytaniem Scott, rozglądając się wokół. Było spokojnie, bezwietrznie, ale coraz zimniej. Magazyny rzucały długie cienie na betonowe ścieżki, gdzieniegdzie stały koksowniki oraz wielkie opony. Zupełnie inaczej wyobrażał sobie walentynki z Jean.
- Czy to ważne? – jęknęła Tabitha, otulając się mocniej futrzanym kołnierzem kurtki. Pomimo tego, że wszyscy byli w swoich x-uniformach, które powinny dawać doskonałą ochronę również w niskich temperaturach, dziewczęta – zwłaszcza Tabitha oraz Kitty – drżały z zimna. – Znajdźmy Roguey jak najszybciej.
- Lecimy do Jersey – zawyrokował Logan. – Pakujcie się do x-jeta.
- To moja kwestia – mruknął do siebie Scott, obserwując, jak jego zespół wchodzi do niewielkiego samolotu.
W kilka minut później lądowali w pobliżu doków w Jersey City. Słońce zdążyło się już schować, pozostawiając przebijający się przez chmury sierp księżyca. Zimny podmuch od rzeki Hudson potęgował uczucie chłodu, który i tak nieźle dał w kość X-Menom.
- To chyba najmroźniejsza noc tej zimy – zauważyła drżącym głosem Tabitha.
- Często wychodzisz nocą z Instytutu, że masz porównanie? – mruknęła do niej Kitty, obserwując, jak z jej ust wydobywa się para.
- Wystarczająco często, by nie chwalić się tym na głos – odpowiedziała szeptem Tabby.
- Zaczyna prószyć śnieg – powiedział głośno Logan, patrząc posępnie na blaszane budynki i kilka łódek przycumowanych do brzegu. Jeśli się nie pospieszą, jakiekolwiek ślady Rogue i Mystique zostaną zasypane.
Tym razem nie czuła bólu, nie słyszała też szepczących w jej umyśle świadomości. W jej głowie panowała cisza. Stan, o którym marzyła od dawna, zamiast radości spowodował u niej narastające uczucie niepokoju. Otworzyła oczy i zamrugała kilkakrotnie. Światło było dużo intensywniejsze od świetlówki, którą zapamiętała sprzed utraty przytomności. Spróbowała ruszyć nogą, ale metalowe klamry wciąż ciasno oplatały ją w kostkach i nadgarstkach. Westchnęła. Panika wracała.
Pomieszczenie, w którym się znajdowała, różniło się od poprzedniego. Na pewno było większe, ale nie tak dobrze oświetlone. Nad sobą miała wycelowaną w siebie ogromną lampę z białym światłem, ale poza tym sala ginęła w ciemnościach. Po swojej lewej stronie Rogue zauważyła metalowe drzwi z osiatkowanym niewielkim okienkiem, za którym było widać obficie oświetlony korytarz w kolorze szpitalnej zieleni. Po prawej widziała szafki, które zapewne ciągnęły się również za nią. Nie zdążyła się dokładniej przyjrzeć, gdyż tuż nad jej głową pojawiła się znajoma twarz.
- Wypoczęłaś, Rogue? – zapytał Sinister.
- Pierdol się – odpowiedziała, ciężko oddychając.
- Jaka matka, taka córka – prychnął do siebie, naciągając lateksowe rękawiczki, nie spuszczając przy tym dziewczyny z oczu.
- Czego ode mnie chcesz? – wychrypiała. Chciała grać na zwłokę, zyskać jak najwięcej czasu. Nie miała pojęcia, czy X-Meni zauważyli jej nieobecność, a jeśli nawet – to czy wzięli to za coś niepokojącego. Nie miała jednak nic do stracenia.
- Wróciła ci ochota na rozmowę? – zapytał Sinister z ironicznym uśmiechem.
- Chyba nigdzie nam się nie spieszy, prawda? – odpowiedziała Rogue, siląc się na nonszalancki uśmiech.
- Zuchwała jesteś, dziewczyno – skomentował mężczyzna. – Mam nadzieję, że nie masz tego w genach.
- O czym ty mówisz?
- Widzisz, Rogue – zaczął, po czym uniósł strzykawkę w górę i uderzył o nią kilka razy palcami. Spojrzał na nią pod światło i upuścił trochę płynu, sprawdzając działanie tłoku. – Przez lata szukałem sposobu na stworzenie idealnej jednostki. Nawet nie wiesz, jak dużo materiału genetycznego zmarnowałem.
- I co to ma wspólnego ze mną? – zapytała mimowolnie, choć nie chciała znać odpowiedzi. Wpatrywała się razem z nim w strzykawkę z gęstym, mlecznym płynem.
- Wydajesz się być moją… – Sinister niespodziewanie wbił w jej ramię strzykawkę. – …nadzieją – dokończył, obserwując, jak dziewczyna po raz kolejny traci przytomność. Gdy się obudzi, będzie już gotowa.
- Były tutaj – zawyrokował Logan, marszcząc nos i rozglądając się po okolicy. – Są blisko, szukajcie! – rozkazał, samemu uważnie obserwując otoczenie. Znajdowały się tutaj tylko dwa niewielkie budynki, teraz sprawdzane przez Kurta oraz Scotta. Zapach Rogue oraz Mystique wydawał się jednak na tyle silny, że nie było mowy o pomyłce. Ślady zostały już zasypane śniegiem, więc musiał polegać jedynie na swoim węchu.
- Jeannie, jakieś wieści? – skierował pytanie do portu ze słuchawką.
- Profesor próbuje znaleźć jakiś ślad, ale od czasu tego słabego sygnału nic nie widzimy – mruknęła. – Jakby zapadły się pod ziemię.
Logan na te słowa przystanął niczym rażony piorunem. Prócz dwóch budynków było tutaj pełno włazów kanalizacyjnych. Któryś z nich musiał być podziemnym przejściem. Odsunął jedną z krat i zaciągnął się zapachem, który wydobywał się z otworu. Tylko odporność Logana sprawiła, że nie zatoczył się od smrodu kanalizacji, ale poza cuchnącym zapachem ścieków nie wyczuł ani Rogue, ani Mystique. Szybko znalazł kolejny, pod którym również nie wyczuł nic znajomego. Dopiero przy piątym z kolei uśmiechnął się z satysfakcją.
- Jeannie – zaczął – chyba coś mam. I nie jest to tylko Rogue i Mystique.
- Szykujemy w takim razie wsparcie – odparła Jean po usłyszeniu wieści od Logana.
Sinister z uwagą obserwował, jak obiekt jego badań otwiera oczy i delikatnie się porusza. Bardzo dobry znak, który oznaczał, że pień mózgu nie został uszkodzony i obyło się bez niewygodnej dla niego śpiączki, a jednocześnie świadomość została wygłuszona, dzięki czemu potencjał mutacji był maksymalny na tę chwilę. No i smarkula nie mogła się odezwać, co stanowiło niebagatelną wartość dodaną. Musiał się jednak spieszyć, gdyż z każdą minutę świadomość jej wracała, a co za tym idzie – słabła maksymalna możliwość jej mocy.
Sprawdził odczyty na dwóch aparaturach, do których była podpięta.
- Doskonale – mruknął. – Wprowadźcie pierwszą – krzyknął przez ramię.
Do pomieszczenia wprowadzono szczupłą, niewysoką blondynkę. Jej włosy były matowe i splątane, a skóra ziemista. Ociężały krok i mętne spojrzenie kazały przypuszczać, że była przetrzymywana przez kilka tygodni w surowych warunkach.
- Dzień dobry, panno Danvers – uśmiechnął się Sinister, na co blondynka przeszyła go jedynie spojrzeniem. Przyciągnięta przez jego ludzi miała w sobie tyle sił, by splunąć mu w twarz. Sinister z obrzydzeniem się otarł i uderzył ją w twarz. Dziewczyna przyjęła cios, przez chwilę stała pochylona, po czym uniosła wysoko podbródek i spojrzała mężczyźnie prosto w oczy. Z nosa kapała jej krew. Suche wargi rozciągnęły się w szyderczym uśmiechu.
- Pierdol się – powiedziała zuchwale.
Sinister wpatrywał się w nią lodowatym spojrzeniem, ale mimo początkowej chęci nie uderzył jej ponownie. Zamiast tego, wciąż wpatrując się w Danvers, zawołał swoich ludzi.
- Podprowadźcie ją pod samą kozetkę i odepnijcie klamry na mój sygnał – rozkazał. Dopiero te słowa spowodowały, że przez twarz kobiety przebiegł dreszcz zaniepokojenia. Widząc to, Sinister mimowolnie się uśmiechnął.
Jego ludzie popchnęli Carol bliżej Rogue, która – wciąż nieświadoma tego, co zaraz się stanie – wpatrywała się tępo w sufit.
- Co to ma być, popaprańcu?! – wykrzyknęła chrapliwym głosem Danvers, szamocząc się wściekle w uścisku ludzi Sinistra. W jej oczach połyskiwało szaleństwo, efekt kilku tygodni spędzonych w zamknięciu.
Teraz dopiero Sinister był zadowolony. Chwilę jeszcze napawał się sceną i już miał wydać rozkaz rozkucia Danvers, gdy podbiegł do niego jeden z jego sługusów. Wyszeptał coś na ucho, po czym odsunął się i czekał na reakcję. Essex przez chwilę przetrawiał komunikat. Uśmiech znikł mu z twarzy. Spojrzał na wciąż szamoczącą się Danvers, po czym przeniósł spojrzenie na Rogue, wciąż nieświadomą sytuacji.
Nie zdążą. Nie zdążą przeprowadzić całej operacji. Stracą cenne minuty, podczas których świadomość Rogue będzie wracać. Był jeden sposób, by kupić trochę czasu, ale najpierw musi się pozbyć szkodników.
- Wprowadźcie Danvers do celi. Za chwilę będziemy mieli gości – poinformował, po czym wszedł do niewielkiego pomieszczenia z konsoletą oraz kamerami. X-Meni byli już w kanałach. Za chwilę odnajdą metalowe, wzmocnione drzwi…
- Spójrzcie, tu są drzwi – zawołała Amara. Wszyscy zebrali się wokół metalowych, pokrytych śluzem i błotem drzwi. – Wolverine, dasz radę to otworzyć?
Logan wbił szpony w metal. To były grube, porządne drzwi. Z wysiłkiem pociągnął rękę w dół, przecinając metal adamantium. W kilka chwil później udało mu się zrobić dziurę na tyle dużą, by móc przez nią przejść. Spojrzał na pomieszczenie za drzwiami, rozglądając się uważnie po ścianach i podłodze.
- Tam jest pełno fotokomórek – oznajmił, odwracając się do towarzyszy. – Albo zaczniemy skakać nad tym jak pchły… – zaczął.
- …albo idziemy po linii najmniejszego oporu – dokończył Cyclop, wskazując na swoje gogle. Logan skinął głową. Po raz pierwszy od długiego czasu w czymś się zgadzali.
Sinister obserwował, jak Cyclop niszczy większość pułapek za pomocą swojej mocy.
- Kod dziewiąty – mruknął do mikrofonu. Banda dzieciaków zostanie za chwilę zaatakowana przez jego ludzi. To daje mu kilka minut na dokończenie eksperymentu. Już miał odejść od konsolety, gdy kątem oka zauważył coś na jednym z monitorów. Uśmiechnął się z niedowierzaniem.
- Jak szczur… – powiedział do siebie, kręcąc głową.
Remy, cicho jak mysz, przekradał się ciasnymi korytarzami magazynu we wschodnim Jersey. Znał je jak własną, złodziejską kieszeń w pełnym znaczeniu tego słowa: doskonale wiedział, gdzie mogą być kamery, jakie pułapki mogą na niego czyhać po drodze i czego wypatrywać, by przedostać się do laboratorium swojego byłego pracodawcy. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że trasa jest gorsza i trudniejsza niż ta, którą wybrali X-Meni. To było jednak mylne wrażenie, przejście, które wybrał Remy, było słabo strzeżone i, używając barwnego porównania, o ile X-Meni próbowali się włamać do domu drzwiami wejściowymi, tak Remy robił to tylnymi drzwiami, których nie trzeba było nawet wyważać.
Gdy skończył rozmawiać z Kitty, nie tracił czasu na powrót do Instytutu. Skontaktował się z Jean, która pobieżnie nakreśliła mu sytuację i lokalizację grupy Scotta. Chciała, by wrócił do Instytutu i poczekał wraz z nią na sformowanie się drugiej grupy, ale Remy nie chciał o tym słyszeć. Znał Sinistra na tyle, by zdawać sobie sprawę, że każda minuta jest na wagę złota. Zaciągnął ją do swojego laboratorium nie bez powodu. Remy również w nim bywał, zarówno jako poplecznik Essexa, ale również jako obiekt jego eksperymentów. Starał się nie wracać do tych wspomnień, ale fala dreszczy i tak przebiegała jego ciało, gdy był coraz bliżej wejścia.
Kiedy po raz ostatni stąd wychodził, przyrzekał sobie, że już żadna siła go nie zmusi, by tutaj wrócił. I proszę, cóż za ironia, że siłą tą okazała się akurat kobieta. Bał się tego miejsca i niedobrze mu się robiło na samą myśl o eksperymentach, które odbywały się w tym miejscu.
Jego twarz nie wyrażała emocji, a ruchy były gładkie i wyćwiczone. Bezszelestnie podążał znajomymi ścieżkami, niszcząc po drodze kamery i demontując pułapki. Jeśli wszystko się uda, za kilkanaście minut będzie wracał tędy z Rogue. Nie chciał walczyć z Sinistrem, było to bezcelowe. Nie da się go pokonać, nie ma też takiej siły, która mogłaby sobie dać z nim radę. Najlepszym pomysłem było trzymanie się od niego z dala.
Przez cały ten czas po głowie kołatało mu się jedno pytanie, którego jednak bał się sobie zadać. Ale im bliżej wejścia do laboratorium się znajdował, tym bardziej o tym myślał. Czego Sinister chce od małej Roguey?
Przyspieszył. Z gracją przeskoczył przez kilka wiązek lasera i skierował się do drzwi: wielkich, metalowych, pomalowanych ciemną farbą.
Zamknięte. Żadnego mechanizmu, nawet dziurki na klucz. Gdzieś tutaj musiał być jakiś przełącznik…
Sinister jedynie prześlizgnął wzrokiem po monitorze, na którym widoczna była walka X-Menów. Oni go na razie nie obchodzili. Choć było ich dużo, to nie było szans, by mogli pokonać jego ludzi, których było o wiele, wiele więcej. Interesujące za to było obserwowanie Wielkiego Księcia Złodziei z Nowego Orleanu, Remy'ego LeBeau, jego byłego człowieka, jego byłego obiektu doświadczalnego. Pamiętał, jak kilka miesięcy temu przyszedł go błagać o pomoc. Bał się czegokolwiek dotknąć, by nie naładować tego energią kinetyczną. Z opaską na głowie, bo nie był w stanie bezboleśnie patrzeć na świat swoimi demonicznym oczami, zaoferował swoje usługi w zamian za poskromienie jego mutacji. To była owocna współpraca, choć zakończona zbyt szybko. Remy LeBeau miał w sobie jeszcze wiele potencjału, wiele nieodkrytych zdolności.
Gdyby został na jeszcze kilka tygodni…
Obserwował, jak w kilka sekund po pojawieniu się na monitorze Gambita, znika obraz z kamery. Zniszczył w ten sposób prawie wszystkie nadajniki, aż wreszcie dotarł do drzwi, które były już o krok od sali, w której się znajdował jego nowy obiekt doświadczalny. Nie zauważył niewielkiej kamerki ukrytej w górnych nitach futryny, więc Essex mógł się przyjrzeć Gambitowi z bardzo bliska. To była kwestia czasu, nim odkryje, jak się przedostać przez drzwi.
Postanowił serdecznie powitać wszystkich swoich gości i zaprosić na małą część artystyczną, gdzie główną rolę odegra córka Mystique.
Walka rozgorzała na dobre, choć Kurt nieskromnie pomyślał, że przypomina to bardziej trening wstępny w Danger Roomie, a nie prawdziwą jatkę z prawdziwymi wrogami. Choć przeciwników była cała masa, wydawali się być niezgrani, atakowali trochę przypadkowo i bez planu. To z pewnością nie byli również mutanci, bo ich jedyną bronią były krótkie karabinki. Obezwładnienie ich było proste, możliwe, że młodsza grupa z Instytutu by temu podołała.
Błyskając teleportacją i ogłuszając kolejnych wrogów niemal automatycznie, Kurt rozejrzał się, czy ktoś z X-Menów nie potrzebował pomocy. Z uśmiechem satysfakcji zauważył, że wszyscy radzili sobie bardzo dobrze, po niektórych nie widać było nawet zmęczenia. Teleportował się w kąt pomieszczenia i łokciem uderzył w potylicę przeciwnika. Ten opadł bezwładnie na podłogę, wypuszczając z rąk broń. Kurt po chwili wahania przykucnął i ściągnął mu z głowy kominiarkę.
- Na Boga… – wyszeptał, z otwartymi ustami przyglądając się twarzy mężczyzny. W pierwszej chwili nie wiedział, skąd go zna. Dopiero później uświadomił sobie, że brakuje w tej twarzy okularów, doskonale dopasowanych, niedużych, czerwonych okularów. Przed sobą miał nieprzytomnego Scotta Summersa.
Powędrował wzrokiem po sali, z paniką szukając Cyclopsa. Gdy zobaczył go po przeciwległej stronie, walczącego z dwoma napastnikami, poczuł najpierw ulgę. A później jeszcze większą panikę. Szybko ściągnął kominiarkę z kolejnego nieprzytomnego mężczyzny.
- Co za chora akcja… – powiedział, przełykając ślinę i wpatrując się w twarz jeszcze jednego Scotta Summersa.
- To było proste – usłyszał za sobą głos Tabithy.
- Pewnie dlatego, że codziennie macie to na rozgrzewce w Danger Roomie – z przekąsem odparł Logan.
- Chodźcie tutaj! – zawołał ich Kurt. Po chwili wszyscy pochylali się nad jego odkryciem.
- Mogę wysłać snapa do Jean? – zapytała przerażona Kitty, wpatrując się w nieprzytomnych Scottów Summersów.
- Nie mamy czasu – odparł Scott, patrząc na znalezisko Kurta. W myślach dziękował losowi, że musiał nosić okulary. Dzięki temu nikt nie zauważył, jak bardzo przerażony był, patrząc na swoje klony.
- Co za pojebana akcja… – rzucił ktoś z tyłu.
- Tabitha! – warknął Logan.
- Jeśli to nie jest sytuacja, która pasuje do tego określenia, to ja nie wiem, po co stworzono to słowo – odparła Tabby.
- Idziemy – przerwał Scott i ruszył w kierunku jedynych drzwi w pobliżu. Odwrócił się tylko raz przez ramię, by się upewnić, że jego klony wciąż tam są. Zajmie się tym później.
Nie zdążył jednak nawet zbliżyć się do drzwi. Znikąd pojawiły się kłęby białej mgły, gryzącej w oczy i nos. Pojawił się intensywny, rozsadzający skronie ból głowy. Znał już to uczucie. Już mieli z tym do czynienia, gdy ratowali Jean. To wcale nie poprawiało ich sytuacji – pomyślał Scott.
- Sinister – jęknął, gdy opadł bezwolnie na podłogę. Coś metalowego oplotło jego szyję, ale nie miał już siły się bronić.
Przełącznik ukryty był pod samym sufitem, w rogu pomieszczenia. Niewielka dźwignia zapewne byłaby doskonale widoczna w pełnym oświetleniu, jednak w obecnych warunkach, gdzie jedynym źródłem światła była naderwana świetlówka, która dawała żółtawe, migotliwe światło, była praktycznie nie do zauważenia, nawet jeśli stanęło tuż pod nią. Drzwi się otworzyły zaskakująco cicho, co Remy przywitał z ulgą. Ruszył pustym, długim korytarzem. Ten był, dla odmiany, dobrze oświetlony. Białe światło jarzeniówek wydobywało upiornie zielony kolor ścian, przez co Remy czuł się jak szpitalu.
Na końcu były kolejne drzwi z niewielkim, okratowanym okienkiem.
Wiedział, co się za nimi znajduje.
Przez głowę przemknęło mu, że jeszcze ma szansę się wycofać.
Zdusił w sobie tę myśl i przyspieszył kroku. Jeszcze kawałek i będzie w laboratorium Sinistra.
Już sięgał do klamki, gdy usłyszał za sobą głośne kroki.
- Witamy ponownie w naszych skromnych włościach – przywitał go niski, kobiecy głos. Ostrożnie obrócił się, szukając jednocześnie karty w swoim płaszczu.
- Tsk, tsk, rączki w górę, kochasiu – syknęła mu prosto do ucha wysoka, zielonowłosa kobieta.
- Vertigo – odpowiedział, wysilając się przy tym, by uśmiechnąć się z typową dla niego nonszalancją. – Nie dzwoniłaś, kociaku – dodał, unosząc powoli ręce. Kobieta oparła się o niego ramieniem i wycelowała w niego palec wskazujący.
- Nie zostawiłeś mi swojego numeru – mruknęła, po czym sprzedała mu cios prosto w brzuch. Remy zgiął się w pół, ale nim zdążył zareagować, coś metalowego kliknęło na jego szyi. Wiedział, że błyskotki nic mu nie zrobią, więc korzystając z okazji oddał cios. Kobieta zatoczyła się do tyłu. Remy rzucił się na nią, ale wpół kroku zatrzymał się, miotany zawrotami głowy. Próbował przytrzymać się ściany, by nie upaść, ale ta zdawała się od niego oddalać. Kątem oka zauważył, jak Vertigo wstaje i zbliża się do niego. Chwilę później widział już tylko smugi białego dymu. Nie miał już siły stać, opadł na podłogę.
Resztkami świadomości zobaczył, jak otwierają się drzwi, do których szedł. Mocne szarpnięcie za nogi – to Vertigo wciągała go do sali. Zdążył jeszcze zauważyć stojący na środku stół i leżącą na nim postać. Serce zaczęło mu mocniej bić, gdy rozpoznał białe pasemko włosów, ale chwilę później stracił przytomność.
- Robisz z tego jakiś pieprzony cyrk?! – Krzyk Rogue, pełen wściekłości i paniki, rozniósł się po całym pomieszczeniu. Brutalnie ocucił Remy'ego. Wymacał na szyi metalową klamrę, która niewygodnie wpijała mu się w ciało. Mrużąc oczy od nadmiaru światła, rozejrzał się wokół. Znajdował się w maleńkiej klitce, w której jedna ściana była zakratowana grubymi prętami. Podszedł do niej, lekko słaniając się na nogach, i chwycił kratę nie do końca wierząc swoim oczom. Przed nim, zaledwie kilkanaście kroków od niego, leżała przykuta do kozetki Rogue. Przytomna, cała i… zdrowa?
Próbował użyć swojej mutacji, by naładować pręty, ale nic się nie działo. Coś blokowało jego mutację. Z trudem przełknął ślinę przez zaciskającą się na jego szyi klamrę.
- Oszczędzaj siły, Rogue. – Z cienia wyłonił się Sinister. Podszedł do wściekle miotającej się dziewczyny i wkłuł się w żyłę na zgięciu jej łokcia. Rogue momentalnie opadła bez sił.
Remy mocniej zacisnął pięści na metalowych prętach.
- Zostaw ją! – usłyszał krzyk dochodzący gdzieś z boku. Nie rozpoznał tego głosu, zdał sobie jednak sprawę, w której sali się znajdują.
Galeria.
Miejsce, w którym Sinister przeprowadzał najbardziej brawurowe eksperymenty. Na środku kozetka z obiektem badań, tuż obok niewielka wnęka z szafkami laboratoryjnymi. A naprzeciwko rząd cel, w których znajdowały się kolejne obiekty bądź… widownia.
Sinister zaśmiał się pod nosem, ale nie odpowiedział. Gdzieś niedaleko Remy słyszał stłumione warknięcie Wolverine'a. Są tu wszyscy. Myśl, Remy, myśl. Kto został w Instytucie? Profesor, to oczywiste. Jean, jako pomoc przy Cerebro. Betsy. Kogo jeszcze mogą zawołać do pomocy?
- Odwiedziny twoich znajomych trochę nam skomplikowały sytuację – podjął Sinister, przyglądając się Rogue. – Musimy zatem znowu oddać głos twojej mutacji, droga Rogue – dodał ciszej, gładząc przez lateksową rękawiczkę twarz dziewczyny. Rogue nie mogła się ruszyć, ani nie mogła wydać z siebie żadnego dźwięku. Wszystkie emocje miała jednak wymalowane na twarzy. Była przerażona.
- Wprowadźcie obiekt numer siedemdziesiąt siedem – powiedział głośno Sinister do swoich ludzi. Chwilę później Vertigo pojawiła się popychając przed sobą kilkuletnią dziewczynkę. Jaśniutkie włosy, potargane i zmierzwione, zebrane były w krzywy kucyk. Wielkie, niebieskie oczy odcinały się na tle bladej, przybrudzonej twarzy. Dziecko było wychudzone, osłabione, z trudem szło tempem narzuconym przez Vertigo.
- Nakarmimy twoją mutację, Rogue – kontynuował Sinister, stając tuż za głową Rogue. Dziewczyna jeszcze nie zauważyła, kogo wprowadzono na salę, ale dla zgromadzonej widowni było już wiadomo, co się za chwilę stanie.
- Nie! – krzyknęła Kitty, na co Rogue nieznacznie się poruszyła.
Sinister odpiął metalową klamrę z szyi dziewczyny. W tym samym momencie rozdzierający krzyk Rogue rozniósł się po całym pomieszczeniu. Dziecko wystraszyło się, chciało się wycofać, ale Vertigo trzymała ją mocno, lekko popychając do przodu. Dziewczyna zaczęła płakać.
Klamra musiała blokować mutację. Po jej zdjęciu wszystkie głosy, wszystkie świadomości ściśnięte w umyśle Rogue zostały dopuszczone do głosu. Remy z trudem na to patrzył. Coraz mocniej zaciskał pręty, aż pobielały mu knykcie.
- Fils de pute [sukinsyn] – sarknął pod nosem i splunął na podłogę. Z narastającą wściekłością patrzył na scenę rozgrywającą się kilka metrów od niego.
- Rusz się – Vertigo popchnęła dziewczynkę w kierunku Rogue, co zwróciło jej uwagę. Spojrzała na dziecko. Obie miały łzy w oczach – jedna ze strachu, druga z powodu bólu.
- Nie, nie, nie – powtarzała Rogue, zanosząc się spazmatycznym płaczem. – Nie wiecie, co się stanie, nie wiecie…
Vertigo chwyciła dziecko za nadgarstki i bez ceregieli położyła dłonie szamoczącej się dziewczynki na twarzy Rogue.
Na moment zapanowała cisza.
A później dziewczynka przestała się szamotać, by po chwili opaść bezwładnie na podłogę przy nieprzerwanym wrzasku Rogue. Wchłonęła jej osobowość. Być może też moc.
Vertigo pochyliła się nad dziewczynką i zbadała puls.
- Nie żyje – powiedziała w kierunku Essexa. Mimo że mówiła cicho, jej szept przeciął powietrze niczym kosa.
Essex uśmiechnął się z satysfakcją. Wyglądało na to, że wszystko szło zgodnie z planem.
Remy odsunął się od krat i opadł na podłogę, opierając się o zimną ścianę za nim. Bezsilność. Niemoc. Czy o to chodziło Sinistrowi? By zabić dziecko?
Słyszał szloch Rogue. Nerwowe kroki w celi obok. Pociąganie nosem kogoś z drugiej strony, pewnie Kitty lub Tabithy. Patrzył, jak Vertigo podnosi delikatnie ciało dziewczynki i przenosi je w głąb pomieszczenia. Miał wrażenie, że cała ta scena jest zupełnie nierealna i to tylko skomplikowana symulacja Danger Roomu.
Beznamiętnie obserwował, jak Arclight, jego niedawna koleżanka z zespołu, gdy jeszcze pracował dla Sinistra, szybkim krokiem zbliża się do swojego szefa i mówi mu coś na ucho. Essex pokręcił przecząco głową.
- Kontynuujmy! – powiedział na głos, czym otrzeźwił Gambita. – Wprowadźcie ją!
Remy wstał i znowu podszedł do krat. Ktoś jeszcze zginie?
- Zatem chcesz mnie tak załatwić? – zadała pytanie z obłąkańczym uśmiechem kobieta wprowadzona do pomieszczenia. – Za pomocą podlotka, który nie potrafi jeszcze opanować swoich mutacji? Myślałam, że masz więcej klasy, Nathanielu.
Remy przyglądał się jej, próbując sobie przypomnieć, skąd ją zna.
- Zamknij się, Danvers – odparł ostro Sinister. – Arclight, Vertigo, bądźcie gotowe – zwrócił się do kobiet stojących obok niego.
Danvers? Carol Danvers?
To Sinister stał za tajemniczym zniknięciem Kapitan Marvel?
Tymczasem Essex ustawił się za szamoczącą się Rogue. Kobiety natomiast przeprowadziły błyskawiczną akcję: zdjęły metalową obręcz z szyi Danvers i popchnęły ją na Rogue tak, że dłonie Carol oparły się na obojczykach Rogue. Blondwłosa mutantka, potężnie osłabiona, nie miała szans, by zareagować.
Rogue na chwilę przestała szlochać. Otworzyła szeroko oczy. A w chwilę później zaczęła krzyczeć.
Wysokim, drenującym bębenki w uszach głosem. Nieprzerwanym, powodującym ciarki.
Metalowe kajdany krępujące jej ruchy rozerwały się, tak, jakby były z papieru, a ciało Rogue, wciąż krzyczącej, zaczęło się powoli unosić. Danvers opadła nieprzytomna na podłogę, Arclight oraz Vertigo, z szeroko otwartymi oczami i ustami, obserwowały lewitującą Rogue. Po ich reakcji widać było, że nie taki był plan.
Remy przestał majstrować przy obręczy na szyi, zahipnotyzowany widokiem.
Essex odskoczył od kozetki zdezorientowany. Nie tak miał potoczyć się eksperyment. Wyglądało na to, że wszystkie świadomości więzione w umyśle Rogue doszły do głosu, chcąc bronić właścicielki. Drobne przedmioty zgromadzone na blatach: kolby, igły, strzykawki, preparaty, zaczęły drgać i powoli się unosić.
Sinister wiedział już, że to była porażka. Pobiegł do pomieszczenia, w którym znajdowała się konsoleta i gorączkowo wprowadzał kolejne polecenia.
- Wybierasz się gdzieś? – usłyszał za sobą. Odwrócił się gwałtownie i zauważył wysoką brunetkę opierającą się nonszalancko o futrynę. Skupił się, by telepatycznie pozbyć się nieproszonego gościa, ale kobieta tylko zacmokała z dezaprobatą.
- Nie ze mną te numery, Sinister – wycedziła przez zęby. Essex zamachnął się i uderzył kobietę na odlew. Betsy cofnęła się zaskoczona, a w tym czasie Sinister staranował ją i wybiegł przez drzwi.
- Łapcie go! – krzyknęła Braddock, rozmasowując sobie szczękę.
W tym czasie Jean zdążyła już telekinetycznie wygiąć kraty w większości cel, uwalniając tym samym towarzyszy. Jedynie Mystique wciąż stała uwięziona w swojej, ale nawet nie zwracała uwagi na to, co się wokół niej dzieje. Pochłonięta była obserwowaniem zapadającej się w swoją moc Rogue.
W wielkiej sali panował chaos. Wysoko nad nimi lewitowała naga Rogue, a wokół niej, niczym w oku cyklonu, wirowały coraz większe przedmioty. Ludzie Essexa zdążyli już uciec, a Kitty manewrowała przy konsolecie w laboratorium.
- To zaraz wybuchnie! – krzyknęła z paniką w głosie. Nie mieli czasu na kombinowanie, jak zdjąć metalowe klamry. Musieli ściągnąć Rogue i jak najszybciej stąd uciec.
- Gumbo! – wykrzyknął Logan do Remy'ego, który nadal szamotał się ze swoją obręczą. – Zostaw to, spróbuj ściągnąć Rogue.
- Jak?! – odkrzyknął Remy. – Ona jest jakieś dziesięć stóp nad nami!
- Po prostu pozwól mi działać, Gambit – usłyszał za sobą głos Jean. Przez chwilę patrzył na nią zdezorientowany, ale gdy zdał sobie sprawę, o czym mówi dziewczyna, powoli skinął głową i spojrzał w górę, w kierunku Rogue. Poczuł, jak stopy odrywają się od podłogi i choć cholernie się bał zaufać Jean, nie miał innego wyboru. Grey za pomocą telekinezy niespiesznie unosiła go na wysokość lewitującej Rogue, jednocześnie broniąc go przed wirującymi wokół niej przedmiotami.
Remy sięgnął w kierunku Rogue, która unosiła się teraz w pozycji wertykalnej, tyłem do niego. Bardzo powoli zaczęła się odwracać ku niemu, jakby wyczuwając jego obecność.
Gambit przestał już zwracać uwagę na to, że unosi się nad podłogą i że całkowicie jest zależny od Jean i jej telekinezy. Cała jego uwaga skupiona była wokół Rogue. Obserwował, jak płynnym, delikatnym ruchem obraca się wokół własnej osi i wreszcie zatrzymuje się, tuż przed nim, twarzą w twarz.
Miała otwarte oczy, ale zamiast zielonych tęczówek widział jedynie białe plamy. Usta miała lekko rozchylone, zdawało mu się nawet, że coś szepcze, ale nie był w stanie zrozumieć, co.
Wydawała się taka bezbronna, zagubiona i delikatna. Remy niemal bezwiednie wyciągnął ku niej rękę, ale gdy tylko jego dłoń znalazła się w jej zasięgu, zielone oczy rozbłysły i spojrzały w kierunku Gambita. Uczyniła zaledwie niewielki gest głową, a mężczyzna uderzył o przeciwległą ścianę.
- Jean, do cholery…! – wykrzyknął Gambit, osuwając się boleśnie.
- Przepraszam, nie zdążyłam zareagować – usłyszał nad sobą głos Jean.
- Tu potrzebny jest telepata – odparł, wstając i rozcierając sobie plecy. Spojrzał w górę. Rogue nadal unosiła się wysoko nad nimi. Choć patrzyła w jego kierunku, wydawała się nieprzytomna.
- Ona mi nie zaufa, Remy – odparła niemal przepraszająco Jean.
- Z bólem muszę się zgodzić – przytaknął Logan. – Gumbo, lecisz znowu.
Remy zmiął na ustach przekleństwo. Gdyby chodziło tutaj o kogokolwiek innego, po prostu by stąd wyszedł. Ale tutaj chodziło o jego malutką Roguey, dlatego kilka minut później znowu unosił się na jej wysokości.
- Cherie! – krzyknął w jej kierunku. – Cherie, słyszysz Remy'ego?
Dziewczyna odwróciła się do niego.
- Cherie, to ja, Remy. Poznajesz mnie? – zapytał ponownie, gestem nakazując Jean, by przybliżyła go do dziewczyny. Z bliska wyglądała tak, jakby trawiła ją gorączka. Spocona, a jednocześnie nienaturalnie blada twarz zdawała się być jedynie maską, za którą ukryta była Rogue. Choć patrzyła w jego kierunku, jej oczy zdawały się być martwe.
- Cherie, słyszysz mnie? – zapytał ponownie.
Niespodziewanie Rogue wyciągnęła ku niemu rękę. Centymetry dzieliły jej palce od jego twarzy. Choć strach buzował w żyłach Remy'ego, to nie cofnął się. Obserwował, jak oczy Rogue na moment stają się żywe, by za chwilę znowu zgasnąć.
- O tak, cherie, wracaj do nas, zaraz zabierzemy cię do domu – powiedział drżącym głosem, obserwując przysuwającą się ku niemu dłoń.
- Nie! – wykrzyknęła niespodziewanie Rogue, rozpościerając przy tym ręce, odrzucając Gambita ponownie na ścianę. Tym razem jednak Jean zdążyła w porę zareagować, amortyzując upadek. Gambit kiwnął ku niej głową, bardzo wyraźnie prosząc ją w myślach, by ponownie go uniosła ku Rogue. Jean po chwili przytaknęła, Remy znowu zaczął się unosić, ściągając jednocześnie swój płaszcz.
- Cherie, wiesz, że Remy jest upartym szczurem błotnym – zawołał ku kulącej się w powietrzu dziewczynie. Na dźwięk jego głosu przestała drżeć, ale nie podniosła głowy. Unosiła się łagodnie w powietrzu w pozycji embrionalnej, z twarzą ukrytą w ramionach. – I tak łatwo się nie poddaje – dodał, machając dłonią do Jean, by zbliżyła go do Rogue. Dopiero wtedy usłyszał jej płacz.
- Cherie, jesteś tutaj? – zapytał cicho.
- Ja nie chciałam – załkała. Gambit delikatnie okrył ją swoim płaszczem i objął ramieniem, jednocześnie dając znak Jean, by jeszcze ich nie sprowadzała na dół. Trwali tak objęci, delikatnie kołysząc się w górę i w dół. – Ja nie chciałam, Remy – powtórzyła przez łzy.
- Cherie, wszyscy wiedzą, że to nie jest twoja wina – powiedział, gładząc ją po plecach.
-Ja nie chciałam – powtórzyła ciszej, wprost do jego ucha. Remy zamarł, gdy jej policzek otarł się o jego twarz. Zacisnął powieki, spodziewając się najgorszego, ale kompletnie nic się nie działo. – Ja nie chciałam – usłyszał ponownie. Otworzył oczy i spojrzał w dół. Wszyscy byli w nich wpatrzeni, niektórzy mieli szeroko otwarte usta. Kitty pokazywała coś palcem. Wtedy Gambit zdał sobie sprawę, że Rogue obejmuje go mocno za szyję. Czuł ciepło jej ręki i delikatną, gładką skórę. Dotykała go i kompletnie nic się nie działo.
- Zabiorę cię teraz do domu, cherie – wyszeptał i pocałował w czubek głowy. – Pozwolisz mi na to?
Wszystkie przedmioty, które do tej pory krążyły wokół nich, w jednej chwili opadły na ziemię. Remy skinął Jean, by ich opuściła na podłogę.
- Remy już cię nie puści, słyszysz? – wyszeptał jej na ucho, gdy już łagodnie wylądowali na posadzce laboratorium. Gambit rozejrzał się po pomieszczeniu. Po ludziach Sinistra nie było już śladu. X-Meni wpatrywali się z przerażeniem w Rogue, która najwyraźniej – Remy miał taką nadzieję – zasnęła. Sytuacja wydawała się być opanowana.
- Klamry zdejmiemy z pomocą Hanka i profesora w Instytucie, teraz po prostu stąd uciekajmy – oznajmił Scott.
- Nie udało mi się wstrzymać programu autodestrukcji, ale udało mi się kupić trochę czasu. Mamy niecałe pięć minut na wyjście – dodała Kitty, zerkając nerwowo na konsoletę w głębi pomieszczenia.
Gambit szedł z Rogue w ramionach, tuż za nim, uważnie obserwując nieprzytomną dziewczynę, Logan. Bobby niósł ciało dziewczynki. Nieprzytomną Carol zajął się Scott. Pochód natomiast zamykała Betsy.
- Nie zabieramy niebieskiej? – wskazała na Mystique. Stała w swojej klatce z dłońmi przyklejonymi do krat. Wzrok miała wbity w podłogę i zdawała się nie zwracać uwagi na to, co się dzieje wokół niej.
- I tak się z tego wywinie – machnął ręką Scott, nawet nie odwracając się do Betsy. – A jeśli nie, tym lepiej dla nas.
Zalała gorącą wodą zmieloną kawę i odstawiła kubek na tacę, na której stał już talerz z górką tostów. Dołożyła tam również dżem, miód i jogurt. Spojrzała krytycznie na całość i po chwili zastanowienia sięgnęła jeszcze po kilka owoców.
- Może być – mruknęła do siebie, podniosła tacę i ruszyła przed siebie. Wyszła z pustej już kuchni, minęła salon, w którym Logan oglądał program telewizyjny. Widząc Kitty z tacą pełną jedzenia jedynie zacisnął mocniej dłonie na oparciu fotela. Po chwili jednak skinął dziewczynie i wrócił do oglądania.
Kitty szła długim korytarzem. Ostrożnie, by nic nie upadło, ani się nie wylało.
- Uważaj – syknęła do dzieciaka z najmłodszej grupy, który wyskoczył nagle z jednego z pomieszczeń zaadaptowanego na klasę. Gdyby nie użyła mutacji, wszystko by się rozsypało na podłodze, a gorąca kawa rozlałaby się na nią i na dziecko. A tak jedynie przefazowała przez zdezorientowanego chłopca. Drzwi się otworzyły i wyjrzała zza nich Jean.
- Malcolm, wracaj do klasy! – zawołała chłopca. – Przepraszam, Kitty.
- Nic się nie stało – odparła cierpliwie.
- Idziesz do…?
- Tak – odpowiedziała Kitty nie czekając, aż Jean dokończy pytanie, i sięgnęła po przycisk przywołujący windę. Taca nieznacznie się zachwiała, ale nic się nie rozlało. Po chwili drzwi się otworzyły i Kitty weszła do windy. Znowu walcząc ze swoim poczuciem równowagi wcisnęła przycisk. Minutę później była już w podziemiach Instytutu, w skrzydle szpitalnym.
- Cześć, Hank – przywitała się z Bestią, który w swojej futrzanej formie siedział przy biurku. Spojrzał na nią bacznie zza okularów.
- Witaj, Kitty. To może dla mnie? – Zainteresował się zawartością tacy.
Kitty przygryzła wargę i spojrzała uważnie na to samo, co Hank.
- Mogę oddać ci banana – odparła po chwili zawahania.
Hank roześmiał się serdecznie.
- Dziękuję, ale w takim razie sam przejdę się na górę – odparł z uśmiechem, ale nie ruszył się zza biurka.
- Przepraszam! – odpowiedziała Kitty z uśmiechem i skierowała się do jednej z sal. Szklane drzwi przesunęły się i dziewczyna weszła do niewielkiego pomieszczenia. W kącie stała zapalona mała lampka, dając stłumione, ciepłe światło. Ciszę przerywało jedynie ciche tykanie maszyn. Na łóżku leżała Rogue. Była podłączona do aparatury za pomocą rurek i kabelków, dodatkowo powoli sączyła się kroplówka.
Rogue była nieprzytomna od trzech dni. Codziennie przychodzili do niej profesor, Jean oraz Betsy, którzy za pomocą telepatii próbowali opanować chaos, który dział się teraz w jej głowie. Profesor twierdził, że śpiączka została specjalnie wywołana, by łatwiej było działać za pomocą telepatii. Kitty zawsze ufała profesorowi, ale wolałaby, by jej przyjaciółka była już przytomna.
- Przyniosłam ci śniadanie – powiedziała cicho, a następnie postawiła tacę na stoliku obok Remy'ego.
- Merci, petite – odparł Remy i sięgnął po kubek gorącej kawy.
Remy był tutaj non stop. Nawet podczas sesji telepatycznych nie wychodził z sali i – co ciekawe – profesor nie miał nic przeciwko temu. Kitty zastanawiała się, czy w ogóle spał podczas tych trzech dni, bo za każdym razem, gdy ktoś z Instytutu tutaj przychodził, Remy siedział jedynie w fotelu i przyglądał się Rogue.
- To strasznie słodkie – powiedziała drugiego dnia Amara, gdy Kitty podzieliła się z nią tą obserwacją. – Też bym tak chciała.
- Nie sądzę – odrzekła sceptycznie Kitty. – Za nic nie chciałabym się teraz zamienić miejscami z Rogue.
Niemniej jednak wszyscy zauważyli, jak bardzo zależało Remy'emu na Rogue. Nawet Logan musiał znieść jego obecność podczas swoich krótkich odwiedzin u swojej podopiecznej.
Szóstego dnia, po zakończeniu sesji prowadzonej przez profesora, Remy poprosił Xaviera o chwilę rozmowy. To była chyba jedna z nielicznych chwil, kiedy Remy wyszedł poza piętro MedLabu w ciągu ostatniego tygodnia.
Profesor czekał na niego w swoim gabinecie.
Remy ostrożnie wszedł i usiadł przy błyszczącym, mahoniowym biurku, naprzeciwko profesora.
- Co się stało, Remy? – zapytał Xavier.
- Kiedy cher-, kiedy Rogue odzyska przytomność? – zapytał po chwili, uważnie obserwując Xaviera.
- Jesteśmy coraz bliżej uporządkowania jej świadomości. Przestaliśmy już farmakologicznie podtrzymywać śpiączkę, więc chwila wybudzenia zależy już tylko od Rogue. Kiedy poczuje się dostatecznie silna, powinna do nas powrócić – odrzekł.
- Bien – odparł Remy i zamilkł. Profesor uprzejmie nie ponaglał gościa. – Charles, muszę wyjechać z Instytutu.
Xavier splótł dłonie i spojrzał badawczo na Gambita.
- Oczywiście. Nie jesteś tutaj więźniem – odrzekł. – Mogę jedynie spytać, czy czegoś potrzebujesz? Jeśli masz jakieś kłopoty, możesz liczyć na nas. Pamiętaj o tym.
- Remy musi sam sobie z tym poradzić – odparł z wymuszonym uśmiechem. – Mam tylko dwie prośby.
- Oczywiście, słucham.
- Nie szukajcie mnie. Kiedy będę mógł, na pewno wrócę – rzekł Remy, przeczesując włosy.
- Jak sobie życzysz – skinął Xavier. – Chciałbym tylko, żebyś miał na uwadze, jak dużo zawdzięcza ci nasza Rogue. Proces rekonwalescencji na pewno będzie przebiegał szybciej, jeśli będziesz w jej pobliżu. Dobrze na nią wpływasz – zaakcentował ostatnie zdanie, patrząc przy tym uważnie na Remy'ego.
- Proces rekonwalescencji? Jak to? – powtórzył Gambit.
- Rogue po obudzeniu nie będzie od razu tak sprawna… psychicznie, jak przed wypadkiem – zaczął Xavier, ostrożnie dobierając słowa. – Oprócz świadomości, które wchłonęła już wcześniej, a które systematycznie staraliśmy się wyciszyć czy nawet wyrugować podczas naszych sesji, doszły dwie nowe sprawy. Pierwsza to wchłonięcie pani Carol Danvers. Z tego, co wiem, absorpcja jej mutacji trwała rekordowo długo i ciężko orzec, w jakim stopniu przekłada się to kondycję Rogue. Druga sprawa to fakt, że w wyniku eksperymentu Nathaniela Essexa zginęło dziecko. To może być ciężkie dla Rogue.
Remy wstał i zaczął przechadzać się po gabinecie. W miarę, jak profesor opowiadał o możliwych powikłaniach Rogue, zaczął coraz bardziej unikać kontaktu wzrokowego z Xavierem.
- …dlatego uważam, że twoja nieobecność może się negatywnie odbić na Rogue. Tym bardziej, że między wami wytworzyła się pewna więź. Niemniej jednak szanuję twoją decyzję i nie będę cię siłą zatrzymywał – odrzekł profesor, obserwując przy tym Gambita.
- I tak dochodzimy do mojej drugiej prośby – oznajmił Remy, wpatrując się w biurko. – Rogue nie może wiedzieć, że przy niej byłem. Przez te ostatnie dni – dokończył.
- To zaskakująca prośba – odparł Xavier. – Mogę wiedzieć dlaczego?
- Będzie jej łatwiej się pozbierać, gdy odzyska przytomność – wyjaśnił, przecierając powieki. Dopiero teraz do niego dotarło, jak bardzo był zmęczony, a świadomość tego, co zamierza zrobić, wróciła ze zdwojoną siłą. Przez chwilę nawet chciał się wycofać i zostać w Instytucie, ale ciężkie poczucie obowiązku wciskało się w każdy fragment jego ciała.
Profesor, uważnie obserwując swojego podopiecznego, wyjechał swoim wózkiem zza biurka i zbliżył się do Remy'ego.
- Możemy ci pomóc – powiedział cicho. Cajun podniósł na niego wzrok. Chwilę mu zajęło zrozumienie słów profesora. Jeszcze krócej zastanawiał się nad odpowiedzią.
- Non – odparł krótko. – Do widzenia, profesorze – dodał, odwracając się i cicho zamykając za sobą drzwi.
Tej samej nocy Rogue się obudziła.
AN: Serdecznie dziękuję za komentarze! Publikując poprzednie części zupełnie zapomniałam się do nich odnieść, przepraszam. Mimo że początkowo założyłam, że będę publikować kolejne rozdziału co miesiąc, życie zweryfikowało moje chęci: mając niespełna roczne dziecko baaaardzo ciężko o wykrojenie dość czasu, by pisać, ale z optymizmem patrzę w przyszłość ;) Dziękuję za miłe słowa i do przeczytania... pewnie jeszcze w tym roku :)
