Udało się! Wrzucam rozdział jeszcze w roku 2019! Z małą obsuwą, bo planowałam to zrobić jednak w Święta, ale hej - to jest wciąż 2019 rok!

Serdecznie dziękuję za komentarze - to szalenie miłe, że wciąż są tu Czytelnicy, którzy pamiętają pierwszą odsłonę tego opowiadania. Mam jednak nadzieję, że widać progres w porównaniu z tym, co było ;) W każdym razie dajecie mi motywacyjnego kopa - dziękuję 3

Rozdział ten dedykuję mojemu synkowi - gdyby nie on, ta część zostałaby opublikowana jakieś 1,5 miesiąca temu ;)

Jim siedział na niewysokim, rozprutym w kilku miejscach fotelu i leniwie żując gumę, oglądał teleturniej na małym, kineskopowym telewizorze. Przez cały dzień nie miał ani jednego klienta, toteż zmiana dłużyła się okropnie i tylko czekał, aż wreszcie się skończy.

Albo ktoś w końcu przestąpi przez próg tego budynku.

Gdy usłyszał, jak niemal pod same drzwi podjeżdża samochód, podniósł się tak, aby zobaczyć, kogo tutaj niesie. Uniósł lekko brew, gdy zdał sobie sprawę, jak drogie musiało być to auto. Wysiadła z niego dwójka ludzi, ku jego uciesze – kłócąc się bardzo głośno. Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem. Wreszcie coś się działo.

- Jak mogłeś zapomnieć mi powiedzieć, że jesteśmy zaręczeni?! – Albo musiał się przesłyszeć, albo to musiała być bardzo dobra historia.

- Bo wiedziałem, że się nie zgodzisz – powiedział jej partner ze słyszalnym francuskim akcentem.

Weszli oboje do środka i mężczyzna mógł się im przyjrzeć. Dziewczyna całkiem ładna, przynajmniej z twarzy, bo figurę zasłaniały workowate, bure ubrania. Uwagę przykuwała nietypowa fryzura: biała grzywka wyraźnie odcinała się na tle ciemnych włosów. Pewnie nowa moda w mieście, do nich zapewne dotrze za kilka lat. Z kolei jej partner mógł uchodzić za przystojnego, ale raczej nie dla Jima. Może i był dobrze zbudowany, ale kto to widział, by mężczyzna nosił aż tak długie włosy i – o zgrozo – okulary przeciwsłoneczne. Był już wieczór, do cholery. Słońca nikt tu nie widział od co najmniej godziny. Co za lans, psiamać – zaklął w myślach Jim, ale nie pozwolił, by rzutowało to na jego profesjonalną prezencję.

Wyraźnie poruszając żuchwą, dalej żuł gumę.

- Skąd ta myśl? – parsknęła kobieta i oparła się o kontuar, za którym siedział Jim, który już nawet nie udawał, że intensywnie wpatruje się w przybyszów.

- Porozmawiamy później – odparł mężczyzna, na co tamta jeszcze raz prychnęła. Och, jaka soczysta kłótnia się tu kroi! – Chcemy wynająć pokój na jedną noc – zwrócił się już bezpośrednio do Jima, na co natychmiast wtrąciła się kobieta.

- Dwa pokoje – dopowiedziała bardzo stanowczo, wpatrując się w swojego towarzysza.

- Jeden z dwoma łóżkami – odpowiedział tamten, przenosząc ciężkie spojrzenie z Jima na nią.

- Dwa pokoje – wycedziła. Mężczyzna wpatrywał się w nią nawet nie mrugając. Wreszcie po dłuższej chwili odwrócił się do Jima.

- Dwa pokoje – powiedział jak gdyby nigdy nic, uśmiechając się przy tym czarująco. Jim nie mógł nie zauważyć pełnego satysfakcji uśmiechu kobiety.

- Płatne z góry, siedemdziesiąt pięć dolarów od osoby, zakaz palenia w pokoju – wyrecytował Jim, na co mężczyzna przytaknął i podał prawo jazdy. – Scott Summers – przeczytał na głos imię i nazwisko z dokumentu i wpisał je do dużego zeszytu. Kątem oka zauważył, jak kobieta cmoka z dezaprobatą i ciężko wzdycha. Musiała być wściekła na tego faceta, skoro na sam dźwięk jego imienia tak reaguje. – Wymeldowanie do godziny dziesiątej. Dwa pokoje naprzeciwko siebie na końcu korytarza – dodał Jim, przeliczając plik banknotów, które wręczył mu nowy gość motelu i w zamian wręczył dwa pęczki kluczy. – Miłego pobytu, panie Summers – powiedział na koniec i skinął głową w kierunku kobiety. Miał wrażenie, że gdyby nazwał ją „panią Summers", rozpętałby piekło, toteż wolał milczeć. Para ruszyła we wskazanym kierunku. Kobieta ciągnęła za sobą walizkę, a ten cały Scott zarzucił niewielką torbę na plecy. Nie odezwali się ani słowem, ale Jim wiedział, że to się tak pokojowo nie skończy. Nawet zaczynał się cieszyć, że przed nim jeszcze cała nocna zmiana, zwłaszcza że ściany w tym motelu są cienkie jak z kartonu. Usiadł wygodnie w fotelu, przesuwając go nieco tak, by lepiej widzieć korytarz i po prostu czekał.


Nie wymienili ze sobą ani słowa, gdy dotarli do swoich pokojów. Remy po prostu wręczył jej klucze i nie czekając na reakcję, otworzył swoje drzwi i szybko za nimi zniknął. Rogue zacisnęła usta w cienką linię i poirytowana weszła do siebie. Pokój był dość czysty, choć na dywanowej wykładzinie było kilka niepokojących plam i wypalonych dziur. Nie był to wysoki standard, ale wystarczający na tylko jedną noc.

Rogue była zmęczona całodniową jazdą, mimo że to Remy prowadził (nie chciał słyszeć, by to ona przejęła kierownicę). Bolała ją głowa, a nogi nieprzyjemnie ścierpły od kilkunastu godzin siedzenia w jednej pozycji. Toteż z ulgą usiadła na zaskakująco miękkim łóżku, przeczesała włosy i po chwili po prostu się na nim położyła, wciąż trzymając stopy na podłodze. Przymknęła na chwilę oczy, by nabrać choć trochę siły na wejście pod prysznic. Jakież to było przyjemnie uczucie…

Obudziło ją natarczywe, głośne pukanie do drzwi. Przez chwilę próbowała sobie przypomnieć, gdzie się znajduje, a gdy sobie to uświadomiła – która jest godzina? Czy już pora ruszyć w drogę? Rozespana spojrzała na swój zegarek – było kilka minut po dwudziestej drugiej. Spała jakieś czterdzieści pięć minut. Przetarła kąciki oczu i wreszcie wstała z łóżka i podeszła do drzwi, za którymi wciąż ktoś stał i usilnie dawał do zrozumienia, że chce wejść.

- Co? – warknęła, gdy po otwarciu drzwi zobaczyła głupkowaty uśmiech Gambita.

- Stan pomiędzy makijażem na twarzy a jego brakiem jest szalenie niepokojący – powiedział. Rogue spojrzała na niego pytającym wzrokiem, a potem skierowała spojrzenie na wiszące na ścianie lustro. Wyglądała jak gówno. Każdy włos sterczał w inną stronę, przez sen zdążyła zjeść z ust połowę swojej pomadki, przez co wyglądała jak sina topielica, podkład rozmazał się tworząc nieestetyczne plamy, a wisienką na torcie ruiny i kompromitacji były podkówki z tuszu do rzęs, przypominające trochę plamy z testów Rorschacha.

Rogue przymknęła oczy i westchnęła cicho. Bez słowa wpuściła do pokoju Gambita, a sama sięgnęła do swojej walizki.

- Czego chcesz? – zapytała, szukając kosmetyczki. Za wszelką cenę próbowała ukryć za sobą zawartość bagażu, ale Remy usiadł tak, że ciężko było o dyskrecję. Bez skrępowania obserwował, jak przekładała stosiki ubrań i bielizny.

- Remy chciał ci powiedzieć o tym master planie, ale gdyby się od razu wysypał z główną intrygą, ty byś się na pewno nie zgodziła. Remy musiał ci najpierw wszystko opowiedzieć – powiedział.

- Przekaż Remy'emu, że miał wystarczająco dużo czasu na wprowadzenie mnie w tę intrygę już podczas pierwszego wieczoru – odparła zirytowana, wyjmując wreszcie kosmetyczkę. Z impetem zamknęła walizkę. Wyciągnęła z niej nieduży flakonik oraz waciki i zaczęła powolny proces zmywania całego makijażu.

- Remy opowiadał ci o tym wszystkim przez całą dzisiejszą podróż – zauważył. – Podczas pierwszego wieczoru Remy walczył o to, byś go w ogóle wysłuchała. Musielibyśmy spędzić całą noc na rozmowie, cherie. Oczywiście to nie byłby problem, ale ciężko byłoby Remy'emu nakłonić do tego swoją cherie, biorąc pod uwagę, że potraktowałaś tego biednego Cajuna jak ostatniego śmiecia – odparł zadziwiająco lekkim tonem, ale Rogue bezbłędnie odczytała, z jak dużym wyrzutem o tym mówi.

- Rozumiem, że cię to dziwi? – zapytała natarczywie, gwałtownie pocierając wacikiem oko. – Osiem miesięcy nie dałeś nawet znaku życia i nagle się zjawiasz z wielkim „pomóż mi, Rogue, mam problem z narzeczoną" – dodała.

- Czy naprawdę musimy jeszcze raz o tym rozmawiać? – odpowiedział pytaniem już wyraźnie zirytowany.

- Sam zacząłeś – odparła, marszcząc brwi. Groźny wyraz twarzy niestety stracił na powadze, gdyż w tym samym momencie wycierała pomadkę z ust. – Poza tym jest dużo więcej metod pomocy niż tylko granie twojej narzeczonej.

- Dzięki Rogue-narzeczonej przestaną wpychać Remy'emu Bella Donnę do gardła, czy raczej – do łóżka. Rogue-przyjaciółka nie byłaby dla nich przeszkodą – odpowiedział dobitnie.

- Nie możesz im po prostu powiedzieć, że nie chcesz z nią być? – spytała od niechcenia Rogue. Ta rozmowa zaczynała ją męczyć.

- Czy ty mnie słuchałaś dzisiaj, cherie? – zapytał zirytowany Remy. – Codziennie daję im do zrozumienia, że nic z tego nie wyjdzie, a oni ciągle są przekonani, że to tylko kwestia czasu, aż klęknę na kolano i wyznam jej miłość.

- Chcesz mi powiedzieć, że natarczywe nagabywanie i osaczanie może być niekomfortowe? – zapytała sztucznie zbolałym tonem Rogue. – Witaj w piekle, które mi zafundowałeś swoją obecnością w Instytucie – dodała z szerokim uśmiechem.

- Między nami to naprawdę była kwestia czasu – odparł Remy, wyraźnie zbity z tropu. Rogue obrzuciła go twardym spojrzeniem.

- Wkurzasz mnie – powiedziała wreszcie i poszła do łazienki przemyć twarz wodą. Nie zamknęła za sobą drzwi, więc za chwilę stanął w nich Remy i opierając się o futrynę, powiedział skruszonym tonem:

- Ty mnie też wkurzasz.

Wytarła twarz w ręcznik i spojrzała krytycznie w lustro. Wyglądała jak gówno nawet po zmyciu resztek makijażu. Zmęczenie, podły nastrój, kilkanaście godzin w samochodzie – to wszystko odcisnęło piętno na jej twarzy w postaci zaczerwienienia i podpuchniętych oczu.

- Powinieneś mi o tym powiedzieć wcześniej – odpowiedziała, odwracając się od lustra i patrząc odważnie w oczy Remy'ego. – A ja nie powinnam cię traktować jak śmiecia tamtego wieczoru – dodała ciszej i zaczesała za ucho kosmyk włosów.

- Od teraz żadnej ściemy – powiedział Gambit.

- I żadnego mówienia w trzeciej osobie – odparła Rogue tym samym, poważnym tonem. Remy przez dłuższą chwilę przyglądał się jej w tak niepokojący sposób, że Rogue poczuła się nieswojo. Po chwili jednak roześmiał się najbardziej uroczym, chłopięcym śmiechem, jaki słyszała. Był on tak zaraźliwy, że nie mogła powstrzymać wykwitającego na jej twarzy uśmiechu.

- Remy tęsknił za tobą, cherie – powiedział, wciąż się uśmiechając.

- Masz pierwsze ostrzeżenie, Cajunie – odparła na poły poważnie, ale wciąż z uśmiechem. – Nigdy więcej trzeciej osoby w mojej obecności.

- Zabierasz mi tym samym część mojej tożsamości – odpowiedział zbolałym tonem.

- Zatem twoja tożsamość jest zbudowana na braku poszanowania do zasad gramatyki. Jak to o tobie świadczy? – zapytała retorycznie, wychodząc wreszcie z łazienki.

- Że jestem buntownikiem? Że idę na przekór przyjętym zasadom, cherie? – odpowiedział, przykładając dłoń do klatki piersiowej, gdzie zapewne miał serce.

- Nie wierzę, że dałam się wciągnąć tę dyskusję – powiedziała cicho, przewracając oczami. Przez twarz Cajuna przemknął uśmiech. – Mam nadzieję, że twoja rodzina nie mówi w ten sposób? Bo jeśli tak, to ja rezygnuję z tej misji – ostrzegła, ścieląc jednocześnie łóżko. Z miłym zaskoczeniem zauważyła, że pościel jest świeżo uprana.

- Czyli jednak mi pomożesz? – spytał miękko Cajun.

- Tak – przytaknęła i spojrzała w jego kierunku. Zaskoczyło ją, jak blisko niej stał. – Od teraz żadnej ściemy, Remy – powiedziała, odsuwając się nieznacznie.

- Żadnej ściemy, Roguey – przytaknął.

- Nie nazywaj mnie tak – niemal automatycznie odpowiedziała.

- Za dużo tych zasad! – Gambit uniósł ręce w dramatycznym geście.

Rogue nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na Remy'ego dłuższą chwilę – za długą, jak na jej gust, co poskutkowało pojawieniem się delikatnego rumieńca. Stał przed nią ze swoim głupkowato-serdecznym uśmiechem, potargane włosy opadały mu na czoło i delikatnie oplatały szyję, a uniesione dłonie niemal zachęcały do tego, by spleść z nimi palce. Przez krótką jak mgnienie sekundę Rogue miała ochotę podejść do niego i go pocałować. Mimo że jeszcze kilka minut temu prędzej wolałaby zjeść swojego buta, niż odezwać się w cywilizowany sposób do Gambita.

Wytworzył się między nimi pewien specyficzny rodzaj napięcia, gdzie brakowało jedynie iskry, by dać początek zupełnie niespodziewanym wydarzeniom. Rogue była tego świadoma i, co gorsze, miała niemal pewność, że i Remy to czuje. Jego uśmiech stał się miękki i łagodny, a spojrzenie miało w sobie coś bardzo niepokojąco podniecającego.

- Rogue… – wyszeptał, podchodząc do niej.

W normalnych warunkach teraz nastąpiłby pocałunek. Oczyściłby atmosferę i dał początek nowemu, lepszemu rozdziałowi w ich życiu, gdzie wreszcie pozbyliby się tego niewygodnego napięcia.

Rogue o tym wiedziała.

Ale to nie były normalne warunki. Ona nie była normalna.

- Idź już spać, Gambit – powiedziała zachrypniętym głosem.

Wydawało się jej, że Remy chce coś powiedzieć, ale po prostu wycofał się w kierunku drzwi. Już niemal wychodził, gdy odwrócił się w jej kierunku.

- Uważaj na tego dziwaka z recepcji. Kiedy się tutaj dobijałem, przekręcił swój fotel w naszym kierunku i otworzył sobie piwo.

- Zamknę drzwi na klucz – obiecała Rogue.

- Tego się właśnie obawiałem – westchnął do siebie Remy i wyszedł z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi.

Wtedy Rogue pozwoliła sobie na wypuszczenie z płuc oddechu. Usiadła na łóżku i zatopiła twarz w dłoniach. To była najbardziej pokręcona relacja, w jaką się wplątała w całym swoim życiu. Nie wiedziała, jak z niej wybrnąć, nie wiedziała też, czy w ogóle chce z niej wybrnąć. Jakaś magnetyczna siła pchała ją wprost do Remy'ego, mimo że rozum, intuicja i warkliwy głos Logana w jej głowie mówiły jasno: uciekaj.

- Bez ściemy – powtórzyła z prychnięciem. Przyciągnęła do siebie swoją kosmetyczkę, a z niej wyciągnęła słoiczek z antydepresantami od Betsy. Nie powiedziała Gambitowi o nich, nie powiedziała też o tym, co się u niej działo w ciągu tych ośmiu miesięcy. Nie wspomniała nawet oględnie, w jakim koszmarnym stanie była przez ten czas. Opowiedzenie o tym wszystkim wydawało się jej czymś zbyt… męczącym. Nie czuła się na siłach, by jeszcze raz przez to przejść, a już na pewno nie z tak dokładną retrospekcją, jaką zafundował jej dzisiaj Gambit opowiadając o tym, co się działo u niego. Jednocześnie wiedziała, że im dłużej będzie o tym milczeć, tym gorzej będzie się czuła.

Jakaś jej część nakazywała być szczerą wobec niego. Być może dlatego, że tak byłoby uczciwie: on opowiedział jej wszystko. Ale być może powód był inny: on zrozumie i nie będzie oceniał. Rogue potrzebowała wreszcie z kimś o tym porozmawiać, wyrzucić z siebie te wszystkie emocje, z którymi nie była już w stanie walczyć, a które gniotły ją od środka i zjadały po kawałeczku.

Wrzuciła słoiczek z powrotem do kosmetyczki, a ją samą położyła na stoliku nocnym.

Rogue już wiedziała od czego zacznie rozjaśnianie sytuacji Gambitowi.


Wyruszyli z samego rana, a Rogue odetchnęła z ulgą widząc innego pracownika na recepcji. Miała wrażenie, że w nocy ktoś się kręcił po korytarzu koło jej pokoju, a zważywszy na fakt, że to był pokój na końcu korytarza, było to co najmniej niepokojące.

Remy był dziwnie milczący, mało dowcipkował i odpowiadał półsłówkami. Rogue założyła, że to wina zmęczenia, bo choć zaprzeczał gorąco, to widać było po nim, że wczorajsza całodzienna jazda – połączona z bardzo wyczerpującą rozmową – nie była dla niego łatwa. Zresztą, ona też nie czuła się jakoś specjalnie rewelacyjnie – wszak jak inaczej miałaby się czuć w mglisty, deszczowy dzień, wiele mil od domu, na dodatek o nieludzkiej szóstej rano?

Zatrzymali się w przydrożnym barze gdzieś na granicy Wirginii i Karoliny Północnej. Popijając gorącą kawę, powoli wracała im chęć do życia.

- Z tym tempem powinniśmy być na miejscu koło trzeciej po południu – zauważył Remy, zerkając na zegar wiszący przy kontuarze. Rogue milcząco przytaknęła. – Pewnie akurat trafimy na obiad.

Rogue wciąż milczała.

- Myślę, że zakochasz się w kuchni Tante Mattie – kontynuował, uważniej obserwując Rogue. – Robi najlepsze gumbo pod słońcem.

- Mhm. – Rogue nie podnosiła wzroku znad swojego kubka kawy.

- Trochę kontrowersyjny może być fakt, że dodaje do niego sproszkowane skarpety Jean Luca, ale to właśnie nadaje temu daniu wspaniały aromat – mówił dalej tym samym tonem, ale opuścił nieco okulary przeciwsłoneczne, by lepiej widzieć jej twarz.

- Mhm – przytaknęła jedynie.

Remy przyglądał się jej przez długą chwilę.

- Rogue. Nie słuchasz mnie – powiedział. Wtedy dziewczyna drgnęła i przeniosła na niego spojrzenie. Początkowo chciała zaprzeczyć, ale jedynie westchnęła.

- Musimy wszystko omówić – zaczęła, leniwie gmerając widelcem w talerzu z resztkami jej omleta. – Wystarczy, że twoja rodzina zapyta nas, jak mi się oświadczyłeś albo jak wyglądały nasze randki i wszystko się wysypie.

- Mamy cały dzień w samochodzie na ustalenie wspólnej wersji – Remy wzruszył ramionami i wygodnie rozsiadł się na czerwonej kanapie ze skaju.

- I tak obawiam się, że kiedy wezmą nas w krzyżowy ogień pytań, wysypiemy się na czymś absurdalnym pokroju „a co jedliście na pierwszej randce?" – odpowiedziała Rogue, na co Remy parsknął śmiechem.

- Kto pyta o takie bzdury, cherie? – zachichotał. – Zresztą, dlaczego sądzisz, że będzie jakikolwiek krzyżowy ogień pytań? To nie będzie sesja w Danger Roomie, gdzie musisz zachować czujność, tylko zwykłe zapoznanie z moją rodziną.

Rogue nie wyglądała na przekonaną.

- Siądę do stołu wspólnie z rodziną Gildii Złodziei, a na deser będzie tam również przedstawicielka Asasynów – skontrowała Rogue. – Gdyby sesja w Danger Roomie była w ramach waszego rodzinnego obiadu, z przyjemnością założyłabym swój uniform i robiła dobre wrażenie na twojej Tante Mattie, kopiąc tyłki symulacjom. Zamiast tego musimy rozmawiać. Rozmawiać, Remy. Ja nie jestem dobra w robieniu dobrego wrażenia podczas rozmowy.

- Dlatego jesteś moją narzeczoną, Roguey – odparł Remy, na co Rogue jedynie przewróciła oczami i teatralnie westchnęła. – Oni nie spodziewają się jakiejś panienki z dobrego domu, która dyga nóżką przy powitaniu i zna zastosowanie wszystkich możliwych sztućców. Gdybym przyprowadził kogoś takiego, cała intryga wysypałaby się jeszcze przed podaniem zupy, Rogue. Ty jesteś inna i masz wszystkie atrybuty, które mnie pociągają i które do mnie pasują. Jesteś idealną kandydatką na moją narzeczoną i moja rodzina dojdzie do tego właśnie wniosku.

- Narzeczoną na niby – uściśliła Rogue z dziwnie ściśniętym gardłem.

Remy uśmiechnął się w bardzo nieodgadniony sposób. Ale przytaknął.

- Tak, narzeczoną na niby – dodał, kiwając głową. – Musimy sobie zaufać, Rogue. I dzięki temu nam się uda.

- Skoro o zaufaniu mowa: zmienię cię za kierownicą. Wyglądasz gówniano. Musisz odpocząć.

- D'accord – powiedział po chwili. – Ale zgadzam się na to tylko dlatego, że jedziemy samochodem Scootera. Jego mi nie żal.

- Scotta czy samochodu Scotta ci nie żal?

- Obu, choć samochód wywołuje we mnie więcej pozytywnych emocji niż twój spandeksowy przyjaciel z poczuciem humoru kawałka drewna.

Rogue chciała to jakoś skontrować, ale jedynie uśmiechnęła się, kręcąc głową z niedowierzaniem. Tak, Remy miał rację. Pasowali do siebie. Z jakiegoś powodu konkluzja ta nie spowodowała u Rogue napływu pozytywnych emocji.

- Pierwsza randka? – rzuciła tematem Rogue, gdy usiadła za kierownicą i zaczęła ustawiać fotel i lusterka pod siebie.

- Już mieliśmy, cherie, nie pamiętasz? – Remy spojrzał na nią z oburzeniem. Rogue odwróciła się do niego, marszcząc czoło.

- No na niby na pewno już mieliśmy, tylko musimy ustalić, gdzie to było – wyjaśniła mu, patrząc na niego jak na idiotę.

- Non, cherie, mieliśmy randkę nie na niby – mówił niezrażony Remy, choć nieco mniej cierpliwym tonem. – W moim mieszkaniu, w Boże Narodzenie. Rok temu.

Rogue spojrzała na niego z politowaniem.

- To BYŁA randka, cherie – powiedział dobitnie. – Byliśmy tylko my dwoje, było wino, było miło. To była randka.

- To jest twoja definicja randki? – spytała, unosząc brew. Odpaliła silnik i gładko wyjechała z parkingu baru. – Dwoje ludzi, wino i że jest miło?

- A nie? – spytał skonfundowany Remy.

- To by znaczyło, że niektóre moje samotne kolacje z profesorem Xavierem, kiedy tylko my dwoje zostawaliśmy w Instytucie, były randkami. Proszę, nie chcę iść tym tropem.

Remy patrzył na nią dłuższy moment.

- Ja też nie – odpowiedział poważnie. – Ale to była randka, Rogue.

- Niech ci będzie – odpowiedziała z westchnięciem. – Ale to tylko na potrzeby naszej misji.

- Jasne, Rogue – przytaknął, uśmiechając się głupkowato.

- Czyli już na pierwszej randce dałam ci się zaciągnąć do mieszkania, pięknie. – Rogue przewróciła oczami.

- Widzisz? W odniesieniu do mnie to brzmi cholernie przekonująco – zauważył Remy.

- Ale jak to brzmi w odniesieniu do mnie, szczurze bagienny? – Rogue posłała mu krytyczne spojrzenie.

- A gdzie wolałabyś iść na pierwszą randkę? – zapytał po chwili Remy. Rogue postukała palcami w kierownicę i zmarszczyła nos, wyraźnie zastanawiając się nad odpowiedzią.

- Myślę, że jakaś niezbyt zatłoczona knajpa, gdzie można usiąść i spokojnie porozmawiać, byłaby w porządku – odparła po chwili niezdecydowanym tonem. – Cholera, nawet ławka w parku byłaby dobra – machnęła ręką. – To nie chodzi przecież o formę, tylko o to, by się lepiej poznać. Jeśli rozmowa się nie klei, to nawet szczyt wieży Eiffla nie sprawi, że randka będzie udana.

Zapadła cisza. Rogue wpatrywała się w rozciągającą się przed nimi drogę, a Remy obserwował dziewczynę kątem oka.

- Nad czym myślisz, Cajunie? – przerwała milczenie Rogue, zerkając na Gambita.

- A jak się zaręczyliśmy? – spytał.

- Ty mi powiedz – odparła Rogue. – Sama jestem ciekawa, jakim cudem do tego doszło.

- Myślę, że nie spodziewałaś się tego – zaczął Remy, na co Rogue zaczęła gorąco potakiwać. – Byliśmy w związku od zaledwie kilku tygodni. Najpierw poszliśmy do kina na jakiś blockbusterowy film, podczas którego chichotaliśmy przy głupszych scenach i pozbawionych logiki zwrotach akcji. Gdy wyszliśmy z kina, postanowiliśmy nie wracać jeszcze do Instytutu. Mimo że była styczniowa noc, nie czuliśmy praktycznie chłodu, a przynajmniej ty się głośno nie skarżyłaś…

- To nie brzmi prawdopodobnie, skarżyłabym się bardzo głośno. Ale mów dalej.

- …bo zgodnie z moją sugestią założyłaś ciepły płaszcz i pamiętałaś o czapce. – Rogue wywróciła oczami. – Spacerowaliśmy po Bayville i jakoś podświadomie odwiedzaliśmy miejsca, które kojarzyły nam się ze sobą.

- Boisko szkolne, gdzie mnie stalkowałeś? Zaułek, w którym mnie uprowadziłeś? – spytała z przesłodzonym uśmiechem Rogue.

- Technicznie rzecz biorąc to byłyby te właśnie miejsca, ale może na potrzeby rozmowy z moją rodziną powiążemy je z takimi wydarzeniami jak „pierwszy pocałunek", „pierwsza rozmowa bez grożenia mi śmiercią" albo „początek związku"? – spytał Remy, wzruszając ramionami.

- Jeeeezu, wychodzi na to, że w rzeczywistości stworzylibyśmy naprawdę patologiczny związek – skomentowała Rogue.

- Prawda? – przytaknął z uśmiechem Remy. Ewidentnie wziął to za komplement. – Właśnie dlatego uważam, że jesteś świetną kandydatką na moją narzeczoną.

- Narzeczoną na niby – dopowiedziała Rogue. – No dobra, i co dalej?

- Gdy wreszcie dotarliśmy do Instytutu, zatrzymaliśmy się przed samymi drzwiami wejściowymi. Następnego dnia mieliśmy ruszyć na kolejną misję związana z Sentinelami. I właśnie wtedy, gdy o tym rozmawialiśmy, zdałem sobie sprawę, że nigdy nie będziemy żyć tak, jak normalni ludzie. Zawsze będzie wisiało nad nami niebezpieczeństwo. Więc nie ma na co czekać. Przyklęknąłem i zapytałem, czy chcesz ze mną spędzić resztę życia, nawet jeśli to będzie oznaczało tylko najbliższe dwadzieścia cztery godziny.

Rogue prowadziła w milczeniu, sztywno patrząc przed siebie. Czuła na sobie pytający wzrok Remy'ego. Wiedziała, że czeka na jej komentarz.

- Całkiem zgrabnie zmyślony kit – powiedziała wreszcie, dziwnie spiętym głosem. – Jaka była moja reakcja? – spytała po chwili.

- Ty mi powiedz, cherie – odparł Remy.

- Myślę, że Rogue z naszej wielkiej mistyfikacji powiedziałaby „tak" – powiedziała. Kątem oka dostrzegła, że Remy chce coś powiedzieć, ale ostatecznie zapanowało między nimi milczenie. Jechali tak dłuższy czas, nie odzywając się ani słowem, każde pogrążone w swoich myślach.

Wyjeżdżali z Knoxville w stanie Tennessee, gdy Rogue zauważyła, że Remy zasnął. Uśmiechnęła się do siebie – wszystko układało się lepiej, niż mogła oczekiwać.

Cała ta rozmowa o alternatywnej Rogue była dla niej wyczerpująca. Myślenie o sobie jak o szczęśliwej i kochanej przez kogoś kobiecie było męczące emocjonalnie. A już konkluzja Remy'ego, że przecież nigdy nie będą wieść życia normalnych ludzi była uderzająca – bo prawdziwa. Być może Rogue umrze za jakiś czas z rąk obłąkanego mutanta pokroju Sinistra, nie zaznając wcześniej takich uczuć jak miłość czy przywiązanie. To było cholernie smutne: kończyć życie znając jedynie samotność, niezrozumienie i strach.

Zerknęła na śpiącego Gambita. Oparty głową o zagłówek, z oczami wciąż ukrytymi za ciemnymi okularami i założonymi na piersi rękoma wyglądał, jakby cały czas uważnie śledził trasę. Tylko spokojny, miarowy oddech zdradzał, że śpi. I to, że nic nie mówił. Milczący Cajun to najprawdopodobniej śpiący Cajun.

Mimo wszystko pochlebiało jej, że to do niej zwrócił się o pomoc. Wierzył w jej umiejętności i ufał na tyle, by wprowadzić we wszystkie niuanse jego rodziny. A każdy w Instytucie wiedział, że Remy nie dzieli się informacjami na swój temat. Zawsze, gdy ktoś pytał o jego życie w Nowym Orleanie, zbywał rozmówcę lub gładko zmieniał temat. A jej powiedział bardzo dużo.

Oczywiście miał pewnie jeszcze wiele trupów w szafie, ale kto ich nie ma? Ona sama trzymała w tajemnicy mnóstwo informacji na swój temat, począwszy od prawdziwej tożsamości. Do tej pory nie spotkała nikogo, z kim chciałaby się podzielić choćby urywkami na temat swojego życia. Aż do teraz.

Gładko skręciła na zachód, zjeżdżając z trasy. Tablice informowały, że za chwilę przekroczy granicę stanu Missisipi. Wracała do domu.


Jednostajny warkot silnika, który ukołysał go do snu kilka godzin temu, teraz stał się na tyle głośny, że go obudził. Niechętnie otworzył oczy, czując jednocześnie, jak bardzo boli go kark. Spanie w pozycji siedzącej ssie. Zerknął na zegarek – było kilka minut przed czwartą po południu. Pocieszało go, że za chwilę powinni dojechać do Nowego Orleanu. Potarł koniuszkami palców zmęczone powieki i skupił wzrok na zbliżającej się tablicy z informacjami o trasie. Columbus? Starkville? Przecież to nie jest Luizjana…

- Cherie – zaczął zachrypniętym głosem, unosząc się lekko w fotelu – czy ty mnie porwałaś?

Rogue uśmiechnęła się szeroko.

- Nie przejmuj się, Cajunie. Nie wywożę cię na Antarktydę – odparła lekko.

- Cherie, to nie jest Nowy Orlean – rzekł poważnie. – To nawet nie jest Luizjana. Gdzie my jesteśmy?

- Missisipi, słonko – odpowiedziała beztrosko. – Ale to tylko przystanek, dzisiaj na pewno dotrzemy do Nowego Orleanu.

- Roguey. – Zastanawiał się, jak bezpiecznie ująć w słowach to, że Remy LeBeau nie życzy sobie być porywany i wywożony gdziekolwiek bez jego wyraźnej zgody. – Remy LeBeau nie życzy sobie być porywany i wywożony gdziekolwiek bez jego wyraźnej zgody – powiedział po chwili zastanowienia. Prostota jest najważniejsza.

Rogue nieoczekiwanie dla tak poważnej sytuacji zaczęła się serdecznie śmiać.

- Czy ty się słyszysz, Cajunie? – zwróciła się do niego, kiedy już trochę się uspokoiła.

- Bardzo wyraźnie – odparł cierpko. Nie wiedział, co ją tak ubawiło.

- Ty okropny hipokryto – powiedziała cicho bez cienia wyrzutu czy złości, za to wciąż z uśmiechem na ustach. – Zresztą, już jesteśmy prawie na miejscu.

Remy uchwycił kątem oka tablicę powitalną miasteczka Caldecott. Znał tę nazwę.

- Tak, Caldecott. – Rogue zdawała się czytać mu w myślach. – To moja rodzinna miejscowość, Cajunie – odwróciła się do niego i uśmiechnęła się w najbardziej nieodgadniony sposób, jaki tylko mogła.

- Chcesz zapoznać swojego przyszłego męża ze swoimi rodzicami? – Remy uniósł brew. Nie miał pojęcia, po co tu przyjechali.

- W życiu – odparła z obrzydzeniem, a Remy nie potrafił powiedzieć, czy obrzydzała ją wizja spotkania z rodzicami, czy wizja przedstawienia im jego skromnej osoby.

Z każdą przejechaną minutą dobry humor Rogue gdzieś znikał, a zamiast uśmiechu pojawiał się coraz bardziej spięty i zasępiony wyraz twarz.

– Jesteśmy na miejscu – powiedziała niecały kwadrans później.

Zatrzymali się na sporym parkingu otoczonym żywopłotem. Dopiero gdy wysiedli – Remy boleśnie się wyprostował – zauważył, że są na parkingu przy ogromnym, wielopiętrowym budynku. Niedaleko wjazdu dostrzegł tabliczkę: Klinika św. Rity w Caldecott. Miał już pytać Rogue, co tutaj robią, gdy ona sama zaczęła temat.

- Chciałabym, żebyś kogoś poznał – powiedziała poważnym tonem, przystając naprzeciwko niego. Była skupiona, może nawet trochę zlękniona. – Od niego wszystko się zaczęło.

To powiedziawszy, ruszyła do wejścia. Remy jeszcze rzucił okiem na szare, smutne mury szpitala i niezliczone rzędy okien. Już tutaj czuł specyficzny zapach chorób, leków i środka do dezynfekcji. Nie znosił szpitali.

Rogue doskonale wiedziała, którędy iść. Prowadziła go przez kolejne korytarze i wewnętrzne klatki schodowe, nie upewniając się nawet, czy za nią nadąża. Remy zatrzymywał się wzrokiem na pojedynczych tabliczkach na drzwiach, nazwach oddziału, a także na twarzach ludzi, których mijali. Byli to głównie pracownicy szpitala, ubrani w białe lub zielone fartuchy, idący równie szybko jak oni. Ale zdarzali się również zwykli ludzie: odwiedzający bądź chorzy, idący ciężkim, powolnym krokiem.

Nagle Rogue zatrzymała się przy drzwiach z mlecznego szkła prowadzących na oddział dla ludzi w stanie apalicznych, jak głosiła srebrna tabliczka.

Wrzuciła do automatu, który stał obok, kilka monet i wyciągnęła z niego dwie małe paczuszki. Podała jedną Remy'emu.

- To jest fartuch i ochraniacze na buty, załóż – powiedziała, sama robiąc to samo. Remy już miał rzucić jakimś ironicznym komentarzem, ale widząc, jak boleśnie poważna jest jej twarz, bez słowa wykonał polecenie. Kiedy już oboje byli gotowi do wejścia na oddział, Remy chwycił ją za rękę. Rogue wzdrygnęła się na ten gest, ale nie wyplątała dłoni z uścisku.

- Cherie, nie wiem, o co chodzi, ale jestem obok – powiedział cicho.

Cień uśmiechu przebiegł przez jej twarz.

- Dlatego tutaj jestem – odpowiedziała, pociągając za drzwi.

Znaleźli się w cichym, jasno oświetlonym korytarzu. Rogue szła powoli w kierunku dyżurki, tempo i sposób jej chodu różnił się diametralnie od tego po tamtej stronie drzwi. Już nie była tak zdeterminowana, zafiksowana na celu podróży. Wciąż trzymając Remy'ego za rękę, dotarła do biurka przy którym siedziała kobieta pochłonięta przeglądaniem gęsto zapisanych papierzysk.

- Dzień dobry, w której sali znajduje się Cody Robbins? – spytała cicho. Pielęgniarka, na oko po czterdziestce, rzuciła okiem na Rogue.

- Sala numer czternaście – odparła, nawet nie patrząc w dokumenty, by upewnić się, że udziela dobrych informacji. Rogue już odchodziła od biurka, gdy pielęgniarka rzuciła jeszcze jednym pytaniem. – Pani Darkholme, zgadza się?

Rogue skinęła głową. Chwilę jeszcze czekała na ewentualny ciąg dalszy pytań, ale kiedy ten nie nastąpił, ruszyła w głąb korytarza. Z każdym kolejnym numerkiem na drzwiach krok był coraz wolniejszy. Remy zauważył, że jej oddech stał się płytszy, a serce pewnie waliło jak szalone. Jej dłoń coraz mocniej zaciskała się na jego palcach.

I nagle rozluźniła uścisk i wypuściła jego rękę. Stali przed salą numer czternaście.

Bezwiednie skupił się nie na drzwiach, a na profilu jej twarzy. Miała zmarszczone czoło, skrzydełka nosa niemal niezauważalnie drgały, a usta miała ściągnięte w cienką linię. I wreszcie nacisnęła klamkę.

Na środku niewielkiego pomieszczenia, podłączony niezliczonymi rurkami do cicho tykającej aparatury, leżał mężczyzna. Jasne, spłowiałe włosy, sięgały mu ramion. Kościste ręce, z wbitym weń wenflonem, leżały wzdłuż całej sylwetki. Mimo że był przykryty kocem, nie uszło uwadze Remy'ego, jak chudy był to człowiek. Mimo to jego twarz, choć wyraźnie zmarniała, zachowała w sobie ulotne wspomnienie o dawnej urodzie.

Rogue zacisnęła dłonie na metalowej poręczy łóżka.

- To jest Cody Robbins, mój pierwszy chłopak – zaczęła cichym, zachrypniętym głosem. – Oraz pierwsza ofiara mojej mutacji – dokończyła ciężko.

Remy nic nie odpowiedział, po prostu czekał. Wiedział, że to dopiero początek opowieści i jeśli teraz by się wciął z choć jednym słowem, zniszczyłby tę chwilę. Miał świadomość, jak trudny jest to moment dla Rogue i jak wiele kosztuje ją jego obecność w tym miejscu. Mógł to uszanować tylko poprzez milczenie.

- To był mój pierwszy pocałunek – kontynuowała, uśmiechając się gorzko. – Chciałabym powiedzieć, że jedyny, ale oboje wiemy, że znalazł się ktoś na tyle głupi, by ryzykować życiem po to, by mnie pocałować.

Remy uśmiechnął się kącikiem ust, ale wciąż milczał. Może to i było głupie, ale, cholera, warto było, pomyślał.

- Od tego momentu Cody wciąż jest w stanie wegetatywnym. Pień mózgu jest żywy, ale lekarze nie dają żadnych nadziei na powrót do zdrowia. Nawet jeśli jakimś cudem wybudziłby się z tego stanu, to już nigdy nie wróci do dawnej sprawności, nie mówiąc o tym, że tak długa śpiączka wyrządziła już pewnie mnóstwo szkód w jego układzie nerwowym. Mimo że jego organizm wciąż pracuje, trawi, oddycha, serce pompuje krew, to jego życie już się skończyło. – Głos Rogue był matowy, jednostajny, jakby czytała to z kartki. Cały czas wpatrywała się w twarz chłopaka leżącego na szpitalnym łóżku. – Przeze mnie, Remy – dodała drżącym głosem, przenosząc spojrzenie na Gambita.

Jej oczy się zaszkliły, ale nie odwracała wzroku od jego twarzy. Jakby chciała, by wszystko, co powiedziała, dobrze wybrzmiało.

- Rogue… – zaczął Remy, jeszcze nie wiedząc, co dokładnie chce powiedzieć. Dziewczyna pokręciła głową.

- Zapamiętaj ten widok – powiedziała stanowczo. – Zapamiętaj tego człowieka, który tutaj leży. A teraz zostaw mnie na chwilę samą. – Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się od niego i przysiadła na skraju łóżka. Remy jeszcze przez chwilę stał, obserwując formujące się w kącikach oczu łzy. Potem po raz ostatni przeniósł spojrzenie na mężczyznę. Gdyby nie miarowy oddech i pikanie maszyny monitorującej pracę serca, Remy mógłby przysiąc, że jest martwy.

Wyszedł z sali, cicho zamykając za sobą drzwi. Oparł się o ścianę i skrzyżował ramiona na piersi. Miał ochotę zapalić, ale nie chciał się oddalać, na wypadek gdyby wizyta Rogue u swojej dawnej miłości miała być krótka. Jego nieobecność na pewno dałaby jej jednoznaczny sygnał: jej przedstawienie odniosło skutek, odstraszyła go od siebie. Czy to właśnie miała na celu? Tuż przed wielkim spektaklem, który mieli odstawić dla jego rodziny, gdzie mieli grać kochającą parę, chciała pokazać, że to li tylko i wyłącznie szopka na potrzeby widowni? Sygnał ostrzegawczy dla niego, by nie brał zbyt poważnie jej przyszłych gestów i wypowiedzi?

Nie chciał być tylko jej przyjacielem. Za długo tłumił w sobie uczucie do niej, by teraz, kiedy jest już świadomy tego, czego chce, odwrócić się z podkulonym ogonem. Wiedział, co potrafiła. Wiedział, co mogłoby mu grozić. Ale też zdawał sobie sprawę z licznych okoliczności, które sprawiały, że jej mutację można było oswoić. Że JĄ można było oswoić na tyle, by sobie zaufała. To nie jej skóra była trująca, tylko lata izolacji, samotności i braku akceptacji odcisnęły piętno na jej psychice. Jedyną przeszkodą na drodze do dotyku była sama Rogue. Remy był tego pewien jak niczego innego na świecie.

Dotarł już tak daleko na drodze do zdobycia jej zaufania. Nie mógłby sobie darować, gdyby teraz się wycofał.

Rozmyślania przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Pojawiła się w nich Rogue, która przez sekundę wyglądała na zaskoczoną jego obecnością. Remy bez słowa podał jej chusteczkę, którą z wdzięcznością przyjęła. Osuszyła oczy i ruszyła w stronę wyjścia. Zatrzymali się znowu przy dyżurce, gdzie Rogue pochyliła się ku pielęgniarce.

- Jak wygląda kwestia płatności w przypadku Cody'ego? – zapytała tak cicho, że gdyby Remy nie miał wyczulonych zmysłów, niewiele by usłyszał. Pielęgniarka przez chwilę sprawdzała coś na monitorze, po czym uśmiechnęła się do Rogue.

- Jego pobyt jest opłacony aż do końca przyszłego roku – powiedziała równie cicho.

- A mogę wiedzieć kto i kiedy dokonał opłaty? – zapytała wyraźnie zaskoczona Rogue.

- Zrobiła to pani matka na początku lipca tego roku – odparła po chwili pielęgniarka. Na twarzy dziewczyny odmalowało się jeszcze większe zdziwienie, ale już nic nie powiedziała. Skinęła na pożegnanie pielęgniarce, zerknęła przelotnie na Remy'ego i wspólnie wyszli z oddziału. Remy wiedział, co to oznacza. Mystique jakimś cudem wydostała się z więzienia Sinistra. Być może jak emocje już opadną, porozmawia o tym z Rogue. Teraz jednak zdecydowanie nie był to dobry czas na rozpoczynanie tematu.

Milczeli jeszcze przez kilka chwil po odpaleniu silnika samochodu. Tym razem to Remy prowadził. Nie dlatego, że bał się kolejnej spontanicznej wycieczki, tylko dlatego, że Rogue potrzebowała jeszcze czasu na dojście do siebie.

- Przepraszam – usłyszał cichy głos Rogue, gdy wjeżdżali w zjazd na Nowy Orlean. Jeszcze trzy i pół godziny i będą w domu.

- Za co, cherie? – spytał zaskoczony.

- Za to, że nie powiedziałam ci o tym, że chcę zahaczyć o Caldecott. Za to, że nie powiedziałam ci, po co chcę zahaczyć o Caldecott – odparła, wpatrując się w swoje kolana.

- Wiem, że to było dla ciebie trudne, cherie – powiedział po chwili Remy, co rusz zerkając w jej kierunku. Zwłaszcza po tym, co wydarzyło się w laboratorium Sinistra, dopowiedział sobie w myślach.

- Najgorsze jest to, że już prawie wcale go nie słyszę w swojej głowie – podjęła Rogue, nieco bardziej rozluźniona. – Chyba wolałabym, żeby on też rzucił przekleństwami w moim kierunku i szeptał nienawistne teksty o tym, jak bardzo mnie nienawidzi… – Remy'emu nie uszło uwadze, że Rogue użyła słowa „też". Podejrzewał, o kim mówiła, ale nie chciał drążyć tematu. Nie teraz. – Tak jakby się już poddał. Jakby umarł, bo tutaj – wskazała na swoją głową – ma możliwość decydowania o sobie. W przeciwieństwie do jego fizycznego ciała, które leży nieruchomo od prawie dziesięciu lat.

- Może ci wybaczył? – rzucił Remy, na co Rogue prychnęła.

- Ty byś wybaczył? – spytała z niedowierzaniem.

- Pewnie nie od razu – wzruszył ramionami. – Pewnie musiałoby minąć dużo czasu, nim bym zrozumiał, że najbardziej pokrzywdzoną osobą w tym wszystkim jesteś ty.

- Ja żyję – gorąco zaprzeczyła Rogue.

- Jako żywy grobowiec wszystkich świadomości, które wchłonęłaś. Dla mnie marna wymiana – skrzywił się Remy. Dopiero po chwili złapał się na tym, że mogło to brzmieć zbyt brutalnie. Zerknął na nią kątem oka. Siedziała nieruchomo wpatrzona w punkt za oknem. – Musisz iść dalej, Rogue. Nie możesz zatracać się w myślach wchłoniętych osób, bo nigdy nie pokonasz strachu przed swoją mutacją. A moim zdaniem to w nim jest przyczyna tego, że jeszcze jej nie kontrolujesz.

- Co ty możesz wiedzieć o… – zaczęła Rogue zmęczonym głosem. Remy jej gwałtownie przerwał.

- Pocałowałem cię i nie straciłem przytomności – przypomniał. – A później dotknęłaś mnie, a ja nawet nie poczułem zawrotów głowy – dodał, jednocześnie zastanawiając się, czy przypominanie wydarzeń z laboratorium Sinistra na drodze ekspresowej do Nowego Orleanu to dobry pomysł. Ten temat wymagał chyba innej oprawy, non?

- Kiedy to było? – spytała zaskoczona Rogue.

- Dobrze wiesz, kiedy – odpowiedział. – Gdy straciłaś kontrolę nad sobą, to ja cię sprowadziłem. Pokonałaś wtedy wszystkie inne świadomości i udało ci się wrócić. Dotykając mnie przy tym, niestety zapewne przypadkiem, nagą skórą. Moja teoria jest taka, że poczułaś się wtedy na tyle bezpiecznie, że zapomniałaś, czym się kończy twój dotyk. I dlatego nic mi się nie stało.

- Ktoś też to widział? – zapytała po długiej chwili milczenia.

- Naprawdę, cherie? Nie wierzysz mi? – spytał z niedowierzaniem.

- Nie o to chodzi – powiedziała. – Nikt mi o tym nie powiedział. Ktoś widział, że mogę robić coś, o czym marzę od prawie dziesięciu lat i mi o tym nie powiedział. Przecież to jest jednoznaczny sygnał, że da się zapanować nad moją mutacją i nikt mi o tym nie powiedział. Ja mogę dotykać i NIKT MI O TYM NIE POWIEDZIAŁ!

Mimo że nie podniosła głosu, to z każdym zdaniem jej wściekłość była coraz większa. Siedziała tuż obok niego, nabuzowana złością oddychała ciężko, a z oczu ciurkiem leciały łzy. Remy zjechał na pas awaryjny i zatrzymał samochód. Nie wiedział, co powiedzieć. Nie miał sumienia brać w obronę mieszkańców Instytutu, bo nic ich nie usprawiedliwiało. Nie potrafił sobie wyobrazić powodu, dla którego mieliby trzymać to w tajemnicy. Dopiero po dłuższej chwili odpowiedź spłynęła na niego, jak ciężki całun: innym było tak wygodniej. Wygodniej im było powtarzać jej, że musi ciężej pracować na bezcelowych sesjach u profesora Xaviera, niż pozwolić jej się dotknąć. To jak z jazdą na rowerze: nie nauczysz się jej poprzez czytanie o niej. Musisz po prostu wsiąść na rower. Przewrócisz się kilka razy, ale po pewnym czasie jazda będzie dla ciebie tak naturalna jak oddychanie. Tylko że dla mieszkańców Instytutu przewrócenie się oznaczało, że Rogue wchłonęłaby kawałek ich świadomości. Bali się ryzyka, bo przecież widzieli, jak to się skończyło dla Carol Danvers czy dla tej bezimiennej dziewczynki. Obawiali się poświęcenia.

Remy przymknął powieki, czując jak zalewa go fala przygnębienia i smutku. To są jej przyjaciele? To jest jej rodzina, jak kiedyś ich nazwała? Jego rodzina nawet przez chwilę by się nie zawahała, czy się dla niego poświęcić. Byliby to na to gotowi, jeszcze zanim rozbrzmiałaby o to prośba.

Podniósł wreszcie głowę i spojrzał na Rogue. Był to najsmutniejszy widok, jakiego doświadczył w ostatnim czasie. Patrzyła gdzieś martwo w przestrzeń, a łzy żłobiły ścieżki w jej policzkach. Nie musiał używać swojej wyczulonej empatii, by dostrzec, jak bardzo załamała ją ta informacja.

- Rogue, mi możesz zaufać – powiedział cicho. – Ja się nie boję ciebie i twojej mutacji – dodał z cieniem uśmiechu.

- Wiem, szczurze błotny – odpowiedziała zachrypniętym głosem i otarła łzy wierzchem dłoni. – To jest chyba najbardziej przygnębiające, że jedyną osobą, której mogę wierzyć, jest notoryczny podrywacz i złodziej, który kiedyś chciał mnie wysadzić w powietrze.

- Do usług, cherie – powiedział i uścisnął jej dłoń. Przez twarz Rogue przebiegł nieśmiały uśmiech.


Dotarli na miejsce tuż przed północą. Dom rodzinny Remy'ego usytuowany był na samym alei. Wysokie ogrodzenie sprawiało wrażenie solidnego – kto jak kto, ale złodzieje wiedzą, jak się chronić przed kolegami po fachu. Gdy przejechali przez bramę, Rogue niewiele mogła dostrzec, mimo że wjazd był dobrze oświetlony. Zapewne za dnia będzie mogła lepiej się rozejrzeć. Sam dom był ogromny – trzypiętrowy, z dwoma skrzydłami odchodzącymi od głównego wejścia. Był na pewno większy od Instytutu. W pojedynczych oknach świeciły się światła.

Wysiedli z samochodu i wyciągnęli bagaże. Gdy Remy kliknięciem zamknął drzwi auta, Rogue zaśmiała się.

- Boisz się, że ktoś ukradnie ten samochód? Spod domu gildii złodziei?

- Okazja czyni złodzieja, cherie – odparł, puszczając jej oko.

Gdy stanęli przed wysokimi, drewnianymi drzwiami, wymienili się spojrzeniami.

- Gotowa, cherie? – spytał Remy, trzymając dłoń na klamce.

- Absolutnie nie – odparła.

- No to wchodzimy – rzekł Remy, naciskając klamkę i przepuszczając ją przodem.

- No to wchodzimy – powtórzyła cicho Rogue, wchodząc do przestronnego holu. Za chwilę rozjaśnił się on światłem. Faktycznie, był duży. Naprzeciwko nich stały obszerne schody prowadzące na wyższe piętra, natomiast po bokach znajdowały się drzwi. Jedne były zamknięte, drugie natomiast prowadziły na korytarz. Po pozostawieniu bagaży w holu, Remy poprowadził ich właśnie w tamtym kierunku. Rogue była onieśmielona tym, jak bogato urządzony jest to dom – ciężkie, misternie zdobione meble zapewne były antykami, a na ścianach pełno było obrazów i luster w najwymyślniejszych oprawach i ramach.

- Tu jest więcej mahoniu niż w lasach deszczowych – wyszeptała, na co Remy się uśmiechnął.

- To smutne, ale zapewne prawdziwe – odpowiedział. Dotarli do pomieszczenia, w którym świeciło się światło. Remy wszedł pierwszy, za nim – wciąż rozglądając się – wkroczyła Rogue.

- Sądziłem, że już wszyscy śpią – powiedział Remy i uściskał niewysoką, pulchną Murzynkę.

- Czekałam na was – odparła kobieta, jakby to była zupełna oczywistość. – Mieliście przyjechać wcześniej. Coś się stało?

Remy wymienił spojrzenie z Rogue.

- Nie, nic się nie stało – zaprzeczył Remy, po czym przedstawił Rogue. – Tante, to jest moja przyszła żona, Rogue. Rogue, to jest Tante Mattie, najważniejsza kobieta w moim życiu zaraz po tobie.

Dopiero wtedy Tante spojrzała na nią. Przez mgnienie sekundy był to wzrok bardzo krytyczny i oceniający, który po chwili zmienił się w serdeczne i ciepłe spojrzenie.

- A więc to ty – powiedziała i sięgnęła po dłonie Rogue. Uniosła lekko brwi na widok rękawiczek, ale nie powiedziała nic. Rogue jednak była pewna, że wkrótce padnie o to pytanie. – Witaj w naszej rodzinie, dziecko.

- Miło mi panią poznać – odparła z czarującym uśmiechem. Zaczynała już wchodzenie w rolę uroczej, ale charakternej przyszłej pani LeBeau.

- Kazałam przygotować wam twój pokój – zwróciła się znowu do Remy'ego, na co Remy skinął głową z uśmiechem. I wtedy Rogue zmroziło.

- Będziemy spać w tym samym pokoju? – wymknęło się jej. Dopiero gdy pytanie wybrzmiało, pomyślała, że mogłaby jednak lepiej je sformułować – by nie brzmiała tak panikarsko. O ile Tante Mattie spojrzała na nią zaskoczona, tak Remy szczerzył się jak wilk patrzący na swoją ofiarę.

- Och, jesteśmy wierzący, ale nie naiwni, dziecko – odparła Tante z dobrotliwym uśmiechem. – Wolę, żebyście się zajęli sobą za zamkniętymi drzwiami wspólnego pokoju, niż gdybym miała słuchać po nocy, jak się do siebie wymykacie.

Rogue odwzajemniła uśmiech zesztywniałymi wargami, ale w głowie miała tylko jedną odpowiedź: o cholera, cholera, cholera.

Plany na kolejny rok? Na pewno nieprędko opuścimy Nowy Orlean i pewnie w 2020 wciąż będziemy w nim tkwić, biorąc pod uwagę tempo publikacji kolejnych części. A niestety z przyczyn osobistych to nie ulegnie poprawie, a przynajmniej nie w pierwszej połowie roku. Później zobaczymy - może drugie dziecko, które jest już w drodze, będzie bardziej wyrozumiałe dla mojego siedzenia w nocy i klikania w klawiaturę. Czas pokaże.
Tymczasem życzę Wam udanego wejścia w Nowy Rok - niech będzie lepszy od poprzedniego!