4. WYBRANIEC LUDU


Rodzina aportowała się, kiedy znów była w komplecie. Z racji tego, iż James mógł się pochwalić pokaźnym bagażem doświadczeń aportacyjnych podróży do ministerstwa magii, był w stanie zabrać ze sobą brata, podczas gdy Ginny wzięła pod swe skrzydła Lily. Albus był bardzo zaskoczony, kiedy zobaczył, gdzie się znaleźli.

Stali w brudnej alejce, z daleka od jakichkolwiek przechodniów, naprzeciwko podniszczonej budki telefonicznej. Z letniej wycieczki przed drugim rokiem nauki ślizgon przypomniał sobie, że było to tajemne wejście do ministerstwa, choć wtedy kabina znajdowała się zupełnie gdzie indziej i przeniosła ich do wnętrza politycznej instytucji podziemnym pasażem. Z jakiego powodu sterczeli akurat tutaj?

– Nie mogliśmy aportować się od razu do środka? – zapytał natychmiast. – Czy naprawdę będziemy musieli przejechać się tym staro...

– Ta budka jest nieco inna – przerwała mu mama. – To zdecydowanie prostszy środek komunikacji. Zabierze nas bezpośrednio do atrium.

Gdy wszyscy wcisnęli się do kabiny, zrobiło się w niej bardzo ciasno. Ginny od razu podniosła słuchawkę telefonu i wystukała na klawiaturze pięć przycisków. Wtem znikąd rozległ się chłodny, zachrypnięty głos.

Witamy w ministerstwie magii. Proszę podać swoje imię, nazwisko i powód wizyty. Proszę pamiętać, że przed wejściem do atrium odwiedzający mogą zostać przeszukani.

Głos wypowiadał się swobodnie i bez zbędnych przerw, a mimo to Albus i tak był przekonany, że przy okazji ostatnich odwiedzin czarodziejskiej siedziby, w automacie nie było nagranej końcowej sentencji...

– Ginewra Weasley. James Potter. Albus Potter. Lily Potter – zakomunikowała głośno do aparatu mama. – W charakterze gościa, w sprawie odwiedzin Harry'ego Pottera.

Gdy te słowa ujrzały światło dzienne, przez Albusa przeszedł dreszcz. Czekało go spotkanie z tatą – i to bardzo szybko. Czy naprawdę był tutaj? Tuż pod ich stopami?

Szybkie spojrzenie na boki uświadomiło mu, że wymówienie imienia ojca podziałało także na rodzeństwo, które w momencie przybrało czujniejszą postawę. Ginny zachowała spokój i kamienną twarz – najzwyczajniej w świecie odebrała srebrne plakietki, które wysunęły się z otworu normalnie przeznaczonego na zwrot monet oraz podała je każdemu z dzieci. Zanim chłopiec przypiął swoją, dokładniej obejrzał identyfikator.

ALBUS POTTER. ODWIEDZINY WIĘŹNIA

Nachmurzył się i zauważył, że James i Lily także się skrzywili. Mimo to nie miał innego wyjścia i niechętnie przyczepił plakietkę do koszuli. Podczas gdy wszyscy przygotowywali się na nadchodzącą gwałtowną podróż w dół, mama zdecydowała się udzielić opóźnionej odpowiedzi na pytanie sprzed około minuty.

– Co do tego, dlaczego nie możemy się aportować bezpośrednio do ministerstwa – otóż uniemożliwiają to nałożone na budynek zaklęcia, Albusie. Bez rzeczywiście autoryzowanych miejsc, do których można przybyć – a nie ma ich teraz zbyt dużo – to po prostu zbyt trudne. Fiuu stało się główną metodą podróżowania.

Wątek się urwał, ponieważ winda spadła w dół, dzięki czemu wszyscy mogli zobaczyć, w jaki sposób zmienia się otoczenie. Z początku, jak budka się opuszczała, szklana otoczka pokazywała tylko ziemię i kamień. Spadanie skończyło się szybciej, niż ślizgon podejrzewał i nie musieli długo czekać, aby zjawić się w długim, przestronnym i wspaniale zdobionym atrium.

Albus poczuł się zdezorientowany. Z wizyty w ministerstwie magii miał zaledwie mgliste, pozbawione szczegółów wspomnienia, ale był święcie przekonany, że nie tak ono wcześniej wyglądało – a już z całą pewnością nie było wtedy porozwieszanych wszędzie plakatów związanych z WAR.

Wszystko było pokryte propagandą Wybawczego Aliansu Różdżek – otoczyła ich, kiedy tylko wyszli z windy. Składały się na nią między innymi ogromny sztandar rozciągający się między dwoma nieskazitelnymi filarami, na którym widniał napis POPIERAM WARRENA WADDLESWORTHA oraz plakat na ścianie obok czarnego jak smoła kominka, ze srebrnymi renegackimi insygniami w postaci skrzyżowanego miecza z różdżką. Największe jednak ze wszystkiego było zawieszony na ścianie ruchome zdjęcie pełnej zaciekłej determinacji twarzy Waddleswortha. Pod fotografią widniały ciemnozłote słowa WYBRANIEC LUDU.

– Mamo...? Co tu się stało? – zapytał natychmiast James, podczas gdy ludzie, w dość chaotyczny sposób, obojętnie ich mijali. Atrium wypełnione było czarodziejami, ale zgromadzony tłum tak nie mógł przysłonić otynkowanych ścian.

Ginny westchnęła.

– Warren Waddlesworth.

Cała czwórka ruszyła naprzód, a Albus z niepohamowanym obrzydzeniem badał każdy minimetr przeprojektowanych murów.

– Zachowują się tak, jakby dawno już wygrali! – skomentowała głośno Lily.

– W istocie, niedużo brakuje – odpowiedziała uroczystym tonem matka. – Musicie pamiętać, że chociaż podzieleni, ministerstwo stanowią ludzie. Tylko prawdziwe szychy tak naprawdę różnią się od innych. Ludzie zajmujący niższe szczeble – czyli pracujący za biurkiem i zajmujący się kwestiami związanymi z bezpieczeństwem – czasem równie mocno wspierają Wybawczy Alians Różdżek, co ludzie niezwiązani z ministerstwem. Chcą, aby ich rodzinom nic nie zagrażało.

Podeszli do Statuy Braterstwa, wspaniałego dzieła sztuki w samym centrum atrium, która ukazywała kilka różnych gatunków – ludzi i magicznych stworzeń – stojących razem, zjednoczonych. Ślizgon prawie się udławił śliną, kiedy zobaczył najwyższą postać. Twarz czarodzieja została zmieniona, aby wyglądać, niczym rzeźbione dłutem oblicze Waddleswortha.

– Kto to zrobił? – wykrztusił.

– Nie wiadomo – odpowiedziała mama. – Oczywiście, natychmiast się tym zajęto, ale... w pewnym momencie znów twarz została zmieniona. Szkoda było wysiłku.

Dopiero teraz Albus naprawdę poczuł się chory. W żołądku go ściskało, a po twarzy zaczęły spływać strużki potu. Wiedział, że są ważniejsze rzeczy, o które należy się martwić. Gdzieś na zewnątrz urzędował sobie Sebastian Darvy, a tata siedział w więzieniu za przestępstwo, którego nie popełnił. Mimo to dzięki całej tej wiedzy, którą zgromadził odnośnie koncepcji, powstania i ogółem Aliansu, boleśnie uświadomił sobie, jak bardzo sprawy się skomplikowały i pochrzaniły. Warren Waddlesworth kandydował na ministra magii. I zamierzał wygrać.

– Mamo? – sapnął, nagle rozzłoszczony. – Czy teraz powiesz mi, co tak naprawdę wydarzyło się u wujka Dudleya?

– Cóż, powiedziałabym, Albusie. – Ginny przeciągle westchnęła. – Mam jednak dziwne wrażenie, że już to rozgryzłeś.

Chłopiec skinął głową – rzeczywiście, rozwikłał tajemnicę.

– Mamy oko na Waddleswortha, prawda? Nie mamy kontaktu z mugolskim światem, a więc poprosiliśmy wujka Dudleya, aby nam pomógł.

Gdy wznowili krok, mama posłała mu krzywy uśmiech.

– Poza mugolskimi gazetami i im podobnymi, ciężko jest nam się dowiedzieć szczegółów z wydarzeń z niemagicznego świata. Zwłaszcza że Harry jest tam, gdzie jest. Mamy jednak przeczucie – oczywiście, mam tu na myśli ludzi, którzy są mocno zaangażowani w tę sprawę i wszystko, co się wokół dzieje – że jeżeli Warren postanowi zrobić pierwszy krok, będzie to mugolskie słowo. Waddlesworth chce przejąć kontrolę nad wszystkimi, a nie tylko nad jedną wybraną sekcją. Wybadanie propagandy kierowanej do między innymi cioci Normy i wujka Dudleya, to dobry sposób, aby rozgryźć jego ruchy. – Przerwała na moment. – I właśnie dlatego konieczne jest, żebyśmy pozostawali w dobrych kontaktach z mugolskimi krewnymi – stanowią ważny przepływ informacji, potrzebnych do tego, aby wszystko poszło na naszej myśli. Oczywiście, nie ma też żadnego logicznego powodu, aby dystansować się od rodziny.

Albus uśmiechnął się słabo w odpowiedzi. Nagle poczuł się winny za to, co zrobił Dougiemu. Gigantojęzyczne toffi przestają działać po pewnym czasie, prawda...?

Rozmyślania chłopca przerwał zbliżający się czarodziej. Sprawiał wrażenie młodego i trochę wychudzonego; miał na twarzy pełno trądziku, a jego orli nos przypominał dziób. Podszedł wprost do nich, a pierwszą rzeczą, którą zrobił, było skupienie się właśnie na Alu.

– Dzień dobry, panu – parsknął na wstępie.

– Hm... Cześć.

Nieznajomy młodzieniec zaczął grzebać w swoich szatach i po chwili wyciągnął coś, co wyglądem przypominało broszurę w kolorze czerwieni.

– Zastanawiałem się, czy traktuje pan poważnie własne bezpieczeństwo? – Brzmiał bardzo monotonnie. – Wybawczy Alians Różdżek jest organizacją poświęconą...

– Zjeżdżaj! – syknęła Ginny i natychmiast wyrwała rekruterowi ulotkę z ręki. Nawet się nie trudząc wyciągnięciem różdżki, dłonią spaliła pergamin na popiół. Wychudzony czarodziej sapnął, sprawiając wrażenie oburzonego i zniesmaczonego takim zachowaniem, lecz posłusznie się wycofał i udał w innym kierunku.

– Poradziłbym sobie z nim – oświadczył słabo Albus, ale został zignorowany.

– Niczym sępy – stwierdziła mama, gdy zbliżyli się do stanowiska ochrony. – W porządku. Tutaj zbadają nasze różdżki...

Przy okazji pierwszej wizyty w ministerstwie magii ślizgon zupełnie ominął punkt ochronny, ale z perspektywy czasu doszedł do wniosku, że tak wyszło tylko dlatego, że towarzyszył ojcu, który w tamtym momencie był o wiele bardziej szanowany. Teraz jednak był zmuszony przyglądać się, jak rodzicielka przekazuje swoją różdżkę człowiekowi siedzącemu za biurkiem. Facet wyglądał dość znajomo...

– Profesor Puckerd! – wypalił, zanim zdążył się powstrzymać i natychmiast zakrył dłonią usta, kiedy czarodziej na niego spojrzał.

– Och – sapnął miękko były nauczyciel. – Witam waszą trójkę...

Albus nie był w stanie opanować wytrzeszczu i gapił się wyłupiastymi oczami. Urzędnik wyglądał dokładnie tak samo, jak podczas roku szkolnego: nosił okulary z okrągłymi oprawkami, a włosy, chociaż nieco potargane, wciąż miał zaczesane do góry. Jego twarz zdobił jednak zupełnie inny wyraz, niż ten, do którego przyzwyczaił się chłopiec. Zazwyczaj wyglądał i zachowywał się arogancko oraz wysławiał się, jakby był znaczącą personą; teraz z kolei sprawiał wrażenie potulnego i onieśmielonego.

– Dzień dobry – odpowiedzieli chórem James i Lily, równie zdezorientowani zaistniałą sytuacją. Ślizgon nie był w stanie nic wydukać.

– Proszę. – Puckerd skutecznie przekierował nieco uwagi, oddając Ginny różdżkę. Wziął mały skrawek pergaminu i coś na nim naskrobał, ale nie dało się zobaczyć, co konkretnie. – Następny – zakomunikował grzecznie, podczas gdy sprawdzona przechodziła obok stanowiska ochrony.

Albus zrobił krok do przodu, stając twarzą bezpośrednio do Puckerda i wręczył mu różdżkę. Były nauczyciel starannie unikał jego wzroku, choć nadal zachowywał się nad wyraz uprzejmie i subtelnie. Naprawdę ciężko było uwierzyć, że zaledwie kilka miesięcy temu ten mężczyzna był dla chłopca jednym z najmniej lubianych ludzi na świecie; teraz zaś sprawiał wrażenie nieszkodliwego i prawie żałosnego. Wtem zatrząsnął nim fakt, iż ich ostatnia poważniejsza sprzeczka dotyczyła dwóch wyjątkowo odrażających przewidywań, które niestety stały się rzeczywistością. Jedna kwestia dotyczyła Janine Fischer i jej dobrego stanu zdrowia, zaś druga stanowiła gwarancję, iż Harry Potter zostanie wtrącony do Azkabanu.

– Włos hipogryfa? – zapytał neutralnie Puckerd, delikatnie trzymając rączkę różdżki.

Albus zamrugał, zdezorientowany. To stało się tak szybko, że nawet nie zarejestrował, że jego przedłużenie ręki zostało sprawdzone.

– Ee... Tak.

Urzędnik posłał mu słaby uśmiech i oddał różdżkę.

– Miło było pana znów widzieć, panie Potter – powiedział ze szczerością w głosie, której chłopiec nigdy wcześniej u niego nie słyszał.

– Yhym...

Puckerd wezwał do siebie Lily, więc ślizgon musiał minąć jego kontuar i dołączyć do mamy stojącej z boku.

– Dlaczego akurat on sprawdza odwiedzającym różdżki? – zapytał natychmiast, zatrwożony. Ginny westchnęła.

– Bo jego poprzednie stanowisko pracy przestało istnieć, Albusie. Wendell Puckerd nie odpowiadał bezpośrednio przed Szefem Biura Aurorów, a tylko przed Janine Fischer. W rzeczywistości po śmierci szefowej został zdegradowany i – prawdę powiedziawszy – powinien być szczęśliwy, że znalazł się tam, gdzie jest.

– A dlaczego zachowywał się tak miło? – Nastolatek drążył temat, nawet kiedy podeszła do nich Lilka. Biorąc pod uwagę całokształt rozumowania byłego mistrza eliksirów, to nie czy nie powinien on przypadkiem nienawidzić każdego o nazwisku Potter? W końcu był przekonany, że jeden z nich zamordował Fischer...

– Nie wiem – powiedziała zgodnie z prawdą matka. – Może się obawiał, a może po prostu po śmierci przełożonej ucierpiało jego ego. A może jedno i drugie? Lepiej o tym nie dyskutować, Albusie...

Kiedy dołączył do nich James, ruszyli w stronę złotych platform, które – jak wiedział ślizgon – służyły czarodziejom w charakterze wind. Podczas marszu chłopiec pozwolił sobie błądzić myślami. Od początku był świadomy faktu, iż Puckerd nie wróci do szkoły w następnym roku, ale widząc go na służbie w zupełnie innej pracy, zaczął się zastanawiać, kim będzie nowy nauczyciel eliksirów. Idąc tym tropem, uświadomił sobie, że zeszłoroczni Współszefowie Biura Aurorów także nie pełnili swoich funkcji.

– Kto szefuje teraz aurorom, mamo? – zapytał nagle.

– Skąd to pytanie? – Ginny rzuciła synowi niedowierzające spojrzenie.

– Czysta ciekawość – odpowiedział.

– Jakiś Riley Baker, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo zrobiono z niego po prostu kozła ofiarnego. Odkąd ministerstwo zostało przejęte przez Wybawczy Alians Różdżek, stanowisko Szefa Biura Aurorów ma służyć tylko i wyłącznie do przekonywania ludzi, że wszyscy nadal walczą z Darvym. To teraz posada na pokaz jak zresztą cała reszta.

Albusowi aż szczęka opadła ze zdziwienia – mama nigdy wcześniej nie mówiła tak otwarcie. Wtem zrozumiał, że w sumie to nie powinien być tym aż tak zaskoczony. Biorąc pod uwagę obecny stan rzeczy, Ginny miała kilka dobrych powodów, aby nienawidzić ministerstwa magii.

Zbliżyli się do złotej windy, która natychmiast się dla nich otworzyła. Gdy weszli do środka, okazało się, że byli jedyni, nie licząc pojedynczego papierowego samolociku, który i tak szybko się oddalił, gdyż najwyraźniej był wiadomością przeznaczoną dla kogoś w atrium. Drzwi się zasunęły, a chłodny, automatyczny głos skomentował ich posunięcie.

Poziom dziewiąty. Departament Tajemnic.

Z windy wyszli niemalże tak szybko, jak do niej wsiedli, a gdy znaleźli się na korytarzu, Albusa ogarnęło złe przeczucie. Departament Tajemnic. To tutaj, poza Hogwartem, miała miejsce jego pierwsza konfrontacja z Darvym i Aresem. Wciąż miał w pamięci żywe wspomnienie tego, jak były szkolny, szalony opiekun związał go i wyśmiewał. Wtedy to po raz pierwszy posmakował tej niewytłumaczalnej złotej mocy – czegoś, czego nie rozumiał do dnia dzisiejszego...

Zamiast przejść przez drzwi, do których byli odwróceni, zrobili ostry skręt w lewo i zaczęli maszerować korytarzem przypominającym oświetlony pochodniami loch. Hol sprawiał wrażenie bardzo ponurego, ale Albus szedł tak szybkim krokiem, że nie miał wystarczająco dużo czasu, aby dokładniej wybadać, co mija. Mama poprowadziła ich do podniszczonych drzwi, a następnie innym korytarzem aż do kolejnych, kończących przechadzkę wrót – one także nie były w najlepszym stanie. Kobieta otworzyła je powoli i chłopiec aż cicho westchnął z ulgi – widok nie był tak okropny, jak się spodziewał.

Poczekalnia była olśniewająco biała i połyskująca, wypełniona wygodnie wyglądającymi krzesłami. Za recepcyjnym biurkiem siedziała młoda kobieta z uśmiechem na twarzy. Za nią znajdowały się następne, tym razem budzące niepokój, drzwi.

– Dzień dobry – przywitała się urzędniczka, a Albus zwrócił uwagę na jej duże oczy i dołeczki w policzkach; brązowe włosy związane miała w kucyka. – Państwo w sprawie...?

– Harry'ego Pottera – dokończyła Ginny.

Recepcjonistka uśmiechnęła się grzecznie.

– Proszę wybaczyć – powiedziała słodko. – Będą musieli państwo poczekać kilka minut. Przygotowania do odwiedzin wciąż trwają.

Rodzina odetchnęła, a napięcie, które wcześniej opanowało Albusa, natychmiast wyparowało, zastąpione komfortową myślą, że będzie musiał chwilę poczekać. Usiadł na jednym z krzeseł i zastanowił się, co kobieta rozumiała poprzez „przygotowania".

Czy tata była za tymi drzwiami? Wtem chłopca znów zaczęły zżerać nerwy. Czy ojciec będzie zakuty w kajdankach? Albo związany magicznymi więzami? Ta część ministerstwa wyglądała na schludną i zadbaną... oraz najprawdopodobniej była o niebo lepsza niż cela, w której zazwyczaj przebywali więźniowie. Czy tata będzie wyglądać tak samo, jak go zapamiętał?

James i Lily także zajęli miejsca, ale Ginny nie zamierzała spocząć – stała z zaciśniętymi mocno ustami. Pomiędzy co poniektórymi krzesłami stały małe kawowe stoliki, na których porozrzucane były czarodziejskie magazyny. Chłopcy w tym samym czasie rzucili się do czasopisma o quidditchu, ale to Jaimie złapał go pierwszy, a następnie rozłożył się wygodniej na siedzeniu i uśmiechnął się triumfalnie.

– Sukces – zakomunikował, niespiesznie otwierając kolorowe pisemko.

Zamiast tego Albus zdecydował się na „Transmutację Współczesną*". Przeglądał ją przez krótki moment, a potem odrzucił. Mimo że był zadowolony ze swojego wyniku z SUMów, nadal go to nie kręciło. Lily z kolei zabijała czas zabawą włosami. Mama nie ruszyła się nawet o minimetr i sztyletowała wzrokiem panią recepcjonistkę, która zdawała się nie zauważać nieuzasadnionego antagonizmu.

Po pięciu minutach oczekiwania drzwi, przez które weszli, się otworzyły. Albus odwrócił się, szczerze zaskoczony, kto mógł tu także gościć i doznał szoku, który znacznie przewyższał ten, kiedy zobaczył przy stanowisku ochrony Wendella Puckerda.

Nowo przybyły mężczyzna miał szorstkie rysy, a siwa broda sprawiała wrażenie przedłużenia twarzy i wyglądała, jakby ktoś sprószył ją śniegiem. Odziany był w ministerialną szatę, ale chłopiec widział go wcześniej w zupełnie innym mundurze – a dokładniej: ubranego na czarno, z insygniami Wybawczego Aliansu Różdżek.

Kiedy ojciec Donovana Hornsbrooka przechodził obok, ślizgon toczył wewnętrzny bój o zachowanie mniej więcej stonowanej miny.

– Dobry, Lola – powiedział renegat, zbliżywszy się do biurka recepcjonistki.

Albus pozwolił sobie na odrobinę swobody i wbił wzrok w tył głowy Hornsbrooka. To było naprawdę zdumiewające, że ten człowiek – jak gdyby nigdy nic, bez najmniejszego problemu – mógł ich, ot tak sobie, minąć, podczas gdy zaledwie dwa lata temu gorąco pragnął śmierci szkolnego kolegi swojego syna. Mężczyzna spokojnym krokiem przemierzył całą komnatę, w ogóle nie przejmując się obecnością pozostałych ludzi.

– Jak mogę ci dzisiaj pomóc, Hank? – zapytała wesoło urzędniczka.

Hornsbrook pochylił się nad jej biurkiem.

– Będę potrzebował tych dokumentów, o które prosiłem ostatnio przez notkę – wyszeptał przyciszonym głosem.

– Przykro mi, Hank. – Lola zmarszczyła brwi, wyraźnie zdekoncentrowana. – Nie przeczytałeś mojej odpowiedzi? Nie mam dostępu do tych danych. Kwestie bezpieczeństwa poszczególnych departamentów można rozwiązać tylko w ich sekcjach.

– Skierował mnie tutaj Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów – oświadczył lodowato renegat. – Nalegali, abym ci to przekazał na wypadek, gdyby coś się wydarzyło.

Chociaż Albus nie mógł dokładnie zobaczyć tego, co było właśnie przekazywane, był w stu procentach pewien, że było to coś więcej, aniżeli kawałek pergaminu. Dodatkowo, po pomieszczeniu rozszedł się cichy, delikatny brzdęk.

Lola odchrząknęła.

– Naprawdę nie powinnam...

– Muszę cię także poinformować, że pan Waddlesworth...

Hornsbrook tak ściszył głos, że nie dało się rozpoznać poszczególnych słów i zrozumieć sensu jego wypowiedzi, ale cokolwiek nie powiedział, osiągnął sukces. Niespodziewanie zdeterminowana Lola otworzyła szufladę, która przy pomocy magii wysunęła się do przodu i wyjęła z niej oficjalnie wyglądający plik dokumentów. W następnej sekundzie podała je petentowi.

– Doceniamy twoje wsparcie – oświadczył krótko Hornsbrook i skinął głową, po czym się odsunął. Zanim jednak całkowicie opuścił recepcję, odwrócił się lekko i powiódł roztargnionym wzrokiem po wszystkich w niej zgromadzonych. Koniec końców wyszedł bez słowa.

Lola sprawiała wrażenie weselszej niż przedtem. Po minucie lub dwóch wstała ze swojego krzesła.

– Pójdę sprawdzić, jak się tam sprawy mają – zakomunikowała i wyszła drzwiami za stanowiskiem.

– Znam tego faceta – powiedział natychmiast Albus. – Jego syn uczy się z nami w Hogwarcie.

– Tak właśnie myślałam, że wygląda znajomo – stwierdziła Lily. – To tata Donny'ego, prawda?

– Też go poznałem – dodał nonszalancko James. – Nie wiedziałem tylko, że pracuje dla Ministerstwa Magii...

– Nie pracuje – odparł szorstko ślizgon. – Jestem renegatem i wysoko postawionym członkiem Wybawczego Aliansu Różdżek.

W recepcji zapadła cisza. Kiedy Ginny w końcu zabrała głos, brzmiała dość ponuro.

– Teraz wielu członków Aliansu tu pracuje. Waddlesworth kandyduje na ministra, a więc trzyma swoich ludzi w pobliżu. Co więcej, łatwo się zaaklimatyzowali, bo spora część pracowników ministerstwa potajemnie od dawna ich popierała. I znów... naprawdę lepiej o tym teraz nie dyskutować.

Albus westchnął i spróbował nie skupiać się tak na przygnębiających myślach, które wcześniej go nawiedzały. Zanim się jednak pozbierał do kupy, wróciła Lola.

– W porządku – powiedziała, zostawiając za sobą uchylone drzwi. – Uzyskaliście pozwolenie na odwiedziny.

Chłopiec miał wrażenie, że zaraz wybuchnie. Kotłowało się w nim multum najróżniejszych emocji. W końcu...

Rodzina razem ruszyła naprzód, a Albus znalazł się na końcu kolejki. Dyskretnie otarł spoconą dłoń o koszulę.

– Proszę wybaczyć, pojedynczo – zakomunikowała spokojnie Lola.

– Co takiego? – zapytali jednocześnie.

– Pojedynczo – powtórzyła powoli i wyraźnie, tak jakby rzeczywiście nie zrozumieli wypowiedzianej wcześniej sentencji.

– Dlaczego? – Lily zmarszczyła brwi.

– Ten warunek nie został wcześniej uzgodniony... – zaczęła wywód Ginny, lecz nie dane było jej dokończyć.

– Względy bezpieczeństwa. – Lola uśmiechnęła się przepraszająco. – Przy wejściu zostaną także skonfiskowane wasze różdżki. Oczywiście, zaraz po odwiedzinach otrzymacie je z powrotem! – dodała szybko, chcąc uspokoić zdenerwowaną rodzinę.

Potterowie odwrócili się do siebie.

– Wchodzę jako pierwszy... – James nie zamierzał ustąpić.

– Nie, bo ja! – Lily podskoczyła w miejscu. – Z was wszystkich najbardziej tęsknię za tatą...

– Wystarczy, cała wasza trójka ma zamilknąć – nakazała mama, choć Albus nie odezwał się nawet słowem. – Idę pierwsza. Chcę tylko... tylko go zobaczyć – dodała i nie rozwodziła się nad tym dalej.

– Pozostałą trójkę w czasie oczekiwania zapraszam do ponownego zapoznania się naszym różnorodnym spektrum dostępnych czasopism – powiedziała recepcjonistka. – Na każdego przyjdzie kolej.

Młodzież wbiła w Lolę wzrok, a Albus wiedział, że wszyscy są zmęczeni. Kobieta schyliła się, aby porozmawiać z Lily.

– Nie chciałabyś może kolorowanki?

– Mam czternaście lat. – Gryfonka natychmiast obnażyła zęby, upodobniając się tym samym do dzikiego zwierzęcia. – To znaczy, że nie! – dodała, kiedy uświadomiła sobie, że Lola najprawdopodobniej nie zrozumiała jej odpowiedzi.

– Mam po prostu wejść do środka? – zapytała Ginny rozproszoną urzędniczkę.

– Tak. – Kobieta się wyprostowała. – Prosto przez te drzwi. – Wskazała je dłonią.

Albus w milczeniu obserwował, jak matka bez słowa przekracza próg. Lola od razu zamknęła za nią drzwi, a następnie stanęła do nich plecami z rękami opuszczonymi wzdłuż tułowia, zachowując się przy tym jak jakiś anielski pracownik ochrony. W międzyczasie młodzież znów zajęła miejsce na krzesłach, ale nikt nie sięgnął po magazyny.

Ślizgon żałował, że nie wiedział, ile czasu zdążyło upłynąć, ale nie miał przy sobie zegarka, a w poczekalni ściany były gołe. Mógł tylko siedzieć zgarbiony i zastanawiać się, co wyprawia się w komnacie obok. O czym dyskutowali rodzice? Oczywiście, najsprawniej poruszali ważne kwestie dotyczące sytuacji w świecie zewnętrznym, ale czy w rozmowę wplątał się także osobisty akcent? Czy mama zwierzyła się tacie ze wszystkich trudności, przez które musiała przechodzić, od czasu jego osadzenia w więzieniu? W jaki sposób spojrzy na niego ojciec, kiedy pozna prawdę? Czy w końcu zacznie rozumieć, ile kosztował go i całą rodzinę własny syn?

Po jakichś około dwudziestu minutach drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem. Ginny wróciła ze stoickim wyrazem twarzy, choć jej oczy były trochę zamglone. Lola zawołała następną osobę, a James natychmiast wstał, lecz został powstrzymany.

– Nie – powiedziała prosto mama. – Teraz Albus.

Ślizgon zagapił się, podczas gdy rodzeństwo wydawało z siebie niezadowolone odgłosy. Nagle poczuł się nieszczęśliwy. Dlaczego był następny? Czy to pomysł mamy, czy może inicjatywa taty...? Dlaczego to było takie ważne, aby on był kolejny?

– No dalej, Albusie – zachęciła syna Ginny ze słyszalnym ciepłem w głosie, choć na jej twarzy odbijało się pewnego rodzaju napięcie.

Nastolatek wstał i ostrożnie ruszył do przodu, a mama posłusznie usunęła mu się z drogi. Kiedy dotarł do biurka recepcjonistki, odwrócił się i przyjrzał rodzinie. Wszyscy się na niego gapili.

Wziąwszy głęboki oddech, przeszedł przez drzwi.


* „Transmutacja Współczesna" (z ang.: „Transfiguration Today") – czarodziejskie czasopismo znane również jako „Nowoczesna Transmutacja". Podczas swoich uczniowskich lat w Hogwarcie w latach 90. XIX w., Albus Dumbledore napisał kilka artykułów do magazynu, co najmniej jeden z nich zajmował się transformacjami międzygatunkowymi. Bathilda Bagshot była pod wrażeniem jego pracy, co doprowadziło do nawiązania znajomości