A/N:
NIKT SIĘ NIE SPODZIEWAŁ NOWEGO ROZDZIAŁU!
NIKT!
Aż nie wiem, od czego zacząć.
Przepraszam za tak długą przerwę - zeszły rok mnie przygniótł doszczętnie. Za mną generalny remont mieszkania, ślub z wieloletnim partnerem, narodziny drugiego dziecka i gorączka z tym związana. Niestety znowu nie udało mi się donosić ciąży i urodziłam wcześniaka mniej więcej dwa miesiące po wybuchu pandemii. Jeśli kojarzycie nagłaśniany w mediach wątek matek rozdzielanych ze swoimi dziećmi tuż po porodzie, to byłam jedną z takich osób.
2020 był cholernie trudnym rokiem i jestem zmęczona na samą myśl o nim.
A jak Wam minął ubiegły rok?
Pamiętacie, gdzie ostatnio zostawiliśmy Remy'ego i Rogue? Przyznam, że ja musiałam wrócić do swojego opowiadania i przypomnieć sobie szczegóły xD Najlepsze jest to, że pewnie wśród Was są osoby, które przeczytały to opowiadanie więcej razy niż ja xD
Ciężko było wrócić do pisania, początkowo szło jak po grudzie i pewnie też będzie widać słabsze momenty w bieżącym rozdziale, niemniej jednak mam nadzieję, że to będzie słodki powrót do naszych bohaterów i pozostawionych wątków.
Dobra wiadomość jest taka, że uwinęłam się z pisaniem w trzy miesiące, a przy narzuconym sobie rytmie zakładam, że kolejny rozdział wyląduje na przełomie lipca i sierpnia. Ale wiecie - na Waszym miejscu, patrząc na częstotliwość aktualizacji, podchodziłabym do takich wyznań nader sceptycznie xD
Dużo zdrowia Wam życzę!
Co poszło nie tak? Zadawała sobie to pytanie raz po raz, powstrzymując przy tym głośne westchnięcia i pełne dezaprobaty nad swoją głupotą cmoknięcia. Była przekonana, że nawet najmniejszy szmer – ot, choćby delikatne przesunięcie nogi po tej absurdalnie drogiej satynowej pościeli – obudzi tego szczura błotnego.
Co poszło nie tak? Jeszcze miesiąc temu miała ochotę wepchnąć jego głowę w muszlę sedesową i spuścić wodę, a dzisiaj spała w jego pokoju, w jego łóżku, w jego pościeli i słuchała jego miarowego, spokojnego oddechu, a tymczasem na jej palcu pysznił się diamentowy pierścionek, który miał być symbolem ich narzeczeństwa.
Co, cholera, poszło nie tak? Była pewna, że wszyscy w tej posiadłości są przekonani, że właśnie w tej chwili ona i on uprawiają szaleńczy seks, wykorzystując przy tym absolutnie każdą powierzchnię w tym niebotycznie wielkim apartamencie. Serio, ten pokój był wielkości salonu w Instytucie, a oprócz niego do dyspozycji na wyłączność mieli jeszcze łazienkę i gabinet. Kto normalny opuszczałby taką posiadłość, by mieszkać w barakach Magneto, a później w akademiku dla nastoletnich mutantów? No właśnie – nikt normalny.
Leżała na plecach, sztywna jak kłoda i z szeroko otwartymi oczami mogła przypominać nieboszczyka, zwłaszcza że obawiała się głośniej oddychać. Nigdy nie spała w jednym pokoju z mężczyzną. A już fakt, że tym mężczyzną jest sam Remy LeBeau onieśmielał ją do tego stopnia, że serce nieomal wyskakiwało jej z piersi przy każdym uderzeniu.
Trwała w takim stanie wiele minut, może nawet godzin. Chłonęła tę całą sytuację, ten dom, ten zapach, ten spokojny oddech obok. Oczywiście Remy chciał spać w tym samym łóżku, co i ona. Dla niej było to nie do przyjęcia.
- Cherie, musisz wczuć się w rolę mojej narzeczonej – powiedział, krzyżując ramiona na piersi. Zaledwie kilka minut wcześniej zamknęły się drzwi za Tante Mattie, a Rogue musiała pogodzić się z nieoczekiwanym obrotem spraw. – Musimy się razem przespać.
- To jest molestowanie seksualne – odparła z godnością, ale nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. Była pewna, że jej twarz jest w kolorze dojrzałej wiśni. Pluła sobie w brodę, że w czasie podróży do Nowego Orleanu nie napomknęli nawet słowem, w jakich przyjdzie im spędzić czas u jego rodziny. W najśmielszych snach nie wyobrażała sobie, że będą spali w jednym, tym samym pokoju. Z drugiej strony – czego innego się mogła spodziewać?
Jestem kompletną idiotką – pomyślała z goryczą, wznosząc oczy ku niebu.
- No i? – wzruszył ramionami Remy.
Rogue jedynie wywróciła oczami i dramatycznie westchnęła.
- Mam nadzieję, że specjalnie się ze mną droczysz – zaczęła nieco nerwowym tonem. Ubrania, które wypakowywała z walizki, rozsypały się tworząc szaroburą kupkę nieszczęścia. Westchnęła nieznacznie, mnąc w ustach przekleństwo. Była poirytowana, delikatnie mówiąc. – Bo jeśli mówisz serio, to by znaczyło, że twój iloraz inteligencji jest równy temperaturze w tym pokoju – zakończyła, podnosząc wreszcie na niego wzrok. Stał oparty o drzwi na taras i z nieodgadnionym wyrazem twarzy obserwował ją, odkąd tylko przekroczyli próg tego pokoju. Nie tknął nawet swoich bagaży, tylko na nią patrzył. Irytowało ją to coraz bardziej z każdą kolejną minutą. Z chwilą, kiedy Tante Mattie zamknęła za sobą drzwi i pozostawiła ich samych, atmosfera robiła się coraz gęstsza, cięższa i duszna, mimo że on nie mówił niemal nic.
Teraz też nie odpowiedział od razu. Miała wrażenie, że przez mgnienie sekundy na jego ustach pojawił się uśmiech, ale jak szybko się pojawił, tak jeszcze szybciej zniknął. Wrócił ten sam dziwny, niepokojący wyraz twarzy, który onieśmielał ją, irytował, ale również – co przyjęła z niepokojem – intrygował.
- Boisz się mnie, cherie? – zapytał zachrypniętym głosem, ruszając powolnym krokiem w jej kierunku. – Obawiasz się, że mógłbym coś ci zrobić? – Uniósł jedną brew i stanął tuż nad nią, nadal z założonymi na piersi rękoma. Wrzuciła ostatnią koszulkę do szuflady i podniosła się powoli z kolan, stając przed nim wyprostowana.
- Nie, palancie – syknęła. – Boję się, że to ja tobie mogłabym coś zrobić. – Widząc sugestywny uśmiech na jego twarzy, pokręciła głową z niedowierzaniem. – Myślałam, że mamy już za sobą etap przaśnych i słabych żarcików, ale widzę, że to jest wartość dodana do twojej osoby.
Przetarła twarz rękoma, wzdychając głośno. Była tak bardzo zmęczona, tak daleko od domu.
- No już, cherie, żartowałem – odparł Remy. Maska z jego twarzy opadła, przed Rogue stał stary, dobry Remy z tym swoim głupkowatym uśmiechem, w którym jednak było tyle ciepła, że jej serce się wręcz topiło. – Będę spał na sofie zaledwie dwa kroki od ciebie, więc jeśli zmienisz zdanie, będę mógł się błyskawicznie dostosować do nowej sytuacji.
- A jeśli zmienię zdanie i jednak zechcę wracać do Nowego Jorku? – spytała znienacka. Sama nie wiedziała, dlaczego o to spytała. Decyzję podjęła już dawno i nie miała zamiaru jej zmieniać.
Widziała to westchnięcie pełne rezygnacji na twarzy Remy'ego.
- Cherie, nikt cię nie zmusi do pozostania tutaj – odpowiedział. – Nie jesteś więźniem. Nie masz pojęcia, jak bardzo jestem ci wdzięczny, że przyjechałaś dla mnie do Nowego Orleanu – dodał, patrząc jej prosto w oczy.
Nie spodziewała się takiego aktu szczerości z jego strony. To niesamowite, jak w jednej chwili, jednym zaledwie zdaniem i jednym wyrazem twarzy, jest w stanie zmienić jej tor myślenia. Jeszcze przed chwilą miała ochotę go zadźgać za pomocą skuwki od długopisu, a teraz czuła się dumna i wyjątkowa, że to właśnie ją poprosił o pomoc. Przełknęła ślinę i przeniosła wzrok gdzieś w bok, byle tylko nie odwzajemniać spojrzenia.
Gdy spojrzała na niego ponownie, zaskoczyło ją, jak blisko niej stoi. Ten cajuński szczur przemyka się nieprawdopodobnie szybko i bezszelestnie. Tym razem utrzymała kontakt wzrokowy, walcząc jednocześnie z uczuciem gorąca, które napłynęło najpierw na jej twarz, a później zaczęło schodzić coraz niżej.
- Zostaniesz? – wyszeptał, unosząc palcami kosmyk jej białych włosów i z pieczołowitą troską przesunął go za ucho.
- Nie musimy udawać pary, gdy jesteśmy sami – zauważyła zachrypniętym głosem, dzielnie utrzymując ciężar jego spojrzenia.
- A udajemy? – spytał, uśmiechając się kącikiem ust.
Nie spodziewała się takiej kontry. Przez dłuższą chwilę patrzyła badawczo na jego twarz. Przygryzła wargę.
- Logan nie wypuściłby mnie z Instytutu do trzydziestki, gdyby nas teraz widział – odrzekła, starając się zabrzmieć nonszalancko, ale doskonale wiedziała, że Remy potraktuje jej odpowiedź jako tchórzliwy wybieg, byle tylko nie kontynuować wątku. – A twoje zwłoki rozwiesiłby ku przestrodze na wszystkich drzewach w Bayville – dodała z trochę zbyt dużym entuzjazmem, widząc jego niesłabnący uśmiech.
- Ciekawe, co musiałoby się wydarzyć, byś dostała szlaban do końca życia? – zapytał, unosząc sugestywnie brew. Miała wrażenie, że rozmowa z nim to spacer po polu minowym.
- Traktujesz to jak wyzwanie? – zapytała.
- Lubię wyzwania, Roguey – odparł, nie spuszczając z niej wzroku. Czuła, że rozmowa zmierza do finału. Tutaj nie mogła wymigać się sesją w Danger Roomie czy spotkaniem z profesorem. Tutaj żaden dzieciak nie wpadnie na nich, Kitty znienacka nie przefazuje przez ścianę, nikt ich nie zawoła na kolejną misję. Była pozbawiona wszelkich buforów bezpieczeństwa, które dawało jej mieszkanie w Instytucie. Ba, znajdowali się w domu Remy'ego. Nie miała absolutnie żadnej wymówki, by zmienić temat. Była świadoma, że on o tym doskonale wiedział. Patrzył na nią nieprzerwanie, nawet na sekundę nie spuszczając wzroku.
Czy była na to gotowa? Oczywiście, że nie. Kluczenie wokół tematu miało swój urok. Dopóki były niedopowiedzenie, czuła się bezpiecznie. Nie dotykali poważnych tematów, nie rozmawiali o przeszłości i przyszłości, kryli się za zasłoną z flirtu i przekornych zaczepek. Teraz rozumiała, dlaczego w czasie podróży do Nowego Orleanu praktycznie nie zaczynał tego tematu – tam miałaby kilka dróg ucieczki, ot choćby w postaci skupienia się na drodze czy udawania, że śpi. Tutaj była zagoniona w potrzask nawet w sensie dosłownym – Remy stał tak blisko niej, że czuła ciepło bijące od jego ciała.
- Remy… – zaczęła, zaskoczona przy tym, że jej głos przeszedł w szept. Nabrała powietrza w płuca, by zacząć wreszcie mówić, a nie kluczyć. W jego oczach widziała cień satysfakcji.
I wtedy zobaczyła snop światła na suficie, który szybko przeniósł się na przeciwległą ścianę, po czym zniknął.
- Co to było? – zapytała już normalnym tonem. Po jego minie widziała, że jest zirytowany tym, że znowu zmieniła temat. Ona sama odetchnęła z ulgą.
- Od kilku minut mamy czwarty października – odparł Remy, przelotnie patrząc na zegar wiszący na ścianie. – Nasi ludzie chcą przywitać kompana Belli, który dzisiaj ma jej złożyć wizytę – powiedział, po czym przetarł powieki. – Słuchaj, Rogue… – zaczął po chwili, podnosząc na nią wzrok. Widziała, że chce wrócić do przerwanego wątku, więc rozpaczliwie szukała punktu zaczepienia, byle tylko nie wracać do przerwanego wątku.
- Jakim cudem ledwie człapiący cień człowieka jest w stanie przedrzeć się przez wasze ogrodzenia? Jakim cudem ktokolwiek jest w stanie włamać się do posiadłości gildii złodziei? – zapytała. Po jego wyrazie twarzy widziała, że wygrała tę bitwę. Mimo że odsunął się od niej praktycznie niezauważalnie, poczuła się uwolniona z pułapki, w którą ją zagonił.
- Od strony bagien i rzeki nie mamy ogrodzenia – powiedział Remy, a jego ton głosu zdradzał, że zmęczenie walczy w nim z poirytowaniem. Rogue miała z tego powodu lekkie wyrzuty sumienia, ale nie dała tego po sobie poznać. – Jeśli ktoś teoretycznie mógłby się dostać tutaj rzeką, to musiałby przy tym pokonać rozległą siatkę bagien. Nikt normalny tego nie zrobi, bo to niemal pewna śmierć. Tylko że przyjaciele Belladonny ani nie są normalni, ani tym bardziej nie przejmują się śmiercią, bo już prawie nie żyją. Nie wiemy dokładnie, z której strony bagien przychodzą, bo nie mamy tam kamer, a wysyłanie patroli, by wypatrywali pojedynczego, niegroźnego zombie jest trochę mało ekonomiczne – wyjaśnił Remy.
- Mogłabym się tam rozejrzeć? Za dnia oczywiście i najlepiej już po schwytaniu tego „niegroźnego" zombie? – zapytała Rogue.
- Myślałem, że najpierw oprowadzę cię po Bourbon Street, a nie po opuszczonych bagnach – wzruszył ramionami Remy. – Cóż, przynajmniej zapach będzie taki sam tu i tu – dodał.
Rogue uśmiechnęła się nieznacznie, po czym wpadła na pewien pomysł.
- A co się stanie z tym zombie? Ginie na miejscu, czy gdzieś go zamykacie? – zapytała, marszcząc przy tym brwi i układając w głowie plan.
- Chcesz go żywego? – spytał po chwili i po raz pierwszy zainteresował się tą zmianą tematu.
- Mogłabym wysłać próbki do doktora McCoya. No wiesz, krew, jeśli jeszcze ją ma – uniosła sceptycznie brwi – kawałki tkanek, włosy, paznokcie.
- To brzmi obrzydliwie – odpowiedział Remy, nie mogąc powstrzymać grymasu na twarzy. Do tej pory pamiętał, jak śmierdział jeden z tych żywych trupów. – Ale to można pobrać też na martwym zombie. Po co ci żywy, Roguey? – zapytał, wyraźnie zaintrygowany.
Rogue przeniosła spojrzenie na swoje dłonie.
- Skoro to coś i tak technicznie rzecz biorąc jest martwe… – urwała wpół zdania, zerkając na Remy, by sprawdzić, czy rozumie jej tok myślenia.
Rozumiał. I nie był do tego, delikatnie mówiąc, entuzjastycznie nastawiony.
Obudziła się, gdy słońce zdążyło już zalać cały pokój ostrym, jasnym światłem. Ziewnęła leniwie i przetoczyła się na brzuch, zamykając przy tym oczy na jeszcze kilka chwil. Śliska, satynowa pościel była przyjemnie chłodna i gładka.
Spała fantastycznie. Nie pamiętała żadnych snów, co zawsze było dobrym znakiem. Uśmiechnęła się do siebie na myśl o tym, że nie musiała przy Remym brać tabletek od profesora. Nie chciała mu o nich mówić, a przynajmniej jeszcze nie teraz.
Otworzyła wreszcie oczy i sięgnęła po telefon. Było już grubo po dziesiątej. Uśmiechnęła się szeroko. W Bayville byłaby już po sesji w Danger Roomie, śniadaniu i treningu młodszej grupy.
Wtedy przypomniała sobie, gdzie była i z kim. Rozejrzała się po pokoju i z zaskoczeniem zauważyła, że Remy'ego tutaj nie było. Na sofie, na której spał, nie było też już śladu po kocu i poduszce. Zerknęła na łazienkę – drzwi były uchylone, ale pomieszczenie było puste.
Ziewnęła raz jeszcze, po czym wstała z łóżka i narzuciła na siebie bluzę. Mimo że jedyną osobą, którą może spotkać w tym pokoju, był Remy, to jednak przyzwyczajenie było silniejsze. Najbezpieczniej czuła się w długich, zabudowanych ubraniach.
Zanim poszła do łazienki, rozejrzała się jeszcze po pokoju. To dziwne, ale bardziej przypominał pokój hotelowy, niż osobistą sypialnię kogoś, kto mieszkał tu wiele lat. Na ścianach wisiały proste, generyczne wręcz pejzaże, na półkach nie było żadnych osobistych pamiątek ani zdjęć. Zerknęła do gabinetu – poza zamkniętym laptopem na biurku leżała tylko książka – przewodnik jubilerski po kamieniach szlachetnych. Podeszła do niej i otworzyła tam, gdzie była zakładka. Jej oczom ukazało się kilka zdjęć krwistoczerwonych klejnotów – rubinów wraz z dokładnym opisem. Zapewne ta wiedza była niezbędna w zawodzie Remy'ego i jego rodziny – pomyślała Rogue, marszcząc brwi i zamknęła książkę.
Kilka minut później była już pod prysznicem. Stała w bezruchu, pozwalając, by gorąca woda spływała po jej włosach i twarzy. Czuła się przytłoczona tym miejscem i tą całą sytuacją, w którą się wpakowała. Przerastało ją to, że będzie musiała rozegrać wielkie przedstawienie przed rodziną Remy'ego. Jeszcze wczoraj wydawało się to nie mniej trudne od typowej misji X-Menów, teraz jednak, gdy w niedalekiej perspektywie czekało ją zejście na dół i odgrywanie narzeczonej Gambita, wolałaby iść jeden na jednego z Sabretoothem. Jak mogła udawać głęboką, intymną relację, skoro sama nie doznała nawet namiastki takowej? Remy zapewniał ją, że wystarczy, że będzie sobą. Tylko że Remy nie wiedział, jak bardzo się zmieniła od ich ostatniego spotkania.
Gdy wyszła spod prysznica, cała łazienka była już zaparowana. Dopiero teraz Rogue się zorientowała, że nie wzięła ze sobą bielizny i czystych ubrań. Owinęła się ręcznikiem i wróciła do pokoju. Zatrzymała się wpół kroku, gdy zobaczyła, że Remy już wrócił i właśnie patrzył na nią z uniesioną brwią. Próbując zachować godność, wyprostowała się i mocniej naciągnęła ręcznik.
- Cześć – powiedziała jak gdyby nigdy nic i pomachała niezręcznie dłonią.
Brew Remy'ego dojechała niemal do linii włosów.
- Cherie?
- Zapomniałam wziąć – wyjaśniła, sięgając na oślep do szuflady, w której znajdowały się jej rzeczy. Zagarnęła bieliznę i przypadkowe ubranie, które było najbardziej na wierzchu. Niezdarnie zasunęła szufladę i ruszyła z powrotem do łazienki. Kątem oka dostrzegła poważną, niemal gniewną minę Remy'ego. Nie wiedziała, w czym rzecz, ale to też nie była odpowiednia chwila, by o to zapytać. Gdy wypadły jej z dłoni majtki – oczywiście, że to musiały być majtki! – zaklęła cicho pod nosem, nie patrząc nawet w jego kierunku. Gdy tylko znalazła się w łazience, z ulgą zamknęła za sobą drzwi i wypuściła z płuc powietrze.
Fantastycznie idzie jej udawanie narzeczonej Remy'ego.
Gdy kilka minut później wyszła z łazienki, Remy siedział przy stoliku i wpatrując się w laptopa jadł tosta. Przeniósł na nią spojrzenie i na jego twarzy pojawił się zapraszający, ciepły uśmiech. Rogue przełknęła ślinę na ten widok. To było takie… niepodobne do niego. Ważne jednak, że po groźnej minie sprzed kilka chwil nie było już śladu. Miała już o to zapytać, kiedy rozległ się dźwięk jej telefonu. Zaskoczona, podeszła do łóżka, gdzie zostawiła komórkę.
- Tak, doktorze? – odebrała. Widząc zaniepokojoną twarz Remy'ego, bezgłośnie wypowiedziała nazwisko Hanka McCoya. – Zaraz zapytam. – Rogue przysłoniła mikrofon telefonu. – Zombie się pojawiło?
Remy pokręcił przecząco głową.
- Nie, doktorze, jeszcze nikt się nie pojawił – powiedziała do telefonu. Przez dłuższą chwilę milczała, słuchając wypowiedzi McCoya, od czasu do czasu podnosząc spojrzenie na Gambita. Obserwował ją bacznie, nawet na chwilę nie wracając do monitora komputera. – Macie tutaj laboratorium? – zapytała Rogue, oddalając od siebie telefon. Remy przytaknął. – Tak, doktorze. Prześlij dokładne wytyczne, a pobierzemy próbki, jak tylko się pojawi – powiedziała już do telefonu. Bez słowa, wciąż słuchając Hanka, podeszła do swojej torby podróżnej, z której wyciągnęła swoją saszetkę od uniformu X-Menów. Chwilę w niej szperała, aż wreszcie znalazła to, czego szukała: czarna, cienka, gumowa bransoletka, którą ponad rok temu otrzymali wszyscy mieszkańcy Instytutu. Nacisnęła niewielki przycisk ledwie odznaczający się na opasce. – Już – powiedziała do telefonu. Chwilę później pożegnała się z McCoyem i odłożyła telefon.
- Czy właśnie wszyscy telepaci obsługujący Cerebro dowiedzieli się, gdzie znajduje się główna kwatera Gildii Złodziei? – zapytał neutralnie Remy, popijając kawę. Mimo że w jego tonie nie było zarzutu, Rogue przygryzła wargę.
- No i? – Rogue wzruszyła ramionami. – Boisz się, że was okradną? – Widząc, że Remy'ego nie rozbawił ten przedni żart, westchnęła i usiadła na fotelu tuż obok kanapy, na której był Remy. – Dopóki nie nadam drugiego sygnału, nikt z Instytutu się tu nie pojawi. Logan ma zakaz ruszania na Południe, dopóki nie wrócę – dodała szybko, unosząc kącik ust. – Ten sygnał był po to, by Jean mogła monitorować, czy na terenie waszej posiadłości nie pojawia się żaden mutant, który może podrzucać wam zombiaka do ogródka. W jakiś sposób muszą się tutaj dostawać, a nie chce mi się chodzić po waszych bagnach, by szukać magicznego przejścia.
- Dobrze spałaś? – spytał nieoczekiwanie Remy, zupełnie ignorując wyczerpujące tłumaczenia Rogue.
- Tak, czemu pytasz? – odparła, wgryzając się w chrupkie panini.
Remy nie odpowiedział, tylko znowu się uśmiechnął tym swoim ciepłym i zupełnie-nie-podobnym-do-niego uśmiechem. Przeniósł spojrzenie z powrotem na monitor i popijając kawę, scrollował jakąś stronę internetową.
- Sprawy służbowe? – zapytała Rogue, wskazując na laptopa. – Szukasz jakiegoś miejsca do obrobienia?
- My nie działamy w ten sposób – odparł Remy, a na jego twarzy pojawił się rozbawiony uśmiech. – Wiesz, że po ślubie będziesz musiała wejść w ten interes? – spytał, przenosząc na nią spojrzenie. Rogue prychnęła.
- Pamiętasz o tym, że my tylko udajemy zaręczonych? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Ja o tym wiem, ale Jean Luc i reszta rodziny nie – odparł Remy. – Nie zdziwię się, jeśli przy obiedzie będą chcieli przeprowadzić z tobą rozmowę kwalifikacyjną – dodał tylko trochę żartobliwym tonem. Rogue przełknęła kanapkę, patrząc z zaniepokojeniem na Remy'ego.
- Mogą mnie nie przyjąć na stanowisko? – zapytała, unosząc brew.
- Raczej będą mnie pchać dalej w ręce Belli, która z jakiegoś powodu jest dla nich doskonałą kandydatką – odpowiedział Remy. – Zakładając, że moja rodzina spiskuje z Bellą, to dopóki będzie istniał cień szansy, że się z nią ożenię, nie puszczą pary z ust. Ale – Remy pochylił się ku Rogue – jeśli ich do siebie przekonasz i zaczną widzieć w tobie lepszą kandydatkę, ktoś wreszcie się wyłamie. Współpraca z Asasynką jest dla nich ostatecznością, natomiast doskonały materiał na złodziejkę i przy tym prawdziwa miłość słynnego Księcia Złodziei byłaby ukoronowaniem marzeń Jean Luca, który chce, by Gildia przetrwała i rosła w siłę.
- Naprawdę mówisz o sobie „Książę Złodziei"? – zapytała Rogue, powstrzymując się od śmiechu. – Bardzo takie, wiesz, skromne – dodała.
- Skromność akurat jest na samym końcu listy moich zalet, cherie – odparł Remy. – Czego dokładnie chce McCoy?
Rogue sięgnęła po telefon.
- O, już wysłał maila – wymamrotała, wczytując się w wiadomość od doktora. Pokazała ekran telefonu Remy'emu. Ten zmarszczył brwi.
- Niewiele z tego rozumiem – przyznał wprost. – Pokażę to później ludziom z naszego labu. Przy czym my już wcześniej badaliśmy tych ludzi i nic niepokojącego nie znaleźliśmy poza oczywistym odwodnieniem, wygłodzeniem i ogromnymi niedoborami. Czego szuka McCoy?
- Prawdę mówiąc sama nie wiem, ale musimy znaleźć jakiś trop – Rogue wzruszyła ramionami.
- Bien – przytaknął Remy, po czym raz jeszcze spojrzał w monitor i po chwili zamknął laptopa. – Czeka nas dzisiaj wspólny obiad z moją rodziną oraz Bellą – powiedział poważnym tonem, przenosząc spojrzenie na Rogue.
- Oraz atak zombie – dodała Rogue, popijając kawę.
- Oui, ale przyjemności zostawmy na potem – odparł. – Musisz być przygotowana na ostrzał ze wszystkich stron, pułapki i grę na wielu frontach.
- Mówimy o obiedzie czy o ataku zombie? – zapytała Rogue, marszcząc czoło.
- Oczywiście, że o obiedzie – odparł Remy, jakby to była oczywistość. – Omówmy jeszcze raz wszystkie szczegóły naszego burzliwego romansu.
Rogue jęknęła. Wolałaby zombie.
- A więc to ty jesteś tą iksmenką, przez którą Remy nie chciał wracać do Nowego Orleanu? – Henri zapytał z uśmiechem, jednak nie przykrył nim oskarżycielskiego tonu.
- Ale w końcu wrócił – wtrąciła Belladonna. – Dla mnie – dodała, spuszczając skromnie oczy i z elegancją zaczęła kroić wołowinę. Rogue poznała Bellę jakieś trzy minuty temu i już miała ochotę wepchnąć jej widelec między oczy. Powoli przeżuła swój kawałek grillowanego mięsa, upiła łyk czerwonego wina, po czym uśmiechnęła się w najbardziej uroczy sposób na świecie.
- A potem wrócił. Po mnie – odparła, po czym przeniosła spojrzenie z Belladonny na Henriego, wyraźnie rozbawionego reakcją Belli, która skupiła się na swoich pieczonych ziemniakach. – To prawda, to ja jestem tą iksmenką – przytaknęła.
- My się już chyba poznaliśmy, nieprawdaż? – zapytał Jean Luc. W przeciwieństwie do innych nie jadł obiadu. Pełen jedzenia talerz stał przed nim nietknięty, a on sam wolał powoli sączyć wino. Rogue pamiętała go jako dobrze wyglądającego mężczyznę w średnim wieku, teraz jednak miała przed sobą wychudzoną twarz, głęboko zapadnięte oczy i przerzedzone włosy. Tylko spojrzenie pozostało takie samo: przenikliwe, chytre i złowrogie.
- Tak, mieliśmy tę przyjemność – odpowiedziała Rogue.
- Zawdzięczam ci życie, czyż nie? – kontynuował. – Nie miałem okazji ci podziękować. Masz moją dozgonną wdzięczność, Rogue – powiedział, po czym skinął głową.
- Zrobiłam to dla Remy'ego, to jemu powinien pan być wdzięczny – odparła Rogue, zerkając w stronę Gambita.
- Jestem – potwierdził Jean Luc, nie spuszczając z niej wzroku. Rogue nie wiedziała, do czego zmierza ojciec Remy'ego, miała jednak świadomość, że każda jej odpowiedź jest analizowana i poddawana ocenie. Czuła się jak na pieprzonym castingu.
- To jak doszło do zaręczyn? Jestem ciekawa, czy Remy wymyślił coś lepszego niż za pierwszym razem. – spytała Belladonna pozornie lekkim tonem, ale zmrużone oczy sprawiały, że wyglądała jak żmija gotowa do ataku.
Rogue spojrzała na Remy'ego, który z jakiegoś powodu unikał jej wzroku. Nie odezwał się pierwszy, więc oderwała od niego spojrzenie i przeniosła je na Bellę.
- Zaczęło się jak zwykła randka. Później spacerowaliśmy, jakoś podświadomie wybierając miejsca, które miały znaczenie w naszym dość krótkim związku i jakoś tak pod domem Remy nagle uklęknął…
- Nudy. – Bella brutalnie przerwała odpowiedź Rogue. – Nasze zaręczyny były w obecności obu familii, z kwartetem smyczkowym i cudowną lodową rzeźbą w ogrodzie przedstawiającą nimfę wodną. Wy pewnie nie mieliście żadnej lodowej rzeźby, kochanie? – zapytała słodziutkim tonem. Rogue spojrzała na nią jak na idiotkę. Gdyby zaręczyny faktycznie odbyłyby się zimą pod drzwiami Instytutu, w ogrodzie rzeczywiście stałyby lodowe rzeźby – stworzone ręką Bobby'ego, ale bynajmniej nie przypominające nimf wodnych. Och, zdecydowanie nie. Uśmiechnęła się do siebie na tę myśl. Jakby nie patrzeć – wyjątkowa sceneria.
- Nie mieliśmy lodowej nimfy wodnej – przytaknęła Rogue. – Kwartetu smyczkowego też nie. Byliśmy tylko my dwoje i uważam, że to było cudowne – dokończyła, wkładając do ust kawałek wołowiny. Czuła na sobie wzrok Remy'ego, ale zignorowała go kompletnie. Zostawił ją samą z tym tematem, więc niech teraz nie patrzy na nią tym swoim – była pewna – maślanym wzrokiem.
- No cóż, szkoda, że nic z tego nie wyszło, bo ślub pewnie byłby wyjątkowym wydarzeniem – kontynuowała niezrażonym tonem Belladonna. – Ty zapewne nie masz nikogo, kto by chciał zabić Remy'ego, więc wasz ślub pewnie dojdzie do skutku.
Rogue włożyła bardzo wiele siły w to, by nie wybuchnąć śmiechem.
- Masz rację, Bello – wtrącił się Henri. – Wsparcie i akceptacja rodziny są bardzo ważne na drodze do udanego małżeństwa.
Rogue była świadoma, że to była zawoalowana wiadomość do Remy'ego, jednak w głowie cały czas miała obraz furii Logana, który powtarzał raz za razem, jak to „wytarga za kłaki tego cajuńskiego śmiecia, jeśli tylko się do niej znowu zbliży". Bardzo powoli przełknęła jedzenie, skupiając się na każdym ruchu żuchwy i spokojnym oddechu. Walczyła ze sobą naprawdę resztką sił.
- Zresztą, nawet jeśli byś kogoś takiego miała, to pewnie i tak nie dałby sobie rady w starciu z Remym – Belladonna posłała do Gambita pełne uwielbienia spojrzenie. Remy przeniósł spojrzenie na swój talerz i tylko odchrząknął. Rogue poczuła jego mocny uścisk na swoim udzie. Stara, dobra Rogue zapewne by się roześmiała z całych sił, deprecjonując przy tym zdolności Gambita, a tym samym upokarzając go w oczach głowy rodziny. Jednak Rogue-narzeczona Gambita nie mogła tego zrobić. Musiała stanąć lojalnie za nim.
Westchnęła głęboko, przeganiając tym samym skradający się wybuch śmiechu.
- Moja rodzina w pełni akceptuje moje wybory – powiedziała wreszcie poważnym tonem. – Mam ich pełną aprobatę i wsparcie. – Już pod koniec wypowiedzi głos lekko jej zadrżał, ale dzielnie to przetrwała.
- To chyba dzięki ich pomocy udało nam się ujść z życiem? – wtrącił niespodziewanie Jean Luc. – Wtedy, gdy się poznaliśmy?
- Tak, to była moja rodzina – przytaknęła Rogue. Po wyrazie twarzy Jean Luca widziała, że to była bardzo dobra odpowiedź. Udowodniła, że faktycznie może liczyć na bliskich, a na dodatek jej rodzina była potężną grupą mutantów, którzy w razie problemów jednego z nich, niezwłocznie przyspieszą z pomocą. Och, jakaż to strategicznie ważna wiadomość!
Uścisk na udzie zelżał, ale dłoń Remy'ego nadal leżała na jej nodze.
- Bella, może już skończymy temat zakończonych epizodów z mojego życia, bien? – odezwał się wreszcie.
Teraz mi przychodzisz na ratunek? Teraz? – pomyślała zirytowana Rogue.
Ręka zaczęła delikatnie masować jej udo.
- Nigdy oficjalnie nie zerwaliśmy – odparła Bella po chwili. – Więc to nie jest tak do końca zakończony…
- W chwili, kiedy twój ojciec stwierdził, że mam zejść mu z oczu, bo inaczej zabije mnie gołymi rękoma, wtedy doszedłem do wniosku, że to jednak koniec – przerwał jej lodowatym tonem Remy.
- Papa ma tendencję do przesadzania… – próbowała tłumaczyć Bella pomiędzy kolejnymi kęsami.
- Celował we mnie bronią – znowu przerwał jej Remy. Rogue czuła, jak jego dłoń mocno zaciska się na jej udzie. Zaczęło to być nieprzyjemne.
- A to nie był sztylet jednak? – Znienacka wtrącił się Henri.
- Nie, nie, Remy dobrze mówi, to był chyba Glock – odezwała się Mercy, która do tej pory jedynie przysłuchiwała się rozmowie.
- A nie Beretta? Marius ma dłonie jak łopaty, Glock byłby dla niego za mały – zauważył Theoren.
- Jest model Glocka, który ma nieco szerszy uchwyt – odpowiedziała Mercy. – Moim zdaniem to był Glock.
- Noooo nieeee wieeeeem… – Theoren wydawał się być sceptyczny.
Rozmowa trwała jeszcze dłuższą chwilą, dłoń Remy'ego powoli zwalniała uścisk, a Rogue przysłuchiwała się wymianie zdań z rosnącym zaskoczeniem. Wyglądało na to, że rozmowy z Instytutu wcale nie były aż tak pokręcone.
- Czy ustaliliście już, czym grożono mi śmiercią? – Remy zwrócił się do rozmawiających z uprzejmym zapytaniem.
- Prawdę mówiąc też byłam pewna, że to był sztylet – Bella kompletnie go zignorowała. – Ale wiecie, byłam wtedy w sukni ślubnej, mój brat umierał na moich oczach dźgnięty przez mojego niedoszłego męża… – Mówiła o tym tak lekkim tonem, jakby wspominała piknik sprzed kilku lat.
- Jeszcze ziemniaczków? – Tante Mattie zwróciła się bezpośrednio do Rogue.
- Dziękuję, już chyba nie dam rady więcej zjeść – odpowiedziała z uśmiechem.
- Jesteś taka chudziutka, ale nie martw się, jak już zamieszkacie tu na stałe, to na pewno nabierzesz ciałka – Tante zaśmiała się, po czym dołożyła sobie jeszcze kilka talarków ziemniaczanych. – Myśleliście już nad datą i miejscem ślubu?
- Na razie jeszcze- – zaczęła Rogue, ale Remy wszedł jej w słowo.
- Oczywiście ślub odbędzie się w naszej katedrze, a co do daty zastanawiamy się nad czerwcem.
Nagle przy stole zapanowała cisza.
- Z rąk samego biskupa? – Tante uniosła pytająco brew.
- Bien sûr – odparł Remy takim tonem, jakby to była oczywistość.
- A później oczywiście ceremonia w gildii? – nieoczekiwanie zapytał Jean Luc, do tej pory milczący.
- Oui – przytaknął Remy po chwili. Na twarzy Jean Luca pojawił się niemal niezauważalny uśmiech. Rogue zerknęła na Belladonnę. Zrobiła się wyraźnie blada, a później jej spojrzenie stało się szkliste i puste jak u trupa. Rogue drgnęła zszokowana i omiotła spojrzeniem pozostałych. Albo nikt niczego nie zauważył, albo wszyscy to zignorowali. Remy wciąż rozmawiał z Jean Lukiem o szczegółach ceremonii, więc Rogue pochyliła się do siedzącej naprzeciwko niej Mercy.
- Czy ona…? – Wskazała na Belladonnę. Mercy podążyła wzrokiem i uśmiechnęła się, jakby to była błahostka.
- Ona tak czasem ma – wytłumaczyła z pełnymi ustami. Widząc jednak, że nie jest to wystarczające dla Rogue, popiła jedzenie winem. – To się jakoś nazywa, ale nie pamiętam nazwy. Ona tak jakby skacze do innej rzeczywistości, tak? – zaczęła wyjaśniać, zerkając na Henriego, by się przyłączył do rozmowy. Ten jednak przysłuchiwał się Jean Lucowi i Remy'emu. – To nic groźnego, wróci, kiedy będzie chciała. Pewnie wskoczyła tam, by się wykrzyczeć, kopnąć jakieś Bogu ducha winne przedmioty, może rozszarpać jakieś stwory z tamtej rzeczywistości. Wiesz, taki odpowiednik odreagowywania, nie? My tu możemy odreagować pisząc w pamiętniku albo nie wiem, pójść przekopać ogródek, a ona sobie tam skacze i robi to samo, a tutaj jest przynajmniej cicho. Same plusy, nie? – Sposób mówienia Mercy, jej ton, gestykulacja i mimika przypominały Rogue inną osobę, która również uwielbiała mówić. Nawet były podobne do siebie: podobnie jak Kitty, Mercy była drobna i raczej niewysoka, a swoje długie jasne włosy czesała w wysoki kucyk.
- A czemu miałaby odreagowywać? – zapytała Rogue. Mercy uśmiechnęła się szeroko.
- Bo do wczoraj była pewna, że nie istniejesz – odpowiedziała zaśmiewając się perliście. – Ona ciągle ma nadzieję na to, że Remy do niej wróci. A przed chwilą się dowiedziała, że ten sam ksiądz, który miał udzielać jej ślubu, będzie udzielał go wam – dodała, ledwie powstrzymując wybuch śmiechu. Rogue nie wiedziała, co myśleć o tej wylewności. Albo Mercy nie przepadała za Belladonną, albo Mercy próbowała zaskarbić sobie zaufanie Rogue, albo po prostu była zadowolona z faktu, że to jednak Remy, a nie jej mąż, obejmie przywództwo gildii. Jak tu nie lubić przyszłej bratowej?
- Och – odparła jedynie.
- Masz już wybraną suknię? – zapytała po chwili Mercy, zmieniając temat. Kiedy Rogue zaprzeczyła, zmarszczyła brwi. – Macie bardzo mało czasu – zauważyła, po czym zwróciła się do Tante Mattie. – Rogue jeszcze nie ma sukni ślubnej!
Tante spojrzała na Rogue z taką miną, jakby właśnie wparowała jej do salonu z psią kupą na bucie.
- Mamy piękną francuską koronkę, która nadawałaby się na welon – zamyśliła się Mattie. – Ale i tak trzeba będzie sprowadzić tu Pierre'a, by zebrał miarę i uszył coś spektakularnego na wasz ślub.
W tym samym momencie wzrok Belladonny zrobił się normalny, ale gdy tylko usłyszała ostatnie zdanie Tante Mattie, znowu stał się pusty. Rogue obserwowała to z zaniepokojeniem, co było dziwne, bo przecież w Instytucie działy się o wiele bardziej osobliwe rzeczy.
- A gdzie Remy zabrał cię na pierwszą randkę? – zapytała znienacka Mercy. Rogue zupełnie nie spodziewała się takiego pytania w tej chwili. Zerknęła na Remy'ego, jakby szukając pomocy, ale on dalej rozmawiał z Jean Lukiem na temat jakichś manifestów i deklaracji. Przeniosła spojrzenie na Mercy, która ciągle oczekiwała odpowiedzi.
- Zaprosił mnie do swojego mieszkania w centrum miasta – powiedziała cicho. Dopiero gdy wypowiedziała to zdanie, zdała sobie sprawę, jak słabo to brzmiało. – W Instytucie jest pełno dzieciaków, a chcieliśmy spokojnie porozmawiać, więc—
- Więc poszliście do jego mieszkania, jasne – przytaknęła Mercy uśmiechając się pod nosem. – Ten cały Instytut jest w Nowym Jorku, prawda? – dopytała.
- W pobliżu – odpowiedziała Rogue, ostrożnie cedząc każde słowo.
- Zjedliście chociaż jakąś romantyczną kolację? – kontynuowała przesłuchanie Mercy. Rogue miała ochotę wbić Remy'emu swój widelec prosto w czoło. Jasne, nie będą pytać o to, co jedliśmy na pierwszej randce, psia mać. Ze złością zdjęła jego dłoń wciąż spoczywającą na jej udzie, co nie uszło jego uwadze.
- Sam gotowałem, więc oczywiście, że była romantyczna kolacja – nieoczekiwanie do rozmowy włączył się Remy, a Rogue poczuła niewymowną ulgę z tego powodu. Chyba po raz pierwszy w życiu.
- Garnek gumbo nie jest szczytem romantyzmu – zaśmiała się Mercy. – Zwłaszcza z taką ilością czosnku, jaką zazwyczaj dodajesz. Dodał dużo czosnku, prawda? – zwróciła się bezpośrednio do Rogue.
- Nie jedliśmy gumbo – odparł Remy, nim Rogue w ogóle zdążyła sobie przypomnieć, czy do gumbo dodaje się czosnek. Niewątpliwie była sprawdzana przez Mercy. – Jedliśmy mrożoną pizzę, piliśmy wino, a potem uprawialiśmy seks przez całą noc – dodał na jednym wydechu, po czym wsadził sobie do ust ostatni kąsek ze swojego talerza i przeżuwając go, patrzył swojej bratowej prosto w oczy. Mercy patrzyła na niego przenikliwie. Rogue miała ochotę zapaść się pod ziemię.
Ręka Remy'ego wróciła na jej udo. Zerknęła na nią dyskretnie, po czym przeniosła spojrzenie na Gambita. Siedział wpatrzony w Mercy, ale kącik ust nieznacznie mu zadrgał.
Co za oślizgły typ – pomyślała Rogue, ale nie ściągnęła z siebie jego ręki, bo zapewne statystyczna narzeczona na jej miejscu by tego nie zrobiła.
- Nie muszę znać aż tylu szczegółów – powiedziała z przekąsem Mercy.
- Nie? Odniosłem inne wrażenie – odparł Remy. Jego ton wciąż był lekki, nieco żartobliwy, ale Rogue wyraźnie wyczuła w nim bardzo nieprzyjemne nuty. Zerkała to na Mercy, to na Remy'ego, powoli przeżuwając ostatnie kęsy posiłku. Marzyła o tym, żeby wpadł tu ten nieszczęsny zombiak i zakończył tę wymianę zdań.
Niespodziewanie wróciła Belladonna.
Rogue wolałaby jednak zombiaka.
- A gdzie twój pierścionek zaręczynowy? – zapytała, wpatrując się w zaskoczoną tym pytaniem Rogue. Ta przeniosła spojrzenie na swoje dłonie – zakryte rękawiczkami – po czym wyciągnęła zza swetra łańcuszek, na którym kołysał się srebrny wisiorek w kształcie litery „x" oraz złoty pierścionek z ogromnym szmaragdem otoczonym rządkiem diamentów. Przez chwilę wpatrywała się w niego, po czym pochyliła się tak, by wszyscy mogli obejrzeć delikatny, jubilerski majstersztyk.
- Koronkowa robota – ocenił Henri, przyglądając się pierścionkowi. – Szmaragd z Coscuez czy Chivor? – skierował pytanie do Remy'ego.
- Z tego, co wiem, z Chivor – odparł Remy.
- Ciekawe. Nie słyszałem o żadnej kradzieży w ostatnim czasie, a o kradzieży takiego klejnotu na pewno bym usłyszał – Henri przeniósł spojrzenie z kamienia na Remy'ego.
- Nie słyszałeś, bo go nie ukradłem. Kupiłem go. – Głos Remy'ego był cichy, jakby wstydził się przyznać przed rodziną, że pozyskał coś cennego w sposób zupełnie legalny.
- A kiedy się zaręczyliście tak swoją drogą? – Jean Luc skierował pytanie do Rogue.
- W styczniu tego roku – odparła, chowając łańcuszek z powrotem za sweter, kątem oka spostrzegając zmarszczone czoło Gambita.
Henri wymienił się spojrzeniami z Jean Lukiem, ale żaden z nich nic nie powiedział. Dla Rogue ich reakcja była zastanawiająca. Z krótkiej rozmowy wynikało, że członkowie gildii byli mocno zorientowani w klejnotach występujących na rynku. Zapewne gdyby użyli swoich znajomości, mogliby się dowiedzieć, kiedy ten pierścionek został kupiony. Jeśli Remy kupił go później, na przykład kilka dni temu, intryga mogłaby się bardzo łatwo wysypać. Sądząc po wyrazie jego twarzy, mogło być coś na rzeczy.
- Nie wiem, jak w Nowym Jorku, ale tu, na południu, pierścionki nosimy na palcach – stwierdziła Belladonna.
- Interesująca ciekawostka – odpowiedziała uprzejmie Rogue, nie podejmując tematu.
Zbliżamy się na minę – pomyślała. Jakimś cudem zapomnieli z Remym przedyskutować wspólnej wersji co do jej mutacji. Oczywiście doszli do wniosku, że nie mogą od razu wyłożyć wszystkich kart i zdradzić się z tym, jak działa moc Rogue, ale nie ustalili, jaka jest oficjalna wersja, dla której Rogue nosi ciągle rękawiczki.
Może nie zapytają? – pomyślała z nadzieją, gdy cisza po jej odpowiedzi zaczęła się przedłużać.
- To o co chodzi z tymi rękawiczkami? – spytała prosto z mostu Mercy.
- Słaba kondycja skóry.
- Taka stylówka.
Rogue i Remy odparli unisono, po czym spojrzeli na siebie z zakłopotaniem. Remy niemal niezauważalnie skinął głową. Rogue ostrożnie podjęła temat.
- Kilka tygodni temu byłam na misji wspólnie z resztą X-Menów. W czasie walki zostałam napromieniowana jakimś świństwem. Co prawda nic mi się szczególnego nie stało, bo bardzo ciężko mnie zranić, ale od tego czasu moja skóra jest bardzo wrażliwa na dotyk czy nawet promienie słoneczne. Profesor Xavier uważa, że to jedynie tymczasowa przypadłość – wyjaśniła Rogue, starając się nie patrzeć nikomu w oczy dłużej niż kilka sekund, ale i tak miała wrażenie, że jej kłamstwo łatwo było przejrzeć.
- Do wesela się zagoi – zaśmiała się Tante Mattie, na co reszta zgromadzonych również się uprzejmie roześmiała.
- Wspomniałaś, że bardzo ciężko cię zranić – zaczął Jean Luc. – To jest twoja mutacja? – spytał, delikatnie kręcąc swoim kieliszkiem z winem.
- Między innymi – odpowiedziała Rogue, zerkając przelotnie na Remy'ego. – Jestem całkowicie odporna na ataki fizyczne i jednocześnie jestem ponadludzko silna – powiedziała. Jean Lucowi nawet nie zadrgała powieka. – Ach, no i umiem latać – dopowiedziała niby od niechcenia, upijając łyk wina. Jean Luc również napił się ze swojego kieliszka, nie spuszczając z niej oczu. Zapewne kalkulował, co mu się bardziej opłaca: pociski kinetyczne Belladonny, czy może one-army-men w postaci Rogue. Gdyby dowiedział się o głównej mutacji Rogue, wybór byłby pewnie jeszcze prostszy.
- Jesteś biegła w swojej mocy? – zapytał, a w jego głosie pobrzmiewało bardzo subtelne nawiązanie do wciąż uczącej się nowych umiejętności Belladonny.
- Oczywiście – skłamała gładko Rogue. – W innym przypadku nie brałabym udziału w misjach X-Menów.
- No tak – przytaknął Jean Luc.
Przy stole zapanowała cisza. Większość już skończyła jeść posiłek, z wyjątkiem Jean Luca, który nie zjadł nawet kęsa.
- Może wyjdziemy jutro wieczorem na miasto? – zaproponowała Mercy, kierując pytanie do Remy'ego i Rogue. – Poznamy się lepiej.
Rogue już miała zabrać głos i powiedzieć, że na jutro mają już plany, gdy poczuła, jak ręka Remy'ego masuje jej udo.
- Fantastyczny pomysł, Mercy – odpowiedział Remy z ciut za dużym entuzjazmem według Rogue. Nie była w stanie jednak nic konstruktywnego powiedzieć, zupełnie tak, jakby dłoń Cajuna odebrała jej zdolność składnego i logicznego mówienia. Przełknęła ślinę, starając się odgonić od siebie to dziwne uczucie, które ją naszło przez tę nieszczęsną rękę. Wahała się, czy ją ściągnąć, przesunąć, czy wstać jak oparzona i wybiec z pokoju.
- …po naszej stronie Nowego Orleanu – dobiegł ją głos Henriego. – Kameralne, spokojne miejsce.
- Bien, jesteśmy umówieni – przytaknął Remy.
Do pokoju weszła kobieta i skierowała się wprost do Mercy, mówiąc jej coś na ucho. Mercy uśmiechnęła się i wstała od stołu.
- Charlie się obudził, idę go nakarmić, wybaczcie i oczywiście kontynuujcie beze mnie – przeprosiła i wyszła. Rozmowy jednak nie były kontynuowane, reszta również zaczęła się zbierać. Rogue nie podnosiła się jeszcze z krzesła, obserwując, jak kolejne osoby dziękują za posiłek i wychodzą.
- Koniec tortur na dziś – wyszeptał jej wprost do ucha Remy, co spowodowało ciarki na jej plecach. – Wracamy do pokoju? – zapytał już głośniej.
- Czyli jednak nie koniec – odparła tak cicho, by tylko on mógł usłyszeć, ale przytaknęła i podniosła się z krzesła. Podziękowała Tante Mattie za doskonały obiad i gładko weszła w rolę partnerki Remy'ego, splatając swoją dłoń z jego ręką.
Jak tylko zamknęły się za nimi drzwi do sypialni Remy'ego, wyswobodziła rękę z uścisku i gwałtownie się do niego odwróciła.
- Co to miało być?! – zapytała dramatycznym tonem. Remy patrzył na nią zdumiony.
- To była moja rodzina…? To jest prawidłowa odpowiedź? – odparł zaskoczony.
- Nie, palancie…! – wykrzyknęła, po czym uniosła spojrzenie w górę. Nie potrafiła zebrać w jedno okrągłe zdanie wszystkiego, co chciała mu powiedzieć. Była na niego zła, bo w ogóle jej nie pomógł, gdy Belladonna drążyła temat zaręczyn. Była wściekła za tę nieszczęsną rękę na jej udzie. Wprawił ją w gigantyczne zażenowanie tekstem o tym, że na pierwszej randce uprawiali seks. No i nie omówili tak ważnej kwestii, jak data ślubu w jakiejś arcyważnej arcykatedrze z rąk jakiegoś arcyważnego arcybiskupa. Czuła się jak kretynka, gdy wszedł jej w słowo w tamtym momencie.
Czuła się fatalnie po tym obiedzie.
Spojrzała wreszcie na Gambita. Patrzył się na nią mieszanką zaskoczenia i smutku. Musiał zdawać sobie sprawę, że to spotkanie nie przebiegło tak, jak się spodziewała. Podszedł do niej i chwycił ją delikatnie za ramiona.
- Bez ściemy, Rogue – przypomniał jej delikatnie. Obserwowała go przez chwilę spode łba, po czym westchnęła i przetarła zmęczone oczy.
- O co chodzi ze ślubem w katedrze i ceremonii w Gildii? – spytała wreszcie.
- Musiałem im dać jakieś konkrety. Inaczej nie wzięliby na poważnie ciebie jako mojej narzeczonej i dalej mieliby nadzieję na wciśnięcie mi Belladonny. A tak – Remy pochylił się – już teraz mogą sobie odliczać czas do naszego ślubu, a co za tym idzie, będą musieli szybciej podjąć decyzję, czy chcą dalej wspierać Belladonnę.
- I zaczną się też konkretne przygotowania – mruknęła Rogue. – Mercy już mnie wypytywała o suknię ślubną. Zresztą, nie tylko o to… – dodała z przekąsem. – Naprawdę musiałeś wtrącić, że uprawialiśmy seks na pierwszej randce? – zapytała.
- Mercy pewnie i tak by dotarła do tego tematu – wzruszył ramionami Remy. – Nie sądziłem, że tak cię osaczy pytaniami.
- Ciekawe, jakie kategorie pytań trafią mi się jutro – burknęła Rogue.
- To nie jest Oprah Winfrey, byś odpowiadała jej na każde pytanie – odparł Remy, uśmiechając się półgębkiem. – Traktuj ją tak, jakbyś traktowała dziewczyny z Instytutu.
- Ma być więcej markotnej Rogue, która nie lubi ludzi? – zapytała bez przekonania.
Usta Remy'ego rozciągnęły się w uśmiechu.
- A któż to zaczął mówić o sobie w trzeciej osobie?
Zombie nie pojawiło się przez cały dzień. Dopiero gdy kończyli jeść kolację – już w dużo mniejszym gronie i w zdecydowanie luźniejszej atmosferze – przyszedł jeden z patrolujących posiadłość ochroniarzy z informacją, że udało się powstrzymać napastnika jeszcze zanim dotarł bliżej domu. Udało się go obezwładnić i żywego – o ile można tak powiedzieć o tym nieszczęśniku – przenieść do katakumb pod rezydencją.
- Wiecie, z której strony posiadłości się pojawił? – zapytała Rogue.
- Został zobaczony po raz pierwszy w zachodniej części – odpowiedział uprzejmie ochroniarz.
- Od strony bagien – mruknął Remy, po czym wymienił się spojrzeniami z Rogue. – Dziękuję za informację. – Ochroniarz skinął głową i wyszedł z kuchni.
- Coś podejrzewacie? – zapytała Tante Mattie, rzucając im spojrzenia znad miski z jabłkami, które cierpliwie i dokładnie obierała od dobrego kwadransa.
- Jeszcze nic – przyznał szczerze Remy. – Ale przejdziemy się z Rogue jeszcze na spacer w okolice bagien, być może uda nam się coś znaleźć.
- Już nie masz gdzie prowadzić narzeczonej – prychnęła Tante. – Francuską Dzielnicę byś jej pokazał, a nie błoto i szuwary.
- Rogue jest z Mississipi, więc w pobliżu mulistych rzek czuje się jak w domu, czyż nie? – Remy posłał Rogue czarujący uśmiech. – Kochanie? – dodał z jeszcze większym uśmiechem.
Dziewczyna spojrzała na niego ciężkim wzrokiem, ale odwzajemniła uśmiech.
- Śmierdzące bagna są kuszącą alternatywą po spędzeniu całego dnia w twojej sypialni… kochanie – odparła z przesłodzonym uśmiechem. – Dziękuję za pyszną kolację i dobranoc – zwróciła się bezpośrednio do Tante Mattie, nie dając dojść do głosu Remy'emu, po czym wstała i skierowała się do wyjścia. Na progu odwróciła się do Cajuna. – Idziesz?
- Za chwilę do ciebie dołączę, cherie – odpowiedział Remy. Dziewczyna skinęła głową i po chwili słychać było jej kroki na schodach. Remy i Tante Mattie siedzieli przy stole w milczeniu. Ona cierpliwie obierała jabłka, on dopijał kakao. Uśmiechnął się do siebie, gdy sobie uświadomił, jak beztrosko się w tym momencie czuł. Zupełnie jakby ktoś zdjął mu z ramion olbrzymi ciężar. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie miał wrażenia, że jest ze swoimi problemami zupełnie sam. Wszystko wydawało się być łatwiejsze, a jeśli nawet natrafi na jakieś przeszkody, to wiedział, że może liczyć na Rogue. Nawet kakao było jakieś smaczniejsze, jak za dawnych, prostych czasów.
- Czyli to dla niej rezygnujesz z zawarcia świętego pokoju z Asasynami? – zapytała Tante Mattie, nawet na chwilę nie odrywając się od swojego zajęcia.
I się zaczyna – pomyślał Remy, ale zamiast się tłumaczyć, czy wyjaśniać, że też ma prawo do szczęścia, jedynie krótko potwierdził.
- Oui, dla niej.
- To przez nią nie chciałeś wracać z Nowego Jorku? – kontynuowała niezrażona Tante.
- Oui, przez nią.
- Czemu nic o niej nie mówiłeś? – Tante wreszcie spojrzała na swojego podopiecznego. Biła od niej ciekawość, ale i cień podejrzliwości.
Remy przez chwilę milczał, po czym delikatnie się uśmiechnął.
- Bo musiałem dojrzeć do pewnych rzeczy – stwierdził enigmatycznie. Nie czekając na odpowiedź, dopił kakao i wstał od stołu. – Dobrej nocy, Tante – powiedział, ucałował ją w policzek i ruszył do wyjścia. Wchodząc po schodach usłyszał jeszcze, jak Tante Mattie ciężko wzdycha i mamrocze coś do siebie mieszanką francuskiego i kreolskiego. Miał świadomość, że skomplikował swojej rodzinie plan związania go z Belladonną i niezmiernie go to cieszyło. Myśleli, że zagnali go w kozi róg, odcięli drogę ucieczki i uwiązali obowiązkami, a on wyciągnął swoje atu – damę kier. Jednym taktycznym ruchem postawił ich w szachu i zyskał możliwość zbliżenia się do Rogue. Miał ochotę sam sobie zaklaskać. Jutro pójdą do jakiejś knajpki, potańczą sobie trochę (bo przecież narzeczeństwa tańczą), potrzymają za ręce (to właśnie robią narzeczeństwa), troszkę poflirtują (jak to narzeczeństwa), a wcześniej potropią ślady zombie na bagnach. Remy uśmiechał się do siebie na myśl o tak fantastycznym planie na jutro.
Wszedł właśnie do sypialni i od razu chciał się podzielić tym planem z Rogue, ale nikogo nie zastał. W łazience za to słychać było szum wody. Uśmiechnął się do siebie na wspomnienie poranka, kiedy Rogue wyskoczyła z łazienki w samym ręczniku. Z jednej strony był to absolutnie fantastyczny widok, wart wszystkiego, co do tej pory przeszedł, by sprowadzić Rogue do Nowego Orleanu, z drugiej – boleśnie uświadomił go, jak długo był bez kobiety. Rano siłą powstrzymywał sam siebie, by nie rzucić w jej kierunku jakimś bardzo sugestywnym komentarzem, a jeszcze więcej energii włożył w to, by nie pójść za nią do łazienki. Oczywiście są pewne granice, których nigdy nie przekroczy bez wyraźnej zgody samej zainteresowanej. Mogli sobie żartować, doprawiać każdą wypowiedź dwuznacznościami, ale dopóki ona sama nie będzie gotowa, on nie zrobi niczego więcej.
Niemniej jednak czuł głód.
Położył się na łóżku, skrzyżował ramiona za głową i przymknął powieki.
Widok jej tutaj, w jego sypialni, patrzącej na jego rzeczy, dotykającej jego łóżka – to wszystko powodowało, że serce zaczynało mu bić dużo szybciej. Wydawała się tak nierealna, że aż musiał sam siebie przekonywać, że to się dzieje naprawdę, że ona tutaj jest.
Koniec z podchodami, koniec z uważaniem na dzieciaki z Instytutu, koniec upewnienia się za każdym razem, czy gdzieś w pobliżu nie krąży choleryczny, burkliwy Logan, koniec wymówek, że lekcje, że Danger Room, że sesja z profesorem, że obowiązki. Wreszcie będą mogli porozmawiać poważnie, bez przeszkód o tym, co było za nimi i co ich czekało w przyszłości.
Pozostawało jedynie stworzyć dobrą atmosferę do intymnej rozmowy.
- Spływaj stąd, szczurze błotny – usłyszał. Rogue wyszła z łazienki ubrana w piżamę – t-shirt i bawełniane, luźne spodnie. Sięgnęła do szuflady w komodzie stojącej obok drzwi do łazienki i wyciągnęła z niej grzebień. Powoli, metodycznie, rozczesywała wilgotne kosmyki, które zwijały się delikatnie tworząc zarys loków. Gdyby jej włosy były jeszcze dłuższe, to na pewno byłoby widać kaskadę kręconych włosów. Ciekawe, czy w dzieciństwie miała długie włosy?
- Nieźle wybrnęłaś z pytań Belladonny o zaręczyny – rzucił, wstając z łóżka i zaczął szykować sobie posłanie na sofie.
Rogue prychnęła.
-Wiem – odpowiedziała krótko. – Chcę jednak zauważyć, że wybrnęłam z tego zupełnie sama – podkreśliła ostatnie słowo, krzywiąc się z przekąsem.
- Nie lubię rozmawiać na temat związku z Belladonną – żachnął się Remy, na co Rogue przerwała czesanie.
- Za to twoja obecna narzeczona bardzo chętnie będzie omawiała ten temat z twoją eksnarzeczoną – odpowiedziała, marszcząc brwi z politowaniem. – W obecności całej twojej rodziny – dodała poirytowana.
- Już nie ironizuj, Roguey – zaśmiał się Remy, przerzucając kilka poduszek z łóżka na sofę. – Dobrze sobie poradziłaś bez mojej pomocy.
- Wiem – odparła dobitnie. – Swoją drogą nie mam pojęcia, jakim cudem ty i Belladonna dotarliście razem aż do ślubu. Oczywiście, oboje jesteście na wskroś egocentrycznymi narcyzami, ale nie wierzę, że to był fundament waszego związku.
Remy zaśmiał się.
- To i seks – odpowiedział, na co Rogue wywróciła spojrzeniem. – Praktycznie od wczesnych lat byliśmy sobie przyrzeczeni jako gwarant sojuszu obu gildii. Bella była atrakcyjna, ja byłem młodym, napalonym nastolatkiem. Pasowała nam taka przyszłość. Zresztą Bella ma liberalne podejście do monogamii, dodaj do tego praktycznie niekończące się źródło pieniędzy, podróże, hazard i hektolitry whisky. To nie była wcale taka najgorsza wizja reszty życia – odparł już poważniej. Spojrzał na Rogue, która siedziała na łóżku z podciągniętymi do brody kolanami i obserwowała go z pochmurnym spojrzeniem. Nie odpowiedziała nawet słowem na jego wyjaśnienie. – Idę się myć, cherie. Nie uciekaj, d'accord? – rzucił przez ramię, kiedy doszedł do wniosku, że nie doczeka się odpowiedzi z jej strony.
Po wejściu do łazienki rozebrał się i wszedł pod prysznic. Odkręcił kran z lodowatą wodą, przymykając powieki i rozkoszując się ulgą rozchodzącą się po jego ciele. Mutacja powodowała, że temperatura jego ciała była nieznacznie wyższa od przeciętnej, co przekładało się na jego komfort cieplny. Chłodny strumień łagodził nieznośne uczucie gorąca.
Zamyślił się nad tym, co przed chwilą powiedział Rogue. Cała wizja przyszłości z Belladonną brzmiała jak marzenie hedonisty. Ale czy faktycznie nie było tam uczuć?
Oczywiście, że kochał Belladonnę. Na swój dziwaczny, pokrętny i trochę toksyczny sposób – tak, kochał. Tworzyli mieszankę wybuchową, która jednego dnia kocha się nad życie, a drugiego drze koty tak, że słychać ich kłótnie w sąsiednim stanie. Nigdy nie był pewny jej reakcji, a jej spontaniczność niekiedy wychodziła mu bokiem, gdy była podlana porywczością i zaborczością.
Przyszło mu do głowy, że może nie tyle kochał Belladonnę, a kochał ten dreszczyk emocji, który nierozerwanie łączył się z ich relacją. Uzależnił się od adrenaliny, która towarzyszyła im w związku, a wybuchy namiętności przysłaniały toksyczne emocje. Czuł się jak na niekończącym się haju.
Kiedy jednak wrócił do Nowego Orleanu dwa lata temu, tuż po pojawieniu się Apocalypso, nie potrafił znowu rzucić się w ten wir emocji, którego epicentrum była Belladonna. Wszystko to, co do tej pory go w niej pociągało, stało się drażniące, a on sam czuł raczej frustrację z powodu rysującej się przed nim przyszłości u boku córki herszta Gildii Zabójców. Musiał być jednak konsekwentny. Miał wrócić, gdy opanuje swoją mutację na tyle, by jego bliscy mogli się przy nim czuć bezpiecznie. Magneto mu w tym pomógł za cenę współpracy, a teraz Remy mógł wrócić do domu i do swojej narzeczonej. I było mu bardzo niewygodnie z tym irytującym uczuciem, które mówiło mu, że to nie tutaj jest jego miejsce i hedonistyczna przyszłość jest jakby mniej atrakcyjna niż dostępne alternatywy.
Wtedy chyba ostatecznie doszedł do wniosku, że nie kochał już Belladonny.
Gdy wyszedł kilka minut później z łazienki, światło było już przygaszone, a Rogue leżała odwrócona do niego plecami. Spokojny, miarowy oddech sugerował, że już zasnęła albo wkrótce zaśnie, toteż Remy nic więcej nie mówił. Położył się na sofie na plecach, ręce splótł za głową i przymknął powieki. Myślami był już daleko, kiedy usłyszał ciche pytanie.
- Śpisz?
- Już nie, cherie – odparł, mimo że jeszcze nie zdążył zasnąć.
- Mogę ci zadać osobiste pytanie? – Rogue odwróciła się do niego. Ciepłe światło lampki nocnej łagodnie zmiękczało jej twarz.
- Bien sûr, cherie – odpowiedział, nim zdążył w ogóle nad tym pomyśleć i ułożył się na boku, by lepiej ją widzieć.
Rogue przez chwilę milczała, zbierając się do zabrania głosu. Remy zastanawiał się, czy to jest właśnie ta chwila, kiedy maski opadają i mogą porozmawiać szczerze o tym wszystkim, co się między nimi działo.
- Dlaczego nie chcesz tej wygodnej przyszłości, o której mówiłeś? Tej z seksem, pieniędzmi i władzą? – spytała wreszcie.
Żałował, że w tym świetle nie widać lepiej jej twarzy.
- U boku furiatki, z utrzymaniem obu gildii na barkach i uwiązaniem do starości do Nowego Orleanu? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Teraz ta przyszłość nie wydaje się być aż tak atrakcyjna jak jeszcze kilka lat temu – dodał.
- Czemu? – Jej głos był niemal szeptem. Poczuł nagle, jak bardzo chciałby mieć ją tuż obok siebie, jak bardzo chciałby pokazać swoją odpowiedź na jej pytanie. Miał jednak do dyspozycji tylko słowa, więc dłuższą chwilę milczał, skrupulatnie ja ważąc.
Mógł albo gładko odpowiedzieć okrągłym, dwuznacznym zdaniem, które będzie kontynuacją nieustannego flirtu między nimi.
Mógł też powiedzieć prawdę.
- Poznałem kogoś, z kim przyszłość wydaje mi się dużo bardziej atrakcyjniejsza.
- Jeszcze więcej seksu, pieniędzy i władzy? – Mimo że nie widział dobrze jej twarzy, to był pewien, że pojawił się na niej uśmieszek. Mógł albo przystać na tę grę, albo odrzucić wreszcie niedomówienia.
- Raczej akceptacji, poczucia bezpieczeństwa i ciepła.
Rogue milczała. Patrzyli sobie w oczy długą chwilę. Czekał na jej ruch.
- Chyba za bardzo się wczuwasz w swoją rolę, Cajunie – mruknęła wreszcie. – Nie musisz przede mną grać tego samego spektaklu, co przed swoją rodziną. – Odwróciła się do niego plecami i nie czekając na jego odpowiedź, życzyła mu dobrej nocy.
Remy nie mógł się powstrzymać od cichego prychnięcia.
No tak – pomyślał. – To, że ja jestem gotowy na szczerość, nie oznacza, że i ona jest na nią gotowa.
Obudził się, kiedy elektroniczny zegarek wskazywał kilka minut po drugiej w nocy. Przetarł powieki i podniósł się na łokciu, spojrzenie wbijając w łóżko, na którym szamotała się Rogue. Mamrotała coś bez ładu i składu, co jakiś czas wykrzykując jakieś eksklamacje. Jednak Remy'ego najbardziej przykuł potok emocji, jaki wysyłała. Strach był niemal namacalny.
Gdy wstał z sofy, Rogue już niemal łkała. Błagała, by ktoś czegoś nie robił. Dłonie wbiła w poduszkę tak mocno, że prawie ją rozrywała, a w tym samym momencie za oknem zaczął padać ulewny deszcz, uderzając z beznadzieją o szybę i parapet.
Remy zbliżył się do łóżka i przez chwilę obserwował, jak Rogue rzuca się z jednego krańca materaca na drugi. Przeszedł na drugą stronę i bez zapalania światła, wyciągnął z szuflady koszulkę z długim rękawem i naciągnął ją na siebie. Ze stolika zabrał swoje rękawiczki i nie spuszczając wzroku z dziewczyny je nałożył. Podniósł leżący na podłodze skotłowany koc i ostrożnie przykrył nim Rogue, a sam położył się tuż za jej plecami.
- Rogue, jestem obok – wyszeptał i objął ją ramieniem.
Momentalnie przestała się szamotać, a za oknem deszcz stracił na sile. Teraz już tylko pojedyncze krople bębniły o parapet zapowiadając koniec ulewy. Jeszcze pojedyncze westchnienie uwolniło się z jej ust, po czym spokojnie zasnęła wtulona w rękę Gambita.
Czuł bezbrzeżne odprężenie, a ich perfekcyjnie dopasowane do siebie ciała sprawiały, że nie chciał wstawać i wracać na swoją sofę.
Ale prędzej czy później będzie musiał – zupełnie tak, jak poprzedniej nocy.
