5. WIĘZIEŃ


Albus odwrócił się raz jeszcze, ale drzwi były już zamknięte. Kiedy spojrzał przed siebie, uświadomił sobie, że nie wszedł do żadnego pokoju, a stał na korytarzu.

Hol także charakteryzował się wszechobecną bielą, zaś podłogę zdobiły nieskazitelne płytki. Był wąski, ale nie na tyle, by czuć się tu klaustrofobicznie. Na samym końcu były kolejne drzwi, tym razem w kolorze mocno wypolerowanego dębu. Stał przed nimi nieruchomy niczym posąg mężczyzna w czarnej szacie, z kwadratową szczęką i krótko przystrzyżonymi włosami.

Chłopiec ostrożnie się do niego zbliżył, ale jego obecność została zauważona, dopiero kiedy praktycznie znalazł się przed nim.

– Proszę stać spokojnie – powiedział raźnym głosem strażnik, po czym bez słowa wyjaśnienia wyciągnął z kieszeni różdżkę i wycelował prosto w niego.

– Cze... czekaj!

Albus poczuł dziwny ruch wokół siebie, który sprawił, że włoski na karku stanęły mu dęba. Ten powierzchowny test okazał się niewystarczający, ponieważ w następnej chwili czarodziej wygrzebał z szat długi i ciemny patyk, zbyt cienki, aby mogła być to druga różdżka. Zrobił krok do przodu i zaczął szturchać chłopca tym dziwacznym urządzeniem.

– Ostrożnie! – Albus odskoczył.

– To tylko czujnik tajności* – oświadczył dosadnie strażnik. – Standardowa procedura. W porządku, ręce do góry.

– Co? – zapytał ślizgon, lecz automatycznie wykonał polecenie i pozwolił, aby mężczyzna zwyczajnie go przeszukał.

– Niech pan wyjmie różdżkę.

– Ja...

– Zostanie zwrócona po wizycie. Zapewniam, że będzie bezpieczna.

Albus westchnął ze świadomością, że bez względu na skargi i żale, nic nie osiągnie. Ze smutkiem wyjął swoją różdżkę i oddał ją ministerialnemu urzędnikowi dziś po raz drugi – tym razem najprawdopodobniej nie wróci do niego przez dłuższy czas.

– Informuję, że ze względów bezpieczeństwa, wizyta będzie monitorowana – oświadczył strażnik, chowając różdżkę do kieszeni szaty. – Nie wolno dotykać więźnia...

– Nie będę mógł przytulić się do taty?!

– ...oraz będzie pan miał maksymalnie dwadzieścia minut. Przyjdę poinformować, kiedy skończy się wyznaczony czas i wtedy też zwrócę pańską różdżkę.

Albus stał w miejscu, wściekły i bardziej niż chętny do oddalenia się od tego okropnego człowieka. Kiedy nie wyraził innych pretensji, strażnik odsunął się na bok i umożliwił mu przejście przez strzeżone drzwi.

– Przyjemnych odwiedzin – dodał czarodziej, nawet na niego nie patrząc.

– Baran... – wymamrotał pod nosem ślizgon, po czym nacisnął klamkę i szybko wpadł do następnej komnaty; drzwi zamknęły się za nim cicho.

Znajdował się w przyciemnionym i nieumeblowanym pokoju, dość dużym w porównaniu do recepcji, w której urzędowała Lola. Kilka świec przy pomocy magii wisiało w górze na środku, słabo oświetlając jeden konkretny fragment pomieszczenia – kwadratowy biały stół, przy którym siedziała tylko jedna osoba.

Harry Potter.

Tata wyglądał... źle; nie okropnie, nie odrażająco, nie sprawiał wrażenia osoby zdrowej czy zadbanej – wyglądał po prostu źle. Miał brudną buzię i zapadnięte oczy, co wskazywało na brak wystarczającej ilości snu, co było dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że w celi zapewne cierpiał na nadmiar wolnego czasu. Najbardziej jednak zauważalną zmianą w wyglądzie zewnętrznym było owłosienie twarzy. Podczas uwięzienia tata wyhodował sobie pełną brodę i wąsy, równie kruczoczarne co włosy na głowie, które także były o kilka centymetrów dłuższe. Broda wydawała się bardzo zaniedbana i niechlujna, chociaż nie sięgała końca odstającego podbródka.

Mimo to Albus wyraźnie widział w tym mężczyźnie Harry'ego Pottera. Zielone, przenikliwe oczy w kształcie migdałów spoglądały wprost na niego poprzez zadziwiająco czyste szkła okularów – można było wysnuć przypuszczenie, że ktoś litościwie je wyczyścił, aby więzień mógł cokolwiek zobaczyć. W wyglądzie taty nie zmieniła się w sumie tylko jedna rzecz: blizna w kształcie błyskawicy nie przesunęła się ani o minimetr, choć twarz, którą zdobiła, była wychudzona. Chłopiec był pewien jeszcze czegoś: gdyby ojciec wstał, imponującą dotąd sylwetkę podtrzymywałyby kościste, nienaturalnie odstające kolana.

Szaty, w które odziany był Harry, były szare i ziemiste – w odcieniu brudnego kamienia.

Albus ruszył do przodu szybciej, niż się spodziewał i niemal natychmiast zdał sobie sprawę, że w pokoju ustawiono jeszcze jeden mebel: małe srebrne krzesełko, na którym mógł usiąść. Nie zwlekając, zajął miejsce.

– Tato! – sapnął, a mężczyzna uśmiechnął się do niego.

– Mój Albusie – wykrztusił. – Jak się masz? – Głos miał chrapliwy i nie było żadną niespodzianką, iż nie było w nim słychać uspokajającej bądź mądrej nuty – brzmiał, jakby miał usta pełną suchego chroboczącego żwiru.

– Ja...? Ze mną... ze mną w porządku...

Harry odetchnął z widoczną ulgą. Przez chwilę ślizgon był pewien, że złapie się za serce, ale potem uświadomił sobie, że tata jednak był związany magicznymi łańcuchami, niewątpliwie dodatkowo wzmocnionymi – złożone na stole dłonie były skute.

– Dobrze, bardzo dobrze. Wspaniale to słyszeć... Tak się martwiłem...

– Ty? Ty się martwiłeś...?

– Jak się miewa mama? – drążył Harry. – James? Lily?

– Też w porządku. A nie rozmawiałeś przed momentem z mamą...?

Ojciec zakaszlał, a potem podniósł do góry związane ręce i odpędził nimi to pytanie.

– Znasz swoją matkę. Złego słówka by nie pisnęła. Chcę usłyszeć prawdy od ciebie. Czy w domu wszystko w porządku?

Albus nie był do końca pewien, o co tacie dokładniej chodzi. Oczywiście, pieniądze nie stanowiły żadnego problemu – był pewien, że rodzinna skrytka w Gringottcie wypełniona jest po brzegi złotem, które wystarczyłoby na spokojnie dla kilku pokoleń. Może odnosił się do ogólnego nastroju całej familii?

– Jakoś... jako się dogadujemy, tylko każdy odczuwa pustkę.

Prawdziwsze słowa nigdy nie zostały wypowiedziane, chociaż nastolatek wiedział, że i tak się powstrzymuje. „Pustka" była ogromnym niedopowiedzeniem. Życie bez ojca wydawało się niezwykle dziwne, wszystko było takie nie na miejscu, a pozbawione jego obecności pokoje sprawiały wrażenie zwyczajnie opuszczonych. Pomimo iż było lato, Albusowi w różnych momentach robiło się nienaturalnie chłodno – nie zauważył tego, dopóki o tym nie pomyślał.

Tata skinął głową, przybierając skruszoną postawę.

– Cóż, cieszę się, że jesteście silni. Martwiłem się, że czekać was będzie wiele ciężkich chwil.

– Z jakiego powodu ktoś miałby mi utrudniać życie? – zapytał cicho chłopiec.

– Z tego samego, dla którego niewątpliwie sam się katujesz – odpowiedział treściwie Harry, na co Albus zwiesił głowę. Ojciec nie zszedł ze swojego tonu. – Uważam, że to naprawdę całkowicie nieuzasadnione. Co przynosi miotanie się, jeżeli nie tylko stratę czasu? Pewne wydarzenia mają miejsce, a następne po nich są determinowanie nie tylko przez swoich poprzedników, ale także przez wybory podejmowane przez zaangażowane osoby. Nie warto się przejmować rzeczami typu „co by było gdyby". Najważniejsze jest to, abyśmy patrzyli w przyszłość. – Uśmiechnął się słabo. – A teraz chciałbym cię o coś zapytać.

Albus przygotował się na najgorsze.

– Jak minęły ci urodziny?

– Że co? Co takiego?

– Myślałeś, że mogłem zapomnieć? – Tata brzmiał na rzeczywiście zainteresowanego odpowiedzią syna.

– Nie! – Chłopiec pospieszył z wyjaśnieniami. – Po prostu... było okej – dokończył kulawo. – Mama podarowała mi kilka książek i takich tam pierdół.

– Dobrze. A jedliście torta?

Albus przez chwilę patrzył na ojca tępym wzrokiem.

– Tak.

– O jakim smaku?

– Ee... czekoladowym – odpowiedział miękko.

– Wspaniale. – Tata uśmiechnął się krzywo.

W komnacie zapanowała krótka niezręczna cisza, podczas której Albus starał się odwrócić od Harry'ego wzrok. Przez jedną chwilę miał ochotę się go głupio zapytać, w jaki sposób on spędził urodziny.

– Mama powiedziała mi, że otrzymałeś wyniki SUMów. – Ojciec szybko wznowił rozmowę, skutecznie odcinając ślizgona od niedorzecznych rozważań.

– Tak – odpowiedział słabo. – Zdałem osiem.

Tata uśmiechnął się szeroko. Biorąc pod uwagę jego ogólne udręczenie, nadal wyglądał na odrobinę oszołomionego.

– Cudownie. – Wręcz promieniał szczęściem. – To więcej, niż mi się udało. Jestem z ciebie bardzo, ale to bardzo dumny, Albusie.

Nastolatek popatrzył na rozmówcę nieprzytomnie; był otumaniony. Czy ojciec był poważny? Po tym wszystkim, co Al zrobił... to właśnie miał mu do powiedzenia...?

Nie chcąc tego nawet komentować, zmienił temat. Bez większego namysłu zlustrował mizerny wygląd Harry'ego i zapytał o pierwszą rzecz, jaka mu przyszła do głowy.

– A powiedz mi, tato... Jak cię tam karmią? To znaczy... jakie podają ci jedzenie...?

– Jestem więźniem, więc nie wszystko jest przepyszne, ale dostaję regularne posiłki. – Tata wzruszył ramionami. – Oczywiście, to nic w porównaniu do dań twojej mamy lub babci.

Albus uśmiechnął się słabo, lecz zdradzało go drżenie warg.

– Lepsze niż śniadanie, które kiedyś przygotowałem ci na urodziny? – Nagle przypomniał sobie katastrofę sprzed dziesięciu lat, kiedy to razem z bratem narobili niesamowitego bałaganu tylko po to, aby obudzić ojca na wyjątkowo niejadalne i praktycznie spalone śniadanie.

Mężczyzna zaśmiał się chrapliwie.

– Wszystko jest lepsze od tamtego – oświadczył i Albus też zachichotał. Natychmiast umilkł, kiedy dobiegł go kaszel z innej części pokoju. Wykręcił się na krześle i wbił wzrok w otaczającą ich ciemność, szukając źródła hałasu. W końcu jego oczy wypatrzyły zarysy zaciemnionej postaci, ledwie widocznej z powodu kiepskiego oświetlenia. Kształt wydawał się być stosunkowo szczupłym mężczyzną, ale z drugiej strony też mógł tylko sprawiać takie wrażenie, ponieważ był daleko i po lewej stronie.

Zamilkł i zmrużył podejrzliwie oczy. Wtem przypomniał sobie, że przecież człowiek przed drzwiami ostrzegał, że wizyta będzie monitorowana.

Wszystko wskazywało na to, że tata za dobrze znał sposób jego myślenia, bo od razu zabrał głos.

– Nie zwracaj na strażnika uwagi, Albusie – on tylko wykonuje polecenia przełożonego.

– Kto to jest? – zapytał natychmiast chłopiec, wciąż wpatrzony w nieruchomą postać. – I czy nas słyszy?

– Nie – odpowiedział miękko ojciec. – Zdecydował się dać mi trochę prywatności w rozmowach z rodziną, mimo że powinien uważnie słuchać.

– Naprawdę? – Ślizgon był zdumiony.

Harry pochylił się do przodu, żeby coś powiedzieć; jego usta ledwo się ruszały.

– Wierz mi lub nie, Albusie, ale zanim zostałem uznany za mordercę, byłem całkiem lubiany w czarodziejskim świecie. Część młodszego pokolenia wciąż patrzy na mnie przez pryzmat osiągnięć, a nie hańb. Mówiąc prościej: wciąż mam sojuszników, nawet w Azkabanie. Zanim mnie uwięziono, upewniłem się także, że moja różdżka pozostanie nietknięta – leży teraz w najbezpieczniejszym miejscu, jakie przychodzi mi do głowy.

– W skrytce w Gringottcie?

– U cioci Hermiony – odpowiedział bez namysłu tata. – Poprosiłem Rona, żeby się tym zajął...

– Ach.

– Oczywiście, to bardzo ważne, aby nikt o tym nie wiedział – kontynuował Harry. – Pan Conway jest jednym z moich więziennych strażników i jako jedyny dba o to, żebym nie umarł w celi z nudów. Gdyby ktokolwiek dowiedział się, że traktuje więźnia z czymkolwiek innym aniżeli obojętnością, zostałby w trybie natychmiastowym zwolniony ze swojego stanowiska. To byłby pech z wielu powodów, z których najważniejszy jest fakt, że naprawdę potrzebuje pieniędzy – jego żona, Judy, jest w ciąży...

Nastolatek powoli pokiwał głową, odczuwając pewną ulgę, że nawet poza ich zaufanym gronem wciąż byli ludzie, którzy gotowi są udzielić wsparcia. Z drugiej strony, jak wielką różnicę robiła jedna osoba? Gdy jego myśli ukierunkowały się na nieciekawą sytuację ojca w Azkabanie, coś zaskoczyło mu w głowie...

– Tato? – spytał nagle. – Jak...? To znaczy... Kiedy...? Kiedy zamierzasz się stamtąd wydostać?

Mężczyzna odchylił się trochę na krześle.

– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, Albusie. Przypuszczam, że za tyle, ile będzie trzeba.

– Co to znaczy? – Chłopiec był zdezorientowany.

– Opinia publiczna musi wiedzieć, że coś jest na rzeczy, synu. Moje uwięzienie ich łączy i jednocześnie daje do zrozumienia, że czarodziejski rząd nie zawiesił swojej działalności. Nie zapominaj, że Janine Fischer zginęła, rzekomo próbując mnie zdemaskować. W chwili, kiedy zostanę zwolniony z aresztu za cokolwiek innego, niż odsiedzenie kary za moje zbrodnie, ofiara, którą poniosła, stanie się daremna. Na ten moment mój los leży w rękach ministerstwa magii i opinii publicznej.

– Przecież możesz się wydostać – wywarczał Albus przez zaciśnięte zęby. – Gdybyśmy tylko udowodnili twoją niewinność...

– Nie wyrażam na to zgody – oświadczył surowo ojciec i wyprostował się na krześle. Po raz pierwszy od czasu rozpoczęcia tej rozmowy przemawiał przez niego surowy patriarcha, którym – jak ślizgon doskonale wiedział – czasem potrafił być. – Zrobiłem to świadomie, Albusie. Nie spodziewam się przedterminowego zwolnienia z jakiegokolwiek powodu, a jeżeli jest mi pisane pozostanie w celi aż do śmierci, to niech tak będzie.

– A co z twoją rodziną? Czy to, co mówią o tobie inni, jest ważniejsze od...

– Oczywiście, że nie! – warknął w odpowiedzi Harry, a młodzieniec kątem oka zauważył, że czający się w cieniu więzienny strażnik poruszył się niespokojnie. – Naprawdę nie rozumiesz, dlaczego się poświęcam? Pragnę cię chronić, Albusie; ciebie, twoją matkę i twoje rodzeństwo. Moje uwięzienie maskuje twoją eskapadę poza teren Hogwartu, dzięki czemu zapewniam ci bezpieczeństwo w szkolnych murach, a co za tym idzie, podtrzymuję aktywność społeczną i zapewniam wsparcie każdemu, kto staje w opozycji do niebezpieczeństwa, w tym także naszym bliskim. Kiedy któregoś z was stracę, nie będę miał żadnego powodu, aby się stąd wydostać! Musisz to zrozumieć!

Nie było to pytanie, a żądanie. Albus osunął się trochę na krześle, bo – choć dobrze wiedział, że tak czy inaczej, poruszą ten temat – łudził się, że najgorsze go ominie.

– Co tak naprawdę się tam dzieje, tato? Wiesz o wiele więcej niż ktokolwiek z nas, nawet będąc w odosobnieniu. Wojna w końcu nadeszła, prawda?

Mężczyzna z powagą potrząsnął głową.

– Wojna prawie dobiegła końca – oświadczył, a ślizgonowi opadła szczęka. – Nie postrzegaj pojedynczej bitwy jako natury całego starcia. Wojna rozpoczęła się kilka lat temu, kiedy Reginald Ares postanowił przetestować czarodziejski świat, podnosząc na niego rękę. Wierz mi lub nie, Albusie, ale wszystko, co zaplanował Ares, idealnie się ze sobą łączyło – oczywiście, do momentu jego przedwczesnej śmierci z rąk Darvy'ego. Najpierw chciał nastawić ludzi przeciwko ministerstwu magii, a następnie je obalić. Prawie mu się to udało. – Tata westchnął. – Przejmując schedę po bracie, Darvy zaprzepaścił wszystko, nad czym Red tak ciężko pracował: poparcie, rozgłos i Smoczą Różdżkę oraz obrócił sytuację w taki sposób, aby przeprowadzić atak. Sebastian Darvy pragnie uwagi. Magiczny świat poznał go jako niewartego bliższego poznania przybłędę, a dodatkowo szmat czasu spędził w cieniu wybitnie uzdolnionego brata. To, na czym mu zależy najbardziej, to nazwisko zapisane na kartach podręcznika szkolnego. To, że zaatakował kilka pomniejszych wiosek nie oznacza, że wojna dopiero się zaczyna, Albusie. Buntujący się lud, ministerstwo w rękach samozwańczej straży obywatelskiej – oto pierwsze ruchy wojny Reginalda Aresa. Darvy zwyczajnie kontynuuje tę rozgrywkę planuje ją zakończyć.

– Kiedy nie słyszałem jeszcze za dużo wieści poza...

– Wkrótce usłyszysz. – Tata rzucił szybkie i cwane spojrzenie strażnikowi. – Darvy już ma wszystko, czego potrzebuje. Teraz najistotniejsza jest kwestia, jak do tego podejdzie. Zasłona Skazańca stanowi główną zmienną. Ares nigdy się nią tak bardzo nie interesował, bo był pewien swoich mocy, ale Sebastian Darvy jest inny – posiadł bezcenny, potężny magiczny artefakt, a jeżeli dodatkowo użyje go w prawidłowy sposób, może się stać jego najbardziej niszczycielskim narzędziem.

– Skoro jesteśmy w ostatniej fazie wojny, to jak on w ogóle planuje ją zakończyć? – zapytał Albus.

– Nie wiem. Ciężko stwierdzić, biorąc pod uwagę jego nieprzewidywalność – przyznał ojciec. – Mam jednak pewne przypuszczenia. Podobnie jak Ares, Darvy nie będzie chciał w swoich szeregach czarodziejów, którzy okazali się czymś więcej aniżeli płotką dla ministerstwa magii; pragnie, by jego armia składała się wyłącznie z tych obrzydliwych kreatur. Być może słyszałeś o doniesieniach o niebezpiecznych bestiach towarzyszących siluetom. Niestety, te opowieści nie zostały przesadzone. Przy pomocy Zasłony Darvy będzie mógł bardzo szybko pomnożyć ich liczbę, a w związku z tym na ten moment potrzebuje przede wszystkim miejsca, gdzie będzie mógł tworzyć swe siły – czyli czegoś w rodzaju wylęgarni.

– A później...?

– Dojdzie do starcia fizycznego, które oznaczać będzie koniec wojny.

Albus skinął głową. Spodziewał się ponurych wieści, ale z drugiej strony, usłyszenie tak logicznie podsumowanych informacji spotęgowało tylko zrozumienie całości. Co za tym idzie, jednocześnie podsyciło to zainteresowanie chłopca.

– Waddlesworth musi mieć plan – powiedział żywiołowo. – To znaczy... może i jest okropnym typem, ale w końcu coś robi. Powinieneś zobaczyć co się dzieje na zewnątrz, tato. Waddlesworth ubiega się o stanowisko...

– Ministra Magii – dokończył za syna Harry. – A także urząd mugolskiego premiera. Muszę przyznać, że to bardzo sprytne posunięcie ze strony Warrena. Łącząc ze sobą dwie funkcje może dyrygować niemagicznym światem oraz egzekwować prawo w czarodziejskim. Mimo to Waddlesworth jest równie skomplikowaną personą, co Darvy.

Ślizgon skinął głową.

– Nic nie są takie, jakie się wydaje na pierwszy rzut oka, prawda?

– A czy kiedykolwiek tak jest? – Tata ciężko westchnął. – Strategie Warrena są dobre, ale tylko na pergaminie. Jeżeli chodzi o plany, to zbyt opiera się głównie na teoriach i nie ma nawet pełnego zrozumienia sytuacji. Czy wiesz, co zamierza zrobić, Albusie? Czy wiesz, jaki jest jego ostateczny cel?

Nastolatek zmarszczył brwi.

– Nie – odpowiedział szczerze.

– Wspaniale. – Harry pokiwał głową. – To oznacza, że nie upadłeś tak nisko, aby myśleć jak Warren Waddlesworth. Niedługo zostanie Ministrem – tak, Albusie, z całą pewnością wygra te improwizowane wybory – i w pewien sposób scali ze sobą mugoli i czarodziejów; nasze światy także, ponieważ złączy nasze interesy. Rozumiem, że w ciągu kilku godzin zobaczyłeś wiele zmian, w które zaangażowany jest Wybawczy Alians Różdżek?

Ślizgon potaknął.

– To dlatego, że Warren planuje złączyć Alians z Ministerstwem Magii. Chce podwoić ilość siły roboczej oraz znieść bezprawność własnej organizacji przy pomocy naszych zasobów.

Słowa te wstrząsnęły Albusem, że aż przeszył go dreszcz, choć – co dziwne – nie towarzyszyło mu uczucie obrzydzenia. Był gotów obnażyć zęby i warczeć na samą tę myśl, lecz kiedy się nad tym zastanowił – nad złączeniem sił na czas walki – doszedł do wniosku, że biorąc pod uwagę możliwe alternatywy, to wcale nie było takie złe wyjście...

– Nigdy nie byłem biegły w dziedzinie legilimencji, Albusie, ale na podstawie twojego wyrazu twarzy mogę bezpiecznie założyć, że zgadzasz się z Warrenem.

Chłopiec nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, iż odpłynął. Gdy tylko wrócił do rzeczywistości, szybko pokręcił przecząco głową.

– Nie. Cóż, po prostu... To znaczy... Naprawdę... – Zamilkł.

– W porządku. – Głos taty uspokajał. – Tak jak wcześniej wspomniałem, na kartce papieru plany Waddleswortha zazwyczaj są dobre, ale wyraźnie zapominasz, synu, że Warren rozgrywa bardzo niebezpieczną grę: poświęca pionki. W każdej bitwie jest tak zwana frontowa linia, czyli grupa osób, której celem jest przetestowanie opozycji, przejrzenie wroga oraz podchody i szukanie słabości; zadaniem pierwszego szeregu jest umrzeć, ponieważ przeżycie jest niemożliwe. Z tych dwóch frakcji – Wybawczego Aliansu Różdżek i Ministerstwa Magii – które twoim zdaniem Warren jest w stanie poświęcić w pierwszej kolejności?

Albusem owładnęło przerażenie.

– Ministerstwo – odpowiedział słabo, a tata pokiwał ponuro głową.

– Bez cienia wątpliwości Warren najpierw wyśle aurorów – ludzi, którzy prawnie są zobligowani spełniać życzenia Ministra oraz w razie wypadku oddać za niego życie. Na pewno do tego dojdzie. Waddlesworth myli się przede wszystkim w tym, że osiągnie oczekiwany rezultat. Nie dociera do niego, że te stworzenia nie pochodzą z naszego świata, a zatem pokonanie potwornej armii będzie wymagało czegoś więcej niż tylko brutalnej siły. Warren spodziewa się, że jego działania znacząco osłabią Darvy'ego, co pozwoli, aby Wybawczy Alians Różdżek jedynie posprzątał cały bałagan, ale koniec końców okaże się, że bezsensownie posłał ludzi na śmierć.

Harry przez chwilę milczał, a następnie wznowił swój wywód.

– Widziałeś, w jaki sposób Waddlesworth traktuje swoich podwładnych i jak bardzo jest chętny do szybkiego odcięcia się od tych, którym podwinie się noga. Chociaż WAR nie jest tak dobrze wyszkolony co Ministerstwo, to rząd będzie zaledwie przeznaczonym na stracenie wsparciem. Wraz z setkami innych aurorów wujek Ron zostanie wysłany na bitwę bez szans na zwycięstwo, a Warren z dumą ogłosi to pierwszym krokiem w planie wyeliminowania zagrożenia, jakie reprezentuje sobą Diabli Alians. Zanim do niego dotrze, że ten pomysł z góry był skazany na porażkę, Ministerstwo będzie osłabione, a co za tym idzie także bezpieczeństwo obywateli. W międzyczasie Darvy nabędzie już wystarczająco praktyki w dowodzeniu swoją armią i nie będzie się wahał, żeby pójść na całość.

– Ktoś musi go powstrzymać! – Albus podniósł głos, zupełnie nie dbając o to, że zachowuje się głośno. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał, lecz musiał przyznać, że był w tym sens. – Na przykład ty! Gdyby tylko świat się dowiedział, że...

– Nie będę się powtarzał. To wykluczone. – W słowach taty brzmiało ostrzeżenie. – Jak widzisz, balansujemy na ostrzu. Musimy pokonać Darvy'ego – albo przynajmniej pokazać wszystkim, że jest to możliwe – zanim Waddlesworth przejdzie do ataku. Domyślam się, że będzie chciał to zrobić tuż po tym, jak rzeczywiście obejmie władzę, więc należy uświadomić światu, że Diabli Alians będzie wymagał zastosowania zupełnie innej taktyki aniżeli brutalnej siły. Opinia publiczna nie będzie wtedy tak bardzo pochopna, by zawierzyć wszystko w ręce szanowanego przywódcy Wybawczego Aliansu Różdżek.

– Niby w jaki sposób możemy powstrzymać Darvy'ego...?

– Cóż, jestem osadzony w więzieniu, Albusie. – Na poparcie swoich słów Harry uniósł skute ręce na wysokość klatki piersiowej. – Jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być, aby ludzie nie zwracali się przeciwko sobie. Mimo to mam garstkę lojalnych sprzymierzeńców na zewnątrz, którzy próbują zlokalizować Sebastiana Darvy'ego i być może opracowują także plan powstrzymania go, zanim sprawy całkowicie wymkną się spod kontroli. Muszę przyznać, że to niezwykle trudne zadanie. Darvy zawsze jest w ruchu, a najlepszy tropiciel, jakiego znam, jest powodem, dla którego goszczę w Azkabanie – wytłumaczył z ironią w głosie.

– Więc co mam robić do tego czasu? – zapytał z zapałem ślizgon.

Tata zmrużył oczy.

– Zgodnie z zamierzeniami, masz być bezpieczny – odpowiedział surowo. – Hogwart jest teraz czymś więcej niż zwyczajną szkołą, Albusie. To jedno z niewielu miejsc, których Darvy nie będzie w stanie zaatakować. Dopóki nie skompletuje swojej armii, nie ma najmniejszych szans na zdziesiątkowanie miejsca pełnego czarodziejów – zwłaszcza że są w nim nieletni. Hogwart jest także ściśle monitorowany zarówno przez Ministerstwo Magii, jak i Wybawczy Alians Różdżek, nie mówiąc już o samej strukturze ochronnej zamku i nałożonych na niego zaklęciach. Istnieje prawdopodobieństwo, że czary niewiele się zdadzą w starciu z siluetami, ale Zakazany Las nie ustępuje w przebiegach, jeżeli chodzi o niebezpieczne magiczne stworzenia, które będą walczyć o swoje terytorium. Niestety, wygląda na to, że niehumanoidalne rasy trzymają się z daleka od tego konfliktu – w czasie poprzedniej wojny poniosły zbyt duże ofiary.

Albus westchnął, nie potrafiąc nawet pomyśleć o zrelaksowaniu się; był bardzo niespokojny. Przez całe lato rozważał opuszczenie szkoły, a rozmowa z tatą osłabiła chęci i podłamała fundamenty wszelkich pomysłów. Nie tylko zdał sobie sprawę, że odnalezienie Fairharta było zadaniem prawie niemożliwym, ale również jego ojciec nie chciał oczyścić się z zarzutów i wyjść na wolność...

– Nie mogę ci niczego obiecać, Albusie – oświadczył nagle Harry, sprawiając wrażenie wyjątkowo zniechęconego. – Sprawy już wcześniej nie wyglądały za dobrze, ale nigdy nie były tak skomplikowane. Przyszło nam teraz walczyć z dwoma oddzielnymi bytami, obydwoma przeciwstawiającymi się sobie nawzajem i mającymi inne metody wyniszczania społeczeństwa – po prawdzie, jedna frakcja działa tak w sposób niezamierzony, ale jednak.

– Nienawidzę Waddleswortha – podsumował gorzko chłopiec.

– Nienawiść to potężne słowo.

– Byłoby o wiele łatwiej, gdybyśmy nie musieli się nim martwić! Bez jego renegatów nie byłoby tego całego bagna z Fischer i zamieszania ze Srebrnym Czarodziejem; nie wylądowałbyś w więzieniu! – zaprotestował Albus. – A za niedługo podejmie jakąś głupią decyzję, która doprowadzi do śmierci wielu tysięcy ludzi!

– W istocie, wiem. – W głosie ojca słyszalny był smutek. – Niemniej jednak nie możemy zagrać w grę „co by było, gdyby", zwłaszcza tak późno. W pewnym momencie hipotezy zaczynają być szkodliwe dla pragmatyzmu. Musimy sobie radzić z tym, co mamy.

Nastolatek skinął głową, ale ta nić zrozumienia niewiele pomogła w złagodzeniu jego złego nastawienia.

– Po prostu nie mogę uwierzyć, że posunął się tak daleko – stwierdził. – Bardziej mi się podobało, kiedy chciał mnie zamordować – dodał na wpół sarkastycznie. – Gdyby tylko wszyscy się dowiedzieli...

– Nie zrobiłoby to wielkiej różnicy – powiedział tata. – Warren Waddlesworth jest zbyt potężny. Nie tylko jako czarodziej, ale także biznesmen. Wie, w jaki sposób pracować z ludźmi, a jego majątek stanowi dodatkowy środek perswazji. Warren jest bardzo inteligentnym człowiekiem. Ma jednak jedną rażącą wadę: kiedy przychodzi do rzeczywistej walki, popełnia błędy w obliczeniach.

Albus parsknął.

– To tylko pieniądze. Co za niesprawiedliwość... Dlaczego Waddlesworth musiał urodzić się taki bogaty?

– Warren rzeczywiście urodził się pod pomyślną gwiazdą – przyznał subtelnie Harry. – Nie myl jednak zamożności ze szczęściem. Zrozumiesz, jeśli przeanalizujesz jego charakter. Nie zazdrość tym, którzy przyszli na świat w majętnych rodzinach, a współczuj im. Owszem, otrzymali dar dawania, ale nie doświadczyli radości z dzielenia się.

Albus siedział nieruchomo, rozważając różne koncepcje. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, tata znów zabrał głos.

– To okrutne, że czas, który nam dano, spędziliśmy na omawianiu tak ponurych tematów, ale musimy mieć jasność, synu. Dowiedziałeś się już, jaki naprawdę jest świat – i jaki może się wkrótce stać. Wszystko, czego się dziś nauczyłeś, jest tylko dowodem na to, że musisz pozostać...

– W zamku – dokończył słabo Albus. – Czy to znaczy, że znów mam zakaz wyjść do Hogsmeade?

Ojciec w zamyśleniu pogładził skołtunioną brodę.

– Nie jestem do końca pewien, czy wycieczki w tym roku szkolnym w ogóle będą organizowane, ale jeżeli tak, to wolałbym, abyś opuszczał teren zamku tylko w razie potrzeby – to znaczy, jeśli twoja dziewczyna jest niezadowolona i chcesz ją uszczęśliwić. Wydaje mi się, że Darvy nie zaatakuje Hogsmeade, ponieważ będzie ono równie uważnie obserwowane, co szkoła. Uważam, że sam udowodni, iż nie chce toczyć wojny z Hogwartem; ujawni swoje wahanie, a tym samym osłabi swój przerażający dla społeczeństwa wizerunek. Nie możesz jednak włóczyć się w pojedynkę – bądź zawsze w towarzystwie i nie zapominaj zarzucać na siebie peleryny.

Ślizgon skinął głową i zdał sobie sprawę, iż tata go uspokaja – w tym roku nie było nawet najmniejszych szans na wycieczki szkolne. Udzielenie przepustki miało na celu tylko okazanie zaufania, które i tak nie miało racji bytu.

– Przepraszam, Albusie.

Chłopiec nawiązał kontakt wzrokowy z ojcem, po którym odziedziczył szmaragdowe oczy.

– Co? Tato! Nie... To ja prze...

– Strasznie się starałem, synu – wychrypiał Harry. – Pragnąłem dać tobie i twojemu rodzeństwu dzieciństwo, którego nigdy nie miałem. Ciemności nigdy nie da się całkowicie wymazać, a jej mroczna natura sprawia, że doceniamy przebłyski, które rozświetlają nasze życia. Łudziłem się, że dam ci o wiele więcej czasu... ale teraz obawiam się, że wkrótce zobaczysz rzeczy, których widoku chciałem ci oszczędzić.

Albus nie wiedział, czy tata zaczął płakać, czy też nie, bo zanim zdążył się dobrze przyjrzeć jego twarzy, podszedł do nich strażnik – chłopiec prawie podskoczył w miejscu, gdyż nawet nie słyszał kroków.

– Najmocniej przepraszam – powiedział z ostrożnością, a ślizgon wykorzystał czas, aby dokładniej go obejrzeć. Był młodszy, niż się spodziewał, miał odstające uszy i lekko kanciastą głowę. – Minęło dwadzieścia minut. Muszę...

– Dziękuję, Eamonie. – Uśmiechnął się Harry.

– Dam wam jeszcze minutę na pożegnanie się – powiedział Eamon Conway, a następnie odwrócił się na pięcie i odszedł w stronę mroku.

Tata ciężko westchnął i uśmiechnął się krzywo. Nie miał załzawionych oczu ani mokrych policzków, lecz równie dobrze mógł je szybko otrzeć rękawem szaty.

– Obawiam się, że to przez najbliższy czas to nasza ostatnia dłuższa rozmowa – oświadczył.

Nastolatek się z nim zgodził, a następnie przetarł wilgotniejące oczy.

– Yhym – mruknął niepewnie.

– Bądź grzeczny. – Harry zabrał się za instruowanie syna. – Opiekuj się zarówno siostrą, jak i bratem.

Ślizgon ponownie skinął głową, z trudem przełykając gulę w gardle. Powrót do recepcji rozpoczynał zniechęcający okres frustracji. Ile czasu minie, zanim znów zobaczy się z tatą? Czy po wygranej Waddleswortha takie wizyty będą w ogóle możliwe? Z nieprzyjemnym uczuciem tonięcia sam sobie odpowiedział w głowie na te pytania.

– Kocham cię, Albusie – powiedział niespodziewanie ojciec, a chłopiec mógł tylko wbić w niego wzrok. Te słowa nie musiały być w ogóle wypowiadane – mężczyzna zrobił wystarczająco, aby zademonstrować swoje uczucia. Czy sam był równie wylewny? Jak dużo miłości okazał? Jakie słowa mógł zaoferować?

– Też cię kocham, tato – odpowiedział i wtem przypomniał sobie, że ten okropny czarodziej na zewnątrz zabronił mu nawiązywania kontaktu fizycznego z więźniem. Gniewnie przygryzł wargę, ale okazało się to zbyteczne – ojciec najnormalniej w świecie wstał z krzesła i obszedł stół, a następnie zarzucił mu skute ręce na szyję i przytulił mocno do siebie; nie wypowiedział przy tym ani jednego słowa.

Albusa nie obchodziło ani to, że jest przyciskany do brudnych szat ani że chłodne łańcuchy ocierały mu się o skórę. Pozwolił sobie na rozkoszowanie się cichą chwilą, którą przerwał dopiero podchodzący do nich strażnik.

– Przepraszam, panie Potter. Naprawdę powinienem...

– Wszystko w porządku – uspokoił młodzika Harry, unosząc ręce do góry i uwalniając dziecko z improwizowanego uścisku; w międzyczasie ślizgon dostrzegł zasnute łzawą mgłą oczy taty. – Syn właśnie wychodził.

Ojciec skinął nastolatkowi głową, a ten odwzajemnił gest i się cofnął – w rezultacie dorośli stali teraz obok siebie. Harry Potter, mimo widocznego zmęczenia i kiepskiej formy, wciąż był największym czarodziejem, jakiego Albus znał...

– Przyślij do mnie Lily! – zawołał tata, kiedy chłopiec prawie dotarł do drzwi wyjściowych. – Myślę, że James może sobie jeszcze trochę poczekać – dodał z lekkim uśmiechem.


* Czujnik tajności (z ang.: secrecy sensor) – jeden z wykrywaczy czarnej magii; magiczny przedmiot, który służył do wykrywania kłamstw i wszelkich utajnień. Przypominał bardzo pogiętą antenę telewizyjną i cicho buczał, gdy wykrywał kłamstwo