AN: Oto – wreszcie – przedostatni rozdział. Długi, miejscami wymęczony. Z góry przepraszam za nietrzymanie się kanonu, ale musiałam to jakoś poskładać. Zastanawiałam się, czy nie podzielić tego na dwie części, bo wyszła z tego kobyła straszna, ale chcę jak najszybciej wrzucić ten rozdział i zająć się zakończeniem.
Słońce wlewało się czerwienią przez zachodnie okna rezydencji, oświetlając jej twarz niczym blask reflektorów. Patrzyła na purpurowo-szkarłatne wstęgi nieba układające się miękko na pasach zieleni okalających rezydencję. Czuła w powietrzu powiew jesieni, mimo że w tym dusznym pomieszczeniu zalegał niewietrzony dawno kurz. Na chwilę zapomniała, jaką rolę ma grać. Miała ochotę zejść z tego wysokiego taboretu, zawinąć się w koc i napić się gorącej herbaty, oglądając przy tym głupie turnieje telewizyjne wspólnie z Kitty.
Zamiast tego stała na stołeczku ustawionym na środku pokoju, ubrana w obcisłe legginsy i przylegający top z długimi rękawami. Rękawiczki ciasno przylegały do jej dłoni, zupełnie jakby były z lateksu, a nie cienkiej jak pergamin skóry. Co chwilę czuła na swoim ciele miarkę krawiecką, przykładaną do pleców, talii, czy biustu. Mimo że barierę stanowiła odzież, to i tak Rogue bezwiednie zaciskała wargi w cienką linię i z poczuciem olbrzymiego dyskomfortu godziła się na tę formę wysublimowanych, publicznych tortur.
- Będzie miała rękawiczki? – usłyszała, jak krawiec zadaje to pytanie gdzieś w przestrzeń. Miała ochotę opryskliwie odpowiedzieć, że nie musi pytać o pozwolenie, ale po namyśle stwierdziła, że nie warto. Przecież i tak nigdy nie założy tej sukni ślubnej. Wyjedzie stąd, nim powstanie choćby jej prototyp. Więc jedynie obrzuciła mężczyznę pełnym potępienia spojrzeniem i odwróciła wzrok z powrotem w kierunku okna. Tarcza słońca już się chowała za horyzontem.
- Na ceremonii na pewno, na weselu niekoniecznie – odpowiedziała Tante Mattie. Siedziała w aksamitnym, pikowanym fotelu i wachlowała się gazetą.
- To na końcu zdejmę miarę z dłoni – mruknął do siebie Pierre. Rogue zmarszczyła brwi, ale się nie odezwała. Jeśli udało jej się przeżyć ten dzień, to i zdejmowanie miary z dłoni też przeżyje. Westchnęła jedynie, co nie uszło uwadze Mercy.
- Męczący dzień, co? – rzuciła jej badawcze spojrzenie znad telefonu. Mimo że jej ton nie różnił się od tego, jak zazwyczaj do niej mówiła, to w jej oczach było coś przyjaźniejszego. Rogue posłała jej blady uśmiech. Nie miała pojęcia, jak bardzo miała rację.
Gdy tego ranka zamknęła za sobą drzwi sypialni i miała wszystko opowiedzieć Remy'emu, obawiała się, że nie da rady. Zatnie się i nie będzie potrafiła przekazać wszystkiego, co siedziało w jej głowie przez te miesiące. Rozklei się, gdy zacznie mówić o tym, jak bardzo się bała siebie samej i nienawidziła jednocześnie. Ale poszło gładko, na tyle, na ile to było możliwe. Słowa przychodziły łatwo, jakby tylko czekały, by je wreszcie wypowiedzieć. Bez skrępowania mówiła, jak samotnie się wtedy czuła, jak bardzo była pozbawiona sprawczości i czuła się więźniem swojego ciała.
A Remy słuchał. Nie przerywał, nie komentował, tylko słuchał. Dał jej przestrzeń do wylania wszystkich swoich emocji i nie oceniał, ani nie próbował jej wmówić, że źle odczuwa swoje emocje. Nie mówił: „Jak mogłaś tak myśleć o sobie!", ani też nie mówił: „To nieprawda, nie jesteś taka!". Siedział na sofie, z łokciami opartymi o kolana i słuchał.
Z każdą minutą czuła, jak lodowata skała, która oplotła jej serce, zaczyna się topić. Czuła się coraz lżejsza i spokojniejsza.
Teraz, stojąc na drewnianym stołku w jednym z pokojów gościnnych, zastanawiała się, dlaczego tak późno zdecydowała się mu o tym wszystkim powiedzieć. Ta lekkość, którą teraz czuła, mogła przyjść dużo wcześniej. Dlaczego zwlekała?
Ach – przypomniała sobie wreszcie. Przecież zostawił ją samą na wiele miesięcy. Bez słowa pożegnania i wyjaśnienia. I choć wiedziała, czym się wtedy kierował i dlaczego to zrobił, to było to zadrą w jej sercu. Nie miała wątpliwości, że razem z nim przeszłaby to wszystko o wiele lżej.
- Proszę zdjąć rękawiczkę, muszę teraz dokładnie zmierzyć palce oraz nadgarstek – krawiec zwracał się bezpośrednio do niej. Spojrzała na niego zaskoczona, ale po chwili przypomniała sobie, co się tutaj dzieje. Zdejmowanie miary do sukni ślubnej, tak.
- A czy może pan zdjąć miarę z mojej rękawiczki? Jest świetnie dopasowana – zapytała, siląc się na lekki ton. Pierre zerknął przelotnie na Tante Mattie, po czym z uprzejmym uśmiechem przytaknął.
- Zatem poproszę.
Rogue powoli ściągnęła rękawiczkę. Miała wrażenie, że wszyscy obserwowali, jak bardzo trzęsą jej się ręce, kiedy zsuwała ją z każdego palca po kolei. Podała ją Pierre'owi, a ten bezceremonialnie wywrócił ją na lewą stronę i zaczął odrysowywać. Tak obcesowo i niedelikatnie obchodził się z ogromnym kawałkiem jej życia, że Rogue niemalże czuła łzy pod powiekami.
- Pierre, chciałabym ci jeszcze pokazać naszą francuską koronkę. Myślę, że będzie się nadawała – usłyszała głos Tante Mattie. Fotel boleśnie zaskrzypiał, gdy z niego wstawała.
- Oczywiście, tylko to skończę – mruknął Pierre, sprawnie mierząc i spisując kolejne wymiary. Po wszystkim przewrócił rękawiczkę z powrotem na właściwą stronę i jeszcze przez chwilę się jej przyglądał. – Cielęca skóra, jak mniemam? – zapytał znad okularów. – Bardzo dobre wykonanie, widać w tym rękę dobrego rzemieślnika – dodał, oddając ją Rogue.
Nic nie odpowiedziała, tylko posłała mu przeciągłe spojrzenie. Gdy nałożyła ją z powrotem na swoją dłoń, poczuła się znowu bezpiecznie. Zupełnie jakby przez tych kilka chwil była zupełnie naga i wreszcie ktoś ją okrył kocem.
Gdy Pierre wyszedł z pokoju wraz z Tante Mattie, Rogue usiadła na stołku, wciąż wpatrując się w rękawiczkę. Nie zauważyła, że Mercy nigdzie nie poszła, więc gdy ta się odezwała, Rogue mimowolnie drgnęła.
- Niestety każde kolejne miary będą coraz dłuższe i dłuższe, a dyskusje o tym, jaka długość trenu nie będzie obrażała wielowiekowej tradycji Gildii Złodziei, będą rozciągały się do wielogodzinnych debat – powiedziała, podchodząc do Rogue. – Ale głowa do góry, nie będziesz musiała brać udziału w tych pasjonujących rozmowach, bo i tak nikt się nie będzie liczył ze zdaniem panny młodej.
- Ty to jakoś przeżyłaś – Rogue odparła ze zrezygnowaniem.
- Ale ja nie byłam koronowana na przyszłą carycę gildii – prychnęła Mercy i przysunęła sobie stołek. – Ale i tak musiałam zawalczyć o swoje, a jedyne, co udało mi się wygrać, to nieco mniej sztywny gorset, niż to sobie monsieur Pierre wymyślił. Najlepiej przychodzić na miary tuż po obiedzie, tak tylko podpowiem.
Rogue uśmiechnęła się, w głębi duszy wiedząc, że najpewniej nie będzie już żadnych miar.
- Słuchaj – tym razem głos Mercy był poważniejszy – początki w tej rodzinie są trudne. Zaraz po ślubie zacznie się ciśnienie na dziecko, a w międzyczasie wprowadzanie w tajemnice gildii. Będą oczekiwać od ciebie pełnej lojalności i bezwarunkowego wypełniania rozkazów. Nie masz pojęcia, ile cierpkich komentarzy usłyszałam, gdy nie mogłam zajść w ciążę. Czułam się jak druga kategoria człowieka. Przez kilka miesięcy brałam antydepresanty, o czym nikt poza Henrim nie wie. Mój psychiatra wie więcej o tej rodzinie niż większość ludzi tu pracujących.
- Brzmisz tak, jakbyś chciała mnie zniechęcić do ślubu z Remym – odpowiedziała Rogue, ostrożnie cedząc każde słowo. I na Boga, skutecznie to robiła.
- Nie – szybko zaprotestowała Mercy. – Chcę powiedzieć, że byłam na twoim miejscu. Przeszłam to, przez co ty teraz przechodzisz i przez co będziesz przechodzić. Chcę powiedzieć, że możesz na mnie liczyć. Pomogę ci przetrwać początki. Ja i Xanax [lek przeciwlękowy i uspokajający] będziemy ci służyć pomocą.
- Dziękuję – odrzekła po dłuższej chwili milczenia Rogue. Przez kilka uderzeń serca miała wrażenie, że faktycznie może zaufać tej kobiecie i może życie w Nowym Orleanie nie byłoby takie złe. Ale przypomniała sobie, po co tu jest i – przede wszystkim – kim jest. – Dziękuję – powtórzyła, tym razem z cieniem uśmiechu.
Gdy wróciła do sypialni, Remy siedział przy stoliku wpatrzony w monitor laptopa. Na jej widok podniósł wzrok i uśmiechnął się z pokrzepieniem.
- Wolałabyś Danger Room? – spytał, unosząc brew.
- Zdecydowanie – mruknęła, siadając na łóżku.
- Danger Room z Loganem? O jakiejś absurdalnie wczesnej porze? – ciągnął Remy. Rogue zerknęła na niego, po czym opadła na plecy.
- Zdecydowanie – powtórzyła.
Remy zamknął laptopa.
- Wolałabyś wstać o piątej rano i walczyć z symulacjami Sentinels, niż spędzić miłe popołudnie z moją ukochaną niemalże babcią oraz czarującą bratową? – kontynuował, jednocześnie wstając od stolika. Niespiesznym krokiem dotarł do łóżka, na którym leżała Rogue i położył się obok niej na brzuchu.
- Mam nieodparte wrażenie, że na moim miejscu wybrałbyś dokładnie to samo – odparła Rogue, a delikatny uśmiech igrał na jej wargach.
- Ba! Na swoim miejsca też bym tak wybrał – zaśmiał się Remy, nie spuszczając wzroku z Rogue.
- Stałam tam, jakbym była jakimś cholernym manekinem – zaczęła. – A wszystkie pytania były kierowane do Tante, ja nie mogłam nawet wybrać koloru guzików przy gorsecie – powiedziała ze złością.
- Ceremoniał jest bardzo szczegółowy i pozostawia niewielkie pole manewru. Podejrzewam, że kolor guzików przy gorsecie też jest tam precyzyjnie opisany – wyjaśnił Remy.
- Naprawdę to jest takie ważne? Czy to będzie ecru czy kość słoniowa? – mruknęła Rogue, przekręcając się na bok twarzą do Remy'ego. Mimo że leżał na odległość wyciągniętej dłoni, to i tak czuła bijące od niego ciepło, zapach jego perfum i wody kolońskiej. A po dzisiejszej rozmowie wydawał się jeszcze bliższy, nie tylko w sferze fizycznej, ale też emocjonalnej. Czuła, że mogła mu powiedzieć wszystko i zaufać w każdej sprawie.
- Dla mnie mogłoby nie być żadnych guzików – wzruszył ramionami. – Ale te wszystkie szczegóły, gesty, których będziesz musiała się nauczyć, odezwy, ruchy… to wszystko składa się na cały ceremoniał. Musi być patos, by cała gildia poczuła, że oto w familii dzieje się coś wyjątkowego.
- Ślub jednego z synów Jean Luca nie jest wyjątkowy sam z siebie?
- Ślub dziedzica gildii i nowego przywódcy, Rogue – poprawił ją Remy. – Wszyscy w gildii muszą wiedzieć, że będziemy kontynuować tradycję rodziny. A tego możemy dowieść, trzymając się trzystuletnich wymogów odnośnie koloru guzików na gorsecie panny młodej.
- Twoja rodzina jest pomylona – odparła Rogue, a na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech. Remy byłby w stanie zabić, byle tylko widzieć go codziennie.
- I kto to mówi – zaśmiał się.
Rogue przymknęła powieki, ale nadal się uśmiechała. Remy walczył ze sobą, by nie dotknąć kosmyka włosów, który przecinał jej twarz. Miał ochotę na o wiele śmielsze gesty, ale na razie odgarnięcie tego pasemka było maksimum jego możliwości.
- Dziękuję, że mnie wysłuchałeś – powiedziała cicho, otwierając oczy. Przez długą chwilę wpatrywał się w czystą zieleń jej tęczówek, nie będąc w stanie wypowiedzieć choćby słowa. To on powinien jej dziękować, że mu zaufała pomimo tego, że ją zostawił. To on powinien jej dziękować, że tu przyjechała. To on powinien jej dziękować, że jest tutaj z nim i jest jego jedynym sojusznikiem. – Czuję, że nie jestem z tym sama.
- Nigdy nie byłaś – odparł zachrypniętym głosem. – Masz za sobą cały Instytut, Rogue.
Przez jakiś czas milczała, unikając kontaktu wzrokowego. Wreszcie spojrzała na niego i po chwili zaczęła mówić.
- Wiem, że wszyscy mieli dobre intencje – powiedziała z zawahaniem. – Ale jednocześnie nie dopuszczali do siebie myśli, że po tych wydarzeniach jestem już zupełnie inną osobą. Mam wrażenie, że każdy w Instytucie, na czele z profesorem, sądził, że to wszystko minie i że sobie poradzę z tymi nowymi emocjami i znowu będę tą samą Rogue. A ja, im bardziej się zmieniałam, tym bardziej się od nich oddalałam. I im bardziej próbowałam im to wyjaśnić, tym bardziej oni próbowali mi wytłumaczyć, że się mylę. Że się mylę w odczuwaniu swoich własnych emocji – powtórzyła. – Potrzebowałam kogoś, kto po prostu mnie wysłucha i zaakceptuje z tym całym bagażem. Bez negowania i wmawiania czegokolwiek. Bez wciskania gówno prawdy. Najbliżej tego był Logan, ale nawet on patrzył na mnie przez pryzmat mojej mutacji. A jedyną osobą, która ma ją w nosie i widzi we mnie przede wszystkim człowieka…
- … jest ten skromny Cajun – dokończył Remy. Tym razem już się nie hamował. Chwycił ją za dłoń i zamknął ją w swoim uścisku. Nie uciekała, nie próbowała się wycofać. Jedynie przewróciła oczami, ale uśmiech nie schodził z jej twarzy.
- … jest ten beznadziejnie głupi Cajun – przyznała mu rację.
Beznadziejnie w tobie zakochany, Rogue – pomyślał i jednocześnie gorzko żałował, że Rogue nie jest telepatką. Gdyby odczytała jego myśli, każdą jedną, byłoby mu dużo łatwiej. Bez cienia zawahania byłby w stanie flirtować z seniorkami spotkanymi w kościele, ale nie był w stanie powiedzieć o swoich uczuciach najważniejszej kobiecie w jego życiu. Z drugiej strony – jeśli nie teraz, to kiedy? Czy będzie lepsza okazja? Ważył słowa, a tymczasem Rogue mówiła dalej.
- Tak więc czuję się teraz lżejsza o bagaż ostatnich miesięcy, szczurze błotny – powiedziała, ściskając lekko jego dłoń. Miał nieodparte wrażenie, że Rogue zbliżyła się do niego nie tylko emocjonalnie, ale też fizycznie. Odległość między nimi była wyraźnie mniejsza, co szalenie mu się podobało.
- Rogue, chcę powiedzieć, że… – zaczął, ale widząc jej wyraz twarzy zamilkł. Przestała się uśmiechać. Zmarszczyła brwi i uniosła głowę.
- Wiesz, Remy – powiedziała, gwałtownie siadając – ta lekkość to nie tylko kwestia tego, że ci o wszystkim powiedziałam. Ale też przestałam wyczuwać Belladonnę. Po absorpcji Feliciena czułam ją nieustannie, a teraz… nic.
- Może po prostu jego osobowość przestała się wybijać na pierwszy plan? Po tym, jak mnie pocałowałaś, miałaś moje moce tylko przez określony czas – odparł Remy.
- Być może – zgodziła się bez przekonania. – A być może Belladonna zniknęła z terenu gildii.
Remy westchnął ciężko.
- Czyli kończymy tę sielankową chwilę, by szukać Belladonny? – spytał, choć doskonale znał odpowiedź na to pytanie.
- Jak tylko upewnimy się, gdzie ona jest, wrócimy do tej sielankowej chwili – odparła Rogue, puszczając mu przy tym oczko. Sama nakładała już bluzę, więc Remy chcąc nie chcąc musiał wstać.
- To będzie chyba jedyny raz, gdy ucieszę się, że ją widzę – mruknął do siebie Remy.
Wiatr wiejący od strony bagien sprawiał, że na pomoście było dużo chłodniej niż w okolicach posiadłości Lebeau. Aksamitną czerń nieba rozświetlały liczne gwiazdy oraz błyszczący, srebrny sierp księżyca. W delikatnie falującej wodzie odbijały się one niczym światełka choinkowe. Pochylające się ku rzece drzewa mimo to sprawiały posępne wrażenie. Jeśli wytężyło się wzrok, na horyzoncie można było dostrzec zarys daczy rodziny Lebeau.
Rogue siedziała na pomoście, jedną nogą machała tuż nad powierzchnią wody, a drugą podpierała podbródek. Co chwilę musiała odgarniać z twarzy włosy, które poddawały się podmuchom wiatru.
- Nie sądzę, by tam była – stwierdziła, patrząc na daczę.
- To jedyne miejsce, którego nie sprawdziliśmy – odparł Remy, siadając obok niej. – Choć nieszczególnie zależy mi na jej znalezieniu.
- Nie boisz się, że wyniesie jakieś wasze rodzinne tajemnice? – spytała Rogue, odwracając się do niego.
- Nie boli mnie, że ktoś się dowie, że jem na śniadanie owocowe kółka od Kellog's [amerykańskie płatki śniadaniowe], a mniej więcej taki kaliber rodzinnych tajemnic Bella poznała – odpowiedział z nonszalancją Remy. – Zresztą, jeśli w tym, co mówiła, było choć ziarno prawdy, to nie wróciła do Asasynów.
- Chyba że to wszystko to była przykrywka, strasznie zagmatwana i wymagająca ofiar, ale przykrywka? – Rogue uniosła brew.
- To jest to wina tylko Jean Luca i reszty, że tak długo ją tutaj trzymali – Remy wzruszył ramionami. – Jak tylko upewnimy się, że Bella zniknęła, znikniemy i my – dodał, odwracając od niej wzrok. Rogue przez chwilę mu się przyglądała.
- Tu jest twoja rodzina – powiedziała w końcu. – Nie chcesz tutaj zostać?
- Sama widzisz, jaka jest moja rodzina – skrzywił się. – Pełno w niej spisków, drugiego dna, kłamstw i tajemnic. Nie chcę być tego częścią.
- Przynajmniej nie musisz nikogo strącać z klifu, by żyć po swojemu – zauważyła Rogue. – Choć czasem nawet to nie jest ostatecznym rozwiązaniem.
- Będziesz chciała odszukać Mystique? – Remy gładko zmienił temat.
- Litości, nie – gorąco zaprzeczyła. – I tak pewnie się sama znajdzie. Jak zawsze – dodała, uśmiechając się bez przekonania.
- To co? Wracamy? – rzucił po chwili Remy.
- Chyba tak – westchnęła Rogue, powoli wstając. Kątem oka zauważyła na wodzie jakiś ruch. Szybko odwróciła się w tamtym kierunku. Zwisające z drzewa długie pnącze pod wpływem podmuchu wiatru spadło do wody i teraz unosiło się na jej powierzchni. Takich roślin było więcej – zwisały z niemal każdego drzewa, odcinając się na ich tle swoją rachityczną delikatnością.
I wtedy skojarzyła.
…Wyszła z kamiennego komina i przez dłuższą chwilę stała, dając się łagodnie kołysać nocnemu wiatrowi. Zwisające z drzew wiotkie i długie liany łaskotały ją w twarz. Wysoka trawa sięgała jej niemal do pasa, a niedaleko słychać było szum wody…
- Tutaj był Felicien – powiedziała, patrząc na daczę. – Wyszedł z kamiennego komina, a ten zwisający mech łaskotał go w twarz. To musiało być tutaj – dodała, przenosząc spojrzenie na Remy'ego.
- Kamienny komin to pewnie studnia obok daczy – odgadł Remy, również patrząc na Rogue.
- Ale wszystkie zombiaki były suche. Jak przeprawiły się przez rzekę?
Remy przez chwilę milczał. Po chwili otworzył szeroko oczy i spojrzał w kierunku rzeki.
- Widzisz te pojedyncze wysepki z tamtej strony? – zapytał, wskazując palcem lewy brzeg rzeki, nierówny i gęsto przetykany krzakami i trzciną. – Przed huraganem Katrina do daczy można było dostać się również lądem, choć była to dłuższa i mniej wygodna przeprawa. Tamte tereny nie były zalane wodą. Teraz tam są bagna, ale być może da się je przejść suchą stopą.
- Zaskakująco dobrze poinformowane zombie – odparła Rogue, obserwując daczę.
Pół godziny później znowu stali na pomoście – Rogue w uniformie X-Menów, a Remy w swoim stroju bojowym, na który narzucił trencz. Kij, którego często używał w walce, okręcał teraz zwinnie palcami.
- X-Meni znowu zmienili mundurki? – mruknął na widok granatowo-czarnego uniformu.
- Scottie'emu było brzydko w poprzednich kolorach – wzruszyła ramionami Rogue. – Po tym, jak dziewczyny zmarzły szukając mnie w lutym, profesor dokonał wielu modyfikacji. Mogę ci opowiedzieć, co dokładnie zmienił, ale instrukcja obsługi jest grubości podręcznika akademickiego.
- Najważniejsze, że dobrze leży – odpowiedział, uważnie lustrując sylwetkę Rogue. Ta się nawet nie zaczerwieniła.
- Na taki merytoryczny komentarz czekałam – westchnęła do siebie. – Nie mamy czasu na łódkę. Złap się mnie i nie puszczaj przez kilka najbliższych sekund.
- Gdybym cię złapał, to na pewno nie wypuściłbym cię po kilku sekundach – zastrzegł, podchodząc bliżej, ale nadal stał w bezpiecznej odległości.
Rogue przekrzywiła głowę i się uśmiechnęła.
- Boisz się – powiedziała. – Remy, ty się boisz.
- Nie boję się ciebie, cherie – odparł szybko, unosząc brew, ale nadal nie ruszył się o krok.
- Oczywiście, że nie boisz się mnie – żachnęła się. – To już dawno ustaliliśmy, że wszystkie instynkty samozachowawcze są u ciebie jedną wielką porażką, jeśli chodzi o trzymanie się z dala od zagrożenia, jakie ja stanowię. Och nie – uniosła palec i zaczęła się zbliżać w kierunku Remy'ego – ty się boisz latania.
Stała teraz tak blisko niego, że mógł dostrzec każdy detal jej kostiumu.
- Będzie przyjemnie – wyszeptała teatralnie podekscytowanym głosem, obejmując go w pasie.
- Już jest – zdążył powiedzieć, a jej uścisk stał się tak ciasny, że czuł napór jej ciała na swoje. W tej samej chwili poczuł silny podmuch i już delikatnie opadali na ziemię po drugiej stronie rzeki. Pomost był teraz ledwie widoczny, ukryty w drzewach nie dopuszczał do siebie światła księżyca.
Remy przełknął ślinę, a gdy jego stopy poczuły grunt, wypuścił z siebie powietrze. Usłyszał cichy chichot Rogue.
- Chciałabym, żebyś miał z tego choć w połowie tyle frajdy, co ja – powiedziała, uśmiechając się szeroko. W świetle księżyca jej skóra wydawała się być srebrzystobiała, a tańczący na wietrze biały kosmyk dodawał jej eteryczności. Była piękna i choć miał ochotę jej o tym powiedzieć tu i teraz, musiał wrócił do zadania. Będzie jeszcze czas na to, obiecał sobie.
- Miałem dużo frajdy, ale raczej nie z tym samych powodów, co ty – odparł, uśmiechając się półgębkiem. Szli teraz w kierunku studni, z której miały wychodzić zombie. Odsunęli drewniane deski z cembrowiny. Było ciemno i zapewne ludzkie oko nie zauważyłoby w tych okolicznościach niewielkich, stalowych szczebli. Ale oko mutanta, który na dodatek był wytrwanym złodziejem, dostrzegało delikatny zarys stopni. Już miał wejść do środka, gdy poczuł uścisk Rogue na swoim ramieniu.
- Sprawdzę dno, zaczekaj tu – powiedziała i nie czekając na odpowiedź, sfrunęła na dół. Po chwili w dole zapaliło się światełko – najwyraźniej uniform Rogue był wyposażony również w latarkę.
- Nie ma wody – usłyszał z dołu. – Widzę za to tunel. Chcesz zejść sam, czy wolisz znowu się przelecieć?
- Podoba mi się użycie słowa „przelecieć" w twojej propozycji, ale nie w tym kontekście, cherie – mruknął pod nosem, więc miał niemalże pewność, że Rogue nie usłyszała jego odpowiedzi. Zszedł szybko na dół i po chwili dołączył do dziewczyny.
- Powiedz, że nie rzuciłeś jakimś sucharem ze słowem „przelecieć" – powiedziała błagalnym tonem, rzucając mu znaczące spojrzenie. Remy jedynie wzruszył ramionami.
Szli przez kilka minut ciemnymi tunelami. Otaczał ich zapach stęchlizny i coraz bardziej intensywny chłód.
Nagle Rogue się zatrzymała, opierając się ręką o ścianę.
- Wszystko w porządku? – zapytał Remy, odwracając się do niej. Twarz miała ściągniętą, brwi niemalże nachodziły na siebie.
- Szedł tędy – wyszeptała. – Felicien – dodała po chwili i z zawahaniem ruszyła naprzód. Nie uszła nawet kilku kroków, gdy złapała się za głowę. Zacisnęła mocno powieki i wstrzymała oddech. Ból rozlewał się po całej czaszce, a gdy otworzyła oczy cały świat przysłonił szkarłatny filtr.
- Rogue! – wykrzyknął Remy. Podbiegł do niej i objął ramieniem. – Cherie?
- Czerwień wybuchła mi przed oczami – wychrypiała, przenosząc na niego spojrzenie. – Czuję się, jakbym miała migrenę.
- Chcesz zawrócić? – zapytał, uważnie ją obserwując.
- Nie mogę – odparła, kręcąc głową. – To mnie woła. Ta czerwień mnie gdzieś prowadzi. Jesteśmy blisko.
Remy nie wydawał się być przekonany. Przez chwilę jeszcze ją obejmował, szukając na jej twarzy jakiegoś znaku, który mógłby zinterpretować jako prośbę o powrót do domu, ale widział jedynie upór. Wydawało mu się, że Roge chciała rozwiązać tę sprawę bardziej od niego.
Niechętnie podniósł się, pomagając jej wstać i wciąż obejmując ją ramieniem, ruszyli przed siebie. Stęchlizna korytarza coraz bardziej wwiercała się w jego nos i choć chłopak wychowany niemalże na bagnach powinien być przyzwyczajony do takich zapachów, to i tak krzywił się okrutnie, gdy owiewał go smród zgnilizny, szlamu i błota. A skoro był tutaj ruch powietrza, który wzmagał te przykre odczucia, to znaczy, że musieli być blisko jakiejś wentylacji, a co za tym idzie – końca tej podróży.
- Jest szansa, by Bella dowiedziała się skądś o mojej mutacji? – spytała znienacka Rogue po kilku minutach. Ból już nie był aż tak widoczny na jej twarzy, a ona sama szła pewniejszym krokiem.
- Na pewno nie od naszej rodziny – odpowiedział Remy, zerkając na nią z ukosa. – Dlaczego sądzisz, że ona wie?
- Bo widziałam jej reakcję, gdy Charlie dotknął mojej twarzy – powiedziała, rzucając przelotne spojrzenie na Remy'ego. – Była gotowa go ratować. Zresztą tak samo jak i ty – dodała, wzruszając ramionami.
Remy zastanawiał się, czy to miał być jakiś przytyk do niego, ale ton jej głos był normalny, a jego wyczulona empatia nie wyczuwała nawet odrobiny żalu. To było po prostu stwierdzenie. Dopiero wtedy przypomniał sobie sytuację z tamtego poranka, lecz w żaden sposób nie mógł umiejscowić tam Belli. Była tylko Rogue z jego maleńkim bratankiem na rękach. To byłoby niepodobne do Belli, by tak łatwo się wystawić i przyłapać na tym, że zna tajemnicę Rogue. Ale jeśli faktycznie znała prawdę…
- To by tłumaczyło, dlaczego chciała zabić Feliciena. Obawiała się, że wchłoniesz jego wspomnienia i tym samym rozwiążesz całą zagadkę – odparł Remy po chwili namysłu.
- Słuszne podejście, ale zagadka nadal pozostaje nierozwiązana – mruknęła Rogue. – To by jednak też tłumaczyło jej zniknięcie.
- Wcześniej mówiłaś, że czujesz obecność Belli. Teraz też czujesz? – zapytał znienacka Remy, gdy dotarli do miejsca, w którym tunel rozchodził się w dwie strony. Obie wyglądały i śmierdziały tak samo zachęcająco.
- Czuję coś, ale nie wiem, czy ją – odpowiedziała po chwili zastanowienia Rogue. – To jest inne, silniejsze uczucie.
- A w takim razie czujesz, w którą stronę mamy iść?
Rogue spojrzała najpierw na jedną odnogę tunelu, a potem na drugą. Przeniosła spojrzenie na Remy'ego.
- Tak – odparła krótko i ruszyła w prawo.
- Czyli Felicien zamontował ci GPS, ale jeszcze nie wiemy, co jest celem – zauważył Remy, doganiając Rogue.
- Mam nadzieję, że nic gorszego od Belladonny.
Maszerowali kolejne długie minuty. Tunele prowadziły coraz niżej, co powodowało coraz niższą temperaturę. Gdy mówili, z ich ust wydobywała się para. Minęli jeszcze dwa skrzyżowania, gdzie Rogue po raz kolejny polegała na swoim przeczuciu. Ona sama czuła, że są coraz bliżej. Czerwień stawała się coraz bardziej natarczywa, niemal swędząca. Gdy dotarli do ostatniego zakrętu, zobaczyli za nim niedużą niszę, która mogłaby pomieścić raptem kilka osób. Dużo ciekawsze okazały się metalowe, miejscami pordzewiałe drzwi, które były na samym końcu tego miejsca.
- Mam złe przeczucia co do tego, co jest za tymi drzwiami – wyszeptała Rogue, wpatrując się w nie.
- Oui – przytaknął Remy. – Tajemnicze drzwi w podziemnych tunelach póki co zawsze oznaczały problem.
-…ale jednocześnie czuję, że muszę przez nie przejść – dodała Rogue, patrząc na Remy'ego.
Remy tylko westchnął, a po chwili podszedł do drzwi. Uważnie je obejrzał ze wszystkich stron, po czym sięgnął po metalowy uchwyt robiący za klamkę. Drzwi nie drgnęły nawet o milimetr.
- Okej, zamknięte. Wracamy? – rzucił przez ramię, na co Rogue przewróciła oczami. Remy wyciągnął kartę i już miał ją naładować, gdy Rogue go zatrzymała.
- Jeszcze ja spróbuję – powiedziała i chwyciła za metalowy, miejscami przeżarty rdzą uchwyt. Drzwi drgnęły nieznacznie, ale mimo całej siły Carol Danvers Rogue nie była w stanie ich otworzyć.
- To dziwne – mruknęła, patrząc na swoje dłonie.
- Mogę teraz ja? – spytał Remy.
- Jasne, zrób wybuch pośrodku podziemnej jaskini, Cajunie. – Rogue machnęła ręką, ale odeszła o krok.
- Ależ mnie nie doceniasz – odpowiedział Remy, kręcąc głową z niedowierzaniem. As pik w jego dłoniach rozjarzył się magentą. Ostrożnie zbliżył kartę do drzwi. W momencie, gdy dotknęła metalu, jej nadnaturalny blask zniknął. Remy odsunął ją od drzwi – karta znowu zaświeciła magentą. Zbliżył do drzwi – zgasła.
Wchłonął ładunek kinetyczny z karty i schował ją do kieszeni płaszcza.
- Te drzwi blokują nasze moce – oznajmił, odwracając się do Rogue.
- Pamiętasz, kto ostatnio używał gadżetów o takim działaniu? – zapytała, a jej głos zadrżał nieznacznie.
W tym momencie drzwi się otworzyły z głośnym skrzypnięciem, prezentując przed sobą dalszą część tunelu – tak samo ciemnego i ziemistego, jak do tej pory.
- Pamiętam – wyszeptał Remy i chwycił ją za rękę, wyciągając jednocześnie z kieszeni płaszcza kolejną kartę, gotowy ją naładować.
- Myślisz, że powinnam skontaktować się z X-Menami? – spytała Rogue.
- Nie mamy tyle czasu, by na nich czekać. Jeśli się wycofamy, istnieje szansa, że nie wyjdziemy z tuneli żywi, bo właściciel tych drzwi wyśle kogoś za nami. A jeśli uda nam się wyjść i tu wrócimy razem z X-Menami, być może te drzwi się nie otworzą. Być może nawet nie będzie tego tunelu – odparł Remy.
- Więc wchodzimy sami – przytaknęła Rogue, czując, jak serce zaczyna jej bić niebezpiecznie szybko.
Chwilę później weszli do środka. Remy z odpaloną kartą, Rogue gotowa do ataku.
Szli jeszcze kilka długich chwil. Tunel zaczął skręcać, aż wreszcie na samym jego końcu zobaczyli rozświetlone pomieszczenie. Im byli bliżej, tym lepiej widzieli jego wnętrze. Kontrastujące z tunelem białe kafelki wyłożone były zarówno na ścianach, jak i podłodze. Sufit był dużo wyżej niż w tunelach. Samo pomieszczenie było niemalże puste, jeśli nie liczyć kilku kartonowych pudeł. Na samym końcu były kolejne drzwi, tym razem już nie pancerne, a zwykłe, z niewielkim, okratowanym prześwitem.
- Nie dam rady, Remy – wyszeptała Rogue, zatrzymując się tuż przed wejściem do pomieszczenia. – Ja chyba wiem, do kogo to należy i nie chcę znowu…
- Spokojnie – odparł kojąco Remy, kładąc jej dłonie na ramionach. Spojrzał w jej przerażoną twarz. – Nie musimy tam wchodzić, możemy zawrócić.
Rogue przytaknęła, a jej oczy zrobiły się szkliste od łez.
- Wracajmy do domu – wychrypiała.
Odwrócili się i już mieli ruszać w drogę powrotną, gdy usłyszeli za sobą hałas dobiegający z tajemniczego pomieszczenia. Instynktownie odwrócili głowy w jego kierunku. Jedyne, co zdążyli zobaczyć, to kłęby białego dymu, który bardzo szybko wypełnił zarówno pomieszczenie, jak i przylegający do niego tunel.
- Rogue! – zdążył jeszcze krzyknąć Remy, a chwilę później osunął się na ziemię. Resztką zmysłów wyczuł, że Rogue upadła tuż obok niego.
Czuła pulsujący ból w potylicy. Każdy ruch mięśni twarzy potęgował to nieprzyjemne uczucie. Przez dłuższą chwilę leżała na zimnej podłodze, próbując zrozumieć, co tak właściwie się stało. Z niemałym trudem uniosła powieki. Pomieszczenie rozświetlone było kilkoma świetlówkami, z których dwie migały, wydając przy tym buczące dźwięki. I wtedy zdała sobie sprawę z tego, że oprócz tego bzyczącego dźwięku słyszy jedynie własne myśli. Był to nietypowy stan i choć na pierwszy rzut oka dość przyjemny, to jednak oznaczał też jakiś problem z jej mutacją. Głosy tak po prostu sobie nie odchodziły. Albo zadziałał tu telepata, albo…
…wyczuła na szyi metalową obręcz. Oddech jej przyspieszył, a serce ledwie utrzymywało się na swoim miejscu.
- Remy…? – wychrypiała, podnosząc się ciężko na łokciach. Nadal dotykając obroży, rozejrzała się po pomieszczeniu. Była to dość spora cela, otoczona trzema wykafelkowanymi ścianami oraz jedną okratowaną. Nie było tu żadnych okien. Najpierw zobaczyła jego – leżał nadal nieprzytomny na podłodze. Na pierwszy rzut oka nie było widać na nim żadnych obrażeń. Przysunęła się do niego i z ulgą zauważyła ruch klatki piersiowej. Z niemałym trudem ułożyła go do bezpiecznej pozycji bocznej, a gdy już się w niej znalazł, nie mogła powstrzymać swojej dłoni. Pogładziła go po policzku i pogłaskała po włosach.
- Słodko – usłyszała za sobą mrukliwy głos z wyraźnym francuskim akcentem. Odwróciła się gwałtownie i w kącie celi zobaczyła ją – bladą jak ściana, odrapaną i opuchniętą na twarzy Belladonnę Bodreaux.
- Nie mogę powiedzieć tego samego na twój widok – odparła Rogue, nadal delikatnie gładząc Remy'ego po włosach. Choć na usta cisnęło jej się wiele pytań, na razie starała się być powściągliwa w reakcji. Fakt, że w tej samej celi znajdowała się Bella, mógł oznaczać, że nie była przeciwko nim. Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, czy jakoś tak – myślała, ale z tyłu głowy wciąż jej brzęczało, że to Bella, ta sama Bella, która okłamywała Remy'ego przez ostatnie miesiące.
- Jestem tym zdruzgotana – odpowiedziała obojętnym tonem Bella. – Przyszliście tutaj za mną?
- Poniekąd – odparła Rogue, unosząc brew. – Co tutaj robisz?
Bella wysunęła się z cienia, a na jej szyi Rogue również dostrzegła metalową obręcz. Poczuła jakiś ruch w okolicy swoich bioder, ale póki co go zignorowała.
- Jestem w pułapce, tak samo jak i wy – odpowiedziała, uważnie przyglądając się Rogue. – Wiesz, kto nas złapał? Wasz stary znajomy.
- Nathaniel Essex nie jest naszym znajomym – głos Rogue brzmiał pewnie, ale i tak nie mogła powstrzymać drżenia, gdy wypowiadała jego nazwisko. – Jestem jednak zaskoczona, że ty go znasz.
Bella uśmiechnęła się kpiąco, co na jej poranionych ustach wyglądało przerażająco.
- Nie aż tak dobrze jak mój ojciec – wycedziła gorzko Bella. Rogue poczuła, jak Remy delikatnie się porusza. Zerknęła na niego, ale wydawał się nadal nieprzytomny. Zmarszczyła brwi i przeniosła spojrzenie na Bellę. – I to od długiego czasu – dodała ciszej, przeczesując włosy.
- Od jak dawna, Bell? – Rogue aż dygnęła, gdy usłyszała głos Remy'ego. Zabrał z włosów jej dłoń i – nie puszczając jej nawet na sekundę – podniósł się do pozycji półsiedzącej. Splótł ze sobą ich ręce i wpatrując się ciężko w Belladonnę, czekał na odpowiedź.
- To mój ojciec dał mu cynk o tym, że masz problem z mutacją – przyznała po dłuższej chwili. Jej głos się zmienił, już nie był kpiący i pasywno-agresywny. Teraz wydawała się być głęboko poruszona. – To przez niego musiałeś przez to wszystko przechodzić. Uznał, że to będzie kamień węgielny pod ich długofalową współpracę. Wydał cię Essexowi, odbudował tunele i stworzył dla niego to laboratorium, a w zamian miał dostawać zlecenia opłacane horrendalnie wysokimi nagrodami. Essex miał też poprawić DNA naszych ludzi, by lepiej ich dostosować do naszego zawodu. Wszystko to w zamian za ciebie. Nie wiedziałam o tym, Remy, ale i tak przepraszam.
Rogue czuła, jak ręka Remy'ego zaciska się na jej dłoni. Na pierwszy rzut oka nie było widać na nim żadnej reakcji, ale Rogue dostrzegła te drobne niuanse w jego wyglądzie – sztywna linia żuchwy, ledwie widoczna zmarszczka między brwiami i delikatnie podwinięta dolna warga – był wściekły.
- To jest chyba czas, byś powiedziała, co to za misja i skąd masz mutację – odparł śmiertelnie poważnie Remy. Rogue wiedziała, że Remy miał już wcześniej styczność z Essexem. Podczas pierwszego spotkania z tym pomyleńcem Essex nawet się zwrócił do Remy'ego bezpośrednio. Dopiero teraz jednak poskładała wszystko w całość: to Essex pomógł Remy'emu, gdy u niego pojawiły się problemy z mutacją pomiędzy pokonaniem Apocalypso a powrotem do X-Menów. I na pewno miał w tym swoją cenę.
- Oui – przytaknęła Bella. – To miała być prosta robota. Mieliśmy zabić i okraść kobietę, która żyje w podziemiach Nowego Orleanu. To nie była najdziwniejsza akcja w mojej karierze, więc nawet mi powieka nie zadrżała, gdy o tym usłyszałam. Chciałam to zrobić sama, ale zleceniodawca – czyli sam Essex – kazał zebrać co najmniej tuzin dobrze wyszkolonych ludzi. Płacił przy tym szczodrze, więc po prostu wytypowałam najbardziej przydatnych. Tuż przed startem przypadkiem dowiedziałam się, że to Essex wszystko zleca. Wtedy też natrafiłam na szczegóły współpracy z moim ojcem. Chciałam się wycofać, ale ojciec zagroził, że odmowa oznacza wykluczenie z gildii.
Na chwilę przerwała. Westchnęła ciężko, po czym otworzyła usta, by kontynuować, ale w tym samym momencie otworzyły się drzwi w korytarzu rozciągającym się za celą. Zamilkli, obserwując siebie nawzajem. Po chwili przy kratach pojawiło się czterech strażników. Jeden z nich przemówił.
- Bierzcie faceta – rozkazał. Jeden z nich otworzył celę za pomocą klucza i we trzech weszli do środka. Bella podniosła się i cofnęła do ściany. Rogue i Remy też się podnieśli, ale wciąż trzymali się za ręce.
- Nigdzie nie idę – warknął Remy, chowając Rogue za swoim ramieniem, co było o tyle zabawne, że technicznie rzecz biorąc mogłaby pokonać ich wszystkich jedną ręką.
Gdyby nie miała zablokowanej mutacji. Remy wydawał się zapomnieć o tym, że mają obroże na szyi, bo wyciągnął z kieszeni płaszcza karty. Jeden ze strażników celował bronią w Belladonnę, dwóch pozostałych stanęło naprzeciwko Remy'ego i Rogue.
- Pan Essex chciałby się z tobą zobaczyć – powiedział jeden z nich dziwnie znajomym głosem. Wszyscy mieli takie same czarne umundurowanie i takie same metalowe kaski z przyłbicami z nieprzezroczystego szkła. – Bardzo dokładnie zobaczyć – dodał, podchodząc do Remy'ego i celując w niego bronią. – Jeden fałszywy krok i on zginie.
Remy jednym płynnym ruchem wyciągnął z kieszeni płaszcza kartę, ale gdy ta nie zapłonęła magentą, na jedno uderzenia serca pojawił się na jego twarzy strach. Bezwiednie dotknął szyi, a gdy wyczuł tam metalową obręcz, wszystko zrozumiał. Rzucił się na przeciwnika, ale ten zareagował szybko, korzystając z czasu, który Remy stracił na bezowocne uruchomienie mutacji. Zablokował jego cios i oparł o jego szyję paralizator.
- Jeden fałszywy ruch, a będziemy musieli cię ciągnąć do pana Essexa – poinformował strażnik beznamiętnym głosem. Pozostali dwaj celowali bronią do Rogue oraz Belli. – A twoje towarzyszki trzeba będzie stąd wynosić nogami do przodu.
W jego głosie była jakaś irytująca maniera, która była dziwnie znajoma dla Rogue. Nie miała jednak czasu nad tym rozmyślać, bo jej głowa zaprzątała myśl: ruszać na pomoc? Spojrzała na Remy'ego, a ten, patrząc jej prosto w oczy, w ledwie widoczny sposób pokręcił przecząco głową. Zadrżała i resztką sił się opanowała. Ściągnęła wargi, przełknęła ślinę i pokiwała nieznacznie głową.
Chwilę później strażnicy wyprowadzili Remy'ego z celi.
Kobiety zostały same.
Rogue spojrzała na Belladonnę. Odwzajemniła spojrzenie, a na jej twarzy widoczny był niepokój.
- Remy mówił ci, co mu zrobił Essex? – wyszeptała Bella.
- Nie, ale domyślam się, co to mogło być – odparła, mając w pamięci eksperymenty, które czynił na niej. Była przerażona. – Musimy mu pomóc.
- Oui – przytaknęła Bella. – I to szybko, bo ona wraca.
- Co? – spytała Rogue skonfundowana.
- Nieważne – zbyła ją machnięciem ręki Bella. – Musimy się stąd jakoś wydostać. Ta cela stoi w ślepym zaułku, więc nie możemy tak po prostu wyjść, bo zaatakują nas strażnicy, całe morze strażników. Oczywiście osobiście nie miałabym nic przeciwko zrobienia z siebie Johna Wicka [seria filmów z Keanu Reevesem, gdzie główny bohater robi rzeźnię z przeciwników], ale nie mamy czasu na takie przyjemności. Musimy współpracować.
- On nigdy nie był twój! – Wrzask Rogue rozniósł się po całym korytarzu. Po chwili dołączył do niej drugi głos, równie głośny i jeszcze bardziej agresywny.
- Odpieprz się od cudzych facetów, zdziro! – Belladonna krzyknęła, a chwilę później ktoś uderzył o ścianę celi. Słychać było szamotaninę i agresywne wrzaski.
- Zabierzcie tę wariatkę ode mnie! – wrzasnęła Rogue.
- Utopcie ją najlepiej! – dołączyła Bella ze swoim życzeniem.
Dwaj strażnicy stojący tuż przy wejściu w ciasny korytarz prowadzący do jedynej celi w tej części tuneli spojrzeli na siebie i bez żadnego słowa skierowali się do źródeł hałasu. Na ich widok kobiety przestały się bić. Ciężko dyszały, patrząc to na siebie, to na ochroniarzy.
- Co jest? – mruknął jeden z nich.
- Zakwaterujcie ją do innego apartamentu – wysapała Rogue, ocierając strużkę krwi lecącą z nosa. – Bo ją zabiję.
- Ty chyba nie wiesz, z kim rozmawiasz, dziecko – odparła Bella, rozkładając ramiona. – Ja się zawodowo zajmuję zabijaniem, a ty nawet nie trzymałaś w dłoni pistoletu.
- Pokonałam starożytnego mutanta, który zagrażał całej planecie, ignorantko! – wykrzyczała Rogue, rzucając się do przodu. Znowu zaczęły się szarpać, więc strażnicy pospieszyli z otwarciem celi i wkroczyli do środka. Chwycili kobiety, odsuwając je od siebie.
- Może je po prostu zwiążemy? – rzucił jeden do drugiego.
- I zakneblujemy – dodał drugi.
W tym momencie obie zaatakowały, ale nie siebie nawzajem, tylko strażników. Wyswobodzenie się było proste, ale walka z dużo większym przeciwnikiem przypominała Rogue nierówne walki z Loganem w Danger Roomie. Ochroniarz był silniejszy od niej, ale też nieco wolniejszy i – co Rogue uświadomiła sobie po dłuższej chwili – ruszał się dokładnie tak jak Scott Summers. To oznaczało dwie rzeczy: Sinister nadal używał materiału DNA Scotta do tworzenia swojej małej armii. A po drugie – dawało to Rogue przewagę, bo nie raz walczyła jeden na jednego ze Scottem w czasie treningów i znała jego słabe strony.
Nie parowała ciosów. Polegając na swojej szybkości i zręczności, skupiała się na unikach. Wciąż nie wyprowadziła ataku, obserwując jedynie ruchy przeciwnika. Jego twarz była skryta za hełmem, ale miała pewność, że tak jak w przypadku prawdziwego Scotta, ten tutaj również zaczyna się irytować.
Gdy znowu próbował uderzyć, odskoczyła do tyłu. Uderzyła nogą prosto w jego goleń. Zatrzymał się, ale tylko na sekundę. Wiedziała, że nie może jej skrzywdzić – Sinister na pewno chciał ją mieć żywą. To dodało jej pewności i gdy ochroniarz ruszył na nią, przeturlała się pod jego bokiem. Stanęła tuż za nim i wyprowadziła cios kolanem. Ten jednak zrobił unik i sam uderzył ją na odlew prosto w twarz.
Poczuła smak krwi w ustach. Gdyby tylko miała swoją moc…
Otrząsnęła się, gdy bezceremonialnie podnosił ją za uniform. Przygwoździł ją do ściany, trzymając ręką za gardło. Próbowała zdjąć z siebie jego dłoń, ale nie drgnęła nawet o milimetr. Kątem oka zauważyła, jak drugą ręką robi zamach.
Za chwilę ją uderzy, a moc uderzenia spotęguje ściana za nią. Straci przytomność. Nie pomoże Remy'emu.
To wszystko przemknęło jej przed oczami, gdy je zacisnęła, oczekując na zadanie ciosu.
Ten jednak nie nadszedł. Zamiast tego uchwyt się poluźnił, a ona mogła znowu oddychać.
Zakaszlała, łapczywie próbując zaczerpnąć oddechu. Dopiero wtedy zauważyła, że to Bella ją uratowała. Między jej palcami błyszczały nitki energii. Przeniosła wzrok na jej szyję – tam nadal spoczywała obręcz blokująca mutację.
- Nie mamy czasu na tłumaczenie – odparła Bella i podeszła do Rogue. – Mogę ci pomóc zdjąć tę obrożę – powiedziała i uniosła dłoń, na której wciąż tańczyły wiązki mocy.
- Jak to możliwe? Przecież ty też masz obręcz – Rogue patrzyła to na Bellę, to na jej dłoń.
- To cacko blokuje moc pochodzącą z mutacji genowej – Bella wskazała palcem na swoją szyję. – Moja moc nie pochodzi z mutacji – wyjaśniła.
- Czemu nie użyłaś tego wcześniej? – zapytała z wyrzutem.
- Gdyby udało się im uciec, mogliby przekazać Sinistrowi, że obręcz na mnie nie działa. Pierwsze wrażenie robi się tylko raz, a wolałabym sama wybrać odpowiedni moment – odparła Belladonna, poprawiając kucyk. – To jak, pomóc ci się uwolnić?
Rogue przez chwila milczała, wpatrując się w Belladonnę.
- Byłabym skończoną idiotką, gdybym odsłoniła kark przed kimś takim jak ty – odparła wreszcie. Na twarzy Belli pojawił się uśmiech.
- Rozsądne – powiedziała. – Moja propozycja będzie w każdej chwili aktualna. A teraz wydostańmy się stąd.
Rezydencja Charlesa Xaviera, godzina 1:30.
- Wydaje mi się, że powinniśmy wkroczyć – oznajmiła Jean, zdejmując z głowy Cerebro.
- Zalogowała się wczoraj wieczorem, pierwsza próba kontaktu z naszej strony nastąpiła o północy. Bez efektu – dodał Scott.
- Nie jestem w stanie się z nią skontaktować telepatycznie – westchnął profesor Xavier, wpatrując się czerwony punkcik na zielonym radarze. – Znamy jej lokalizację, ale jeśli naniesiemy współrzędne na mapę, okazuje się, że jest gdzieś pośrodku bagien. Jeśli mamy jej pomóc, potrzebujemy kogoś, kto orientuje się w tym terenie.
- Znam kogoś, kto mógłby nam pomóc – powiedziała Ororo.
- A co z Lebeau? – mruknął Logan, do tej pory powściągliwie spokojny.
- Też nie ma z nim kontaktu. Nie widzę go też na radarze, ale to akurat u pana Lebeau powszechna przypadłość – odpowiedział profesor, pocierając czoło.
- Jeśli wpadli w kłopoty, to musimy im ruszyć na pomoc – wtrąciła Kitty, otulając się swetrem. Miała rozpuszczone włosy i była ubrana w piżamę. – Ale jeśli okaże się, że oni wcale tej pomocy nie potrzebowali, a my przybędziemy jak jakaś przyzwoitka w x-jecie, to Rogue nas totalnie zabije.
- Nałożyła uniform. Nikt nie nakłada uniformu dla zabawy – zauważył Kurt, na co Jean i Scott wymienili zmieszane spojrzenia. – Poza tym nie odpowiada na wezwanie profesora, na sygnały z Cerebro, o telefonie nie wspominając. Moim zdaniem musimy interweniować.
- Elf ma rację – mruknął Logan. – Za kwadrans widzę was wszystkich w x-jecie.
- Potwierdzam – przytaknął Scott. – Przed 2:00 wylatujemy z Nowego Jorku. Przygotujcie się.
Logan uniósł brew, ale nic nie powiedział. Obserwował wspólnie z profesorem, jak wszyscy wychodzą z podziemi Instytutu.
- Zabiję tego szczura, jeśli coś jej się stało – powiedział tak cicho, że usłyszał go tylko profesor.
- Zatem w imieniu pana Lebeau powiem, że mam nadzieję, że nic jej nie jest – odparł profesor. – Choć mam przypuszczenie, że nawet bez twojej groźby panu Lebeau zależy, by Rogue była cała i zdrowa.
Logan zmierzył go wzrokiem.
- Czy oni wszyscy nie mogliby po prostu siedzieć w Instytucie na dupach i wychodzić tylko wtedy, gdy jest jakaś misja? – kontynuował Logan coraz bardziej rozeźlonym tonem.
- Byłoby świetnie, gdyby wszyscy stosowali się do tej zasady, prawda, Logan? – zapytała go na ucho Ororo, po czym wyszła jako ostatnia. Logan stał jak spetryfikowany.
- Nic nie mów, Chuck – mruknął wreszcie i ruszył do wyjścia.
Z niesmakiem ściągnęła hełm z głowy powalonego strażnika. Zgodnie z jej przypuszczeniami była tam twarz Scotta. Kątem oka zauważyła, jak Bella porównuje twarze ich napastników. Były identyczne.
Dwóch Scottów Summersów.
Jego klony były bez specjalnych, czerwonych okularów. Odchyliła jedną powieką i z zaskoczeniem zauważyła brązową tęczówkę. Oczywiście, że Scott miał jakiś kolor oczu i pewnie zareagowałaby tak na każdy inny kolor, ale jednak wiedza o tym, jaki jest on naprawdę, była czymś nietypowym.
- To jest mój przyjaciel z Instytutu – wyjaśniła po chwili Belli. – To znaczy to z jego DNA Essex tworzy sobie armię. To już nie pierwszy raz, kiedy się z nimi spotykamy.
- Nie mój cyrk, nie moje małpy – wzruszyła ramionami Bella. – Ale jako przyszła przywódczyni gildii jestem w stanie wskazać wiele zalet takiego rozwiązania.
- Nadal wierzysz w to, że obejmiesz przywództwo? Po tym, co się wydarzyło? – spytała Rogue, zdejmując z ochroniarza mundur. Męczyła się przy tym okrutnie, bo koleś był strasznie ciężki.
- Wystąpienie przeciw własnemu ojcu jest niemal wpisane w tradycję naszej gildii – odparła Bella. W jej głosie było słychać nieco zbyt przesadzony entuzjazm, by Rogue mogła uwierzyć, że jest to aż tak prosty i lekki temat. – Oczywiście nałożona anathema [klątwa] trochę komplikuje sprawę, ale nadal mam swoich zaufanych ludzi.
- Z pewnością twoja nowa moc pomoże ci w tym wszystkim – napomknęła Rogue, obserwując reakcję na twarzy Belli. Jej twarz wyglądała jak maska. – Skąd masz tę moc?
- Nie ruszymy dalej, nim się nie dowiesz? – Bella na chwilę przestała walczyć ze spodniami ochroniarza i spojrzała na Rogue. Gdy ta pokręciła głową, Bella sięgnęła do swojej kurtki. Odsunęła suwak i wyciągnęła zza bluzki wisiorek – na srebrnym łańcuszku łagodnie kołysał się wielki, czerwony rubin. Szalenie podobny do tych, które widziała w pozostawionej przez Remy'ego książce.
- To nie jest zwykły klejnot – zaczęła Bella, obserwując rubin. Jej twarz wyrażała coś pomiędzy głodem a bezbrzeżnym zachwytem. – To właśnie miałam ukraść tej kobiecie z podziemi i przekazać Essexowi. Jak się domyślasz, nie zrobiłam tego – kontynuowała, zwilżając wargę i z rozczarowaniem chowając wisiorek z powrotem za dekolt koszulki. – Essex oczywiście mnie znalazł. Nie osobiście, ale w limbo [dla przypomnienia – jest to inny wymiar, coś na kształt alternatywnej rzeczywistości], gdzie byłam bezpieczna. Początkowo żądał oddania klejnotu, ale później zmienił zdanie. Chciał się wymienić. W zamian za zatrzymanie klejnotu miałam wystawić mu Remy'ego.
- Co też zrobiłaś – prychnęła Rogue, przerywając ściąganie ubrań.
- I dlatego przez osiem miesięcy unikałam odpowiedzi na pytania? Wodziłam go za nos i nie chciałam nic mówić o mutacji? I dlatego namawiałam go na wznowienie sojuszu z gildią poprzez małżeństwo? Po to, by go oddać na pastwę Sinistra? – prychnęła Bella. – Balansowałam między Essexem a Remym i jego rodziną. Gdyby się zgodził na małżeństwo, z pomocą obu gildii moglibyśmy pokonać Essexa albo przynajmniej się go pozbyć z Luizjany. A tak mój ojciec nie chciał mnie widzieć, bo zawaliłam robotę, a Remy miał wypisany ból na twarzy za każdym razem, gdy na mnie spojrzał. Nie mogłam mu o niczym powiedzieć wprost, bo na pewno by mi nie pomógł, a ja sama zostałabym bez dachu nad głową, bo Jean Luc nie chciałby ryzykować dla córki swojego największego wroga. Tkwiłam w tym wszystkim i nie wiedziałam, co mam zrobić, zwłaszcza że zaczęłam rozumieć, dlaczego Essex sam sobie nie wziął tego klejnotu.
- Dlaczego? – spytała cicho Rogue, speszona tym wybuchem.
- Po pewnym czasie zaczęłam mieć wizje – odparła po dłuższej chwili Bella. – Widziałam miejsce, w którym zabiłam tamtą kobietę. Widziałam także ją. Żywą. Siedziała na tym swoim sarkofagu i mnie wzywała. I wszystko było w tej wizji czerwone. – Rogue poczuła ucisk w żołądku. – Najgorsze w tym wszystko było jednak to, że czułam silną potrzebę powrotu do tych tuneli. Tak jakby ta kobieta mnie nawoływała. Albo jakby chciała odzyskać to, co jej ukradłam. Później zaczęłam widzieć ją w lustrze zamiast swojego odbicia. A później, gdy zostawałam sama, miałam wrażenie, że zaczynam ją słyszeć w swojej głowie. Jakby próbowała wyprzeć moje myśli. Dlatego starałam się ciągle z kimś przebywać, wtedy dawała mi spokój. – Bella zamilkła na dłuższą chwilę. – Mam wrażenie, że ona próbuje mnie opętać i dokładnie to by się działo z Essexem, gdyby to on ukradł jej ten klejnot. Posłużył się mną, choć jeszcze nie wiem, co miałby ze mną zrobić. Gdy mnie dzisiaj schwytał, jedynie obejrzał ten klejnot, ale nawet nie próbował mi go zabrać.
- Czyli ta cała historia o niekontrolowaniu mocy była tylko bajeczką, by ściągnąć tu Remy'ego? – spytała Rogue, na co Bella pokiwała twierdząco głową. Taki był koszt wyjazdu Remy'ego z Nowego Jorku. To dlatego ją zostawił samą – by zostać trybikiem w planie Belladonny lub – co gorsza – więźniem Sinistra. Gdyby tylko nie jego szlachetna chęć pomocy mutantce, z tym całym bałaganem musiałaby sobie radzić sama Bella.
- Nie wiedziałam tylko, że zdążył się zaręczyć – kontynuowała Bella nieco ciszej, unikając przy tym patrzenia na Rogue. – Z początku myślałam, że jesteś tylko wymówką, by odczepiła się od niego rodzina. Bo oczywiście zaczęłam im roztaczać wizje wielkiego pojednania gildii i wznowienia przymierza poprzez małżeństwo. I nawet na początku mi wierzyli, gdy mówiłam im, że ta wasza miłość jest udawana. Ale wygląda na to, że mój Remy jednak znalazł sobie nową cherie – dodała spiętym głosem. Rogue przełknęła ślinę. Przyznanie się Belli, że w zasadzie miała rację, jakoś nie mogło przejść jej przez gardło.
- Przebierzmy się i uciekajmy stąd – powiedziała jedynie, na co Bella przytaknęła.
Nad ranem x-jet wylądował w olbrzymim ogrodzie nieopodal jednej z wielu rezydencji znajdujących się w tej części Nowego Orleanu. Panował półmrok, choć daleko na niebie widoczne już były pierwsze jasne półokręgi zwiastujące wschodzące słońce. Nim wyszli z samolotu, tuzin ludzi ubranych w czarne uniformy zdążył ich otoczyć i przyjaźnie celował w nich z karabinów.
Mimo to wyszli, z Ororo na czele, z rękami nieznacznie uniesionymi w górze na znak, że przychodzą z pokojowymi zamiarami. Pochód zamykała Kitty, która obudziła się zaledwie kilka chwil wcześniej i nadal walczyła z opadającymi powiekami.
Ororo podeszła do najbliższego człowieka w mundurze i zamieniła z nim kilka słów. Logan, który dzięki swojej mutacji doskonale ją słyszał, z niesmakiem skrzywił usta. Cokolwiek by nie powiedziała, wydawało się zadziałać – ochrona opuściła broń, ale nadal otaczała ich w kręgu. Rozmówca Ororo powiedział coś do krótkofalówki i nastała cisza, w trakcie której nikt się nie ważył poruszyć.
Kitty ziewnęła szeroko, nie kłopocząc się nawet zasłanianiem ust. Dopiero po dłuższej chwili zaczęła się przyglądać otoczeniu. Kilkaset kroków stąd stała okazała, dwupiętrowa rezydencja ze spadzistym dachem i olbrzymi oknami tarasowymi, wysokimi na obie kondygnacje. Sam ogród był tak naprawdę równo przystrzyżonym trawnikiem, który okalał całą posiadłość. Jeśli spojrzeć w głąb, to można było dostrzec wejście do bardziej zielonej i rozwiniętej części, a znad szczytu krzewów i niewysokich drzew widać było dach oranżerii. Gdy spojrzała w drugą stronę, zobaczyła patio, które kończyło się na dość sporym basenie o fantazyjnym kształcie. Mimo że był niemal świt, woda musiała być wciąż podgrzewana, gdyż unosiły się delikatne smużki pary.
Rzeczywistość powoli zaczynała do niej wracać i dopiero wtedy zrozumiała, kim był znajomy Ororo. Gdy szedł ku nim trawnikiem, ubrany w wełniany kardigan i jasne spodnie, nie mogła uwierzyć, że to właśnie on był przyjacielem Ororo z Kairu. Wyglądał bardzo staro, siwe, cienkie włosy były przylizane, co jeszcze bardziej uwydatniało chorowicie chudą twarz, z której wyzierały podkrążone oczy.
- To jest ojciec Remy'ego? – wyszeptała do Kurta z powątpiewaniem. Kurt jedynie wzruszył ramionami. Obserwowali, jak Ororo się z nim serdecznie wita.
- Jean Luc! – powiedziała z szerokim uśmiechem i wyciągnęła ręce.
- Ororo – odpowiedział, obejmując ją przyjacielsko i jednocześnie dał znać ochronie, by sobie poszła. – Mogłaś uprzedzić, że przylecisz – dodał, zerkając jej przez ramię.
- To nie miała być zapowiedziana wizyta – odpowiedziała. – Przylecieliśmy tu w sprawie Rogue i, jak możemy podejrzewać, również Remy'ego.
Jean Luc zamilkł i przez chwilę było widać po nim zaskoczenie. Szybko jednak przywrócił na twarz swój uśmiech i zaproponował ramię Ororo.
- Zapraszam do domu, tam porozmawiamy.
Ororo z chęcią przystała na propozycję i wspólnie ruszyli w kierunku posiadłości. Po chwili dołączyli do nich Jean i Scott. Kitty spojrzała na Kurta, a później przeniosła spojrzenie na Logana. Ten, widząc jej spojrzenie, mruknął:
- Nie po to pozbywałem się jednego szczura, by teraz wchodzić do nory pełnej jego rodziny.
- Chyba rozumiem, dlaczego Ororo prosiła, byś się nie odzywał w czasie tej wizyty – odparła z rozbrajającą szczerością.
Przebrane w mundury żołnierzy wyszły z powrotem na korytarz. Rogue zastanawiała się, w jaki sposób komunikują się ze sobą ludzie Sinistra (o ile w ogóle) i czy poza klonami Scotta są tu jeszcze jacyś mutanci. Póki co korytarz był pusty i nie spotkały żywej duszy. W pewnym momencie stały się nawet na tyle zuchwałe, że zaczęły otwierać drzwi i zaglądać do pomieszczeń usytuowanych w tej części tuneli. Niemal każdy pokój był pusty i poza kilkoma świetlówkami na suficie – zupełnie pusty. Tak, jakby pomieszczenia czekały dopiero na zagospodarowanie.
Gdy weszły do kolejnego z nich, Rogue instynktownie odwróciła się z niesmakiem. Stało tam kilkanaście szpitalnych łóżeczek, które pamiętały zdecydowanie lepsze czasy. Większość była pusta, ale w dwóch nich leżało dwóch mężczyzn. Chyba mężczyzn, gdyż obaj byli porośnięci włosami, a brud tworzył skorupę na ich twarzy. Cuchnęli niemiłosiernie. Obaj podłączeni byli do aparatury mierzącej parametry życiowe, a także do kroplówek oraz pompy z przezroczystym płynem.
O ile Rogue targały odruchy wymiotne, to Bella nie dała po sobie niczego poznać. Podeszła do nich i odsunęła szybkę przesłaniającą kask. Patrzyła na nich długo w bezruchu. Rogue już miała przypomnieć jej, po co tu są, gdy Bella wreszcie poruszyła się. Odłączyła jednego i drugiego od aparatury i wróciła do Rogue.
- Czy chcę wiedzieć, co się właśnie wydarzyło? – zapytała Rogue, zamykając za sobą drzwi.
- To byli moi ludzie – odparła Bella, napotykając jej wzrok. – Cahimir i Cezar. Ostatni z mojej drużyny, która tu zeszła i ostatni, którzy nie powrócili, by mnie zabić. Dałam im wolność – powiedziała, zasłaniając sobie z powrotem oczy. Rogue zerknęła przez ramię na zamknięte drzwi. To stąd wychodzili. Tu byli trzymani. Na skraju życia i śmierci.
Nie miała czasu nad tym rozmyślać. Dogoniła Bellę, która sprawdzała teraz kolejne pomieszczenia.
Wyprzedziła ją i sięgnęła do klamki ostatnich drzwi tym korytarzu, tuż przy przejściu w dalsze części podziemnego laboratorium.
Rogue otworzyła drzwi i nieomal wykrzyknęła, gdy o mały włos się nie zderzyła z żołnierzem Sinistra ubranym w dokładnie taki sam mundur, jaki miały na sobie Rogue i Bella. Żołnierz patrzył na nią przez swoją przyciemnianą szybkę kasku, a gdy dziewczyna zdała sobie sprawę, kto stoi za nim, poczuła zimny pot spływający wzdłuż kręgosłupa. Miała przed sobą całą armię Scottów Summersów ubranych w czarne mundury. Stali na baczność w zupełnym milczeniu i dopiero po dłużej chwili Rogue zauważyła miarowy, spokojny ruch klatki piersiowej każdego klona – znak, że żyją.
- Czy gdyby Sinister stworzył klon Remy'ego, mogłabym go sobie wziąć do domu? – rzuciła Belladonna, patrząc Rogue przez ramię na jej odkrycie.
- Może zacznij od hodowania jakiejś roślinki albo chomika, nim przejdziesz do trzymania ludzi w swoim domu, okej? – mruknęła Rogue, nie odwracając się do Belli. – Myślisz, że oni zdają sobie sprawę z tego, co widzą?
- Sprawdźmy – odparła Bella i nim Rogue zdążyła zareagować, wyciągnęła z cholewki buta sztylet i wbiła go w pierś najbliżej stojącego żołnierza. Początkowo nic się nie działo, a Rogue w milczącej zgrozie obserwowała, jak jego mundur nasącza się krwią. Po chwili wydał z siebie chrapliwy dźwięk, z ust pociekła mu strużka śliny zmieszanej z krwią i mężczyzna padł nieżywy na podłogę. Mimo że potrącił stojących obok niego żołnierzy, nikt nie zareagował.
- Co jest z tobą nie tak? – syknęła Rogue, odwracając się do Belli.
- Widzisz armię klonów stworzonych na wzór twojego kumpla ze szkoły i to niby ze mną jest tu coś nie tak? – rzuciła Bella opryskliwie.
Ona by się doskonale odnalazła w Instytucie – przemknęło Rogue przez myśl, ale szybko odgoniła od siebie tę wizję.
- Musimy ich tu jakoś zamknąć, by się stąd nie wydostali, na wypadek gdyby Essex ich wezwał – powiedziała Rogue, zmieniając temat.
- Może jak potrącimy jednego na drugiego, to padną jak domino…? – zaproponowała bez większego entuzjazmu Bella.
- Serio, co jest z tobą nie tak? – zapytała ponownie Rogue, wywracając oczami.
- Wbrew pozorom mam poczucie humoru, okej? – sarknęła Bella. – Sądzisz, że gdzieś tutaj jest klucz do tej sali?
- Nie mamy czasu, by go szukać. Drzwi otwierają się na zewnątrz, więc może po prostu je zabarykadujmy? O ile Sinister tutaj nie przychodzi zbyt regularnie, możemy ich zablokować na dłuższy czas.
- Możemy użyć jednego z nich jako barykady. I tak się nie zorientuje – zaproponowała Bella. Rogue jedynie westchnęła.
Za pomocą pasków od spodni udało im się zaryglować drzwi. Nie było to rozwiązanie ze wszech miar skuteczne, ale kupowało im trochę czasu. Zostały im ostatnie drzwi na końcu korytarza. Bella ostrożnie otworzyła je na szerokość palca, po czym natychmiast zamknęła.
- Jest tam – poinformowała, odsłaniając szybkę w swoim hełmie.
- Wchodzimy tak po prostu? – spytała Rogue. – Mogłybyśmy udawać, że obstawiamy jakieś drzwi, a później w odpowiedniej chwili wejdziemy.
- Jesteś bezużyteczna – odparła Bella. – Jesteś bezużyteczna bez swoich mocy – uściśliła po zbyt długiej, jak na gust Rogue, pauzie. – Mamy tylko jedną szansę, by uwolnić Remy'ego i wyjść stąd cało, a ty nie chcesz skorzystać z całego swojego potencjału. Jesteś idiotką.
- Byłabym idiotką, gdybym odsłoniła przed kimś takim jak ty swój kark – wycedziła Rogue.
- Wiesz, co jest najgorsze? – zapytała po dłuższej chwili Bella. – Że gdyby na twoim miejscu był Remy, nie zawahałby się nawet na sekundę, tylko skorzystał z tej szansy i cię ratował.
Rogue milczała.
- Monsieur, pana Remy'ego oraz panny Rogue faktycznie nie ma w sypialni – poinformowała pokojówka o mysich włosach ściągniętych w ciasny kucyk.
- Śpią w tym samym pokoju? – syknął Logan, pochylając się nad stołem w kierunku Jean Luca.
- Tak myślałem, że okażemy się mniej pruderyjni od naszych przyjaciół z Nowego Jorku – roześmiał się Jean Luc. – Przecież i tak za kilka miesięcy będą małżeństwem, więc co za różnica?
Nastała cisza tak gęsta, że można ją było kroić. Ororo posłała Loganowi śmiertelnie poważne spojrzenie i ostrzegawczo wbiła obcas w jego stopę. Nim Kitty zdążyła coś powiedzieć, Ororo spiorunowała ją wzrokiem.
- Małż- – zaczął Kurt, ale Storm natychmiast weszła mu w słowo.
- Wracając – odezwała się spokojnym, ale zdecydowanym tonem – nie ma ich w sypialni. Kiedy ich ostatnio widzieliście?
- Przy kolacji – wzruszyła ramionami Tante Mattie. Siedziała w głębokim fotelu i popijała kawę.
- Rogue zalogowała się do systemu późnym wieczorem. Od tego czasu nie ma z nią kontaktu – powiedział Scott. – Mamy jej współrzędne, ale gdy nakładamy je na mapę, to lądujemy gdzieś pośrodku bagien.
- Co to znaczy, że zalogowała się do systemu? – spytał Jean Luc.
- Założyła mundur. Nasze uniformy, gdy rozpoznają dane biometryczne właściciela, wysyłają informacje do naszego wewnętrznego systemu bezpieczeństwa. Dzięki temu wiemy, kto i gdzie się znajduje, a dzięki takim danym jak tętno czy oddech, możemy oszacować ogólny stan takiej osoby – wyjaśniła Jean. – Z naszych informacji wynika, że Rogue mogła stracić przytomność—
- …albo zasnąć – wtrąciła Kitty.
- …ale przed tą utratą przytomności jej tętno bardzo wzrosło, co może świadczyć o tym, że pojawiły się u niej bardzo silne emocje – dokończyła Jean.
- Albo mogła zasnąć tuż po seksie – wtrącił Henri, na co Logan obdarzył go bardzo ciężkim, morderczym spojrzeniem. Obcas Ororo wbił się jeszcze mocniej w jego stopę.
- W przypadku Rogue uprawianie seksu byłoby bardzo problematyczne – zaczęła Kitty.
- Bo problematyczne jest robienie czegokolwiek na bagnach – szybko wszedł jej w słowo Kurt. Po reakcji Ororo doszedł do wniosku, że Rogue i Remy musieli w coś grać przed tymi ludźmi, więc ważne było utrzymanie tych pozorów, a przynajmniej teraz.
- Henri, przyniesiesz laptopa? Sprawdzimy te współrzędne – Jean Luc zwrócił się do swojego syna, który natychmiast wyszedł z salonu. – Ciekawe jest to, że Belladonna, była narzeczona Remy'ego, również zniknęła. Nie widzieliśmy jej cały dzień.
- Mieszka z wami jego eks? – Kitty uniosła brew.
- To długa historia – odparł Jean Luc zmęczonym głosem. – Remy wrócił tutaj, by pomóc jej z mutacją.
- Jestem pewna, że Charles Xavier chętnie udzieliłby jej takiej pomocy – powiedziała Ororo.
- Gdyby tylko ona tego chciała, uniknęlibyśmy wielu kłopotów – westchnął Jean Luc. W tym samym momencie do pokoju wrócił Henri z już otwartym laptopem. Scott podyktował mu dokładne współrzędne geograficzne i chwilę później laptop stał już przed Jean Lukiem.
- To miejsce jest niemal na granicy posiadłości Gildii Asasynów – powiedział po chwili Jean Luc. – To faktycznie są bagna. Jesteście pewni, że Rogue nadal żyje?
Kitty zamarła. Nikt nawet przez chwilę nie brał takiego scenariusza pod uwagę.
- Oczywiście, że tak – odparł Logan bez chwili zawahania.
- A nanieście mapę z tunelami prohibicyjnymi – przerwała Tante Mattie. – W czasach zakazanych stworzyliśmy tutaj pokaźną sieć tuneli, gdzie szmuglowaliśmy alkohol. Większość została zasypana w czasie huraganu Katrina, ale może ktoś postanowił odbudować podziemne miasto? – dodała.
Henri podszedł do laptopa i kilkoma kliknięciami spełnił polecenie Tante.
- Możesz mieć rację – rzucił w jej kierunku.
- Nie pierwszy i nie ostatni raz – odparła, wzruszając ramionami i z gracją upiła niewielki łyczek kawy.
- Tylko jak oni się tam dostali, skoro tunele zostały zasypane? – spytał Henri.
- Nic nie zrobiliśmy, by je odbudować – wzruszył ramionami Jean Luc. – Zapytaj Gerarda, czy na kamerach widać naszych zaginionych.
Henri wyszedł z pokoju. Kitty była pod wrażeniem tego, jak spokojnie podchodzi do całej sprawy rodzina Remy'ego. Zupełnie tak, jakby nie pierwszy raz groziło mu śmiertelne niebezpieczeństwo.
- To co, może jednak napijecie się kawy? – zapytała Tante Mattie, wstając z fotela.
- Zawsze ciekawiły mnie twoje oczy, Remy – głos Sinistra był spokojny. Przyglądał się im przez aparaturę zawieszoną tuż nad głową Remy'ego, który leżał przykuty do metalowej kozetki ustawionej pod kątem 45 stopni. – Czy ich niecodzienny wygląd to jedynie oznaka mutacji, czy jej skutek? Skoro przy różnych chorobach białka oczu mogą zmieniać kolor, to czy twoje ciało nie traktuje mutacji jako choroby, która objawia się właśnie w oczach? Może tworząc energię kinetyczną podwyższasz ciśnienie krwi, przez co powstały wybroczyny na gałkach, które z czasem przybrały kolor czerni?
- Interesująca teoria, mon ami – odparł Remy, z niepokojem obserwując igły zamontowane tuż obok lupy, przez którą obserwował go Sinister. – Ale te oczy miałem od urodzenia, a mutacja objawiła się dużo później.
- Aaaach, widzisz – Sinister pokiwał głową – dobrze zrobiłem, że nie użyłem na tobie sedacji. Zawsze to jakiś sposób weryfikacji teorii, czyż nie? A teraz popatrz w górę.
Remy patrzył wszędzie, tylko nie w górę.
- Jak widać, sedacja miałaby też swoje zalety – mruknął do siebie Sinister. – Jeśli nie będziesz wykonywał moich poleceń, sam sobie poprzesuwam twoją gałkę oczną za pomocą pęset i szczypiec.
Remy posłusznie spojrzał w górę. Spełnił w ten sposób jeszcze kilka rozkazów Essexa i patrzył w wyznaczonych kierunkach. Kątem oka zauważył, jak do pomieszczenia wchodzi dwóch strażników. Zatrzymali się tuż przy drzwiach i zamarli w bezruchu. Ci, którzy go wyprowadzili z celi, stali po drugiej stronie pomieszczenia. Gdy go tutaj wlekli, zauważył też czterech kolejnych ochroniarzy stojących przy czymś, co wyglądało jak winda. Łącznie ośmiu goryli, nie licząc samego Essexa. Poradziłby sobie z nimi, gdyby nie ta przeklęta obroża na szyi. Bez niej mógł liczyć jedynie na własny spryt, a ten podpowiadał mu, by na razie potulnie spełniać polecenia Essexa. Oczywiście widok na rząd igieł o różnych rozmiarach również miał udział w procesie decyzyjnym.
Zastanawiał się, co się działo teraz w celi Rogue i Belladonny. Być może się właśnie kłóciły, co mogłoby być ciekawym widokiem, biorąc pod uwagę ich charaktery. Być może po cierpkiej wymianie zdań siedziały w milczeniu w przeciwległych kątach celi. Być może – to byłoby głupie, ale bardzo prawdopodobne – zaatakowały strażników i próbowały się wydostać. Bez mutacji to byłoby trudne do wykonania, ale nie niemożliwe – obie wiedziały, jak walczyć. Bella znała wiele podłych sztuczek, niemal tak podłych jak jej rodzina. Gdyby tylko udało im się jakoś zdjąć z szyi obręcze, miałyby duże szanse na wydostanie się stąd.
Wzdrygnął się, gdy nagle aparatura nad nim psiknęła mu prosto w oczy jakimś płynem. Nie było to bolesne, nadal wszystko widział, ale wolałby zostać uprzedzony o takich atrakcjach.
- Znieczulenie – oznajmił Essex, odchodząc od aparatury. Jego głos dobiegał teraz zza Remy'ego, gdzie stały rzędy szafek. Remy słyszał rozrywanie papieru i szeleszczenie jakąś folią.
- Po co? – zapytał, wyginając głowę w kierunku Sinistra, ale niewiele mógł dojrzeć poza rzędem halogenów na suficie.
- Wyjmę sobie twoje oko – odparł.
- Co?! – O ile Remy do tej pory był względnie spokojny, biorąc pod uwagę sytuację, tak teraz czuł, jak tętno mu rośnie, a serce bije w szalonym tempie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł strach. Nakłuwanie, wstrzykiwanie różnych paskudztw, w ogóle przebywanie pod światłym tych boleśnie jaskrawych świetlówek i specyficzny zapach panujący w takich miejscach – to wszystko budziło w nim odrazę i niechęć, ale nie strach.
Teraz bał się, jak jeszcze nigdy w życiu.
Próbował się poruszyć, napiął wszystkie mięśnie i rozprostował palce, jakby ich siłą chciał pozbyć się skórzanych sprzączek trzymających jego ręce ciasno na tej niewygodnej kozetce.
- Gdybym miał tutaj więcej swoich zabawek, na pewno dłużej bym się z tobą pobawił – mówił dalej Sinister, jednocześnie wyciągając z szuflad różne przedmioty, które później odkładał na metalową tacę. Dźwięk, jaki temu towarzyszył, powodował u Remy'ego bolesne dreszcze. – Ale musiałem się spieszyć z przybyciem, poza tym nie sądziłem, że tak szybko uda ci się tutaj znaleźć swoją eks-przyszłą-małżonkę. Gdyby nie to, na pewno zdążyłbym sprowadzić więcej sprzętu i więcej ludzi – kontynuował, wciąż z brzdękiem odkładając jakieś przyrządy. – Miałbyś godne przywitanie, a ja bym miał w jednym miejscu trzy ciekawe obiekty badań. A tak niestety muszę iść po linii najmniejszego oporu i wykonać plan minimum. Wielka szkoda, wielka – mruczał do siebie, a Remy zdawał się zatracać w swoim strachu. Miał wrażenie, że to jedynie surrealistyczny wytwór jego wyobraźni i za chwilę ten koszmar się skończy.
Ale nie, wszystko było aż nadto prawdziwe. Ostre światło lamp skierowane wprost na niego. Ciasno skrępowane dłonie. Niewygodna kozetka. Zapach środka do dezynfekcji. Jego wyobraźnia potrafiła wiele, ale nie była aż tak dobra. To wszystko było rzeczywiste.
Musiało być jakieś wyjście.
Ochroniarze musieli zauważyć jego spanikowane ruchy, gdyż zbliżyli się o kilka kroków.
Essex podszedł wreszcie do niego, w prawej dłoni trzymał strzykawkę, a lewą przysuwał sobie metalowy stoliczek na kółkach. Na tacy leżał szereg przyrządów, których zastosowania mógł się Remy jedynie domyślać.
- Iniekcja cię nie zaboli – powiedział, a Remy prychnął na ten niemal uspokajający ton. – Sam zabieg enukleacji będzie dość krótki, trochę jak wyrwanie zęba. Pozostawię ci powieki, naczynia krwionośne oraz nerwy. Po wszystkim będziesz mógł sobie włożyć tam jakiś implant, ale to będą tylko względy estetyczne. Wzroku nie odzyskasz. No i też do końca nie wiem, kiedy stąd wyjdziesz – kontynuował, zbliżając się igłą do jego prawego oka. – Może nigdy – dodał, uśmiechając się jednym kącikiem ust. Był to osobliwy widok. Mimo tego, że Remy poruszał się nerwowo, na tyle, na ile pozwalały mu sprzączki, ręka Sinistra była pewna.
Wbił igłę prosto w źrenicę Remy'ego i powoli przesuwał tłok strzykawki, aż ją zupełnie opróżnił.
Remy nie poczuł żadnego bólu. Widział jednak igłę, widział dłoń Essexa obleczoną w lateksową rękawiczkę, która pachniała sparciałą gumą i papierosami, widział jakiś ruch za jego plecami, czuł bicie swojego serca, które pompowało krew w jakimś nieludzkim tempie.
Wreszcie Sinister wyciągnął igłę i odsunął się na odległość jednego kroku, wciąż patrząc na jego oczy.
- Będę chyba jednak musiał cię wprowadzić w pełną narkozę – westchnął. – Wiercisz się tak, że mógłbym przez przypadek wyjąć ci kawałek mózgu, a tego przecież byśmy nie chcieli – powiedział, uśmiechając się przy tym jak clown z horroru.
W tym momencie stało się coś nieoczekiwanego. Z początku Remy nie rozumiał, co się dzieje. Coś pociągnęło do tyłu ciało Sinistra, a on zatoczył się, przewracając na podłogę. Nad nim stało dwóch jego ochroniarzy.
Jeden z nich wyciągnął rękę i zacisnął ją na szyi Essexa, podnosząc go brutalnie do góry.
- Może tobie coś wydłubiemy? – usłyszał zza szyby kasku i choć głos był stłumiony, to bez trudu rozpoznał południowy akcent.
- Rogue? – zapytał szeptem, wpatrując się w postać. Oko, które dostało znieczulenie, zaczynało już gorzej pracować. Wzrok miał nieco zamglony i ciężko mu było złapać perspektywę. Podniósł oczy wyżej i zobaczył, jak drugi ochroniarz walczy z trójką innych. Jego ruchy były dziwnie znajome, ale przecież to niemożliwe, by to była…
- Bella? – znowu zapytał.
Sinister w tym czasie wierzgał, próbując się wydostać z żelaznego uścisku Rogue. Gdy zamachnęła się, by oddać cios prosto w jego twarz, przestał się poruszać. Wygiął usta w namiastkę uśmiechu i dosłownie rozpłynął się w powietrzu.
- Co jest- – rzuciła Rogue, po czym zdjęła kask i odrzuciła go gdzieś w głąb pomieszczenia. Nie tracąc czasu, doskoczyła do Remy'ego i szybkimi ruchami zerwała krępujące go kajdany.
- Odzyskałaś mutację – zauważył Remy.
- To długa historia – odparła, pomagając mu wstać z kozetki. Remy nie zdołał jeszcze z niej do końca zejść, gdy Rogue wpadła na niego z impetem. Za nią stał Sinister. Sięgnął za jej mundur i przyciągnął do siebie, po czym uderzył na odlew. Rogue zatoczyła się, ale poza lekkim zaczerwieniem na twarzy nie było widać po niej siły uderzenia. Remy potoczył wzrokiem za nimi, gdzie Belladonna skończyła właśnie walczyć z resztą ochroniarzy – leżeli bezwładnie na podłodze, a pod nimi tworzyły się coraz większe kałuże krwi. Bella również zdjęła kask. Widział, jak ciężko dyszy i jak pasemka włosów przyklejają się jej do twarzy. I – być może to była kwestia tego, co Sinister wstrzyknął mu w oczy – ale mógł przysiąc, że było w niej coś dziwnego, wręcz nieludzkiego. Gdy przeniósł spojrzenie z powrotem na Rogue, kątem oka zauważył czerwoną aurę wokół Belli. Jednak gdy spojrzał na nią ponownie, wyglądała zwyczajnie.
Rogue tymczasem rzuciła się do przodu i rozpędzając się w locie, pchnęła Sinistra na przeciwległą ścianę. Jedyne, co było po nim widać, to dzika furia. Rozpostarł ręce na całą ich szerokość i jednym, gładkim ruchem zbliżył je z powrotem do siebie tworząc między dłońmi kulisty pocisk, który błyskał energią. Mimo że patrzył wprost na Rogue, to skierował go w drugą stronę – na skradającą się ku niemu Bellę. Siła uderzenia była tak duża, że wylądowała na stojących dużo dalej szafkach laboratoryjnych. Ich zawartość spadła wprost na nią, zasypując ją zafoliowanymi igłami, odczynnikami i niewielkimi fiolkami.
- Zatrzymałyście ich – powiedział bez żadnego wysiłku Sinister. – Ale już tu idą – dodał, obserwując unoszącą się w powietrzu Rogue.
- Znajdź sobie przyjaciół, zamiast ich tworzyć – odparła Rogue. Uniosła się wysoko, po czym zapikowała wprost na Sinistra. Jej ruchy były bardzo szybkie i Remy miał wrażenie, że wbije Sinistra w podłogę, ale ten uchylił się w ostatniej chwili i natychmiast założył jej dźwignię, powalając ją na podłogę. Przygwoździł ją kolanem.
- Twoja mutacja jest niczym wobec mojej siły – powiedział jej wprost do ucha. – Jestem nieśmiertelny.
- Być może tak jest – powiedział Remy tuż nad nim – ale nie jesteś odporny na ból. – I wbił mu w kark skalpel zabrany z metalowej tacy. Sinister początkowo nie zareagował, ale jego uścisk na Rogue widocznie zmalał. Remy obserwował, jak powoli się podnosi i odwraca ku niemu. Miał wrażenie, że ogląda to w spowolnionym tempie i znowu zalała go fala strachu. Przybrał jednak pozycję do walki, ugiął lekko nogi w kolanach i pochylił się, gotowy odparować cios. Na więcej finezji nie było go stać – nie dość, że był pozbawiony mocy, to jeszcze coraz słabiej widział. Wszystko przykrywała mgła, z którą bezskutecznie próbowało walczyć drugie oko.
Zamiast wyprowadzenia ciosu, Sinister odwrócił się już zupełnie wyprostowany, wypuszczając z dłoni Rogue. Nie odwracając wzroku od Remy'ego, wyciągnął sobie z szyi zakrwawiony skalpel.
- Odległość jednego palca niżej i przebiłbyś tętnicę – oznajmił. W jego głosie nie było słychać ani bólu, ani zmęczenia. W tym samym momencie drzwi gwałtownie się otworzyły i do sali wpadła wielka plama czerni. Ochroniarze Essexa, których zatrzymały Rogue i Bella, wbiegli do środka, od razu rzucając się do obrony swojego pracodawcy. Albo, co bardziej prawdopodobne, pana i władcy.
Rozpoczęła się jatka. Rogue zdjęła rękawiczki i walczyła z każdym, który nawinął się jej na drodze do Remy'ego. Sinister rozcierał sobie kark, a krew zalewała jego szyję i pokrywała dłonie, tworząc makabryczny fresk na jego fartuchu. Wydawał się niezainteresowany tym, co się dzieje wokół, ale gdy w pewnym momencie podniósł głowę i spojrzał prosto na Remy'ego, przeszedł go dreszcz. Wiedział, że jeżeli zaraz nie pokonają tej fali ochroniarzy, wróci na kozetkę i straci pewnie nie tylko oko. A kolejną ofiarą eksperymentów będzie Rogue. Przełknął ślinę, zerknął na walczącą dziewczynę – była otoczona ze wszystkich stron. Nie zastanawiając się już dłużej, sam ruszył do walki. Znieczulone oko zdążyło już zajść gęstą mgłą i zupełnie nic nie widział. Gdyby nie to, że obserwował ruchy Sinistra, to mógłby uwierzyć, że już je stracił. To po prostu wymagało chwili przyzwyczajenia – tak sobie powtarzał. Pamiętał, jak przez jakiś czas trenował walkę z przepaską na oczach. Wtedy jednak walczył tylko z jednym przeciwnikiem na raz, na dodatek był wyposażony w swój kij oraz mógł naładować karty energią kinetyczną. Teraz obroża boleśnie wbijała mu się w szyję, a on sam nie miał nic prócz swoich mięśni.
Mimo to ruszył.
Walka jeden na jednego byłaby prosta, nawet w jego obecnym stanie. Ale jak tylko udało mu się pozbyć jednego przeciwnika, na jego miejsce wskakiwało trzech nowych. Czuł, jak pot leje mu się wzdłuż kręgosłupa, a mięśnie zaczynają drgać w niebezpieczny sposób. Być może to przez to znieczulenie siły opuszczały go dużo szybciej niż myślał. Kątem oka zobaczył, że Rogue zmieniła taktykę – już nie walczyła wręcz, a po prostu unosiła się w powietrzu i atakowała z góry. Nigdzie nie mógł znaleźć Belli.
Oberwał prosto w szczękę i usłyszał bolesne chrupnięcie w szyi. Zatoczył się, ale szybko odzyskał równowagę i zaatakował ponownie. Tracił siły i jego uderzenia nie miały w sobie tyle mocy, by powalić przeciwnika. Poczuł, jak ktoś uderza go w nerki i zmielił w ustach przekleństwo.
I wtedy zobaczył górującego nad tą czarną falą ochroniarzy Sinistra. Unosił się w powietrzu, tworząc jednocześnie coraz większą kulę energii.
- Rogue! – ryknął Remy, ale dziewczyna nie słyszała go. Nadal pikowała z góry na wybrane cele. Chwilę nieuwagi wykorzystał jeden z ochroniarzy i powalił Remy'ego na kolana. Próbował się podnieść, ale mięśnie odmawiały posłuszeństwa, a czarna masa klonów Sinistra napierała na niego, nie szczędząc przy tym kopnięć. Zastanawiał się, dlaczego nie mają żadnych pistoletów i zdążył jedynie pomyśleć, że pewnie łatwiej było Sinistrowi ustawić algorytm walki wręcz niż algorytm walki bronią palną. Skulił się, próbując powstrzymać kolejne ciosy i jednocześnie znaleźć odpowiedni moment na podniesienie się i rzucenie się w walkę. Czuł jednak, że to na marne. Ich było coraz więcej.
- Może i jesteś nieśmiertelny – usłyszał rezonujący, niski kobiecy głos – ale ja jestem boginią.
W tym samym momencie ciosy i uderzenia skończyły się jakby ucięte nożem. Otworzył oczy. Początkowo sądził, że ma już problem z obojgiem oczu, gdyż nie widział nikogo wokół siebie. Po kilku sekundach podniósł spojrzenie i w górze zobaczył, jak cała masa ubranych na czarno ochroniarzy unosi się bezwładnie nad ziemią. Pośród nich była zdezorientowana Rogue i wyraźnie zaskoczony Sinister. Remy powiódł spojrzeniem w kierunku, w który patrzyli i powoli się podniósł z kolan.
Ze zdziwienia otworzył usta. Pod najdalej odsuniętą ścianą stała Belladonna i z nieznacznie uniesionymi palcami wpatrywała się w Sinistra. Mimo że wyglądała jak Belladonna, to Remy nie miał wątpliwości, że to nie była tak naprawdę ona. Roztaczała wokół siebie ciemnoczerwoną poświatę, a kontury jej ciała wydawały się rozpływać w powietrzu.
Naraz pstryknęła palcami i wszyscy ochroniarze padli na ziemię. Żaden z nich nie powstał, ani nawet się nie poruszył. Za to wielu z nich miało nienaturalnie wykręconą szyję. Remy'ego zemdliło. Nad podłogą nadal unosili się Rogue i Sinister, ale Rogue, widząc Remy'ego, szybko zapikowała i znalazła się tuż obok niego. Poczuł się lepiej, gdy ścisnęła jego dłoń.
- Candra – powiedział wreszcie Sinister – nie sądziłem, że cię tu zobaczę.
- Raczej nie sądziłeś, że tak szybko mnie tutaj zobaczysz – odparła, wznosząc się nad stertę trupów. – Na szczęście panna Bodreaux wiedziała, że to już pora oddać się w moje władanie.
- Porozmawiajmy – powiedział Sinister, w sekundzie wchłaniając kulę energii, którą tworzył.
- Teraz chcesz rozmawiać? – spytała z drwiną w głosie. – Nasłałeś ją na mnie, a potem sądziłeś, że złapałeś mnie w pułapkę zwabiając ją tutaj. Powinnam cię rozgnieść jak robaka, ale jesteś jak karaluch, który nie potrafi po prostu zdechnąć. Będziesz się wskrzeszał tak długo, aż nie zostanie z ciebie już nic z człowieka.
- Już dawno przestałem nim być – odpowiedział.
- To koniec, Essex. Przegrałeś – odparła kobieta. – Nie zabierzesz mi klejnotu, bo spotka cię to samo, co pannę Bodreaux.
- Mogę cię zabić, a później zmusić jedno z nich – wskazał na Remy'ego i Rogue – by wzięło od ciebie naszyjnik.
- I znowu ryzykować, że powrócę w niezbyt dogodnym momencie? – zaśmiała się perliście, a jej śmiech poniósł się po całym pomieszczeniu. – Poza tym na twoim miejscu uciekałabym. Za chwilę pojawią się tutaj ich znajomi.
Essex przelotnie zerknął na Rogue.
- Skąd wiesz, że ich znajomi nie zechcą cię zabić? – zapytał, a Remy miał wrażenie, że w głosie Sinistra pojawiła się niepewność.
- Sprawdzimy to? – spytała, wciąż się uśmiechając.
Sinister, wciąż się unosząc, milczał, wpatrując się w Candrę.
A potem rozpostarł ręce i stworzył kilkanaście żarzących się niewielkich pocisków, które natychmiast wysłał w kierunku Candry. Rogue w tej samej chwili zasłoniła Remy'ego własnym ciałem.
Pociski jednak nie dotarły do celu – odbiły się od tarczy stworzonej przez Candrę, rozciągniętej tak, aby sięgała również do Rogue i Remy'ego.
- Cóż mogę rzecz – powiedział Sinister lekkim tonem – musiałem spróbować.
Candra jednak nic nie odpowiedziała. Rogue z niepokojem zauważyła, że jej oczy przybierają coraz ciemniejszą barwę czerwieni.
- I to był twój błąd – wyszeptała Candra, rozpościerając ręce. Między palcami zaczęły drgać niewielkie wiązki energii. – Nie próbuj blokować mojej mocy. Jesteś na to za słaby.
Sinister nie odpowiedział. Nie czekał również na wystrzał pocisków Candry. Zniknął w jednej sekundzie, by w tej samej chwili pojawić się tuż za nią – z zaciśniętymi na jej szyi palcami. Próbowała go odepchnąć, oderwać od siebie jego ręce, ale jego uścisk był silny. Z jej gardła wydobyło się ciężkie chrapnięcie.
- Nie możesz… – wychrypiała.
- No to patrz – odparł, zaciskając na jej szyi już całą rękę, a palce drugiej zaczął wciskać w jej oczodoły.
Rozległ się krzyk, przeraźliwy i wibrujący, jakby nie z tego świata. I nagle się urwał. Sinister, wciąż trzymając Candrę, odwrócił się w kierunku Rogue, która podleciała do niego ze zdjętymi rękawiczkami.
- Miałem cię nie zabijać, ale chyba zmienię zdanie – powiedział do niej, wyciągając w jej kierunku rękę. Ciało Rogue natychmiast odpowiedziało na jego wezwanie. Teraz trzymał już dwie kobiety – wciąż szamoczącą się Candrę, którą przytrzymywał łokciem, oraz Rogue, którą dusił dłonią.
- Nie! – wykrzyknął Remy, z trudem podnosząc się z podłogi. Nadal nie widział na jedno oko i ledwie był w stanie utrzymać się w pionowej pozycji, ale mimo to ruszył w ich kierunku.
Sinister spojrzał na niego z góry z wyrazem bezbrzeżnej pogardy. Nie zauważył jednak, że Candra przestała już się szamotać. Między dłońmi tworzyła kulisty pocisk, który skrzył się bezgłośnie. Uniosła ręce do góry, tak, aby sięgnąć nad ich głowy, po czym uderzyła.
Remy'ego odrzuciło na kilka metrów. Uniósł się na łokciu, mrużąc oczy. Widział ciało Rogue, leżące teraz na podłodze. Miał nadzieję, że była po prostu nieprzytomna. Widział Candrę, która również spadła na podłogę laboratorium. Czerwona aura wokół niej przestała być tak intensywna, a kontury ciała zaczęły się wyostrzać. Nigdzie jednak nie było Sinistra.
Remy wciągnął powietrze w płuca, a potem spróbował wstać. Ręce i nogi drżały mu od poniesionych obrażeń. W kilku miejscach na jego ubraniu pojawiły się ślady krwi. Nie dał rady się podnieść, więc zaczął się czołgać w kierunku Rogue. Nawet jeśli miał za chwilę umrzeć, chciał być obok niej.
Nie przebył nawet połowy drogi, gdy Rogue otworzyła oczy. Miała wymalowany szok na twarzy, ale już po chwili doszła do siebie. Podniosła się i zauważyła Remy'ego. Natychmiast do niego podbiegła i pomogła mu się podnieść do pozycji siedzącej.
- Nic ci nie jest? – spytała drżącym głosem.
Remy spojrzał na nią, po czym przeniósł wzrok na siebie: na podarte i zakrwawione ubranie, przejechał palcami po opuchniętej twarzy, zatrzymując się na wciąż krwawiących zadrapaniach.
- Nigdy się nie czułem lepiej, Roguey – powiedział, po czym się zaśmiał. Rogue otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale zamiast tego potrząsnęła głową i też się zaśmiała.
- Widziałeś, co się stało z Sinistrem? – spytała po chwili.
- Candra uderzyła w nich dwoje pociskiem. Odrzuciło mnie do tyłu, a gdy się podniosłem, Sinistra już nie było. Nie wiem, czy dalej tu jest – odparł Remy.
- Nie ma go tutaj – usłyszeli za sobą głos Candry. Oboje się do niej odwrócili. Szła w ich kierunku spokojnym, pewnym krokiem. Wyglądała tak, jakby kompletnie nic jej się nie stało. Jej aura była znowu intensywnie czerwona, a kontury ciała rozmyte. – Pewnie nie wróci przez kilka najbliższych lat, ale na pewno przeżył. Lub, można powiedzieć, na pewno nie umarł.
- Jak długo tutaj jesteś? Czy ja rozmawiałam z Bellą, czy z tobą? – spytała Rogue.
- To była Bella. Ale nie mogę powiedzieć, że jej zachowanie wynikało wyłącznie z jej inicjatywy – odparła Candra, przysiadając się do nich. – Kiedy sytuacja zaczęła być beznadziejna, oddała mi zupełną kontrolę. Tylko dzięki temu żyjecie.
- A co z nią? Co z Bellą? – spytał Remy, marszcząc brwi.
- Gdzieś tam jest – odpowiedziała, uśmiechając się lekko. – Pewnie przez jakiś czas będę jeszcze korzystała z jej ciała, ale wkrótce poszukam czegoś bardziej mi odpowiadającego. Wtedy Bella wróci, choć nie wiem, czy nie będzie miała problemów ze wzrokiem. Sinister zdążył uszkodzić w pewnym stopniu oczy i tylko moja boska moc sprawia, że was widzę – dodała z lekkim westchnięciem.
- Czy będzie cokolwiek pamiętała? – zapytała Rogue.
- Pewnie nie od razu, ale z czasem będą do niej wracać jakieś przebłyski czy wspomnienia z tych chwil, kiedy ja zarządzałam jej ciałem. Trochę będzie jak z twoją mutacją, Rogue. Będzie miała w głowie szczątki świadomości innej osoby.
- I na tym podobieństwa się kończą – odparła Rogue. – Pewnie nie będzie miała już swoich mocy, dobrze rozumiem?
Candra zaprzeczyła ruchem głowy.
- Jej moc zniknie wraz z odebraniem jej mojej własności. – Wyciągnęła zza dekoltu czerwony klejnot zawieszony na złotym łańcuszku.
- Bez tego nie masz mocy? – zapytał Remy, wskazując na naszyjnik.
- To jest tylko fragment mojego naszyjnika. Rozszczepiona cząstka mojej osobowości, obdarzona niewielką namiastką mocy. Bez niego nadal jestem potężna, ale nie mogę pozwolić, by fragment mojej duszy poniewierał się gdzieś po świecie.
Wszystko zaczynało się układać w sensowną całość. W ciągu jednego dnia zdobyli wszystkie brakujące elementy układanki, które odpowiadały na dawno zadane pytania, a zachowanie Belli zaczęło być nieco bardziej zrozumiałe. Wszystko miało swojego drugie, a nawet trzecie dno. Rogue przestała już tak jednoznacznie oceniać Belladonnę. Nadal jej nie lubiła, ale nie mogła jej odmówić szlachetnych przebłysków w jej działaniu. Gdyby nadal miała moc, całkiem nieźle pasowałaby do X-Menów.
- Rogue – Candra dotknęła jej ramienia – wiem, jakim ciężarem jest dla ciebie twoja mutacja. Mogę ją od ciebie zabrać. Nie wiem, czy za jakiś czas – kilka miesięcy, kilka lat, kilka dekad – by nie wróciła, ale przynajmniej poznałabyś prawdziwe życie.
Rogue wpatrywała się w nią z otwartymi ustami. Zerknęła przelotnie na równie zszokowanego Remy'ego.
- Jesteś w stanie to zrobić? – zapytała, a jej głos był niespodziewanie drżący.
- Mogę dawać moc i mogę ją odbierać. To właśnie chciałam zrobić Sinistrowi. W zamian—
- Ach, czyli jednak jest jakieś „ale" – mruknęła Rogue.
- W zamian dasz mi swojego chłopca – Candra przeniosła spojrzenie na Remy'ego. – Zajmę się jego ranami, a później wspólnie zrobimy porządek w gildii zabójców. Może nawet mogłabym zostawić sobie to ciało, by zawrzeć sojusz między gildiami przez małżeństwo z przywódcą gildii złodziei. – Gdy to mówiła, jej ręka sięgnęła twarzy Remy'ego. Pod jej palcami, delikatnie sunącymi po ranach i opuchliźnie, wszystko się goiło. Po chwili Remy nie miał już nawet jednego zadrapania. – Mogłabym cię opatrzyć również poniżej szyi – wyszeptała sugestywnie w jego kierunku. Rogue obserwowała, jak jej dłoń przesuwa się w stronę jego klatki piersiowej i wtedy poczuła nieprzyjemne ukłucie. Remy nic nie mówił, przenosił spojrzenie z Rogue na Candrę i z powrotem.
- Nie – powiedziała wreszcie pewnym i twardym głosem. Czuła, jak jej policzki płoną. Za wszelką cenę unikała spojrzenia Remy'ego.
- Szkoda – mruknęła sennie Candra, zabierając dłoń nieco zbyt powoli. – Zatem mam propozycję dla ciebie, Remy. Uleczę twojego ojca i obdarzę was swoimi błogosławieństwami, jeśli zgodzisz się na rozpoczęcie kultu mojej osoby w szeregach gildii. Chcę czci, podarków i chwały od twoich ludzi.
- Jesteś jakimś dżinem z butelki? – spytał Remy, unosząc brew. – Dlaczego chcesz pomóc gildii?
- Bo kilka wieków temu sama do niej należałam – wzruszyła ramionami Candra.
- Nie jestem przywódcą gildii, więc nie mogę podjąć takiej decyzji – odparł Remy po chwili.
- Ale będziesz. Jeśli przystaniesz na moją propozycję, to nawet zaraz. Jean Luc z pewnością się zgodzi na zrzeczenie się przywództwa.
- Non – odparł Remy. W jego głosie nie było nawet cienia zawahania. – Nie będę przywódcą gildii. Jeszcze dzisiaj opuszczam Nowy Orlean.
Rogue nabrała powietrza. Poczuła, jak Remy splata dłoń z jej dłonią. Odpowiedziała delikatnym uściśnięciem.
- Zakochani – westchnęła z przekąsem Candra. – Uczucie zasłania wam rozsądek. – Wstała, rozejrzała się jeszcze raz po całym pomieszczeniu. – Zatem wkrótce przyjdę z wizytą do Jean Luca. Miło było mi was poznać, zarówno przez pryzmat Belli, jak i osobiście. Gdybyś chciał wrócić, Remy, ja tutaj będę na ciebie czekała – uśmiechnęła się czarująco i ruszyła w kierunku jednych z kilkorga drzwi w tym laboratorium. Już na odchodne odwróciła się.
- Za chwilę pojawią się tutaj X-Meni. Pozdrówcie ode mnie Charlesa Xaviera i przekażcie, że doceniam próbę telepatycznego przełamania moich barier. Robi to nawet w dosłownie tej chwili, wyobrażacie sobie? – prychnęła, po czym zamknęła za sobą drzwi.
Rogue i Remy zostali sami.
- Rogue… – zaczął Remy, ale Rogue natychmiast go uciszyła.
- Ćśś, porozmawiamy później, w bardziej dogodnych warunkach – odparła.
Remy prychnął.
- Jasne, bo przecież ty zawsze jesteś chętna do szczerych rozmów – zaśmiał się gorzko.
- Naprawdę teraz chcesz się kłócić? – mruknęła Rogue, przewracając oczami.
Remy przestał się śmiać. Patrzył teraz na nią intensywnym wzrokiem, w którym czaił się głód.
- Wprost przeciwnie – odpowiedział szeptem.
Rogue czuła wypełzający na jej policzek rumieniec. Już otwierała usta, by coś powiedzieć, gdy w drzwiach najbliżej nich pojawiła się głowa Kitty.
- Są! – pisnęła Kitty i zniknęła. Po chwili drzwi się otworzyły i do sali weszli X-Meni.
- Wygląda na to, że już po zabawie – mruknął Logan, na co Rogue uśmiechnęła się szeroko. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bardzo za nimi tęskniła.
Po raz ostatni byli w sypialni Remy'ego. Zdążyli już wspólnie z X-Menami i rodziną Remy'ego zjeść obiad i opowiedzieć, co się wydarzyło w tunelach pod miastem. Remy wyłuszczył również Jean Lucowi propozycję Candry, pomijając jej wcześniejsze oferty. Choć Jean Luc nie powiedział jednoznacznie, jaka będzie jego odpowiedź, to wyglądało na to, że się poważnie nad nią zastanawia.
- Naprawdę chcesz wracać ze mną? – spytała Rogue, pakując do walizki jej niewielki dobytek.
- Tyle razy ci o tym mówiłem, a ty nadal nie dowierzasz? – odpowiedział pytaniem na pytanie Remy.
- Od twoich wielkich deklaracji do faktycznego działania potrafi upłynąć mnóstwo czasu – wzruszyła ramionami. – Poza tym przed gildią otwiera się nowy rozdział.
- Przede mną też się otwiera nowy rozdział, Rogue.
Nie odpowiedziała nic, choć nie mogła powstrzymać delikatnego uśmiechu.
Gdy się spakowali, oboje zeszli do salonu, w którym przebywała rodzina Remy'ego. X-Meni czekali już na nich w x-jetcie, więc nie było już tutaj tak tłoczno. Na ich widok Tante Mattie ciepło się uśmiechnęła, ale gdy dostrzegła na ramieniu Remy'ego przerzuconą torbę podróżną, mina jej zrzedła.
- Odchodzisz razem z nią.
To nie było pytanie.
- Byłby ze mnie marny przywódca gildii – odparł Remy. – Spróbuję szczęścia z X-Menami. Tam będę lepiej pasował.
Jean Luc wstał.
- Zawsze będziemy na ciebie czekać – powiedział. Rogue była zaskoczona, że nie próbuje odwieść swojego syna od powziętej decyzji.
- Bylibyście naprawdę udaną parą – wtrąciła Mercy, podnosząc się z fotela z Charliem na rękach.
Rogue zawahała się.
- Skąd wiesz, że nie jesteśmy…? – zapytała zaskoczona.
- Bo ani razu się nie pocałowaliście – zaśmiała się, a wraz z nią reszta rodziny. Nie był to szyderczy śmiech, nie było tam drwiny. Jedynie prosta konkluzja. Rogue zmusiła się do uśmiechu. Czuła, jak pod powiekami pojawiają się łzy, więc zamrugała szybko, by się ich pozbyć. Wyglądało na to, że nikt tego nie zauważył. I wtedy napotkała spojrzenie Remy'ego. Jego uśmiech nie sięgał oczu.
Remy uściskał się z każdym, podczas gdy Rogue czekała w drzwiach pokoju. Obserwowała, z jaką matczyną czułością zwracała się do niego Tante Mattie, jak wylewnie żegna się ze swoim bratem, bratową i maleńkim Charliem, wreszcie z jakim szacunkiem podszedł do Jean Luca. Wymienili kilka zdań tak, by nikt poza nimi ich nie usłyszał, po czym Remy uściskał go po raz ostatni. Być może też ostatni raz w życiu Jean Luca.
Gdy wychodzili z rezydencji, x-jet już odpalał silniki.
- Wracamy – powiedział do niej Remy i ujął ją za rękę.
- Wracamy do domu – odparła i oboje ruszyli w kierunku wejścia do samolotu.
Na ostatni rozdział zapraszam Was w okolice Świąt Bożego Narodzenia. Pierwszy rozdział wrzuciłam kilka lat temu właśnie w Boże Narodzenie, więc ładną klamrą będzie wrzucenie ostatniej części właśnie w tym czasie. A tymczasem udanej końcówki lata i do przeczytania za kilka miesięcy!
