AN:
Mamy drugi rozdział w tym roku, tiru-riru! Ba, byłby nawet dwa tygodnie wcześniej, ale moje przeziębienie oraz ząbkujący kaszojadek skutecznie opóźniły premierę. Szczerze powiem, że jestem trochę zdziwiona, bo niewiele się dzieje w tym rozdziale, a mimo to zajmuje on ponad 20 stron. Ale chyba potrzebowałam trochę takiego „fluffy ROMY", tym bardziej, że jesteśmy już bardzo blisko końca (z moim tempem to pewnie jeszcze z rok zejdzie, ale nie planuję więcej niż maksymalnie 5 kolejnych rozdziałów).
Co w planach? Jeśli utrzymam narzucony sobie rytm pracy, to kolejny rozdział powinien wylądować pod koniec roku (2021 roku). Mam już w głowie finał tej historii i nie mogę się doczekać, by go wreszcie napisać, więc nieco przyspieszymy akcję.
Miłej lektury!
Łódka sunęła po moczarach zlokalizowanych wokół posiadłości Gildii Złodziei. Gambit powolnym, miarowym tempem wiosłował, a Rogue rozglądała się wokół w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów, które mogłyby naprowadzić ich na trop zombie. Mijali mnóstwo maleńkich wysepek – na niektórych nie byłaby nawet w stanie zrobić jednego kroku. Linia brzegowa była poszarpana, przetykana tatarakiem i wysoką trawą, a z drzew zwisały girlandy hiszpańskiego mchu, który dodawał jeszcze więcej posępności temu miejscu.
Ciężkie od wilgoci powietrze kleiło się do skóry, a po każdym wpłynięciu w smętny obłok mgły włosy Rogue coraz chętniej się skręcały w spuszone pukle. Wydawało jej się, że już teraz wygląda jak owczarek nizinny, a przecież jeszcze musieli wrócić tą samą drogą…
- Może cię zmienić? – spytała, zerkając na Gambita.
Gambit spiorunował ją wzrokiem.
- Non – odpowiedział, na co ona jedynie wzruszyła ramionami.
- Mogliśmy po prostu lecieć, byłoby szybciej i wygodniej – rzuciła od niechcenia, jednocześnie zabijając komara, który próbował się nią nakarmić przez cienki materiał koszuli.
- Nie ma opcji, by moje stopy przestały czuć grunt – warknął. – Napawaj się widokiem, cherie.
Rogue do końca nie miała pewności, czy Gambit mówił o sobie, czy o krajobrazie wokół.
Kilka minut później dopłynęli na miejsce. Na wyspie znajdował się niewielki, piętrowy domek letniskowy. Ziejąca pustką dziura w dachu rozciągała się na sąsiednie ściany, odsłaniając zniszczone wnętrze budynku. Szyby były powybijane, a drzwi wejściowe trzymały się na jednym zawiasie. Wszystko pokrywał zielono-brązowy mech.
- To tu spędzacie wakacje? – spytała Rogue, unosząc brew. Trawa nie była tu koszona przez cały sezon, więc sięgała im do pasa. Pełno w niej było owadów, które dziko brzęczały, powodując przy tym ciarki na plecach Rogue. Nie znosiła robaków.
- Kiedyś było to miejsce obrad Gildii. Tajna kryjówka z mapami, dokumentami i sekretami rodziny – odpowiedział Remy, przywiązując łódkę do palika. – Później Jean Luc przeniósł to wszystko do głównej rezydencji, a tę daczę udostępnił mi.
Rogue spojrzała na niego z zaskoczeniem,
- Chcesz mi powiedzieć, że nie jestem pierwszą kobietą, którą tutaj przyprowadzasz? – spytała zupełnie serio.
Tym razem to Remy obrzucił ją zdziwionym spojrzeniem.
- Jaką ty masz o mnie opinię, cherie? – spytał z oburzeniem. – Przebywałem tutaj, kiedy jeszcze nie potrafiłem kontrolować swojej mocy – odparł po chwili i ruszył przed siebie, nie czekając na odpowiedź. Rogue podążyła za nim.
- I dlatego zamykali cię w tym kurniku? – zapytała z niedowierzaniem, co jakiś czas rzucając okiem na ponury budynek i równie przygnębiające okolice. W pobliżu domu stała stara studnia z obłupaną, kamienną cembrowiną i spróchniałą, drewnianą pokrywą. Kilka kroków dalej znajdowała się niewielka szopa, do której Rogue nie odważyłaby się wejść za żadne skarby – wyglądała, jakby można ją było zniszczyć byle zdmuchnięciem. No i na pewno były tam robaki. I pająki. Rogue aż przeszedł dreszcz i przyspieszyła kroku, już nie patrząc w tamtym kierunku.
- Biorąc pod uwagę, że wszystko wybuchało mi w rękach, trochę im się nie dziwię – mruknął Remy. – Tutaj mogłem się uczyć bez obawy o to, że coś zniszczę. Albo kogoś – dodał.
- Dlatego przenieśli tutaj Belladonnę – mruknęła Rogue. – Myślisz, że to możliwe, że dopiero teraz twoja eksnarzeczona odkryła w sobie mutację? – spytała już głośniej, idąc tuż za Remym.
- Pewnie twój profesor miałby więcej do powiedzenia na ten temat niż ja – odpowiedział po chwili milczenia. – Pamiętam jednak, jak wyglądały dzieciaki, które zostały świeżo przyjęte do Instytutu. W Belli nie widziałem nawet odrobiny tego strachu, który one odczuwały.
- Może dlatego, że Bella nie jest już dzieckiem? – rzuciła Rogue.
- Ty też jesteś dorosła, a jesteś wręcz oblepiona lękiem przed swoją mutacją – odpowiedział Remy, odwracając się do niej.
- Wkurza mnie ta twoja empatia, Cajunie – mruknęła. Remy przyglądał się jej dłuższą chwilę, po czym już nic nie mówiąc wyrwał z zawiasów drzwi i postawił je na ścianie domu.
- Panie przodem? – zaoferował, wskazując ręką wejście. Rogue skrzywiła się.
- Może następnym razem.
Remy uśmiechnął się półgębkiem i przeszedł przez próg. Rogue po chwili wahania ruszyła tuż za nim.
Wnętrze było takie, jak sobie wyobrażała – zniszczone, pokryte warstwami kurzu, pachnące spróchniałym drewnem i wilgocią. Bała się czegokolwiek dotykać. Z resztek mebli można było odczytać, że kiedyś było to bogate, dostojne wnętrze z mnóstwem ozdobników, zawijasów i drapowań.
- Jak stary jest ten dom? – zapytała Rogue, przyglądając się zniszczonej komodzie, w której wciąż znajdowały się jakieś książki, teczki i papiery.
- Wiem tylko, że powstał w czasach Wielkiej Prohibicji – odpowiedział Remy, przystając przy sekretarzyku, na którym rozrzucone były czarno-białe zdjęcia. – Nie sądzę, by pędzono tu bimber, ale zapewne uprawiano kreatywną księgowość z powodu sprzedaży alkoholu, może była tu też jakaś baza przerzutowa dla towaru.
- Jest szansa, że w piwnicy znajdziemy jeszcze jakąś butelkę alkoholu sprzed wieku? – spytała Rogue.
Remy spojrzał na nią z uśmiechem.
- Gdybym wiedział, że chciałabyś się tutaj czegoś ze mną napić, przygotowałbym się lepiej – odpowiedział, unosząc brew.
- Nie to miałam na myśli, Cajunie – odpowiedziała Rogue, kręcąc głową z niedowierzaniem.
- Po huraganie Katrina większość piwnic się zawaliła. Jedyne, co tam znajdziemy, to grzyb i pająki.
- Grzyb i pająki – powtórzyła Rogue. – Wymarzone miejsce na spędzenie tygodni nauki kontrolowania mutacji. A myślałam, że jest mi źle w Instytucie.
- Oby ta myśl działała na ciebie krzepiąco w czasie sesji w Danger Roomie – zaśmiał się Remy.
Rogue machnęła ręką z lekceważeniem.
- Największym problemem z sesjami w Danger Roomie jest to, że są wcześnie rano – odpowiedziała. – Odkąd mój wachlarz mocy się powiększył, zaczęłam się naprawdę dobrze bawić podczas zajęć.
- A wcześniej się dobrze nie bawiłaś, cherie? – spytał, dyskretnie obserwując Rogue kątem oka. Miał nadzieję, że to będzie ten moment, w którym Rogue się otworzy i opowie więcej na temat tego, co się działo w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy.
- Czułam się jak żółw na olimpiadzie dla zająców – odparła, przewracając oczami. – Ile bym się nie starała, to i tak moje możliwości były niczym w pobliżu Jean czy Bobby'ego. Odstawałam i wszyscy zdawali sobie z tego sprawę, bez względu na to, ile razy Logan by nie warczał, że mamy pracować jak zespół, a nie indywidualne jednostki. Za to gdy posiadłam moce Danvers… – Rogue przygryzła wargi i ze zmarszczonym czołem wpatrywała się w swoje dłonie odziane w zamszowe, ciemnozielone rękawiczki. – Wszystko się wtedy zmieniło. – Przeniosła wzrok na Remy'ego. Nie speszyło jej to, że wpatrywał się w nią intensywnym, naglącym spojrzeniem. – Stałam się jedną z najsilniejszych jednostek w X-Menach. Rozszerzył się wachlarz taktyk, które mogliśmy zastosować i większość opierała się na moich mocach. – Po tych słowach zamilkła i prychnęła bezgłośnie. – Ale nawet wtedy nie czułam, że jesteśmy jednym zespołem – kontynuowała z zasępionym spojrzeniem. Zmarszczyła czoło i zacisnęła wargi. – Czułam za to, jak bardzo wszyscy się mnie boją – powiedziała wreszcie. Jeszcze przez długą chwilę wpatrywała się w Remy'ego, po czym przeniosła wzrok z powrotem na swoje rękawiczki.
Remy nie poruszył się nawet o milimetr. Jego wyczulona empatia aż kipiała od potoku emocji ze strony Rogue. Smutek, żal, samotność mieszały się z gniewem i złością. Czy ktokolwiek zaopiekował się tą dziewczyną w ciągu tych ośmiu miesięcy? Czy ktokolwiek okazał jej swoje wsparcie? Czy miała obok siebie kogoś, kto pomógłby jej przez to wszystko przejść?
Głupcze – pomyślał Remy – to miałeś być ty. To ty miałeś być obok niej.
To już nawet nie były wyrzuty sumienia, tylko ogromny, bolesny żal, że nie posłuchał swojego instynktu w tamtą zimową noc. Powinien był zostać, a nie wracać do rodziny po to, by rozwiązywać problemy, które sama sobie stworzyła. Jak inne byłoby jego życie, gdyby tak zrobił!
Czuł niemal fizyczny ból, gdy o tym myślał.
- Przepraszam, Rogue – powiedział cicho. Rogue prychnęła lekko, nie podnosząc nawet na niego wzroku. – Przepraszam, Rogue, że nie było mnie obok ciebie, gdy tego najbardziej potrzebowałaś – kontynuował już głośniej, zbliżając się do niej. – Przepraszam, że musiałaś przez to przechodzić zupełnie sama – wyszeptał, gdy stanął obok niej. Delikatnie chwycił ją za ramiona. – Przepraszam, Rogue – powtórzył, patrząc jej prosto w twarz.
Dziewczyna milczała, wciąż unikając jego spojrzenia. Trwała tak długie sekundy, wlepiając wzrok w czubki butów. Remy obserwował ją, ale nic więcej nie mówił. Stał tylko obok, czekając na jej ruch.
- Bez ściemy, tak? – spytała wreszcie zachrypniętym głosem.
- Bez ściemy – przytaknął Remy.
Widać było, że szuka odpowiednich słów. Miotała się w sobie, zaciskając przy tym wargi, aż wreszcie podniosła wzrok i utkwiła go w Remym.
- Nienawidziłam cię za to, że uciekłeś – powiedziała wreszcie. Miała zmarszczone czoło, a usta zacisnęła w cienką linię. – Byłam pewna, że to dlatego, że tam… w laboratorium…
- Rogue, nie musisz…
- Nie przerywaj mi – rzuciła ostro. Zaczerpnęła powietrza w płuca. – Byłam pewna, że to dlatego, że w laboratorium zabiłam dziecko i skazałam na wegetację dorosłą kobietę. Myślałam, że po czymś takim nie chcesz mnie już więcej znać. Że jednak zacząłeś się mnie wreszcie bać. – Ostatnie zdanie wypowiedziała dużo ciszej. Prychnęła do siebie i pokręciła głową. – Że zacząłeś się mnie bać akurat wtedy, kiedy potrzebowałam kogoś, kto się mnie nie boi. Kogoś, kto poza moją mutacją widzi też mnie.
Przymknęła powieki.
Remy wciąż milczał. Czekał na tę rozmowę tak długo, przygotowywał się do niej w myślach, a mimo to nie wiedział, jak zareagować, gdy wreszcie te słowa wybrzmiały. Oparł się ręką o futrynę drzwi, przy których stała Rogue i już miał coś powiedzieć, gdy dziewczyna znowu zabrała głos.
- Miałam wrażenie, że byłam dla całego Instytutu tylko problemem, chodzącą porażką, a dla niektórych – w tym dla ciebie – potworem, który odebrał życie dwóm osobom. Pogrążałam się w tym coraz bardziej i bardziej, a głos Carol Danvers wtórował mi w tym z dziką nienawiścią. Wiesz, możesz siedzieć cały czas w swoim pokoju i unikać ludzi i ich oceniających spojrzeń, ale nie możesz odizolować się od własnych myśli. Brakowało mi jakiejś przeciwwagi dla tego toksycznego jadu, który słyszałam przez całą dobę. – Rogue spojrzała na niego wzrokiem pełnym bólu i rozczarowania. To on miał być tą przeciwwagą, to jasne. I byłby nią, gdyby nie wrócił do Nowego Orleanu. Dlaczego, do licha, się na to zdecydował? Nie potrafił sobie na to w tej chwili odpowiedzieć, nie teraz, gdy patrzyły na niego te błyszczące, zielone oczy.
- Powinienem być przy tobie, Rogue – wyszeptał. – Żałuję, że tego nie zrobiłem.
Rogue uśmiechnęła się ze smutkiem.
- Dlaczego się nie odzywałeś? Gdybym dostała od ciebie jakąś wiadomość, miałabym przynajmniej świadomość, że mnie nie znienawidziłeś.
Pytanie było proste i tak oczywiste, a mimo to miał problem z odpowiedzią. Teraz, kiedy stał tuż obok niej, dostrzegał, jak wiele błędów popełnił.
- To zabawne w kontekście tego, co powiedziałaś – zaczął nieporadnie. Rogue spojrzała na niego z niedowierzaniem. – Chciałem to zrobić, wiele razy. Ale obawiałem się, że zdążyłaś już o mnie zapomnieć albo mnie znienawidziłaś tak bardzo, że nie chciałaś już więcej o mnie słyszeć.
Rogue patrzyła na niego z nieodgadnioną miną.
- Jesteś skończonym imbecylem, LeBeau – powiedziała wreszcie, a na jej ustach drgał uśmieszek.
- Wychodzi na to, że możesz mieć trochę racji – przytaknął.
- W ogóle planowałeś wrócić do Instytutu? – spytała po chwili, obserwując go kątem oka.
Każdej nocy – pomyślał, ale zamiast tego odpowiedział:
- Chciałem to zrobić po rozwiązaniu problemu z Belladonną. Nie mogłem tego zostawić na głowie familii – wzruszył ramionami.
- A jeśli nie uda nam się rozwiązać tego problemu…?
- Zostaniemy mężem i żoną i będziemy wspólnie kierować gildią…? – odpowiedział pytaniem na pytanie Remy, tylko powierzchownie traktując to jako żart. W obecnej sytuacji to była całkiem atrakcyjna opcja.
- Oczywiście – przytaknęła Rogue. – A nasze dzieci będą bawiły się w ogrodzie i karmiły krokodyle.
- Słodki smak dzieciństwa – odparł z uśmiechem Remy, na co Rogue jedynie wywróciła oczami.
- Sprawdźmy jeszcze piwnicę i zawijajmy się stąd. Mam wrażenie, że przesiąkłam już zapachem bagien – odpowiedziała Rogue, zmieniając temat i nie czekając na Remy'ego, skierowała się do drzwi prowadzących do niższych poziomów daczy. Zapaliła światło i zeszła po murowanych schodach. Pojedyncze żarówki bez żadnych osłonek dawały mdłe, niewielkie plamy światła, ale wystarczające, by zorientować się w rozkładzie pomieszczeń i jednocześnie nie potknąć o nic. Znajdowało się tam kilka niewielkich nisz, w tym jedna cela z chybotliwymi drzwiami z grubych prętów.
- Wygląda jak małe więzienie – mruknęła Rogue, wyciągając z torby latarkę.
- Moja rodzina lubi przytulne, kameralne wnętrza – odpowiedział Remy, stając w drzwiach celi i przyglądając się Rogue.
- Twoja toaleta jest większa od mojej sypialni w Instytucie, szczurze błotny – odparła przez ramię. – To tutaj znalazłeś Belladonnę?
- Oui.
- A jak długo tu przebywała?
- Około trzech tygodni, może dłużej – odparł Remy.
- Ktoś przywoził jej tutaj jedzenie? Jakieś rzeczy do spania? Mydło? Cokolwiek?
- Podobno Henri tutaj bywał raz na kilka dni – odpowiedział Remy z zawahaniem.
- I widzę tu tylko dwie butelki po wodzie i jedną paczkę sucharów? – Rogue skierowała światło latarki na pokrytą grubą warstwą kurzu foliową paczkę. Wnętrze zapewne już dawno zostało zjedzone przez szczury. Tuż obok leżały dwie butelki po wodzie – w jednej wciąż było trochę płynu.
- Może reszta śmieci jest gdzieś indziej? – odparł bez przekonania Remy.
- Albo Bella sprzątała po sobie i wszystkie śmieci są w jakimś pojemniku? – Rogue uniosła brew. Remy doskonale wiedział, że byłaby to ostatnia rzecz, jakiej można by się spodziewać zarówno po Belli, jak i po kimś, kto w obawie przed swoją mocą ukrywa się w starej szopie na bagnach.
- Rozejrzyjmy się zatem za śmieciami z tego dziesięciolecia – odpowiedział z westchnieniem.
Poszukiwania zajęły im kilkanaście minut i objęły sprawdzenie zarówno piwnicy, jak i pozostałych pięter domu. Zamiast śmieci znaleźli za to kilka czasopism jeszcze z tego roku, schowanych za sofą.
- Wygląda na to, że Belladonna nie miała tutaj aż tak źle – powiedziała Rogue, trącając butem styczniowy numer Cosmopolitan. Uśmiechnięta brunetka z okładki zachęcała do „obudzenia w sobie szczęścia".
- Jeśli to miało być tylko przedstawienie dla mnie – zaczął Remy – to cała moja rodzina musiała w tym brać udział. Każdy twierdził, że Belladonna była tu przez długi czas, zupełnie sama i przerażona nową mocą. – Remy pokręcił głową z niedowierzaniem. – Okłamali mnie – powiedział, przeczesując włosy. Wzrok utkwił w Rogue.
- Nie pierwszy raz bliscy nas zawodzą – odpowiedziała Rogue, a Remy nie do końca wiedział, czy ma na myśli mieszkańców Instytutu, czy jego samego.
Wyszli z daczy kilka minut później i skierowali się w kierunku pozostawionej przy brzegu łódki.
- Ktoś wie o tym, że tutaj jesteśmy? – spytała Rogue.
- Wczoraj rozmawialiśmy na temat bagien z Tante Mattie – odparł po chwili Remy. – Co prawda w kontekście pojawiania się zombie, a nie pobytu Belli w tym miejscu, ale to się przecież łączy.
- Myślisz, że komuś o tym powiedziała? Albo ostrzegła?
- Jeśli tak, to ten ktoś niezbyt gorliwie podszedł do zadania – wzruszył ramionami Remy. – Możliwe też, że Tante w ogóle nie była świadoma tego, co tutaj zostało po rzekomo długim pobycie Belladonny, więc ta informacja nie miała dla niej większego znaczenia.
Dotarli do zacumowanej łodzi. Remy przytrzymał burtę, by Rogue mogła do niej bezpiecznie wejść, co wprawiło dziewczynę w wesołość.
- Boisz się, że się wywrócę, Cajunie? – droczyła się. – Że nie uda mi się wskoczyć do lekko bujającej się łódki? Właśnie po to od lat trenuję, by sprostać wyzwaniom codziennego dnia – zaśmiała się, ale cały czas stała przy brzegu.
- Wchodzisz, cherie? – zapytał nieco zniecierpliwionym tonem Remy. Bycie dżentelmenem to życie pełne przeszkód i upokorzeń, pomyślał z goryczą.
- Tym razem wybiorę inny środek transportu – odparła z uśmiechem i nie czekając na jego odpowiedź, gwałtownie uniosła się w powietrze. Remy'emu zaparło na chwilę dech. Nie spodziewał się, że Rogue tak po prostu sobie odleci. Teraz obserwował, jak zatacza w powietrzu koło, a chwilę później unosi się coraz wyżej, aż wygląda zupełnie jak łepek od szpilki.
Przeczesał włosy, westchnął i zaczął wiosłować w kierunku posiadłości. Co jakiś czas zerkał w niebo, wyczekując, aż niewielki punkcik na powrót stanie się Rogue, jednak w pewnym momencie zupełnie ją zgubił. Miał tylko nadzieję, że dziewczyna nie obrała za kurs Nowego Jorku i po zacumowaniu łodzi znowu ją zobaczy.
Miał sporo czasu na przemyślenie ich rozmowy i przeanalizowanie, jak bardzo tym razem spieprzył sytuację. To, że spieprzył, było według niego pewne – jakimś cudem w relacjach z Rogue to wychodzi mu najlepiej. Nie wybrnął dobrze z pytania o to, dlaczego się z nią nie skontaktował. Z jej perspektywy to byłby oczywisty krok, więc jego tłumaczenia były mało wiarygodne, tym bardziej, że rozmyślnie rozminął się z prawdą. W pierwszych dniach faktycznie nie chciał się kontaktować, bo obawiał się jej reakcji, poza tym cały czas miał nadzieję, że wszystko jej wyjaśni, kiedy już wróci do Instytutu. Z czasem jednak, gdy problem wciąż nie był rozwiązany, a on coraz bardziej grzęzł w Nowym Orleanie i perspektywa powrotu do Nowego Jorku się oddalała, uświadomił sobie coś bardzo niepokojącego: czuł coś do Rogue.
Z początku, jak myślał, była to tylko tęsknota. Brakowało mu droczenia się z nią, rozmów na granicy flirtu, tego, jak z irytacją odgarnia grzywkę. Sądził, że z czasem to przejdzie, tak jak kiedyś przeszła tęsknota za Belladonną, czy za Nowym Orleanem. Ta jednak nie dość, że nie przeszła, to jeszcze zyskała na sile. Wmawiał sobie, że musi to przeczekać. Mimo że każdą cząstką siebie chciał się z nią skontaktować, to nie robił tego, bo jednocześnie próbował o niej zapomnieć. I im bardziej wyrzucał ją z pamięci, to tym większą czuł pustkę. Dopiero po wielu tygodniach zrozumiał, czym jest ta pustka.
Nie chciał do niej zadzwonić, bo bał się, że ta dotąd nienazwana pustka wybuchnie i rozleje się po nim na sam dźwięk jej głosu. Na dodatek coraz bardziej prawdopodobne było, że ona może nie chce mieć z nim już nic wspólnego. Więc wolał trwać w takim zawieszeniu, łudząc się, że uczucie samo wygaśnie.
Wytrwał w nim aż osiem miesięcy.
Nie wygasło.
Gdy wiązał łódkę już na drugim brzegu, Rogue pojawiła się równie niespodziewanie, jak zniknęła. Jej włosy były wilgotne i uroczo poskręcane, cera zaróżowiona od chłodu, a ona sama szeroko uśmiechnięta i z błyszczącymi, radosnymi oczami. Remy mimowolnie się uśmiechnął do siebie. Ten obraz był idealnym podsumowaniem jego rozważań.
- Przyznaj się, cherie – zaczął z uśmiechem – z zazdrością patrzyłaś z góry na tę łódkę, co? Miejsce siedzące, ładne widoki i fantastyczne towarzystwo, a nie jakieś tam latanie, co?
Rogue zaśmiała się serdecznie.
- Jeśli poczujesz się przez to lepiej, to jasne, tak sobie wmawiaj – odparła.
- Cieszę się, że zależy ci na dobrym samopoczuciu tego skromnego Cajuna – odpowiedział, chwytając ją za rękę. Po chwili zawahania splotła swoje palce z jego dłonią, a na policzku pojawił się niewielki rumieniec. Choć równie dobrze mógł to być rumieniec po spontanicznym przelocie nad okolicą, to Remy wolał jednak myśleć, że to była jego zasługa.
Bardzo starannie, pewną i stabilną ręką, rysowała czarną kreskę na powiece. Starała się nie rozpraszać myślą, że z drugiego końca pokoju obserwuje ją Gambit, rozłożony w nonszalanckiej pozie na łóżku. Mimo że starała się skupić na eyelinerze, w odbiciu lusterka widziała jego twarz. Patrzył na nią spod półprzymkniętych powiek, bawiąc się przy tym metalową sprzączką od jej rękawiczek.
- Tylko z przyzwyczajenia ich sobie nie przywłaszcz – mruknęła, nie odwracając wzroku od lusterka.
- Co masz na myśli, cherie? – usłyszała. Przewróciła oczami.
- Przecież z tego zrobiłeś swój sposób na życia: z przywłaszczania, Księciu Złodziei – odparła, z przekąsem akcentując ostatnie dwa słowa.
- Ach – odparł jedynie. Na jego szczęście Rogue nadal nie dowiedziała się prawdy o losie jej zaginionej rękawiczki, której tak histerycznie szukała w pierwszych dniach po powrocie do przytomności, a która bezpiecznie spoczywała od wielu miesięcy w torbie Cajuna. – Strasznie dużo czasu zajmuje ci narysowanie jednej kreski, cherie – zauważył, zmieniając temat.
- Strasznie dużo czasu zajmuje ci gadanie, Cajunie – odparła tym samym tonem, mimowolnie otwierając usta podczas wyjątkowo trudnego manewru z eyelinerem.
- Ja nawet nie mówię połowy tego, co bym chciał, cherie – parsknął.
- Och, łaskawco – mruknęła, obserwując, czy obie kreski były symetryczne.
- Nie chciałabyś poznać pozostałej połowy…? – spytał tonem, który zapewne miał uchodzić za uwodzicielski.
- Nie muszę, ja doskonale znam pozostałą połowę – odpowiedziała Rogue, z namaszczeniem i starannością tuszując rzęsy.
- Dawno nie uaktualniałaś tego, co słyszysz w swojej głowie… – kontynuował Remy. Widziała w lusterku jego pozującą na niewinną twarz.
- Ciężko mi to przechodzi przez gardło, ale nie chcę cię zabijać – spojrzała na niego ciężko – więc nie mam zamiaru dostarczać sobie jeszcze więcej twoich obleśnych myśli.
- Do końca życia chcesz korzystać z pożyczonych mocy, zamiast rozwijać swoje własne?
Ręka z tuszem zawisła w powietrzu, a następnie powoli opadła. Rogue odwróciła się i spojrzała wprost na Gambita.
- Gdybym miała taką możliwość, to bez mrugnięcia okiem przehandlowałabym swoje moce na te pożyczone.
- Ale nie masz – uciął krótko Remy. – Grasz taką kartą, jaką dostaniesz, cherie. Moce Danvers mogą kiedyś zniknąć.
- O co ci chodzi, Gambit? – spytała twardo.
- Och, chyba ktoś się zirytował – odparł Remy, siadając po turecku na łóżku. Jego oczy błyszczały nienaturalną wręcz czerwienią, o ile w przypadku jego oczy można było mówić o jakimś innym stanie niż „nienaturalny". – Pamiętaj, że gramy do jednej bramki, cherie – dodał.
- O co ci chodzi, Gambit? – powtórzyła zniecierpliwiona.
- Nie chciałabyś wrócić do pracy nad swoją mocą? – zapytał, unosząc brew. – Tą prawdziwą mocą? – dodał, patrząc na nią uważnie.
- Nawet gdybym chciała, a nie chcę, to i tak tutaj nie ma ku temu warunków. Bez telepaty—
- Tsk, tsk – zacmokał Remy. – W laboratorium Sinistra to nie telepata ci pomógł – patrzył na nią świdrującym wzrokiem – tylko ja. To ja cię ściągnąłem z powrotem, Rogue.
Nic nie odpowiedziała, patrzyła na niego, zastanawiając się, dokąd zmierza.
- Nie potrzebujesz kogoś, kto czyta w twoich myślach, tylko potrzebujesz kogoś, kto czyta w twoich emocjach, cherie – kontynuował.
- A ty potrzebujesz kogoś, kto przywróci się do świata żywych, jeśli przez przypadek – przesadnie zaakcentowała to słowo – cię z niego odeślę.
- Jeśli to jedyny problem, jaki widzisz, to bez problemu zorganizuję kogoś takiego – odparł szybko Remy, jakby bojąc się, że Rogue zaraz wycofa się z tego, co powiedziała.
- I ten ktoś wiedziałby, jaka jest moja prawdziwa moc i że nie umiem jej kontrolować ORAZ jednocześnie byłby w zasięgu twojej rodziny i Belladonny? Jesteś geniuszem taktyki, Remy – pokręciła głową.
- Okej – przytaknął Remy. – W takim razie – kontynuował po chwili zawahania – po załatwieniu sprawy z Belladonną i moją familią wrócę z tobą do Nowego Jorku i będziemy pracować nad twoją mocą pod okiem ludzi, którym ufasz, bien? I nie wyjadę, dopóki nie zapanujesz nad mutacją – dodał.
Rogue patrzyła na niego ze zmarszczonymi brwiami. Zastanawiała się, skąd w nim taka chęć poświęcenia się dla niej i dlaczego wyszedł z taką propozycją, mimo że niczego od niego nie chciała w zamian za pomoc. Podskórnie czuła, że czai się w tym drugie dno.
- Nie boisz się, że umrzesz z mojej ręki? – spytała wprost.
- Nie – odparł, nie zastanawiając się nawet przez jedno uderzenie serca.
Patrzyli na siebie intensywnie i gdy do Rogue powoli docierało, co się kryje między słowami Gambita, zadzwonił telefon.
Wypuściła z siebie powietrze i sięgnęła po swoją komórkę. Kątem oka zauważyła, że Remy nie jest zachwycony tym, że coś przeszkodziło w tej rozmowie.
- To McCoy – mruknęła w jego kierunku, po czym odebrała telefon. – Cześć, Hank – przywitała się. Ze zmarszczonym czołem słuchała, co miał jej do powiedzenia. – Tak, na pewno była – odparła po dłuższej chwili, zerkając na Remy'ego. – Może ma takie możliwości, jak Remy? – rzuciła do słuchawki, na co Gambit spojrzał na nią pytająco. Rogue nacisnęła przycisk na telefonie i z głośnika rozległ się głos doktora McCoya.
- …to nie jest coś, co potrafią mutanci, którzy dopiero co opanowali swoje moce. Postawienie barier telepatycznych wymaga dużej wprawy i miesięcy, jeśli nie lat, praktyki. Nie mówiąc już o tym, że według profesora Xaviera jest to element mutacji pana LeBeau, a nie coś do wyuczenia.
- Masz jakąś teorię na ten temat? – zapytała, rzucając zaniepokojone spojrzenie w kierunku Remy'ego.
- Panna Boudreaux nie jest mutantem – odparł McCoy. – To jest mój pierwszy strzał. Ale nie mogę zagwarantować, że jest to strzał celny. Na pewno pomocne by były również próbki krwi od niej samej, wtedy mógłbym powiedzieć coś więcej.
- Hank, nie chcę się czaić z igłą na zawodowego zabójcę – odpowiedziała Rogue, na co Remy milcząco przytaknął.
- Skądś musi czerpać moc. To może być jakiś przedmiot, źródło, może współpraca z innym, potężnym mutantem – wyliczał Hank, a w jego głosie było coraz więcej wątpliwości. – Faktem jest, że Cerebro jej nie widział. To jeszcze niczego nie przekreśla w kwestii mutacji, aczkolwiek zasiewa wiele dodatkowych wątpliwości do i tak podejrzanej sytuacji.
- Nie wiem jeszcze, co o tym myśleć, ale dziękuję, Hank – odpowiedziała Rogue.
- Nie ma problemu, Rogue. Czekam w takim razie na próbki tak zwanego zombie i życzę udanej nocy – odparł Hank.
Rogue pożegnała się i odłożyła telefon.
- Rozmawialiście sobie o mojej mutacji, cherie? Najpierw lokalizacja, teraz to – zauważył na poły żartobliwie Remy. – Zaczynam się niepokoić, że pod nosem powstaje konkurencyjna gildia.
- Przejrzałeś mnie – odparła beznamiętnie Rogue. – Tak naprawdę jestem tutaj po to, by rozbić was od środka i doprowadzić do tego, by Gildią Złodziei rządziła grupa nowojorskich mutantów na czele z nastolatkami w okresie dojrzewania.
- W samo serce, cherie – odpowiedział Remy, mrużąc oczy. – A tak serio?
- A tak serio to Cerebro nie zauważył, by jakikolwiek mutant pośredniczył w podrzucaniu wam zombiaków. Mało tego – Rogue sięgnęła po szminkę – Cerebro nie widział tutaj żadnego innego mutanta poza mną.
Rozsmarowała na ustach głęboki, ciemnoczerwony kolor, a tymczasem Remy przetrawiał to, co usłyszał.
- Mnie mógł faktycznie nie widzieć z powodu blokad – podjął po chwili – ale co z…
- …z Belladonną? – dokończyła Rogue. – No właśnie. Albo potrafi postawić równie mocne blokady, co ty, albo… sam słyszałeś. Według Hanka może nie być mutantem.
- Czyli miałaby nabytą moc. Sposób jej zdobycia zapewne łączy się z przyczyną wygnania jej z Gildii. Ależ by się tu przydał telepata – mruknął do siebie Remy.
Rogue mimowolnie spojrzała na swoje nagie dłonie, ale nie odezwała się ani słowem.
Wieczór był pogodny i rozkosznie ciepły, zupełnie tak, jakby to nie był październik, tylko nowojorski czerwiec. Rogue uśmiechnęła się do siebie – jak cudownie byłoby tutaj mieszkać na stałe, z dala od zimy, silnego wiatru i niskich temperatur. Przeczesała włosy, strzepnęła niewidzialny pyłek kurzu z szyfonowych rękawów jej bluzki i ruszyła pod rękę z Remym do samochodu, w którym siedzieli już Mercy i Henri.
- Fantastycznie wyglądasz – mruknął jej do ucha Remy.
- Muszę się starać za nas dwoje, szczurze błotny – odparła Rogue.
Usiedli oboje na tylnym siedzeniu czarnego lexusa.
- Jesteście wreszcie, gołąbeczki – przywitała ich Mercy z siedzenia kierowcy i odpaliła silnik. – Z Henrim zastanawialiśmy się, które z was potrzebowało tyle czasu na przygotowanie się. Oboje stawiamy na Remy'ego. – Rogue zauważyła w lusterku, jak Mercy mruga do niej porozumiewawczo.
- Cóż – zaczęła Rogue niewzruszonym tonem – okazuje się, że niedbała fryzura wymaga tak naprawdę wielu minut wysiłku – powiedziała, zerkając z uśmiechem na Remy'ego. On natomiast błysnął białymi zębami i przeczesał nonszalancko włosy. Tak naprawdę ta fryzura faktycznie tworzyła się sama i jedyne, co zrobił ten Cajun, to roztrzepanie palcami mokrych kosmyków po wyjściu spod prysznica. Życie jest takie niesprawiedliwe – pomyślała z niechęcią Rogue.
- Nadine zostanie z Charliem do północy, więc ja będę jak ten Kopciuszek, który ucieka z balu – oznajmiła, wyjeżdżając z posiadłości LeBeau. – Możemy wrócić we czwórkę, ale możemy się też rozdzielić. Henri, jeśli chcesz, nie musisz wracać ze mną – zwróciła się do męża.
- Będę śledził, jak rozwija się akcja – odparł Henri.
- Wieczór kawalerski dopiero przed wami, tak tylko przypominam – odpowiedziała Mercy. – Dzisiaj mamy podwójną randkę, więc na pewno nie liczcie na to, że odprawicie dziewczyny do domu, a sami pójdziecie w tango.
- Swoją drogą, Rogue – Henri zerknął na nią z przedniego siedzenia – będziesz miała swój wieczór panieński?
- Co za pytanie – prychnęła Mercy. – Oczywiście, że będzie miała.
Rogue przełknęła nerwowo ślinę. Do wieczoru panieńskiego konieczna była świadkowa panny młodej. Rogue nie chciała sobie wyobrażać, co by się działo w Instytucie, gdyby zadzwoniła do Kitty z pytaniem, czy mogłaby zostać jej drużbą. Ryk Logana pewnie byłby słyszalny aż tutaj.
- Prawdę mówiąc nie myślałam o tym – odpowiedziała dyplomatycznie. – Moja świadkowa ma bardzo napięty terminarz i nie wiem—
- Bzdury – przerwała jej brutalnie Mercy. – Sama ci wszystko zorganizuję i nawet jeśli miałybyśmy być tylko my dwie, to będzie to najlepsza noc w twoim życiu.
- Zapominasz o nocy poślubnej, Mercy – wtrącił Remy od niechcenia.
- Bynajmniej – odparła ze śmiechem Mercy.
Kolejna rzecz, o którą się nie zatroszczyli podczas tworzenia master planu. Ile ich jeszcze jest? – pomyślała z goryczą Rogue. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że Mercy będzie tropiła takie luki i taki był cel tego spotkania. Entuzjazm z niej opadł, a zamiast niego pojawiła się obawa, że to wszystko wysypie się jeszcze dzisiaj.
Mercy bez większego problemu zaparkowała pod samym wejściem do klubu, co – biorąc pod uwagę porę dnia – było wręcz nie do pomyślenia. Samo miejsce było jednym z tych ekskluzywnych klubów, gdzie na bramce stoi selekcjoner, a ceny alkoholu miewały trzycyfrowe kwoty. Ochroniarz wpuścił ich bez słowa do środka, jednak nie skierowali się ani do baru, ani do kameralnych stolików ukrytych w mroku, tylko ruszyli po nowoczesnych, szklanych schodach na piętro. Przeszli wąskim korytarzem, na końcu którego stał kolejny ochroniarz. Temu również wystarczył tylko rzut oka na nich, by wpuścić całą czwórkę za ciężką, czarną kotarę. Za nią znajdowały się szklane barierki, za którymi rozpościerał się widok na tańczących na dole ludzi. Szli wzdłuż nich, mijając ekskluzywne loże z siedzeniami obitymi aksamitem i tak padającym światłem, że ledwie było widać siedzących w nich ludzi. Dotarli wreszcie do loży leżącej po drugiej stronie, idealnie naprzeciw wejścia.
Jeszcze nim zdążyli dobrze usiąść, pojawiła się kelnerka – wysoka, smukła blondynka, ubrana w czarny gorset i obcisłe, skórzane spodnie.
- Dobry wieczór, pani LeBeau – zwróciła się bezpośrednio do Mercy. – Życzą sobie państwo już teraz coś zamówić? – spytała z uprzejmym uśmiechem pozostałych gości.
- Dwa razy whisky on the rocks, dla mnie Shirley Temple, a także… – Mercy zawahała się, zatrzymując spojrzenie na Rogue – …niech będzie Aperol Spritz.
Rogue już miała protestować, ale kelnerka skinęła głową i odwróciła się na pięcie. Nie to, że Rogue nigdy nie piła alkoholu – oczywiście, że piła. Ale po pierwsze, nie były to te podstępne kolorowe drinki, które pijesz jak soczek, by później znienacka wylądować z głową przewieszoną przez muszlę sedesu, a po drugie – obawiała się, że po alkoholu rozwiąże się jej język i wyśpiewa Mercy wszystko.
Spojrzała z niepokojem na Remy'ego, który najwyraźniej nie domyślił się, co się dzieje teraz w jej głowie, bo tylko uśmiechnął się do niej ciepło. Siedziała spięta, z dłońmi splecionymi na udach wyglądała jak uczennica, którą zaraz przyłapią na przebywaniu w niedozwolonym dla niej miejscu. Remy musiał chyba wyczuć, że coś się dzieje, bo przysunął się do niej i objął ramieniem. Subtelny zapach perfum i ciepło jego ciała w pierwszej chwili jeszcze bardziej przyspieszyły bicie jej serca, ale jednocześnie dodały otuchy. Przypomniała sobie, że są w tym razem.
- To nasza pierwsza randka od porodu – zaczęła Mercy, ściskając dłoń Henriego. – Cały czas mam wrażenie, że zaraz pojawi się tu Nadine i poda mi Charliego, mówiąc, że ona już sobie nie daje z nim rady. Przysięgam, że w tym tłumie słyszę jego płacz.
- To jest ten tak zwany instynkt macierzyński? – spytał Remy, a Rogue poczuła dreszcze na ciele, gdy uświadomiła sobie, jak blisko niej są jego usta.
- Raczej psychoza pieluszkowa – zażartował Henri, na co oberwał kuksańcem od Mercy.
- Może miałbyś więcej zrozumienia dla mnie, gdybyś nie wychodził tak często na nocną zmianę do pracy – odparła. – Przysięgam, odkąd mały się urodził, Henri nagle stał się nad podziw pracowity.
- Odkąd mały się urodził, strasznie się nie wysypiam. To jest takie męczące – przekomarzał się Henri.
- Czyżby? – rzuciła mu prosto w twarz Mercy. – Nie śmiej się, Rogue, ciebie to samo czeka. Jak to mówią: mężczyzna ma zbudować dom, posadzić drzewo i spłodzić syna. A później ty to sprzątaj, podlewaj i wychowuj.
- Kiedy ostatnio sprzątałaś dom, żabko? – zapytał ze śmiechem na ustach Henri. W międzyczasie kelnerka przyniosła zamówione drinki. Przed Rogue postawiła koktajlowy kieliszek wypełniony pomarańczowym płynem i przyozdobiony plastrem pomarańczy.
- Wtedy, gdy sadziłeś drzewo – odparła ze śmiechem Mercy. Dwójka jeszcze chwili przerzucała się hermetycznymi dowcipami, które tylko oni rozumieli. Rogue zerknęła na Remy'ego, sądząc, że ten pewnie obserwuje swojego brata i bratową. Remy jednak wpatrywał się w nią. Spuściła wzrok onieśmielona.
- Możesz to wypić, nikomu nie powiem – powiedział cicho.
- A gdzie tym razem mam ci towarzyszyć w zamian za twoje milczenie? – spytała, wywołując na jego twarzy bardzo dwuznaczny uśmiech.
- W sypialni już mi towarzyszysz, więc podbijam stawkę: piętro niżej, na parkiecie – odpowiedział, obserwując jej reakcję. Rogue uniosła brew, po czym uśmiechnęła się uwodzicielsko.
- Wolałabym już kompletnie pijana na oczach Logana narzygać mu na buty – odpowiedziała słodko, na co Remy szeroko się uśmiechnął.
- Zapytam o to samo za jakieś dwa drinki, cherie – odparł, upijając łyk swojej whisky.
- No tak, wstawiona Rogue będzie dla ciebie mniejszym wyzwaniem, szczurze błotny – odpowiedziała, również sięgając po swój drink. Był słodko-gorzki, z przyjemną, ziołową nutą i łaskoczącymi w podniebienie bąbelkami.
- Każda Rogue jest wyzwaniem, ale tą wstawioną dobrze się prowadzi w tańcu – mruknął, odstawiając szklaneczkę, a Rogue z rumieńcem na twarzy przypomniała sobie bal u senatora. – Henri, znalazłeś już coś na wypad do Papillon Noir?
- Mój zespół nad tym pracuje. Chyba wytypowaliśmy najsłabsze ogniwo, więc na dniach zaczniemy szantaże, oszustwa i rozboje.
Remy roześmiał się szczerze, jakby usłyszał przedni żart. Musiał to być ich żargon, rozumiany jedynie wśród członków gildii. No bo chyba to nie były dosłowne plany?
- Panowie, jeśli chcecie rozmawiać o pracy, to najlepiej przestańcie – upomniała ich Mercy, zerkając na Rogue.
- Prawdę mówiąc to chciałbym na chwilę zabrać Remy'ego – odparł już poważniejszym tonem Henri. – Musimy coś omówić z szefem ochrony.
Mercy obrzuciła go pełnym dezaprobaty spojrzeniem.
- Diego pewnie jest na dole – odpowiedziała zrezygnowanym tonem.
- Za chwilę wrócę – wyszeptał Remy na ucho Rogue, po czym podniósł się i ruszył za Henrim. Mercy odprowadzała ich wzrokiem, po czym odwróciła się do Rogue z grymasem wściekłości na twarzy.
- To jest takie irytujące – zaczęła, a Rogue już wiedziała, że za chwilę będzie świadkiem wybuchu swojej teoretycznie przyszłej szwagierki. Upiła kolejny łyk drinka. Był przepyszny. – To miała być nasza randka, pierwsza od kilku miesięcy, a ten ledwie usiadł i już rusza załatwiać jakieś swoje interesy. Dobrze ci radzę, Rogue, na samym początku postaw Remy'emu jasno sprawę i rozdzielcie grubą kreską życie rodzinne od pracy w gildii.
- To chyba będzie trudne, skoro mieszkamy na terenie miejsca pracy – odparła Rogue, unosząc brew i upijając kolejny łyk drinka.
- Zwłaszcza z sapiącym Jean Lukiem nad uchem – dodała markotnie Mercy. – Dużo na was spadnie po ślubie – powiedziała, unosząc wzrok i patrząc uważnie na Rogue. – Nie masz pojęcia, jak się z tego powodu cieszę.
- Dz-dzięki – odpowiedziała zaskoczona Rogue.
- Nie rozumiesz mnie – rzekła Mercy, na co Rogue gorąco przytaknęła, popijając swojego drinka. – Henri miał swój pomysł na gildię. Chciał usprawnić wiele mechanizmów, które teraz działają wadliwie, zmienić strukturę władzy i podział obowiązków, no słowem: wprowadzić gildię w XXI wiek. Ale Jean Luc nie zgodził się na żadne zmiany, dopóki on jest przywódcą. Uparty z niego typ, zresztą sama zobaczysz. Natomiast jak tylko Remy obejmie stery, te zmiany będą możliwe. Będą one żmudne, czasochłonne, ale są konieczne, jeśli nie chcemy, by zjadła nas nasza własna biurokracja i chęć trzymania wszystkich srok za ogon.
- A czemu Henri nie chciał stanąć na czele gildii, skoro ma tyle pomysłów na jej rozwój? – spytała Rogue.
- Budowanie pozycji nowego mistrza gildii, gdy ma się małego synka, jest trudne. Pomijając już to, że dziecko wymaga obecności ojca, to na dodatek Charlie mógłby stać się celem ataków naszych przeciwników. Remy startowałby z czystą kartą. Jeszcze kiedy sądziliśmy, że on i Belladonna stworzą jakąś swoją wynaturzoną wersję małżeństwa, cieszyliśmy się, że odpadnie nam chociaż wrogość ze strony Asasynów. Natomiast kiedy pojawiłaś się ty, to trochę tak, jakbyśmy wygrali los na loterii.
- Los na loterii? – powtórzyła Rogue.
- Jesteś X-Menką, masz moce, dzięki którym byłabyś w stanie sama zrównać z ziemią gildię zabójców, o innych naszych nieprzyjaciołach nie wspominając. No i masz za sobą całą armię równie silnych mutantów. Z tobą ta gildia jest potężna, a my jesteśmy bezpieczni – odparła, uśmiechając się łagodnie.
Rogue poczuła, jak w żołądku formuje jej się olbrzymia bryła lodu.
- Nie mówiąc już o tym, że może wreszcie pozbędziemy się stąd Belladonny – wywróciła spojrzeniem Mercy. – Nigdy za nią nie przepadałam, nawet w czasach, kiedy Remy się z nią umawiał.
- Ale chyba reszta rodziny ją lubi, skoro nadal tutaj przebywa – zauważyła Rogue.
- Jesteśmy trochę związani w tej sytuacji – przyznała szczerze Mercy. – Niby Marius ją wygnał, ale gdyby włos jej spadł z głowy, to miałby gotową wymówkę do wypowiedzenia otwartej wojny, na którą się czai od czasu tragedii na ślubie Belli i Remy'ego. A na razie nie możemy sobie pozwolić na taką wojnę. A przynajmniej do momentu waszego ślubu. – Mercy uśmiechnęła się znad swojego drinka.
- Jest tu jakieś ustronne miejsce, gdzie mogłabym się przewietrzyć? – zapytała nagle Rogue.
- Pomiędzy naszą lożą a schodami na dół jest wyście na taras. Powiedz ochroniarzowi, że jesteś ode mnie, a wpuści cię tam.
- Przepraszam, że zapytam: musisz być kimś strasznie ważnym w tym miejscu, prawda? – zapytała Rogue, na co Mercy uśmiechnęła się promiennie.
- Jestem właścicielką tego klubu – odparła, z gracją mieszając swój bezalkoholowy drink.
Widok z tarasu obejmował część Francuskiej Dzielnicy, skąd docierały śmiechy i głośne rozmowy wkomponowane w dźwięki trąbki i saksofonu. Miejsce tętniło życiem, a przez szerokie alejki przewalały się tłumy bawiących się ludzi.
Rogue stała oparta łokciami o balustradę i choć jej wzrok spoczywał na rozświetlonych ulicach, to myślami była gdzie indziej. Czuła się przytłoczona wszystkim tym, co powiedziała jej Mercy. Cały ten plan pomocy Remy'emu robił się coraz bardziej skomplikowany, a jego relacje rodzinne zdawały się mieć nie tyle drugie dno, co trzecie i czwarte. Miała wrażenie, że jest oblepiona lepką pajęczyną powiązań, niedomówień, tajemnic i prywatnych wojenek prowadzonych na wielu polach.
Tęsknota za Instytutem spłynęła na nią tak niespodziewanie, że aż się wzdrygnęła. Tam, mimo wszystko, czuła się odrębną jednostką, która ma prawo do własnych decyzji i respektowania granic. Tutaj – miała wrażenie – była tylko pionkiem na szachownicy, na którego nakładano coraz więcej zobowiązań.
Przerastało ją bycie narzeczoną Remy'ego LeBeau. Przerastało ją, że ta cała mistyfikacja niosła dotkliwe skutki dla rodziny Remy'ego. Oni naprawdę myśleli o niej jak o żonie słynnego Księcia Złodziei i zdążyli zbudować na tych fundamentach wyobrażenia o ich własnej przyszłości.
Westchnęła ciężko.
- Czyżby małej cherie było już dość drinków? – usłyszała za sobą rozbawiony głos Remy'ego.
Bez ściemy – przyrzekła sobie.
- Nie dam rady, Remy – powiedziała wprost, kiedy stanął obok niej.
- Chcesz już wracać? – spytał, opierając się plecami o balustradę.
- Tak, chcę wracać – przytaknęła i po nabraniu powietrza w płuca dodała: – Chcę wracać do Instytutu.
Na twarzy Remy'ego nie widać było żadnych emocji. Obserwował ją wnikliwie przez dłuższą chwilę, po czym pokiwał głową.
- Bien – powiedział. – A co wpłynęło na twoją decyzję? – zapytał nieco zbyt szybko i nieco zbyt wysokim głosem.
- Oni naprawdę patrzą na mnie jak na przyszłego członka rodziny, Remy – odparła, szukając zrozumienia w jego oczach. – Nie potrafię dalej grać, wiedząc, jak dużo nadziei pokładają w to małżeństwo.
Remy zagarnął twarz w dłonie, po czym – z przekleństwem na ustach – przeczesał nimi włosy. Wydawał się być jednocześnie rozbawiony i wściekły.
- Oni robią z tobą dokładnie to, co ze mną, Rogue – powiedział, patrząc jej znowu w twarz. – Nakładają na ciebie coraz więcej zobowiązań i próbują wpędzić w odpowiedzialność za ich życia.
Zamilkł, szukając odpowiednich słów.
- To jest Gildia Złodziei, cherie – podjął, opierając dłoń na jej ramieniu. – Mercy jest tak samo przebiegła i cwana jak cała reszta familii. Jesteśmy jak karaluchy, które nawet po wybuchu bomby atomowej są w stanie jakoś przetrwać i znaleźć nowy sposób na życie. Oni wszyscy teraz szukają nowego sposobu na życie, bo JA postanowiłem się nie podporządkować. Cokolwiek nie padło z ust mojej bratowej, mogę zagwarantować, że to tylko jeden z jej sposób na znalezienie wyjścia z sytuacji i nawet jeśli w jednej chwili zaproponowałaby ci przyjaźń na całe życie, to równie szybko mogłaby ci wbić nóż w plecy, jeśli tylko byłoby to dla niej opłacalne. Nie daj się zwieść, Rogue.
- Ona widzi w nas szansę na bezpieczne życie jej dziecka – odparła z ciężkim westchnięciem. – Nie powinno się wprowadzać w takie równania małych dzieci, to jest niesprawiedliwe – dodała z goryczą.
- Charlie jest lepiej chroniony niż prezydent USA – powiedział poważnym tonem Remy. – Wciąganie go w te bajki było bardzo niskim zagraniem z jej strony.
Rogue przygryzła wargę.
- To co mam teraz robić? – spytała.
- Dobrze się bawić, cherie – odparł Remy, unosząc kącik ust.
- Logan dostałby apopleksji, gdyby dowiedział się, jak dobrze się tu bawię – mruknęła, spuszczając wzrok.
- To niech nie wie – wzruszył ramionami Remy. – Co się stało w Nowym Orleanie, zostaje w Nowym Orleanie, bien? – Uniósł palcem wskazującym jej podbródek tak, aby spojrzała na niego. – Zabawę możesz zacząć za moment, bo widzę, że Mercy i Henri tutaj idą. To jak, cherie, nadal chcesz wracać?
Rogue uśmiechnęła się szeroko i objęła go w pasie, przysuwając się do niego bardzo blisko. Stanęła na palcach i wyszeptała mu prosto do ucha:
- Mam serdecznie dosyć twojej rodziny i twojej eksnarzeczonej. Odegrajmy się na nich wszystkich i wracajmy do Nowego Jorku.
Nie widziała jego twarzy, ale czuła, jak zadrżały mu ramiona od powstrzymywanego śmiechu.
- Zniszczymy ich wszystkich – powiedział jej wprost do ucha entuzjastycznym tonem.
- Gołąbeczki – usłyszeli za sobą głos Mercy – dość tych czułych słówek, idziemy się bawić.
Odwrócili się do niej i zobaczyli, że zarówno Henri, jak i Mercy, przynieśli dodatkowe drinki: whisky dla Remy'ego i Aperol Spritz dla Rogue. Rogue sięgnęła po swój z lekkim zawahaniem. To był już trzeci kieliszek, a wieczór jeszcze się nawet dobrze nie rozpoczął.
- W tej waszej szkole pewnie często imprezujecie? – Henri zwrócił się bezpośrednio do niej. Rogue najpierw pomyślała o ostatnich miesiącach, kiedy nie miała ochoty nawet wychodzić ze swojego pokoju, a później cofnęła się jeszcze dalej: do czasów, gdy uczniom nie można było opuszczać Instytutu bez mentorów z uwagi na brutalne prześladowania mutantów. Zdławiła gorzką uwagę, upiła nieco drinka i uśmiechnęła się do przesady słodko.
- Tam trwa jedna wielka impreza przerywana ratowaniem świata – odparła, czując, jak zaczyna przyjemnie jej szumieć w głowie.
- To dlatego ci się tam tak bardzo spodobało – wtrąciła Mercy, posyłając Gambitowi rozbawione spojrzenie.
- Znajdzie się jeszcze kilka innych powodów – odparł Remy, obejmując Rogue w talii. Wszyscy powolnym krokiem skierowali się ku drzwiom. W środku panował półmrok, rozświetlony jedynie listwami usytuowanymi wzdłuż balustrady z widokiem na parter oraz światłami z dołu, gdzie tłumy bawiły się przy agresywnej, rytmicznej muzyce, która na piętrze brzmiała jak zlepek basów. Mercy i Henri szli przodem i już siadali w loży, gdy muzyka nagle się zmieniła. Początkowo słychać było tylko ciszę, ale już po chwili okazało się, że były to ciche – w porównaniu z basami – dźwięki gitary, do której dołączył wokal. Rogue stanęła zaskoczona. Choć to było trudne w tych warunkach, bez trudu rozpoznała utwór.
- A-ale jak…? – zwróciła się bezpośrednio do Gambita. Ten nic nie odpowiedział, a jedynie chwycił ją za rękę i pociągnął ją za sobą w kierunku schodów na parter.
Na parkiet weszli akurat w momencie, gdy zaczęła grać perkusja. Tłum, który jeszcze kilka chwil temu się tam bawił, rozrzedził się, dzięki czemu bez większych problemów przeszli na sam środek.
- Najdłuższa możliwa wersja – wyszeptał jej Remy, gdy już objęci poruszali się w rytm muzyki.
- To nie jest bootleg, więc to nie jest najdłuższa wersja – odparła Rogue, nawet nie otwierając oczu.
Była rozluźniona, łagodny uśmiech nie schodził jej z twarzy, napawała się ciepłem i zapachem Remy'ego, który obejmował ją w talii. Miała wrażenie, że cały świat się zatrzymał tylko dla niej, że istnieje tylko tu i teraz, a wszystkie problemy, którymi martwiła się jeszcze kilkanaście minut temu, to tylko nieważny pyłek. Alkohol podsycał tę błogość, podbijał każdą przyjemną nutę i wyłączał po kolei każdy bezpiecznik zamontowany w skorupie, w której siedziała tyle lat. Czuła się tak po raz pierwszy w życiu, mimo że to przecież nie był pierwszy raz, kiedy piła coś wysokoprocentowego. Najwidoczniej ważne było nie tylko to, co pije, ale również z kim i gdzie.
Piosenka jednak musiała się kiedyś skończyć i Rogue przyjęła to z westchnieniem.
- Możemy jeszcze nie wracać na górę, cherie – mruknął jej do ucha Remy, wciąż ją obejmując, mimo że grał już kolejny utwór, mający niewiele wspólnego z rockową balladą.
- Ludzie wracają na parkiet, szczurze błotny – odparła z rozczarowaniem. – To nie jest miejsce dla mnie.
Remy chwycił ją za rękę i przeprowadził przez tłum. Nadal trzymał ją za rękę, gdy weszli po schodach i skierowali się do loży, w której czekali na nich Henri i Mercy.
Jak się okazało, nie tylko oni.
Na miejscu Rogue siedziała brunetka z krótkimi włosami i dziwnie znajomą twarzą. Rogue zajęło dłuższą chwilę rozpoznanie, kim ona była. Słabe światło i alkohol jej w tym nie pomagały.
- Co tu robisz? – usłyszała ostry ton w pytaniu Remy'ego i dopiero wtedy zrozumiała, kim była ta kobieta.
- Belladonna? – mruknęła do siebie, marszcząc czoło. Faktycznie, to była ona. Czarne, proste włosy sięgające podbródka wyostrzyły jej rysy twarzy. Z czerwonymi ustami, mocno podkreślonymi oczami i panującym wokół półmroku wyglądała jak karykatura Mii Wallace z Pulp Fiction.
- Właśnie tłumaczyłam Mercy i Henriemu, jak bardzo potrzebowałam wyjścia na miasto – oznajmiła szczebioczącym głosem, od którego Rogue przewróciło się w żołądku. – Słuchając jednak tego rzępolenia sprzed chwili zastanawiam się, czy nie wrócić – zaśmiała się, teatralnie gestykulując dłonią.
- Właśnie, co to było? – spytała Mercy, zwracając się do Rogue i Remy'ego.
- Deep Purple – odparła krótko Rogue, nie odwracając wzroku od Belli.
Belladonna coś mruknęła do siebie, a Mercy wymieniła się jakimś hermetycznym komentarzem z Henrim.
- To idź stąd i wracaj do domu – odezwał się wreszcie Remy. Wciąż razem z Rogue stali obok stolika, zaskoczeni sytuacją. – Najlepiej do swojego – dodał ostro. – Jean Luc o tym wie? – zwrócił się do Henriego.
- Ja nie mam z tym nic wspólnego – Henri uniósł ręce w obronnym geście.
- No bez przesady, że będę kogoś pytała o zdanie przed wyjściem z domu – odparła lekceważąco Belladonna. Remy pochylił się ku niej, opierając się dłońmi o stolik.
- Czy przypadkiem nie chciałaś się ukryć w naszej posiadłości przed ludźmi twojego ojca? – spytał jadowitym tonem. – Czy przypadkiem nie chcesz nas opuścić tylko dlatego, że się ich boisz? – wyprostował się i spojrzał na nią ze wstrętem. – Nie mówiąc już o tym, że swoim bezdennie głupim zachowaniem sprowadzasz niebezpieczeństwo na moją rodzinę.
Belladonna patrzyła na niego wyzywająco, jednak po chwili zmarszczyła brwi i skuliła się w sobie. Wyglądała teraz jak zmęczona, wystraszona, przygnębiona życiem kobieta.
- Przepraszam – powiedziała wreszcie, patrząc na Remy'ego błagalnie. – Ja po prostu potrzebowałam już tego wyjścia… Tyle miesięcy siedzenia w domu sprawia, że zaczynam wariować – dodała, opuszczając ramiona i uciekając wzrokiem gdzieś w bok.
Dajcie jej Oscara – pomyślała Rogue, upijając łyk drinka, który już na nią czekał. Z jakiegoś powodu nie czuła wściekłości na widok Belladonny i teraz sącząc kolorowy napój zerkała to na nią, to na coraz bardziej zirytowanego Remy'ego. Traktowała to jak kolejną scenę w tym całym teatrzyku, który rozgrywali dla rodziny Gambita, choć coraz trudniej było jej się oprzeć wrażeniu, że nie tylko oni byli aktorami.
- I wychodzisz akurat wtedy, kiedy my i akurat tam, gdzie my? – Rogue z zaskoczeniem spojrzała na Henriego, który zadał to pytanie. Tego się nie spodziewała: oto kolejny aktor w tym spektaklu.
- No przecież nie pójdę tam, gdzie mogłabym spotkać ludzi z mojej familii – wyjaśniła Belladonna. Rogue zauważyła, jak dziwnie błyszczy się jej peruka w tym świetle. Siłą powstrzymywała się przed dotknięciem jej włosów, by poczuć, jak bardzo są syntetyczne.
- Szkoda, może nastąpiłoby rodzinne pojednanie – wycedził przez zęby Remy.
- Przepraszam, że chciałam choć na chwilę przestać się czuć jak cholerny więzień – odparowała Belladonna. Rogue katem oka zauważyła, jak dyskretnie podchodzi jeden z ochroniarzy. Natychmiast spojrzała na Mercy, która również zauważyła poruszenie wśród obsługi. Niemal niezauważalnie pokręciła głową i ochroniarz odszedł.
Remy już chciał coś powiedzieć, gdy do rozmowy włączyła się Mercy.
- Przestańcie zwracać na siebie uwagę – powiedziała, patrząc prosto na Remy'ego. – Nie powinno jej tu być, zgoda, ale skoro już jest, to zachowujmy się jak cywilizowani ludzie.
Oooo tak – pomyślała z satysfakcją Rogue. – Znalazła się mediatorka.
Nie wiedziała czemu, ale miała ochotę się roześmiać. Cała ta scenka wyglądała tak absurdalnie i miała nawet powiedzieć, że już mogą przestać udawać i jasne, niech Belladonna po raz kolejny spróbuje zdyskredytować ją w oczach Remy'ego, a jego samego uwieść, a na sam koniec niech uprawiają dziki seks na tym stoliku, a Mercy i Henri niech im gorąco dopingują, by stworzyli małego słodkiego dziedzica, który przypieczętuje sojusz między dwiema zwaśnionymi gildiami.
Zamiast tego upiła kolejny łyk drinka.
- Usiądźcie – rozkazała Mercy. Belladonna przesunęła się, robiąc im miejsce. Rogue zauważyła, że Remy patrzy na nią pytająco. Wzruszyła ramionami i usiadła na swoim miejscu, mając teraz po lewej stronie Belladonnę, a po prawej zirytowanego Cajuna. Dajcie mi tu jeszcze wkurzonego Logana – pomyślała, ledwie powstrzymując wybuch śmiechu.
- Dobrze się bawisz, Remy? – spytała go, chichocząc. Spojrzał na nią ciężko, po czym westchnął i objął ją w talii. Przysunęła się bliżej, tak, że stykali się udami.
- Z tobą zawsze, cherie – odparł zmęczonym tonem.
Trzy drinki później Rogue jakimś cudem znalazła się zupełnie sama z Belladonną. Remy wziął Mercy na rozmowę, a Henri zapewne chciał dyskretnie sprawdzić, czy przypadkiem nie będzie musiał wkroczyć z odsieczą – swojemu bratu bądź żonie.
- O co chodzi z tymi włosami? – spytała pogardliwie Belladonna, taksując ją wzrokiem. – Masz na głowie kitę skunksa, czy to był jakiś zakład, który przegrałaś?
- Odważne stwierdzenie jak na kogoś, kto ma burzę poliestru na głowie – odparła neutralnym tonem Rogue, popijając swojego drinka, w ogóle nie obdarzając Belladonny spojrzeniem. Ten wieczór był dziwny, nawet jak na jej standardy. Miała ochotę wyjść stąd i odpocząć od całej rodziny LeBeau (i niegdysiejszych narzeczonych członków tej rodziny), ale ani nie znała miasta, ani nie mogła zostawić Remy'ego zupełnie samego. Pozostało jej tylko czekać do zakończenia tego upiornego wyjścia.
- Na eBayu ta peruka wyglądała lepiej – przyznała rację Bella. – Ale nie uważam, by była dużo gorsza od tego, co ty masz na głowie – dodała, wskazując palcem na Rogue. Ta jedynie wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok gdzieś przed siebie, wypatrując Remy'ego.
Przez chwilę panowała przy stoliku cisza.
- Pewnie się gzicie w sypialni Remy'ego całymi dniami – stwierdziła Belladonna takim tonem, jakby to była największa zbrodnia ludzkości. Zupełnie, jakby Rogue słyszała Logana. Zarzut był absurdalny, ale przecież nikt nie wiedział, że Rogue nie może nawet szturchnąć Remy'ego z łokcia, jeśli nie ma wystarczająco długich rękawów.
- Chyba wolałam rozmawiać o moich włosach – mruknęła Rogue, próbując powstrzymać wypełzający na twarz zdradliwy rumieniec.
- Nie udawaj takiej cnotliwej – żachnęła się Belladonna. – Wiem, jaki jest i co potrafi Remy. A potrafi dużo – pokiwała głową, a poliestrowe włosy zafalowały nienaturalnie. – Zresztą, co ja ci będę mówić, sama wiesz – dodała, a Rogue nerwowo przełknęła ślinę.
Przecież nie będzie cię wypytywać o szczegóły seksu z Gambitem – próbowała się uspokoić w myślach Rogue.
To byłoby absurdalne – dodała, nerwowo zaczesując włosy za ucho.
- Wolisz, kiedy używa palców, czy języka? – zapytała Belladonna takim tonem, jakby pytała, czy na śniadanie lepiej zjeść omleta czy może jednak jajecznicę.
Dlaczego się na to wszystko zgodziłam? – załkała w myślach Rogue. Rozmowa o seksie z Remym – nawet jeśli jedynie delikatnie muskała ten temat – była dla niej do przeskoczenia. Mogła jedynie teoretyzować, bo ze wspomnień osób, które wchłonęła, znała jedynie strzępki tego, co się może dziać w sypialni.
Nie musisz odpowiadać na każde jej pytanie – usłyszała w głowie cichutki głosik Remy'ego. – To nie jest teleturniej, Roguey!
- Wolę, kiedy swój nos trzymasz z dala od naszej sypialni – odpowiedziała spokojnym, ale zdecydowanym głosem.
- Chciałabym – Belladonna zmarszczyła nos – ale ty ciągle krzyczysz. Skoro nie możesz się powstrzymać od głośnego krzyku w środku nocy, to pomyślałam, że chcesz się podzielić waszymi ekscytującymi łóżkowymi przygodami. To jak: rączka czy język?
Rogue przełknęła ślinę, wpatrując się w uśmiechniętą Belladonnę. Jeśli słychać jej krzyk w nocy, to znaczy, że koszmary wróciły. Jeśli tak, to dlaczego Remy nic o tym nie wspominał? I dlaczego ona sama się nie wybudzała? Może pora znowu przyjmować tabletki od profesora?
I jakim cudem krzyki spowodowane koszmarami przypominają Belladonnie okrzyki wydawane podczas seksu? Co jest nie tak z tą dziewczyną?
- Rączka i język – odburknęła Rogue na odczepnego, próbując przywołać jakiekolwiek wspomnienia z ostatnich nocy. Belladonna tymczasem triumfalnie uniosła rękę w górę i się zaśmiała.
- Wiedziałam! – wykrzyknęła. – Seks z Remym jest jedną z rzeczy, za którymi najbardziej tęsknię. Nikt tak nie rozumie kobiety, jak on.
Rogue miała już dosyć słuchania o seksie z Remym. Miała dosyć słuchania Belladonny. W swojej głowie nie umiała znaleźć określenia na tę kuriozalną sytuację, gdzie rozmawia o seksie ze swoim narzeczonym z jego byłą dziewczyną. Znając życie Finowie lub Eskimosi mają na to swoje określenie, ale żeby zagmatwać jeszcze bardziej, należałoby dodać, że seks z jej narzeczonym nie istniał, bo przez przypadek Rogue mogłaby go zabić albo – w najlepszym wypadku – pozbawić go przytomności.
- …więc jeśli nie miałabyś nic przeciwko, to bym z chęcią wpadła do niego na kilkanaście minut. – Z zamyślenia wyrwało ją paplanie Belladonny.
- C-co? – Rogue zmarszczyła czoło i spojrzała z niedowierzaniem na Bellę. – Chcesz uprawiać seks z moim narzeczonym i pytasz mnie o zgodę?
- Też jestem zdziwiona tym faktem, normalnie bym nie pytała – wzruszyła ramionami Bella.
- Co ty… w ogóle jak… Jakim cudem?! – Rogue nie potrafiła zebrać w słowa wszystkich myśli, które przelatywały jej przez głowę. Słyszała też reakcje świadomości, które zaabsorbowała i mogła przysiąc, że najgłośniej się śmiał pewien zbyt pewny siebie Cajun. – Nie wiem, do jakich standardów jesteś przyzwyczajona, ale w tym kręgu cywilizacji nie dzielimy się narzeczonymi – powiedziała wreszcie, na co Belladonna sceptycznie pokręciła głową.
- No masz trochę racji – powiedziała w końcu. – Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy Remy zarzucił mi, że się puszczam, gdy już byliśmy narzeczeństwem.
- A puszczałaś się? – spytała Rogue, unosząc brew. Z ulgą zauważyła, że kelnerka przyniosła kolejne drinki. Sięgnęła po swój, zastanawiając się, czy jest już w najbardziej irracjonalnym punkcie tej rozmowy, czy jeszcze wszystko przed nią.
- Trochę – wzruszyła ramionami Bella bez cienia wstydu czy żenady.
Rogue patrzyła na nią w milczeniu.
- Ale po każdej kłótni czekał nas seks na zgodę, więc trochę ciężko było mi zrezygnować z tego puszczania się – dodała Bella.
- W tej pokrętnej strategii widać jakiś przebłysk logiki – mruknęła do siebie Rogue.
- Z nikim innym nie miałam lepszego seksu niż z Remym i teraz ci tego zazdroszczę – powiedziała poważnym tonem Belladonna, pochylając się lekko ku Rogue. Ona sama siedziała zażenowana i modliła się, by wreszcie Belladonna weszła w swoją rolę i zaczęła ją kąsać złośliwymi uwagami. Zamiast tego w jej głosie słyszała najzwyklejszą na świecie zazdrość pomieszaną z tęsknotą. A to wszystko w gęstym sosie seksualności, o której Rogue praktycznie – dosłownie praktycznie – nic nie wiedziała.
- Mattie ma ten swój kubański, mahoniowy stoliczek, na którym stawia święte figurki… – znienacka zaczęła Bella, ale Rogue wiedziała, do czego to zmierza. Już miała zaprotestować, gdy zdała sobie sprawę z tego, że właśnie wchodzi w rolę narzuconą przez Belladonnę: zirytowanej, może wściekłej narzeczonej, która w akcie zazdrości albo palnie coś głupiego, albo przynajmniej zepsuje wszystkim wieczór. Więc zamiast zaprotestować, upiła drinka, zaczesała grzywkę za ucho i spojrzała z uśmiechem na Belladonnę.
- Musisz być bardzo sfrustrowana seksualnie, że wciąż rozpamiętujesz seks z moim narzeczonym – powiedziała ze współczuciem. – Tyle miesięcy spędziłaś zupełnie sama w posiadłości LeBeau, bez przyjaciół, rodziny i bez choćby odrobiny sympatii, już nie mówiąc o jakichś głębszych uczuciach. Codziennie patrzyłaś, jak Remy cię ignoruje albo odgania jak natrętną muchę – Rogue miała nadzieję, że tak właśnie było, a po minie Belladonny można było przypuszczać, że bardzo się nie pomyliła – mając gdzieś to, co was łączyło. To musiało być trudne dla ciebie, prawda Belladonno? – zapytała, po czym upiła swojego drinka, nadal z uprzejmością patrząc na Belladonnę, która teraz wyglądała jak woskowa figura.
Przez chwilę obie kobiety milczały, taksując się wzrokiem.
- Nie wiem, jakim cudem takie coś jak ty mogło zwrócić na siebie uwagę Remy'ego – odezwała się wreszcie Belladonna. – Nie masz w sobie nic.
- To wciąż więcej niż masz ty – odparła Rogue, wzruszając ramionami. – I tak, gzimy się całymi godzinami – dodała z fałszywym uśmiechem, który próbowała utrzymać jak najdłużej, ale nieznośnie ukłucie w sercu jej to uniemożliwiało. Odwróciła głowę od Belladonny i przeniosła wzrok na jakiś daleki punkt po drugiej stronie pomieszczenia. Seks jest ważny w związku. Seks był ważny dla Remy'ego i w dużej mierze tylko on przez długi czas cementował jego związek z Belladonną. Rogue w tym temacie nie miała mu nic do zaoferowania. I mimo że nawet nie rozważała czegoś takiego, jak nieudawany związek z Remym, to było jej niewygodnie z tą myślą.
Dobry humor gdzieś prysł i czuła, że kolejne drinki pogrążają ją w podłym nastroju. Nawet gdy Remy wrócił do stolika, potrafiła jedynie zdobyć się na przelotny uśmiech. Gdy wreszcie Mercy zaczęła zbierać się do wyjścia, poczuła olbrzymią ulgą i z trudem powstrzymywała swój entuzjazm, gdy nadeszła chwila opuszczenia tego klubu.
Cała piątka ruszyła na parking. Rogue straciła już rachubę, jeśli chodzi o wypite drinki, więc jej krok był nieco chybotliwy i tylko mocne ramię Remy'ego chroniło ją przed kompromitującym upadkiem. Mimo wszystko jednak zachowała jasność umysłu – a przynajmniej taką miała nadzieję.
Mercy usiadła za kierownicą lexusa, obok niej zajął miejsce Henri, a na tył od razu usiadła Belladonna, zostawiając otwarte drzwi. Rogue z zaskoczeniem zauważyła, że Bella usiadła idealnie na środku. Tak więc mogli albo usiąść po obu jej stronach, albo znowu zacząć kolejną kłótnię o miejsce w samochodzie.
Remy wybrał chyba najlepsze rozwiązanie: zamknął drzwi samochodu, w ogóle do niego nie wsiadając.
- Wrócimy pieszo – rzucił w kierunku Mercy i nawet nie czekał na odpowiedź. Objął mocniej Rogue i wspólnie ruszyli w kierunku wyjścia z parkingu. Widzieli, jak pozostała trójka odjeżdża i jak Belladonna odwraca się do nich z pretensją wypisaną na twarzy. Rogue pomachała jej, posyłając pełen satysfakcji uśmiech. Belladonna natychmiast odwróciła głowę, a samochód zniknął na zakręcie.
- Dasz radę iść, cherie? – spytał miękko Remy, pochylając się ku niej.
- I pytasz mnie o to już po tym, jak odprawiłeś nasz środek lokomocji? – odpowiedziała pytaniem Rogue, uśmiechając się pod nosem.
- Używasz słów, które mają dużo sylab – zauważył Remy. – Więc chyba nie jesteś aż tak wstawiona.
- Może być też taka, uwaga, długie słowo: ewentualność, iż moje ciało nie jest tak zaprawione w piciu, jak mój bystry umysł – odparła Rogue, unosząc w górę palec.
- Czyli co prawda będę musiał cię nieść, ale przynajmniej będziesz mnie zabawiała ciekawą rozmową? – odparł Remy.
- Możemy też lecieć – zaproponowała Rogue, odwracając się do Remy'ego. Jego twarz była oddalona o zaledwie kilka centymetrów i wszystkie wewnętrzne alarmy rozbłysnęły na czerwono, ale Rogue je zignorowała. Nie odsunęła się, zamiast tego przechyliła głowę i uśmiechnęła się zalotnie. – Polećmy, Remy! Będzie fajnie, obiecuję!
- Cherie, w tym momencie twoje stopy i tak ledwie się trzymają gruntu – odparł ze śmiechem Remy.
- Przyznaj, że się po prostu booooooiiiiiisz – droczyła się Rogue.
Czy Remy bał się latania? Zdecydowanie tak.
Czy Remy bał się latania z urżniętą Rogue? Po stokroć tak, do cholery.
- Raczej obawiam się o los samolotów pasażerskich, które mogłabyś nieopatrznie staranować – odpowiedział.
- Zauważyłabym samolot pasażerski – odparła z pretensją w głosie Rogue. – Zauważyłabym absolutnie każdy samolot, szczurze błotny.
Jak na ironię powiedziała to w momencie, gdy się potknęła o wystającą płytę chodnikową. Szybko się wyprostowała, otrzepała z niewidzialnych pyłków i z godnością spojrzała na Remy'ego.
- Ale samolot bym zauważyła – powiedziała poważnie.
Remy roześmiał się i objął ją mocniej. Szli przez kilka chwil w ciszy. Rogue z uśmiechem wymalowanym na twarzy przyglądała się wciąż imprezującej Dzielnicy Francuskiej, Remy natomiast rozkoszował się tą chwilą: ciepłą, bezwietrzną nocą i towarzystwem, o jakim nie śmiał marzyć przez tyle miesięcy. Rogue była tuż obok niego, szli objęci przez Nowy Orlean, byli tylko we dwoje i cała noc przed nimi. Wszystkie problemy wydawały się być nic nieznaczące, dopóki trwała ta chwila.
- Nie chcę jeszcze wracać – powiedziała Rogue, odwracając się nagle w jego kierunku. Remy miał wrażenie, jakby czytała w jego myślach.
- Na co masz ochotę, cherie? – spytał, zakładając za ucho kosmyk, który przeciął jej twarz.
- Nie wiem, na pewno nie na powrót do domu – odpowiedziała szybko. – W Instytucie już praktycznie nikt nie chce przebywać ze mną w jednym pomieszczeniu, więc wyjście na miasto nawet z kimś tak aroganckim i zuchwałym jak ty, jest jak druga Gwiazdka w ciągu roku – zaśmiała się, ale śmiechem nie udało jej się ukryć nerwowego zakłopotania, kiedy o tym mówiła.
- Czyli mówisz, że sytuacja zmusiła cię do obniżenia standardów, cherie? – zapytał tylko na pozór lekkim tonem. Wiedział, że pod tym płaszczykiem beztroski kryje się prawda o tym, co się działo z tą dziewczyną przez ostatnie osiem miesięcy. Czuł się już lekko zirytowany faktem, że Rogue wciąż nie chciała rozmawiać na ten temat, ale był świadomy, że wszelkie naciski tylko odwleką w czasie ten moment.
- To jest twoja szansa, szczurze błotny. Nie zmarnuj jej – odparła zaczepnie, a wypity alkohol jedynie podbił tę zadziorność.
Remy uśmiechnął się do siebie. No tak – pomyślał z goryczą – kolejny raz ucieka od tematu.
Dlatego był zaskoczony, gdy Rogue niespodziewanie kontynuowała temat.
- Wszystkich bliskich zdążyłam już od siebie odepchnąć. Tylko ty mi zostałeś, bo ciebie się nie da odepchnąć. Ciągle wracasz – powiedziała z wyrzutem. Cały czas próbowała utrzymać ten lekki ton, który miał sprawiać wrażenie, że wcale nie gra teraz jedną ze swoich najczulszych strun.
- Mam taki plan – zaczął Remy, ściskając ją mocniej w talii – żeby już nie wracać.
Jej twarz przeszyły zaskoczenie i lęk – trwało to jedynie krótkie mgnienie, ale był to wystarczający dowód dla Remy'ego, że jeszcze nie wszystko stracone w ich relacji.
- Bo nigdzie nie odejdę, cherie – dokończył, z przyjemnością obserwując, jak na jej twarzy pojawiają się delikatne rumieńce.
- Nie będziesz musiał wracać, jeśli nigdzie sobie nie pójdziesz – powtórzyła Rogue natchnionym tonem. – Jakie to głębokie, Remy LeBeau – dodała z litościwym uśmieszkiem, po czym wybuchła śmiechem. Remy wywrócił spojrzeniem, ale w końcu i on się zaśmiał.
- Ciężko być romantykiem w tych czasach – mruknął do siebie.
- To nie w czasach tkwi problem – odpowiedziała, wciąż się uśmiechając.
Przez dłuższą chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Ciepłe światło latarni ulicznych łagodnie opadało na jej włosy, podkreślając przy tym ich gładką, błyszczącą strukturę. Pełne, perfekcyjnie wykrojone usta odcinały się od bladej twarzy, mimo że miały na sobie zaledwie resztki pomadki. W blasku kolorowych neonów, na tle Nowego Orleanu, z buntowniczym zacięciem w oku wydawała się być wyjęta z jednego z jego licznych snów i marzeń. Tak nierzeczywista, że musiał aż się uszczypnąć, by upewnić się, że to nie jest wytwór jego wyobraźni. Ale oto stała przed nim, tak samo rzeczywista jak on sam.
- Opowiesz mi, co się z tobą działo przez ten cały czas? – wypalił, by po chwili pożałować tego pytania. Uśmiech z jej twarzy zgasł, a ona sama przeniosła spojrzenie gdzieś w bok.
- Nie – odpowiedziała krótko, po czym znowu spojrzała na niego, tym razem z pokrzepiającym uśmiechem. – Nie dzisiaj, Cajunie. Dzisiaj się bawmy – rzekła znowu tym lekkim tonem podszytym strachem i lękiem.
A jutro porozmawiamy – dopowiedział sobie w myślach. Czuł się przez nią rozgrywany, co w przypadku jego delikatnej, męskiej dumy było niczym potwarz. Wszak Remy LeBeau zawsze był rozgrywającym.
Mimowolnie opuścił nieco ramiona, wydając z siebie ciche westchnienie.
- Zatem bawmy się, cherie – powiedział.
- Ale niech ta zabawa pozostanie między nami, szczurze błotny – zastrzegła. – Nie chcę, żeby Logan wlepił mi cały miesiąc szlabanu tylko dlatego, że miałeś za długi jęzor.
- Za długi jęzor przydaje się w pewnych okolicznościach, cherie – zauważył.
- Jesteś obleśny – odparła, wywracając spojrzeniem.
- Co się działo w Nowym Orleanie, zostaje w Nowym Orleanie, cherie – przyrzekł.
- Co się działo w Nowym Orleanie, zostaje w Nowym Orleanie – powtórzyła, a Remy mógł przysiąc, że była w tym wszystkim nutka żalu.
Z klubu wyszli kilka minut po czwartej nad ranem. Ona była rozchichotana i ledwie trzymała pion, po nim nie było widać nawet jednej szklaneczki whisky, którą w siebie wlał tego wieczoru. Choć uczciwie trzeba było przyznać, że nie wlał ich w siebie zbyt dużo – jak na jego standardy. Nie chciał tracić nic z tego wieczoru, a nawet delikatny rausz mógłby prowadzić do zakłamania wspomnień. Starał się nie uronić ani jednej chwili, ani jednego spojrzenia, ani jednego uśmiechu, ani jednej przekornej utarczki, ani jednej dwuznaczności, ani jednego objęcia, ani jednego tańca. Jeśli nic z tego nie wyjdzie, to ten wieczór stanie się jego nową rękawiczką – artefaktem, do którego będzie wracał każdego dnia i każdej nocy.
Bawili się doskonale – knajpa była nieco oddalona od głównej ulicy, więc nie było w niej tłumów. Do tego grali tam rocka, dzięki czemu łatwiej było wyciągnąć Rogue na parkiet. Tańczyli często, z krótkimi przerwami na drinka przy stoliku. Wszelkie opory przed kontaktem fizycznym opadły jeszcze w klubie Mercy, więc nie dość, że Remy mógł z pełną swobodą obejmować, głaskać i tulić swoją cherie, to Rogue odwzajemniała to wszystko równie intensywnie. Były momenty, kiedy łapał się na tym, że w tym wszystkim jest jakiś haczyk, że to nie może być aż tak proste, ale szybko spychał te obawy w najdalszy kąt swojego umysłu i po prostu cieszył się chwilą.
- To była najlepsza noc w moim życiu – powiedziała Rogue, kiedy wyszli już z klubu na rześkie, chłodne powietrze.
- Ona jeszcze trwa, cherie – zauważył uprzejmie Remy.
- Więc jej nie zepsuj, szczurze błotny – odparła, tuląc się do jego ramienia. Była mocno wstawiona, a jej krok stał się ciężki i niezdarny. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilka minut temu tańczyła w najlepsze do Whisky in the Jar Metalliki.
- Mam wprost przeciwne plany, cherie – żachnął się.
Wrócili do domu taksówką. Remy bezwiednie potoczył spojrzeniem po rezydencji, znajdując tylko jedno okno, w którym paliło się światło – u Jean Luca. Wydawało się, że on nigdy nie sypia: urzędował do późnych godzin nocnych i pojawiał się jako jeden z pierwszych w kuchni, by zrobić poranną kawę. Dzisiaj jednak Remy nie chciał o tym myśleć.
Nieco niezdarnie i trochę zbyt głośno dotarli do sypialni. Rogue od razu ściągnęła buty i runęła na łóżko, co Remy skwitował jedynie parsknięciem. Z zaskoczeniem jednak zauważył, że dziewczyna przekręca się na bok i patrzy wprost na niego. Uśmiechnął się do niej kącikiem ust i usiadł na sofie. Bez pośpiechu zdjął buty, które podsunął pod ścianę. Wstał i zaczął rozpinać koszulę, jednocześnie szykując sobie posłanie na kanapie. Od czasu do czasu zerkał w kierunku Rogue, która wciąż milcząco mu się przyglądała. Był już w samych spodniach, gdy usłyszał jej szept.
- Możesz dzisiaj spać tutaj – powiedziała.
Odwrócił się do niej zaintrygowany, czując jednocześnie, jak przyjemne ukłucie pożądania powoli przesuwa się w dół ciała.
- A ty gdzie będziesz spała, cherie? – zapytał, z wolna idąc w jej kierunku.
- Kiedy wreszcie weszłam na twój toporny poziom podrywu, ty rumienisz się i uciekasz jak panienka? – zaśmiała się, nie spuszczając z niego wzroku.
Zawahał się przez mgnienie sekundy, ale nie zwolnił kroku. Dotarł do łóżka, na którym leżała Rogue i stanął tuż nad nią.
- Nie uciekam, cherie – odpowiedział, patrząc na nią z góry. Przekręciła się z boku na plecy i założyła jedną rękę za głową. Perfekcyjna linia ciała zakrytego ciemnymi ubraniami odznaczała się na śnieżnobiałej pościeli. – Nie chcę, byś pod wpływem chwili decydowała się na coś, czego mogłabyś żałować.
- Przecież i tak nic się nie wydarzy – parsknęła. – Nie ze mną, Cajunie – dodała z goryczą, choć w jej głosie słychać było też nutkę wyzwania.
Remy lubił wyzwania.
Usiadł na brzegu łóżka i położył dłoń na jej udzie. Nie oderwała od niego wzroku, jednak lekko rozchyliła wargi i patrzyła na niego prowokacyjnie.
- W tym momencie mam jakąś setkę pomysłów na to, co mógłbym zrobić z tobą tu i teraz, cherie – odpowiedział, delikatnie wodząc dłonią wzdłuż jej nogi, w górę jej ciała.
- No to przestań gadać i mi to pokaż – odpowiedziała, rozpinając przy tym guziki swojej koszuli.
Remy uśmiechnął się samym kącikiem ust.
Walczył ze sobą tak mocno, że ciśnienie nieomal rozsadzało mu klatkę piersiową. Wreszcie wstał i sięgnął do szuflady. Wyciągnął z niej koszulkę z długim rękawem, którą natychmiast założył. Z komody wyjął zupełnie nowe rękawiczki – zazwyczaj nosił takie, które odsłaniały dwa palce, dzięki czemu w każdej chwili mógł coś naładować energią kinetyczną.
Teraz energia kinetyczna nie była potrzebna. Rękawiczki były więc w pełni zabudowane.
Położył się obok niej, pozwalając, by oparła się głową o jego ramię. Wtuliła się w niego, ciasno obejmując go w pasie, a on przyciągnął ją do siebie i delikatnie gładził po plecach, odsłaniając przy tym poły koszuli.
- Co się wydarzyło w Nowym Orleanie, zostaje w Nowym Orleanie – powiedziała niemal bezgłośnie. Czuł jej każde tchnienie na swojej klatce piersiowej i każde głębsze westchnienie spowodowane jego dotykiem. Uśmiechnął się do siebie i poczekał, aż jej oddech stanie się miarowy i spokojny. Głaskał ją po włosach, plecach i ramionach, taktownie zatrzymując się na wysokości bioder.
- Poczekam, aż zechcesz mnie na trzeźwo, cherie – wyszeptał, złożył pocałunek na jej włosach i ostrożnie wstał, starając się jej nie zbudzić.
