Kevin obejrzany? Prezenty rozpakowane? Uszka z barszczu zjedzone? A znajdziecie czas między spaniem, leżeniem i jedzeniem na przeczytanie tego rozdziału? ;) Wesołych Świąt!

Mroźne powietrze łaskotało nieprzyjemnie w policzki i nos. Wiatr nieustannie smagał włosy. Tylko słońce zdawało się mieć za nic okazję, dla której zgromadzili się tutaj prawie wszyscy członkowie Instytutu. Świeciło jasno, przeganiając z nieba wszelkie chmury.

Cmentarz o tej porze był cichy i spokojny. Prócz nich była zaledwie garstka innych ludzi, zajętych swoimi bliskimi.

Nie udało im się znaleźć rodziny dziewczynki. Dzięki sekcji, którą przeprowadził doktor McCoy, udało się ustalić kilka rzeczy, ale nie było to wystarczające, by poznać tożsamość dziecka, mimo że Kitty przeszukiwała serwisy informacyjne oraz zaszyfrowane bazy policyjne. Nigdzie nie było informacji o zaginięciu dziewczynki w tym wieku i o takim rysopisie.

Miała dziewięć lat. Zmarła w wyniku wylewu krwi do mózgu, do którego przyczynił się rozległy zawał mięśnia sercowego. Rzecz niepojęta u dziecka w takim wieku. Doktor McCoy, gdy wpisywał to w raport, musiał przerwać szybkie pisanie na klawiaturze. Zdjął okulary i przetarł zmęczone powieki. Oto opisywał przypadek pierwszej śmiertelnej ofiary Rogue.

Kitty, gdy poznała dokładne przyczyny śmierci dziewczynki, załkała cicho i zamknęła się w swoim pokoju.

Kurt przyjął to nad wyraz spokojnie. Nic nie powiedział, tylko poszedł do altany, która nierozerwalnie kojarzyła mu się z siostrą. Tam, siedząc na balustradzie i smętnie zwieszając ogon, patrzył w ocean i szeptem modlił się w intencji dziewczynki, ale również Rogue.

Logan zaklął siarczyście pod nosem, po czym zszedł do MedLabu, w którym wciąż nieprzytomna leżała Rogue. Jakiś czas później wyjechał swoim motorem z garażu w bliżej nieokreślonym kierunku.

Jean, wyraźnie wstrząśnięta, poszła swoim nowym zwyczajem wyładować stres w Danger Roomie.

Scott siedział w bezruchu na kanapie, patrząc gdzieś w okno. Nikt nie ośmielił się zapytać, o czym myśli.

Remy nie powiedział nic. Ujął jedynie dłoń Rogue – bladą i niewiarygodnie szczupłą – i wpatrywał się w jej spokojną twarz.

Niemal wszyscy członkowie Instytutu Charlesa Xaviera zgromadzili się tego lutowego przedpołudnia, by pożegnać małą dziewczynkę, ofiarę szaleńczej wizji Sinistra. Nikt nie miał wątpliwości, że to on ponosi winę za jej śmierć. Każdy jednak zdawał sobie sprawę, że Rogue będzie ciężko się z tym pogodzić.

Wiedzieli jednak, że będzie miała oparcie w każdym mieszkańcu Instytutu. I będzie miała wpatrzonego w nią Remy'ego.

Dwa dni później Remy zniknął, a Rogue obudziła się spanikowana i zalana rzęsistymi łzami.


Od jej obudzenia do wyprowadzki z ambulatorium minęło jeszcze kilka tygodni. Jej stan był niestabilny, zdarzało się, że inne osobowości przejmowały nad nią kontrolę lub leżała w niemalże katatonicznym stanie, patrząc w sufit. Powrót do formy wymagał nie tylko interwencji stricte lekarskiej, farmakologicznej (z uwagi na mnogość substancji, które podał jej Sinister), ale również – o ile nie przede wszystkim – pomocy telepatów. Rogue nie była w stanie samodzielnie uporządkować myśli i wspomnień, nie potrafiła określić, które z nich należą do niej, a które do zaabsorbowanych świadomości.

Czuła się, jakby od początku musiała się uczyć swojej mutacji.

Panicznie się wręcz bała, że ktokolwiek ją dotknie. Wzdrygała się, nawet gdy ktoś delikatnie otarł się o rękaw jej koszulki. Uważnie obserwowała doktora McCoya, gdy ten – oczywiście w lateksowych rękawiczkach – zmieniał jej kroplówki lub pobierał krew do badań. Dlatego pierwszą rzeczą, o którą poprosiła po odzyskaniu przytomności, były rękawiczki. Dopiero później zapytała o Gambita.

- Nie wiem, jak ci to powiedzieć, Rogue – powiedziała cicho Kitty, marszcząc czoło i ze współczuciem patrząc na przyjaciółkę. – Remy… wyjechał.

Rogue zamrugała kilkakrotnie. Nie rozumiała, co mówiła do niej Kitty.

- Jak to: wyjechał? – powtórzyła.

- Na kilka godzin przed tym, jak odzyskałaś przytomność, Gambit spakował się i wyjechał. Nikomu nie chciał powiedzieć, dokąd jedzie, kiedy wróci, ani dlaczego w ogóle wyjeżdża – wyjaśniła Kitty. Czuła się podle, że to akurat ona musiała powiedzieć o tym Rogue. Była wściekła na Gambita nie tylko dlatego, że zostawił jej przyjaciółkę akurat teraz, ale też dlatego, że to nie on musiał się martwić o to, jak ona sobie poradzi z tym, że wyjechał. To nie on musiał jej o tym powiedzieć, ani to nie on musiał patrzeć na jej smutek. Ich sytuacja i tak była ciężka, a on dołożył do tego nawet nie cegiełkę, ale wielką naczepę załadowaną pustakami.

Rogue nic nie odpowiedziała. Przeniosła spojrzenie z Kitty na swoje dłonie, zakryte rękawiczkami. Przez dłuższą chwilę przetrawiała to, czego się dowiedziała.

- Aha – powiedziała w końcu matowym głosem.

To był jedyny raz, kiedy Rogue rozmawiała z kimkolwiek o Gambicie. Od tego momentu jakby przestał dla niej istnieć. Wszelkie nawiązania do niego ucinała lub płynnie zmieniała temat. Kitty wolałaby, żeby Rogue raczej wykrzyczała swoją złość na niego, poczuła wściekłość, żal i dała temu upust, a nie dusiła to w sobie. W takiej sytuacji nie wiedziała, jak może pocieszyć przyjaciółkę. Bo niby w jaki sposób pocieszyć, skoro nie widać tego smutku na pierwszy rzut oka?

Kiedy kilka tygodni później Rogue mogła już opuścić ambulatorium i wrócić do swojego pokoju, nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. W MedLabie czas płynął od kroplówki do kroplówki, od jednego badania do drugiego, od kieliszka z tabletkami do kolejnej dawki. Pozbawiona tej rutyny czuła pustkę. Bez tych punktów kontrolnych, zostawiona ze swoimi myślami w czterech ścianach, czuła się jeszcze bardziej samotna i nieszczęśliwa. Musiała się czegoś chwycić, by zająć swój czas i nie pogrążać się w tych niepokojących głosach, które płynęły jej przez głowę. Znaleźć choć namiastkę kontroli nad sobą i swoim życiem.

Stanęła w progu swojej sypialni na trzecim piętrze i przyjrzała się pomieszczeniu. Ktoś musiał tutaj posprzątać, gdyż łóżko było równiutko zaścielone, książki i notatki nie leżały w takim chaosie, w jakim je zostawiła, a na podłodze nie leżała nawet pojedyncza skarpetka. Kiedy ostatnio tu była, wszystko jeszcze było normalne.

Czuła się tak, jakby wchodziła do cudzej sypialni. Przez chwilę stała po prostu na środku pokoju i rozglądała się wokół. Ostrożnie podeszła do komody, do której zdążyła kilka tygodni temu przenieść część swoich ubrań i powoli odsunęła jedną z szuflad. Przyjrzała się równo ułożonym rękawiczkom i zwróciła uwagę na jedną z nich – jedną z jej ulubionych, długą, z cienkiej jak pergamin skóry. Brakowało jej pary, leżała smętnie samotna w szufladzie. Rogue wyciągnęła ją i przygryzła wargi. To niemożliwe, by zaginęła jej rękawiczka i to na dodatek jej ulubiona. Szybko otwierała kolejne szuflady i przegrzebała ich zawartość w poszukiwaniu zguby. Po chwili przetrząsnęła szafę, biurko, odsunęła też łóżko i sprawdziła uważnie łazienkę.

Rękawiczki nigdzie nie było.

Wciąż trzymając tę jedną w rękach, zeszła do swojej starej sypialni, którą współdzieliła z Kitty. O ile połowa pokoju należąca do Kitty tonęła w ubraniach, czasopismach, butach i kosmetykach, tak przestrzeń Rogue była niemalże dziewiczo nietknięta. Zdmuchując z czoła biały kosmyk, w kilku susach znalazła się przy swojej komodzie. Odsunęła szufladę z rękawiczkami i zaczęła przebierać w niej nerwowo, szukając zaginionej pary. Nie mogła jednak jej znaleźć. Rękawiczek było zbyt dużo, zlewały się w jedną szaroburą masę.

Na czole pojawiły się pierwsze kropelki potu. Oddech zaczął jej nerwowo przyspieszać.

Wreszcie wyciągnęła szufladę zupełnie z komody i wysypała jej zawartość na dywan. Odrzuciła ją gdzieś na obok i doskoczyła do kupki rękawiczek. Przebierała w niej nerwowymi, chaotycznymi ruchami, aż nagle zamarła.

Zaplątana w długie operowe rękawiczki z czarnej koronki leżała karta.

Trzęsącymi się dłońmi podniosła ją z podłogi.

As kier.

Przez chwilę miała taką szaloną myśl, że Remy zostawił dla niej jakąś wiadomość, że być może ta karta jest jakoś związana z jego nieobecnością. Serce waliło jej jak oszalałe.

A później uświadomiła sobie, że to musiała być jedna z kart, którą Gambit zostawił podczas inspekcji pokojów uczniów, gdy ulepszał system alarmowy. Mimo że było to zaledwie trzy miesiące temu, Rogue miała wrażenie, jakby to było w zupełnie innym życiu.

Powietrze zupełnie z niej zeszło i poczuła ogromny zawód.

Oparła się plecami o swoje łóżko, podciągnęła kolana do brody, wciąż wpatrując się w kartę. Przeczesała włosy i zacisnęła powieki. Narastająca gula niewygodnie kłuła w gardle, utrudniając spokojne i miarowe oddychanie. Podbródek zaczął drżeć, a Rogue nie potrafiła tego powstrzymać. Nie tylko nie miała kontroli nad swoim umysłem, ale teraz również nad ciałem. Nie umiała zatrzymać łez, które początkowo pojedynczo spływały po policzkach, ale chwilę później już wezbrały i potokiem zbierały się w oczach. Nie wiedziała, jak opanować oddech, by przestał być krótki i spazmatyczny.

Nie miała kontroli nad niczym. Nie tylko nad swoim umysłem i ciałem, ale również życiem. Nie potrafiła nawet zadbać o tak durne drobiazgi, jak rękawiczki. Miała dość. Miała dosyć bycia wykorzystywaną, zdradzaną, bierną jednostką, której jedyną wartością jest jednocześnie jej największe przekleństwo – mutacja, która uniemożliwia normalne życie. To, że jedyna osoba, która naprawdę jej się nie bała, odjechała w najgorszym dla niej momencie, było aż nadto czytelne. Gambit widział, do czego jest zdolna. Patrzył na śmierć tamtej dziewczynki, widział, jak Rogue wysysa życie ze słynnej Carol Danvers i doszedł do wniosku, że zwyczajnie nie chce mieć do czynienia z kimś takim jakim jak ona.

Z potworem.

Nie potrafiła powiedzieć, czy to była jej własna myśl, czy jednej z zaabsorbowanych osobowości. Nieważne, to i tak była prawda.

Wciąż ściskając w dłoni kartę, pogrążała się w spazmatycznym płaczu coraz bardziej i bardziej. Tak bardzo, że nie zauważyła, jak w ścianie pojawiła się twarz Kitty. Zdążyła przefazować tylko w pół kroku, zszokowana widokiem szlochającej Rogue zatrzymała się gwałtownie, nie wiedząc, co zrobić. Zauważyła trzymaną w dłoni kartę i resztę sobie dopowiedziała. Zacisnęła wargi i po chwili zawahania wróciła z powrotem na korytarz. Oparła się głową o ścianę i westchnęła.

Wiedziała, że Rogue nie pogodziła się z odejściem Gambita i oto ma na to dowód. Była pewna, że ta cała obojętność i stoicka reakcja na jego wyjazd to tylko fasada. Miała świadomość, że musi jakoś pomóc przyjaciółce. Zacznie od rzeczy najprostszej.

Nie powie Rogue ani słowa o tym, że podczas sprzątania jej pokoju na trzecim piętrze znalazła zaproszenie na randkę od Gambita. Pogratulowała sobie w myślach, że nie zostawiła liściku, tylko zabrała go ze sobą. Przez ostatnie tygodnie walczyła ze sobą i kilka razy była o krok od poinformowania Rogue o swoim znalezisku, ale za każdym razem gryzła się w język, czując, że to jeszcze nie pora na to. Teraz już wiedziała, że ta pora w ogóle nie nadejdzie. Rogue musi się jak najszybciej odciąć od wszystkiego, co łączyło ją z Gambitem.

18 kwietnia

Mam ochotę się ukryć. Zakopać pod jakimś grubym kocem, nie wyściubiać nosa i najlepiej nie myśleć. Albo inaczej – nie słyszeć moich myśli. Carol zasypuje mnie obrazami swoich wspomnień – swojej rodziny, swoich mężczyzn, swojego życia. Ciągle słyszę jej głos, że zrobiłam coś gorszego niż zabójstwo. Że wolałaby zniknąć z tego świata, niż być zaledwie marnym cieniem w mojej chorej głowie. Profesor kazał mi wyciszyć ją, nie pozwolić dojść do głosu. Nie, nie mogę tego zrobić. Przez wzgląd na to, co z nią zrobiłam, muszę teraz przyjąć to brzemię. Nie wiem, co jest gorsze: jawa czy sen. Jest źle, bardzo źle. I czuję, że czegoś mi bardzo brakuje.

23 kwietnia

Carol Danvers. Carol Danvers. Carol Danvers.

24 kwietnia

Nie podejdę do egzaminów SAT. Nie w tym stanie. Każda myśl jest skażona osobowością Carol Danvers. Absolutnie każda. I wszystkie one krzyczą, że powinnam umrzeć.

Rześkie powietrze zdawało się odganiać ostatnie tchnienia zimy. Trawa już się na dobre zazieleniła. Drzewa zaczynały kwitnąć, a kwiaty barwnie wyrastały z klombów. W takich chwilach Jean cieszyła się, że Instytut był tak daleko od miasta. Większość tych zielonych terenów była tylko do dyspozycji uczniów Charlesa Xaviera, dzięki czemu każde wyjście do niewielkiego parku naprzeciwko Instytutu niemal zawsze było intymne i spokojnie. Dzięki temu Jean nie musiała się obawiać, że spacer zostanie zakłócony przez kogoś obcego.

Tym razem jednak to wyjście nie było beztroskim włóczeniem się ze Scottem, choć żałowała, że nie ma go obok. Może nie byłoby tak dziwnie.

Szła tuż obok Rogue. Milczącej, pogrążonej w swoich myślach Rogue. Wyciągnęła ją na ten spacer pod wpływem Xaviera.

- Spróbuj sprawdzić, co się u niej dzieje – poprosił dzień wcześniej. O dziwo, Rogue się zgodziła. Ale nie miała zamiaru ułatwiać, toteż nie odezwała się ani słowem. Mimo to jednak pozwoliła zajrzeć Jean do środka. Do swoich myśli.

Już po kilku chwilach Jean miała dość. Zaczęła boleć ją głowa, gdy wsłuchiwała się w orkiestrę myśli, które miała w sobie Rogue. Dziesiątki głosów, niektóre były uporczywie głośne, inne bardzo ciche. Szukała wśród nich Rogue, ale dziewczyna chyba nauczyła się już z nimi kryć. Ot, chociaż taki sukces poczynił Xavier podczas swoich sesji – dziewczyna bardzo dobrze potrafiła postawić mentalną barierę.

Wyszły z parku kilka minut później i skierowały się w stronę Instytutu. Jean już nawet nie próbowała zagadywać. Szła w milczeniu tuż obok Rogue.

Tuż przed drzwiami dziewczyna wreszcie spojrzała na nią. Trochę wyczekująco, trochę wyzywająco. Jean jedynie zmarszczyła brwi i wyciągnęła ręce, by ją objąć.

- Daruj sobie – rzekła Rogue i weszła do Instytutu.

Jean rozmasowała skronie i oparła się o drzwi wejściowe.

- Nie umiem, profesorze – jęknęła do siebie.

28 kwietnia

Jean zabrała mnie na spacer. Milczałyśmy całą drogę, ale ona słuchała. I wiem, że wyszła z taką inicjatywą, by mi pomóc, jednak jedyną rzeczą, jaką zrobiła na koniec, było pełne litości westchnięcie oraz chęć przytulenia mnie. Nie potrzebuję tego. Nie od niej.

30 kwietnia

Staram się nie poddawać emocjom. Staram się odizolować od wszystkich uczuć. One mnie zabiją, nie daję rady. Mam na imię Rogue, Rogue, ROGUE.

Tabitha wróciła tej nocy wyjątkowo późno. Na szczęście Starego nie było w domu, więc mogła bezpiecznie wrócić do Instytutu, niewywęszona przez nikogo. Bez groźby dodatkowych treningów w Danger Roomie wśliznęła się do środka Instytutu. Wszyscy już spali, więc starała się zachowywać ciszę.

Ostrożnie wspięła się po schodach, omijając przy tym newralgiczne miejsca, w których drewno niesamowicie głośno skrzypiało. Jeden fałszywy ruch i Stary już by się obudził. Ale hej, Starego dziś nie ma – zachichotała do siebie Tabby i skręciła w skrzydło, w którym miała sypialnię. Momentalnie się zatrzymała, a serce zaczęło jej szybciej łomotać, gdy zobaczyła smugę światła na podłodze. Powinna od razu zmiatać do swojej sypialni, ale ciekawość zwyciężyła. Bezszelestnie, na tyle, na ile pozwalała jej nieco wstawiona świadomość, ruszyła w kierunku otwartych drzwi do łazienki, z której sączyło się światło. Najpewniej ktoś po prostu zapomniał zgasić, na pewno – powtarzała sobie. Ostrożnie uchyliła drzwi i zamarła. W wannie pełnej wody leżała Rogue z przymkniętymi oczami. Prawa ręka była przewieszona przez krawędź wanny. Kapała z niej krew, która zdążyła stworzyć już całkiem pokaźną plamę na podłodze. Tuż obok leżał niewielki nożyk.

Tabitha krzyknęła.

7 maja

Znaleźli mnie nieprzytomną w łazience. Podobno chciałam sobie podciąć żyły. Nic nie pamiętam. Profesor rozkłada ręce, sesje nie pomagają. Kitty chodzi za mną krok w krok. Zupełnie jak Carol. Carol, czego chcesz?

8 maja

Bawi się mną. Męczy koszmarami, w dzień zasypuje myślami. A gdy na chwilę dała mi odpocząć, wróciła zaraz ze zdwojoną siłą. Czuję się jak drzewo pożerane przez pasożyta. Nie jestem w stanie uciec. Potrzebuję azylu. Tylko gdzie on jest?

- Stripes, co tam?

Rogue uśmiechnęła się do siebie. Gdy wszyscy inni skakali wokół niej, starając się przy tym jak najostrożniej cedzić słowa, Logan po prostu przychodził, siadał obok i rzucał najbardziej sztampowym pytaniem.

- Wszystko w porządku – zażartowała.

- Nie zamierzasz się dzisiaj zabić, prawda? – zapytał, odpalając papierosa.

- Ja nie – odparła. Sięgnęła w jego kierunku dłonią. – Mogę?

- Od kiedy palisz? – spytał zaskoczony, ale podał jej papierosa.

- Chyba od lutego – prychnęła. Zaciągnęła i wydmuchała smugę dymu. Z zadowoleniem zaciągnęła się jeszcze raz i oddała papierosa Loganowi. – Nie wiem, która z tych osób aż tak lubiła palić – mruknęła do siebie.

- Na pewno nie ta ośmiolatka – odparł cierpko Logan. Rogue spojrzała na niego ciężko.

- To było poniżej pasa – odrzekła i podciągnęła kolana do brody. Siedzieli na dachu Instytutu i wpatrywali się w zachód słońca. Na niebie nie było żadnej chmurki, dzieciaki korzystały z pięknej pogody i biegały w okolicach Instytutu. Altana tuż przy klifach obrosła już zielonymi pnączami.

- Prędzej czy później będziesz musiała się z tym pogodzić – odparł z przekonaniem Logan. – Nie możesz udawać, że nic takiego nie miało miejsca. Ale musisz pamiętać, że to nie twoja wina – podkreślił.

Rogue uśmiechnęła się gorzko. Jakie to dla nich wszystkich proste.

- Wiesz, że w ogóle jej nie słyszę? – oparła się głową o ramię Logana. To był chyba dowód na to, jak blisko byli ze sobą. Wciąż pamiętał o tym, że Rogue jest jego uczennicą, podopieczną, ale coraz częściej myślał o niej jak o przyjaciółce. To rodziło pewniej rodzaj intymności, na który pozwalał tylko jej, a ona tylko jemu.

- Na jej miejscu też bym się nie wychylał, gdybym miał w ten sposób konkurować z Magneto albo innym popaprańcem – odrzekł Logan.

- Ja muszę – mruknęła Rogue.

Zapanowała cisza.

- Może pora na powrót do treningów w Danger Roomie? – zapytał od niechcenia. Pomysł konsultował już z Xavierem, który pozostawił mu wolną rękę w tej kwestii.

- Nie wiem, czy dam radę – odparła po chwili.

- To ci pomoże. Rozładuje cię, zobaczysz – zapewnił Logan.

11 maja

Wyciszam się. Tłumię jej myśli. Ale ona wraca, wrzeszczy, męczy, przywołuje obrazy ze swego życia. Nie daję rady. Logan zasugerował powrót do treningów. Że to ma mnie rozładować, pomóc. Wiem, co może mi pomóc, ale Logan nie jest w stanie mi tego dać. Zawierzyłam, zaufałam…

14 maja

Treningi są dobre. Chcę wypełnić każdy dzień treningami, ale zarówno Logan jak i profesor sugerują mi, bym nie forsowała tak swojego organizmu. To czym mam się zająć? Na czym skupić myśli? Czuję się jak nieproszony gość we własnym ciele.

15 maja

Latanie. Nigdy nie czułam się tak wolna, jak podczas latania. Nawet Carol milczy, gdy unoszę się wysoko w niebo. Z pewnością to lubiła. Wolność. Dystans do wszystkich spraw. Tam, w górze, wszystko wydaje się proste. Każdy problem zdaje się być zaledwie drobnostką. Dlatego powrót na ziemię tym bardziej boli.

17 maja

Nie potrzebuję nikogo. Sama dam sobie z tym wszystkim radę, jak zawsze. Tylko mam wrażenie, że…

18 maja

Płaczę. Wszyscy wyszli grillować, opalać się, kąpać w basenie. Tylko Logan do mnie zagląda od czasu do czasu. Udaję, że śpię. Nie potrzebuję litości. Carol zmieniła taktykę. Już nie krzyczy, że mnie nienawidzi, że powinnam umrzeć i jestem odpowiedzialna za zło tego świata. Teraz słodkim głosikiem sączy jad w moje myśli. Zatruwa je. Komentuje każdą moją myśl, każde słowo i gest. Próbuje mi wmówić, że jestem śmieciem, że nikt nie życzy sobie mojej obecności, że jestem dla nich tylko skażonym elementem tego świata, który trzeba anihilować. Wiem, że nie mogę się temu poddać. Swoje najgłębsze myśli chowam przed jej wzrokiem, bo jeśli dotrze do nich, wykorzysta je przeciwko mnie. A przed nimi nie potrafię się bronić.

19 maja

Muszę sobie powtarzać, że jestem potrzebna światu. Nie dam się tej żmii.

Rutyna dnia codziennego była mile widziana w Instytucie Charlesa Xaviera. To zawsze lepsze niż walki z innymi mutantami, czy stawianie czoła wrogiej społeczności. Kiedy możesz spokojnie, bez pośpiechu popijać kawę zbożową, przegryzać tosty i wpatrywać się w zieleń radośnie rozkwitającą za oknem, nie potrzebujesz nic więcej. Kitty uśmiechnęła się na widok kwiatów, które zdążyły już udekorować ogród Ororo.

- Mogę się przysiąść, Katya? – usłyszała za sobą głos Piotra. Odwróciła się i z uśmiechem przywitała chłopaka. Skinęła głową i przesunęła się nieco w lewo, by również Piotr mógł spoglądać w okno podczas pochłaniania ogromnego omletu.

Coraz bardziej ceniła sobie jego towarzystwo. W porównaniu do jej wybuchowego, nerwowego chłopaka, Piotr był dla niej ostoją spokoju i rozsądku. Potrafił ją pocieszyć, a jednocześnie jego prostolinijność okazała się cenną cechą, gdy przychodziło do proszenia o radę – Piotr jak nikt inny podchodził do jej problemów. Uważnie jej słuchał, czasem podsuwając zupełnie inne spojrzenie na daną sprawę. Chyba tylko dzięki niemu jej związek z Lancem wciąż trwał.

- Ororo ma niesamowitą rękę do kwiatów – zauważyła, wpatrując się w rabatę kolorowych tulipanów. – Aż chciałabym zerwać kilka i postawić je sobie w wazonie w moim pokoju – dodała, wzdychając lekko.

- A nie możesz tego zrobić? – spytał Piotr.

- Storm chyba by mnie zabiła – zaśmiała się Kitty. – Swoje rośliny traktuje jak dzieci.

- Po cóż hodować kwiaty, by nie móc ich później zerwać i cieszyć się nimi w swoim pokoju? – zapytał Piotr, ale po chwili wzruszył ramionami i wrócił do jedzenia.

- Wydaje mi się, że chce mieć nad nimi pełną kontrolę – odparła Kitty. – Po tym, co spotkało Evana, prawie nie wychodziła ze swojego ogrodu. To chyba jest taka jej ucieczka, wiesz? – Kitty spojrzała na Piotra, który zmarszczył brwi i przytaknął głową ze zrozumieniem. Widząc, że Kitty patrzy na niego, lekko się zaczerwienił i skupił na powrót na swoim talerzu. Kitty wróciła do obserwowania ogrodu, uśmiechając się lekko. Piotr od jakiegoś czasu często się przy niej rumienił, co samo w sobie było zabawne: wielki, rosły chłopak, który robił się czerwony w obecności drobnej, małej dziewczyny. Kitty uważała, że to było na swój sposób urocze.

- Od śmierci Evana minęło bardzo dużo czasu, a mimo to Ororo wciąż się nie pozbierała tak do końca – kontynuowała Kitty. – Boję się pomyśleć, ile jeszcze przed Rogue, nim odzyska równowagę…

- Czas leczy rany, Katya – odparł filozoficznie Piotr. – Poza tym zarówno pani Munroe, jak i Rogue są otoczone bliskimi. To na pewno im pomaga.

Kitty spojrzała smutnymi oczami na Piotra. Jej sumienie podpowiadało, że nie zrobiła wszystkiego, by pomóc Rogue. Na początku próbowała, starała się wesprzeć, skłonić do rozmowy i zwierzeń, ale Rogue w najlepszym razie milczała. Czasem wybuchała gniewem, a ostatnio krzyknęła jej prosto w twarz, by wszyscy dali jej spokój.

Nawet nie wiedziała, kiedy zaczęła o tym opowiadać Piotrowi. Gdy w oczach zakręciły się jej pierwsze łzy, Piotr nieco nieporadnie objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Chlipała mu wprost do talerza, a Piotr jedynie delikatnie klepał ją po plecach.

- Nie umiem jej pomóc, a byłyśmy przecież przyjaciółkami…

- Jesteście – poprawił ją Piotr. – Jesteście przyjaciółkami, Katya.

- Nie rozumiesz – przerwała. – Ona nie chce mojej pomocy. A ja już nie wiem, jak do niej dotrzeć. Nie mam pomysłu, brakuje mi chęci…

- Katya. – Piotr obrócił ją do siebie tak, aby mogła spojrzeć mu w oczy. – Rogue potrzebuje czasu. Ona musi jednak wiedzieć, że jesteś obok, gotowa jej pomóc i wysłuchać.

- Mam po prostu czekać? – zapytała, wycierając oczy wierzchem dłoni.

Piotr pokiwał głową.

- Niech wie, że ją bezwarunkowo akceptujesz. Reszta przyjdzie sama.

Kitty wpatrywała się w Piotra wielkimi, niebieskimi oczami. Wreszcie po dłuższej chwili pokiwała głową i uśmiechnęła się z wdzięcznością.

- Dziękuję – powiedziała tylko.

Kilka godzin później, gdy Kitty weszła do swojego pokoju, zauważyła bukiet tulipanów stojących na jej biurku.

23 maja

Walka z Carol, która toczy się jedynie w mojej głowie, zaczyna z coraz większą siłą oddziaływać na zewnętrzny świat. Staram się, by skutki nie były widoczne dla innych, ale oni chyba dostrzegają, że coś jest nie tak. Kitty się mnie boi, Kurt… nie rozmawiałam jeszcze z Kurtem. Boję się, że gniew, który na niego skieruję, zostanie potrojony przez siedzącą we mnie Danvers. Póki się nie uspokoję, nie mogę pozwolić sobie na tak silne emocje. Szczerze mówiąc, nie mogę się pozwolić sobie na żadne emocje. Ona je wykorzystuje.

25 maja

Jak skorupa. Tylko czy pusta…?

28 maja

Męczę się. Mam dosyć tego pieprzonego świata. Nie da się żyć, gdy wciąż słyszysz głosik w swojej głowie, który mówi ci, że jesteś ścierwem i nie masz prawa do życia. Popadam w obłęd. Staram się to ukrywać, zapewniam wszystkich, że ze mną coraz lepiej. To bardzo, ale to bardzo wielkie kłamstwo. By się nie zdradzić, unikam wszystkich mieszkańców Instytutu. Nie poradzę sobie z tym sama, a jedyna osoba, która może mi pomóc… Nienawidzę go tak samo jak jej.

30 maja

Wznowiliśmy sesje. Profesor, Jean oraz Braddock traktują mnie jak niebywale interesujący obiekt naukowy, który można w dowolny sposób badać, testować i analizować. Bawią się w hipnozę, telepatię, próbują dostać się do środka mnie. Po raz pierwszy stoję murem za Carol, która skutecznie uniemożliwia im grzebanie w moich – czy też naszych – myślach.

4 czerwca

Śpię w ambulatorium przyczepiona do aparatury sondującej moje fale mózgowe. Profesor sugeruje, że być może uda się farmakologicznie stymulować je, by zapewnić mi odpoczynek bez snów. Czuję się jak pieprzone warzywo.

5 czerwca

„Jak myślisz, oni badają cię z troski o ciebie, czy może z chęci zaspokojenia swojej naukowej dociekliwości?" – to pytanie zadaje mi Carol. Zaraz potem rzuca, że wszak nie mam pewności, co dodają mi do kroplówek. Może chcą mieć ze mną spokój? Kto wie, do czego będę zdolna, gdy nie uda im się okiełznać moich mocy. I Carol. Popadam w paranoję.

7 czerwca

Profesor zarzucił mi, że chyba nie chcę się pozbyć panny Danvers z mojej głowy. Nonsens. Zgodzę się na wszystko. Niech robią ze mną cokolwiek, chcę wrócić do stanu przed wchłonięciem Carol.

16 czerwca

Udaje mi się ją blokować. Gdy się skupię, jej głos staje się cichszy, mniej irytujący. Profesor powiedział, że być może uda mi się zbudować mentalną barierę, skąd nie będzie mogła wyjść. Ciao, Carol!

Rogue siedziała na balustradzie altany i obserwowała ocean. Był środek dnia, większość uczniów Instytutu przebywała właśnie w szkole w Bayville i zaliczała rok. Dyrektor łaskawie zgodził się chociaż na to, by egzaminy kończące mogły odbywać się dla nich razem z resztą uczniów. Dla niej był to jednak kolejny taki sam dzień. Sesja w Danger Roomie. Sesja z profesorem. Indywidualny trening z Loganem. Rutyna dnia pozwalała jej trzymać kontrolę nad tym, co działo się w jej życiu i dawało poczucie stabilności i bezpieczeństwa.

- Rogue – usłyszała za sobą ciche trzaśnięcie i zapach siarki. Przymknęła powieki i zastanowiła się, czy chce teraz odbywać tę rozmowę. Wiedziała, że Kurt tego potrzebuje. Zbierał się już kilka tygodni, by pomówić z nią sam na sam. Westchnęła, otworzyła oczy i odwróciła się. Jej brat stał przed nią w swojej prawdziwej postaci, a że był ubrany w białą koszulę i spodnie w kant, dawało to zabawny efekt. Uśmiechnęła się lekko, a Kurt widząc to, wyprostował się i poczuł się ciut pewniej.

- Jak egzaminy? – zapytała. Kurt podszedł do niej i oparł się plecami o balustradę.

- Matematyka nigdy nie była moim ulubionym przedmiotem, ale Forge'owi należy się chyba wielka czekolada. Gdyby nie on, pewnie oddałbym pustą kartkę – odparł i pokręcił głową z dezaprobatą.

- Wiem, Forge bardzo mi pomógł, gdy przygotowywałam się do egzaminów – odrzekła.

Zapadła między nimi niezręczna cisza, przerywana jedynie odgłosami fal, które odbijały się od klifu.

- Rogue… – zaczął Kurt.

- Kurt, wiem, co chcesz powiedzieć. Nie winię cię, naprawdę – odparła, wzruszając ramionami. Chyba nawet wierzyła w to, co powiedziała.

- Jest mi z tym tak źle… czuję, że to wszystko, co teraz przechodzisz, to tylko i wyłącznie moja wina. – Rogue widziała, jak wiele kosztowało go wyrzucenie z siebie tego. Gdyby nie niebieskie futro, pewnie byłby blady, może lekko spocony. Teraz natomiast tylko w jego oczach widziała, jak wiele żalu, złości, frustracji tłumił w sobie.

- Ona cię wykorzystała – odrzekła. – Tak jak ma to w swoim zwyczaju – dodała, wzdychając. Spojrzała na ocean, który stawał się coraz bardziej niespokojny. Gdzieś na horyzoncie zaczęły się gromadzić ciemne chmury.

- Przepraszam, siostrzyczko. – Poczuła, jak miękkie, niebieskie futro wtula się w nią. Kosmate ręce objęły ją mocno, jak jeszcze nigdy dotąd. Trochę niezgrabnie odwróciła się i niepewnie otoczyła ramionami.

19 czerwca

Dzisiaj rozmawiałam z Kurtem. Nie wiem, czy bardziej jestem na niego zła, że tak dał się wykorzystać Raven, czy może że nie chciał mnie słuchać. To się łączy, prawda? Niemniej jednak między nami jest już dobrze. Nie czuję żadnych negatywnych emocji. Mam wrażenie, że ostatnio nie czuję żadnych emocji. Ale chyba wolę taki stan, niż gdy targa mną tyle bolesnych uczuć.

Znowu zaczęłam chodzić do altany nad klifem. Zapach morza, bryza, bezkresny widok po horyzont – odpręża mnie to. A odkąd mogę latać, staje się to jeszcze bardziej intensywne i przyjemne. Gdy się unosisz, wszystkie twoje problemy znikają. Jesteś tylko ty i wiatr. Czujesz, że masz moc. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że wraz z irytującym pasożytem w postaci Danvers, dostałam też pakiet talentów, które wreszcie pozwalają mi wyjść przed szereg podczas treningów, walk, czy misji. Jestem praktycznie niezniszczalna, ataki fizyczne nie robią mi nic. Jestem w stanie latać na długie dystanse. I wciąż mam swoją moc absorpcji. Nie jestem już taka bezsilna.

22 czerwca

Potrafię zablokować Carol na wiele godzin. Ode mnie zależy, czy ją słyszę. To niewyobrażalna ulga. Jednak wciąż, z przyzwyczajenia chyba, tłumię większość emocji. Staram się też nie przywoływać wspomnień, by nie kusić Danvers. Jestem świadoma, że choćby najmniejszy przejaw lekkomyślności może spowodować wielki come back Carol. Wiem, że nie jest to stabilna ochrona przed nią, wiem, że jest zawodna, wiem też, że to nie będzie trwało długo i kiedyś wybuchnie. Ale, cholera, jeśli może mi to zapewnić trochę spokojnego czasu, w którym słyszę przede wszystkim siebie i tylko siebie – to jest to warte wszystkiego.

Tabitha, wspólnie z kilkoma innymi starszymi uczniami, siedziała na trawniku w pobliżu Instytutu. Pierwsze dni lata przyniosły bezchmurne niebo i wysoką temperaturę. Wszystko wokół już zdążyło rozkwitnąć i oszałamiało teraz bogactwem kolorów i zapachów. Tabby rozłożyła się na trawie i leniwie sięgnęła w kierunku krzaku pelargonii. Zerwała kolorowy kwiatek i z uśmiechem obracała go w palcach.

- No, dzieciaki – zaczęła – już po egzaminach, mamy wolne aż do wyników.

- Do wyników? – Kitty uniosła brew i spojrzała pytająco na resztę uczniów.

- Nie wiem, jak u ciebie, Kitty-Kat, ale jak papcio Charles zobaczy moje wyniki, to furiatka Jean będzie przy nim potulnym kotkiem – zaśmiała się. – Będziecie mnie widywać rzadziej niż Rogue.

Sielska atmosfera momentalnie zmieniła się w niewygodną ciszę.

- W ogóle co u niej? – zapytał po dłuższej chwili Bobby. Nie pamiętał, kiedy ostatnio widział ją na wspólnym obiedzie. Ciągle siedziała w swoim pokoju lub snuła się samotnie po posiadłości.

- Jean mówiła, że radzi już sobie ze świadomością Carol – odpowiedziała cicho Kitty. Z jakiegoś powodu odczuwała wyrzuty sumienia. Tak jakby samo mówienie o Rogue było tematem zakazanym.

- Może niedługo dołączy do nas na treningach? – rzucił pytaniem Kurt. Nie chciał na nikogo patrzeć, więc wzrok skierował w dół i bezmyślnie skubał trawę. Rozmowa o jego siostrze wiązała się z nieprzyjemną świadomością, że w dużej mierze on jest temu winien, mimo że nikt nie sformułował wobec niego żadnych oskarżeń.

- Na to jest jeszcze podobno za wcześnie – westchnęła Kitty. – Ale o szczegóły musiałabym wypytać Jean, a wolałabym tego ten, teraz nie robić. Strasznie nerwowa się zrobiła – dodała.

- Moim zdaniem Rogue ma depresję – odezwała się po raz pierwszy Amara. Wszyscy wlepili w nią spojrzenie, ona natomiast pokiwała głową. – Postawcie się w jej sytuacji. Przez to, że nie może kontrolować swojej mutacji, ginie niewinna dziewczynka. Dorosła kobieta jest w śpiączce bez szans na wybudzenie, za to żyje w umyśle Rogue. Zgadnijcie, o czym jej gada dzień w dzień.

O ile atmosfera do tej pory była gęsta, tak teraz można było ją ciąć nożem.

- A jedyna osoba, która miała jakikolwiek wpływ na Roguey, zostawiła ją samą – wtrąciła Tabitha po chwili. – Imbecyl z tego LeBeau.

Kitty wytarła wierzchem dłoni formującą się łzę. Była zła na siebie, że nie mogła pomóc swojej przyjaciółce. Nie wiedziała, co robić. W jej obecności czuła się zbędną osobą, którą Rogue ledwie tolerowała. Praktycznie się nie odzywała, a jeśli już, to tylko odburkiwała. Zamykała się na całe dnie w swoim pokoju na trzecim piętrze. A Kitty choć chciała, to nie potrafiła tak po prostu przyjść i zacząć rozmawiać.

Z całego towarzystwa tylko Tabitha zauważyła kątem oka, jak okno na trzecim piętrze – tuż nad nimi – cichutko się zamyka. Zmarszczyła brwi, ale nie powiedziała nic reszcie. Wystarczy, że tylko ona się poczuła parszywie z tym, że Rogue słyszała całą rozmowę.

24 czerwca

Chyba nie daję rady już płakać, czuję się osaczona przez własne myśli. To był ciężki, bardzo ciężki dzień. Mam wrażenie, że jestem tylko lalką, którą kieruje ktoś z zewnątrz. Godziny mi mijają na bezproduktywnym gapieniu się w ścianę. Albo sufit. Albo płaczę. A teraz, gdy oczy mam wyschnięte na wiór, po prostu obserwuję, jak na suficie rozlewają się plamy światła z lamp ogrodowych. Staram się nie myśleć o niczym.

Amara trafiła w punkt. A Tabitha… Tabitha ma rację.

26 czerwca

Jest kilka minut po północy. Leżę w ambulatorium podłączona do aparatury. Poprosiłam profesora McCoya, by pozwolił mi zasnąć bez snów. Wiem, że śniłabym o… szczurach. Tak, Carol, o szczurach. Niczego więcej się nie dowiesz.

14 lipca

Sentinels. Nie mogłam im pomóc, nie pozwolili mi wypróbować moich nowych mocy. „To nieodpowiedzialne, Rogue" – Jean. „Jeszcze nie jesteś gotowa" – Braddock. „Jeszcze się wykażesz, teraz zbieraj siły" – Kitty. Przeżyłam to wszystko po to, by teraz być jeszcze bardziej bezużyteczna niż wcześniej.

19 lipca

Nie. Pozwolę. Jej. Na. To. Próbuje się wydostać, miota się jak w klatce. Chce węszyć, znaleźć moje słabości. Chce mnie ugodzić czymś bolesnym, po czym nie wstanę.

Kitty stała tuż przed drzwiami prowadzącymi do pokoju Rogue. Wahała się, czy zapukać, czy lepiej odwrócić na pięcie i wrócić do salonu, gdzie za kilka minut mieli oglądać film. Obawiała się reakcji swojej przyjaciółki. Czuła się bezsilna, ale przypomniała sobie słowa Piotra – Rogue musi wiedzieć, że może na nią liczyć i że w razie czego jest tuż obok, do jej dyspozycji.

Wyprzedzając kolejną lawinę obaw, zapukała cicho.

Przez chwili nie było nic słychać poza głośno bijącym sercem Kitty. Ta chwila była bardziej stresująca niż egzaminy. Zresztą, egzamin zawsze można było poprawić, tutaj nie było natomiast takiego komfortu.

Gdy drzwi cichutko skrzypnęły i w wejściu pojawiła się Rogue, Kitty musiała się opanować, by nie pisnąć ze strachu. Nie spodziewała się tego, była pewna, że Rogue ją zignoruje, tak jak robiła to kilka miesięcy temu.

- Tak? – Rogue spytała cicho. Kitty nie pamiętała, kiedy stała tak blisko swojej przyjaciółki. Dopiero teraz zauważyła, jak ostatnie wydarzenia odbiły się na jej wyglądzie. To, że przestała nosić makijaż, zauważyli już wszyscy. Ale dopiero teraz dostrzegła sine, podpuchnięte podkówki pod oczami, suche, spierzchnięte usta, czy zaczerwienione skrzydełka nosa – zapewne od płaczu. Miała ochotę bez słowa przytulić przyjaciółkę, ale wiedziała, że na to stanowczo za wcześnie.

- Mogę wejść? – poprosiła Kitty. Rogue zawahała się, ale wpuściła ją do pokoju. Kitty czuła się niezręcznie, widząc stosy zmiętych chusteczek walających się po całym pomieszczeniu. Kiedy ostatnio tu była, pokoik był wręcz ascetycznie urządzony, ale schludny, czysty i jakby lżejszy. Teraz białe gołe ściany wręcz ziały chłodem. Brakowało tu akcentów świadczących, że pokój do kogoś należy.

- Coś się stało? – zapytała uprzejmie Rogue, ale za wszelką cenę unikała kontaktu wzrokowego z Kitty. Usiadła na łóżku i oparła się o ścianę.

Kitty nieomal parsknęła. „Coś się stało?"? Serio, Rogue? Pytasz, czy coś się stało? Ty?! – powtarzała sobie w myślach, ale dzielnie trzymała fason. Nie może jej spłoszyć.

- Nie chciałabyś pomalować tego pokoju? – wymsknęło się jej, na co Rogue spojrzała na nią zdezorientowana. – Mogłybyśmy dokupić jakiś dywanik. I fajniejszą pościel. Można by też znaleźć jakieś fajniejsze biurko – Kitty się nakręcała i głośno wymieniała, co jeszcze można by tu zmienić. Rogue obserwowała ją z coraz większym zdumieniem na twarzy.

- Kitty… – zaczęła, ale dziewczyna dalej trajkotała. – Kitty! – podniosła głos, na co wreszcie zareagowała.

- Co?

- Ja nie chcę nic zmieniać – odpowiedziała Rogue kręcąc przy tym nieznacznie głową z nieomalże przepraszającym uśmiechem.

Kitty poczuła, jak opuszczają ją siły. Opadły jej ramiona, uśmiech znikł i zastąpił go grymas. Ale po chwili wykrzesała w sobie uśmiech. Powtarzała sobie w myślach, że musi być silna. Musi być silna dla Rogue.

- Dobrze, na razie wstrzymam swoje designerskie zapędy – odparła spokojnie. – Ale nie możesz mi odmówić jednego, Rogue.

- Nie lubię, gdy tak zaczynasz – westchnęła. Kitty uśmiechnęła się do siebie, przez chwilę to brzmiało jak stara dobra Rogue.

- Nic się nie bój! – odparła ze śmiechem. – Mamy nowy film z Kapitanem Ameryką. Obejrzysz go z nami?

Rogue już miała odpowiedzieć, że nie, że źle się czuje, że wolałaby zostać w pokoju, ale coś ją tknęło, by się zgodzić. Być może była to próba przekonania samej siebie, że wcale nie jest z nią aż tak źle. Przemknęło jej przez myśl, że Danvers wolałaby, żeby została w tym pokoju do śmierci. I być może dlatego – na przekór – zgodziła się zejść z Kitty na dół do salonu pełnego jej dotychczasowych przyjaciół.

Kitty odetchnęła z ulgą i wyszła wspólnie z Rogue z pokoju. Teraz tylko pozostało przekazać reszcie, że wcale nie będą oglądali po raz kolejny Dziennika Bridget Jones.

31 lipca

Chyba powoli odnajduję się w tej sytuacji. Logan mógł się przyzwyczaić do tego, że podręczny zestaw ostrzy ma, no cóż, pod ręką. Nawet Evan potrafił żyć ze swoją mutacją. Więc czemu ja miałabym sobie nie dać rady z tym, że słyszę w swojej głowie Danvers? Zaczynam się do niej przyzwyczajać, naprawdę. Wiem, że lubiła lody orzechowe. Potrafiła też grać na pianinie. Czasem schodzę na dół i pozwalam jej, by kierowała moimi palcami podczas gry. Nie jest to taki sam stan, gdy na przykład pozwoliłam Magneto przejąć moje ciało. To jest coś innego. Jestem świadoma swoich i jej myśli. Pewnie dlatego przejęłam też jej moce na stałe. Ciekawe, czy to dlatego, że nasz dotyk trwał o wiele dłużej niż w, nazwijmy to, normalnych przypadkach? Profesor nie jest w stanie odpowiedzieć mi na to pytanie. Na razie jest zadowolony, że udało mi się dojść do siebie.

3 sierpnia

Jest rekordowo gorąco. Kitty przekonała mnie, bym zrezygnowała z zabudowanych ubrań i zaufała reszcie mieszkańców Instytutu. W efekcie po raz pierwszy od wielu, wielu lat, pokazałam się w szortach i krótkim topie. Wspólnie z resztą opalałam się nad basenem. Zupełnie jak nie ja, prawda? Mam wrażenie, że Danvers maczała w tym palce. Żałuję, że nie mogłam wskoczyć do wody czy grać z nimi w siatkówkę. Zbyt duże ryzyko, że kogoś dotknę. A naprawdę nie chciałabym mieć na stałe w swojej głowie na przykład zboczonego Bobby'ego.

Danvers wciąż sączy mi destruktywne myśli. Powoli udaje mi się je zagłuszyć, bo z ignorowaniem nie mam już problemu. Przywykłam do niej, jednak wciąż jest jak upierdliwy wrzód na… dobrze wiem, co chcę napisać, Danvers. Jesteś wrzodem na dupie. Czasem budzi mnie w nocy, nasyłając koszmary. Czasem wybiera inną taktykę, karmi mnie obrazami ze swojego życia, gdzie przytula się, całuje lub kocha z różnymi mężczyznami. Próbuje wpędzić mnie w depresję za pomocą czegoś, z czym się już dawno pogodziłam. Może nie pogodziłam, ale przywykłam. Jak do wrzodu na dupie.

10 sierpnia

Bardzo potrzebuję chwili samotności. Chciałabym zamknąć się w moim maleńkim pokoiku na trzecim piętrze i nikogo nie słuchać. Ale nawet jeśli będą najbardziej wyalienowaną postacią w Instytucie (nawiasem mówiąc, już taka jestem), to wciąż nie mogę zostać zupełnie sama. Carol tylko czyha na to, bym podała jej jak na tacy pikantne szczegóły z mojego życia, którymi będzie rzucała mi w twarz. A naprawdę muszę przemyśleć kilka spraw. Są jak pobieżnie zalepione rany, prędzej czy później znowu się otworzą. A żeby je wyleczyć, muszę je oczyścić. Zabawne, ale Braddock zaoferowała swoją pomoc nie tylko w terapiach z profesorem. Nie wiem, co nią dokładnie kieruje.

13 sierpnia

Profesor uznał, że niedługo będę gotowa na treningi z resztą grupy. Czeka nas reorganizacja strategii. Od teraz jestem jedną z głównych postaci, wokół których kumuluje się akcja. Jestem pewna, że z każdym z X-Menów byłabym w stanie wygrać 1 vs 1. Chyba tylko telepaci mieliby ze mną szanse. Bucera? Sama nie wiem. Ciężko mi powiedzieć, czy wolałabym być potężnym mutantem, czy normalnym człowiekiem bez żadnych mocy. Nonsens, Rogue. Oczywiście że podoba ci się obecny stan.

19 sierpnia

Jestem pustą skorupą. Kitty dzisiaj ostatecznie zerwała z Lancem, a ja nie potrafiłam wykrzesać nawet słowa współczucia. Nie potrafiłam nawet wczuć się w jej sytuację. Stałam jak kołek i powstrzymywałam się od lekceważącego wzruszenia ramionami. Jedyne, co czuję, to chyba tylko strach. Że kiedyś otworzę się z emocjami przed Carol.

23 sierpnia

Siedzę na dachu Instytutu. Jest noc. Ciepło, wręcz duszno. Daleko widać błyskawice. Pewnie wkrótce i tutaj rozpęta się burza. Na razie korzystam z czystego nieba i rozkoszuję się zapachem lata. Słyszę świerszcze cykające w trawie. Fale uderzające o klif od strony altanki. Delikatny szum wiatru zwiastujący nadchodzący deszcz. Nawet Danvers siedzi cicho.

Chyba już mi wszystko jedno. Spychanie emocji na dalszy plan procentuje. Przyglądam się im z dalszej perspektywy, analizuję na chłodno. Wciąż czuję, że jestem wściekła na niego. Ale on już nie wróci. Po co zatem mam pielęgnować w sobie jakiekolwiek uczucie względem niego? Nawet na to nie zasługuje. Przestałam się zastanawiać, dlaczego zniknął. Chociaż nie, ale to chyba tylko zwykła ciekawość. Nic ponadto.

Nie wiem, dlaczego się oszukuję. Czuję jawną niesprawiedliwość. Zbyt dużo osób mną manipulowało, zbyt dużo osób zostawiło mnie, gdy ich najbardziej potrzebowałam. Przeżyłam zdecydowanie za dużo jak na dwudziestolatkę. Nie chcę, by ktoś znowu mnie skrzywdził. Czy w ogóle jest to możliwe? Nie mam rodziny, jestem skazana na życie w samotności, cichy głosik ciągle namawia mnie do popełnienia samobójstwa. Nie jestem pustą skorupą. Jestem doszczętnie rozbitą skorupą.

26 sierpnia

Powoli tracę panowanie nad sytuacją. Stan sprzed kilkunastu dni, gdy byłam pewna swoich możliwości oraz ograniczeń, zmienia się. Mam wrażenie, że pod skorupą wcale nie jest pusto, bynajmniej; że płynie pod nią lawa, która za chwilę rozsadzi to wszystko. Logan chyba coś zauważa. Widzę, że próbuje coś zrobić. Zwiększył częstotliwość treningów, prosi o pomoc w garażu, nawet zaproponował wspólną przejażdżkę na motorach. Wiem, że chciałby ze mną porozmawiać. Ale to Logan, on tak po prostu nie rozmawia. Wspominał, że X23 się z nim skontaktowała. Porozmawialiśmy chwilę na ten temat, a potem on poklepał mnie po plecach i mruknął „wszystko będzie dobrze, Stripes". To chyba najbardziej wylewny sposób okazania mi wsparcia, na jaki stać Wolverine'a. Doceniam to niesamowicie.

28 sierpnia

Polubiłam spacery nocą. Jest cicho, spokojnie i ciemno. Pachnie latem. Nigdy nie będę sama, ale paradoksalnie brakuje mi towarzystwa. Boję się jednak zaprosić kogokolwiek na spacer. Spojrzą na mnie jak na wariatkę. W sumie to już patrzą.

- Rogue, to ty? – Bobby zdziwił się, widząc o tej porze Rogue wchodzącą do Instytutu. Było kilka minut po drugiej, on sam właśnie szedł do kuchni po coś do picia, gdy nagle skrzypnęły drzwi.

- To ja – odparła mało błyskotliwie Rogue i cicho zamknęła za sobą drzwi wejściowe.

- Co robiłaś na zewnątrz o tej porze? – Bobby spytał, drapiąc się po głowie i mrużąc oczy od światła lampy, którą zapaliła Rogue.

- Spacerowałam – odrzekła i zdjęła ciężkie, skórzane buty. – Idziesz na górę? – spytała.

- Nie, miałem iść do kuchni – odparł, ale nadal nie ruszył się z miejsca.

- Mogę iść z tobą? – spytała. Bobby spojrzał na nią zaskoczony.

- J-jasne – zgodził się i oboje poszli do kuchni. Drake otworzył lodówkę i wyciągnął z niej butelkę wody, Rogue tymczasem włączyła czajnik elektryczny.

- Może wolisz herbatę? – spytała. Bobby zawahał się i po chwili schował butelkę z powrotem do lodówki.

- Okej.

W milczeniu czekali, aż woda się zagotuje. Rogue zalała ekspresówki wrzątkiem i zaniosła oba kubki do stołu.

- Nie słodzisz? – spytała.

- Nie – odparł.

Oboje czuli tę dziwną, męczącą ciszę.

- Często tak spacerujesz?

- Coś cię obudziło?

Spytali jednocześnie, po czym z zaskoczeniem zamilkli, by za chwilę się zaśmiać.

- Ty pierwszy – poprosiła Rogue, już pewniejszym głosem.

- Często tak spacerujesz? – spytał.

- Od kilku dni – odrzekła, uśmiechając się niepewnie.

- Nie boisz się?

Rogue zaśmiała się cicho.

- Niby czego? – spytała, spoglądając na Drake'a. – Poza tym jestem w stanie sama się obronić.

- No tak, nowe moce – odparł ze zrozumieniem Bobby. – Nie mogę się doczekać, aż dołączysz do nas na treningach.

- Naprawdę? – zapytała zaskoczona Rogue. Spojrzała na Bobby'ego, który nie tracił z nią kontaktu wzrokowego. Uśmiechnął się do niej ciepło. – Nie boisz—nie boicie się mnie? – dodała po chwili, patrząc na chłopaka.

- Jesteś przecież częścią zespołu – odrzekł i wzruszył ramionami. Rogue pochyliła się, uśmiechając się nieznacznie. Bobby dawno nie widział jej w tak dobrej formie. To znaczy miał nadzieję, że jest w dobrej formie. Uśmiechała się, była taka spokojna. Taka… pogodzona ze sobą.

- A ty czemu nie śpisz? – zapytała.

- Grałem w GTA – odparł z przekąsem Bobby. Gdyby powiedział coś takiego Kitty, czy – o zgrozo – Jean, pewnie czekałoby na niego kazanie. Siedzieć po nocach i grać na komputerze? Nonsens.

- Kradzież aut pewnie działa relaksująco, biorąc pod uwagę nasz styl życia – zaśmiała się Rogue, na co Bobby parsknął śmiechem.

- No tam największym zmartwieniem jest policja, a nie starożytne mutanty opanowujące świat – przytaknął.

- Ach te problemy pierwszego świata – Rogue zachichotała. Bobby z coraz większym uśmiechem ją obserwował. Miał wrażenie, że oto wraca jego stara, dobra Rogue. Zgryźliwa, ironiczna, humorzasta, a nie cicha, lękliwa, przemykająca korytarzami Rogue z ostatnich miesięcy.

- Jutro też idziesz na spacer? – zapytał.

- Pewnie tak, a co? – odparła.

- Mogę iść z tobą?

Rogue uśmiechnęła się.

7 września

Bobby wraca do obowiązków szkolnych, a co za tym idzie – skończyły się nasze nocne spacery po Bayville. Polubiłam je bardzo. Tak jak Bobby'ego. Od tego miesiąca ja również wracam do rutyny. Dzisiaj będzie mój pierwszy wspólny trening w Danger Roomie. Te samodzielne – bądź z Loganem – to zupełnie co innego, niż praca zespołowa. Trochę się tego boję.

Bardziej jednak obawiam się nowego obowiązku zaproponowanego przez profesora. Nauczanie dzieciaków? Co ja im mogę przekazać? Na początek literatura angielska oraz historia. Te dziedziny akurat dobrze mi idą, ale czy dzieci nie będą się mnie bać? To znaczy powinny mieć szacunek przed swoim nauczycielem – dziwnie się czuję nazywając się w ten sposób – ale czy nie będą się bać o swoje życie?

13 września

Obowiązki zapełniają cały mój dzień. Może to i dobrze? Mimo to nadal pozostają długie noce. Wciąż mam problem z bezsennością, więc ten czas zapełniam sobie pisaniem konspektów, poszerzaniem wiedzy, sesjami w Danger Roomie czy lataniem po okolicy. Byle tylko nie mieć czasu na wspominanie.

21 września

Zapełnianie dnia obowiązkami powoduje, że nie mam czasu na rozmyślanie i roztrząsanie przeszłości. Nie mam również czasu na wsłuchiwanie się Carol. Choć, muszę przyznać, trochę się uspokoiła w ostatnim czasie. Chyba też częściej się uśmiecham. Jak tak dalej pójdzie, może uda mi się zdać egzaminy SAT już w marcu?

Ostatnia niedziela września przywitała Nowy Jork słońcem, lekkim, ale ciepłym wiatrem oraz dość wysoką temperaturą. Mimo to czuć już było wkraczającą nieśmiało jesień.

Rogue przeczesała już całkiem długie włosy, które zaczęły skręcać się w delikatne loki. Zmrużyła oczy od słońca i uśmiechnęła się lekko. Spokojnym krokiem ruszyła w kierunku parku, który wciąż witał wszystkich zielenią, choć nieco już przygaszoną.

Spacerowała wydeptanymi ścieżkami, od czasu do czasu mijając mieszkańców Bayville. To pewnie te białe pasemka – tłumaczyła sobie ciekawskie spojrzenia, ale starała się nie zwracać na nie uwagi. Nawet jeśli ci ludzie byli świadomi jej mutacji, to absolutnie nic nie mogli jej zrobić. Gdyby zrobiło się gorąco, po prostu uniosłaby się i odleciała bezpiecznie do Instytutu.

To już niemalże osiem miesięcy – przyszło jej na myśl, gdy usiadła na ławce pod rozłożystym dębem. Wiele się zmieniło w tym czasie. Ale udało jej się przetrwać. Wyszła z tego silniejsza. Danvers nadal była tym irytującym głosikiem w jej głowie, ale była jednym z wielu. Nadal męczyły ją koszmary, ale w razie problemów, mogła liczyć na farmakologiczne rozwiązanie problemu. Fizycznie była jednym z najsilniejszych uczniów Instytutu Charlesa Xaviera. Ale psychicznie, mentalnie, nadal była bardzo krucha, choć już stabilna. Być może to zasługa tabletek, które od kilku miesięcy połyka codziennie rano. A być może po prostu potrzebowała czasu.

Rozmyślania przerwał jej silny powiew wiatru. Spojrzała w niebo. Od zachodu gromadziły się ciemne chmury zwiastujące deszcz, może nawet burzę. Z ciężkim westchnięciem wstała z ławki i skierowała się w kierunku wyjścia z parku. Przez chwilę zastanawiała się, czy po prostu nie polecieć prosto do domu, ale chciała jeszcze się przez chwilę cieszyć spacerem w tę ciepłą pogodę. Zaraz znowu przyjdzie ochłodzenie, a później ta okropna zima.

Rogue tęskniła za Południem. Czasem zastanawiała się, czy by nie pojechać choć na kilka dni do Luizjany, ot, by pooddychać gorącym powietrzem znad Mississippi. Ale wydawało jej się to nierealne. Poza tym tam dopadłyby ją duchy z przeszłości. Nie chciała tego przeżyć samotnie, jeszcze nie była na to gotowa.

Postawiła kołnierz skórzanej kurtki i objęła się ramionami. Wiatr był coraz silniejszy, chmury nad nią zajęły się granatem i ciężką szarością. Liście leżące w alejkach zaczęły intensywnie wirować, a gałęzie drzew uginać się od podmuchów. Włosy poddawały się pogodzie, tworząc wokół jej twarzy aureolę z kasztanowych i białych kosmyków.

Pierwsze krople pojawiły się, gdy wychodziła z parku. Wtedy również pojawiło się to dziwne uczucie, jak gdyby była obserwowana. Zatrzymała się i rozejrzała wokół siebie. Nie było ani żywej duszy. Mimo to jej serce nadal biło zbyt szybko. Zmarszczyła brwi, przygryzła dolną wargę i z lekkim zawahaniem ruszyła dalej, w kierunku Instytutu. To zaledwie kwadrans drogi stąd, nie powinna nawet mocno zmoknąć.

Mimo to, gdy deszcz zaczął intensywnie zacinać, puściła się biegiem. Miała wrażenie, że przed czymś – kimś – uciekała. Mogła przysiąc, że widziała kogoś tuż za nią, ale gdy się odwracała, miała przed sobą jedynie pusty chodnik.

Mokre kosmyki przykleiły się do jej twarzy. Uczucie bycia obserwowaną gdzieś uciekło. Zatrzymała się, pozwalając, by deszcz padał na jej twarz. Przymknęła oczy i zaśmiała się sama do siebie. Jest niepoważna. Niby czego miałaby się bać tak potężna mutantka, jak ona? Zebrała palcami krople, które zatrzymały się jej na powiekach i ruszyła przed siebie już spokojniej. Zmroziło ją, gdy gdzieś w oddali usłyszała ryk motoru. Nie wytrzymała i wzleciała do góry, z niebywałą prędkością lecąc w kierunku Instytutu.

30 września

Wszystkie mi się sypie jak domek z kart…

Rogue postawiła ostatnią kropkę i włożyła do swojego pamiętnika kopertę, którą znalazła na swoim biurku po powrocie ze spaceru. Wciąż mokra od deszczu drżała, gdy po nią sięgała. Łzy napłynęły do jej oczu, gdy wyciągnęła z niej damę kier, na odwrocie której znajdował się adres jakiejś nowojorskiej knajpy w Upper West Side oraz data – najbliższa sobota.

Zamknęła dziennik oraz położyła się na łóżku tak jak stała. Zawinęła się w kłębek, w ramionach trzymając swój pamiętnik i z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w otwarte okno. Mogła przysiąc, że w powietrzu wciąż unosił się zapach papierosów oraz bourbonu.

Bawcie się dobrze w sylwestra! Do zobaczenia już w 2019 roku!