Na wstępie: dziękuję bardzo za komentarze! Widzę, że niektórzy przeczytali to opowiadanie o jakieś 2-3 razy więcej niż ja ;) Ja odpadam już przy pierwszym rozdziale, gdy widzę taką ilość literówek. Ale nie przedłużając: przed nami chyba najdłuższy rozdział w całym opowiadaniu i pewnie gdybym trzymała stare tempo publikacji (mniej więcej rozdział na miesiąc), to dostalibyście je w częściach. Ale że zjawiam się tutaj raz na kilka miesięcy, nie chciałam Was zostawiać z rozgrzebanymi wątkami na dłuższy czas.
I jeszcze jedna wiadomość: dotarłam właśnie do bardzo ważnego momentu, gdzie już nie mam żadnych notatek ani szkiców do tego opowiadania. Do teraz publikacje polegały głównie na dopisywaniu, zmienianiu i kolorowaniu tego, co już miałam. Od następnego rozdziału się to zmieni i mam nadzieję, że fabuła i bohaterowie na tym nie ucierpią. Kiedy następny rozdział? No mam nadzieję, że jeszcze w tym roku xD
A teraz zapraszam do czytania!
.
.
.
- Możemy też lecieć – przypomniała po raz kolejny Rogue, gdy stali na światłach w centrum miasta.
- Non – odparł krótko Remy, bębniąc w kierownicę z narastającą irytacją.
- Byłoby szybciej – wzruszyła ramionami i oparła się o szybę, wpatrując się w grafitowe chmury zbierające się nad Nowym Jorkiem. W samochodzie byli od ponad godziny, ale wciąż nie opuścili miasta, tkwiąc w kolejnych skrzyżowaniach.
- I jak zabrałabyś wszystkie swoje bagaże, cherie? – zapytał nieco zirytowanym tonem.
- Dokładnie tak samo, jak ty chciałeś zabrać bagaże przy opcji z motorem – zripostowała, na co Remy jedynie zacmokał z frustracją. Oboje mieli inne pomysły na szybkie dotarcie do Nowego Orleanu. Remy nalegał na jazdę motorem, co w normalnych warunkach może by i spodobało się Rogue, gdyby nie dwie rzeczy: on chciał jechać jednym motorem. Po drugie: był październik, do cholery, było zimno. Ona zaproponowała z kolei ekspresowe dotarcie do celu za pomocą lotu – może i też nie byłoby rewelacyjnie ciepło, ale przynajmniej bardzo szybko. Gdy Remy odrzucił pomysł skorzystania z jej nowych mocy, zaproponowała skorzystanie z jednego z samolotów Instytutu. Profesor na pewno nie miałby nic przeciwko, a ona sama już całkiem nieźle sobie radziła z pilotowaniem. To również zostało bardzo szybko odrzucone przez Remy'ego potokiem wielce sensownych argumentów: „Non, non, non, żadnych samolotów. Non.". Doszli zatem do kompromisu i wzięli jeden z samochodów. I tak znaleźli się w wielkim korku tuż przed mostem George'a Washingtona.
- To skoro i tak spędzimy w tym samochodzie całe dwa dni – zaczęła Rogue, patrząc, jak samochody przed nimi mozolnie ruszają na zielonym świetle – opowiedz mi wreszcie, co robiłeś w Nowym Orleanie.
Remy spojrzał na nią i ciężko westchnął. Wiedział, że i tak to go czeka, ale im bardziej odwlekał tę chwilę, tym lepiej się czuł. Nieuchronne jednak nadeszło.
- W styczniu spotkałem się z moim bratem, Henrim – odparł po dłuższej chwili. – Wcześniej bombardował mnie wiadomościami i telefonami, że muszę koniecznie wrócić do Nowego Orleanu…
Dziewięć miesięcy temu, styczeń.
Szedł szybkim krokiem. Rozpięty płaszcz powiewał za nim niczym peleryna. Wszedł w jeden z zaułków i ukrył się w cieniu. Upewniwszy się, że nikt za nim nie idzie, ruszył w głąb ciemnej uliczki. Otworzył drzwi prowadzące do niszczejącej kamienicy i wspiął się po schodach. Na obskurnym korytarzu paliła się zaledwie jedna lampa, ale Remy'emu to nie przeszkadzało. Doskonale wiedział, gdzie iść. Dotarł do drzwi z numerem „36" i bez pukania wszedł do środka. Mieszkanie było ciemne i pachniało stęchlizną. Przez brudne szyby wpadało światło lamp ulicznych. Remy instynktownie omijał oświetlone fragmenty pomieszczenia i od razu wszedł do jednego z pokojów.
- Jak zwykle na czas – odezwał się mężczyzna siedzący w fotelu naprzeciwko drzwi.
- Jak zwykle w obskurnej melinie – odparł Remy. – Czemu nie możemy się spotkać w jakimś lepszym miejscu? – zapytał z wyrzutem.
- Już zapomniałem, jak bardzo wygodnicki jesteś – odrzekł mężczyzna. – Książę złodziei się znalazł, nie nawykły do niskich standardów – prychnął.
- We własnej osobie – ukłonił się Remy. Mężczyzna wstał i uściskał go przyjaźnie. – Chciałbym powiedzieć, że dobrze cię widzieć, ale zdaję sobie sprawę, że nie przychodzisz z dobrymi wiadomościami. Zgadłem?
- Zgadłeś – odrzekł krótko mężczyzna i odpalił papierosa.
- Co znowu zrobił Jean Luc? – zapytał Remy, częstując się papierosem swojego towarzysza.
- Nie chodzi o Jean Luca – odparł po chwili. Remy poruszył się niespokojnie, ale nic nie mówił. – Twoja narzeczona ma kłopoty – oznajmił.
- Bella nie jest moją narzeczoną, Henri – twardo odpowiedział Remy.
- To, że uciekłeś, nie znaczy, że wasze narzeczeństwo się skończyło – zaśmiał się Henri. – A przynajmniej ona tak uważa.
- Nie wracajmy do tego – mruknął Remy.
- Chyba musimy – odparł Henri. – Ty musisz wrócić.
- Nie ma takiej opcji – odrzekł twardo Remy.
- Bella została wygnana z Gildii. Jeśli wróci do nich, zabiją ją. Nie chce mówić nic więcej, za to cały czas prosi o kontakt z tobą.
- I zwróciła się o pomoc akurat do was?
- Nie tyle do nas, co do ciebie – odparł Henri. Zgasił papierosa wrzucając go do szklanki z wodą i pochylił się ku Gambitowi. – Do niczego cię nie namawiam, ale przez wzgląd na waszą przeszłość powinieneś chociaż z nią porozmawiać.
Remy zaciągnął się papierosem i nie spuszczając wzroku z Henriego wypuścił z ust pierścienie dymu.
- Jak długo u was jest? – spytał wreszcie, przełamując milczenie.
- Dwa dni.
- Niczego nie podejrzewacie?
- Jest przerażona. Poprosiła również o odizolowanie jej od innych, więc trafiła na daczę. Ale nie wygląda na chorą – odparł Henri, wzruszając ramionami.
Remy poczuł wibracje telefonu. Wyciągnął go z wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wiadomość od Betsy. „Potrzebuję męskiej decyzji – bielizna czerwona czy różowa?". Uśmiechnął się pod nosem i schował telefon z powrotem do kieszeni.
- Strzelam, że szybko wypełniłeś lukę po Belli – stwierdził nie bez cienia ironii Henri, obserwując uważnie twarz swojego przyrodniego brata.
- A co u Mercy? – zbył go Remy, uśmiechając się serdecznie. Nie miał zamiaru odpowiadać na to pytanie. Im mniej o jego życiu osobistym wie jego rodzina, tym lepiej.
- Jest w ciąży. Drugi miesiąc – odrzekł z dumą Henri.
- Gratuluję – odparł Remy i wstał, rzucił papierosa na podłogę i zgasił go butem. – Dziękuję za wizytę, Henri.
Ruszył w kierunku drzwi, gdy usłyszał za sobą Henriego.
- Wrócisz?
- Non – odrzekł i zamknął za sobą drzwi.
Kilka minut później odpalał kolejnego papierosa. Szedł rzęsiście oświetlonymi ulicami Brooklynu, prosto do kryjówki, w której zostawił swój motor. Miał ochotę wyjść do knajpy i przy szklaneczce whiskey spokojnie przemyśleć spotkanie z Henrim. Może nawet z kimś porozmawiać. Przez kilka sekund brał nawet pod uwagę możliwość powiedzenia o wszystkim Rogue. Szybko zgasił w sobie tę niepokojącą myśl. Jego maleńka fille nie jest gotowa na poznanie Remy'ego od tej strony. Dopiero co zaczął ją oswajać.
Dotarł do pomalowanego sprayem garażu. Otworzył kluczykiem metalowe drzwi i wszedł do środka. Zgasił papierosa na jednej ze ścian i wsiadł na motor.
Bella, jego ukochana blondwłosa awanturniczka. Najlepsze ciało po tej stronie Mississippi. Mogli być razem szczęśliwi.
Odpalił silnik i skierował się w stronę Bayville.
Do Instytutu trafił kilka minut przed pierwszą w nocy. Zastanawiał się, czy przed snem nie wypić jeszcze szklaneczki czegoś mocniejszego, ale zmęczenie brało górę. Szybko wszedł po schodach i skierował się do swojego pokoju na końcu korytarza. Zamknął za sobą drzwi i już miał zdejmować płaszcz, gdy poczuł czyjąś obecność w pokoju. Kobieca sylwetka odcinała się na tle okna.
- Wreszcie przyszedłeś, przystojniaku – usłyszał mrukliwy głos. Zapalił światło i zamarł. Betsy stała oparta o parapet i uśmiechała się do niego wydymając lekko wargi. – Nie odpowiedziałeś mi, więc wybrałam czerwień. Jak ci się podoba? – obróciła się powoli, pokazując perfekcyjnie wyrzeźbione ciało ubrane w kusą bieliznę. Podeszła do niego, uwodzicielsko kręcąc biodrami.
To nie tak, że Remy nie lubił Betsy. Darzył ją dużą sympatią, kilka razy wyciągnęła go z kłopotów i zapoznała z kilkoma ważnymi osobami. Była zabawna, inteligentna i oszałamiająco piękna. W innych okolicznościach nawet by się nie zawahał. Remy nie mógł powiedzieć jednoznacznie, co się zmieniło. Jedno jednak było pewne: nie miał ochoty wchodzić teraz z Betsy w jakiekolwiek bliższe stosunki.
Dlatego nie tracąc zimnej krwi, sięgnął po jej dłoń, która zdążyła już dotknąć jego koszulki.
- Betsy, nie – odparł twardo.
- Nie? – uśmiechnęła się. – Zgrywasz niedostępnego? – zachichotała. – Daj spokój, oboje tego chcemy.
- Non – powtórzył Remy i odsunął się od dziewczyny. Otworzył szafę i zdjął z wieszaka jedną ze swoich koszul. Podał ją Betsy. – Nałóż to i idź do swojego pokoju.
Betsy uważnie obserwowała go jeszcze przez chwilę. Remy stał ze skrzyżowanymi rękoma oparty o ścianę tuż koło drzwi i patrzył gdzieś ponad nią. Wciąż nie mogąc uwierzyć w swoją porażkę, nałożyła na siebie koszulę. Nim sięgnęła do klamki, spojrzała jeszcze raz na Remy'ego.
- Jakoś nie miałeś oporów jeszcze ponad miesiąc temu – stwierdziła, uśmiechając się gorzko. – Ale jeszcze za tym zatęsknisz – dodała, wskazując na swoje ciało i wyszła z pokoju.
Gdy zamknęła za sobą drzwi, Remy oparł głowę o ścianę i odetchnął głęboko.
- Co tu się właśnie stało? – mruknął do siebie i przeczesał włosy. Stał tak kilka długich minut, po czym zgasił światło i wyszedł z pokoju. Zdecydowanie potrzebował szklaneczki whiskey.
.
Rogue, słysząc wreszcie prawdę na temat tego, co zaszło pamiętnej styczniowej nocy, nie mogła powstrzymać uśmiechu. Czyli nic się nie wydarzyło – pomyślała z satysfakcją. Remy natomiast obserwował ją kątem oka i również się uśmiechał – zatem słusznie doszedł do tego, co było przyczyną kryzysu między nimi na początku roku. Miał nosa, by o tym wspomnieć.
- Po tym spotkaniu Henri jeszcze kilkakrotnie do mnie dzwonił, nalegając na mój powrót – kontynuował Remy. – Ignorowałem to tak długo, jak to możliwe. Aż wreszcie wybuchła bomba.
- Bomba? – Rogue spojrzała na niego zaskoczona.
- Otóż powodem, dla którego Belladonna chciała się ze mną skontaktować, była manifestacja jej mutacji – odparł beznamiętnym głosem Remy, wciąż nie spuszczając oka z drogi.
- Czy ona nie jest za… – zaczęła Rogue, ale Remy szybko jej przerwał.
- Za stara na manifestację mocy? Oui – przytaknął. – Mnie też to zaniepokoiło, ale wiedziałem, że muszę wrócić. Po tym wszystkim, co przeżyłem, hipokryzją by było, gdybym odmówił jej pomocy z okiełznaniem mutacji.
- Bo to była twoja narzeczona? – spytała Rogue, unosząc brew.
- Non. Bo ja też jestem mutantem i wiem, jak ważne jest wsparcie na samym początku – odparł, przenosząc spojrzenie z kierownicy na Rogue. Dziewczyna przygryzła wargę i z ciężkim westchnięciem odwróciła wzrok na drogę.
- Mów dalej – powiedziała tylko.
Osiem miesięcy temu, luty.
Ostatnia prosta do domu, zaledwie dwie minuty dzieliły go od przekroczenia progu posiadłości jego rodziny. Remy mimo to zgasił motor i, wciąż na nim siedząc, spojrzał za siebie. Może jeszcze zawrócić. Przy odrobinie szczęścia profesor Xavier nie ogłosił jego odejścia, być może Rogue jeszcze się nie ocknęła i nie zauważyła jego nieobecności.
Momentalnie zalała go fala wyrzutów sumienia, że znowu kogoś zawiódł, znowu odszedł, gdy był najbardziej potrzebny. Może taki już jego los? Uciekać przed przeznaczeniem?
Powiódł spojrzeniem po znajomych domostwach, podwórzach, które niewiele się zmieniły przez te lata. Zatrzymał wzrok na murze ogradzającym dom jego rodziny. Z czerwonej cegły, w lecie porośnięty zielonymi pnączami, teraz owinięty suchymi łodygami. Stąd było widać dach, na który w dzieciństwie wdrapywał się z okna swojej sypialni. Spad tuż nad jego pokojem był niewielki, więc mógł bez trudu tam siedzieć z przewieszonymi nogami i łuskać słonecznik, póki go Tante Mattie nie zauważyła. Uśmiechnął się na wspomnienie reakcji Mattie, jakby co najmniej ryzykował swoim życiem.
Odpalił wreszcie motor i powoli podjechał przed bramę. Wpisał niezmieniony od lat kod i wjechał na podwórze. Zgarnął niewielki tobołek z motoru i powolnym krokiem ruszył w kierunku drzwi wejściowych, łapiąc po drodze tak wiele szczegółów, które zmieniły się od czasu jego nieobecności, jak to tylko możliwe. Wymienili okna w garażu. Pomalowali drzwi, wyłożyli wreszcie ścieżkę nad wodę kamieniami.
Nacisnął klamkę i cicho wszedł do przestronnego holu. W domu było ciemno, tylko w kuchni paliło się światło i słychać było stamtąd rozmowy. Remy wyłapał śmiech Mercy, żony Henriego. Zostawił torbę na stoliku i podążył za głosami. Kiedy stanął w drzwiach, początkowo nikt go nie zauważył. Panował rozgardiasz typowy dla niedzielnego popołudnia – Mercy przekomarzała się z Emilem, Henri siedział wspólnie z Jean Lukiem nad stertą papierzysk, Claude i Theoren pogrążeni byli w rozmowie. To Tante Mattie zauważyła go pierwsza. Podniosła wzrok znad garnka, w którym powoli coś mieszała, i zamarła. Remy uśmiechnął się promiennie do niej, z bólem zauważając, jak wiele zmarszczek i siwych włosów jej przybyło. Mattie szybko wytarła ręce i przeszła szybko przez całą kuchnię.
- Remy! – wykrzyknęła w połowie drogi. Wszyscy w kuchni zamilkli i ze zdziwieniem zauważyli gościa. Po chwili do Mattie dołączyła też Mercy, Henri wstał od stołu i z uśmiechem od ucha do ucha przypatrywał się całej scenie.
- Czemu nie uprzedziłeś?
- Przygotowalibyśmy coś specjalnego na twój powrót!
- Na długo przyjechałeś?
- Pójdę przygotować ci pokój!
- Cieszę się, że wróciłeś, synu. – Jean Luc cierpliwie czekał, aż cała rodzina wyściska dawno niewidzianego gościa. Podszedł do niego i przyjaźnie poklepał go po plecach. Od ostatniego razu twarz Jean Luca bardzo się postarzała, a on sam wydawał się dużo szczuplejszy. Na głowie pojawiło się więcej siwych włosów, a oczy nie były już tak błyszczące jak kiedyś. Czas płynie, pomyślał gorzko Remy.
Pół godziny później wszyscy siedzieli przy obiedzie, a on cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania.
- I gdzie się zatrzymałeś, jak już uporałeś się z problemami z mocą? – spytał Emil.
- W Nowym Jorku – odparł krótko Remy, starając się nie wdawać w szczegóły.
- U profesora Xaviera może? – dopytał Jean Luc. Remy posłał mu zaskoczone spojrzenie, ale jego twarz szybko rozjaśnił uśmiech.
- Ororo kazała cię pozdrowić – odparł z błąkającym się na ustach uśmiechem.
- A kim jest Ororo? – zapytał Henri, patrząc ze zdziwieniem to na Remy'ego, to na Jean Luca.
- Stara znajoma – odpowiedział spokojnie Jean Luc, ale Remy mógł przysiąc, że ledwie powstrzymuje uśmiech.
- Nie taka stara – dopowiedział po cichu, ale tak, aby Jean Luc go usłyszał.
- A ty? Poznałeś kogoś? – spytała rzeczowo Mercy. Tante trąciła ją łokciem i pokiwała głową z dezaprobatą. – No co? Nie jest już przecież z…
- Poznałem mnóstwo pięknych kobiet Mercy, ale nie tak uroczych jak ty i Mattie – odpowiedział Remy, wcinając się jej w słowo.
- Och, przestań – żachnęła się Mercy, ale uśmiech pozostał na jej twarzy.
- To jak? Chcesz się dzisiaj z nią zobaczyć? – zapytał rzeczowo Henri.
- Zostawmy to na jutro, hein? – odpowiedział z przekąsem Remy. – Chcę, by mój powrót do Nowego Orleanu był miłym wspomnieniem.
- Czyli co – wciął się Emil – książę złodziei rusza dzisiaj w miasto?
- Cieszę się, że poruszasz ten temat – wyszczerzył się Remy. – Knajpa Toma jeszcze stoi?
W niedzielę ruch był słabszy niż jeszcze w poprzedni wieczór, ale i tak pub był wypełniony ludźmi. Część ludzi stała na zewnątrz i paliła papierosy i zielsko, w środku natomiast tłum skupiał się na czterech punktach: bilardzie, niewielkim parkiecie, stolikach i długim barze. Remy z zadowoleniem zauważył, że od jego ostatniego pobytu nie zmieniło się tu nic, nawet barman był ten sam: szpakowaty, starszy mężczyzna z wąsikiem.
Zajęli jeden z ostatnich wolnych stolików, po czym Remy ruszył po coś do picia. Nie bez przeszkód dopchał się do lady. Cierpliwie czekał, aż zainteresuje się nim barman.
- Postawisz mi drinka? – Usłyszał tuż koło siebie. Obok niego stała wysoka, rudowłosa dziewczyna. Niewiele starsza od Rogue czy Jean. Piegowata, z jasną, różową skórą.
- Nie zabrałaś ze sobą pieniędzy, cherie? – spytał oschle. Dziewczyna jednak była na tyle wstawiona, że nie poczuła się obrażona komentarzem.
- Daję ci szansę, przystojniaku – odparła ze śmiechem.
- Whiskey bez lodu oraz dwa pilznery proszę – zamówił Remy, po czym odwrócił się z powrotem do dziewczyny. – Szansę na co, cherie?
- Na niezapomnianą noc – odpowiedziała i przygryzła wargę. Remy westchnął i pomasował nasadę nosa. Nie wiedział, czy był już na to za stary, czy może zbyt zmęczony, ale nie miał ochoty na niezapomnianą noc z tą dziewczyną.
- Może innym razem, cherie – odparł, odebrał tacę z trunkami i skierował się do swojego stolika.
- Co? Za młoda? Za stara? Za ruda? Za brzydka? – spytał rzeczowo Emil, gdy Remy usiadł z nimi.
- Nie w moim typie – odpowiedział enigmatycznie Remy i upił whiskey.
- Myślałem, że twój typ to wszystkie w wieku produkcyjnym – odparł ze śmiechem Emil.
- Z szacunkiem się odzywaj do mojego brata – przerwał mu Henri. – Wszystkie w wieku produkcyjnym i jednocześnie co najmniej mocne ósemki.
Obaj się zaśmiali, Remy jedynie prychnął i odpalił papierosa. Zaciągnął się i oparł się wygodnie o krzesło.
- Jak interesy? – spytał.
- Szykujemy się do jednej grubej akcji – zaczął Emil.
- Ale to nie jest dobre miejsce na takie rozmowy – przerwał mu Henri. – Nie jest źle, Remy, ale przydałaby się nam zwinna ręka do pomocy.
Remy uśmiechnął się. Nie miał zamiaru wracać do tego fachu, bo wiedział, że to spowoduje lawinę kolejnych zadań i zobowiązań, przez które utknie tu na zbyt długo. Miał zamiar najpóźniej wiosną wrócić do Nowego Jorku, już nieważne, czy do Instytutu, czy nie. Nie chciał zostać w Nowym Orleanie, mimo że kochał to miasto.
- Co z Bellą? – zapytał, zmieniając temat.
- Od czasu naszej ostatniej rozmowy siedzi w daczy na wyspie – odparł Henri. – Zupełnie nie radzi sobie z mutacją.
- Gdyby to była mutacja, objawiłaby się już dawno – odpowiedział z powątpiewaniem Remy.
- Czyli co, uważasz, że to nabyte? – z powątpiewaniem spytał Emil.
- Nie takie rzeczy widziałem – odparł Remy, upijając kolejny łyk whiskey.
- Gdzie ty bywałeś, Remy? – zapytał Henri, marszcząc brwi.
- Dlaczego jej pomagacie? – skontrował Remy, zupełnie zmieniając temat. Henry wymienił spojrzenie z Emilem, co nie uszło uwadze Remy'ego.
- To ojciec podjął decyzję – odparł napiętym głosem Henri, ponownie rzucając przelotne spojrzenie na Emila. Remy przez chwilę chciał drążyć dalej temat, bo tu ewidentnie coś śmierdziało, ale po szybkim rozważeniu odpuścił. Będzie jeszcze na to czas.
- To jaka jest jej moc? – zapytał.
- To są jakieś pociski, które emituje z dłoni – zawahał się Emil. – Tak jakby je tworzyła.
- Czasem też wydaje się, że jest gdzieś w innym świecie, nie wiem, jak to wyjaśnić – dodał Henri. – Pomożesz jej?
- Nie wiem, na ile będę umiał – odparł Remy. – Wiem jednak, kto w razie problemów może pomóc.
- Twoi nowi znajomi? Albo znajoma? – uśmiechnął się Emil.
Remy nic nie odpowiedział.
Gdy wrócili do domu, było dopiero po drugiej w nocy. Dawniej takie eskapady – suto zakrapiane, okraszone dymem nie tylko papierosów, do tego z niegasnącym śmiechem na ustach – kończyły się nad ranem. Tego dnia było jednak inaczej: Remy – mimo szczerych chęci Henriego i Emila – jakoś nie mógł się poddać chwili, nie potrafił żartować, nie chciał też zbyt dużo pić, by przypadkiem nie puściły mu hamulce. Uprzejmie dopytywał, co się wydarzyło podczas jego nieobecności, zmuszał się do uśmiechów w odpowiednich momentach i starał się jak najmniej mówić o sobie.
Gdy usiadł na łóżku w swoim starym pokoju, odetchnął. Mógł wreszcie pogrążyć się w swoich myślach i niczego nie udawać. Przeczesał włosy, starł z oczu napływające zmęczenie i rozejrzał się po dawnych kątach. Absolutnie nic się nie zmieniło od czasów, gdy tu mieszkał. Książki, płyty, ubrania w szafie – wszystko pozostało nietknięte. Nawet na biurku leżał jakiś stary magazyn, którego nie zdążył nawet przeczytać. Ktoś tu oczywiście raz na jakiś czas wycierał kurze i podlewał rośliny, ale ewidentnie nikt się nie kwapił, by zrobić jakiś użytek z porzuconego pomieszczenia. Najwyraźniej wszyscy byli przekonani, że Remy jeszcze tu wróci.
Prychnął do siebie i położył się na plecach. Kątem oka zobaczył, że miga dioda w jego telefonie – dostał wiadomość. Domyślał się, kto to mógł być i w jakiej sprawie. Zaczerpnął oddechu i sięgnął po komórkę. Jedna nieodczytana wiadomość od Piotra Rasputina.
„R. obudziła się dzisiaj w nocy." – tylko tyle. Pisał w południe, ponad dwanaście godzin temu. Co teraz się działo w Instytucie? Jak się czuje Rogue? Czy pytała o niego?
Remy już chciał pisać te pytania w wiadomości zwrotnej, ale tuż przed naciśnięciem „Wyślij" odrzucił telefon. Lepiej będzie, jeśli do Rogue nie dotrze, że się nią interesuje. To jej w niczym nie pomoże, a jedynie wzmoże gniew, który z pewnością czuła w stosunku do jego skromnej osoby. Kiedyś przyjdzie czas, w którym będzie mógł się z nią spotkać i wszystko wyjaśnić. Teraz będzie lepiej, jeśli o nim zapomni.
Następnego ranka pojawił się w kuchni jako pierwszy, a właściwie tuż po Tante Mattie, która popijała czarną jak smoła kawę i rozwiązywała krzyżówkę w gazecie.
- Dzień dobry – przywitał się Remy.
Tante uśmiechnęła się serdecznie.
- Siadaj, zaraz zrobię ci śniadanie, Remy – odparła.
- Nie ma takiej potrzeby, Tante – odpowiedział Remy, nalewając sobie kawy z ekspresu. – Sam sobie poradzę, jestem już duży.
- Jak ten czas leci, dopiero co ci opatrywałam zdarte kolana – westchnęła Mattie. – Dla mnie już zawsze będziesz małym chłopcem.
Remy wypił spokojnie kawę, gawędząc z Tante, ale taktycznie unikając pewnych tematów. Po śniadaniu wyszedł z domu i skierował się kamienną ścieżką do stawu, przy którym zacumowana była łódka. Odpalił silnik i ruszył przed siebie, unikając pułapek i niebezpiecznych miejsc. Pamiętał je z taką dokładnością, że mógłby rozrysować mapę. Ostatnio płynął łódką dawno temu, na dodatek do posiadłości Boudreaux, a i nie sam. Ścisnął mocniej powieki, by odgonić od siebie tamte wspomnienia. Nie było na to czasu. Gdy dobił do brzegu, zacumował łódkę do jednego z palików i skierował się w kierunku jedynego budynku na wyspie – daczy, o której wiedziała tylko najbliższa rodzina. W niektórych oknach brakowało szyb, północna ściana na piętrze była zwęglona, a w dachu ziała dziura wielkości samochodu. Niechętnie przekroczył próg i rozejrzał się po domu. Większość rzeczy była rozrzucona lub zwęglona, na dodatek od ilości dziur i uszkodzeń wiało tutaj zimnem, że nawet Remy poczuł dreszcze.
Wszedł po schodach na piętro. Powoli sprawdzał każdy pokój, ale nie zastał tutaj nikogo. Została już tylko piwnica. Gdy tylko otworzył drzwi prowadzące na dół, usłyszał ruch.
- Kto tam? – usłyszał głośne pytanie. – Remy, to ty?
Nic nie odpowiedział, podążał jedynie za źródłem dźwięku. Wreszcie zobaczył ją w jednej z cel. Siedziała skulona w kącie i kiwała się w przód i w tył. Nieopodal stała otwarta paczka sucharów, a po podłodze walały się puste butelki po wodzie.
- To ty, Remy! – Dziewczyna szybko wstała i podbiegła do niego, lekko się chwiejąc. Wczepiła się w jego ciało z taką mocą, jakby od tego zależało jej życie. Spazmy szlochu mieszały się z urywanymi zdaniami, tworząc najbardziej żałosną kakofonię, jaką Remy słyszał w swoim życiu.
- To ja, Bello – odpowiedział cicho, obejmując ją i niezgrabnie poklepując po plecach.
- Clovis – powtórzyła Bella. – Zaatakował mnie Clovis, bliski doradca mojego ojca, mój opiekun i mentor. To było na początku miesiąca. Stąd te dziury i zrujnowane ściany. Nie panowałam nad tym, Remy, a on po prostu szedł na mnie… jakby… jakby chciał mnie zabić…
Bella zaniosła się po raz kolejny szlochem. Remy, przytulił ją do siebie, poklepując po plecach i głaszcząc po zmierzwionych, matowych włosach. Dziewczyna była w strasznym stanie: zmarznięta, głodna, zdezorientowana. Remy przysiągł sobie, że porozmawia sobie o tym z rodziną.
- Skąd masz tę moc, Bell? – spytał cicho, nie przestając głaszcząc dziewczyny. Bella poruszyła się niespokojnie, ale nie wyrwała z objęć.
- Nie mogę powiedzieć – wyszeptała po dłuższej chwili. Remy odsunął ją od siebie i spojrzał w wielkie, niebieskie oczy.
- Jak to?
- To tajemnica, Remy, nie mogę jej zdradzić, choć bardzo bym chciała – pokrętnie zaczęła tłumaczyć. – Jeśli cokolwiek powiem, narażę ciebie i twoją rodzinę.
Remy nic nie odpowiedział. Bella, po chwili wahania, znowu wtuliła się w jego ramiona. Wpatrywał się w tą zapłakaną, kruchą kobietę, ale w głębi serca doskonale wiedział, że nie mógł jej ufać.
Siedem miesięcy temu, marzec.
- Skup się, Bell.
- Próbuję przecież! – odkrzyknęła zirytowana. Stanęła znowu w rozkroku i wyciągnęła przed siebie ręce. Palce dłoni miała skierowane w taflę jeziora. Przymknęła oczy i z wnętrza dłoni wystrzeliły dwa niewielkie pociski, które wzburzyły spokojną wodę. Bella spojrzała na Remy'ego i roześmiała się serdecznie. Coraz lepiej radziła sobie ze swoją nabytą mocą.
- Jeszcze trochę i będę w tym tak dobra jak ty – uśmiechnęła się kokieteryjnie i wystrzeliła z palców jeszcze jeden niewielki pocisk.
- Oui – zgodził się Remy. Bella podeszła do niego i zmierzwiła mu włosy. Wyglądała już dużo zdrowiej niż miesiąc temu. Blond włosy jaśniały w promieniach słońca.
- Muszę jeszcze nauczyć się kontrolować intensywność tych pocisków. Nie zawsze wychodzą mi tak silne, jakbym tego chciała.
- Dasz sobie radę, Bell – zapewnił ją Remy.
- Wiem – uśmiechnęła się. – Przecież będziesz mi w tym pomagał, czyż nie?
Z uśmiechem na ustach odsunęła się od Remy i znowu stanęła w pozycji bojowej.
- Prawda, Remy? – powtórzyła pytanie i wyciągnęła przed siebie ręce. Zdmuchnęła z czoła kosmyk włosów, co przypomniało Remy'emu o innej osobie, która tak często robiła.
- Całkiem nieźle sobie radzisz i moja pomoc chyba już nie jest aż tak potrzebna…
Remy nie skończył mówić. Pocisk plazmatyczny stworzony przez Bellę uderzył z wielką mocą w szopę stojącą niedaleko jeziora. Z otwartymi ustami obserwował, jak wali się dach. Dopiero szloch Belli go otrzeźwił.
- Chcesz mnie zostawić?! – wykrzyknęła pomiędzy kolejnymi atakami płaczu. – Znowu?!
Remy przełknął nerwowo ślinę. W normalnych warunkach pewnie jedynie by przytaknął i odwrócił się na pięcie. Tutaj nie miał takich możliwości. Musi wrócić łódką do domu, a to może okazać się problematyczne, jeśli tej psychopatce zamarzy się zniszczyć jego jedyny środek transportu. Musiał szybko wymyślić sposób na uspokojenie Belli.
- Ja nie mogę sama… – załkała i opadła na kolana. Remy westchnął, ale podszedł do niej i objął ramieniem.
- Zostanę jeszcze, Bella, przestań płakać – powiedział cicho. Dziewczyna przestała już zanosić się płaczem, ale wciąż siedziała wtulona w jego płaszcz. Remy postanowił, że już więcej nie będzie wracał do tematu jego wyjazdu. Nic nie powie, po prostu wyjedzie.
Remy kończył już jeść śniadanie, gdy do domu wpadł Henri. Wściekłym krokiem, ze śladami krwi, podszedł do zlewu i zaczął szorować czerwone plamy na dłoniach.
- Kochanie! – wykrzyknęła Mercy. Od ponad kwadransa czekała, aż jej mąż wróci i wspólnie pojadą do lekarza, na kolejną kontrolę ciąży. Henri miał zniknąć tylko na pół godziny, by zawieźć Belli jedzenie oraz trochę zapasów. Wrócił po ponad godzinie.
- Ten kretyn, Louis wpadł na wyspę – zaczął opowiadać. – Wiesz, Remy, który. Ryży pachołek Mariusa. On po prostu szedł, nie zwracał uwagi ani na zabezpieczenia, ani na alarmy, a później na moje ostrzeżenia. Tak jakby był zafiksowany na tym, by dotrzeć do tej twojej Belli! – Remy chciał coś wtrącił, ale Henri kontynuował. – Myślałem, że chce z nią porozmawiać, przekonać do powrotu, dlatego tylko go obserwowałem. Ale on się na nią rzucił. Z gołymi pięściami! Kogo to teraz przyjmują do Asasynów, naprawdę… – parsknął. – Bella chciała użyć tej swojej mutacji, ale nie dała rady naładować pocisku, nie wiem. Gdybym nic nie zrobił, to by ją po prostu zatłukł. Musiałem coś zrobić…
- Henri, żabciu… – wyszeptała Mercy i przytuliła się do jego pleców. Cała złość na to, że się spóźnia, minęła jak ręką odjął.
- Nie sądziłem, że u Asasynów aż tak obniżyli standardy – mruknął Remy po chwili. Nie wiedział, jak powinien zareagować. Niepokoiło go, że Boudreaux wyraźnie się mści za coś na swojej córce, ale tylko dlatego, że to jego rodzina była narażona.
- Gdyby to była stara dobra jakość, to ani ona, ani ja byśmy z tego nie uszli – zgodził się Henri.
- Próbowaliście rozmawiać z Mariusem?
- Ojciec kategorycznie nam zabronił – odparł Henri, wycierając ręce. W międzyczasie Mercy wróciła z czystą koszulą. – Gdy przyjęliśmy Bellę pod swój dach, prosiła nas, by chwilowo nie informować jej ojca, że tu jest. Jak to ona powiedziała, Mercy?
- Że dla niego i tak już jest martwa – odparła, zawiązując krawat na szyi Henriego.
- Czyli drze koty ze swoim ojcem, pięknie. – Remy uderzył pięścią w stół. Jeśli cokolwiek by powiedzieli Mariusowi, ataki byłyby dużo intensywniejsze, a zwiadowcy ojca na razie nie informowali o jakichkolwiek ruchach ze strony Gildii Zabójców. Mogłoby też dojść do złamania statusu quo, który od kilku lat utrzymywał względnie pokojowe stosunki między obiema rodzinami. Pojedyncze ataki musiały świadczyć o jakimś rozłamie w gildii.
- Wiem jedno, Remy. – Henri, gotowy już do wyjścia, podszedł do brata i spojrzał mu prosto w oczy. – To ty powinieneś się zająć tą dziewczyną. Choćby przez wzgląd na to, co was łączyło.
Było koło drugiej w nocy. W posiadłości LeBeau już dawno zapadła cisza i tylko wartownicy od czasu do czasu przechodzili pod oknem Remy'ego. Już dawno powinien spać, zwłaszcza że obiecał Jean Lucowi pomóc z samego rana przy lewych fakturach. Nie mógł jednak zmrużyć oka. Leżał po prostu na plecach i miętosił w palcach rękawiczkę z cienkiej jak papier skóry. Delikatna faktura, miejscami wytarta, przyjemnie ocierała jego szorstkie palce. Przyłożył do nosa rękawiczkę i zaciągnął się mocno. Zapach skóry dominował, ale dało się wyczuć jeszcze delikatną, kobiecą nutkę.
Uśmiechnął się do siebie. Rogue na pewno już zdążyła zauważyć brak tej rękawiczki. Ciekawe, czy domyśliła się już, kto za tym stoi?
Remy podniósł się i oparł plecami o wezgłowie. W świetle księżyca doskonale widział wszystkie wytarte miejsca i każdy szew.
To niepokojące, że za nią tęsknił. Najchętniej by już dawno wrócił do Nowego Jorku, ale to cholerne poczucie obowiązku wobec własnej rodziny znowu go przygniotło. Podświadomie czuł, że wszyscy oprócz niego wiedzą o jakimś strasznym sekrecie. I nawet nie chodziło o Belladonnę, która nadal przebywała na wyspie. Miał wrażenie, że bardziej niż ostatnio zależy im wszystkim na tym, by został.
Dlaczego jeszcze nie odjechał?
Zaklął pod nosem i oparł głowę o ścianę, wpatrując się w księżycowe plamy na suficie. Dopóki mają tutaj Bellę, Marius będzie wysyłał swoich ludzi, by ją zabić. Jean Lucowi zależy na pokoju między gildiami, dlatego nie chce się otwarcie przyznać, że ma u siebie jego córkę. Wyrzucenie jej nie wchodzi w grę – nie dość, że może to się obrócić przeciwko nim, to na dodatek Remy czułby się z tym jak hipokryta. Nikt poza Jean Lukiem nie zainteresował się jego losem z powodu mutacji. Nie mógł tak po prostu jej teraz zostawić, zwłaszcza że jeszcze nie do końca panowała nad swoją mocą.
Bał się, że to będzie trwało zbyt długo i że zbyt późno zdecyduje się na powrót do Nowego Jorku.
.
Z oczywistych względów nie wszystkie elementy tego wspomnienia przekazał Rogue. Przemilczał z zimną krwią, że to on stoi za tajemniczym zniknięciem jej ukochanej rękawiczki, a także to, jak bardzo za nią tęsknił.
Po krótkiej chwili kontynuował.
Sześć miesięcy temu, kwiecień.
Obudziło go uporczywe pukanie do drzwi. Niechętnie otworzył oczy, odrzucił koc i wstał z łóżka. Słońce wpadało obficie przez drzwi balkonowe. Zerknął na zegarek – kilka minut po siódmej. Położył się spać zaledwie trzy godziny temu – wspólnie z chłopakami świętowali jego powrót do „zawodu". Toteż zastanawiał się, kto próbował go obudzić o tej porze.
- Oui? – spytał rozkojarzony, gdy otworzył drzwi. Pulsujący ból głowy zaczynał rezonować w czaszce.
- Remy, słońce, nie wiem, ile stałam przed twoim pokojem – zaszczebiotała Bella i bez czekania na zaproszenie, weszła do pokoju. Nim Remy zdążył zdać sobie sprawę z tego, co właśnie się zdarzyło, Bella otworzyła już okno i zabierała się za ścielenie łóżka.
- Co się stało? – spytał i sięgnął po czystą koszulkę, udając, że nie widzi wygłodniałych spojrzeń Belli rzucanych w jego kierunku. Już wiedział, jak się czuła Rogue.
- Udało mi się być już naprawdę długo w tym drugim świecie – oznajmiła z dumą.
Remy pokiwał głową z uznaniem, naciągając przy okazji spodnie. Bella przestała już być niebezpieczna ze swoim brakiem kontroli mutacji. Umiała już zapanować nad mocą i coraz lepiej radziła sobie z astralnym światem, do którego wpadała – czasem z przypadku, czasem z premedytacją. Wspólnie z resztą rodziny Remy zadecydował, że dziewczyna nie musi już ukrywać się na wyspie. I choć Remy miał raczej na myśli to, że Bella może już stąd odejść, to ona została w rezydencji LeBeau. Jean Luc nie zgłosił zastrzeżeń, Henri przypomniał Remy'emu, że to on ma o nią zadbać, a Tante Mattie jedynie wzruszyła ramionami. Dopóki Jean Luc się zgadza, to ona również. Jej pobłażliwość była aż podejrzana.
- I to był powód, dla którego przyszłaś do mnie o siódmej rano? – zapytał nieco ostrzejszym tonem. Głowa bolała go niemiłosiernie, a piskliwy głos Belli jedynie pogarszał sytuację.
- Myślałam, że się ucieszysz – odparła ze zmarnowaniem i momentalnie jej dobry humor prysł. Usiadła na pościelonym łóżku i wpatrywała się okrągłymi jak spodeczki oczami w Remy'ego. – Tylko tobie jeszcze zależy na mnie i chcesz mi pomóc, poza tobą…
- Tak, tak, wiem – uciął Remy, wiedząc, do czego zmierza ta rozmowa. Nikt mnie nie rozumie, rodzina się wyrzekła, jestem wśród obcych ludzi, tylko ty, Remy, mi zostałeś, bla bla bla. Głowa pulsowała niemiłosiernie ostrym bólem.
- Umarłabym, gdybyś mnie zostawił – powiedziała po dłuższej chwili. Ramiona miała opuszczone, wpatrywała się w podłogę. – Nie wiem, co by się stało, gdybyś mnie teraz zostawił… chyba bym nie zapanowała nad sobą…
Remy przestał zapinać koszulę. Zaskoczony, wpatrywał się w Bellę. Czy ona go szantażowała?
- Ale dopóki jesteś obok, czuję, że żyję – kontynuowała już weselszym tonem. Podniosła głowę i posłała rozbawione spojrzenie Remy'emu. – Dawno się tak nie czułam, Remy.
Wstała i podeszła do niego. Stała bardzo blisko niego, tak, że mógł do woli napawać się zapachem jej perfum. Oparła dłoń o jego tors i spojrzała mu w oczy. Tak dawno nie miał kobiety, że niemal zapomniał, jak działa na niego dotyk. Zapatrzył się na zadbane, jasne dłonie Belli.
- Może moglibyśmy… – Bella zbliżyła się do niego jeszcze bardziej, tak, że czuł bijące od niej ciepło. Wyeksponowany dekolt w tej perspektywie kusił tak mocno, że Remy z ledwością próbował skupiać myśli na czymś innym. Uniosła drugą dłoń i dotknęła jego twarzy. Pochylił się i spojrzał w błękitne, roziskrzone oczy. Widział w nich głód i tęsknotę. Jeszcze kilka lat temu mógł o nich powiedzieć, że to najpiękniejsze oczy na świecie.
Co się zmieniło?
Odsunął od siebie Bellę i skończył zapinać koszulę.
- Spieszę się – mruknął. – Muszę pomóc Jean Lucowi.
- Oczywiście – odparła matowym głosem. Jeszcze raz posłała mu tęskne spojrzenie i cicho wyszła z pokoju.
- Może wyjdziemy potańczyć? – Do salonu weszła Bella. Remy nie podniósł nawet wzroku znad papierzysk.
- Teraz?
- Wieczorem, głuptasie – zaśmiała się perliście i usiadła obok niego na kanapie, odsuwając przy tym kilka stosów dokumentów. Remy ze świstem wypuścił powietrze i sięgnął po odłożone papiery. Sprawdził, czy się nie pomieszały i rzucił je na podłogę, tuż obok kilku innych takich kupek.
- Już jest wieczór – mruknął, przelotnie patrząc przez okno.
- Pamiętasz, jak wychodziliśmy na tańce w środku nocy i wracaliśmy nad ranem? Tak, żeby mój ojciec nas nie nakrył? – zapytała z uśmiechem i oparła się o ramię Remy'ego. Tylko z czystej grzeczności nie zareagował, jedynie westchnął z irytacją. Po raz trzeci czytał to samo zdanie.
- Bell, trochę mi—
Jego wypowiedź przerwał alarm w posiadłości. Remy momentalnie się podniósł. Skierował się w stronę drzwi, gdy usłyszał dźwięk tłuczonego szkła. Odwrócił się i zobaczył, jak przez zniszczone drzwi prowadzące na taras wchodzi obca sylwetka. Dopiero po dłuższej chwili rozpoznał w niej kobietę. Tłuste, brudne włosy skleiły się w strąki. Oczy groteskowo wyzierały z wychudzonej, szarej i pokrytej liszajem twarzy.
Instynktownie wyciągnął z kieszeni kilka kart i naładował je niewielką ilością mocy, by jedynie uszkodzić kobietę, która spostrzegłszy Bellę, rzuciła się w jej kierunku. Wycelował kartą, która ze świstem przeleciała przez pokój i trafiła w napastniczkę. Nawet nie zwróciła uwagi na to, że coś uderzyło ją w klatkę piersiową. Krwawiąc i plując krwią odrzuciła stolik, za którym siedziała Bella. Ta, jakby ocknęła się z letargu, podniosła się i wycelowała w kierunku kobiety obie ręce.
- Nie! – Krzyk Remy'ego został zagłuszony przez potężny wyrzut energii. Napastniczkę odrzuciło na drugi koniec pokoju, a wszystko, co było po drodze, zostało zmiecione przez wybuch. Nastała cisza.
Bella spazmatycznie oddychała, wciąż trzymając wyciągnięte przed siebie ręce. Remy opuścił dłonie i przyglądał się zniszczeniom spowodowanym przez absurdalnie głupio przeprowadzony zamach i równie absurdalnie źle przeprowadzoną obronę.
- Być może to głupie pytanie – usłyszeli za sobą – ale czy coś się stało? – Do pokoju wszedł Emil i gwizdnął z uznaniem na widok zniszczeń poczynionych przez Bellę.
- W sumie i tak mieliśmy remontować ten pokój – westchnął Henri, który również pojawił się w drzwiach. Remy posłał im pełne dezaprobaty spojrzenie i podszedł do nieprzytomnej kobiety. Mimowolnie skrzywił się, gdy poczuł odór niemytego od dłuższego czasu ciała. Nie było szans, by mogła to przeżyć. Z rozległej rany na brzuchu sączyła się krew, a puste spojrzenie przekrwionych oczu wpatrywało się w sufit.
- Znasz ją? – zapytał, powstrzymując się przed wymiotami. Bella zdążyła bezszelestnie do niego podejść. Nawet nie skrzywiła się na odór wydzielany przez martwe już ciało kobiety. Najwyraźniej zabójcy mieli wyższą tolerancję na tego typu zapachy.
- Mallette – powiedziała Bella, przyglądając się resztkom cech charakterystycznych, które nie zdążyły zniknąć pod warstwą krwi i brudu. – Moja prawa ręka.
Pięć miesięcy temu, maj.
Remy wyszedł do ogrodu. Ukochane bzy Tante Mattie pachniały intensywną słodyczą. Natura budziła się do życia. Z zazdrością pomyślał o tym, co się teraz musiało dziać w ogrodzie Ororo. Poczuł nieprzyjemne ukłucie wyrzutów sumienia. Miał tam w końcu zostać tak długo, by zobaczyć, jak kwitną te wszystkie fantastyczne, egzotyczne rośliny.
Poczucie winy opadło ciężko na jego barki. Starał się jak najmniej myśleć o Instytucie, o ludziach stamtąd i o niej. Próbował zagłuszać natrętne myśli i wspomnienia, ale i tak się poddawał, za każdym razem. Ogromna, wypełniająca każdą komórkę ciała tęsknota była chorobą toczącą jego ciało, ale też jednocześnie najsłodszym nektarem, kiedy wspominał minione chwile. Każde jej słowo, każdy uśmiech, każdy gest – to wszystko odtwarzał w swoich wspomnieniach wciąż na nowo, bezwiednie się przy tym uśmiechając, by chwilę później znowu poczuć to niewygodne kłucie w sercu.
Rozmyślania przerwał dźwięk łańcucha huśtawki. Przypomniał sobie, po co tutaj przyszedł i ruszył w kierunku Belli. Bujała się leniwie jedną stopą, drugą miała ułożoną na oparciu ławki. Czytała książkę. Długie włosy kaskadowo opadały na plecy. W świetle południowego słońca wyglądały jak płynne złoto.
- Cześć, Remy – przywitała się, nie odrywając wzroku od książki. Remy zastanawiał się, kiedy zauważyła jego obecność, tym bardziej że swoim zwyczajem szedł bardzo cicho.
- Mogę się przysiąść?
- Ty zawsze – odparła z uśmiechem i zrobiła mu obok siebie miejsce. Remy usiadł i przez chwilę bujali się leniwie.
- Co czytasz? – spytał uprzejmie.
- Poezję – odparła z uśmiechem, po czym zamknęła książkę i odłożyła ją na bok. – Co się stało? – zapytała poważnym tonem.
- A musiało się coś stać? – odpowiedział pytaniem zbity z tropu.
- Nie przychodzisz już do mnie ot tak, bezinteresownie, Remy – odparła z westchnieniem, ale bez żalu w głosie.
- Nie mam już takiej potrzeby, Bell – żachnął się. Dziewczyna jedynie parsknęła pod nosem.
- Co się zatem stało? – Odwróciła się do niego i spojrzała w oczy.
- Musimy wiedzieć, jak zdobyłaś tę mutację. – Postanowił powiedzieć prosto z mostu. – Te ataki muszą być z tym powiązane.
Bella wpatrywała się w niego jeszcze przez chwilę, po czym odwróciła wzrok.
- Nic nie mogę powiedzieć – odparła i sięgnęła z powrotem po książkę.
- Nie rozumiesz, że od tego zależy życie także mojej rodziny? – syknął, chwytając ją za nadgarstek. – Jesteś mi winna chociaż tego.
- Nic wam nie jestem winna – odparła lodowatym tonem, wpatrując się w zaciśniętą dłoń Remy'ego. – Wyrzućcie mnie, a pójdę do ojca i przedstawię niezbyt korzystną dla twojej rodziny wersję wydarzeń.
- Niby czemu miałby ci uwierzyć? – zirytował się. – Przecież to on nasyła na ciebie tych ludzi.
- Tak sądzisz? – rzuciła tajemniczo. – Pozwól, że wrócę do czytania. Tylko to mi pozostało w tej zimnej i bezdusznej rezydencji.
Remy puścił jej rękę, wstał z huśtawki i szybkim krokiem wrócił do domu. Był wściekły na Bellę, to oczywiste. Manipulowała nim, manipulowała całą rodziną, ale jak na złość – nikt poza nim tego nie dostrzegał. Z jakiegoś irracjonalnego powodu nagle wszyscy nie mieli problemu z tym, że córka przywódcy wrogiej gildii od kilku miesięcy siedzi w ich domu. Absurd! To wszystko musiało mieć drugie dno.
Na korytarzu zaczepił go jeden z ochroniarzy.
- Monsieur LeBeau? Zechce pan wyjść na patio?
Remy podążył za nim. Na podwórzu stał już Jean Luc i wpatrywał się w coś, co wyglądało jak wypchany worek. Z bliska okazało się jednak zwłokami mężczyzny. Remy'ego aż zapiekły oczy od obrzydliwego odoru. Powstrzymując mdłości, przyjrzał się uważnie ciału. Zapadnięte policzki, suche, sine wargi zastygłe w krzyku, wyłupiaste, przekrwione oczy. Zamiast włosów – zbity, tłusty kołtun. I zupełnie jak Mallette – ubrany w gruby, wełniany płaszcz, który nijak się miał do panującej pogody. Jego uwagę przykuły wychudłe dłonie, zupełnie jakby kości były obleczone jedynie skórą. Ten człowiek był skrajnie niedożywiony.
- Ochrona go zdjęła, nim dotarł do domu – poinformował go Jean Luc.
Nad zwłokami zawisł kolejny cień.
- To Gustave – oznajmiła Bella, zbliżając się do twarzy zmarłego. – Jeden z naszych nowych ludzi.
- Uroczy początek miesiąca – westchnął Henri, patrząc przez okno kuchni, jak ochrona sprząta zwłoki Gustava z podwórza. Remy siedział przy stole i popijał kawę, a Tante Mattie zmywała naczynia po obiedzie.
- Przynajmniej nie narzekamy na brak regularnych gości, d'accord? – uśmiechnął się bez entuzjazmu Remy. Wtedy do niego dotarła pewna prawidłowość. – Henri, kiedy dokładnie jechaliście z Mercy na badania?
- Które? – Henri odwrócił się do brata, po czym podszedł do ściennego kalendarza.
- Wtedy, gdy Bellę zaatakował Louis. Na wyspie.
Henri przewrócił kartę na dwa miesiące wcześniej, marzec.
- Mam tu zaznaczone dwie daty – powiedział po chwili. – Jedną pod koniec miesiąca, a drugą na początku. Na wyspie było dość chłodno, więc to chyba był początek. Czwartego. – Pokiwał palcem w kalendarz.
- Poprzedni atak też był na początku miesiąca – przypomniał sobie Remy. – Bella chciała iść wtedy potańczyć, więc to musiał być weekend.
- Wychodzi, że też to był czwarty dzień miesiąca – odparł Henri, przewracając kartkę z kalendarza na właściwy miesiąc. – Zaskakująca skrupulatność.
- Zupełnie jak u poborcy podatkowego. – Remy potarł wierzchem dłoni czoło i zaczął głośno myśleć. – Tylko jeden atak w miesiącu. Zawsze czwartego dnia. Napastnik jest w stanie skrajnego wyczerpania, brudny i niedożywiony. Ubrany w grube, zimowe ubranie. Tego nie może nadzorować Marius – pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Jego robota byłaby szybsza i skuteczniejsza – zgodził się Henri. – I na pewno czystsza.
- I nie taka bezmyślna – dodał Remy.
- Może to jakaś zemsta? – Henri przysiadł się do stołu i zaczął skubać winogrona.
- Czwórka to przeklęta liczba – wtrąciła niespodziewanie Tante Mattie. Remy i Henri spojrzeli na nią, po czym wymienili się spojrzeniami. Niezrażona staruszka kontynuowała. – Ci ludzie to nie są ludzie. Od dawna.
- A kim są…? – spytał ostrożnie Remy, zerkając to na Mattie, to na zdezorientowanego Henriego.
- Zombie – odparła krótko kobieta. – Ktoś tu używa hoodoo.
.
- Voodoo, masz na myśli voodoo – przerwała Rogue. – Nie jakieś „hudu".
Remy spojrzał na nią z pobłażliwym uśmiechem.
- River rat – mruknął pod nosem z uśmiechem. – Pochodzisz z Południa, a nie wiesz, czym jest hoodoo, cherie? – zapytał prowokującym tonem, na co Rogue tylko wywróciła oczami.
- No już, popisz się swoją wiedzą, Cajunie. – Machnęła do niego dłonią, wzdychając przy tym głośno.
- Voodoo to amerykańska bajka dla dzieci – zaczął. – Hoodoo jest prawdziwe, tak, jak dla katolika prawdziwy jest Bóg. Nie mnie oceniać racjonalność i tego, i tego – dodał mimochodem. – Hoodoo opiera się na wierzeniach afrykańskich niewolników, którzy zostali sprowadzeni do Nowego Orleanu. Wyobraź sobie, że w jednym wielkim garze mieszasz kulturę i obrzędy plemion Jamajki, Trynidadu czy nawet Kuby, dorzucasz do tego trochę katolickich symboli i voila – masz hoodoo.
- I nie ma tam laleczek? Zombie? – spytała z powątpiewaniem Rogue.
- Może i są – wzruszył ramionami Remy. – Jeśli ktoś w to wierzy, to pourquoi pas (czemu nie)? Nie patrz na to jak na religię z całą swoją strukturą, dogmatami, kapłanami i mnóstwem zasad. To raczej jak tradycja, która spokojnie może sobie trwać obok katolicyzmu.
- Nowy Orlean – parsknęła Rogue, jakby to miało tłumaczyć wszystkie irracjonalne zjawiska.
Remy tylko się uśmiechnął.
Cztery miesiące temu, czerwiec.
Remy wściekle chodził od jednej ściany do drugiej. Przekleństwa angielskie mieszały się z francuskimi, ale nie robiło to wrażenia na Belli, która znudzona siedziała w fotelu i piłowała paznokcie.
- To już za wiele, Bell – wykrzyknął. – Dlaczego atakują cię twoi ludzie?! Dlaczego są w tak strasznym stanie?! Co im zrobiłaś, że mimo swojego stanu wciąż próbują cię zabić?!
- Nie wiem – powtórzyła po raz kolejny, nie patrząc nawet na Remy'ego, którego ta odpowiedź jeszcze bardziej rozsierdziła. Nie mógł nic zrobić, miał związane ręce. Nie mógł jej wyrzucić, nie był w stanie jej zmusić do mówienia. Nie mógł też wyjechać. Czuł, że jest odpowiedzialny za to, co się tu dzieje. Na dodatek nie umiał odmówić Jean Lucowi w pomocy w coraz to kolejnych, skomplikowanych zleceniach. Czuł, że znowu zapuszcza tu korzenie.
Ukrył twarz w dłoniach. Trwał tak krótką chwilę, próbując się uspokoić. Przeczesał włosy, zerknął przelotem na znudzoną Bellę i wyszedł z pokoju. Był wieczór, trzeci dzień czerwca. Kolejny atak, o ile ich teoria była słuszna, nastąpi jutro.
Remy musiał się napić. Znowu.
- Jeszcze jeden? – zapytał uprzejmie barman. Było już koło trzeciej w nocy. O tej porze było zaledwie kilku klientów, tłum zdążył już wybyć z knajpy, zostali tylko ci, którzy nie mieli po co wracać do domu.
- Non, merci – odparł Remy, wpatrując się w szklaneczkę whiskey. Jak na złość leciały same wolne kawałki. Johny Cash. Naprawdę? Remy przeczesał włosy i spojrzał na swoje odbicie w lustrzanej tafli za barmanem. Wyglądał jak kupa gówna. Miał już dość Nowego Orleanu. Chciał stąd wyjechać, chciał zostawić wszystkie problemy za sobą. Poczucie obowiązku niewygodnie osiadło na jego ramionach już jakiś czas temu. W normalnych warunkach nie oglądałby się za siebie, tylko wyjechał stąd jak najszybciej. Ale nie mógł zostawić swojej rodziny z tą wariatką, z niewyjaśnioną sytuacją i z wiszącym nad głowami zagrożeniem. Czuł się za to odpowiedzialny.
- Cześć, przystojniaku – usłyszał za sobą miękki, niski głos. Odwrócił się i zobaczył wysoką brunetkę. Ewidentnie wstawioną. Nie miał na to ochoty, nie miał na to czasu. Nie chciał. Poza tym kim ona jest? Obejrzał ją od stóp aż do czubka głowy. Dość szczupła, z niewielkim biustem, pełnymi ustami i ostrym makijażem. Gdyby zmrużył oczy, mogłaby nawet ją przypominać… Nonsens, Remy – zrugał się w myślach.
- Cherie chyba potrzebuje holowania do domu – odparł, wracając do swojej szklaneczki whiskey. Pijana kobieta nie była dla niego wyzwaniem, toteż nawet nie chciał sobie zawracać nią głowy.
- Do twojego, przystojniaku – odrzekła tamta, wskazując palcem na Remy'ego. Barman uśmiechnął się ze zrozumieniem na Remy'ego. Ta sytuacja powtarzała się za każdym razem, jak tylko Remy LeBeau przekraczał progi tego baru. Kobiety wręcz lgnęły do niego, a przystojny Cajun mógł w nich przebierać jak w ulęgałkach. Mimo to – o ile pamięć go nie zawodziła – młody mężczyzna nigdy z żadną nie wyszedł.
- Cherie, nie chcesz wracać do mojego domu – odparł szorstko i upił łyk whiskey. Dziewczyna czknęła i spojrzała w kierunku Remy'ego, próbując skoncentrować na nim wzrok.
- Nie wiesz, co – czknięcie – tracisz – odparła i chwiejnym głosem ruszyła w kierunku kolejnego samotnego faceta. Przynajmniej miała jakiś plan – pomyślał Remy i wsłuchał się w powolną piosenkę, która sączyła się z głośników.
Barman uprzejmie nie dopytywał. Na początku próbował, zgodnie ze swoim kodeksem pracy, ale Remy skutecznie wyjaśnił mu, że jedyne, czego potrzebuje, to szklanka alkoholu i spokój. Przychodził tutaj średnio raz na tydzień. Zawsze siadał przy barze, zamawiał whiskey i spędzał tak długie godziny. Czasem zapalał papierosa, pomimo zakazu palenia w środku budynku. Robił to już po godzinach największego tłumu, więc barmani przymykali na to oko, tym bardziej, że Cajun zostawiał duże napiwki.
Michael Bolton, When a man loves a woman. Remy zacmokał z dezaprobatą na sączącą się z głośników piosenkę i odpalił papierosa. Zaciągnął się mocno i przymknął oczy.
Stała tyłem do niego. Widział jedynie jej kasztanowe włosy. Obróciła się nieśmiało. Biała grzywka przysłoniła jej oczy. Spojrzała na niego nieśmiało swoimi wielkimi, zielonymi oczami. Pełne wargi wręcz prosiły się o pocałunek.
Ocknął się, gdy zaczęła się nowa piosenka, bardziej dynamiczna. Chyba miał problem.
Poranek był dla niego ciężki. Co prawda nie pamiętał, kiedy ostatnio miał kaca, ale niewyspanie, posmak alkoholu w ustach oraz śmierdzące dymem papierosowym ubrania bynajmniej nie nastrajały pozytywnie na resztę dnia.
Zerknął na zegarek. Kilka minut po ósmej. Pomyleniec od Beadreaux mógł zaatakować właściwie o każdej porze, toteż Remy musiał być przygotowany praktycznie od rana. Niechętnie zwlókł się z łóżka i ruszył pod prysznic.
Starał się odgonić od siebie wszystkie wczorajsze myśli, mimo że wracały do niego jak bumerang. Nigdy jeszcze się tak nie czuł. Zupełnie jakby brakowało mu czegoś cennego. Nie chciał łączyć tego z żadną osobą. Po czterech miesiącach braku kontaktu na pewno zdążyła go znienawidzić, a w najlepszym wypadku zapomnieć. Nie ma sensu do tego wracać.
Wyszedł spod prysznica, zawinął się w ręcznik i wrócił do pokoju. Spod łóżka wyciągnął niewielką torbę podróżną, z którą tutaj przyjechał. Sięgnął do wewnętrznej przegródki i delikatnie, jak skarb, wyjął z niej rękawiczkę Rogue. Ostatnio zbyt często mu się to zdarzało. Pokręcił głową i sarknął coś pod nosem, po czym schował rękawiczkę do torby i wsunął ją stopą na jej właściwe miejsce.
.
Stał przy samochodzie, czekając, aż Rogue wróci z toalety. Zatrzymali się na niewielkiej stacji benzynowej, by zatankować, rozprostować nogi i napić się kawy. Gdy opowiadał Rogue, co się działo przez te ostatnie miesiące, zachowywał tylko dla siebie takie wspomnienia, jak to z baru. Powiedzenie o tym skomplikowałoby i tak już niejasną sytuację. Wiele się pozmieniało między nimi i Remy sam do końca nie rozumiał tego, co do niej czuje. Miał wrażenie, że dziewczyna też potrzebuje czasu, by sobie to poukładać i się z tym oswoić. Z jednej strony zgodziła się mu pomóc, z drugiej – biła od niej ogromna rezerwa, tak jakby ten mur, który powoli rozbierał zimą zeszłego roku, zdążyła odbudować, obwarować i wylać wokół niego fosę.
Mimowolnie przygryzł dolną wargę, gdy zobaczył, jak wychodzi z budynku. Wiatr łagodnie poruszał jej włosami, zawiewając białą grzywkę na oczy. Skórzana ramoneska raczej nie dawała jej zbyt dużo ciepła, gdyż trzymała się kurczowo za ramiona, rozglądając się przy tym wokół. Widział jej zagubiony wyraz twarzy, delikatnie zaróżowione policzki i leciutko rozchylone wargi. Jak mógł ją zostawić?
Wreszcie go zobaczyła i Remy niemal fizycznie poczuł, jak topi się mu serce na widok jej delikatnego uśmiechu. Nie spuszczała go już z oczu, tylko szła prosto w jego kierunku.
- Zapomniałam, którym samochodem jedziemy – zaczęła przepraszająco – a ty dla utrudnienia jeszcze przeparkowałeś.
- Desole, cherie, ale nie chciałem blokować dystrybutora na tak długo – odpowiedział, otwierając jej drzwi po stronie pasażera.
- Wcale nie byłam tak długo – żachnęła się.
- Bien sûr (oczywiście) – przytaknął bez przekonania Remy, otwierając jej drzwi do samochodu od strony pasażera. Wsiadła, przewracając oczami na ten gest uprzejmości, a Remy nie mógł przestać się uśmiechać. Miał pewność, że wspólny pobyt w Nowym Orleanie zmieni wszystko.
.
Obezwładnieniem kolejnego napastnika zajęli się ludzie Jean Luca. Mężczyzna nawet nie dotarł do domu, gdy został złapany. Walczył zaciekle, z uporem powtarzając imię Belli.
Profesjonalni w każdym calu, nawet nie skrzywili się, gdy musieli dotknąć śmierdzącego ciała powalonego mężczyzny. Związali go, po czym przenieśli do piwnic posiadłości. Zamknięty w niewielkiej celi, dostał posiłek i butelkę z wodą. Remy postanowił, że wróci tu następnego dnia.
Gdy kolejnego ranka schodził do podziemi, już z daleka słyszał jęczenie przywodzące na myśl hulający, listopadowy wiatr. Zajrzał przez kraty w drzwiach. Jedzenie i woda leżały nietknięte, a więzień w kółko powtarzał imię Belli. Tuż za Remym pojawił się Theoren.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo nasi ludzie obawiali się nocnej warty przy tej celi – powiedział cicho. Remy wciąż przyglądał się temu klęczącemu, kiwającemu się w przód i w tył mężczyźnie. Właściwie to już cieniowi mężczyzny. Tłuste włosy odsłaniały łyse placki, od których odchodziła skóra. Stojąc nawet w takiej odległości można było poczuć odór niemytego ciała i zaropiałych ran. A szeptane bez ustanku „Belladonna" wywoływało gęsią skórkę.
- Spróbujcie go umyć – powiedział w końcu, nie odrywając wzroku od Teophila. – I żadnej agresji. Może zacznie mówić. Skoro Bella nie chce…
W tym momencie Teophile podniósł głowę i utkwił spojrzenie w Remym. Przez moment wydawał się być przytomny, a spojrzenie wyglądało na ludzkie i świadome.
- Belladonna – powtórzył i powrócił do kiwania się w przód i w tył. Wzrok znowu miał obłąkany, pozbawiony człowieczeństwa.
- Może to wuj Bastien nasłał tych ludzi na mnie – Bella upiła łyk wina. Z uchylonych do domu drzwi dobiegała muzyka klasyczna, ulubiony gatunek cioci Mattie. Zbliżał się wieczór. Remy i Bella siedzieli w ogrodzie, on odpoczywał po kolejnym zleceniu ojca, ona czytała książkę.
- Po co? – zapytał krótko, nawet nie patrząc na nią.
- Po tym jak zabiłeś mojego brata, tylko ja mam prawo do objęcia funkcji lidera gildii. Teraz, gdy mam już pewnie status wygnanej, Claude może sobie rościć prawo do tego tytułu.
Remy skrzywił się mimowolnie.
- A czemu tak właściwie masz status wygnanej, Bell? – zapytał, puszczając mimo uszu uwagę o bracie Belli. – Marius zawsze chciał mieć mutanta w swoich szeregach.
- Mówiłam już wam o tym. – Bella odłożyła książkę i spojrzała na Remy'ego. – Nie byłam w stanie tego kontrolować, ojciec nie mógł sobie pozwolić na takie zagrożenie. Kazał mi wrócić, gdy sobie z tym poradzę.
- Więc czemu teraz nie wrócisz? – wycedził Remy, obdarzając wreszcie Bellę spojrzeniem. Schowana w cieniu wielkiego kapelusza wyglądała jak gwiazda filmowa. Kiedyś oddałby wszystko, żeby sobie z nią tak beztrosko siedzieć.
- To nie takie proste, Remy – odparła po chwili. – Najlepiej by było, gdybym wróciła do ojca z czymś więcej niż tylko moimi nowymi zabawkami – dodała, wywołując między palcami niewielką kuleczkę czystej energii. Obracała ją przez chwilę w dłoni. Remy musiał przyznać, że bardzo szybko opanowała swoją moc. – Najlepiej, gdybym zaproponowała przypieczętowanie sojuszu obu gildii.
Remy przeniósł spojrzenie na jej twarz ukrytą za ciemnymi okularami. Wiedział, co miała na myśli.
- Po moim trupie – wycedził i gwałtownie wstał.
Trzy miesiące temu, lipiec.
Remy w milczeniu obserwował, jak zaufany lekarz rodziny bada zwłoki Teophila. Przez cały miesiąc nie tknął jedzenia i picia, nie powiedział też ani słowa poza imieniem Belli. Zmarł z wycieńczenia dzień wcześniej. Wyciągnięcie go z celi było bardzo traumatycznym przeżyciem dla jego ludzi – smród, jaki pozostawił, chyba nigdy już nie opuści murów piwnicy. Teraz wymyte ciało wciąż wywoływało odruch wymiotny z powodu ogromnych wrzodów, czy gnijących części ciała. Zupełnie tak, jakby umarł już kawał czasu temu.
Remy jednak wydawał się być już obojętny na to. Siedział pod ścianą w niewielkim ambulatorium i obserwował cierpliwe, precyzyjne ruchy lekarza. Mimo odrażających widoków, chłodne pomieszczenie miało jedną, niewątpliwą zaletę: nie było tutaj Belli. Od kilku tygodni błagała wręcz o ponowne zaręczyny i połączenie obu gildii. Początkowo tylko przy nim, teraz nie obawiała się powtarzać tych próśb również przy innych członkach rodziny LeBeau. Jeśli Remy liczył na jakiekolwiek wsparcie z ich strony, to się przeliczył – wszyscy, nawet Tante Mattie, uważali, że to jego sprawa i on musi ją zakończyć osobiście. Zresztą, oficjalnie nigdy nie zerwano zaręczyn między nim a Bellą. Musiał znaleźć jakiś sposób na definitywne zakończenie tej kwestii. Zajmie się tym w wolnej chwili, gdzieś pomiędzy kolejnymi zadaniami zleconymi przez ojca.
Na początku wzbraniał się jak mógł przed podjęciem tych zleceń, później brał te ciekawsze, by jakoś zabić nudę, a teraz na powrót stał się pełnoetatowym złodziejem rodu LeBeau.
Czuł, że czas przecieka mu przez palce. Kolejne zadania od ojca, unikanie Belli, upijanie się w barze – wszystkie dni zlewały się w jedno. Nawet kolejny atak asasyna na Bellę – Clotille – nie wzbudzał w nim żadnych emocji. Do wszystkiego podchodził już rutynowo.
Po cichu wstał, skinął lekarzowi i wyszedł z kliniki. Było południe, słońce niemiłosiernie paliło w kark. Wracając do rezydencji, obmyślał plan.
- Remy, to zbyt niebezpieczne. Marius cię zabije – przerwał mu rzeczowo Henri. Remy zmiął w ustach przekleństwo.
- Bo lepiej czekać, aż sam tutaj przyjdzie, d'accord? – warknął. – Przecież on już na pewno wie, że tutaj przebywa Bella.
- Nonsens – wtrąciła Marcy. – Twoja narzeczona—
- To nie jest moja narzeczona – wtrącił Remy.
- Bella jest cały czas na naszym terenie – kontynuowała niezrażona Mercy. – O ile sama nie dała sygnału swojemu ojcu, to on o niczym nie wie. Na bieżąco sprawdzam wszystkie sygnały o ewentualnych szpiegach czy włamaniach.
- Nieważne! – Remy podniósł się ze złością i podszedł do okna. Oparł się ciężko o parapet. Przez chwilę zbierał myśli, po czym odwrócił się z powrotem do rodziny.
- Bella uważa, że to Bastien, brat Mariusa, nasyła na nią swoich ludzi.
- Pogratulować błyskotliwego planu – parsknął Theoren.
- Bastien nie ma nic. Nie byłby w stanie przekupić nawet sprzątaczki Boudreaux – dodał Henri.
- A mimo to ktoś ciągle nasyła na Bellę ludzi z jej otoczenia – westchnął Remy. – Muszę skontaktować się z Mariusem. To jedyna szansa na zakończenie tej farsy.
- Non – z rogu pokoju odezwał się Jean Luc. Do tej pory przysłuchiwał się w milczeniu. – W najlepszym wypadku zginiesz na miejscu, synu. Po śmierci Juliena, Marius bardzo jasno wyraził się na twój temat. – Mężczyzna wstał i podszedł do stołu. Remy dopiero teraz zauważył, jak stary jest jego ojciec. Kolejne zmarszczki pojawiały się niemal każdego dnia, podpuchnięte oczy i obwisłe policzki dodawały mu co najmniej dziesięć lat. – Pojawisz się u nich, giniesz na miejscu. I ja nie będę mógł nawet wytoczyć zemsty, bo będzie to zapłata za śmierć jego syna. A nie jestem w stanie odesłać cię zgodnie z jego wolą na wygnanie.
Remy pochylił się i poczuł się jeszcze bardziej bezsilny.
- Czemu właściwie pozwalasz jej tu być? – zapytał po chwili, patrząc ojcu prosto w oczy.
Jean Luc przez krótką chwilę zatrzymał wzrok na Henrim, a potem znowu spojrzał na Remy'ego. Milczał, szukając odpowiednich słów.
- Myślałem, że ze wszystkich członków rodziny ty najlepiej będziesz znał odpowiedź na to pytanie – odparł, a Remy poczuł bolesne ukłucie wstydu. – Ty z nas wszystkich wiesz, jak to jest – kontynuował cicho. – Sądziłem, że chociażby z tego powodu szanujesz moją decyzję.
Remy poczuł niewyobrażalny wstyd. Spojrzał na czubki swoich butów, bojąc się choćby głośniej westchnąć. Wiele lat temu Jean Luc pewnie słyszał podobne pytania, gdy przygarnął znajdę o diabolicznych oczach. Mimo to dał schronienie, karmił, uczył i wychowywał jak własnego syna, mimo że przez pierwsze miesiące Remy poczynił więcej szkód swoim brakiem kontroli mocy, niż ktokolwiek mógłby podejrzewać. Gdyby nie Jean Luc, byłby nikim, o ile by jeszcze żył.
Remy przekradł się wzdłuż wysokiego muru. Ciepła, bezwietrzna noc była całkiem niezła do takich zadań, choć osobiście wolał trudniejsze warunki. Tutaj największym utrudnieniem był fakt, że właściwie nie wiedział, czego szuka.
Zdemontował niewielką kamerkę ukrytą w rogu parkanu i wspiął się po ogrodzeniu. Bezszelestnie zeskoczył na drugą stronę i unikając plam światła ruszył w kierunku rezydencji rodziny Boudreaux. Obserwując strażników patrolujących posiadłość, powoli przesuwał się do przodu. Nie chciał nikogo zranić, nie chciał nic ukraść. Chciał ich tylko poobserwować. Ulokował się w tym samym miejscu, co ostatnio: oparty o konar dębu, na niewielkim pagórku, tuż naprzeciwko okien sypialni Belli. Znał tę trasę od lat, jeszcze z czasów, gdy byli z Bellą zakochani. W tym właśnie miejscu się ukrywał, a o umówionej godzinie Bella otwierała okno. Remy wspinał się wtedy na drzewo, przeskakiwał na dach, skąd miał już prostą drogą wprost do jej pokoju. Teraz, patrząc na to z perspektywy czasu, był świadomy, że wszyscy, począwszy od Mariusa a na Jean Lucu kończąc, wiedzieli o tych eskapadach. I tylko fakt, że i tak on i Bella mieli skończyć razem, powstrzymywał ich rodziców od drastycznych kroków.
- Nie powinno cię tu być, LeBeau. – Tuż obok niego pojawiła się niewielka, kobieca postać. Oparła się o drzewo i zdawała się jedynie obserwować okolicę, nie zwracając uwagi na ukrytego Cajuna.
- Witaj, Delphi – przywitał się cicho Remy, nie ruszając się nawet o milimetr. Dziewczyna mogłaby go teraz z łatwością zabić i sam fakt, że tego nie zrobiła, wydawał się szalenie zaskakujący. – Jak leci?
Dziewczyna prychnęła.
- Wszystko w porządku, Delphine? – zapytał głośno jeden ze strażników, stojący jakieś dziesięć metrów od nich.
- Tak, wracaj na wartę, Nick – odpowiedziała. – Wiesz, że powinnam cię teraz zabić? – spytała szeptem, ale Remy doskonale słyszał każde słowo.
- Oui – odparł. – Dlatego bardzo doceniam fakt, że jeszcze tego nie zrobiłaś.
- Mimo że jesteś strasznym cwaniakiem, zawsze cię lubiłam, LeBeau. Byłeś dobry dla Belli. I tylko przez wzgląd na nią cię oszczędzę – zniżyła głos. – A teraz uciekaj stąd i koniecznie przekaż jej pozdrowienia.
- Delphi, zaczekaj – Remy podniósł nieznacznie głos. – Skąd wiesz, że ona…?
- Lepiej niech zostanie u was, LeBeau. Obecnie ma status niewiele lepszy od twojego – odpowiedziała z ledwie skrywaną złością. – A teraz już idź. I nie wracaj, następnym razem po prostu cię zabiję.
Nim Remy zdążył odpowiedzieć, Delphine już zniknęła.
Dwa miesiące temu, sierpień.
Mercy urodziła nad ranem. Henriego nie było wtedy w domu, finalizował jedno ze zleceń ojca. Na szczęście na miejscu był nie kto inny, jak Bella. Przybiegła do niej pierwsza, nim Tante Mattie w ogóle była w stanie wyjść z pokoju. Zaskakujące, z jaką sprawnością i opanowaniem przygotowała Mercy do przyjazdu zaprzyjaźnionego lekarza.
Godzinę później, gdy już akcja porodowa trwała w najlepsze, Bella wyszła z sypialni Mercy i Henriego i oparła się o ścianę przymykając powieki. Potargane blond włosy błyszczały czerwienią w promieniach wschodzącego słońca. Remy mimowolnie westchnął na ten widok. Po chwili pokręcił głową z dezaprobatą i schował się z powrotem w swoim pokoju, zamykając cicho drzwi. Słyszał krzyk rodzącej Mercy i dopingowanie Tante Mattie. Na podjeździe słyszał już warkot silnika – zapewne za kilka chwil pojawi się tutaj Henri. To zabawne, z jaką pieczołowitością planowali cały poród – w wannie, przy dźwiękach muzyki klasycznej, koniecznie z obstawą w postaci lekarza, położnej i dwóch pielęgniarek. A wyszło zupełnie spontanicznie, nieco wcześniej niż przewidywali, w ich własnym łóżku.
Usłyszał ciche pukanie do drzwi. Otworzył je i zobaczył stojącą na progu Bellę.
- Mogę wejść? – spytała cicho.
- Jasne – odparł i wpuścił ją do pokoju. Usiadła na łóżku i przeczesała włosy. Na jej twarzy widać było zmęczenie i ledwie dostrzegalne zdenerwowanie. – Remy, ja wiem, że mnie nie kochasz…
- Naprawdę chcesz o tym rozmawiać teraz? O szóstej rano? Gdy za ścianą rodzi moja bratowa? – Remy uniósł brew i oparł się o parapet. Belladonna milczała, po czym sięgnęła za koszulę i wyciągnęła delikatny złoty łańcuszek, na którym, obok wisiorka z połyskującym rubinem, były dwa pierścionki. Rozpoznał je od razu. Jeden to zaręczynowy, otoczony małymi diamencikami szafir, a drugi to obrączka, którą miała założyć w dniu ich ślubu.
- Noszę je zawsze przy sobie, Remy – zaczęła, przyglądając się im z pewnym rozrzewnieniem. – Wiem, że mnie nie kochasz, ale jestem też pewna, że zdajesz sobie sprawę z tego, jak ważne jest nasze małżeństwo. – Przeniosła spojrzenie z pierścionków na Remy'ego. – Dla dobra naszej przyszłości powinniśmy przypieczętować sojusz naszych gildii.
- Przecież jesteś na wygnaniu, Bell – odparł poirytowany. Ten temat wracał jak bumerang nie tylko od niej, ale nawet z ust Jean Luca padały podobne frazesy. Początkowo były to jedynie sugestie, ale ich ton ostatnio stał się bardziej napastliwy. Remy z coraz większą złością konstatował, że w tym domu niemal wszyscy wymagają od niego, by swoim kosztem ratował obie gildie. Czy to naprawdę egoizm z jego strony, że nie chce się wiązać z tą kobietą i nie ma zamiaru zostać na zawsze w Nowym Orleanie?
- Ojciec na pewno mi wybaczy, jeśli przyjdę z konkretną nagrodą – wyszeptała.
- Niby co miałby ci wybaczyć, Bell? – zapytał, przechylając głowę. Uważnie ją obserwował, więc zauważył, że zdała sobie sprawę z tego, że użyła złego słowa.
- Odejście – odpowiedziała, odchrząkując i urywając kontakt wzrokowy. Remy poczuł, jak wzbiera w nim fala złości.
- Jak mam ci niby zaufać, skoro całe twoje przybycie tutaj, twoje moce i ich pochodzenie jest jedną wielką, cholerną tajemnicą?! – powiedział podniesionym głosem. Bella wyprostowała się i z godnością spojrzała na niego.
- Nie każę ci mi zaufać, Remy – odparła, wstając z łóżka i kierując się do drzwi. – Wystarczy, że się ze mną ożenisz – dodała, wychodząc z pokoju.
Remy wypuścił powietrze i potarł zmęczone powieki. Już miał się położyć z powrotem do łóżka, gdy usłyszał krzyk. Wybiegł na korytarz i zauważył biegnącą w jego kierunku Belladonnę. Zakrwawiona koszula lepiła się do jej ciała.
- Remy! – wykrzyknęła i schowała się w jego ramionach.
- Zaczekaj tu – powiedział cicho i zostawił ją przy wejściu do swojego pokoju. Z sypialni wyszedł Henri i powiódł zaskoczonym spojrzeniem po twarzach Remy'ego i Belli.
- Coś się stało? – zapytał. Remy jedynie wskazał drzwi prowadzące do pokoju Belladonny i przyłożył palec do ust. Ostrożnie zbliżyli się do drzwi, sięgając przy tym po broń: Remy po leżącą na stoliku książkę, którą miał zamiar naładować energią kinetyczną, a Henri wyjął niewielki pistolet. Nie zdążył nawet odbezpieczyć broni. Drzwi uchyliły się i stanęła w nich kolejna znajoma Belladonny. Remy z precyzją wycelował w nią naładowaną książką. Wybuch był w pełni kontrolowany i nie spowodował większych szkód poza kawałkami ludzkich wnętrzności na ścianach i dywanie, a także osmaloną futryną i dziurami w podłodze. Henri schował pistolet z powrotem do kabury przy spodniach.
- Mattie będzie wściekła – oznajmił, przyglądając się rozczłonkowanemu ciału napastniczki.
- O dywan?
- Też. Ale bardziej o książkę. Jeszcze nie skończyła jej czytać – odparł.
- To Rosella. – Bella podeszła do nich i z zawodową obojętnością przyglądała się zwłokom. – Zaskoczyła mnie. Poczekała, aż zamknę drzwi do pokoju i zacznę się rozbierać. Wtedy wyskoczyła i rzuciła się na mnie z nożem.
- Nic ci nie jest? – Remy rzucił okiem na Bellę. Była bledsza niż jeszcze kilka chwil temu.
- Nie, tylko drasnęła. Kolejna blizna do kolekcji – wzruszyła ramionami i przeszła nad zwłokami kobiety. – Idę wziąć prysznic – dodała, zamykając drzwi do swojej łazienki. Remy i Henri spojrzeli po sobie.
- To musi się skończyć – wyszeptał lodowatym tonem Henri. – Kilka metrów stąd moja żona rodzi dziecko.
Płacz noworodka rozbrzmiewał na piętrze po raz kolejny tego ranka. Po chwili słychać było kroki na schodach i do kuchni weszła Bella. Skinęła na przywitanie wszystkim w kuchni i zaczęła przygotowywać porcję mleka modyfikowanego dla dziecka Mercy.
- Ona powinna karmić piersią, a nie paść dziecko jakimiś sztucznymi mieszankami – skomentowała pogardliwie Tante Mattie.
- Ona przede wszystkim potrzebuje teraz odpoczynku – odparła Bella. – Będzie karmiła, gdy nabierze sił.
Gdy Bella wyszła z kuchni, Jean Luc zapatrzył się na drzwi, w których chwilę temu zniknęła.
- Tak powinien wyglądać koniec mojego życia – powiedział cicho. Tante obrzuciła go oburzonym spojrzeniem i się przeżegnała, szepcząc coś do siebie. – Płacz dziecka, dorosłe dzieci, które zakładają rodziny. Pokój i spokój.
Remy z narastającą frustracją słuchał Jean Luca, zastanawiając się, dokąd zmierza ze swoją przemową. Przeniósł spojrzenie na Tante Mattie, która pokręciła nieznacznie głową.
- Znam lepsze sposoby na przeżycie ostatniego rozdziału życia – powiedział z przekąsem, upijając kawę. – Na pewno nie jest to słuchanie płaczu dziecka.
- Wiesz, Remy – zaczął Jean Luc – na moim etapie życia brzmi to jak muzyka. Jak zapewnienie, że ta rodzina ma przyszłość. Szkoda, że tylko jeden z moich synów to widzi.
- Jak mniemam, ja jestem tym drugim synem? – spytał z ledwie skrywaną ironią.
- Mój drugi syn też mógłby przyczynić się do spokoju mojej duszy – odparł Jean Luc, wstając powoli od stołu. – Masz tu wszystko, Remy: pieniądze, fach, kobietę, przyszłość. Po prostu po to sięgnij, a będę szczęśliwy.
Remy wywrócił spojrzeniem i wrócił do czytania gazety. Jean Luc coraz częściej poruszał ten temat, na dodatek w ten denerwujący sposób, gdzie odwoływał się do życia doczesnego, duszy i śmierci. Początkowo Remy był tym zaniepokojony, teraz czuł jedynie irytację. Miał dość słuchania, jak to inni planują jego życie, jak bardzo chcą go dostosować do swoich oczekiwań i planów. Miotał się jak w klatce, z rosnącym brzemieniem spoczywającym na jego barkach.
- Jean Luc powiedział w życiu wiele bzdur – zaczęła Tante Mattie, siadając naprzeciwko Remy'ego z kubkiem kawy – ale wyjątkowo tym razem miał rację.
Remy spojrzał na nią ciężko, rozważając, czy w ogóle chce kontynuować rozmowę. Ale zanim cokolwiek powiedział, głos znowu zabrała Tante.
- Dużo mu zawdzięczasz, mój chłopcze – mówiła dalej, a Remy poczuł nagle bezbrzeżną ochotę zadźgania się łyżeczką leżącą na stole. Wiedział, do czego zmierza Mattie i nie miał ochoty tego dalej słuchać. Wiedział jednak, że nie może teraz wstać i sobie pójść. O nie, musi teraz siedzieć i wysłuchać wszystkiego, co miała do powiedzenia. Takie były zasady, gdy miał dziesięć lat, takie są zasady, gdy ma teraz piętnaście lat więcej. Oparł więc dłoń na podbródku i znużonym wzrokiem patrzył na pomarszczoną twarz Mattie. – Związanie obu gildii byłoby znakomitym zwieńczeniem jego życia. Najlepszym, jakie mógłby sobie wymarzyć.
- Mówisz tak, jakby Jean Luc miał zaraz umrzeć – odparł od niechcenia Remy, sięgając po kawałek ciasta.
- Bo tak jest – odpowiedziała bez wahania Tante. Ręka Remy'ego zawisła w powietrzu, kiedy przetrawiał słowa Mattie.
- Jean Luc ma zaraz umrzeć? – powtórzył, odkładając ciastko na talerzyk.
- Nie mów komukolwiek, że ci powiedziałam, ale już nie mogę na to wszystko patrzeć – odparła. – Masz tutaj wszystko, czego potrzebujesz: rodzinę, dom, dobrze prosperujący biznes, kobietę, która jest wpatrzona w ciebie jak w obrazek. – Remy już miał protestować, ale Tante uciszyła go gestem dłoni. – Prędzej czy później uczucie przyjdzie, a jeśli nie, to co z tego? Nie ty pierwszy i nie ostatni bierzesz ślub z rozsądku.
- Nie biorę… – próbował znowu wciąć się w wypowiedź, ale Mattie go zignorowała i mówiła dalej.
- Obie gildie połączone świętym węzłem małżeńskim, nierozerwalnym sojuszem przypieczętowanym dzieckiem – Remy przewrócił oczami – to byłoby najpiękniej wypowiedziane „dziękuję", Remy. A masz za co dziękować.
Ciężar na barkach Remy'ego stał się nagle jeszcze cięższy i jeszcze bardziej niewygodny.
- Jean Luc umiera? – zapytał, próbując zignorować cały wywód Tante.
- Rak trzustki – odpowiedziała i przeżegnała się. – Dają mu tylko kilka miesięcy życia.
Remy nie wiedział, co zrobić z tą wiadomością. Wydawała się irracjonalna. W pierwszej chwili sądził, że to żart albo – co gorsza – manipulacja, by faktycznie tu został i objął przywództwo gildii. Ale później zdał sobie sprawę, że Jean Luc już tylko siedział w papierach gildii, nie wychodził pracować w terenie. Do tego przecież bardzo schudł i przybyło mu siwych włosów. To, co Remy wziął za starość, było zatem chorobą. A Jean Luc obarczył go nowymi obowiązkami, by mógł po nim przejąć schedę.
Remy poczuł się bardzo, bardzo zmęczony.
- Kiedy się dowiedzieliście? – spytał ze ściśniętym gardłem.
- W grudniu – odparła Tante.
Tuż przed Świętami Henri zaczął go zasypywać wiadomościami i telefonami. Nie mówił żadnych konkretów, tylko w kółko „musisz wrócić do Nowego Orleanu". Konkrety pojawiły się dopiero razem z Bellą. Jeśli to nie był przypadek, to był to najdziwniejszy plan ściągnięcia go tutaj, jaki mógł sobie wyobrazić.
- A czemu dowiaduję się dopiero teraz? – zapytał gorzko, pociągając nosem. Wpatrywał się w kawałek ciasta, który leżał przed nim. Nie chciał patrzeć na Tante.
- Jean Luc kazał nam milczeć, bo chciał ci o tym powiedzieć osobiście – odpowiedziała. – Ale jesteś tu już kilka miesięcy, a on nadal nic nie mówi, a ja nie mogę patrzeć, jak odrzucasz największy dar, jaki mógłby ci kiedykolwiek sprezentować: jego dziedzictwo.
Remy już nic nie odpowiedział. Siedział w milczeniu, nie ruszając się nawet o milimetr. Uśmiechnął się tylko lekko, gdy Mattie objęła swoimi spracowanymi dłońmi jego dłoń.
.
- Przykro mi – powiedziała Rogue. Remy czuł na sobie jej spojrzenie.
- Jean Luc jest tylko trochę lepszym rodzicem od Mystique – odparł lekko, ale nie odwrócił spojrzenia z trasy. Był już wieczór i wyjeżdżali z Wirginii. Za jakąś godzinę trzeba będzie się już rozglądać za noclegiem.
- Ciężko przebić incydent ze złożenia mnie w ofierze starożytnemu mutantowi – przytaknęła, na co Remy prychnął pod nosem.
- Robienie z dwunastoletniego chłopca zanęty dla bogatych pedofilów plasuje go tylko o klasę niżej od Raven – odparł szczerze. Rogue zamilkła, wprawiona w osłupienie. Remy przełknął ślinę, żałując, że powiedział tak dużo. – Nic mi się nie stało, Roguey – uspokoił ją, ale dziewczyna jeszcze dłuższą chwilą milczała.
- Chyba właśnie zburzyłeś całą moją linię współczucia dla tego człowieka – powiedziała wreszcie. – Ale i tak przykro mi, Remy – dodała, zaczesując włosy za ucho. Remy wiedział, że to znak, że jest spięta. – Pamiętam, jak się czułam po tym, gdy zepchnęłam Mystique z klifu. Oczywiście, tam była ulga i satysfakcja, ale też mnóstwo emocji, których nie rozumiałam. Bo gdyby nie ta dwulicowa, toksyczna abominacja, dalej błąkałabym się po bagnach Mississippi.
- A to mnie nazywasz szczurem bagiennym! – obruszył się Remy, próbując jakoś wyjść z dowcipem ze zbyt poważnego tematu rozmowy.
- Ty i ja – kontynuowała jednak Rogue po chwili – mamy ze sobą wiele wspólnego.
- Bardzo dawno temu powiedziałem ci to samo, cherie – odpowiedział Remy, uśmiechając się do siebie.
- Nawet ty czasem powiesz coś mądrego – odparła Rogue. Remy wreszcie przeniósł spojrzenie z trasy na nią. Siedziała opierając się na łokciu i wpatrywała się w boczną szybę. Widział doskonale jej odbicie w szybie, więc zauważył bez problemu delikatny uśmiech błąkający się na jej ostach. On też się uśmiechnął.
Miesiąc temu, wrzesień.
Bella pochyliła się nad zwłokami. Remy uważnie obserwował jej twarz – nie pojawił się najmniejszy grymas, mimo że on musiał przykryć nos rękawem, by choć trochę odizolować słodkawy odór rozkładającego się ciała. Czy oni ćwiczą to w dzieciństwie? Zażynają jakieś bogu ducha winne zwierzę, czekają, aż zacznie gnić i wtedy podrzucają truchło do dziecięcych pokojów? Albo podają na stół razem z obiadem i ustalają, że kto pierwszy zwymiotuje – nie dostanie deseru? Jak to możliwe, że ona się nawet skrzywiła?! Jak to możliwe, że nawet nie drgnęła jej powieka?
Nieomal zwymiotował, gdy zobaczył, jak Bella przybliża głowę na odległość zaledwie kilkunastu centymetrów od tego, co niegdyś zapewne było twarzą napastnika. Tym razem nie dostał się do domu, został zdjęty na patio, tuż koło basenu. Z jednej strony mieli szczęście, bo nie wpadł do wody (zapewne wtedy nikt już by nie zanurzył nawet palca u nogi), z drugiej – trochę szkoda, że nie udało mu się dojść bliżej wejścia do domu, gdzie leżał gres. Tam byłoby dużo mniej sprzątania i zapewne obyłoby się bez śladów. Patio natomiast było ułożone z piaskowca, który jest dużo gorszy do doczyszczenia z takich plam.
Szkoda, że nikt tego nie przemyślał przy wyborze materiałów. Jeśli mieliby teraz to wszystko skuwać, to pewnie zdecydowaliby się na…
- Amos – przerwała mu rozmyślania Bella, prostując się i patrząc na zebranych. – Chrześniak mojego wuja.
- Myślisz, że Bastien go nasłał na ciebie? – Henri spytał z powątpiewaniem, zerkając na Remy'ego.
- A niby kto? – odpowiedziała pytaniem Bella, wzruszając ramionami.
- I puścił go samego, z jakimś przytępionym nożem, którym nie dałbym nawet rady pokroić pomidora? – kontynuował tym samym tonem Henri.
- Czy możemy kontynuować tę rozmowę w domu? – wciął się Remy.
- Ja już nie wiem, co mam myśleć! – Głos Belli zrobił się piskliwy, a akcent twardy. Niechybny znak, że zaczyna się irytować. – Ja nic już nie rozumiem! Papa mnie nie chce, moja rodzina próbuje mnie zabić, mój narzeczony nie chce na mnie nawet spojrzeć… – Nakręcała się coraz bardziej. Remy tylko machnął ręką i skierował się do domu, zostawiając Bellę, Henriego i kilkoro ludzi z gildii na środku patio z rozkładającymi się zwłokami. Nie miał ochoty słuchać tego po raz kolejny. Każdy, absolutnie każdy w tym domu miał wobec niego jakieś oczekiwania, żądania i wymagania. Każdy chciał kierować jego życiem, każdy wiedział najlepiej, co powinien zrobić.
Głowa znowu zaczęła go boleć. Wszedł bocznymi drzwiami wprost do kuchni, odkręcił kran i nad zlewem przemył twarz, licząc, że choć trochę zniweluje to świdrujący jego nozdrza smród martwego człowieka. Poczuł się trochę lepiej.
Patrząc przez okno na wciąż rozmawiających Bellę i Henriego zdał sobie sprawę, że już nie należy do tego miejsca. Kochał Nowy Orlean nad życie, ale pozostanie tutaj oznaczało, że już zawsze będzie musiał się otaczać ludźmi, którzy chcą nim manipulować. To właśnie robiła jego rodzina – choroba Jean Luca była jedną z kart, którymi próbowali go rozegrać i zmusić do pozostania na miejscu. Każdy tutaj miał w tym interes. Henri nie chciał przewodzić gildii, do tego Mercy uważała, że bycie na świeczniku jest zbyt niebezpieczne dla świeżo upieczonego ojca i wolałaby, aby Remy się tym zajął. Jean Luc chce zostawić kierownictwo komuś z rodziny, a Tante Mattie ponad wszystko ceni lojalność i siłę klanu. A Bella? Ona chyba najwięcej może na tym ugrać.
Nie mógł po prostu wyjechać. Był już dorosłym człowiekiem, a nie szczeniakiem, który ucieka przed problemami. Musiał znaleźć sposób, by się stąd wyrwać, a jednocześnie zakończyć wszystkie sprawy, które go tutaj trzymały.
- Jaki z ciebie ulocy malusek – szczebiotała nad kołyską Bella, robiąc zabawne miny i szczerząc się równymi, białymi zębami. Mercy odsypiała noc w swojej sypialni na górze, zostawiając małego Charliego pod opieką Belladonny i Tante Mattie. Tante z nieodgadnionym uśmiechem przyglądała się niedoszłej narzeczonej Remy'ego, cerując przy tym ubrania robocze Henriego.
- Będzie mi brakowało tego malca, gdy już wrócę do domu – Bella zwróciła się do Tante. – O ile mnie tam kiedykolwiek zechcą – dodała ciszej, a na czole pojawiła się pełna zmartwienia zmarszczka.
- Być może nie będziesz musiała wracać – odpowiedziała z zadumą Tante. – Albo będziesz się tam tylko pojawiać, bo twój dom będzie tutaj, przy mężu – dodała, na co twarz Belli rozjaśnił uśmiech.
- Remy mnie nie kocha – powiedziała po chwili ze smutkiem w głosie, wpatrując się w twarz dziecka. – Chciałabym mieć z nim takie słodkie bébé (maleństwo), ale on mnie nie chce.
- Nie sądziłam, że będę uświadamiać już dorosłą pannę, ale wcale nie potrzeba miłości do spłodzenia dziecka – odpowiedziała bezceremonialnie Tante. – Ba, historia uczy, że miłości nie potrzeba nawet do zawarcia małżeństwa!
- Wolałabym, żeby to wszystko było z miłości, tak, jak miało być – odrzekła Bella, przesuwając w dłoniach pierścionki, które nosiła na łańcuszku. – Gdyby mój brat nie był tak porywczy, pewnie na świecie już byłoby nasze dziecko. A z naszą urodą byłoby najpiękniejsze na świecie – dodała z rozmarzonym uśmiechem.
- Jeśli go rozkochasz na nowo, to będzie dziecko z miłości. Jeśli nie, to będzie dziecko z rozsądku – wzruszyła ramionami Tante. – Najpierw jednak przekonaj go do ślubu, bo jeśli ze ślubem będziesz czekać, aż pojawi się między wami miłość, to nawet to małe, słodkie bébé może nie doczekać się waszej ceremonii.
Słowa Mattie były brutalne. Bella ściągnęła usta w wąską kreskę i zmarszczyła czoło. Przez dłuższą chwilę obie kobiety milczały.
- Jak mam to zrobić, skoro on nawet nie chce spędzać ze mną czasu? – zapytała cicho. – Ciągle jest zajęty, a kiedy ma wolne, to albo wychodzi do baru, albo siedzi w swoim pokoju. Nie jest już taki, jak kiedyś. To nie jest beztroski Remy, który nie przestawał czarować i uwodzić. Zupełnie jakby coś w nim umarło, jakby stracił chęć do życia...
Tante spojrzała badawczo na Bellę.
- Masz dwa wyjścia – zaczęła, patrząc znad szkieł okularów – możesz albo przedstawić mu swoją ofertę i odwołać się do pragmatyzmu i zdrowego rozsądku, albo – Mattie westchnęła – wyrwać z niego to, co w nim umarło. Oderwać jak chorą tkankę, a później zaleczyć po tym ranę. Musisz go najpierw przygotować do pokochania ciebie, bo mężczyzna kocha całym sobą.
Remy, oparty o balustradę schodów, nie słyszał już, co odpowiedziała Bella. Słowa Mattie, choć trąciły łzawymi harlequinami, podsunęły mu pewien pomysł na wybrnięcie z całej tej absurdalnej farsy. Bezszelestnie, by kobiety siedzące na dole nie zorientowały się, że były podsłuchiwane, wycofał się z powrotem do swojej sypialni.
Przez kilka kolejnych dni Remy starał się, by członkowie rodziny widzieli, jak siedzi wpatrzony w telefon, jak próbuje się do kogoś bezskutecznie dodzwonić i jak bardzo jest sfrustrowany z tego powodu. Jednocześnie nie mogło to być zbyt ostentacyjne, by nikt nie nabrał podejrzeń. Początkowo nikt o nic nie pytał, ale Remy wiedział, że zasiał ziarenko na podatny grunt.
Następnie, znając zwyczaje mieszkańców, niby przypadkiem dawał się podsłuchiwać na swoich udawanych rozmowach telefonicznych. Były one krótkie, niejasne, ale Remy wiedział, że jego zanęta działa. Widział przelotne wymiany spojrzeń, kiedy chował telefon albo nagle wychodził w czasie posiłku, by „porozmawiać". Jednocześnie zmuszał się, by być wyraźnie radośniejszy i w lepszym humorze niż przez ostatnie miesiące. To ostatnie, wbrew pozorom, było najtrudniejszą częścią planu i najbardziej męczącą. Każdej nocy, kiedy mógł już zdjąć maskę, czuł się wyprany emocjonalnie. Wpatrywał się wtedy tępo w okno, miętosząc w dłoniach rękawiczkę z miękkiej skóry.
Wreszcie nadszedł dzień, w którym miał przejść do kolejnej części swojego planu. Była druga połowa września i wszyscy właśnie jedli obiad.
- Będę musiał wrócić na kilka dni do Nowego Jorku – powiedział głośno Remy, nie zwracając się do nikogo w szczególności. Przez chwilę nikt nic nie mówił, jakby kalkulując, jak zareagować.
- Coś pilnego? – spytał niewinnie Jean Luc.
- Kiedy wrócisz? – spytała jednocześnie Bella, przerywając jedzenie. Tante obrzuciła ją spojrzeniem pełnym dezaprobaty. Remy wiedział, o czym myślała Mattie: nie odkrywaj się ze wszystkimi swoimi kartami, dziewczyno!
- Jadę na tydzień – odpowiedział Remy. – Muszę się z kimś pilnie spotkać – zwrócił się już bezpośrednio do Jean Luca, odpowiadając na pytanie.
Znowu zapanowała cisza, a Remy miał nadzieję, że ktoś pociągnie wątek.
- Coś się dzieje z twoją mocą? – zapytał Jean Luc po dłuższej chwili, a Remy podziękował mu w myślach.
- Non, wszystko z nią w porządku – zapewnił ojca. – Po prostu muszę z kimś… ponegocjować.
- Mogę jechać z tobą. Asasyni są dobrzy w negocjacjach – zaoferowała Bella, na co Remy parsknął śmiechem.
- Akurat ty jesteś ostatnią osobą, która może mi w tym pomóc – odparł ze śmiechem.
- A czemuż to? – spytała Mercy, zerkając kątem oka na coraz bardziej zaniepokojoną Bellę.
- Bo jadę negocjować z moją narzeczoną. Po ośmiu miesiącach milczenia zgodziła się wreszcie ze mną porozmawiać – odparł lekkim tonem Remy. Z satysfakcją obserwował reakcje zebranych przy stole członków rodziny. – Porzucona przed ołtarzem niedoszła żona raczej nie poprawi mojej sytuacji.
.
Rogue przerwała jedzenie cheetosów, dając sobie chwilę na zrozumienie, o czym mówił do niej Remy.
- Czy ty… – zaczęła, ale bezskutecznie próbowała znaleźć słowa, które najlepiej by oddawały, co się dzieje właśnie w jej głowie.
- Powiedziałem mojej rodzinie, że wróciłem do Nowego Orleanu głównie dlatego, że między mną a moją narzeczoną doszło do potężnej kłótni i że daliśmy sobie czas – zaczął mówić Remy, jednocześnie uważniej śledząc trasę, bo za chwilę miał być zjazd do motelu. – A teraz doszliśmy do wniosku, że spróbujemy dojść do porozumienia i w tym celu pojechałem do niej do Nowego Jorku.
Remy wjechał w wąską uliczkę i po chwili zatrzymał samochód. Na moment zapanowała cisza.
- Żeby była jasność – podjął po chwili Remy z przebiegłym uśmiechem – ty jesteś tą narzeczoną.
