3. OBIAD U DURSLEYÓW
Albus rzucał się całą noc, co jakiś czas budząc tylko i wyłącznie po to, aby otrzeć pot z twarzy. Dopiero kiedy do pokoju wpadło światło słoneczne, uświadomił sobie, że w pewnym momencie odpłynął, choć nie był tego świadomy. A potem – naturalnie – rozległ się ten charakterystyczny trzask.
– Mama mówi, że masz wstać.
Zarejestrowawszy na swoich nogach obcy ciężar, zrozumiał, że ma do czynienia z Jamesem. Przetarł oczy i skoncentrował się na bracie, który – co zaskakujące – był w pełni ubrany.
– Już się wyszykowałeś? – zapytał, osłupiały, gdyż Jaimie był znany z porannego otumanienia niepunktualności.
– Jakie już? Dopiero co wróciłem do domu, stary!
Kilka minut później Albus rzeczywiście się przekonał, że matka go oczekiwała. Po powrocie z pracy, gdy tylko wujek George go odprawił, James przebrał się w mugolskie ubrania, a Lily obudziła się na czas. Koniec końców okazało się, że tylko Al poleżał trochę dłużej, niż powinien.
– Widzę, że zaspałeś – stwierdziła siostra, kiedy wszedł do kuchni. Z pewnością był rozczochrany i wciąż miał senne oczy.
– Yhym – wymruczał.
– Co się stało? – kontynuowała Lilka, gdy odsunął sobie krzesło i zaczął skubać pokrywkę od pudełka płatków śniadaniowych.
– Koszmar – odparł, nie chcąc się zbytnio wdawać w szczegóły.
– Coś konkretnego?
Albus nie odpowiedział, przygotowując sobie mleko, ale zanim chociaż zdążył wsadzić łyżkę do buzi, do kuchni weszła i mama.
Ginny także się wystroiła, choć tym razem w niemagiczne ubrania – miała na sobie jeansy i białą bluzkę. Z niemałym zdziwieniem chłopiec zauważył, że jej twarz przybrała żywszy wyraz, lecz była to zasługa lekko widocznego, gustownego makijażu. Oczywiście, nie umalowała się w ten sposób na potrzeby wizyty u Dursleyów – dziś, po tak długim czasie rozłąki, po raz pierwszy miała spotkać się mężem.
– Świetnie wyglądasz, mamo – pochwalił rodzicielkę James, dołączając do reszty. Dopiero teraz Albus mógł dobrze się przyjrzeć prezencji brata. Jaimie włożył czarne spodnie i niebieską koszulę, która zdecydowanie dodawała mu uroku. Ślizgon wiedział, że nie będzie się umiał tak odstawić i uznał, że należy o tym poinformować familię jak najwcześniej.
– Czy musimy się aż tak stroić, mamo? To znaczy, wiem, że powiedziałaś, że mamy wyglądać schludnie...
– Straciłeś przywilej wybrania odzieży, kiedy zdecydowałeś się przespać dodatkowe półtorej godziny! – przerwała mu ostro Ginny. – Dlaczego w ogóle tak się stało?
– Dręczył go koszmar – wtrąciła się natychmiast Lily, a Albusowi pozostało tylko rzucenie siostrze pretensjonalnego spojrzenia.
– Koszmar? – Matka otworzyła swoją torebkę i zapewne po raz enty sprawdziła jej zawartość.
– O czym?
– Przyśniło mu się, że zaśpi i straszliwie nas wszystkich spowolni – stwierdził szyderczo James.
– Rety, stary. Powinieneś zapisać się na wróżbiarstwo...
Straciwszy apetyt, Albus bezgłośnie przeprosił i pomaszerował na górę. W sypialni spędził dobre piętnaście minut, szukając odpowiedniego mugolskiego ubrania. Ostatecznie zszedł na dół, odziany – niestety – w rozpinaną koszulę, podobną do tej, którą miał na sobie brat.
– Wyglądasz wspaniale – stwierdziła mama. – Tylko zrób coś z tymi sterczącymi włosami!
– Ugh...
Ślizgon potrzebował kolejnych dwudziestu minut, żeby spełnić standardy Ginny, ale wtedy okazało się, że poranek i tak nie był dobrze zaplanowany, a przynajmniej nie tak cudownie, jak zakładano. Jaimie sięgał ku staremu garnuszkowi przy kominku z proszkiem Fiuu, kiedy zatrzymała go matka.
– Nie wygłupiaj się, James! – fuknęła. – Przecież to mugole!
– No to... Insta–Fiuu? – zapytał głupio i wyciągnął rękę ku mniejszemu pojemniczkowi zawieszonemu obok. Pył Insta–Fiuu otrzymali dzięki pracującemu w ministerstwie magii ojcu i wszystko wskazywało na to, że nie dane im będzie w najbliższej przyszłości zdobyć więcej. Albus miał zamiar sprzeciwić się temu wyborowi z właśnie tego powodu, ale wtem okazało się, że Ginny ma o wiele lepszą wymówkę.
– Rodzaj proszku nie ma znaczenia, bo Dursleyowie mogą nie mieć nawet kominka. Aportujemy się na miejsce.
– Że co? – Rodzeństwo jednocześnie wyraziło swoje zdziwienie.
– Zabiorę Lily, a ty Albusa, James.
Ślizgon nieznacznie się wzdrygnął. Aportował się z przewodnikiem zaledwie kilka razy, ale zawsze ten sposób komunikacji wydawał mu się niekomfortowy. Niemniej jednak wiedział, że powinien się do niego zacząć w końcu przyzwyczajać – brat zaczął się go uczyć w szóstej klasie w Hogwarcie, a przecież jest to rok, który teraz czeka Albusa. Mimo to wciąż się martwił o komfort podróży, bo James dopiero co zdobył licencję i nadal był bardzo niedoświadczony.
Okazało się, że wszystkie troski chłopca zostały rozwiane przez Jaimiego, który szybko przygotował sobie własną wymówkę.
– Od lat nie odwiedzaliśmy wujka Dudleya, mamo. Nie jestem pewien, czy w ogóle pamiętam tamtą okolicę. Najprawdopodobniej się rozszczepię!
Ginny westchnęła, a następnie pomiędzy członkami rodziny zapadła pełna napięcia cisza. To zdecydowanie była jedna z tych sytuacji, w której brakowało obecności taty. Gdyby był tu z nimi, ta podróż byłaby zaplanowana z kilkudniowym wyprzedzeniem, a potem perfekcyjnie wcielona w życie. Teraz nie było na to szans.
– Dobrze. W porządku – stwierdziła finalnie matka. – Aportujemy się z Jamesem pierwsi, a wtedy wrócę po każdego z was z osobna. Aportacja w trójkę jest trochę zbyt ryzykowna...
Przystąpiono do akcji. Po gryfonach przyszła kolej na ślizgona.
– Wszystko okej, Al? – zapytała Ginny, kiedy przez chwilę byli sami w przytulnym domowym zaciszu.
– Ano – odpowiedział zwięźle i chwycił mamę za ramię.
W następnej chwili miał wrażenie, że zapada się w sobie – w momencie zabrakło mu powietrza i przypomniał sobie poprzednią noc, kiedy niespodziewanie wszystko pogrążyło się w nieprzeniknionej ciemności...
Oddech złapał, dopiero gdy stanął w słońcu; był na obrzeżu mugolskiej ulicy. James i Lily stali zgarbieni, opierając się odpowiednio o hydrant przeciwpożarowy i skrzynkę pocztową. Albus rzucił okiem na znak drogowy, który wskazywał ich dokładną lokalizację. Żołądek podskoczył mu do serca, gdy zapoznał się z otoczeniem: Ulica Arcfield. Nie był tu od wieków.
Każdy segment z domków szeregowych był prawie identyczny – wszystkie były pomalowane na biało, ozdobione srebrnym płotem otaczającym część ogrodu.
Ginny rozpoczynała pochód, a dzieci automatycznie ustawiły się po kolei za nią. Wtem niespodziewanie się zatrzymali, kiedy matka bez słowa ostrzeżenia gwałtownie się do nich odwróciła; miała zaciśnięte usta.
– Co prawda już to przerabialiśmy, ale...
– No przecież wiemy, mamo... – jęknęli zgodnie.
– Cisza! Tu nie chodzi o waszego ojca! – fuknęła Ginny. – Cóż, albo raczej tylko w pewnym sensie... Tak czy inaczej, nadstawcie uszu. Myślę, że musimy omówić jeszcze jedną bardzo istotną kwestię w sprawie rodziny wujka.
– O co chodzi? – James poczuł się w obowiązku reprezentować młodsze rodzeństwo.
– Jeżeli ktoś zapyta, gdzie jest wasz tata... pamiętajcie, że ma urwanie głowy w pracy.
– Co takiego? – sapnęli jednocześnie Albus i Lily.
– To znaczy, że Dursleyowie o niczym nie wiedzą? – Co zaskakujące, to Jaimie zadał logiczne pytanie.
– Dokładnie – przyznała mama. – Choć z drugiej strony, to kto miał ich o tym poinformować? Poniekąd i to jest celem naszej małej eskapady. Zamierzałam dziś co nieco im wyjaśnić, ot tak przy filiżance herbaty – oczywiście, pomijając przy tym kilka ważniejszych szczegółów.
Albus gapił się na Ginny z szeroko otwartą buzią, niezdolny do zamknięcia jej, po tym, co właśnie usłyszał. Dowiedziawszy się takich rewelacji, rodzeństwo nie mogło nic zrobić. W następnej sekundzie mama odwróciła się na pięcie i wznowiła marsz, prowadząc dzieci do domku mieszczącego się mniej więcej na środku szeregu budynków. Gdy przeszli przez bramę i ogródek, ślizgon przełknął ciężko ślinę. Nerw w oku drgał mu mechanicznie, podczas gdy spojrzenie prześlizgiwało się po stojącemu przed nim mieszkaniu.
Miał dziewięć albo dziesięć lat, kiedy ostatnio był u Dursleyów, lecz nawet po tak długim czasie mógł stwierdzić, że z zewnątrz nic się nie zmieniło. Dom wujostwa był najzwyczajniejszy w świecie, jednokolorowy, dwupiętrowy, z dwoma idealnie rozmieszczonymi oknami na podwórko. Gdy Potterowie podeszli bliżej, Albus dostrzegł, że drzwi wejściowe nie są białe, a w kolorze skorupki jajka. Otaczające rezydencję kwiaty ani trochę nie przypadły mu do gustu, choć nie dało się nie zauważyć, że wyglądały na całkiem zadbane.
– Dobrze. Jesteście gotowi? – zapytała matka, kiedy przystanęli. – Popraw tę koszulę, Albusie – dodała, a chłopiec natychmiast spełnił wydane polecenie.
Ginny wzięła głęboki oddech i dwukrotnie zapukała. Za drzwiami doszedł ich nagły gwar, a chwilę później zostali przywitani.
Wujek Dudley był olbrzymim mężczyzną. Po ujrzeniu go Albus od razu przypomniał sobie, jak kiedyś tata wspomniał, że w młodszych latach wujek wyglądał „trochę niezdrowo", ale twierdził także, że nabrał masy ciała dzięki zainteresowaniu się mugolskim sportem bokserskim i wieloletnim treningom. Dorosła wersja Dudleya Dursleya nie różniła się za bardzo od młodzieńczej. Wujek nadal był potężnym człowiekiem, choć większość tuszy przeobraziła się w mięśnie – cóż, oczywiście poza odznaczającym się pod koszulą pokaźnym brzuchem. Wciąż poniekąd zachował chłopięcy wyraz twarzy; przystrzyżone blond włosy sprawiały wrażenie cienkich i wyglądały, jakby ktoś przykleił mu je do skóry głowy, a nieco pulchne policzki zachowały delikatny odcień różu nawet w starszym wieku. Najbardziej ciekawa jednak, była jego ekspresja. Wuj zawsze uśmiechał się przy nich nerwowo, zupełnie jakby nie czuł się zbyt komfortowo w towarzystwie rodziny swego kuzyna.
– Wchodźcie, wchodźcie! – krzyknął entuzjastycznie, po czym ostrożnie się przesunął, aby mogli rzeczywiście wejść do środka.
Mieszkanie Dursleyów było dokładnie takie same, jak Albus zapamiętał – nudne. Meble ustawiono wokół salonu w tradycyjny sposób, z białą kanapą skierowaną w kierunku telewizora, zupełnie tak samo, jak w innych niemagicznych domostwach. Pomiędzy stał mały stolik do kawy, a po jego dwóch stronach ustawione zostały (zdaniem chłopca, niezbyt wygodnie wyglądające) fotele. Wejście do jadalni znajdowało się naprzeciw salonu, podczas gdy umiejscowiona obok odbiornika telewizyjnego brązowa balustrada prowadziła po schodach na drugie piętro. Na stoliku w rogu pokoju było kilka zdjęć z rodzinnych spotkań, a na ścianie wisiały ramki ze szkolnymi fotografiami dzieci Dursleyów.
Niemalże jak na zawołanie, kuzynostwo zeszło po schodach. Dougie Dursley – pierworodny – był nastolatkiem w tym samym wieku, co Albus. Był zwalisty i przypominał młodszą wersję swojego taty; odziedziczył po nim również twarz dziecka, z tym wyjątkiem, że miał dłuższe włosy – aż do ramion. W przeciwieństwie do wystrojonych Potterów ubrał się niedbale – miał na sobie luźno zwisającą koszulkę w paski i parę wyblakłych jeansów, które wydawały się wymagać dwóch pasków zamiast jednego. Pomimo oczywistego podobieństwa w wyglądzie, Dougie nie mógł przybrać bardziej odmiennego wyrazu niż jego ojciec; wręcz emanował wyższością i zadowoleniem z siebie.
Gdy porywisty nastolatek zbiegł ze schodów, ślizgon powstrzymał się od przewrócenia oczami. Starszy syn Dursleyów nigdy tak naprawdę się nad Albusem nie znęcał na rodzinnych spotkaniach; bez względu na swoją płochliwość nastolatek dawno odkrył, że to praktycznie niemożliwe, aby pomiatał nim ktoś pozbawiony zdolności magicznych, niezależnie od masy i budowy ciała. Niemniej jednak, będąc świadom wyniosłości kuzyna, skrywał podejrzenie, że starszy syn wujostwa zachowuje się o niebo lepiej przy swych rodzicach i krewnych, aniżeli w szkole, w towarzystwie kolegów i koleżanek.
Nie chcąc nawiązać kontaktu wzrokowego, Albus spojrzał na szczyt schodów, z których z ostrożnością schodził młodszy chłopiec.
Miles Dursley był znacznie bardziej powściągliwy od swojego brata. Był o rok starszy od Lily i w porównaniu do Dougiego wyglądał po prostu marnie, co sugerował, że mimo iż nie był niedożywiony, większość jedzenia ze stołu nie przypadało mu w udziale i kończyło w innym brzuchu. Także miał blond włosy, lecz fryzurę podobną do ojca. Kiedy schodził w dół, jego paciorkowate niebieskie oczy przesuwały się powoli po krewniakach.
Albus nie miał żadnych problemów z Milesem, którego ogółem uważał za miłą osobę. Dursley zazwyczaj preferował własne towarzystwo, ale kiedy spotykał się z kuzynostwem, zawsze był grzeczny. Chociaż ślizgon rzadko się z nim trzymał podczas nielicznych wizyt, wiedział, że Lily i Miles od małego razem się bawili. I nawet teraz, w drodze na parter, nastolatek jej pomachał. Dziewczyna odwzajemniła przyjazny gest.
– Chłopcy, czy pamiętacie wujka Harry'ego...? Hej!
– Harry nie mógł się zjawić. – Ginny nie wytrzymała napięcia i pospieszyła z wyjaśnieniami. – Ostatnio jest naprawdę bardzo zajęty. Pomyśleliśmy tylko, że wpadniemy na moment się przywitać, trochę porozmawiamy...
– Och – sapnął niegrzecznie wujek, chociaż Albus był pewien, że nie zamierzał bezczelnie przerywać usprawiedliwień mamy; nagle wyglądał na zbitego z tropu i zafrasowanego. – Ale, oczywiście, zostaniecie na obiad?
Rodzeństwo Potterów natychmiast odwróciło się do Ginny, niezdolne do wyrażenia swojego prawdziwego oburzenia, ale wciąż chętne do przekazania niemej wiadomości, wypisanej na zaciętych twarzach.
– Hm...
– Oczywiście, że tak! – kontynuował wesoło wujek. – Norma ma mięso w piekarniku!
– Cóż... Hm, cóż... – Kobieta zaczęła się jąkać, a Albus zrozumiał, że doszło do najgorszego i prawie stanęło mu serce.
– No dalej. Czujcie się jak u siebie! – Dudley był bardzo szczęśliwy. – Jak już mówiłem, chłopcy, czy pamiętacie ciocię Ginny?
W tym momencie nastąpiła seria wymruczanych powitań, które przerwało dopiero przybycie pani domu z kuchni.
Norma Dursley bardziej przypominała swojego młodszego syna aniżeli starszego; była chuda i miała pociągłą, prawie że końską twarz. Włosy w kolorze ciemnego hebanu rozpuściła, aby okalały jej głowę w subtelny sposób. Zawsze uśmiechała się uprzejmie, a jeżeli wciąż była taka, jaką zapamiętał ją Albus, to nieustannie oferowała gościom jedzenie, bez względu na to, czy mieli na nie ochotę, czy też nie.
– Herbatę i kawałek ciasta? – zapytała, gdy tylko weszła, po czym nie czekając na odpowiedź, natychmiast znów zniknęła w kuchni. Była niesamowicie szybka. Wszyscy za nią podążyli, choć Potterowie nieco wolniej niż domownicy.
– Co tu się wyprawia, mamo...? – wypalił Albus.
– Zostaniemy aż do obiadu? – Lily się zdecydowanie mniej powstrzymywała. – Spóźnimy się przez to na spotkanie z tatą...
– Weźcie mnie teraz zabijcie – wymamrotał pod nosem przybity James.
– Natychmiast się uspokójcie! Przestańcie! – cicho skarciła dzieci matka. – Nie przegapimy niczego, co ma związek z waszym ojcem, bo będzie w ministerstwie cały dzień. Bez problemu przeżyjemy jeden posiłek z rodziną – powiedziała, kładąc szczególny nacisk na ostatnie słowo. – Jesteście po prostu niemożliwi. Cała wasza trójka...
– Nie chcę jeść! – James nie zamierzał się tak łatwo poddać. W desperackiej próbie włożył ręce do kieszeni spodni i w ekspresowym tempie wyciągnął z nich wielokolorowe cukierki. – Mam trochę słodyczy ze sklepu...
– Wystarczy! – powiedziała głośniej Ginny i od razu zakryła dłonią usta, żeby powstrzymać się do zrobienia sceny. – Schowaj to.
Po zakończonej sprzeczce udali się za mamą do kuchni, sprawiając wrażenie więźniów, prowadzonych na pewną śmierć. Z melancholijną miną Jaimie wepchnął cukierki z powrotem do kieszeni, podczas gdy Albus zdecydował się wejść pierwszy. Pomieszczenie było wysprzątane na błysk, a na dużym okrągłym stole na gości czekało duże ciasto. Natychmiast usadzono ich na miejscach, a potem rozpoczęły się katusze.
Męka była bolesna. Wujek Dudley długo rozwodził się nad swoimi wyczynami w firmie, w której pracował – Luggers – warsztacie samochodowym. Ślizgon mógł tam tylko siedzieć z rękami podtrzymującymi głowę i obserwować, jak Dougie pożera kawałek ciasta za kawałkiem. Okazjonalnie spoglądał na minutnik piekarnika, który – tak naprawdę – odmierzał czas tortur i cierpienia. James wyglądał, jakby spał z otwartymi oczami, powracając do okrutnej rzeczywistości za każdym razem, kiedy przy stole rozlegał się wymuszony śmiech. Oczy Lily krążyły wokół i można było odnieść wrażenie, że z nudów liczy płytki na ścianach.
Tylko Ginny wydawała się zachwycona przebiegiem rozmowy, lecz Albus wiedział, że zasadniczo ta fasada utrzymywała pozory spokoju i beztroski pomiędzy wszystkimi zgromadzonymi w kuchni. Gdyby nie jej wyraźnie uspokajające pytania i komentarze – które zdawały się pochlebiać całej rodzinie Dursleyów – było pewne, że wspólnie spędzony czas byłby niesamowicie niezręczny.
Ukojenie w niewielkim stopniu przyszło, gdy minutnik piekarnika wskazywał godzinę i dziesięć minut, a ciocia Norma zasugerowała, aby kuzyni oprowadzili młodszych gości po ogrodzie. Ślizgon był rozdarty między dwoma perspektywami: spokojniejszą, lecz nadal przyjacielską pogawędką z wujostwem oraz zaczerpnięciem świeżego powietrza w towarzystwie wyniosłego Dougiego. Nie, żeby jego preferencje były w ogóle brane pod uwagę – wraz z rodzeństwem został niemal natychmiast wyprowadzony z kuchni przez swoją matkę.
Kierunek wyznaczali kuzyni – starszy szedł pierwszy, młodszy jako drugi.
– Ładnie przystrzyżone – stwierdził konwersacyjnie James, kiedy tylko zobaczył wypielęgnowany żywopłot. Jak zwykle był towarzyski, aczkolwiek Albus nie mógł powstrzymać myśli, że nawet i on czuje się nieswojo.
– Moja robota – oznajmił grzecznie Miles.
– No więc, Al. – Tempo Dougiego było irytująco powolne, a głos ostry i lekko wyzywający. – Znalazłeś sobie dziewczynę?
Chłopiec był bardzo zaskoczony tym pytaniem, ale po chwili namysłu doszedł do wniosku, że to całkiem normalne, iż po tak długim czasie braku jakiejkolwiek komunikacji, zaciekawieni krewni wypytali się o życie prywatne.
– Tak – odpowiedział niezobowiązująco.
– Jest taka jak ty? – drążył kuzyn.
– Nie, to dziewczyna – oświadczył, doskonale wiedząc, o co pytał Dougie; zwyczajnie nie chciał za szybko poruszać tematu swoich magicznych umiejętności. Mimo że obaj bracia zawsze byli ciekawi czarodziejskiej natury dalszej rodziny, tylko starszy z nich próbował uzyskać więcej informacji.
– Znaczy – taka jak ty? – Dursley zupełnie nie rozumiem zabiegu, który zastosował Albus. – W sensie, twojego rodzaju?
– Tak, jest człowiekiem – wtrąciła się Lily. – Spotkałyśmy się. Mówię z doświadczenia.
Miles odwrócił się i rzucił kuzynce słaby uśmiech. Kiedy starszy brat na niego spojrzał, na powrót wyglądał normalnie.
– Nie. Nie o to mi chodzi – kontynuował głupio Dougie. – Czy jest czarodziejem?
– Czarownicą. Kobiety to czarownice – poprawił chłopca James, a z tonu jego głosu można było łatwo zignorować, że jest zirytowany samą naturą tej rozmowy.
– Ach – westchnął niezobowiązująco Dursley. – Dmuchawce. – Podczas przechadzki po ogródku co trochę wskazywał im w miarę ładne kwiaty i mówił nazwy. – W każdym razie...
Dougie kontynuował zadawanie idiotycznych pytań. W większości odpowiadała mu Lily, a jej częste żartobliwe wstawki powodowały, że Miles co chwilę chichotał, aby po chwili znów pogrążyć się w ciszy. Albus robił wszystko, co w jego mocy, aby ignorować to, co się wokół niego działo. W międzyczasie zastanawiał się z roztargnieniem, czy Norma Dursley nie pobiła przypadkiem kulinarnego rekordu w kategorii „najwolniej przygotowane danie w piekarniku". Czy ciocia nie mogłaby po prostu zwiększyć ilości wydzielanego przez urządzenie ciepła? To sprawiłoby, że mięso byłoby gotowe w czasie krótszym o połowę, prawda? Gotowanie tak właśnie działało, prawda?
– Hm, Al? Wiesz, że zapisałem się na zapasy juniorów w mojej szkole? – Dougie niespodziewanie się odwrócił, kiedy zakończył mierne rozeznanie w sferze magicznej.
– To fascynujące.
– Chcesz, żebym pokazał ci kilka super ruchów?
Ślizgon miał właśnie udzielić odpowiedzi, ale wtedy zobaczył, że Miles energicznie potrząsa przecząco głową zza pleców swojego brata. Wyglądał na przestraszonego i szybko podwinął rękawy swojej koszuli, wszem wobec pokazując ciemny siniec na ramieniu.
– Eee...
– A mi pokażesz? – zapytał natychmiast James.
Uśmiech Dougiego zbladł i od razu było wiadome dlaczego. Mimo że Dursley bił wszystkich na głowę pod względem masy, Jaimie wciąż był wyższy i silniejszy fizycznie; treningi quidditcha odpowiednio wyrzeźbiły jego ciało i nadały mu lekkoatletycznego kształtu.
– Nie, już nie jestem w nastroju... – zaczął się tłumaczyć młody zapaśnik; ze słowa na słowo stawał się coraz to cichszy.
– No weź, daj spokój. Wypróbuj na mnie chociaż kilka trików – podjudzał sprytnie James i Albus zrozumiał, że brat wyczuł strach kuzyna.
– Nie, w porządku...
– No, dalej. Naprawdę chciałbym, żebyś to zrobił!
– Niee...
Koleżeńskie prowokacje ustały, kiedy wydarzyło się coś doprawdy osobliwego. Otaczająca młodzież cisza została przerwana dźwiękiem muzyki – optymistycznej, prawie patriotycznej oraz niemalże cuchnącej pragnieniem rozgłosu. Wzmocniony głos wypowiadał przytłumione słowa, a Albus, zaintrygowany tym, co – jak przypuszczał – mogło nie odpowiadać spokojnej okolicy, podbiegł do okalającego ogród płotu, a następnie wystawił nad nim głowę, żeby zobaczyć źródło zamieszania.
Czarny samochód przemierzał ulicę w powolnym, żółwim tempie. Do maski auta przymocowano cztery megafony, które popularyzowały recytowane słowa fałszywie entuzjastycznym tonem. Wszystkie szyby były przyciemnione, dzięki czemu kierowca był niewidoczny dla przechodniów. Tym, co jednak najbardziej zaskoczyło chłopca i wprawiło w stan bezgranicznego osłupienia, był przytwierdzony do boku pojazdu jaskrawoczerwony, bijący po oczach napis.
WADDLEWART TWOJEGO GŁOSU!
[Warren Waddlesworth]
Albus mógł tam tylko stać, w zupełnym szoku i niedowierzaniu, z rozdziawioną szeroko buzią, przypominając wyjętą z wody rybę. Rodzeństwo, które po chwili dołączyło do niego przy ogrodzeniu, także było oniemiałe. Zignorował ich towarzystwo i nadstawił uszu, aby usłyszeć, o czym trąbił samochód.
Jesteś zmęczony żmudnym opodatkowaniem? Czy kiedykolwiek czułeś, że rząd nie stawia ciebie ani twojego dobrego samopoczucia na pierwszym miejscu? Musisz wiedzieć, że ktoś jest gotowy stanąć za TOBĄ murem!
Słowa te rozbrzmiewały Albusowi w głowie, prawie sprawiając, że stracił przytomność.
– Normalnie niemożliwe... To jakieś żarty... – wymamrotał, kiedy dołączyli do niego kuzyni. Megafony nie przestawały nadawać nawet na sekundę.
Warren Waddlesworth interesuje się losem zwykłego obywatela; człowieka, który próbuje po prostu przeżyć! Nie jest tutaj, aby pomóc rządowi, czy naprawić to, co nie jest nawet zepsute; jest obecny, aby cię wysłuchać! Warren Waddlesworth potrzebuje TWOJEJ opinii oraz nie chce być tylko organem wspierającym – pragnie stać po twojej stronie!
Albus odwrócił się na pięcie, przepchnął się między stłoczoną wokół młodzieżą i rzucił się przez ogród w kierunku domu. Nie wiedział, czy rodzina postanowiła pobiec za nim, ale nie obchodził go to. Ważniejsze było poinformowanie o tym incydencie matki – musiał komuś o tym powiedzieć.
Kilka sekund później przez tylnie drzwi wpadł do kuchni Dursleyów. Ginny wciąż prowadziła nieszczerą, pozornie interesującą rozmowę z wujkiem Dudleyem, zaś ciocia Norma właśnie otwierała drzwiczki piekarnika.
– Mamo! – sapnął, a rozmowa przy stole natychmiast ucichła.
– Dobrze, że jesteś. Właśnie miałam po ciebie pójść. Idź i zawołaj pozostałych na obiad. – Czarownica skoncentrowała się na synu. – Wygląda cudownie, Normo. – Uśmiechnęła się do gospodyni.
Albus kompletnie zignorował polecenie Ginny.
– Na zewnątrz jeździ samochód, który głosi jakieś herezje na temat Warrena Waddleswortha!
Matka, przybrawszy kamienną twarz, zastygła w bezruchu. Do uszu Albus dotarły odgłosy kroków, które jasno wskazywały, iż rodzina ruszyła jednak za nim i teraz zbliżali się do kuchni. Wtem rozbrzmiał się szczery śmiech wuja.
– Cholerka, słyszałeś o Waddlesworthcie? W sumie mogłem się domyślić, że wasz ojciec czyta też nasze gazety...
– Chwila, że co? – Chłopcu brakowało tchu. – Znasz Wa... Warrena Waddleswortha...?
– Oczywiście, że tak – odpowiedział zgodnie z prawdą wujek i teraz to on wyglądał na zaskoczonego; Ginny zaś nadal była skamieniała. – Przecież walczy o stołek premiera!
Albus przeniósł spojrzenie z wuja na matkę, by potem znów wbić wzrok w mężczyznę. W międzyczasie ciocia Norma zajęła się napełnianiem ustawionych na stole szklanek i wyjmowaniem z szuflady sztućców. Ślizgon wyczuł obecność ludzi stojących za nim, mimo że żaden z młodych się nie odezwał.
– Ma... masz na myśli... pre... premiera...?
– Wielkiej Brytanii, oczywiście. O jaki jeszcze urząd mógłby się ubiegać?
– Ale... Czy... czy w ogóle wiesz, kim on jest? – zdołał wyjąkać.
– Wiem wystarczająco – oświadczył efektywnie wuj. – Prawdziwą popularność zyskał zaledwie kilka miesięcy temu, ale mniej szczegółowe informacje wyciekały do prasy już od jakiegoś czasu. Co prawda, Waddlesworth zabiera się do tego w trochę dziwny sposób – wszystko wskazuje na to, że przy tak dużym poparciu publicznym dopnie swego – ale jeżeli chodzi o mnie, to uważam, że ma dobry pomysł. Ukierunkował się na zwykłego szarego człowieka i to mi się podoba. Poza tym jest obrzydliwie bogaty! – dodał na koniec i zaśmiał się głośno; żona mu zawtórowała.
– Ledwo co o tym wspomina – powiedziała Norma, wykładając talerze. – Fortunę zbił na ropie, prawda, Dud?
– Ro... ropie? – Ślizgon prawie zakrztusił się śliną i spojrzał na matkę, która wciąż miała ten sam wyraz twarzy. – Żartuje...
– Zasiądź do stołu, Albusie. – Ginny nagle wyrwała się z otępienia i posłała mu znaczące spojrzenie, które chłopiec w mig zrozumiał – znaczyło: „porozmawiamy o tym kiedy indziej".
Niecierpliwa natura przeszkadzała mu cały posiłek. Norma Dursley przygotowała przepyszną pieczeń z puree ziemniaczanym, delikatnie polaną sosem i ozdobioną po bokach ziarenkami kukurydzy. Nastolatek był rozproszony i zupełnie nie mógł się skupić na obiedzie, niezależnie od tego, jak nieoczekiwanie był smaczny. Myślami wciąż krążył wokół tego, czego był świadkiem.
Waddlesworth ubiega się o stanowisko mugolskiego premiera! To nie przyniesie nic dobrego! Dlaczego dla wszystkich to nic takiego?
Rzeczywiście, nikt nie zwracał uwagi na jego frustrację – nawet Lily i James szybko wyrzucili z głowy auto z nagłośnieniem na poczet pieczeni, która wydawała się sprawiać im radość.
Tata. Później porozmawiam z tatą. On z pewnością udzieli mi odpowiedzi.
Szybko został rozkojarzony. Miles, który siedział bok swojego brata, przy pomocy widelca wciągnął sobie z półmiska na talerz wyjątkowo duży kawałek soczystej wołowiny. Dougie zareagował nieludzko szybko – sprawnie odbił mięso i wziął łup dla siebie. Miles sprawiał wrażenie mocno zirytowanego takim zachowaniem. Wyglądało jednak na to, iż nikt inny przy stole nie zauważył tego starcia.
– A jak sobie radzi Harry? – zagrzmiał w pewnym momencie wujek. – Od wieków z nim nie rozmawiałem, a przynajmniej nie od roku czy dwóch lat, kiedy ostatnio się widzieliśmy!
– Wszystko z nim dobrze, jest bardzo zajęty – skłamała gładko mama. – Właściwie, jeżeli nie masz nic przeciwko, to chciałabym trochę o nim porozmawiać po obiedzie – dodała konspiracyjnym tonem.
– Dlaczego by nie teraz? – odpowiedział pytaniem tak jowialnie, że opluł resztkami przeżutego jedzenia siedzącą po drugiej stronie stołu Lily. Ciotka Norma poparła męża, potakując mu, lecz Potter potrząsnęła przecząco głową.
– Och, to osobiste. Wolałabym nie poruszać tego tematu w obecności dzieci – oświadczyła szeptem, na co James przewrócił oczami.
– Cóż, rozumiem. – Dudley niedyskretnie puścił Ginny oko. – W takim razie po obiedzie – dodał porozumiewawczo, sprawiając przy tym wrażenie człowieka, który doskonale wie, czego konkretnie będzie dotyczyć rozmowa. Albus był pewien, że przypuszczenia wuja były absolutnie błędne.
Reszta obiadu przebiegła w tym guście. Podczas dyskusji, Ślizgon tupał nogą pod stołem, dając upust swojemu zniecierpliwieniu. W końcu, po czasie, który wydawał się piekielną wiecznością, nieletni – razem z Jamesem – dostali nakaz opuszczenia kuchni, aby dorośli mogli porozmawiać.
Salon, częściowo dzięki przesuwanym drzwiom oddzielającym go od jadalni, zapewniał obu stronom dość dużą dozę prywatności. Podczas gdy przy stole toczyła się przytłumiona konwersacja, Albus natychmiast udał się w róg pokoju dziennego i rozpoczął rozmowę z rodzeństwem. W międzyczasie jego kuzyni podeszli do schodów, które znajdowały się w drugiej części pomieszczenia.
– Jak myślicie, o co mogło chodzić z tym samochodem? – wyszeptał.
– Wydaje mi się, że wujek Dud trafił w dziesiątkę. – James niedbale wzruszył ramionami. – Waddlesworth chce zdobyć więcej niż jedną posadę.
– Nie uważacie, że to dziwne? Opowiem o tym tacie, kiedy się z nim zobaczymy...
– Nie możesz, Albusie! – obruszyła się Lily. – Mama powiedziała, że będziemy musieli się pilnować i ostrożnie dobierać słowa...
– O czym tak szepczecie? – Do uszu rodzeństwa dobiegł ostry, oskarżający głos dochodzący z drugiego rogu pokoju. Dougie Dursley mierzył ich nieufnym wzrokiem.
– Nietakt. – Miles rzucił bratu karcące spojrzenie. – Zapewne rozmawiają tak cicho z konkretnego powodu...
Starszy z kuzynów nie czekał na ciąg dalszy wywodu, tylko niedelikatnie trzepnął młodszego w ucho. Miles wydał z siebie zaledwie dźwięk irytacji, ale posłusznie przestał się odzywać.
– Morda! – Obrzuciwszy chłopca błotem, Dougie z powrotem skoncentrował się na rodzeństwie Potterów.
Albus wpatrywał się w jego twarz z odrazą. Dursley mógł potajemnie znęcać się nad młodszym bratem, ale zdominowanie go na otwartej przestrzeni publicznej niosło za sobą jeszcze jedno ważne dla Milesa przesłanie: że nikt nie będzie się tym przejmował na tyle, aby się wtrącić i stanąć pośrodku.
– Nie twoja sprawa – odpowiedział chłodno James, najwyraźniej starając się zapanować nad sytuacją, co zrobiłby na jego miejscu każdy dorosły. Lily się nie powstrzymywała i wbiła w Dougiego pełen zniesmaczenia wzrok, zupełnie jakby przyglądała się obrzydliwemu karaluchowi.
Mimo to żadne z nich nie czuło, że w ich gestii powinno leżeć interweniowanie w relację mugolskiego kuzynostwa, z wyjątkiem upomnienia starszego za przerwanie rozmowy. Nic konkretnego więc nie zrobiwszy, wznowili konwersację. Dziesięć minut później rozsuwane drzwi otworzyły się na oścież i z kuchni wyszedł wujek Dudley. Jedno spojrzenie na jego szarą, zastygłą twarz powiedziało Albusowi, że mama poinformowała wujostwa o prawdziwym powodzie nieobecności Harry'ego Pottera na rodzinnym obiedzie.
– Miło było was znów wszystkich zobaczyć – oznajmił mężczyzna; jego wargi niekontrolowanie drgały. – Idę... idę teraz pod prysznic. – I bez zbędnych ceregieli, minął młodzież i z nienaturalnie wytrzeszczonymi oczami wszedł po schodach na piętro.
– Dudley! – Ciocia Norma także wyszła z jadalni, idąc w ślady męża. – Dud! – Zatrzymała się na moment, żeby zamienić z krewniakami ostatnie zdanie. – Cudownie było was gościć – powiedziała uprzejmie. – Zna... znacie drogę do wyjścia... – Uśmiechnęła się słabo, po czym zaczęła się wspinać na górę.
Kiedy Ginny wkroczyła do salonu, była cała czerwona.
– Lepiej będzie, jeżeli już sobie pojedziemy. Pożegnajcie się ładnie!
Cała trójka wymamrotała coś niewyraźnie pod nosem, a następnie Potterowie ruszyli w kierunku drzwi.
– Wspaniale było was widzieć, Miles, Dougie! – powiedziała Ginny, kiedy przekroczyła próg. – Proszę, przekażcie swojej mamie moje gorące podziękowania – mięso było przepyszne...
I tak po prostu opuścili dom Dursleyów, szybkim krokiem przechodząc przez podwórko. Albus, wciąż zaskoczony, lecz aprobujący nagłą ewakuację, natychmiast skupił się na rodzicielce.
– Co im powiedziałaś? – zapytał.
– Przekazałam podstawowe informacje – odpowiedziała i energicznie wszystkich wyprzedziła. – Nie wdawałam się w szczegóły. Cóż, dowiedzieli się, że wasz tata jest przetrzymywany w Azkabanie. – Na moment zamilkła i pozwoliła, aby dzieci wydały z siebie pełne zaciekawienia dźwięki. – Ciężko było przez to przebrnąć. – Kierowali się z powrotem na ulicę. – Mogło być znacznie gorzej. Wujek Dudley był przekonany, że w Azkabanie wciąż są dementorzy. Musiałam go uświadomić, że Harry'emu nie grozi taki niebezpieczeństwo.
– Skąd wujek w ogóle wie, czym są dementorzy? – zapytała Lily.
Ginny się zamyśliła.
– To dłuższa historia i nie jestem nawet do końca pewna, czy jestem wdrożona we wszystkie szczegóły...
– Mamo? – Albus lekko zwolnił kroku. – Jaki był w ogóle sens tej podróży? Tego wszystkiego – obiadu i opowieści o tacie? Po co?
– Po prostu wydawało mi się to słuszne, synu – powiedziała krótko, ale nie dał się zwieść. Wtem coś sobie uświadomił: potężną korelację.
– Wiedziałaś, prawda? – Przyspieszył i znalazł się poza zasięgiem słuchu Jamesa i Lily. – O tym, że Waddlesworth ma jakieś plany odnośnie świata mugoli. I właśnie dlatego – cóż, pewnie ty i tato – chcieliście podtrzymać kontakt z niemagicznymi krewnymi. Podczas tej prywatnej rozmowy tuż po obiedzie powiedziałaś Dursleyom o wiele więcej, prawda?
Ginny wydała z siebie przeciągłe westchnienie i potarła czoło, umęczona.
– Niby z jakiego powodu pozwoliliśmy ci się naczytać tylu książek w dzieciństwie? – wymruczała pod nosem. – Owszem, Albusie. Masz całkowitą rację – dodała gwałtownie, na co chłopiec uśmiechnął się triumfalnie. – Dokładniej przedyskutujemy ten temat, kiedy dotrzemy do ministerstwa. Chcę się wydostać stąd jak najszybciej – cała ta wizyta przebiegła o wiele ciężej, niż w ogóle zakładałam. Twoje wujostwo jest bardzo miłe, ale jednocześnie trochę nieuważne.
Ślizgon pokiwał głową, po czym wbił wzrok w ziemię pod stopami. Nieuwaga była zdecydowanie trafną cechą składową charakteru rodziny Dursleyów. Czy rodzice w ogóle zdawali sobie sprawę, co wyprawiało się pod ich własnym dachem? Albus z nagłym wstrząsem sobie uświadomił, że nawet jeżeli potrafili przejrzeć na oczy, to i tak najprawdopodobniej nic by z tym nie zrobili. Tylko ludzie pokroju Harry'ego Pottera rzeczywiście próbowali pomóc światu...
Nastolatek stopniowo zwalniał kroku, aby po chwili zrównać się z Jamesem. Naprzeciwko nich był ten róg, w którym będą się aportować – ot, jedna z wielu, zwyczajna mugolska przecznica.
Musiał działać szybko.
– Jakie masz przy sobie słodycze, Jaimie? – zapytał.
– Dopiero co zjedliśmy obiad, Al – odpowiedział brat. – Bierzesz przykład z naszego drogiego Dougiego?
– Po prostu pokaż mi, co tam masz.
James sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej garść różnokolorowych smakołyków, podczas gdy Lily przyglądała się z zainteresowaniem. Albus przebiegł po nich palcami i nie minęła dłuższa chwila, kiedy wybrał dwa cukierki, których poszukiwał.
– Idealnie – stwierdził, zadowolony.
– Jeden z nich... – zaczął brat, lecz ślizgon go nie słuchał.
– Zaraz wracam! – krzyknął do rodziny, odwrócił się na pięcie i zaczął wracać do domu Dursleyów.
– Musimy się zbierać, Albusie! – Mama była oburzona.
– No, zaraz wrócę! – powtórzył z uporem. – Zapomniałem się pożegnać z Milesem!
– Przecież się...
Chłopiec puścił się biegiem i minutę później stał już przed ogrodzeniem rezydencji wujostwa. Przeszedł przez bramę i podszedł do drzwi, a potem, przekonany, że wujek i ciocia nie będą mieli nic przeciwko oraz że niewiele będzie ich to obchodzić, wszedł bez zaproszenia.
Dougie i Miles siedzieli na kanapie przed telewizorem, który najprawdopodobniej włączyli, kiedy Potterowie ich opuścili. Oboje podskoczyli nerwowo, kiedy usłyszeli niespodziewane otwieranie drzwi.
– To tylko ja – powiedział Albus, zdyszany. – Prawie zapomniałem... – Wyciągnął przed siebie dłoń, pokazując kuzynom dwa różne cukierki. Jeden z nich był średniej wielkości, opakowany w jasny papierek, a drugi tak mały, że sprawiał wrażenie niemalże o połowę mniejszego. – Mój brat pracuje teraz w sklepie i chciałem, żebyście spróbowali słodyczy ich produkcji. Są robione przez czarodziejów, a te akurat, są najlepsze ze wszystkich.
Chłopcy podnieśli się z kanapy i podeszli bliżej. Miles uśmiechał się z wdzięcznością, a Dougie z chciwością. Albus obdarował młodszego z braci pokaźnym, jaskrawym cukierkiem, zaś starszego tym mniej imponującym.
– Dougie, to iskierka*. Nie jest zły. Miles, to gigantojęzyczne toffi – moim zdaniem najlepszy produkt w całym sklepie... – Nie musiał nawet kończyć zdania, bo Dougie natychmiast przystąpił do ataku – wyrwał Milesowi toffi, a w zamian dał mu gorszą kulkę.
– Zawsze się wymieniamy – oświadczył pospiesznie.
Miles posłał bratu pochmurne spojrzenie, co Albus skomentował trudnym do odczytania uśmiechem – spodziewał się czegoś takiego.
– Dobra, będę się zbierał – powiedział. – Miło było się spotkać!
– Pa, Al. Dzięki za poczęstunek – odparł ponuro Miles, choć wyraz jego twarzy zmienił się na zakłopotany, kiedy ślizgon puścił mu oczko. Dougie nawet nie zawracał sobie głowy uprzejmościami; od razu zabrał się za odpakowywanie papierka.
Albus opuścił posiadłość Dursleyów, machając kuzynostwu ręką. Biegnąc uliczką, wyszczerzył się do siebie. Na rogu czekała na niego rodzina.
– Pożegnałeś się ze wszystkimi? – zapytała na wpół sarkastycznie matka.
– Ano – odpowiedział zwięźle. – Możemy się aportować.
* Iskierka (z ang.: sparker) – produkt spożywczy wymyślony na potrzeby opowiadania; nie istnieje w uniwersum Harry'ego Pottera
