AN: Witam w Nowym Roku! Udało mi się dokończyć ten rozdział (był gotowy już w grudniu, ale musiałam nanieść wieeeele poprawek) i choć nie jestem do końca zadowolona z całości, to wrzucam już teraz, bo w przeciwnym razie dłubałabym nad nim do wakacji. Dziękuję serdecznie za wszystkie komentarze i wiadomości prywatne - niesamowicie mobilizują do pisania ;)
Osiem miesięcy. Osiem długich miesięcy bez żadnej wiadomości. Nie miał pojęcia, jak ona przyjmie sygnał od niego. Czy w ogóle odpowie? Czy może, co zupełnie zrozumiałe, zignoruje go zupełnie?
Osiem długich miesięcy milczenia. Myślał o niej. Bał się nazwać to tęsknotą, ale jej obraz nawiedzał go bardzo często. Niebezpiecznie często.
Jeśli mógłby się zwrócić do kogokolwiek, to tylko do niej. Ciężko powiedzieć dlaczego. Albo ciężko było przyznać. Sam nie wiedział. Bał się nazywać rzeczy po imieniu, zawsze uciekał w subtelne metafory, gry słów i wymijające odpowiedzi. Teraz też nie chciał przyznawać przed samym sobą, co tak naprawdę siedzi w jego głowie. Ważne jest tu i teraz – powtarzał sobie.
Chłodna październikowa noc przyniosła zachmurzone niebo i delikatne podmuchy wiatru. Zbierało się na deszcz. Remy stał na balkonie restauracji i obserwował nowojorskie ulice. Mimo stosunkowo późnej pory, ruch wciąż był intensywny, masa ludzi przewalała się przez szeroki chodnik. Zerknął na granatowe niebo. Zza chmur nie widać było żadnych gwiazd. Czuł subtelny wietrzyk smagający kosmyki włosów. Zerknął na zegarek. Powinna tu wkrótce dotrzeć. Mimowolnie poprawił kołnierzyk koszuli i upił łyk wina. Przyjdzie? Nie potrafił postawić się na jej miejscu. Nie chciał. Wiedział, że schrzanił sprawę. Powinien zostać przy niej.
Spojrzał za siebie, gdzie drzwi balkonowe otwierały się na salę restauracji. Dzisiaj nie było tu tłumów, zaledwie kilka par szepczących do siebie przy blasku świec. Lubił to miejsce. Spokojne, dyskretne, z dobrym jedzeniem i domyślną obsługą. Zawsze przychodził tu na drugą randkę, o ile nie udało mu się zaliczyć już przy pierwszym spotkaniu. Cyniczne, ale taki już był. Aż do teraz nie znalazł kobiety, która by go tak szybko nie znudziła. Bał się tego. Już sam fakt, że zaprosił ją tutaj, był dla niego nowością. Bardzo krępującą nowością, trzeba przyznać. Przymierzał się do tego kilkakrotnie. Jak ostatni tchórz wycofywał się w ostatniej chwili. Nie potrafił. Nie chciał. Nie, chciał. Ale bał się. On, Remy LeBeau, książę złodziei, bał się. Nonsens! Miał cichą nadzieję, że jednak nie przyjdzie. Że nie będzie musiał się tłumaczyć, odpowiadać na kłopotliwe pytania. Wiedział, że teraz, w takiej sytuacji, nie będzie mógł uciekać się do swoich standardowych środków. Będzie musiał być szczery. A przynajmniej bardziej niż zwykle. Na co będzie mógł sobie pozwolić? Co może jej powiedzieć? Wytyczył sobie granice na długo przed tym, kiedy zaczął myśleć nad skontaktowaniem się z nią. Teraz jednak, gdy w każdej chwili mogła się zjawić, miał wrażenie, że może powiedzieć wszystko.
Spojrzał na zegarek. Powinna być tu lada chwila. Oparł się plecami o balustradę, uważnie lustrując przy tym wejście na salę. Co kilka chwil pojawiała się w niej kolejna osoba, żadna jednak nie była nią. Obserwował uważnie, tak jakby miała się tu wśliznąć niczym złodziej. Minuty mijały. Na początku czuł ekscytację. Gdy jednak czas, kiedy powinna się pojawić, minął, poczuł zwątpienie, bezsilność, a potem jedynie sarknął coś pod nosem i odwrócił się plecami do sali. Oparł łokcie o balustradę balkonu i popijał cierpkie, czerwone wino. Mógł to przewidzieć. Niby czemu miała się pojawić? Zostawił ją, gdy go potrzebowała. Co z tego, że musiał to zrobić? Mogła mieć to gdzieś. Zresztą, nie odezwał się do niej przez grubo ponad pół roku. Niby czego oczekiwał?
Parsknął pod nosem i uśmiechnął się półgębkiem na myśl o swojej naiwności. Remy LeBeau – pomyślał – czy ty na jej miejscu byś się pojawił? Poczuł się zupełnie nieswojo, gdy po chwili zastanowienia odpowiedział twierdząco.
- Czekałeś na mnie – usłyszał za sobą charakterystyczny, południowy akcent. Na chwilę przymknął oczy, by jej głos mógł swobodnie rozbrzmieć w głowie. Wiedział, że bez względu na wynik rozmowy, tę chwilę będzie odtwarzał w myślach wiele, wiele razy.
- Na ciebie? Zawsze – odparł uwodzicielskim głosem i odwrócił głowę. Nie wiedział, czego się spodziewać. Nie miał pojęcia, jak bardzo mogła się zmienić przez ten czas.
Ubrana w ciemne, podkreślające sylwetkę ubrania, nie odsłaniała nawet kawałka ciała. Dekolt schowany był pod golfem, a dłonie okryte skórzanymi rękawiczkami. Włosy, jak zwykle rozpuszczone, łagodnie opadały na twarz. Były nieco dłuższe, niż to zapamiętał. Biała grzywka mieszała się z kasztanowymi pasmami. Uśmiechnął się nieznacznie widząc, że końcówki zaczynają się delikatnie skręcać. Za kilka lat mogłaby z tego powstać burza loków. Makijaż był wciąż mocny, choć nieco subtelniejszy jak na Rogue. Usta pociągnęła matową pomadka, która w tym świetle zdawała się być czarna. To, co przykuło jego uwagę, to oczy. Z chmurnie ściągniętymi brwiami, odcinały się na białej skórze jak wielkie tafle jeziora. Było w nich coś nowego, bardzo niepokojącego.
Spodziewał się zobaczyć uroczego, przekornego podlotka, którego zostawił w Instytucie kilka miesięcy temu, zamiast tego zobaczył dojrzałą, pokaleczoną emocjonalnie kobietę. Poczuł wtedy, jak bardzo za nią tęsknił i jak bardzo ją skrzywdził, zostawiając ją samą. Zwalczył w sobie jednak chęć, by ją przytulić.
- Cherie – zdołał jedynie wykrztusić.
- Poprosiłeś mnie o spotkanie – odparła obojętnym tonem. – Nie wiem, nie mam pojęcia, dlaczego to robię, ale proszę, nie utwierdzaj mnie w przekonaniu, że popełniłam błąd przychodząc tutaj – dodała. Remy przełknął ślinę i zaprosił gestem do środka. Podeszli do stolika w kącie sali, gdzie od reszty gości odgradzała ich niewielka fontanna. Odsunął jej krzesło, po chwili sam usiadł.
- Cherie… – zaczął Remy.
- Przejdź do rzeczy – odparła zimnym tonem Rogue. Kelner przyniósł im menu. Rogue nawet nie sięgnęła po nie, Remy widząc to, odłożył też swoje i splótł dłonie. Zerknął na nią szukając jakiejś wskazówki, podpowiedzi, jak zacząć. Widział jedynie jej beznamiętne spojrzenie, nieco znużone i niecierpliwe. Nie potrafił odczytać żadnych emocji, nawet za pomocą swoich mocy. Coś tu było nie tak.
- Jak się masz? – zaczął i uśmiechnął się kącikiem ust. Rogue nie zareagowała. Wciąż patrzyła na niego tym samym, zimnym spojrzeniem. – Okej, schrzaniłem. Spierdoliłem wszystko. Masz prawo być na mnie zła…
- Nie jestem na ciebie zła – przerwała mu opryskliwie. – Nic mi nie obiecywałeś. Nie złamałeś danego mi słowa, bo hej, nie było żadnego danego słowa – zakończyła cierpko.
- Cherie, ja…
- Nie nazywaj mnie „cherie". Nie jestem twoją cherie – odparła, nawet na niego nie patrząc. Siedziała ze skrzyżowanymi ramionami i wpatrywała się w jakiś punkt za oknem.
Zmiął na ustach przekleństwo. Nie spodziewał się, że będzie aż tak źle. Miał ochotę być opryskliwy, rzucić jakimś złośliwym komentarzem, ale zdusił to w sobie. Jeśli chce, by cokolwiek z tego wyszło, musi wypić piwo, które sobie nawarzył.
- Rogue – zaczął znowu, przeczesując włosy. Nie spuszczał jej z oka, ale ona wciąż go ignorowała. Czas zagrać w otwarte karty i mieć to za sobą. – Nie powinienem cię zostawiać. Wiem, że mnie potrzebowałaś. Nie musisz zaprzeczać, wiem doskonale, na czym polegały nasze sesje terapeutyczne. Profesor mi o wszystkim powiedział. Przypomniał mi to też wtedy, gdy poinformowałem go o moim wyjeździe z Bayville.
Wreszcie obdarzyła go spojrzeniem. Przez sekundę zobaczył nieco inną Rogue: zdziwioną, zaskoczoną, przestraszoną. Po chwili jednak wróciła ta sama maska, którą przybrała na początku rozmowy. Pochyliła się ku niemu, on instynktownie również zbliżył głowę. Spojrzała mu prosto w oczy.
- Zatem owszem, spierdoliłeś, Remy – syknęła. – Skoro wiedziałeś, jaki masz na mnie wpływ i mimo to wyjechałeś wtedy, gdy potrzebowałam cię najbardziej, to cholera, spierdoliłeś to wszystko.
To powiedziawszy, wstała od stolika, sięgnęła po wiszącą na oparciu krzesła skórzaną kurtkę i skierowała się do wyjścia. Remy nie zatrzymywał jej. Został w tej samej pochylonej pozie i westchnął.
- Coś podać? – usłyszał nad sobą wysoki głos kelnera. Zerknął na niego ze zdziwieniem. Widać, że to nowy pracownik. Remy posłał mu pogardliwe spojrzenie i z ociąganiem wstał od stołu.
- Nie, ja już wychodzę – powiedział do chłopaka, rzucił na stół kilka banknotów i zabrał z krzesła płaszcz. Na schodach puścił się biegiem. Nie wiedział, dlaczego to robi. Poddał się instynktowi. Nie może tak tego zostawić. Za dużo go to kosztowało. Skoro już i tak jego duma została narażona na taki ruch, nie miał już nic więcej do stracenia.
Nie mogła odejść daleko. Wybiegł przed budynek restauracji i rozejrzał się wokół. Jeśli wracała do Instytutu, musiała skierować się w prawo. Pobiegł w tamtym kierunku czując, jak zrywa się wiatr. Dotarł do skrzyżowania. Zauważył ją. Szła sprężystym krokiem z rękoma schowanymi w kieszeniach spodni.
- Rogue! – krzyknął, na co kilka ciekawskich głów odwróciło się w jego kierunku. Dziewczyna go usłyszała, zatrzymała się na chwilę, ale nie spojrzała na niego, tylko poszła dalej. Remy krzyknął jeszcze raz, głośniej. Tym razem się odwróciła, posłała mu zdenerwowane spojrzenie. Pomimo odległości doskonale widział, jak z furią zdmuchnęła biały kosmyk z twarzy. Podbiegł do niej.
- Rogue – zaczął, kładąc rękę na jej ramieniu. – Jestem kretynem…
- Co do tego nie ma wątpliwości – przerwała mu, nie obdarzając go nawet spojrzeniem, ale nie zrzuciła jego dłoni.
- Nie powinienem cię zostawiać – próbował kontynuować Remy, za wszelką cenę pragnąc, by na niego spojrzała.
- To już ustaliliśmy – odparła szybko, wciąż unikając jego wzroku.
- Rogue, wszystko mogę wyjaśnić – powiedział, zdając sobie sprawę, jak banalnie to brzmiało.
- Słuchaj, Gambit – przerwała mu zmęczonym tonem i wreszcie na niego spojrzała. – Będę z tobą szczera. Mam totalnie gdzieś to, dlaczego zostawiłeś mnie w najgorszej chwili mojego życia. Mam to już – zaakcentowała – gdzieś. Przyszłam tutaj tylko po to, bo byłam ciekawa, jaki stek bzdur chcesz mi sprzedać tym razem. Ale wiesz co? Jednak to też mam gdzieś. Więc daruj sobie i więcej nie wchodź mi w drogę.
Posłała mu pełne pobłażliwości spojrzenie, ściągnęła sobie jego rękę z ramienia, po czym odwróciła się na pięcie i spokojnie ruszyła dalej. Nonszalancko jeszcze uniosła rękę na pożegnanie.
Remy poczuł się jak ostatni śmieć. Chciał jej to przekazać inaczej, łagodniej. Wyjaśnić wszystko. Ale nie pozostawiła mu wyboru. Skoro już tutaj był, nie chciał uciekać bez wyłożenia wszystkich kart.
- Musiałem wracać do narzeczonej – powiedział na tyle głośno, by go usłyszała pomimo rosnącej odległości.
Odniósł zamierzony efekt. Rogue zatrzymała się, pochyliła się i przez chwilę trwała w takiej pozie. Remy tymczasem włożył ręce do kieszeni płaszcza, przechylił głowę uśmiechając się kącikiem ust i czekał. Tę chwilę też będzie sobie odtwarzał w głowie wiele, wiele razy.
Wreszcie odwróciła się i powoli, nie spuszczając z niego wzroku, podeszła bliżej. Jej twarz była jak maska, ale Remy doskonale wiedział, że rozsierdził tę dziewczynę. Wreszcie ją obudził. Wreszcie rozmawiał ze swoją cherie.
- Do kogo? – zapytała, siląc się na lekki ton. Gdyby jej nie znał, to pomyślałby, że jest po prostu uprzejmie zainteresowana. Ale wiedział, że była wściekła.
- Moja narzeczona potrzebowała pomocy. W sumie to nadal potrzebuje – powiedział beztrosko. – Ale pomyślałem, że z twoją pomocą rozwiążemy nasz problem dużo szybciej – dodał, uśmiechając się niewinnie.
Rogue patrzyła na niego przenikliwie, jakby zastanawiając się, czy powinna go uderzyć, czy jednak najpierw wysłuchać. Z rozbawieniem obserwował, jak drgają jej skrzydełka nosa.
- Niby w czym mam wam pomóc? – wycedziła przez zęby. – W wyborze kwiatów na wasz ślub?
Jej ton był cudownie jadowity. Remy nie miał pojęcia, dlaczego aż tak entuzjastycznie reagował na wściekłą Rogue, ale podskórnie czuł, że to dobry znak. Tak, jakby rozbił pełną obojętności skorupę, pod którą toczyło się bogate, obfite w emocje życie.
- Zróbmy tak, cherie – zaczął, przesadnie wręcz akcentując ostatnie słowo – dasz mi szansę, bym nakreślił ci całą sytuację, a potem zdecydujesz, co dalej. Jeśli stwierdzisz, że faktycznie masz mnie gdzieś – uniósł brew – to zniknę z twojego życia i więcej się w nim nie pojawię.
- Co z tego będę miała? – spytała opryskliwie, ale wyczuł w jej głosie nutę zwątpienia.
- Jasność sytuacji? Spokojne sumienie? Zbolałą minę tego biednego Cajuna? – odparł, rozkładając ręce. – Daj spokój, cherie. Przecież chcesz wiedzieć, co się stało – dodał pewnym głosem.
Rogue patrzyła na niego dłuższą chwilę, przygryzając przy tym wargę. Wreszcie westchnęła głośno, spojrzała w górę, ewidentnie się nad czymś zastanawiając.
- Obejmij mnie mocno, Cajunie – powiedziała.
Remy spojrzał na nią zaskoczony.
- Jestem mile zaskoczony tym obrotem sytuacj—
- Zamknij się i mnie obejmij – przerwała mu gwałtownie.
Gambit uśmiechnął się i posłusznie ją objął w talii. Dziewczyna była bardzo blisko niego, czuł jej delikatne perfumy i zapach szamponu do włosów.
- Czuję się okropnie, ale muszę to powiedzieć – usłyszał jej głos tuż koło ucha, co wywołało bardzo przyjemne ciarki na plecach. – Obejmij mnie mocniej.
Remy zaśmiał się, ale zacisnął objęcia. Wtedy unieśli się w górę.
- C-co do- – Zdążył jedynie wydusić z siebie, bo chwilę później łagodnie opadali na dach budynku, przy którym kilka sekund temu rozmawiali.
- Okej, możesz mnie puścić – usłyszał głos Rogue.
Nerwowo wypuścił z siebie powietrze.
- Puść mnie – ponagliła. Dopiero wtedy zareagował, rozluźnił objęcia i odsunął się od Rogue. Na widok jego nietęgiej miny uśmiechnęła się i skrzyżowała ramiona na piersi.
- Nie lubisz latać, Cajunie? – zapytała, unosząc brew.
Gambit odwzajemnił uśmiech, nerwowo zerknął w dół – na oko piętnaście pięter – po czym nonszalancko oparł się o wysoki komin.
- Widzę, cherie, że u ciebie też się trochę pozmieniało – odparł, siląc się na lekki ton, choć wciąż walczył z nieprzyjemnym uczuciem w żołądku, jakie zafundował mu ten spontaniczny lot.
- Trochę – powtórzyła z krzywym uśmiechem.
- To spadek po Carol Danvers? – zapytał ostrożnie. Uśmiech znikł z twarzy Rogue, ale nie zmieniła swojej pozycji. Nadal stała na samej krawędzi dachu z rękami skrzyżowanymi na piersi. Coraz silniejszy wiatr smagał jej włosy, ale ona nic sobie z tego nie robiła.
- Spadek – zaczęła – to bardzo trafne określenie, Cajunie – powiedziała śmiertelnie poważnym tonem. – Ale najpierw opowiedz mi o przyszłej pani LeBeau.
Gambit bardzo chciał wyczuć w jej głosie choć maleńką nutkę zazdrości, dlatego dłuższą chwilę zwlekał z odpowiedzią. Po jej minie wnioskował, że była zniecierpliwiona, trochę zdenerwowana, może też zmęczona. Ale nie zazdrosna.
- Nie będzie żadnej pani LeBeau – odparł. – A przynajmniej nie ona nią będzie.
Rogue, do tej pory wpatrzona gdzieś ponad horyzont, przeniosła na niego swoje spojrzenie.
- Do rzeczy, Gambit – upomniała go.
- Kiedy pojawił się Apocalypso, wróciłem do Nowego Orleanu, do rodziny – zaczął. – Wiedząc, że być może dni ludzkości są policzone, chciałem je spędzić u boku najbliższych. Również wśród mojej wielkiej miłości, Belladonny Bodreaux. To stare dzieje, Roguey, nie musisz być zazdrosna – wtrącił szybko.
- Nie jestem zazdrosna – odpowiedziała śmiertelnym tonem Rogue. – I nie nazywaj mnie Roguey. Kontynuuj.
- Jak zapewne wiesz, jestem synem mistrza Gildii Złodziei. Bella jest córką mistrza Gildii Zabójców.
- Wciąż lepsza historia miłosna niż ta ze „Zmierzchu" – mruknęła, przewracając oczami. Remy zaśmiał się pod nosem.
- Żebyś wiedziała, cherie – odpowiedział nieco zbyt rozmarzonym tonem. – Nasze gildie przez lata były w stanie wojny, a my z Bellą…
- …wbrew całemu światu się pokochaliście i poprzysięgliście sobie miłość na wieki? – dopowiedziała sarkastycznie.
- Gdybym cię nie znał, cherie, powiedziałbym, że jednak jesteś zazdrosna – odparł, unosząc brew. – Ale masz rację. Tyle że nasi rodzice zauważyli w tym możliwość pojednania i sojuszu, więc gdy powróciłem w blasku i chwale do Nowego Orleanu—
- Gdy my nadstawialiśmy między innymi za ciebie karku walcząc ze starożytnym mutantem – wtrąciła.
- Dokładnie wtedy – przytaknął, po czym niezrażony kontynuował. – Pomysł sojuszu przypieczętowanego małżeństwem odrodził się na nowo. W dniu ślubu doszło jednak do wypadku – Gambit zawiesił się, próbując odpowiednio ubrać w słowa to, co się wtedy wydarzyło. Rogue obserwowała go uważnie. – Mój przyszły szwagier nie za specjalnie za mną przepadał. Powiedziałbym nawet, że nienawidził biednego Cajuna…
- Nie do uwierzenia! – parsknęła Rogue.
- W dniu ślubu – mówił dalej, uważnie obserwując reakcję dziewczyny na to, co za chwilę powie – już w kościele, doszło między nami do kłótni. Ten idiota sądził, że zdradzam Bellę…
- Jak on śmiał cię posądzać o takie- – Rogue już chciała zakończyć ironiczną wypowiedź, ale wtedy spłynęło na nią to przedziwne uczucie, jakby już gdzieś słyszała o tym, o czym mówił Gambit.
- Doszło do gwałtownej wymiany zdań – Cajun ostrożnie cedził słowa, zastanawiając się przy tym, dlaczego Rogue tak nieoczekiwanie zareagowała. – Julien wyciągnął…
- …sztylet i cię zaatakował. Broniłeś się, ale przypadkowo ugodziłeś śmiertelnie swojego przyszłego szwagra – dopowiedziała Rogue. – To były twoje wspomnienia – dodała do siebie. W grudniu zeszłego roku śniły jej się te wydarzenia: czarno-biała posadzka w kościele, zakrwawiony nóż i płacząca w tle kobieta. To musiała być Bella, a to niechybnie miał być jej ślub. Ślub z Gambitem.
- Tak – przytaknął ostrożnie Gambit, zaskoczony tym, że dziewczyna o wszystkim wie. – Ale musisz zapamiętać, cherie, że ludzie nie lubią, kiedy ktoś im spoileruje wydarzenia.
- Jak mogłam ci zaspoilerować twoje własne wspomnienia, głupku? – odparła nieco zbyt ostro. Dopiero po chwili się zmitygowała. – To było tylko mignięcie, przez wiele miesięcy nie wiedziałam, do kogo to należy. Mów dalej – poprosiła.
- Biedny Cajun został wygnany z Gildii i po kilku miesiącach trafił do Instytutu Charlesa Xaviera – kontynuował. – Aż do stycznia tego roku nie miałem żadnych wieści z domu. Wtedy dowiedziałem się, że Bella ma kłopoty.
- Kolejny narzeczony nie spełnił wymagań jej rodziny? – spytała ostrożnie.
- Nie, cherie – odpowiedział Gambit. – Jakimś cudem Bella, która jest niewiele młodsza ode mnie, odkryła, że jest mutantem i jak każdy młody mutant ma problem z okiełznaniem swojej mocy. Jej rodzina wygnała ją z domu, a mój wspaniałomyślny ojciec postanowił jej pomóc, tak jak pomógł wiele lat temu mnie.
- Jak to możliwe, że wcześniej o tym nie wiedziała? – zapytała Rogue i przysiadła na niewysokim murku okalającym dach.
- Tego biedny Cajun nie wie. – Remy rozłożył ręce. – Widziałem na własne oczy, co potrafi. To nie były żadne sztuczki.
- Nie chciałeś jej sprowadzić do Instytutu? – zapytała, choć to pytanie ledwie przeszło jej przez gardło. Nie chciała sobie wyobrażać życia w posiadłości wraz z Gambitem i jego narzeczoną.
- To był mój pierwszy pomysł – przyznał. – Ale Bella tego nie chciała i, co ciekawsze, moja rodzina również. Udało nam się opanować moc i nauczyć Bellę kontroli nad nią, ale w tym wszystkim jest wciąż tak wiele niewiadomych, których nie mogę rozgryźć, że potrzebuję pomocy kogoś z zewnątrz. Kogoś, kto obiektywnie na to spojrzy i powie, co jest grane.
- Czy to będzie spoiler, jeśli powiem, że to o mnie teraz mówisz? – spytała ostrożnie, uśmiechając się półgębkiem.
- To nie będzie spoiler, tylko wspaniała dedukcja, cherie – odpowiedział Gambit.
- Profesorze? – zapytała uprzejmie, otwierając cicho drzwi. Charles Xavier siedział za swoim mahoniowym, ogromnym biurkiem i wpatrywał się w laptopa.
- Rogue? – Podniósł głowę znad ekranu i uprzejmie się uśmiechnął. Rogue była dla niego chodzącą porażką terapeutyczną: zarówno pod względem opanowania mutacji, jak i uporządkowania psychiki. Pomimo najszczerszych intencji nie potrafił jej pomóc i sam już nie wiedział, czy to przez upór dziewczyny, czy może przez to, że to jemu zabrakło cierpliwości. Ostatnie miesiące pokazały natomiast, że w tak beznadziejnej sytuacji można dokonać jeszcze większego regresu w terapii. Rogue obecnie nie dość, że nienawidziła swoich mocy, to jeszcze się ich bała. Jedyne, co mniej więcej wychodziło, to próby uciszenia innych świadomości zamkniętych w jej umyśle.
- Nie przeszkadzam?
- Oczywiście, że nie. Usiądź proszę. – Gestem wskazał krzesło naprzeciwko biurka, zamknął laptopa i ułożył dłonie na podołku. Dziewczyna uśmiechnęła się niepewnie i zajęła miejsce. Przez chwilę milczała, zbierając słowa, ale profesor nie naciskał. Chociaż tyle mógł jej zaoferować.
- Chciałabym na jakiś czas wyjechać z Instytutu – oznajmiła. Xavier przyjął to spokojnie, chociaż na twarzy odmalowało się zaskoczenie.
- Coś się stało, Rogue? – zapytał, gdy już przetrawił nowinę.
Poza tym, że od kilku miesięcy walczę z depresją spowodowaną zabiciem dwóch osób, to w sumie nic – pomyślała, ale postanowiła tego nie werbalizować. Wspólnie z Remym ustaliła, że dla świętego spokoju powinna powiedzieć, co się wydarzyło i gdzie ma zamiar wyjechać.
- Remy wrócił i poprosił mnie o pomoc – powiedziała. Zastanawiała się, jak zareaguje profesor, bo o ile reakcja Logana jest prosta do przewidzenia, tak Xaviera już niekoniecznie. Wpatrywał się teraz w nią swoimi łagodnymi, błękitnymi oczami, a Rogue dopiero w tym momencie dostrzegła, jak stary i zmęczony jest ten człowiek. Zmarszczki pod oczami tworzyły skomplikowaną siateczkę, rysy twarzy się wyostrzyły odsłaniając lekko zapadnięte policzki, a na skórze pojawiły się brązowe plamki i przebarwienia. Tylko spojrzenie było tak samo przenikliwe, jak to pamiętała.
- Czy to coś poważnego? Może mógłbym…
- Nie, wystarczy, że ja pojadę z nim do Nowego Orleanu na pewien czas.
Profesor zmarszczył brwi, ale nie spuszczał wzroku z Rogue.
- Ufasz mu, Rogue? – spytał po chwili. Nie spodziewała się takiego pytania. Była przygotowana na to, że być może będzie musiała stanąć w jego obronie, być może wykłócać się o to, co już może, a czego nie, ale na pewno nie sądziła, że profesora będzie przede wszystkim interesowało to, czy ufa Gambitowi.
Jeszcze rok temu powiedziałaby z pełną stanowczością, że och nie, profesorze, nie ma takiej opcji, bym powierzyła temu zakłamanemu impertynentowi choćby jedną rękawiczkę. Teraz? Nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie i zastanawiała się, jaka odpowiedź będzie satysfakcjonująca dla Xaviera.
- Nie wiem – przyznała zgodnie z prawdą. Profesor obdarzył ją badawczym spojrzeniem. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Rogue zastanawiała się, czy te pauzy w ich rozmowie służą temu, by mógł ja telepatycznie sondować. Nie miała nic do ukrycia, więc jakkolwiek nieetyczne by to nie było, nie obawiała się tego.
- Rogue – zaczął w końcu i oderwał od niej spojrzenie smutnych, zmęczonych oczu. – Nie mogę ci zabronić wyjazdu z panem LeBeau. Chciałbym tylko, żebyś była świadoma, co oznacza dla ciebie opuszczenie Instytutu.
Rogue poruszyła się niespokojnie.
- Jesteś teraz w bardzo trudnym okresie i obawiam się, że bez telepaty w pobliżu i doświadczonego specjalisty w dziedzinie medycyny, możesz nie czuć się dość bezpiecznie.
- Nie mogę się wciąż chować za lekami od doktora McCoya – odpowiedziała rozdrażnionym głosem. – Poza tym już od wielu tygodni nie potrzebowałam…
- Bo twoja psyche była ustabilizowana – przerwał jej profesor. – Nie mamy pewności, jak zareagujesz w stresującym momencie z dala od domu. Tutaj na miejscu możemy ci pomóc od razu. W Nowym Orleanie nie będziesz miała nikogo poza panem LeBeau. Stąd moje pytanie, czy jesteś w stanie mu zaufać na tyle, by w dramatycznym momencie móc zwrócić się do niego po pomoc.
- Tak – wyszeptała po przedłużającym się milczeniu.
- Dobrze. W takim razie masz moje pozwolenie na wyjazd z panem LeBeau – powiedział profesor bez chwili namysłu. – Mam jednak jeden warunek. Chciałbym porozmawiać z nim przed waszym wyjazdem.
- Oczywiście – przytaknęła Rogue, ledwie ukrywając ulgę. – Przekażę mu i poproszę, by zjawił się w Instytucie możliwie jak najszybciej.
- Czy ty się słyszysz, dziewczyno? – warknął Logan. Rogue, kierując się rozsądkiem, postanowiła mu powiedzieć o swoich planach dopiero po treningu w Danger Roomie. Jednak widok dyszącego, spoconego i warczącego Wolverine'a kazał jej się zastanowić, czy aby na pewno był to dobry pomysł. – Ten idiota zostawił cię samą kilka miesięcy—
- Samą? – wtrąciła szybko Rogue. – Myślałam, że mam was.
- Oczywiście, że masz! – sarknął Logan. – Ale spójrz na jego hipokryzję! Kiedy ty potrzebowałaś wsparcia, on zniknął. Kiedy on potrzebuje wsparcia, wymaga twojej pomocy.
- Widocznie miał ku temu powody – odpowiedziała spokojnie, walcząc sama ze sobą, by nie wybuchnąć gniewem. Ją samą doprowadzało to do szewskiej pasji, tym bardziej, że nie znała jeszcze szczegółów sprawy, nie wiedziała, czego się spodziewać po jego rodzinie i tej całej Belladonnie. Szła za nim w nieznane, obce otoczenie z dala od domu. Była na niego wściekła, a jednocześnie porzucała dla niego swój dom. Nie chciała go bronić, ba, najchętniej przyłączyłaby się do wyrzutów Logana, ale nie tędy droga. Jeśli chciała wyjechać z Remym do Nowego Orleanu, musiała udowodnić, że stoi za nim murem.
- Dopiero co cię poskładaliśmy do kupy! – wykrzyknął. – A co z twoimi zajęciami? Zostawisz je dla jakiegoś palanta?!
Prowadzenie zajęć dla dzieciaków z Instytutu przynosiło jej coraz więcej satysfakcji. Zdawała sobie sprawę z tego, że w dużej mierze dzięki nim zaczęła wychodzić na prostą i to zaledwie w niecałe dwa miesiące. Jednak wiedziała, że musi opuścić Instytut przynajmniej na jakiś czas, jeśli nie dla Remy'ego, to na pewno dla siebie.
- Logan, niedługo wrócę – odpowiedziała. – Ty się nie musisz nikomu tłumaczyć ze swoich wyjazdów, dlaczego więc wymagasz tego ode mnie?
- Bo jesteś jeszcze dzieckiem, Rogue, ro—
- Już kiedyś rozmawialiśmy na temat tego, czy jestem dość dorosła, czy nie – przerwała kategorycznie.
- Nie porównuj mnie do siebie, dzieciaku.
- Bo co? Twoje sprawy są ważniejsze niż moje? – Stała teraz zaledwie o pół kroku od Logana i z podniesionym podbródkiem wpatrywała się w pełne furii niebieskie oczy. Logan początkowo nie zareagował, tylko uważnie obserwował dziewczynę. Rogue starała się nie odwracać spojrzenia, ale im dłużej stali naprzeciwko siebie, tym bardziej czuła, że zaraz pęknie i przyzna mu rację, że robi właśnie największą głupotę życia.
- Po prostu się o ciebie martwię, Stripes. – Logan przerwał ciężką ciszę. – Widziałem, w jakim stanie byłaś po wybudzeniu. Obiecałem sobie wtedy, że moja podopieczna nigdy więcej nie będzie tak cierpieć. I zwyczajnie boję się, że po powrocie z Nowego Orleanu będziesz cierpiała bardziej, niż zaledwie kilka miesięcy temu. I wtedy nikt nie zdoła ci pomóc, bo ani telepata, ani leki Hanka nie poskładają cię do kupy. Co najwyżej będę mógł wypatroszyć tego śmierdzącego Cajuna za to, że namieszał ci w głowie.
Skończył mówić i odwrócił spojrzenie od Rogue. Przeczesał mokre od potu włosy i sięgnął po butelkę z wodą. Rogue stała w bezruchu i pozwalała, by dotarł do niej sens jego słów.
- Wiem, że i tak z nim pojedziesz – dodał Logan pomiędzy kolejnymi łykami. – Ale musisz być świadoma, jak głupia jest ta decyzja.
- Nie jest gł—
- Przekonasz się po czasie – żachnął się. – Po prostu nie zakochaj się w nim, Stripes.
Rogue nic nie odpowiedziała.
Był już wieczór, kiedy Rogue zaczęła się pakować. Zastanawiała się, ile ubrań powinna ze sobą zabrać. Nie wiedziała w końcu, na jak długo jedzie do Nowego Orleanu. Doszła jednak do wniosku, że w razie potrzeby zrobi zakupy na miejscu, nie powinno być przecież z tym problemu.
Mieli ruszyć jutro rano, chyba że profesor – z którym właśnie rozmawiał Remy – poprosi o zmianę terminu. Sytuacja w Nowym Jorku była dość napięta, po raz kolejny doszło do manifestacji pod szyldem Friends of Humanity i mutanci musieli się mieć na baczności. O ile młodsi członkowie Instytutu dla Wybitnie Uzdolnionych Charlesa Xaviera nie mieli z tym problemu, bo i tak siedzieli za murami posiadłości, tak starsi bardzo narzekali na sytuację. Tabitha nie mogła już wymykać się na imprezy do centrum miasta, Kitty i Amara mogły chodzić na zakupy tylko pod opieką Logana, co, oczywiście, nie podobało się ani im, ani Loganowi. Remy twierdził, że w Nowym Orleanie sytuacja jest diametralnie różna – mutanci, choć patrzy się na nich krzywo, mogą swobodnie chodzić po ulicy.
- Naprawdę wyjeżdżasz? – przez drzwi przefazowała Kitty i usiadła na łóżku. Rogue powstrzymała się przez sarkaniem na wchodzenie do jej pokoju bez pukania. W sumie przez wiele lat współdzieliła sypialnię z Kitty, że była niemal przyzwyczajona do takich wejść.
- Pewnie tak – przytaknęła, wyciągając z szafki zapas podkoszulków i tiszertów.
- Na jak długo?
Rogue wzruszyła ramionami.
- Może tydzień, może dwa miesiące – odparła po chwili. – Zależy, jak szybko rozwiążemy problem Remy'ego.
- A co to za problem?
- Sprawy osobiste – odparła Rogue, nie chcąc zdradzać szczegółów, których w sumie sama jeszcze nie znała. Remy obiecał wszystko opowiedzieć w trasie.
- Ufasz mu? – Kitty zadała pytanie, od którego Rogue powoli robiło się niedobrze.
- A jakie to ma znaczenie? – zapytała nieco zbyt ostrym tonem. – Niby co ma mi się stać, Kitty? – Rogue przerwała pakowanie i z wyrzutem spojrzała na koleżankę. – Jestem w stanie się obronić przed niemal każdym niebezpieczeństwem, mogę latać, a jeśli temu cajuńskiemu szczurowi wpadnie coś do głowy, to i tak nie może mnie nawet dotknąć – dodała, tłumacząc się przed Kitty, a jednocześnie przekonując samą siebie.
- Nie miałam na myśli nic takiego, Rogue – odparła Kitty, przyciągając do siebie kolana. Była smutna, trochę zrezygnowana, może nawet zła, mimo że nie miała ku temu powodów. – Po prostu… martwimy się o ciebie, to wszystko.
Rogue zmarszczyła brwi i posłała dziewczynie przepraszający uśmiech. Wiedziała, że w ostatnich miesiącach wszyscy mieszkańcy Instytutu nie mieli z nią łatwo. Choć starała się jak mogła, by jakoś im to wynagrodzić, to nie potrafiła wykrzesać z siebie żadnych uczuć. Każda miły gest w jej kierunku był dla niej tylko pustym słowem albo nic nieznaczącym zachowaniem. Podskórnie czuła, że ten wyjazd pozwoli wyrwać się z tej skorupy i jakoś rozbić mur, który powstał wokół niej. Nie potrafiła tylko tego wytłumaczyć – ani profesorowi, ani Loganowi, a teraz nawet Kitty.
- Wiem – przytaknęła. – Ja… wiem, Kitty, że się o mnie martwicie.
- Sprawdziłam pogodę w Nowym Orleanie. Ciepło tam mają, ale ostatnio trochę pada. Weź coś na deszcz – powiedziała Kitty, po czym wstała i ruszyła w kierunku drzwi. Rogue czuła, że powinna coś powiedzieć, podziękować, może nawet przeprosić, ale nie potrafiła. Obserwowała tylko kątem oka, jak Kitty przenika bezszelestnie przez drzwi i już nie było jej w pokoju. Rogue została sama.
- Dawno cię tu nie było, gumbo.
Remy gwałtownie odwrócił się i zobaczył szpony Logana wycelowane prosto w jego gardło. Wychodził właśnie od profesora i miał zamiar zajrzeć jeszcze do Rogue przed ich jutrzejszym wyjazdem. No cóż, dziewczyna musi zaczekać.
- Remy również za tobą tęsknił – odparł na pozór nonszalancko, ale jednocześnie strzelał spojrzeniami na boki, by móc oszacować plan ucieczki.
- Patrz na mnie, szczurze – warknął Logan i drugą dłonią zagarnął twarz Gambita.
- Widzę, że dotarliśmy do etapu pieszczotliwych określeń, ale od razu mówię: nie jesteś w moim typie – odpowiedział niewyraźnie, wciąż mocno trzymany przez Wolverine'a.
- Wkurza mnie to twoje gadanie, ale tylko przez wzgląd na Rogue nie rozszarpię ci gardła – wycedził przez zęby Logan, po czym zbliżył się na odległość kilku milimetrów od twarzy Cajuna. Remy mógł policzyć wszystkie zmarszczki na jego twarzy, a także wskazać wszystkie brązowe plamki na niebieskich tęczówkach. – Gdyby to ode mnie zależało, Rogue nigdzie by nie jechała, a ty byś gnił właśnie sześć stóp pod ziemią. Nie było jednak mowy o krótkim wykładzie. Jak tylko spadnie jej włos z głowy, znajdę cię i zabiję. Jak tylko narazisz ją na jakiekolwiek niebezpieczeństwo, znajdę cię i zabiję. Jak uroni choćby jedną łzę przez ciebie, znajdę cię i zabiję. Rozumiesz?!
Remy przełknął nerwowo ślinę. Jak tylko tutaj szedł, miał cichą nadzieję, że nie spotka Logana, ale jak widać, jego szczęśliwa karta nie pomogła.
- Rozumiesz?! – powtórzył głośniej Logan.
- Oui – odparł Remy, starając się przy tym, by jego głos nie zdradzał jakichkolwiek oznak strachu. Podskórnie czuł, że to by jeszcze pogorszyło sytuację. Logan mimo to nie puścił go nawet na milimetr. – Znajdziesz i zabijesz, zrozumiałem – powtórzył, próbując się czarująco przy tym uśmiechnąć.
- Po co ją tam ciągniesz, gumbo? – spytał jadowitym głosem, marszcząc brwi i przechylając na bok głowę, jakby oceniał jego możliwości.
- Logan, co ty robisz?! – Z gabinetu wyszła Ororo i natychmiast podbiegła do mężczyzn. Remy z zaskoczeniem zauważył, jak łatwo udało jej się uspokoić Logana, który przerwał żelazny uścisk i puścił go wolno, ale wciąż miał na wierzchu swoje szpony.
- Udzielam korepetycji, Ro – odparł Logan. Z potępieniem spojrzał po raz ostatni na Cajuna i ruszył w kierunku zejścia do piwnic. Ororo i Remy obserwowali go jeszcze przez kilka chwil, po czym Gambit odchrząknął i postanowił się odezwać.
- Stormy zawsze na posterunku – zażartował, ale Ororo jedynie posłała mu spojrzenie pełne dezaprobaty i wróciła do swojego gabinetu. Zapomniał, że to, że udało mu się przekonać do siebie Rogue, nie oznacza, że z automatu wszyscy będą do niego życzliwie nastawieni. Spieprzył sprawę i wiedział, że jeszcze długo będzie zbierał pokłosie swojej decyzji sprzed kilku miesięcy. Ale najważniejsza osoba była po jego stronie. A przynajmniej taką miał nadzieję.
Rozmasował szczękę i ruszył spokojnym krokiem do wyjścia. Z Rogue i tak zobaczy się jutro, a nie chciał przeżyć kolejnego spotkania z niezbyt przyjaźnie nastawionymi do siebie ludźmi. Jeszcze nie teraz.
Rogue właśnie kładła się do łóżka, gdy usłyszała pukanie do drzwi.
- Mogę? – Do pokoju zajrzała Betsy.
Ze wszystkich potencjalnych gości spodziewała się już prędzej profesora Xaviera, niż ją. Ale uśmiechnęła się nieznacznie i zaprosiła do środka. Betsy usiadła na fotelu i rozejrzała się ciekawie po pokoju.
- Nie myślałaś, by odmalować ten pokój? – spytała z uśmiechem. Rogue zmarszczyła lekko brwi.
- Dogadałabyś się z Kitty, ona również uważa, że biały kolor tutaj nie pasuje – odparła trochę zbita z tropu.
- Tak, z pomocą Kitty na pewno mogłabyś tu stworzyć bardzo przytulną atmosferę – zgodziła się Betsy. – To bardzo zdolna dziewczyna.
Rogue nie wiedziała, co odpowiedzieć. Braddock przyszła tu tylko po to, by rozmawiać o Kitts?
- Ale ja nie o tym – roześmiała się serdecznie, jakby odczytując myśli Rogue. – Profesor poprosił mnie, bym omówiła jeszcze z tobą tak na szybko twój plan pracy nad twoją mutacją. Nie wiemy, kiedy wrócisz, a szkoda by było, gdyby wszystkie postępy, jakie do tej pory poczyniliśmy, poszły na marne.
Rogue założyła kosmyk włosów za ucho i postanowiła się nie odzywać. Cała sytuacja była i tak już dość absurdalna.
- Pamiętaj, by prowadzić dalej dziennik – kontynuowała. – To bardzo ważne, byś potrafiła wskazać swoje własne myśli w potoku głosów, które siedzą w twojej głowie. Ćwicz blokady, na razie najlepiej na Carol Danvers, ale z czasem możesz spróbować izolować więcej głosów. Pamiętasz, jak to się robiło?
Rogue przytaknęła. Betsy uśmiechnęła się lekko, po czym wyciągnęła w jej kierunku szklany słoiczek z kilkoma tabletkami.
- Wiesz, do czego one służą – zaczęła z westchnieniem. – Pamiętaj, by brać je tylko w ostateczności.
Rogue sięgnęła po leki i przez chwilę obracała je w dłoni. Lorazepam, silny lek na napady lęku. Do tej pory musiała go zażyć zaledwie kilka razy.
- Nie wiemy, kiedy wrócisz, więc chcemy cię zabezpieczyć – kontynuowała Betsy, patrząc na fiolkę. – Profesor wyjaśnił ci ich działanie, więc jedynie powtórzę: tylko w ostateczności, Rogue.
- Tak, wiem – przytaknęła znużonym tonem dziewczyna. Po pierwszym incydencie, kiedy musiała ich użyć, profesor przez jakieś pół godziny tłumaczył jej, jak bardzo uzależniający jest ten lek, jakie ma skutki uboczne i dlaczego to jest tylko doraźna pomoc.
- Myślę, że dobrym pomysłem będzie powiedzenie o tych pastylkach Gambitowi – powiedziała Betsy, przenosząc spojrzenie na Rogue.
Pseudonim Remy'ego przeszedł przez jej usta bardzo gładko, nawet na chwilę się nie zająknęła, zauważyła Rogue.
- W słoiczku masz zresztą wypisane wszystkie uwagi, w razie czego zapoznaj się z tym – dodała. – O czym to ja jeszcze miałam…? Ach, no tak. Rogue – Betsy posłała w jej kierunku pełne troski spojrzenie – uważaj na Gambita.
- Co masz na myśli? – zapytała Rogue, czując, jak zasycha jej w gardle. Źle się czuła rozmawiając na jego temat z kimkolwiek, czuła się bezbrzeżnie źle rozmawiając o nim z Betsy.
- Wiem, jaki on jest – uśmiechnęła się nieznacznie. – Jest strasznym kobieciarzem i nawet się nie spostrzeżesz, a już cię owinie wokół swojego małego palca.
- Tak jak ciebie? – wymsknęło się Rogue, czego szybko pożałowała, ale Betsy tylko pokiwała ze smutkiem głową.
- Tak jak mnie – potwierdziła, po czym westchnęła głęboko. – Z Gambitem znam się już kilka lat i przyznaję, że wylądowaliśmy kilka razy w łóżku – powiedziała po dłuższej chwili. Rogue miała wrażenie, że w jej żołądku formuje się ogromna bryła lodu. – Przez wzgląd na te czasy postanowiłam wam pomóc, gdy poprosił mnie o wsparcie na balu sylwestrowym u senatora Kelly'ego, a także przy późniejszych misjach związanych z infiltracją, czy szpiegowaniem. Tylko że gdy tutaj przyszłam, miałam tylko jego do towarzystwa. Do wyboru poza nim miałam albo dzieciaki – bez obrazy – kilka lat młodsze ode mnie, albo starszych od siebie, którzy niespecjalnie chcieli ze mną spędzać czas. Byłam tu sama, tęskniłam za ludźmi z Londynu, tęskniłam za tym wariackim życiem, jakie toczyłam u siebie. Ale myślałam, że zabawię się chociaż z Gambitem. On natomiast albo się mną już znudził, albo poznał kogoś innego, nie wiem – wzruszyła ramionami. – Do czego zmierzam to to, że nie możesz się od niego uzależnić, Rogue. Przez chwilę będzie miło, ale później Gambit znajdzie sobie nową kobietę, a ty zostaniesz ze zranionym sercem. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że nie zdążyłam się w nim zakochać.
Rogue patrzyła na Betsy z szeroko otwartymi oczami, nie wiedząc, co powiedzieć. Każda nasuwająca się odpowiedzieć wydawała się nie na miejscu lub absurdalnie niedorzeczna. To spotkanie było tak irracjonalne na wszystkich możliwych płaszczyznach, że przez chwilę zastanawiała się, czy to nie sen.
- Na mnie już czas. – Betsy wstała po dłuższej chwili niewygodnej ciszy z fotela i skierowała się do drzwi. – W razie problemów dzwoń, na pewno pomożemy.
- Dziękuję – odparła wreszcie Rogue. – Doceniam to, że tu przyszłaś i mi to wszystko opowiedziałaś – dodała ciszej.
- Nie ma sprawy. – Betsy mrugnęła porozumiewawczo okiem. – Profesor chciał tutaj wysłać Jean, ale zgłosiłam się na ochotnika. Jeannie zbyt rzadko brała udział w naszych sesjach, by wiedzieć, jakich wskazówek potrzebujesz. – To mówiąc, uśmiechnęła się i zamknęła za sobą drzwi.
Tak, Jean bardzo rzadko uczestniczyła w sesjach, mimo że na samym początku zadeklarowała pomoc. Dlatego jej miejsce zajęła Betsy. Mimo że Rogue traktowała ją jak powietrze, ona zawsze oferowała swoje wsparcie. Podobnie zresztą jak na zajęciach z uczniami Instytutu – zawsze gotowa, by coś wytłumaczyć, czy przećwiczyć wspólnie moce wynikające z mutacji. Dopiero teraz Rogue zdała sobie sprawę z tego, że ta dziewczyna była strasznie samotna w Instytucie i to dlatego garnęła się do wszelkich możliwych zajęć, byle tylko zabić czas. Misje, dla których tu była, stanowiły niewielki odsetek jej wolnego czasu. To wszystko rzucało zupełnie nowe światło na całą jej osobę. Rogue żałowała, że była tak oschła i wrogo nastawiona do niej.
Już zasypiając, przez jej myśl przemknęło pytanie: kim musiała być kobieta, dla której Gambit stracił zainteresowanie top modelką, Betsy Braddock?
