AN: Najważniejsze na początek: spokojnych, rodzinnych i zdrowych Świąt!

No i proszę – myślałam, że nie dowiozę tego rozdziału na czas, a udało mi się go ukończyć nawet kilka dni przed publikacją. Brawo dla mnie! Pisanie z przygotowanym wcześniej planem (z rozpisanymi scenami oraz bohaterami) niesamowicie ułatwia sprawę i żałuję, że dopiero teraz zorganizowałam sobie w ten sposób pracę.

Dzisiaj będzie relatywnie krótki rozdział, ale za to napakowany wydarzeniami. Popychamy wreszcie fabułę do przodu, co oznacza, że zbliżamy się też do końca. Ale nie uprzedzajmy faktów!

A tymczasem zapraszam do czytania!

Obudziło ją dojmujące uczucie żucia starego trampka. Ze wstrętem przełknęła ślinę, starając się nie myśleć o tym, jak koszmarny musiał być jej oddech. Musiała się głęboko zastanowić, czy powinna wstać i zwymiotować, czy jednak lepiej będzie nie wstawać, nie ruszać się i czekać, aż nudności przejdą. Przeszywały ją dreszcze, a jednocześnie przepocone ubranie lepiło jej się do skóry.

Czyli tak wygląda kac.

Nie wiedziała, czy prosić o szklankę wody, czy o Logana, który poratowałby ją zdolnością do regeneracji.

Oczywiście o ile by poratował, bo widząc swoją podopieczną w takim stanie pewnie zaciągnąłby ją pod prysznic, odkręcił lodowatą wodę i z satysfakcją obserwował, jak wymywany jest cały alkoholowy rausz. A potem zagnałby na sesję w Danger Roomie.

Szklanka woda nie zrobiłaby czegoś takiego.

Z trudem podniosła powieki, czując, jak wiele wysiłku ją to kosztuje.

- Dzień dobry, cherie! – przywitał ją Remy z, jak na jej gust, zbyt dużym entuzjazmem. – Słońce już dawno wstało – poinformował ją, siedząc w fotelu ze swoim laptopem i popijając kawę. Jej aromat spowodował u Rogue kolejną falę mdłości.

- I w związku z tym mam przeprowadzić fotosyntezę? – burknęła tylko, zamykając z powrotem oczy. Usłyszała parsknięcie śmiechem. Remy był w o wiele lepszej formie niż ona. Możliwe, że wypił dużo mniej od niej, możliwe też, że wypił dużo więcej, ale lata doświadczenia spowodowały, że skutki picia alkoholu są u niego niemal niezauważalne.

Cholerny szczęściarz.

Leżała tak jeszcze kilka długich chwil, rozważając wszystkie za i przeciw pozostania w tej pozycji. Potrzebowała kąpieli, kilku galonów wody, czegoś, co zatrzyma pędzący na karuzeli nudności żołądek. Z drugiej strony zdawała sobie sprawę z tego, że zmiana pozycji będzie okupiona bólem i poniżeniem.

- Wszystko w porządku, cherie? – usłyszała.

Niechętnie otworzyła oczy i spojrzała na Remy'ego, który obserwował ją teraz z mieszanką troski i rozbawienia.

- Nic nie jest w porządku – mruknęła. – Klikasz tak głośno, że pewnie w sąsiednim stanie cię słyszą.

- Och, chyba ktoś ma kaca – odparł z uśmiechem Remy. – Przynieść ci tutaj śniadanie? – zapytał, odkładając laptopa. – I Alka-Seltzer? – dodał po chwili.

Tak, tak, po trzykroć tak – pomyślała Rogue, po czym podniosła się na łóżku.

- Nie mam żadnego kaca – odparła z godnością i rozejrzała się po zalanym słońcem pokoju. Na przeciwległej ścianie wisiało duże, okrągłe lustro oprawione w fantazyjną, drewnianą ramę. Zobaczyła tam swoje odbicie i nie był to widok, który jej się podobał. Włosy tworzyły wielkie gniazdo, które z jednej strony było spuszone do granic możliwości, a z drugiej wyglądały tak, jakby nie były myte od tygodnia. Rozmazany makijaż tworzył na jej twarzy coś na kształt plamy Rorschacha, a przekrwione oczy widoczne były nawet z tych kilku metrów, jakie dzieliły ją od lustra. Jednak nie to było najgorsze: jedwabna, czarna koszula, w której spędziła wieczór, była rozpięta na całej długości. Czarny biustonosz odznaczał się na jej bladym ciele z całą swoją bezczelnością.

Przełknęła ślinę i zerknęła na Remy'ego. Siedział cały czas w swoim fotelu i nie spuszczając z niej oczu popijał swoją kawę. Mogła przysiąc, że się uśmiecha pod nosem. Przygryzła policzek, zastanawiając się, jak powinna zareagować. Oczywiście, że wszystko pamiętała. Jej ciało było podatne na wpływ alkoholu, ale świadomość już nie – jeden z nielicznych przywilejów (przekleństw?) jej mutacji. Podała siebie wczoraj na tacy, a Remy nic z tym nie zrobił, potwierdzając tym samym, że nie ma dla niej nadziei na jakąkolwiek namiastkę cielesnej relacji. We flircie był znakomity, ale gdy przychodziło do poważniejszych aktów, wycofywał się przestraszony. Nie to, że to nie była prawidłowa reakcja. Tylko że po Remym nigdy się nie spodziewała prawidłowych reakcji.

Z uśmiechem zażenowania zaczęła zapinać guziki koszuli.

- Czyli chyba się dobrze wczoraj bawiłam – mruknęła do siebie, próbując zachować resztki godności.

- Nic nie pamiętasz, cherie? – zapytał Remy po dłuższej chwili milczenia.

- Skoro wróciłam z tobą do domu, to chyba nie poznałam nikogo interesującego, a tym samym godnego zapamiętania – odparła, wzruszając ramionami.

- Może następnym razem się uda – odpowiedział siląc się na nonszalancję, ale Rogue znała go na tyle długo, by usłyszeć w tym tonie nutkę urazy.

- Może – przytaknęła i wstała z łóżka. Rozpaczliwie potrzebowała prysznica, ale najpierw musiała zorientować się w prawach grawitacji. Kręciło jej się w głowie i musiała przytrzymać się ściany, by znaleźć jakiś stabilny punkt w tym świecie. – Chyba jednak mam kaca – wymamrotała.

- Czyli nie spodoba ci się dzisiejsza atrakcja. Idziemy dzisiaj do naszego zombie – odparł poważnym tonem Remy, a Rogue przeszło przez myśl, że chyba faktycznie ktoś tu się nadąsał. Według niej jedyną osobą, która miała prawo się nadąsać, była ona sama.

- Czemu to nie może poczekać? Przecież wam drugi raz nie umrze – odparła z wyrzutem.

- Według naszego medyka jest na skraju wyczerpania i to kwestia pojedynczych dni, jeśli nie godzin, by zmarł. Tym razem już na serio.

Zatem dzisiaj Rogue użyje swojej mutacji po raz pierwszy od wydarzeń w laboratorium. I spowoduje kolejną śmierć, co do tego nie miała wątpliwości. Przeniosła wzrok na swoje dłonie, co nie umknęło uwadze Remy'ego.

- On już dawno umarł, Rogue. Ty tylko zakończysz jego agonię.

- Tylko do tego się nadaję – mruknęła do siebie. Nie czekając na odpowiedź Gambita, powlokła się w kierunku łazienki. Tuż przed drzwiami zatrzymał ją głos Remy'ego.

- Rogue? Dzisiaj w nocy załatwiam sprawy dla Jean Luca, więc całe łóżko będzie tylko dla ciebie.

Odwróciła się do niego, ale nic nie odpowiedziała. Przez chwilę patrzyli na siebie, aż wreszcie Remy pokręcił głową z uśmiechem i sięgnął z powrotem po laptopa. Już za drzwiami łazienki Rogue zrozumiała, skąd u niego taka reakcja: gdyby nic nie pamiętała z poprzedniego wieczoru, na pewno nie pozostawiłaby bez komentarza jego uwagi o łóżku. Swoim milczeniem, szeroko otwartymi oczami i rozchylonymi w szoku wargami jedynie potwierdziła, że jednak niektóre wydarzenia były godne zapamiętania.


Gorący prysznic – absurdalnie długi, w połowie spędzony na opieraniu się czołem o kafelki – przyniósł jej ulgę. Miała wrażenie, że mydłem wyszorowała z siebie całego kaca i tylko żołądek przypominał jej o upokarzającym początku dnia. Musiała coś zjeść.

Wyszła z łazienki już ubrana i z podsuszonymi włosami. Zdziwiła się, że pokój był pusty. Kubek po kawie stał na stoliku, natomiast laptopa nigdzie nie było. Miała nadzieję, że Remy przyniesie jej śniadanie, by nie musiała czuć na sobie oceniających spojrzeń Mercy i Tante Mattie, ale gdyby taki był jego plan, to z pewnością poszedłby bez komputera. Westchnęła głośno, po czym sięgnęła po swoje rękawiczki i zeszła na dół.

Sukces był połowiczny: nie było Tante Mattie, była za to Mercy. I Belladonna. Oraz niemowlak. Rogue próbowała odgrzebać w pamięci imię bratanka Remy'ego, ale musiała chyba wyłączyć świadomość na czas szczebiotania Mercy o swoim dziecku. No cóż, nawet jeśli zaliczy teraz jakieś katastrofalne faux pas myląc imiona, to i tak w ostatecznym rozrachunku była to przydatna umiejętność.

- Cześć – przywitała się i z pewnym skrępowaniem zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu czegoś do jedzenia.

- Alka-Seltzer jest w szafce obok okna – powiedziała Mercy, z uśmiechem obserwując Rogue. – A jeśli chcesz coś zjeść, to zostało trochę kiełbasek z rana – Mercy wskazała na patelnię grillową stojącą na kuchence. – No bo my już dawno po śniadaniu – dodała, unosząc brew.

- Dzięki, chętnie skorzystam – odparła Rogue.

Z pełnym talerzem usiadła do stołu. Już miała zabierać się za jedzenie, gdy uniosła wzrok i napotkała spojrzenie Belladonny, która siedziała naprzeciwko.

- Wyglądasz jak gówno – powiedziała Bella, patrząc na nią z odrazą.

- Czyli wreszcie masz tutaj konkurencję – odparła Rogue bez zająknięcia i zaczęła jeść. Mercy prychnęła, a Bella ściągnęła wargi w cieniutką kreseczkę.

- To jak spędziliście wieczór? – zapytała Mercy. Niemowlak, którego przerzuciła sobie na ramię, głośno odbeknął, ulewając przy tym serwatkowatą mazią na plecy Mercy. Ta się tym w ogóle nie przejęła, tylko wprawnym ruchem zmieniła pozycję dziecka, by mieć je przed sobą. Rękawem bluzki otarła resztki wymiocin z twarzy niemowlaka.

Rogue poczuła, jak całe śniadanie cofa się jej w przełyku. Małe dzieci są obrzydliwe.

- Byliśmy tu i tam – odpowiedziała, ostrożnie cedząc słowa. Bała się, że jeśli zbyt szeroko otworzy usta, mogłaby zrobić to samo, co ten niemowlak przed chwilą. Tylko jej nikt nie powyciera buzi.

- Przynajmniej dotarliście do domu – odparła Mercy. – O czwartej nad ranem – dodała ciszej, uśmiechając się przy tym znacząco.

- Ale chyba cię nie obudziliśmy? – zaniepokoiła się Rogue, próbując sobie przypomnieć, czy w ogóle starali się zachować ciszę po powrocie do domu.

- I tak nie spałam, bo musiałam nakarmić Charliego – odpowiedziała Mercy.

Charlie! On ma na imię Charlie! – Rogue odetchnęła z ulgą.

- Aczkolwiek tupaliście jak stado słoni – kontynuowała Mercy. – Ciebie jeszcze rozumiem, ale nasz książę złodziei? Mam nadzieję, że go nie zdetronizują do pazia po dzisiejszej robocie.

- No ma w sobie coś z błazna – mruknęła Rogue.

- A jakie masz plany na resztę dnia? – Mercy nagle zmieniła temat. – Gnijesz na kacu, czy może chciałabyś ze mną wyjść na jakieś zakupy? Pokazałabym ci okolicę, bo z tego, co się zorientowałam, Remy zaprowadził cię tylko na nasze bagna.

- Dzisiaj pokaże mi wasze lochy – odparła Rogue, na co Mercy się roześmiała.

- Ale ty mówisz serio? – zapytała, obserwując pąsowiejącą Rogue. – O Boże, ty mówisz serio! – Wtedy jeszcze głośniej się roześmiała.

- Remy zawsze dobierał metodą podrywu do partnerki. Zastanów się, jak to o tobie świadczy, że oprowadza cię tylko po bagnach i więzieniu – Belladonna odezwała się niespodziewanie.

- Ciebie raz zaprowadził do jednego z naszych burdeli, Bella – zripostowała Mercy. – Jak to o tobie świadczy?

- Że umiem się dobrze bawić? – Bella wzruszyła ramionami.

Rogue wstała od stołu i odniosła pusty talerz do zmywarki, po czym sięgnęła po szklankę i nalała sobie wody. Po chwili wahania otworzyła szafkę obok okna i z ulgą zauważyła, że opakowanie Alka-Seltzer stoi na wierzchu. Chyba często się tu z tego korzysta.

Gdy obserwowała, jak pastylka się rozpuszcza w szklance wody, obficie przy tym musując, zadzwonił telefon Mercy.

- Oui? – odebrała, kołysząc przy tym na rękach Charliego, który próbował sięgnąć pulchną ręką do telefonu. – Tak, daj mi minutę, zaraz sprawdzę – mruknęła do telefonu, ściskając go sobie między policzkiem a ramieniem, po czym jak gdyby nigdy nic podała Charliego Rogue.

Niemowlak początkowo był tak samo zszokowany jak i Rogue, ale już po chwili zaczął się intensywnie przypatrywać zupełnie nowej twarzy. Rogue natomiast przeleciało przed oczami całe życie. Stała tam, na sztywnych rękach trzymając zaskakująco ciężkiego niemowlaka i zastanawiała się, czy zaraz nie zrobi mu jakiejś krzywdy: nie upuści go albo nie złamie mu karku przez złe trzymanie. Starała się głęboko oddychać i nie wpadać w panikę, ale to było trudne, bo do jej nozdrzy dobiegł słodkawy, ale niezbyt przyjemny zapach. Gdy sobie uświadomiła źródło tego zapachu – a właśnie je trzymała na rękach – jeszcze intensywniej zaczęła sobie powtarzać: nie zrób mu krzywdy, nie zrób mu krzywdy.

I kiedy już poczuła się na tyle pewnie, by trochę inaczej ułożyć łokieć, a tym samym skorygować pozycję dziecka, stało się coś, o czym w ogóle nie pomyślała: Charlie dotknął jej twarzy swoją dłonią. Poczuła ciepło na policzku, a trochę śliny (miała nadzieję, że to ślina) oblepiło jej nos.

Wstrzymała oddech, jednocześnie szeroko otwierając oczy w niemym przerażeniu. Nie mogła go odłożyć, nie mogła go upuścić, nie miała możliwości szybko go przekazać Belli lub Mercy. Bezsilnie czekała, aż zadziała jej mutacja.

Ale nic się nie stało. Absorpcja nie nastąpiła, Charlie nadal trzymał ją za nos, śliniąc się i śmiejąc przy tym, jak gdyby to była najzabawniejsza rzecz w jego życiu.

Rogue uniosła wzrok i wtedy zauważyła stojącego w drzwiach Remy'ego, który wpatrywał się w nią w szoku. A później tę samą minę dostrzegła u Belladonny, która zastygła nad stołem, gotowa szybko podbiec do niej i ratować chłopca.

Tylko Mercy zachowywała się normalnie i po skończonej rozmowie odłożyła telefon i delikatnie zabrała Charliego.

- Ale masz minę – zaśmiała się, a dostrzegając Remy'ego, który wciąż trwał w bezruchu, roześmiała się perliście. – To już mniej więcej wiesz, jak twoja przyszła żona komponuje się z dzieckiem na rękach.


- To niemożliwe – powiedziała Rogue drżącym głosem, gdy tylko Remy zamknął za nimi drzwi do sypialni.

- Cherie, widziałem to – powiedział spokojnie. – On cię naprawdę dotknął.

- Wiem – przytaknęła Rogue. – Do tej pory czuję jego ślinę na nosie i policzku – dodała.

- I nic mu się nie stało – kontynuował Remy, uważnie patrząc na Rogue.

- I tego nie rozumiem. Ostatnim… – Rogue się zawahała, ale westchnęła i kontynuowała – …ostatnim razem mój dotyk niemal zabił Carol Danvers. Nie wiem, co się stało tym razem.

- Ostatnim razem dotknęłaś mnie i nic mi się nie stało, Rogue – odpowiedział Remy, a po chwili przez jego twarz przemknął grymas gniewu. – Nie używałaś swojej mutacji przez osiem miesięcy? W ogóle?

- Nie zaczynaj znowu tego tematu – odparowała Rogue. – Nie, nie użyłam swojej mutacji, bo się jej boję. Bo się siebie boję – warknęła, odwracając się plecami do Remy'ego. Przeczesała nerwowo włosy, wytarła rękawem resztki płynów ustrojowych Charliego, a następnie wzięła głęboki oddech i odwróciła się do Remy'ego z zamiarem kontynuowania urwanego wątku.

Zamiast tego z ust wyrwało jej się pełne zaskoczenia „och" i nim zdążyła odskoczyć, uchylić się lub chociaż go odepchnąć, Remy przyciągnął ją do siebie i przywarł do niej ustami. Na początku był wręcz napastliwy, jakby bał się, że za chwilę zacznie działać mutacja Rogue. Miażdżył jej wargi, próbując zagarnąć od niej jak najwięcej. Ręka zacisnęła się na jej talii, a druga zanurzyła się w jej włosy. Po chwili jednak uścisk zelżał, a pocałunek stał się łagodniejszy. W pierwszej chwili Rogue myślała, że oto rozpoczęła się absorpcja, ale nie: nieświadomie odwzajemniła pocałunek. Nie był już zaborczy i zachłanny, zamiast tego delikatnie i z wyczuciem ją poznawał. Nie wiedziała, co zrobić ze swoimi rękami, więc nieporadnie objęła go w pasie. Smakował gorzką kawą i chciała czuć tę kawę już zawsze.

I wtedy Remy osunął się nieprzytomny na podłogę.

Siedziała po turecku na kanapie i wpatrywała się w leżącego na łóżku nieprzytomnego Remy'ego. W jej głowie wciąż buzowały jego myśli i emocje, a wszystkie one koncentrowały się na pocałunku, który doprowadził go do takiego stanu. Czuła jego pożądanie i namiastkę spełnienia, jaką poczuł. Nie potrafiła się skupić na niczym innym, bo jego świadomość – górująca teraz nad nią – wciąż na nowo odtwarzała pocałunek. Nie potrafiła się dokopać do niczego poza tym obrazem, nawet do przyczyny, dla której tak lekkomyślnie postąpił. Ciągle tylko ten pocałunek i burza intensywnych emocji podlanych erotyzmem, z których niewiele potrafiła wyłuskać. Wszystko nakładało się na siebie.

Gdzieś tam pod spodem był jej strach, że znowu odbierze komuś życie, ale starała się nie wpadać w panikę. Bez żadnego problemu ułożyła go na łóżku (choć pewnie gdyby nie moc Mrs Marvel, nie dałaby rady go podnieść i tak by sobie leżał na wypolerowanym do absurdalnego połysku parkiecie) i czekała, próbując jednocześnie przetrwać odtwarzaną w kółko w jej głowie scenę.

Próbowała przeanalizować, co się właściwie stało – dlaczego jej moc nie zadziała na Charliego? Może kontakt fizyczny był zbyt krótki, by uruchomić mechanizmy jej mutacji? Nie, to były solidne dwie-trzy minuty. Pocałunek z Remym nie trwał dłużej niż trzydzieści sekund.

Wciąż czuła na sobie jego usta i nie mogła się powstrzymać przed dotykaniem opuszkami palców swoich warg. To przyjemne uczucie w dole brzucha, choć powoli odpływało, nadal napełniało ją pełnym wyczekiwania napięciem. Nie potrafiła się teraz skupić nad niczym innym, jej myśli ciągle przeskakiwały na pocałunek.

Nawet teraz wyglądał jak posągowy ideał urody. Zamknięte oczy i promień południowego słońca padający mu na włosy nadawał temu widokowi pewnej sielankowości, ułudy spokoju i odrobiny melancholii. Chciała go takiego zapamiętać – właśnie takiego, a nie uderzającego w niskiej jakości flirt, z wystudiowanym uśmieszkiem i kontrolowanym co do milimetra grymasem na twarzy. Nie wiedziała, co się będzie działo po Nowym Orleanie. Obiecywał jej, że wróci razem z nią i zostanie w Instytucie, ale to nie byłaby jego pierwsza złamana obietnica, hein? Co jeśli, targany wyrzutami sumienia, jednak zostanie tutaj i stanie na czele gildii? Wolała go więc zapamiętać właśnie takiego, prawdziwego Remy'ego, którego nie widział nikt poza nią.

Zamrugał powiekami, zanim otworzył je szeroko. Czerwone tęczówki były nienaturalnie duże, Rogue dostrzegała to nawet z odległości tych kilku metrów, jakie dzieliły ją od łóżka.

- Co to miało być, szczurze błotny? – burknęła, wstając z kanapy. Choć starała się to ukryć, odczuwała olbrzymią ulgę, że odzyskał przytomność.

- Najlepszy pocałunek twojego życia? – wychrypiał, powoli podnosząc się do pozycji siedzącej, jednocześnie trzymając się za głowę. Nie wyglądał dobrze.

- Tylko ty jesteś na tyle głupi, by mnie całować, więc co to za konkurencja? – odparła, podając mu szklankę wody.

- Stawiam przed sobą wyzwania, cherie – wzruszył ramionami, po czym wziął potężny łyk wody.

- Twoim wyzwaniem jest najwyraźniej zdobycie Nagrody Darwina – odparła Rogue. – Inaczej nie mogę sobie tego wytłumaczyć.

- Po prostu chciałem cię zaskoczyć, cherie – przyznał po chwili, siadając wygodniej na łóżku. Odstawił pustą szklankę na stolik nocny i oparł się o poduszki przy wezgłowiu.

- Nieoczekiwanie umierając? – rozłożyła ręce i usiadła naprzeciwko niego.

- Tego nie było w planie – odparł. – Charlie też cię nie ostrzegał przed nagłą próbą oderwania ci nosa.

- Więc ty postanowiłeś mnie nie ostrzegać przed nagłą próbą wyrwania mi migdałków? – zapytała Rogue, ale choć bardzo walczyła, to nie mogła powstrzymać śmiechu.

- Mniej więcej – przytaknął Remy. – Ile minęło czasu?

W mojej głowie cała wieczność – pomyślała Rogue.

- Może dwadzieścia sekund…? Charlie trzymał mnie na pewno dłużej – powiedziała na głos.

- Szczęściarz – mruknął do siebie Remy. – Czym się różniły te dwa momenty? – zapytał sam siebie.

- Byłabym w stanie wskazać kilka różnic – mruknęła bez przekonania Rogue. Chciała zacząć od „Charlie nic mi nie wsadzał do ust", później przejść do „ja nic nie wsadzałam Charliemu do ust" i zakończyć na „Charlie bardziej się ślinił", postanowiła jednak to wszystko zachować dla siebie. – Nie spodziewałam się dotyku Charliego, ale byłam w stanie gotowości, bo bałam się, że go skrzywdzę samym trzymaniem na rękach. – Widząc pełną niezrozumienia twarz Remy'ego kontynuowała – No wiesz, że źle mu podtrzymuję główkę i przez to będzie miał garba albo że złamię mu kręgosłup.

- To tak nie działa, cherie. Nie da się tak łatwo zepsuć dziecka – odpowiedział ze śmiechem.

- Nieważne, to i tak pewnie był ostatni w moim życiu kontakt z małym dzieckiem – wzruszyła ramionami Rogue, nie chcąc już ciągnąć tego tematu. Remy już miał coś odpowiedzieć, ale jedynie uśmiechnął się do siebie.

- Wrócimy do tego, cherie – powiedział po dłuższej chwili milczenia, nie precyzując, czy odnosił się do ostatniej wypowiedzi Rogue, czy do samej kwestii absorpcji mocy. – To co, idziemy uciąć sobie pogawędkę z zombiakiem?

- Po poranku z małym dzieckiem to brzmi jak bardzo atrakcyjna oferta – odparła.


Piwnica cuchnęła. Smród był tak intensywny, że Rogue czuła zagrożenie ze strony wracającego przełykiem śniadania. Z niedowierzaniem obserwowała stojących na straży ludzi gildii, którzy zdawali się nic nie czuć.

To był odór rozkładającego się ciała – brudnego i owrzodziałego. Obrzydliwie słodkawy, trącący padliną i zepsutym jedzeniem. Oczami wyobraźni wyobrażała sobie, że nad zombiakiem latają już muchy i inne owady, dla których ten człowiek zwiastował zbliżającą się ucztę.

- Odkąd tu jest, nic nie zjadł ani nie wypił – poinformował jeden ze strażników, który prowadził ich do celi. Miał ciężki, francuski akcent. – Cały czas kiwa się w przód i w tył coś mamrocząc pod nosem. Próbowaliśmy tego posłuchać, ale to było jak bzyczenie komara, żadnych słów. Czasem się zatrzymywał, patrzył wtedy przed siebie takim przerażającym wzrokiem, od którego można dostać dreszczy. A później jak gdyby nigdy nic wracał do swojego kiwania.

- Udało się wam pobrać próbki do badań? – zapytał Remy.

- Krew tak. Na resztę czekamy do momentu śmierci – odpowiedział mężczyzna. Rogue nie chciała sobie teraz wyobrażać, o jaką „resztę" chodzi i w jaki sposób będzie pobierana.

- Dziękuję, Jaqui. Zbierz swoich ludzi i wyprowadź ich z piwnic. Nie wracajcie tutaj, dopóki nie dam wam sygnału – rozkazał Remy, gdy już stanęli przed celą więźnia.

Mężczyzna wydawał się zaskoczony tym poleceniem, ale po krótkiej chwili milczenia przytaknął i odmaszerował.

- W Instytucie w tym momencie rozpoczęłaby się wielka debata nad zasadnością takiego rozkazu – mruknęła Rogue.

- Na szczęście nie jesteśmy w Instytucie, cherie – odparł Remy, wpatrując się w człowieka za kratami.

- No tak, „na szczęście" – odpowiedziała bez przekonania Rogue i zmusiła się, by wreszcie spojrzeć na zombie przez okratowaną szybkę w drzwiach celi.

Na pierwszy rzut oka wyglądał jak typowy bezdomny z Nowego Jorku. Skołtunione i zlepione jakąś mazią włosy tworzyły na głowie skorupę, spod której wyzierały sine plamy i odstające płaty skóry. Ubranie było uwalane błotem, pełne dziur i przetarć. Za to twarz w niewielkim stopniu przypominała człowieka: przegniłe kawałki mięsa wyglądały jak narośle, spod których wyzierały resztki tego, co kiedyś było nosem i ustami. Nawet z tej odległości dostrzegała liczne wrzody i czyraki, z których sączyła się ropa zmieszana z krwią. Spod tego wszystkiego wyzierały błękitne, jasne oczy. Wyglądały tak, jakby zaszły mgłą, ale tylko w nich można było dostrzec ostatnie resztki człowieczeństwa tego, co widziała przed sobą.

- Kto ci to zrobił…? – wyszeptała, marszcząc brwi.

- Jesteś gotowa? – usłyszała tuż obok ucha głos Remy'ego. Wzdrygnęła się lekko, nieświadoma jego bliskości.

- Śmierć będzie chyba najlepszą rzeczą, jaką możemy dla niego zrobić – odpowiedziała.


- Śmierć będzie chyba najlepszą rzeczą, jaką możemy dla niego zrobić – głos Rogue był cichy, ale Belladonna doskonale słyszała każde słowo. Ostrożnie stawiając kolejne kroki zbliżała się do celi więźnia. Niemal zapłakała ze szczęścia, kiedy usłyszała, że Remy rozkazał stąd wyjść wszystkim strażnikom. Z nimi to zadanie byłoby dużo trudniejsze i zakończyłoby się pewnie niejedną śmiercią.

Nie mogła pozwolić, by ta wampirza wiedźma użyła swoich mocy i wyciągnęła wszystko z Feliciena. To by oznaczało jej koniec. W najlepszym wypadku zostałaby wygnana z Nowego Orleanu i nawet protekcja jej ojca by tu nic nie wskórała. Nie do końca wiedziała, jak działa mutacja tej dziewczyny. Podobno miała jej nie kontrolować, ale rano wszystko wyglądało normalnie. Charliemu nic się nie stało, a po niej nie było nic widać. Być może dotyk musiał trwać dłużej? Tak czy inaczej będzie musiała działać szybko i zabić Feliciena, zanim Rogue położy na nim choćby jeden palec.

Gdy weszli do celi więźnia, szybko doskoczyła do drzwi i nie pozwoliła im się zamknąć wciskając między zamek jeden ze swoich sztyletów. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że drzwi się zamknęły, ale światełko na ścianie nadal paliło się na zielono – znak, że wciąż są otwarte. Trwała tak, nasłuchując. Przez kilka dłużących się chwil panowała cisza. Bella powstrzymała chęć zerknięcia przez okratowaną szybkę w drzwiach – na jej widok Felicien mógłby już teraz się rzucić, a na to było jeszcze za wcześnie.

- Przyszliśmy ci pomóc – głos Remy'ego, choć wygłuszony przez przymknięte drzwi, brzmiał kojąco spokojnie. Bella była pewna, że używał swoich hipnotycznych zdolności. Aż nadto się tego naoglądała podczas ich licznych kłótni. Może gdyby to na nią działało, ich związek nadal by trwał?

Rogue ani razu się nie odezwała. Słychać było tylko głos Remy'ego i Belli przeszło przez myśl, że być może już teraz trwa wchłanianie wspomnień Feliciena. Ile z niego wyciągnie? Czy będą to tylko najświeższe wspomnienia? Jak długo może trwać cały proces?

Zawahała się.

Musiała grać elementem zaskoczenia. Była pewna, że Felicien od razu się na nią rzuci, niewiadomą było tylko to, czy Rogue uda się go wcześniej powstrzymać i wchłonąć tymi swoimi bladymi, chudymi łapkami.

Z wyczuciem przekręciła ostrze o dziewięćdziesiąt stopni. Szpara w drzwiach powiększyła się o szerokość dwóch palców. Doleciał do niej znajomy smród śmierci – słodkawa, mdląca zgnilizna. Nie poruszyła nawet jednym mięśniem twarzy. Doskonale znała ten aromat, bo towarzyszył jej od małego. Najpierw na lekcjach anatomii w prosektorium, gdzie uczyła się o wrażliwych miejscach na ciele, później na treningach, gdzie ćwiczyła zadawanie ran, a później już w toku kolejnych misji i brudnych robót. W pewnym momencie życia ten smród przestał być smrodem, a stał się naturalnym towarzyszem jej pracy. Przyjemniejszy od niego był tylko zapach strachu.

Wciąż słyszała głos Remy'ego. Wszystko wskazywało na to, że nie stał przy samym wejściu. Miała dzisiaj niesamowite szczęście.

Rogue musiała być już dostatecznie blisko. Jeśli Felicien teraz ruszy przed siebie, ta wiedźma zapewne nie zdąży go schwycić. Remy nie mógł użyć swojej mutacji, bo by go zabił na miejscu.

Bezszelestnie weszła do celi. Ułamek sekundy wystarczył, by się upewnić, że wkroczyła w idealnym momencie – Rogue była zaledwie krok od więźnia, a Remy stał jakieś dwa kroki obok niej. Sam Felicien wyglądał jak żywy trup – brudna kukła pokryta krwią, ropnymi wydzielinami, strupami i plamami. Za życia był pięknym chłopcem o dość dziewczęcej urodzie. Kręcone, brązowe włosy sięgały mu ramion, a idealnie prosty nos i wydatne kości policzkowe czyniły z niego postać niemalże wyjętą z francuskiej komedii romantycznej. W rzeczywistości był wulgarnym zabójcą o rubasznym poczuciu humoru. Często widziała go, gdy z papierosem w dłoni w ordynarny sposób flirtował z podlotkami, które dopiero co stały się pełnoletnie. O ile flirtem można było nazwać zachwalanie walorów swojego fiuta.

Bella nie przepadała za nim, ale ufała mu na tyle, że wybrała go do tej misji. Teraz patrzyła na skutek swojej decyzji i przez kilka krótkich chwil nawet czuła coś na kształt wyrzutów sumienia, że to wszystko się tak skończyło. Śmierć faktycznie była najlepszą rzeczą, jaką mogła teraz dla niego zrobić.

- Felicien zawsze był małomówny – powiedziała z nonszalancją i dalej wydarzenia potoczyły się ekspresowo. Rogue zdążyła jedynie obejrzeć się za siebie, by w tym samym momencie Felicien ruszył naprzód z charczącym „Bella Donna" na owrzodziałych ustach.

Belladonna intuicyjnie ustawiła się w pozycji do ataku, gotowa wbić sztylet w brzuch swojej ofiary i tym samym kończąc tę tragifarsę. Był o krok od niej, jej broń już niemal gładko wchodziła w jego trzewia, gdy z szarpnięciem się cofnął. Grymas wściekłości przeszył jego twarz i to był chyba jedyny ludzki odruch, jaki w nim dostrzegała. Tuż za nim, kilka stóp nad podłogą, unosiła się Rogue i trzymając go za gruby zimowy płaszcz, brutalnie odwróciła go do siebie.

Belladonna od razu rzuciła się do przodu, celując sztyletem w jego kark – tam nie był osłonięty żadnym materiałem. Udało jej się tylko zadrasnąć jego nogę, bo on sam wzniósł się w powietrze. Bella z niedowierzaniem spojrzała w górę. Tuż nad nią unosili się oboje – Felicien i Rogue. Jej ręka była wyprostowana. Naga dłoń zaciskała się na szyi Feliciena.

Jeśli ta jej mutacja działała, to nie było tego widać na pierwszy rzut oka. On wierzgał nogami i próbował ściągnąć ze swojej szyi jej rękę, ona wydawała się beznamiętnie obserwować jego wysiłki. Pomimo tego, że Felicien był wyższy od niej o głowę, nie widać było po niej nawet najmniejszego wysiłku.

I gdy Bella już chciała jakoś zareagować, Rogue otworzyła szeroko oczy, a wzdłuż jej woskowobiałego policzka, szlakiem naczyń krwionośnych, zaczęły biec czarne niteczki, które stopniowo rozszerzały się na całą twarz. Było to tak hipnotyzujące, że nie od razu zauważyła, jak nogi Felicienia bezwładnie opadają, a on sam przestaje się szamotać. Dopiero krzyk Rogue wyrwał ją z otępienia.

Felicien nie żył. Jej jedyna szansa właśnie przepadła.

Runął wprost na nią całym swoim ciężarem. Kątem oka zauważyła, że Rogue też upadła.

- Cherie! – usłyszała spanikowany głos Remy'ego. Zdążyła zapomnieć, że on też tu jest.

- Nic mi nie jest, Remy – powiedziała, z wysiłkiem odpychając od siebie ciężkie ciało Felicienia, mokre od potu, krwi i ropy.

- Cherie, jestem obok.

Z zaskoczeniem zdała sobie sprawę, że Remy nie mówił do niej. Przykląkł tuż obok Rogue, trzymał ją za rękę i uważnie przyglądał się jej twarzy. Czuła jego strach nawet pomimo smrodu pochodzącego z ciała Feliciena. Bał się o nią.

Belladonna przełknęła z trudem gulę w gardle. Remy patrzył na Rogue tak, jak nigdy przedtem nie patrzył na nią, nawet gdy byli w swoim najszczęśliwszym okresie narzeczeństwa.

Bezgłośnie wstała i skierowała się do wyjścia. Nie odezwała się ani słowem, ale była pewna, że nawet gdyby coś powiedziała, to Remy nie zwróciłby na nią uwagi.


Jak przez mgłę widziała słabo oświetlony korytarz podziemi Gildii Złodziei, w której mieściło się więzienie. Przed utratą świadomości ratował ją tylko zapach Remy'ego, który był jak kotwica na oceanie wszystkich wspomnień, jakie zdążyła wchłonąć. Niósł ją aż do sypialni, szepcząc przy tym pytania o jej stan i prosząc, by go nie zostawiała.

Przecież nie miała zamiaru go zostawiać. Skąd ten pomysł?

Czuła odrętwienie na całym ciele, jakby przez wiele miesięcy tkwiła w jednej i tej samej pozycji, i dopiero teraz mogła się poruszyć. Mięśnie nie chciały jej słuchać, oddech nie potrafił się wyrównać, a serce biło z zawrotną prędkością, by za chwilę zwolnić tak bardzo, że zdawało się być na skraju życia i śmierci.

Najgorsza była jednak czerwień. Na wszystko, co widziała, naciągnięty był czerwony filtr. Przez myśl jej przeszło, że może jakimś cudem zaabsorbowała też Remy'ego i pożyczyła sobie jego oczy.

To nie byłoby najgorsze. Jego oczy były piękne. Mogłaby takie mieć.

- Cherie, może jednak zaniosę cię do ambulatorium? – usłyszała zaniepokojony głos tuż nad sobą. Twarz Gambita była zaledwie kilka centymetrów nad nią. Nie chciała iść do ambulatorium. Towarzyszyła temu absurdalnie silna niechęć przed igłami i ludźmi w fartuchach. Ciężko jej było powiedzieć, czy to jej własna antypatia, czy właśnie wchłoniętej świadomości.

- Jak wyglądam? – spytała zamiast tego, rozglądając się po sypialni i odkrywając ją na nowo w odcieniach czerwieni.

- Ślicznie jak zawsze – odparł bez chwili zastanowienia Remy.

- A moje oczy?

- Są śliczne jak zawsze.

- Czy ja mam twoje oczy, Remy? – zapytała wreszcie wprost. Na twarzy Cajuna pojawił się uśmiech.

- Uważasz, że mam śliczne oczy? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Poczuła się zbita z tropu.

- Oczywiście – przytaknęła bez wahania. – Remy, czy ja mam twoje oczy? – powtórzyła.

Na twarzy Remy'ego pojawiło się zdezorientowanie.

- Non, cherie – odpowiedział, uważnie się jej przyglądając.

- Mhm – mruknęła tylko i się zamyśliła. I wtedy niespodziewanie wybuchło zupełnie nowe uczucie, którego nie potrafiła powstrzymać, a które zaczynało nad nią dominować. – Mam ochotę zabić Belladonnę.

- Jak my wszyscy, cherie – odpowiedział beztrosko, unosząc brew.

- Nie, nie, nie rozumiesz – zaoponowała. Nie potrafiła tego wyjaśnić. To nie była taka „zwykła ochota na zabicie Belladonny", którą odczuwała do tej pory, a z którą musiała żyć, bo ten krąg cywilizacyjny nie pozwalał na zabijanie ludzi tylko dlatego, że wzbudzają irytację. To była najczystsza – o ile w przypadku chęci mordowania można użyć tego słowa – potrzeba zakończenia jej życia. Jej jedyny cel i motywacja. Najdziwniejsze było to, że czuła gdzieś pod skórą, że Bella jest bardzo blisko niej. Zupełnie tak, jakby miała w sobie wbudowany radar reagujący na tę kobietę. To jedynie podsycało nienawiść. – Ja potrzebuję ją zabić tak, jak ty potrzebujesz jedzenia, by przetrwać – powiedziała wreszcie, ostrożnie cedząc każde słowo.


Jaskinia była klaustrofobicznie ciasna, z nisko sklepionym sufitem, z którego sypała się ziemia. Czuć było zapach torfu i wilgoci. Szli gęsiego, bezszelestnie przesuwając się jednym z licznych korytarzy. Nie pamiętała już drogi powrotnej, ale Clovis i Bella przestudiowali dokładnie mapy podziemi i ufała im jak własnej matce.
Chłód przenikał ją do szpiku kości, mimo że ubrana była w gruby kożuch podbity lisim futrem. To była najdziwniejsza misja, na jakiej była, ale Belladonna zapewniała, że po jej wykonaniu będą srali dolarami. Zleceniodawca był znany tylko Belli oraz jej ojcu. Nikt poza nimi go nie widział i część załogi zastanawiała się, czy on w ogóle istnieje. Tajemnicą poliszynela była wiara Mariusa w legendy i przepowiednie dotyczące obu gildii z Nowego Orleanu, więc gdzieniegdzie pojawiały się głosy, że ta misja była po prostu gonitwą za jedną z nich. Mogliby nawet polować na króliczka wielkanocnego, o ile będzie za to dobra kasa – pomyślała, gładząc się po kieszeni kożucha, gdzie miała ukryty jeden z licznych sztyletów. Dodawało jej to otuchy, gdy tak szli tymi zawilgoconymi korytarzami pod miastem.

Rogue otworzyła szeroko oczy. W pokoju było już ciemno, ale spod drzwi łazienki sączyło się światło. Spojrzała na zegarek obok łóżka – było kilka minut po dwudziestej pierwszej. Usiadła na łóżku i wzięła głęboki oddech. Z ulgą uświadomiła sobie, że czerwony filtr zniknął i znowu może widzieć normalnie. W tym samym momencie drzwi do łazienki się otworzyły i stanął w nich Remy – owinięty jedynie w biały ręcznik.

- Obudziłem cię, cherie? – zapytał z troską. Z mokrych kosmyków kapała woda wprost na jego ramiona i tors. Rogue starała się na niego nie patrzeć, ale ciężko było nie śledzić tego, jak przy każdym ruchu pracują jego dobrze zarysowane mięśnie.

- Nie – mruknęła tylko, kładąc się z powrotem i odwracając do niego plecami. Remy zapalił światło w sypialni. Rogue słyszała jego kroki, później skrzypnięcie drzwi do szafy. – Chyba udało mi się wyłuskać jakieś wspomnienie Feliciena – powiedziała, twardo wgapiając się w niewidzialny punkt na ścianie.

- Było to wspomnienie związane z Bellą, czy bardziej… z wizytą u teściów na przykład? – zapytał. Ręcznik opadł na podłogę zaskakująco głośno. Rogue przełknęła ślinę.

- Szedł jakimiś podziemiami z całą watahą asasynów. Zleceniodawca był znany tylko Belli oraz jej ojcu i mieli za to obiecaną furę pieniędzy – streściła.

- Podziemia? – powtórzył Remy. Przeszedł tuż obok niej – ubrany w bokserki oraz rozpiętą, czarną koszulę – i wyciągnął z najwyższej szuflady komody spinki do mankietów. Sprawnie zamontował je na koszuli i zaczął zapinać guziki. – W Nowym Orleanie dość ciężko o podziemia. Katrina zasypała wszystkie tunele kilkanaście lat temu. [żeby była jasność – chodzi oczywiście o huragan Katrina z 2005 roku]

- To musiał być Nowy Orlean – stwierdziła Rogue. – Nie mogę odmówić determinacji tym zombiakom, ale raczej nie szły tutaj z innego stanu.

Remy – już w spodniach i z zapiętą koszulą – podszedł do niej i przykucnął tuż obok łóżka. Oparł się rękoma o łóżko i niepokojem spojrzał jej w oczy.

Pachniał inaczej niż zwykle. Świeże, drzewne nuty zostały zastąpione ciężkimi, kadzidlanymi aromatami. Na oczach miał nałożone holosoczewki, więc czerwień i czerń zmieniły się w zwykłą biel i głęboki, zimny brąz.

- Mogę zostać, cherie – powiedział cicho. – Nie muszę iść na to zlecenie.

- Où est-il passé le diable blanc? [Gdzie się podział le diable blanc?] – spytała z czystym francuskim akcentem. Na twarzy Remy'ego odmalowało się zaskoczenie.

- Il te manque déjà? [Już za nim tęsknisz?] – odpowiedział pytaniem. Rogue spojrzała na niego zdziwiona.

- Czemu mówisz do mnie po francusku? – zapytała zbita z tropu.

- To ty zaczęłaś do mnie mówić po francusku – odparł, nie spuszczając z niej oka.

- To musiał być Felicien – żachnęła się Rogue. – Je ledwie jestem w stanie się przedstawić w tym języku.

- Zdarzało mi się być w podobnym stanie – mruknął z błąkającym się na ustach uśmiechem. – Cherie, na pewno dobrze się czujesz? Mogę z tobą zostać.

- Nie, nie trzeba – odparła nieco zbyt entuzjastycznie, jakby jednocześnie próbowała ukryć swoje rozczarowanie, że wybrała taką odpowiedź. – Idź sobie nieuczciwie zarabiać na chleb.

- To faktycznie będzie bardzo nieuczciwe, cherie – odpowiedział. Bez swoich normalnych oczu tracił mnóstwo ze swojego uroku. – Wrócę rano. Nie rozrabiaj beze mnie – dodał, podnosząc się. Sięgnął po leżącą na kanapie marynarkę i skierował się do wyjścia. Przed samymi drzwiami posłał jej w powietrzu całusa i wyszedł. Rogue przewróciła spojrzeniem i przetoczyła się na plecy.

Nadal czuła obecność Belladonny w promieniu kilku-kilkunastu metrów. Miała nadzieję, że ta umiejętność wkrótce zniknie tak, jak czerwony filtr. To byłoby kuriozalne, by do końca życia wyczuwać obecność jakiejś kobiety z Nowego Orleanu. Na liście najbardziej bezużytecznych mocy plasowałoby się to pewnie gdzieś w pierwszej dziesiątce między wskrzeszaniem robaków a komunikacją z owocami.

Jutro rano będą musieli wziąć Bellę w krzyżowy ogień pytań. Po co przyszła do celi Feliciena? Co robili w podziemiach Nowego Orleanu? I przede wszystkim – skąd wie o tym, jak działa mutacja Rogue? Jej reakcja rano nie pozostawiała złudzeń co do tego, że jest tego świadoma.

Najbardziej niepokojące było jednak to, że Rogue zaczęła rozważać użycie absorpcji na Belladonnie. Być może była to już oznaka desperacji, a być może było to echo tego zupełnie nowego, gorącego uczucia, jakim ją zaczęła darzyć – intensywną, krwawą żądzą mordu.


Płyta sarkofagu była odsunięta. Na jej brzegu siedziała eteryczna blondynka okryta czerwoną peleryną. Wyglądała jak obleczona poświatą, nierzeczywista, z rozmazanym konturem. Biła jednak od niej potęga, wyczuwalna w każdej żyle i w każdym mięśniu zgromadzonych tu ludzi. Mimo tego, że nie paliła się żadna latarka, to całe pomieszczenie było doskonale oświetlone. Zupełnie tak, jakby to światło pochodziło od tej kobiety w czerwieni. Kim ona była? Felicien nie miał pojęcia, ale czuł bardzo wyraźnie, że powinien się jej bać. Zerknął na swoich współtowarzyszy. Kilku spoglądało w kierunku wyjścia, większość jednak wpatrywała się w tajemniczą czerwoną boginię.

- Przyszłaś złożyć mi hołd, śmiertelniczko? – spytała, a jej głos brzmiał jak tysiąc różnych głosów, które odbijały się po pustym sklepieniu grobowca. Felicien jak rażony piorunem spojrzał wprost na nią. Nie chciał już obserwować innych ludzi, chciał patrzeć już tylko na tę kobietę. Wziął głęboki oddech, a z jego dłoni wyśliznął się sztylet, który trzymał od samego początku. Nikt nie zwrócił uwagi na dźwięk upuszczonego przedmiotu.

- Bynajmniej – odpowiedziała arogancko Belladonna, podchodząc bliżej bogini. Felicien dostrzegł błysk ostrza w jej dłoni i już chciał zareagować i jakoś ostrzec tę kobietę, ale stał jak wmurowany, niezdolny się odezwać.

Ręka Belli wystrzeliła wprost w serce bogini, ale ta bez trudu się uchyliła.

- Jeszcze zobaczymy – powiedziała kobieta z drwiącym uśmiechem.

Felicien poczuł, że teraz nadeszła pora, by ruszyć na pomoc.

A chwilę później świat zatonął w czerwieni.

Rogue przetarła oczy. Nadal słyszała w swojej głowie głos kobiety w czerwieni. Wydawał się ją nawoływać, przyciągać do siebie jak magnes. Chciała wstać z łóżka i ruszyć na jej poszukiwanie, ale w porę się opamiętała.

- Mam na imię Rogue – powtórzyła sennie. Zapaliła nocną lampkę i wstała z łóżka. Otworzyła szufladę komody i wyciągnęła z niej opasłą kosmetyczkę. Rzuciła ją na łóżko i z dudniącym bólem głowy zaczęła ją przeszukiwać. Z każdą minutą jej ruchy były coraz bardziej nerwowe, a ona sama była coraz bardziej przerażona. W końcu wysypała całą zawartość torebki na łóżku. Drżącymi dłońmi przesuwała tampony, gumki do włosów, słoiczki z kosmetykami. Miała przed sobą jakiś tysiąc drobnych przedmiotów, ale brakowało tego najważniejszego: słoiczka z ciemnego szkła, w którym były tabletki od doktora McCoya. Ze łzami w oczach zebrała wszystko z powrotem do kosmetyczki.

Wracały koszmary.

Była w obcym miejscu z dala od bezpiecznego ambulatorium Hanka McCoya.

Nigdzie w pobliżu nie było Remy'ego.

Zginęły jej pastylki.

Była tutaj zupełnie sama.

Odłożyła kosmetyczkę na miejsce i wsunęła się z powrotem pod ciepłą kołdrę. Z szeroko otwartymi oczami przyrzekła sobie, że spróbuje nie zasnąć aż do powrotu Remy'ego.

Elektroniczny zegarek wskazywał kilka minut przed północą. Za oknem dął wicher, a gałęzie drzew smagały okno. Chwilę później zaczęło padać.

Nie chciała myśleć o tym, co zobaczyła we śnie. Każde mgnienie z tamtej jaskini powodowało napad mdłości i przyspieszenie bicia serca. Czy kobieta w czerwieni była mutantem? Jeśli tak, to jakie miała moce?

Rogue próbowała odegnać od siebie te pytania, nie skupiać się na nich, ale jej myśli wciąż tam wracały. Odwróciła się gwałtownie na bok i przykryła głowę poduszką, chcąc się odizolować od świata. Szumiało jej w uszach, a ból głowy coraz bardziej narastał. Załkała, tłumiąc szloch poduszką.

Nienawidziła swojej mutacji. Ogarniała ją coraz większa panika z powodu obcych wspomnień w swojej głowie. Absorpcja Remy'ego była jak spotkanie ze starym znajomym, ale absorpcja Feliciena to pełna strachu wędrówka po nawiedzonym, starym zamku, gdzie na każdym kroku czyhały jakieś jego demony i strachy, z którymi teraz ona musiała się mierzyć. Nigdy nie czuła się tak przytłoczona wchłonięciem czyjejś świadomości. Profesor wspominał o tym na ich sesjach – że ponowne użycie mocy po wydarzeniach w laboratorium Sinistra może wiązać się z bardzo silnymi, trudnymi do opanowania emocjami. Rogue próbowała sobie przypomnieć, co miała robić w takiej sytuacji, ale zalewająca ją fala adrenaliny i kortyzolu nie pozwalała na zebranie myśli. Czuła jedynie panikę oraz niemoc.

Musiała ją jakoś przeczekać i jednocześnie przy tym nie zasnąć. A przynajmniej nie zasnąć do powrotu Gambita. Odkąd przyjechała do Nowego Orleanu, spała dużo lepiej. Nie pamiętała żadnych koszmarów, nie budziła się w środku nocy. Aż do dzisiaj. Nie była naiwna – to musiało się wiązać z nieobecnością Remy'ego. Bez niego tonęła w krążących po jej głowie obcych wspomnieniach, zatracała się w nich tak jak teraz to robiła z echami Feliciena. Nie rozumiała, dlaczego akurat on potrafił utrzymać ją na powierzchni jedynie samą swoją obecnością. A przynajmniej starała się o tym zbyt długo nie myśleć, bo obawiała się wniosków, jakie mogła wyciągnąć. Swoich emocji bała się jeszcze bardziej od emocji obcych ludzi.

Zaczęła liczyć szeptem, by wyregulować oddech. Początkowo nic to nie dawało, nadal był krótki, urywany i powodujący zawroty głowy, ale po jakimś czasie stawał się coraz dłuższy i spokojniejszy. Aż wreszcie przeszedł w miarowy i głęboki – Rogue zasnęła.


Szła tym samym korytarzem, którym bardzo dawno temu tutaj przyszła. Tym razem jej ruch był niezgrabny, ociężały. Obijała się o ściany, ale nic sobie nie robiła z potknięć i upadków. Zimno, które podczas tamtej wyprawy przeszkadzało jej najbardziej, teraz znikło. Nie czuła ani chłodu podziemi, ani strachu przed zagubieniem się w labiryntach, mimo że teraz szła sama. Właściwie to niczego nie czuła. Otaczający ją świat wydawał się jedynie dekoracją, a ona sama czuła tylko jedno: głód.

Nie znała drogi powrotnej, ale konsekwentnie szła do przodu, wiedziona obietnicą odnalezienia ulgi. Czym była ta ulga? Nie pamiętała. To było coś bardzo nieuchwytnego. Już-już pojawiał się w jej umyśle obraz tego przedmiotu, by po chwili zniknąć bez śladu. Czepiała się tej myśli, ale nie mogła sobie przypomnieć, co to było.

Jak tylko sięgnie po to, głód zniknie, a czerwień spłynie z jej oczu i będzie mogła prawdziwie zasnąć. Potrzebowała tego równie mocno co oddechu w piersi. Wiedziała, że idzie w dobrym kierunku, bo świat tonął w coraz głębszym szkarłacie.

Stanęła tuż przed drabiną. Metalowe stopnie były na trwale zamontowane w kamiennej ścianie. Podniosła ręce. Zignorowała ból, który towarzyszył temu ruchowi. On nie był ważny, bo wkrótce minie. Wspinaczka trwała wieki, ale z każdym stopniem czerwień stawała się intensywniejsza, więc wiedziała, że jest coraz bliżej celu.

U szczytu był drewniany sufit. Spróchniałe drewno łatwo było przesunąć, a za nim rozpościerało się rozgwieżdżone, ciemne niebo. Haust świeżego powietrza był jak łyk górskiej wody po całym dniu na pustyni. Przywracał wspomnienia z poprzedniego życia, ale nie zdołał zagłuszyć głodu.

Wyszła z kamiennego komina i przez dłuższą chwilę stała, dając się łagodnie kołysać nocnemu wiatrowi. Zwisające z drzew wiotkie i długie liany łaskotały ją w twarz. Wysoka trawa sięgała jej niemal do pasa, a niedaleko słychać było szum wody. Cały świat pulsował czerwienią, ale ona wiedziała, gdzie szukać źródła.

- Belladonna – wychrypiała i ruszyła do przodu.

- Belladonna! – wykrzyknęła Rogue, szeroko otwierając oczy. Była mokra od potu, a serce biło jej tak szybko, że miała wrażenie, że za chwilę dostanie zawału. Skotłowana kołdra leżała na podłodze, poduszki były rozrzucone po całym łóżku. Starała się uspokoić oddech, ale było coraz gorzej. Czuła, że osuwa się w panice. Żądza krwi Belladonny była tak silna, że Rogue jedynie resztkami woli powstrzymywała się od wyjścia z sypialni.

- Jestem Rogue – wychrypiała z trudem, ciężko łapiąc oddech. – Jestem Rogue – powtarzała raz za razem, przecierając spocone czoło i starając się skupić na teraźniejszości. Rozejrzała się nerwowo po sypialni. Pierwsze promienie wschodzącego słońca zaczęły wlewać się do pokoju. Miała nadzieję, że Remy już wrócił, ale sofa stała pusta. Próbowała jakoś zaczepić swoją uwagę na nim i wdzięczna losowi zdała sobie sprawę, że w powietrzu nadal unosi się ledwie wyczuwalny zapach jego perfum. – Jestem Rogue – powtórzyła już spokojniej. Usiadła na łóżku, przetarła zaspane oczy i spojrzała na zegarek. Było kilka minut po siódmej. Chętnie położyłaby się jeszcze spać, ale bała się kolejnych snów. Miała dość czerwieni i tego irracjonalnego uczucia głodu.

Z trudem zwlekła się z łóżka i poszła do łazienki. Gorący prysznic, a później mocna kawa – taki był jej plan na ten poranek. A później wróci Remy i spróbuje jeszcze raz zasnąć, tym razem pod jego opieką. Nie potrafiła tego wytłumaczyć, ale wiedziała, że gdy będzie blisko, będzie mogła spać spokojnie.

Z kuchni dobiegały odgłosy rozmów i śmiechu. Zatrzymała się na schodach, nasłuchując. Na pewno była tam Mercy – opowiadała Henriemu, jak ciężką miała noc, gdyż Charlie budził się co chwilę. Tante Mattie rozmawiała z Jean Lukiem o silnym wietrze i ulewie, jaka nawiedziła Nowy Orlean tej nocy. W tle grało radio. Gdy Rogue usłyszała cichy baryton Remy'ego, kamień spadł jej z serca. Była bezpieczna. W dużo lepszym nastroju zeszła po schodach i weszła do kuchni.

- Bonjour – przywitała się, odpowiadając delikatnym uśmiechem na porozumiewawcze spojrzenie Remy'ego i od razu skierowała się do ekspresu do kawy. Odpowiedziało jej kilka głosów, a Tante Mattie sięgnęła po talerz i nałożyła dodatkową porcję jajecznicy z pieczarkami i smażonymi pomidorami.

- Siadaj, słoneczko – powiedziała ciepło i postawiła talerz na stole tuż obok Remy'ego. Rogue z wdzięcznością usiadła z kubkiem gorącej kawy. Rozmowy na chwilę zamilkły, słychać było jedynie dźwięk sztućców i talerzy.

- Widzę, że nie tylko ja fatalnie spałam – mruknęła wreszcie Mercy znad kubka kawy.

- Tak, to była ciężka noc – przytaknęła Rogue, starając się nie patrzeć nikomu w oczy. Poczuła na udzie ciepłą dłoń Remy'ego i uśmiechnęła się niepewnie pod nosem.

- Była pełnia, więc może dlatego i Charlie, i nasza kochana Rogue ciężko spali – powiedziała Belladonna z udawaną troską. Siedziała na skraju stołu, z pustym talerzem przed sobą. Wpatrywała się w Rogue tak intensywnie, jakby chciała telepatycznie wbić jej sztylet prosto w mózg. Rogue nic nie odpowiedziała, powiodła jedynie spojrzeniem po pozostałych. Wszyscy wydawali się zaskoczeni tym, co powiedziała Belladonna. – Albo może to nie wina pełni, a przynajmniej w przypadku Rogue – kontynuowała Bella. – Może to brak tych smakołyków? – W dłoni trzymała słoiczek z ciemnego szkła. Na etykiecie widoczne było pochyłe pismo Hanka McCoya. Rogue czuła, jak grunt osuwa jej się spod nóg. To były jej pastylki. Przerwała jedzenie, wpatrując się to w Bellę, to w pojemnik z tabletkami. Nie miała odwagi spojrzeć na nikogo, a już tym bardziej na Remy'ego. Z lekkim pokrzepieniem zauważyła, że jego ręka nadal spoczywała spokojnie na jej nodze.

- Co to jest, Belladonna? – przerwał milczenie Jean Luc beznamiętnie. Rogue zastanawiała się, do jakich scen musiało dochodzić przy śniadaniu w tym domu, skoro zareagował z taką obojętnością.

- Lorazepam – odparła Bella takim tonem, jakby to miało wszystko tłumaczyć.

- No i co? – zapytała Mercy. – Niech rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie wziął choć jednej tabletki xanaxu – wzruszyła ramionami. Rogue zerknęła na nią kątem oka. Mercy wydawała się być zupełnie niewzruszona tą sytuacją.

- Myślę, że parę kamieni by się znalazło – odpowiedziała ciężkim tonem Tante, patrząc na nią spode łba. – No i czym jest ten lorazepam? – zwróciła się do Belli. Wszystkie oczy przeniosły się na jej chytrze uśmiechniętą twarz.

- To są psychotropy – wycedziła i obrzuciła wszystkich krytycznym spojrzeniem. – Na czele gildii chcecie sobie postawić niestabilnie emocjonalną panienkę, która jest uzależniona od leków – dodała, krzyżując ramiona na piersi. Musiała zasiać ziarno niepewności, bo nastało milczenie.

Rogue czuła na sobie pytające spojrzenia. Zapłonęła rumieńcem, ale nie wiedziała, co odpowiedzieć. Pochyliła jedynie głowę i próbowała zebrać myśli. Dłoń Remy'ego nie ruszyła się z jej uda nawet o krztynę.

- Remy? – Głos Jean Luca był spokojny i matowy. Rogue nie rozumiała, dlaczego to jego proszą o wyjaśnienie, a nie ją. Już miała zaprotestować i wszystko wyjaśnić, gdy Remy przemówił.

- Nie rozumiem – zaczął z twardym francuskim akcentem, co niechybnie oznaczała, że jest bardzo poirytowany – dlaczego moja narzeczona ma się wam tłumaczyć, jakie leki przyjmuje. To nie jest wasza sprawa.

- Trochę nasza – westchnęła Tante. – Na czele gildii musi stać osoba zdrowa na ciele i duchu. Tak jest zapisane w przysięgach.

- Jeśli Rogue ma jakieś zaburzenia psychiczne… – zaczął Henri, zerkając na Mercy.

- To nie jest nic, co mogłoby wpływać na przyszłość gildii – odparł Remy, cedząc słowa.

- Wiedziałeś o tym, Remy? – spytała Bella, potrząsając przy tym słoiczkiem. Remy obrzucił ją ciężkim, morderczym spojrzeniem.

- Oczywiście – odparł, marszcząc czoło. – Mówimy sobie o wszystkim – dodał nieco ciszej, splatając z Rogue dłonie. Rogue obserwowała, jak jej palce mimowolnie zaciskają się na palcach Remy'ego. Miał prawo wiedzieć o wszystkim i to jest najwyższa pora, by się dowiedział. Tu i teraz.

- To nie są jakieś ciężkie, otępiające leki – powiedziała cichym głosem. Odchrząknęła i kontynuowała już głośniej. – To są leki, dzięki którym jestem w stanie spać. Od kilku miesięcy cierpię na PTSD [zespół stresu pourazowego]. Podczas jednej z misji zostałam poddana eksperymentom, które… – zamilkła na chwilę. Wpatrywała się w ich splecione dłonie. Westchnęła i podniosła wzrok. – … przez które zginęła kilkuletnia dziewczynka, a dorosła kobieta jest w stanie śpiączki – dokończyła, zerkając niepewnie na wszystkich przy stole. Patrzyli na nią z nieodgadnionymi minami. Tylko ciepła dłoń Remy'ego trzymała ją na powierzchni. – Nigdy nikogo nie zabiłam, to był mój pierwszy raz. Na dodatek to było dziecko – głos jej się lekko załamał, ale przełknęła ślinę, wzięła głęboki oddech i spojrzała na zgromadzonych przy stole. – Tak, to są psychotropy, bo wpływają na procesy chemiczne w mózgu i dlatego łapią się do tej definicji, ale biorę je jedynie doraźnie. Nie codziennie. A dzisiejsza noc była dość ciężka i dzisiaj by mi się bardzo przydały. Nie wpływają też na to, jak się zachowuję, czy jakie decyzje podejmuję. Po prostu pomagają mi opanować ataki paniki.

- To wszystko, Bella? – Głos Jean Luca był znużony. – Czy może coś jeszcze ukradłaś z osobistych rzeczy domowników, by móc zagaić rozmowę przy śniadaniu?

Rogue wypuściła powietrze z płuc. Poczuła ulgę, zupełnie jakby ktoś odwiązał kamień z jej szyi. Potoczyła spojrzeniem po całej familii. Mercy uśmiechnęła się do niej pokrzepiająco.

- I to wam nie przeszkadza? Że ktoś, kto będzie sterował waszym dziedzictwem, jedzie na lekach psychotropowych? – prychnęła z niedowierzaniem Bella. – Aż tak obniżacie standardy?

- Przyjmuję chemioterapię i codziennie jem cały kolorowy koktajl tabletek. Jestem ostatnią osobą, która mogłaby kogoś oceniać tylko przez pryzmatów leków, jakie przyjmuje – odparł Jean Luc, krzyżując ręce na piersi. – Choroba to choroba, bez względu na to, czy dotyczy ciała, czy duszy.

- Jesteście żałośni – odpowiedziała z obrzydzeniem Belladonna. Wstała od stołu, cisnęła na blat słoiczek z tabletkami i wybiegła z kuchni. Remy bez trudu przechwycił pigułki i niepostrzeżenie oddał je Rogue. Poczuła się lepiej, gdy w dłoniach czuła ciężar szklanego pojemnika.

- Ale to tutaj znalazłaś schronienie – zawołała za Bellą Tante Mattie. Słychać było ciężkie kroki na schodach, a następnie zapanowała cisza. Rogue wlepiła spojrzenie w swoje kolana. Miała ochotę stąd wyjść, ale obawiała się jakiejkolwiek reakcji.

- Dziękujemy za śniadanie, będziemy u siebie – powiedział Remy jakby odczytując jej myśli. Pożegnali się z domownikami i wciąż trzymając się za ręce weszli po schodach. Nie odzywali się do siebie ani słowem aż do momentu, w którym przekroczyli próg sypialni. Remy zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie plecami. Rogue stała na środku pokoju i wpatrywała się w czubki swoich butów. Czuła na sobie jego spojrzenie, ale nie była jeszcze gotowa, by je udźwignąć. Przeczesała włosy i ciężko westchnęła.

- Chyba pora, bym ci o wszystkim powiedziała. – Poczuła, jak tama, która trzymała ją w ryzach przez ostatnie miesiące, zaczyna pękać. W piersi miała ciężką bryłę lodu, a na samo wspomnienie tamtych odległych dni czuła fizyczny ból. I wtedy pojawiły się pierwsze łzy. Nawet nie zauważyła, kiedy Remy zdążył do niej podejść i ją objąć. Z wdzięcznością przyjęła jego ciepłe, szerokie ramiona i wtuliła się w niego najmocniej, jak tylko potrafiła. – Opowiem ci, co się ze mną działo – powtórzyła drżącym głosem, niechętnie wycofując się z jego uścisku.

A potem zaczęła mówić.

Miałam duże wątpliwości, czy i w jaki sposób poruszać temat zaburzeń psychicznych. Uznałam jednak, że wydarzenia z laboratorium Sinistra nie mogły nie odcisnąć żadnego piętna na Rogue i że niemożliwością było, by poradziła sobie z nimi w tak krótkim czasie i bez pomocy farmakologicznej. Jeśli ktokolwiek z Was poczuł się urażony, dotknięty bądź czuł się niekomfortowo podczas czytania tego rozdziału – bardzo przepraszam, starałam się możliwie jak najtaktowniej do tego podejść. Zależało mi również, by przeciwstawić płytki i stereotypowy pogląd Belladonny na zaburzenia psychiczne oraz leki im towarzyszące. Wydaje mi się, że w naszym społeczeństwie wciąż pokutuje bardzo krzywdzące spojrzenie na ten temat. Nie chciałam dokładać Rogue walki również z takimi uprzedzaniami, jako mutantka z taką, a nie inną mocą i tak ma pod górę.

Wstępnie zakładam jeszcze dwa lub trzy rozdziały do końca (zależy, jak bardzo rozwlekę kolejny rozdział, bo to będzie ogromna kobyła do napisania). Najbliższy rozdział zapewne pojawi się wiosną, choć wiecie, jak to ze mną jest – lepiej nie przywiązywać się do dat.

A tymczasem życzę Wam spokojnych, leniwych i rodzinnych Świąt oraz udanego wejścia w Nowy Rok i oby był on lepszy niż mijający (biorąc pod uwagę, co się działo w tym roku, to nie będzie jakiś wielki wyczyn, a przynajmniej taką mam nadzieję)!