6. PRAWA RĘKA ŚMIERCI
O tym, co powiedział ojciec, Albus rozmyślał przez dalszą część lata, w międzyczasie z uwagą czytając artykuły prasowe w celu potwierdzenia słuszności postawionych w sali odwiedzin tez. Miał na to mnóstwo czasu, ponieważ matka, dowiedziawszy się o psikusie wyrządzonym Dougiemu Dursleyowi, wlepiła mu tygodniowy szlaban. Niestety, skrupulatna analiza, nawet po godzinach spędzonych nad artykułami, nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Twarz Warrena Waddleswortha wciąż zdobiła pierwszą stronę gazet, przez co chłopiec doszedł do wniosku, że jeżeli było coś wiadomo na temat wojennych posunięć Darvy'ego, informacje były starannie tajone.
James i Lily także spędzili z tatą po dwadzieścia minut, lecz ślizgon był pewien, że w rozmowie poruszali znacznie mniej ponure kwestie. Oboje wrócili do recepcji nieco zbici z tropu, ale najprawdopodobniej dlatego, że zaakceptowali dłuższą nieobecność ojca. Wyglądało na to, że z całej ich trójki Albus był jedynym, któremu przekazano wieści o zbliżającym się ataku Darvy'ego i ostatecznym, nikczemnym planie Waddleswortha. Uświadomiwszy to sobie, chłopiec zrozumiał coś jeszcze: ojciec chciał, by zachował czujność.
Nikt jednak nie trąbił o doniesieniach o atakach, tajemniczych zniknięciach ani o czymkolwiek, co można było skojarzyć z podejrzaną aktywnością. Co dziwne, ślizgon nie widział w tym żadnych taktycznych korzyści – społeczeństwo wiedziało o istnieniu Diablego Aliansu, ponieważ w ciągu ostatnich miesięcy Darvy posunął się nawet do napaści na kilka małych miasteczek. Nagły zastój złoczyńców można było porównać do znalezienia się w oku cyklonu. Albus był pewien, że jak grzmotnie, to ino raz.
Przez ostatnie tygodnie zajęty był nie tylko rozmyślaniem, ale także pisaniem i wysyłaniem listów do Mirry, która była bardzo szczęśliwa, że udało mu się spotkać i na spokojnie porozmawiać z ojcem oraz rezultatem końcowym tejże pogawędki – a przynajmniej takie odniósł odczucia po przeczytaniu ostatniej notki.
Widzisz, Albusie? Nawet twój tata myśli, że głupio byłoby – bez względu na cel – opuścić szkołę. I mogę się założyć, że nikt nie wie lepiej od niego, jak sprawy źle wyglądają. Skończyłeś więc w końcu z tymi wszystkimi bzdurnymi ucieczkowymi myślami?
Dużo miłości.
Mirra
Pozostali korespondenci Albusa odpisywali ze znacznie mniejszą częstotliwością. Odpowiedzi Scorpiusa były zazwyczaj rzeczowe i zwięzłe oraz obejmowały przede wszystkim jego obawy o trudy związane z obowiązkami prefektów i natłokiem zajęć związanym ze zbliżającymi się owutemami. Morrison, który nie wysłał mu sowy od czasu jego urodzin, na kilka dni przed rozpoczęciem się roku szkolnego w końcu się odezwał; w liście wytłumaczył swą nieobecność.
Al.
Przepraszam, że tak zwlekałem z odpowiedzią, ale przez ostatni tydzień była u mnie Mel i nie miałem czasu, stary. Pamiętasz, co mówiłem ostatnim razem – że moja siostra w końcu ma zamieszkać sama z Mikiem? Stało się! Z domu zniknęły wszystkie jej rzeczy i jest tu teraz więcej miejsca niż kiedykolwiek. Zdecydowanie powinieneś kiedyś wpaść tak na dłużej.
Jeśli chodzi o wybór przedmiotów, to naprawdę się nad tym w ogóle nie zastanawiałem. Mam jakieś podręczniki, ale nie jestem nawet do końca pewien, czy pozwolą mi przystąpić do zajęć z oceną Z. Swoją drogą, czy wiesz może, kim jest nasz nowy nauczyciel eliksirów? Zapytałem o to Scorpiusa, ale zupełnie mnie olał. Mam nadzieję, że wiesz coś więcej. Tak czy inaczej, musieliśmy się minąć w zeszłym tygodniu na Pokątnej, ale nic się nie stało, bo wkrótce się zobaczymy.
To niesamowite, że mogłeś się spotkać z tatą! Jak się trzyma? Czy jest już gotowy do wyrwania się więzienia, czy wciąż daje strażnikom trochę złudnego poczucia bezpieczeństwa? Daj znać co i jak.
Morrison.
O dziwo, Albus nie miał za bardzo co odpisać, bo na postawione pytania zwyczajnie nie miał żadnych odpowiedzi. Na ulicy Pokątnej nie był, więc nie mógł opowiedzieć żadnej ciekawej historii związanej z zakupami książek – matka samodzielnie odebrała listę sprawunków kilka dni temu. Tożsamości tegorocznego mistrza eliksirów zaś nie znał – tyle dobrego, że na szkolnym wykazie widniał tytuł podręcznika, co znaczyło, że ktoś jednak objął to stanowisko.
Informacji, które przekazał mu ojciec, Albus postanowił nie przekazywać drogą listowną. Może zachowywał się zbyt paranoicznie, ale bał się – choć było to naprawdę bardzo mało prawdopodobne – że notka wpadnie w niepowołane ręce, co będzie miało katastrofalne skutki. Nie chciał, aby ktokolwiek się dowiedział, ile rzeczywiście wie tata oraz, co ważniejsze, że Harry Potter dał się uwięzić tylko po to, aby chronić skórę swojego syna.
Na całe szczęście, za niedługo spotkają się w cztery oczy w pociągu, tak więc będzie mógł wszystkie wieści przekazać osobiście. Mimo nieubłagalnie zbliżającego się końca wakacji, dopiero w wieczór poprzedzający wyjazd Albus został uświadomiony, jak w tym roku dostanie się razem z Lily na platformę.
– Oboje musicie wcześniej położyć się spać – poinformowała dzieci Ginny, kiedy przy kuchennym stole popijali herbatkę. – Będziemy wstawać bardzo wcześnie.
– Czemu? – zapytał. – Przecież James nie jedzie z nami...
– To nie ma nic do rzeczy. Chodzi o nasz sposób komunikacji – odparła mama.
Albus spojrzał na nią z zaciekawieniem, zanim dotarło do niego, co tak naprawdę powiedziała. Dwa lata temu, kiedy Harry Potter został usunięty ze swojego stanowiska, zostali zmuszeni do dostania się na dworzec niczym mugole – ojciec zasiadł wówczas za kierownicą samochodu. Chociaż oficjalnie wyglądający ministerialni urzędnicy powrócili w następnym roku (tylko dlatego, że tata znów stał się popularny), w tym nie było na to najmniejszych szans; nikt nie chciał eskortować do szkoły dzieci sławnego mordercy.
– Kto będzie prowadził? – spytał grzecznie.
– Ja. – Ginny westchnęła. – I będę jechała powoli, więc tak jak powiedziałam, wstaniemy jutro wcześnie.
– Czy kiedykolwiek prowadziłaś auto? – zapytało zgodnie rodzeństwo; żadne z nich nie mogło sobie przypomnieć takiego wydarzenia.
Mama unikała wzroku dzieci, a potem wstała od stołu i zebrała puste talerze z kolacji.
– Byłam z waszym ojcem na egzaminie – powiedziała z uporem. – Rozgryzę jazdę.
Zgodnie z instrukcją, obudził się wcześniej niż zazwyczaj; o tak niemiłosiernej porze, że na dworze wciąż było trochę ciemno. Pobudka także nie należała do najprzyjemniejszych, gdyż mama zwyczajnie nim potrząsnęła.
– Wstań. Śniadanie na stole.
Albus natychmiast przewrócił się na drugi bok i nakrył głowę poduszką. Sekundę później Ginny znów nim szarpnęła.
– Śniadanie ci stygnie!
– No przecież wstaję... Wstaję...
Finalnie był to jeden z najnudniejszych poranków w życiu ślizgona. Wciąż lekko śpiący spożył zimne mleko z płatkami śniadaniowymi i tosty. Lily też wyglądała na równie zmęczoną.
– Gdzie jest James? – Ziewnęła.
– W łóżku – odpowiedziała mama. – Za kilka godzin będzie się zbierał do pracy.
– Nie jedzie z nami na pociąg? – zapytał Albus, ale został zignorowany.
Nawet kiedy zostali zmuszeni do zjedzenia śniadania, nie starczyło im czasu, żeby po raz ostatni sprawdzić zawartość swoich kufrów. Albus, zanim zamknął drzwi, w ekspresowym tempie przeszukał swój pokój, chwycił kilka piór i uporządkował sterty listów. W salonie przywitało go głośne narzekanie siostry.
– Dlaczego po prostu nie możemy się gdzieś fiuknąć w okolicy King's Cross? Albo się aportować...?
– To tak nie działa, Lily – pouczyła córkę surowo Ginny. – W okolicy nie ma żadnych aktywnych czarodziejskich kominków, a cokolwiek by się nie działo złego na świecie, nasza tajemnica jest najważniejsza; żaden mugol nie może zobaczyć, jak się aportujemy!
Lilka prychnęła w dziecinny sposób i na tym się skończyło. W następnej chwili rodzina wyszła z domu; poranne słońce było nikłe.
Chociaż Albus wciąż był jedną nogą w krainie sennych marzeń, pozwolił małym, podekscytowanym motylkom zagnieździć się w brzuchu. Nawet z tymi wszystkimi koszmarami na głowie, powrót do Hogwartu stanowi wspaniałą perspektywę. Znów zobaczy Mirrę, Morrisona i Scorpiusa...
– Rzeczy do tyłu! – zarządziła Ginny i na zewnątrz, w świetle poranka, chłopiec zauważył zmęczoną twarz rodzicielki i mozolność jej ruchów.
– Spałaś coś w nocy, mamo? – zapytał i wpakował swój kufer na tył zardzewiałego czerwonego samochodu.
– Później się zdrzemnę – odpowiedziała szybko, a potem razem poradzili sobie z kufrem Lily. Dwie minuty później Albus usiadł na miejscu pasażera obok kierowcy, a dziewczynka wyciągnęła się wygodnie, korzystając z dodatkowego wolnego siedzenia.
– Nie mogliśmy poprosić wujka, żeby nas zawiózł? – zapytał z napięciem, podczas gdy Ginny włożyła kluczyki do stacyjki. Ron Weasley miał opinię drogowego krzykacza, ale to nie powstrzymywało go od bycia dobrym kierowcą – ślizgon mógł się pochwalić doświadczeniem jazdy z nim; momentem, którego nigdy nie dzielił z matką.
– Wujek ma dwójkę własnych dzieci – odpowiedziała. – Poradzimy sobie, Albusie! – dodała, kiedy syn wydał z siebie mało przekonujący dźwięk. – Tak jak ogłosiłam wcześniej, po prostu będę jechała trochę wolniej od innych.
Słowo „trochę" okazało się ogromnym niedopowiedzeniem. Po piętnastu minutach jazdy Albus był pewien, że wciąż całkiem wyraźnie widzi dom w lusterku wstecznym. Ginny zatrzymywała się na całą minutę przy każdym wypatrzonym na drodze znaku stop i nie przekraczała prędkości dziesięciu kilometrów na godzinę, co – był święcie przekonany – że samo w sobie stanowiło zagrożenie na drodze.
– Ludzie na nas trąbią, mamo – odezwała się z tyłu Lily, patrząc na mijaną okolicę przez szybę.
– Wypadki samochodowe są jedną z najczęstszych przyczyn śmierci mugoli! Zdarzają się codziennie! – warknęła w odpowiedzi mama. – I to prawie zawsze dlatego, że ktoś przekroczył dozwoloną prędkość! Może teraz są wściekli, ale kiedy dotrą tam, gdzie chcą, będą mi po cichu dziękować, że wyszli z tego bez najmniejszego zadrapania!
Albus wierzył, że nie była to prawda i zaczął się martwić o czas. Pobudka w świetle księżyca z początku wydawała się małą przesadą, ale teraz, gdy zdał sobie sprawę ze ślimaczych tendencji swojej rodzicielki, uświadomił sobie, że powinni byli wstać jeszcze wcześniej. Myśl tę wyraził po godzinie obserwowania, jak samochody mijają ich jeden za drugim. Mieli właśnie skręcić w dużą ulicę z wieloma pasami, ale za każdym poprzednim razem, gdy do tego przychodziło, zatrzymywali się, by mógł minąć ich nadjeżdżający pojazd.
– Wykaż trochę inicjatywy, mamo! – jęknął.
– Czekamy na naszą kolej, Albusie!
– Kiedy nikt inny nie jedzie! To właśnie jest nasza kolej! – By podkreślić wagę swoich słów, chłopiec machnął ręką w kierunku pustego pasa.
Mama zmrużyła oczy i zerknęła na drogę.
– Nie. Widzę nadjeżdżający samochód...
– Zwolni, jeżeli teraz skręcimy – odpowiedział, zirytowany, ale został całkowicie zignorowany – finalnie po prostu poczekali trzydzieści sekund, aż auto ich minęło.
– Czy dotrzemy na platformę na czas? – mruknęła cicho Lily, przyciskając twarz do tyłu siedzenia brata.
– Nie wiem, ale powiedz mi, jak dobrze latasz na miotle?
Akurat w tym momencie mama zebrała się na odwagę i w końcu skręciła.
– Uf, mamy szczęście! – oświadczyła, zachwycona, a Albus zauważył, że miała gęsią skórkę.
Od skrzyżowania poszło już gładko, chociaż chłopiec niepokoił się z minuty na minutę, bo podczas jazdy Ginny cały czas rozmawiała z dziećmi.
– W tym roku przydzielana będzie wasza kuzynka, Roxy – stwierdziła niespodziewanie. – Opiekujcie się nią, obydwoje.
– Jasne, mamo – odpowiedziała Lily.
– Zobaczę, co da się zrobić, ale z pewnością nie będę w pobliżu niej cały rok. Najprawdopodobniej będzie gryfonką – prychnął ślizgon.
– Nie znasz zamysłów Tiary – odparła Ginny.
Nastolatek dokonał w myślach szybkiego rachunku. Większość familii Potterów i Weasleyów była w Gryffindorze.
– Znam, mamo.
Z ulgą dotarli do stacji King's Cross, gdzie olbrzymi zawieszony na murach zegar informował, że zostało im około pół godziny czasu do odjazdu ekspresu. Albus praktycznie wyskoczył z zardzewiałego starego samochodu, a następnie podszedł do bagażnika, żeby wypakować swoje rzeczy. Od zbyt długiego siedzenia w jednej pozycji piekielnie bolały go nogi.
– Widzicie? – Ginny, kiedy wysiadła, wskazała dłonią na zegar. – A myśleliście, że się spóźnimy...
Rodzeństwo zignorowało matkę i wyciągnęło z tyłu swe kufry. Kobieta z cichym trzaskiem zamknęła drzwi i poprowadziła dzieci do stanowiącej przejście barierki pomiędzy dziewiątym a dziesiątym peronem.
– Pamiętajcie, że zachowywać się nonszalancko i...
– Mamo! – przerwał rodzicielce ślizgon. – Mówisz poważnie?
– No co? Tylko wam przypominam...
Albus podszedł do barierki jako pierwszy. Taka kolejność była bardzo dziwaczna, bo zazwyczaj prawo pierwszeństwa przysługiwało Jamesowi, pierworodnemu synowi. Z bólem serca uświadomił sobie, że od tego roku będzie najstarszym członkiem swojej rodziny w Hogwarcie...
Swobodnym ruchem oparł się o przejście i cicho zagwizdał, kiedy nieświadomi niczego ludzie zwyczajnie go mijali – za chwilę miał rozpłynąć się w powietrzu. Zamknął oczy i w sekundę prześlizgnął się na drugą stronę.
Obraz, który ujrzał, stanowił interesującą paralelę: równie hałaśliwą, co uważną. Wszystkie głowy odwróciły się w jego stronę, by po chwili ich właściciele wrócili do swych dawnych rozmów. Chłopiec odsunął się na bok, żeby zrobić trochę miejsca dla siostry, a potem i dla matki, która przybyła jako ostatnia.
Obie o czymś rozmawiały, ale Albus więcej uwagi poświęcił szkarłatnej lokomotywie, która podkreślała tę chwilę. Wkrótce wejdzie do środka, ale najpierw chciał spotkać się z przyjaciółmi. Odwrócił się do mamy, aby jej to zakomunikować, lecz został wyprzedzony.
– Idźcie. Spotkamy się tu za dziesięć minut – powiedziała Ginny.
Albus machnął ręką i zniknął w tłumie ludzi. W trakcie poszukiwań mijał zmartwionych niedługim rozstaniem z pociechami rodziców oraz natknął się na kilka znajomych twarzy. Zobaczył Barnabusa Curdera, członka ślizgońskiej drużyny quidditcha, rozmawiającego ze złowrogo wyglądającą matką, zaś niedaleko niego stali Dante Haug i Bartleby Bing, którzy – po nawiązaniu kontaktu wzrokowego – pomachali mu w nieco dziwny sposób.
Ten wzorzec sprawdził się w kilku innych przypadkach. Tiffani Garrett – trochę irytująca, choć wciąż uprzejma – członkini drużyny, nie odwzajemniła uśmiechu Albusa. Inna dziewczyna – krukonka której imienia nawet nie znał, ale od której pożyczył kiedyś pióro i nigdy nie miał z nią żadnych zatargów – posłała mu nieprzyjemne spojrzenie i przeszła obok niego łukiem, jakby był co najmniej trędowaty. Młodzieniec potrzebował zaledwie pięciu minut, aby wydedukować przyczynę.
Nadszarpnięta wcześniej reputacja Harry'ego Pottera oficjalnie legła w gruzach w momencie, kiedy świat się dowidział, że jest on mordercą. Najwcześniejsze oznaki miały miejsce pod koniec piątego roku, a wszystkie artykuły prasowe wydane tego lata, oczerniające go i jednocześnie czyniące Janine Fischer męczenniczką wszechczasów, tylko to zintensyfikowały.
Kolejną zmianą, jakiej dopatrzył się Albus po kilku minutach kręcenia się po peronie, była radykalna liczba wszechobecnych akcesoriów związanych z WAR. Mniej więcej jedna czwarta mijanych ludzi miała na sobie kolorowe koszulki ze stylizowanym logiem Wybawczego Aliansu Różdżek – handlarze zdecydowanie unikali wykorzystywania czarnego materiału. Niektórzy posunęli się nawet dalej do gorętszego wspierania tejże organizacji, poprzez próbę scalenia się z jej przywódcą – twarz Waddleswortha zdobiła kilka męskich torsów.
Ślizgon pokręcił głową, szukając swoich przyjaciół. Wreszcie zauważył kogoś, kto – jak sądził – może być po jego stronie. Niedaleko spostrzegł sprawiającą wrażenie znudzonej Melonie Grue ze szkolnym kufrem – dziewczynę Morrisona, do której obecności Albus przyzwyczaił się przez ostatni rok.
– Cześć, Mel. – Podszedł bliżej.
– Cześć, Al – odpowiedziała, kiedy się odwróciła; była uśmiechnięta.
Z bliska wyglądała inaczej niż zwykle, co niewiele miało wspólnego z jej rzeczywistym wyglądem fizycznym – wciąż była ładnie zaokrąglona, miała te same brązowe włosy, pulchne policzki i duże oczy, z którymi ją dotąd identyfikował. Znacząca różnica tkwiła w zachowaniu ślizgonki – była opanowana i zrelaksowana; zdecydowanie wszystko sobie poukładała w głowie. Wyglądało na to, że przeżyła wspaniałe lato.
– Widzę, że choć jedna osoba nie jest na mnie zła – zagaił słabo, wskazując czarodziejów na dworcu.
Melonie parsknęła.
– Cóż, bo niektórzy nie oceniają innych, jakby to była ich praca – powiedziała i wymownie spojrzała na grupkę dziewcząt stojących nieopodal; były pochłonięte sztyletowaniem ich wzrokiem.
– Coś ci się charakterek wyostrzył przez te wakacje. – Albus wyszczerzył się radośnie.
– Morrison trochę nade mną pracował. – Wzruszyła ramionami. Następnie, lekko się rumieniąc, wskazała dłonią lewą część peronu. – A skoro mowa o Morrisonie, to już się zabrał za nadrabianie zaległości...
Potter obrócił się we wskazanym kierunku i momentalnie dostrzegł przyjaciela, paplającego o czymś z ożywieniem. Rozmówca Vincenta był równie mile widziany – otóż był nim Scorpius Malfoy.
Bez chwili zastanowienia podszedł do niczego niespodziewających się współdomowników, przy okazji oceniając zmiany, które w nich zewnętrznie zaszły. Morrison był tak samo wysoki, nieco głupkowaty i rozczochrany. Co dziwne, był gładko ogolony. Scorpius także trochę urósł, wciąż był blady i miał szpiczastą twarz; nie zmieniła się też jego zwyczajowa fryzura, włosy miał zaczesane do tyłu.
– O czym tak dyskutujecie? – Uśmiechnął się szeroko Potter.
Przyjaciele natychmiast się odwrócili, także się szczerząc. Malfoy automatycznie przybił mu piątkę, zaś Morrison był bardziej wylewny – złapał go w niedźwiedzi uścisk i nawet podniósł kilka centymetrów ponad ziemię.
– Albusie, mój chłopcze – rzekł drwiąco pompatycznym tonem. – Wyśmienicie się widzieć, stary druhu. Doprawdy, wybornie...
– Jak leci, stary? – spytał normalnie Scorpius.
– Nie mogę narzekać – odruchowo skłamał i wskazał kciukiem dziewczynę przyjaciela. – Dlaczego Mel stoi tam sama?
– Ach, czeka na Denise. – Morrison zrezygnował z prześmiewczej formy. – W każdym razie...
We trójkę zaczęli bez celu spacerować po platformie, natychmiast rozpoczynając rozmowę na temat spopularyzowanych gadżetów WAR i rzucając właścicielom pogardliwe spojrzenia.
– Oczekiwałem takiego obrotu spraw po końcówce poprzedniego roku. – Scorpius wzruszył niedbale ramionami. – Tata ostrzegał, że dzieciaki z Hogwartu odwrócą się też ode mnie, bo wciąż się przyjaźnimy.
Albus zmarszczył brwi.
– Przepraszam...
– Nie to miałem na myśli. – Blondyn uniósł pojednawczo ręce. – Mój ojciec naprawdę popiera Harry'ego Pottera i tym podobne, a wspomniał o tym dlatego, że... cóż, sam się przekonasz – dokończył z drapieżnym uśmiechem na twarzy.
– No czemu? – drążył Albus.
– I tak ci nie powie. Nie zawracaj sobie tym głowy. – Morrison wydał z siebie zirytowane fuknięcie. – Tak czy inaczej nie musisz się czuć źle z tym, że obrywa nam się za ciebie, czy twojego tatę. I tak nie lubię połowy z tego tłumu. – Akurat, kiedy to powiedział, przeszedł obok nich jakiś wysoki chłopiec z długą, zakrywającą twarz grzywką, rzucając im paskudne spojrzenie. – Na co się gapisz? – Vincent przyjął bojową postawę, lecz do niczego więcej nie doszło. Nieprzyjazny uczeń odszedł w swoją stronę, a Morrison wznowił swój wywód. – Kontynuując, naprawdę się tym nie przejmuj, stary...
Spacerowali dalej przez kilka minut, a Albus uspokajał się z każdym wypowiedzianym przez przyjaciół zdaniem; nerwy go opuszczały. Wciąż był jednak jeden związany z Hogwartem puzzel, który nie scalił się z ich układanką – bardzo, ale to bardzo ważny.
– Widzieliście gdzieś Mirrę? – zapytał.
Nastolatkowie pokręcili przecząco głowami.
– Wybacz, stary – odpowiedział Scorpius.
– W końcu się zjawi – dodał Morrison.
Czas naglił i niedługo później Albus musiał wrócić do swojej rodziny. Tymczasowo pożegnał się z przyjaciółmi i podszedł do matki, która – co można było przewidzieć – nie była sama.
Ginny była otoczona wianuszkiem Weasleyów. Obok niej stał wujek Ron z Rose i Hugonem oraz wujek George razem z Fredem i zawstydzoną Roxanne; w międzyczasie wróciła także Lily.
– O, tu jest. – Wujek Ron uśmiechnął się, kiedy ślizgon podszedł bliżej. – Właśnie o tobie rozmawialiśmy!
– O czym konkretnie?
– Cóż, w końcu James na zawsze utracił swą dumę i radość z bycia z gryfo... Takie tam pierdółki – zażartował.
Albus przewrócił oczami, a potem zwrócił uwagę na Roxanne.
– Nie możesz się doczekać pierwszego roku?
Dziewczynka w odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami i przysunęła się bliżej starszego, bardziej żywiołowego brata.
– W drodze gadała jak najęta, więc nic jej nie będzie... – podsumował siostrę Fred.
– Gdzie twoja dziewczyna, Al? – zapytał bezczelnie wujek George. – A może podczas lata spotkała cię paskudna niespodzianka...?
– Haha, bardzo śmieszne. Po prostu jeszcze się nie spotkaliśmy...
Wtem rozbrzmiał się gwizdek oznaczający ostateczny czas rozstania z rodziną; był to znak, że trzeba się pożegnać i wsiadać do pociągu. Ślizgon pomachał do bliskich i pozwolił matce złożyć sobie na policzku mokry pocałunek. Podczas gdy Lily rozmawiała z Roxanne, Ginny pochyliła się nad synem.
– Uważaj na siebie, Albusie – powiedziała cicho.
– Tak, mamo.
– Wiem, że nie masz wielkich nadziei na ten rok i nie mogę cię za to winić, ale to minie – kontynuowała. – Musimy tylko wytrwać.
Chłopiec skinął głową i myślami wrócił do zeszłorocznej rozmowy. Taty wtedy z nimi nie było, ale mama przekazała jego słowa. W tym przypadku było zgoła inaczej. Nie było żadnych podpowiedzi czy przestróg, które poprowadziłyby go przez rok szkolny. Jedyne, co mógł zrobić, to to, co właśnie powiedziała mu matka: zbierać siły i wziąć się w garść.
Ze szkarłatnego silnika buchnęła para. Nastolatek ponownie uściskał matkę, a wujkowie poklepali go po ramionach. Po pożegnaniu poprowadził Lily w stronę pociągu; Rose z Hugonem podążyli za nimi. Na miejscu niewypowiedziana na głos prośba o wniesienie do środka wszystkich kufrów spadła na najstarszego mężczyznę z rodziny, który poczuł się tym troszkę rozdrażniony. Wtem nieoczekiwanie ktoś przyszedł mu z pomocą.
– Dzięki – powiedział uprzejmie, kiedy ciężar bagażu został rozłożony na dwie osoby, dzięki czemu łatwiej było go podnieść.
Dobroczyńca wydał z siebie tylko niewyraźne mruknięcie.
Albus odwrócił się i zobaczył, że pomagierem był nie kto inny, jak Charles Eckley. Włosy gryfona nadal były cienkie i w kolorze słomy, lecz barki miał szersze, a twarz pełniejszą i przystojniejszą. Wrogość Pottera do Eckleya (a także jego najlepszego przyjaciela, Donovana Hornsbrooka) powoli zanikała na przestrzeni lat, ale wciąż jakakolwiek pomoc z jego strony bez wyraźnej prośby była dla ślizgona dziwnym widokiem. Z drugiej strony nie powinien być nią tak bardzo zaskoczony – Charles przyjaźnił się z Rose.
– Dzięki, Charlie. – Weasley aż promieniowała ze szczęścia, że kolega zaopiekował się jej kufrem.
Albus zajął się bagażem Lilki, podczas gdy Eckley Hugona. Na samym końcu chłopcy wnieśli swoje kufry. Rozdzielili się natychmiast po tym, choć ślizgon był pewien, że siostra dołączy do reszty gryfonów, może nawet ze swoimi znajomymi. Bez cienia wątpliwości Fred zaprowadzi do swoich przyjaciół także Roxanne, co w ostatecznym rozrachunku oznaczało, że Al miał wolną rękę i bez żadnych zastrzeżeń mógł dołączyć do Scorpiusa i Morrisona, gdziekolwiek się ulokowali. Miał też nadzieję, że po drodze spotka w końcu swoją dziewczynę.
Rozpoczął więc powolny przemarsz przez pociąg, co rusz wkładając głowę do mijanych przedziałów w poszukiwaniu kumpli. Zupełnie jak na peronie, ci uczniowie, którzy go zauważyli, nie spoglądali na niego przyjaznym okiem. Ci, którzy nie zderzyli się z nim ramieniem, w dramatyczny sposób schodzili mu z drogi – w międzyczasie łypali na niego pogardliwie lub, co dziwne, w ich oczach widać było niewiadomego pochodzenia strach.
Przyjaciół znalazł dopiero w jednym ze środkowych przedziałów, całą czwórkę. Morrison obejmował ramieniem Melonie, zaś Scorpius siedział obok...
– Tu jesteś! – sapnął, zamykając za sobą drzwi.
Mirra spojrzała na niego cała rozpromieniona. Wyglądała praktycznie tak samo, jak w zeszłym roku, czyli idealnie się składało, bo Albus i tak by w niej niczego nie zmienił. Wstała (czubkiem głowy sięgała mu do ust), pochyliła się do przodu i go pocałowała; ciało chłopca momentalnie się rozluźniło. Słodką chwilę zdecydowanie zbyt szybko przerwał Morrison.
– To obrzydliwe! – ryknął, a potem zaczął przeczesywać dłońmi włosy Melonie w zamierzony pełen hipokryzji sposób.
Albus zignorował przyjaciela i się uśmiechnął.
– Gdzie się zapodziałaś na dworcu? – zapytał, zajmując miejsce pomiędzy swoją dziewczyną a Scorpiusem.
– Rozmawiałam z dziadkami – odpowiedziała. – Uświadomiłam sobie, że i tak zobaczymy się w pociągu. Nie było sensu się śpieszyć.
Brzmiała szczerze, ale coś w jej oczach mówiło, że za nietypową zwłoką kryje się coś więcej. Po chwili głębokiego namysłu ślizgon odkrył sedno sprawy. Mirra nie chciała za bardzo zbliżać się do Rose.
– Jak minęły ci wakacje? – zapytał zamiast tego.
– Dobrze – stwierdziła pogodnie, po czym wstała. – Później opowiem ci wszystko ze szczegółami, bo naprawdę powinnam już iść...
– Co? A, no tak... – Albus zmarszczył brwi, a następnie zerknął na srebrną odznakę prefekta przypiętą do szaty dziewczyny. Machnął różdżką. – Leć.
Uśmiechnęła się i szybko ucałowała go w policzek. Melonie także wstała, ale Morrison nie zamierzał jej puścić i pociągnął ją z powrotem na siedzenie.
– Przestań przestrzegać zasad! Idź trochę później i wytłumacz wszystkim, że musiałaś się ulokować – jęknął. – To strategia Scorpiusa. – Szarpnął głową w kierunku blondwłosego przyjaciela, który leniwie uniósł do góry kciuk.
– Cóż, niektórzy poważnie podchodzą do swoich obowiązków – odpowiedziała Mel, a Mirra z aprobatą przytaknęła jej głową. W następnej chwili obie dziewczęta opuściły przedział.
Morrison wyciągnął się wygodniej na kanapie, przez co koniec końców zajął całą jedną stronę. Albus z kolei skoncentrował się na Scorpiusie, który grzebał w swoim podręcznym bagażu.
– Czemu w ogóle chcesz iść na obchód tak późno? – zapytał z ciekawością, ponieważ Malfoy bardzo rzadko robił coś, co w jakikolwiek sposób mogło nadszarpnąć jego opinię jako ślizgońskiego prefekta.
– Przez pierwsze piętnaście minut jest nudno, a chciałem nadrobić zaległości w czytaniu – oświadczył i wyciągnął z torby PROROKA CODZIENNEGO.
Potter się przeciągnął i usadowił zdecydowanie wygodniej; zwyczajne oczekiwanie na przyjazd do Hogwartu, czyli na zamierzony cel było relaksujące samo w sobie. Niepokoiło go tylko kilka rzeczy.
– Ten rok będzie wręcz cudowny na nawiązywanie nowych przyjaźni – rzucił pogardliwie.
– Tak szybko się znudziłeś naszym towarzystwem, stary? – spytał Morrison.
– Ludzie specjalnie na mnie wpadali, kiedy was szukałem. I pomyśleć, że miałem nadzieję, że chociaż część z nich zajmie się swoimi sprawami...
– Na dworcu widziałem kilka osób, które patrzyło na ciebie, jakby miało się zaraz zsikać ze strachu! – Vincent wybuchnął gromkim śmiechem.
– Też takich cudaków widziałem, ale w pociągu. – Potter usiadł normalnie. – Dlaczego w ogóle mieliby się mnie bać?
– Są przekonani, że twój tata jest mordercą. W konsekwencji drżą także przed tobą – odpowiedział niespodziewanie Scorpius, nie odrywając wzroku od gazety. – W każdym razie ci mniej doinformowani.
Albus sapnął. Co za niedorzeczny pomysł. Wtem przemknęło mu przez myśl, czy reszta rodziny też jest tak traktowana. Lilka najprawdopodobniej tak, ale co z kuzynostwem? Czy ta wszechstronna nienawiść obejmie również Roxanne, która dopiero co rozpoczyna swoją karierę w szkole, tylko dlatego, że jest spokrewniona z Potterami?
Z zamyślenia wyrwał go Morrison.
– Wiecie coś o nowym nauczycielu eliksirów?
– Nic a nic – przyznał. – Pewnie będzie to jakiś kolejny kret z Ministerstwa...
– Źle – wtrącił się Malfoy, nadal studiując gazetę.
– Scorpius ma rację – oświadczył wszechwiedząco Morrison. – Jeśli już, to będzie jeden z piesków salonowych Waddleswortha...
– Nieprawda – znów zaprzeczył blondyn.
Albus poczuł, że na jego twarzy pojawiają się wypieki.
– Chcesz nam o czymś powiedzieć, stary?
Scorpius w staromodny sposób polizał palec i, jak gdyby nigdy nic, spokojnie przewrócił stronę.
– Nie.
Morrison zaśmiał się cicho.
– To już dwie tajemnice, czyż nie?
Malfoy uśmiechnął się zza swojego czytadła.
– Niezupełnie – odpowiedział, nie kłopotają się rozwinięciem tematu.
– A co ty w ogóle kombinujesz, czytając te bzdury? – Oburzony Albus szarpnął głową w kierunku gazety. – To tylko kolejne brednie dotyczące Waddleswortha! O, a tak przy okazji, mam wam coś do powiedzenia na jego temat. Kiedy byłem w odwiedzinach u mugo...
– Nie czytam o Warrenie Waddlesworthcie – oświadczył krótko Scorpius. – Interesuje mnie Darvy.
Potter miał wrażenie, że zaraz eksploduje mu głowa.
– Co takiego? Darvy? Ostatnimi czasy PROROK nawet o nim nie wspomina...
– Kto w ogóle mówił cokolwiek o PROROKU...? – Blondyn pokazał wszem wobec okładkę czytanego wydania. Albus z góry założył, że był to PROROK CODZIENNY, ale okazało się, że był w błędzie. Bardziej jednak ciekawy aniżeli nazwa gazety, był nagłówek zamieszczonego w niej artykułu.
PRAWA RĘKA ŚMIERCI ZACISKA SIĘ WOKÓŁ MINISTERSTWA STANÓW ZJEDNOCZONYCH!
Ślizgonowi opadła szczęka.
– Co do diabła...?
– TYGODNIK WAR, stary – odpowiedział Scorpius, najwyraźniej bardzo zdziwiony niewiedzą przyjaciela. – Nie słyszałeś o nim...?
Wytrzeszczając oczy, Albus wyrwał mu gazetę.
– Co to niby jest?
– Też chciałbym się dowiedzieć – dodał Morrison.
– Zanim brutalnie mi przerwano, byłem w trakcie wyjaśniania – oświadczył blondyn. – TYGODNIK WAR to gazeta wydawana przez Wybawczy Alians Różdżek. Zaczęła wychodzić chyba w... hm, może w czerwcu?
– Wierzysz tym informacjom? Wiedząc, że ich źródłem jest Waddlesworth? – Chłopiec nie był w stanie uwierzyć w to, co usłyszał.
– Owszem – odpowiedział twardo Scorpius.
– Niezbyt fajnie, stary. – Morrison potrząsnął głową.
Malfoy odebrał przyjacielowi gazetę.
– Używajcie czasami mózgów. – Był bardzo zirytowany. – Ten tygodnik nie zaczął wychodzić, dopóki Warren Waddlesworth nie zaczął kandydować na Ministra Magii. Wniosek? Są w nim zawarte informacje, które ministerstwo powinno było przekazywać swoim obywatelom, a tego nie robiło. Co więcej, mogę się założyć, że wszystko, co opublikowali, jest szczerą prawdą, bo inaczej Waddlesworth w ogóle nie wyszedłby z taką inicjatywą.
– W jaki sposób do tego doszedłeś? – zapytał natychmiast Albus.
– Waddlesworth chce pokazać społeczeństwu, dlaczego tak ważne jest, żeby wybrali go jak najszybciej. W innych kwestiach może kłamać, ale w tej potrzebuje musi pokazać światu dowód, że wojna z Darvym wymyka się spod kontroli – to logiczne: chce, żebyśmy wszyscy wiedzieli, że Diabli Alians przyparł nas do muru. Jeżeli chodzi o Darvy'ego i jego ruchy, na spokojnie można oczekiwać, że informacje podane do wiadomości publicznej są w pełni uzasadnione.
Potter prychnął, chociaż sposób dedukcji przyjaciela był fantastyczny i imponujący. Niemniej jednak marszczył brwi, kiedy przypomniał sobie ostatnią rozmowę z ojcem.
– Mój tata twierdzi, że okres aktywności był niewielki – powiedział znacząco. – Jak Waddlesworth na tym wychodzi?
– Z całym szacunkiem, stary. – W głosie Scorpiusa słyszalna była ostrożność i wahanie. – Harry Potter jest odcięty od świata od około trzech miesięcy, a ten numer wyszedł wczoraj. Kiedy rozmawiałeś z tatą?
Albus westchnął.
– Mniej więcej dwa tygodnie temu. – Skrzyżował ramiona, sromotnie pokonany. Zdenerwował się i to nie na żarty. Jeżeli to wszystko prawda, to jak wielu rzeczy ojciec nie był jeszcze świadomy? – A o co w ogóle chodzi z tą „Prawą Ręką Śmierci"? – zapytał po chwili, zerkając w gazetę.
– To nowy pseudonim Darvy'ego – odpowiedział prosto Scorpius.
Potter zrobił groteskową minę, a Morrison wybuchnął śmiechem.
– Poważnie? – Vincent przyłożył dłoń do klatki piersiowej. – Niesamowicie tandetne! Komu... komu wpadł do głowy tak durny pomysł? Chciałbym walnąć go prosto w twarz!
– Myślę, że właśnie Sebastianowi Darvy'emu. – Uśmiechnął się krzywo Malfoy.
– Cóż, więc...
– Wydaje mi się, że to trochę dziwne – kontynuował Scorpius. – Swój pseudonim w zeszłym tygodniu ogłosił irlandzkiemu Ministerstwu, a dziś Amerykanom. – Stuknął palcem w wytłuszczony nagłówek.
– To nic nadzwyczajnego – powiedział zjadliwie Albus. – Tak właściwie, to wygląda mi na jego typowe zagranie...
To stwierdzenie nie mogło być prawdziwsze. Jakkolwiek słabo był poinformowany o działaniach Sebastiana Darvy'ego Harry Potter, nadal trafnie ocenił osobowość złoczyńcy; Darvy pragnął uwagi i rozgłosu. Albus także był tego pewien, gdyż jego doświadczenia z tym psychopatą były wystarczającym dowodem. Stworzenie kiepskiego pseudonimu i narzuceniem go swoim potencjalnym ofiarom miało za zadanie tylko i wyłącznie nadmuchać ego.
– Czas na mnie. – Scorpius nagle wstał i ziewnął. Z kieszeni wyciągnął srebrną odznakę i przypiął ją sobie do piersi. – Niedługo wrócę.
– Masz coś przeciwko, żebym sobie trochę poprzeglądał? – zapytał natychmiast Albus, zobaczywszy, że blondyn akurat sięgał do gazety z zamiarem schowania jej z powrotem do torby.
– Łap. – Scorpius rzucił mu TYGODNIK.
– Ugh! Będziesz nad tym ślęczał. Co ja powinienem zatem robić? – zapytał Morrison.
– Szybko to ogarnę – odpowiedział, kiedy Scorpius opuścił przedział. – Skończę w dosłownie dwie minuty...
Vincent wstał i rozprostował zesztywniałe mięśnie.
– W porządku – stwierdził marudnym tonem. – Rozejrzę się za panią z wózkiem, zawsze przychodzi do nas zbyt późno.
– Jasne. – Albus pomachał do wychodzącego Morrisona.
Został sam w przedziale, a dobry nastrój towarzyszący oczekiwaniu nieco osłabł. Przysunął gazetę bliżej twarzy, zwracając przy tym uwagę, jak szorstka się wydawała w dłoniach. Ogólny projekt był przyzwoity i wyglądał lepiej aniżeli PROROK CODZIENNY, który zawsze przypominał nieuporządkowaną układankę. Na samej górze napisane było „TYGODNIK WAR: WYDANIE Z 31 SIERPNIA", zaś poniżej losowo umiejscowiono podtytuły artykułów z całego wydania. Znalazły sięwśród nich między innymi: „CO MUSISZ WIEDZIEĆ?" oraz „POUFNE: PRAWDZIWY OBRAZ CZARODZIEJSKIEGO ŚWIATA".
Albus westchnął, chociaż jego ciekawość – i ogólne pragnienie zdobycia informacji na temat posunięć Darvy'ego – zastąpiły niechęć do czegokolwiek związanego z Wybawczym Aliansem Różdżek. Zapoznawszy się z głównym nagłówkiem, wbił wzrok w artykuł poniżej i zaczął czytać.
Nawet poza Wielką Brytanią sytuacja nie wygląda dobrze. W zeszłym tygodniu Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów ujawnił, że skontaktował się z nim Joseph Devlin, prominentny członek irlandzkiego Ministerstwa Magii, który wyznał, że Irlandczycy rzeczywiście nawiązali kontakt z Prawą Ręką Śmierci. Groźby terrorystyczne stanowiły poważne zagrożenie, ponieważ zawarte w nich żądania dotyczyły prawa własności terenów niezamieszkałych i niepoddawanych magicznemu nadzorowi. W razie odmowy przekazania takowych lokacji przeprowadzono by atak na ludność. Devlin wydał następujące oświadczenie:
„My, irlandzkie Ministerstwo Magii, z przykrością informujemy przedstawicieli brytyjskiego rządu, że Prawa Ręka Śmierci – którego możecie znać pod nazwiskiem „Sebastian Darvy" – uzyskał status rezydenta na terytorium naszego kraju".
Podszyte groźbami oświadczenie wzbudziło niemałe zainteresowanie wśród czarodziejskiej społeczności – w końcu nikt nie był świadomy, iż Prawa Ręka Śmierci wykonał swój ruch. Niestety, znów dotarły do nas złe wieści. Zaledwie dwa dni temu otrzymaliśmy oszałamiającą informację: amerykańskie Ministerstwo Magii także padło ofiarą podobnych gróźb. Po odrzuceniu żądań Diabli Alians udowodnił, że nie słynie z cierpliwości. W ciągu kilku godzin zniszczonych zostało kilka miast na zachodzie kraju.
Relacje naocznych świadków, którym udało się przeżyć spustoszenie, wskazywały, iż nie była to sprawka zwyczajnych czarodziejów. Głównymi napastnikami okazały się szkieletowe stwory (przez niektórych ministerialnych urzędników nazywanych „siluetami") po raz pierwszy widziane podczas Masakry w Hogsmeade prawie dwa lata temu. Co więcej, wszystkie złożone raporty potwierdzały jedno: stwory sprawiały wrażenie inteligentniejszych i ujarzmionych; poruszały się w formacji bojowej i komunikowały między sobą. Dodatkowo potwierdzono także plotki sprzed kilku miesięcy, jakoby kreatury podporządkowały sobie istoty potocznie zwane nekromakami – czyli antracytowe* konie; zwierzęta aktywnie uczestniczyły w destrukcji.
„Powody, dla których Diabli Alians atakuje inne narody", mówi ekspert od czarodziejskiej wojny Thaddeus Cannon, „są w pewnym sensie oczywiste dla każdego, kto wie, co dzieje się zarówno w Irlandii, jak i w Stanach Zjednoczonych".
„Kiedy grupa terrorystyczna się przemieszcza, oznacza to, że chce zebrać zasoby z daleka od kraju pochodzenia", mówi Cannon w wywiadzie dla TYGODNIKA WAR. „Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, że leprokonusy są najczęściej widywanymi kreaturami w Irlandii, a trolle w Stanach Zjednoczonych. Są to dwa różne gatunki magicznych stworzeń – jedne inteligentne, a drugie silne – które praktycznie nie ingerowały w czarodziejskie wojny na przestrzeni ostatnich dwustu lat. Jeżeli Prawa Ręka Śmierci naprawdę posuwa się naprzód, a jego nadzwyczajna armia znacznie przewyższa dotychczasowy Diabli Alians, będzie dążył do rekrutacji innych stworzeń, które z kolei najprawdopodobniej wybiorą stronę, którą uważają za zwycięską".
Warren Waddlesworth, obecny kandydat na brytyjskiego Ministra Magii, wyszczególnił jeszcze jedną ważną kwestię w tej sprawie. Choć zajęty zbliżającymi się wyborami (nie ustalono jeszcze konkretnej daty), znalazł czas, aby wygłosić wczoraj w Bristolu porywające przemówienie. Cytując:
„Rzeczywiście, mogą istnieć trywialne powody tych inwazji na inne narody i mogą one dotyczyć tylko rekrutacji innych magicznych stworzeń, ale nie dajcie się zwieść i nie popełnijcie błędu – w istocie jest to atak na naszą jedność. Sebastian Darvy... Tak, nie obawiam się wypowiadać jego prawdziwego imienia!" – Waddlesworth podkreślił dobitnie to zdanie, czym został nagrodzony gromkimi brawami. – „Sebastian Darvy uważa, że jeżeli przekona inne kraje, aby udzieliły mu schronienia, to spali łączące nas mosty. On boi się naszego ministerstwa, bo dobrze wie, że możemy go powstrzymać! Kierowani własnym strachem, Darvy razem z Diablim Aliansem, próbowali nas odseparować od siebie, zwrócić przeciwko sobie, zawstydzić przed innymi oraz sprawić, by w naszych sercach wybuchła wściekłość. Widzicie, Sebastian Dary nie rozumie, że czarodzieje, którzy służą wspólnemu dobru, trzymają się razem, nie pomimo ataków na powszechną uczciwość społeczną, a właśnie z ich powodu. Stoimy murem dla naszych braci i sióstr, zwłaszcza gdy są zastraszani lub ranni. Sebastian Darvy nie pojmuje, że jego siła w rozporządzaniu się naszymi ziemiami jest niczym w porównaniu z naszą zjednoczoną w sercu i duszy potęgą!
Albus przerwał czytanie, oddychając płytko. Zarówno Waddlesworth, jak i ten Cannon byli w dużym błędzie. Tata miał rację co do dalszych ruchów Darvy'ego – poszukiwał on legowiska dla swojej koszmarnej armii; miejsca w miarę odosobnionego od świata, z daleka od możliwości potencjalnego ataku; miejsca, gdzie tworzyć będzie swe kreatury.
Zarówno Wybawczy Alians Różdżek, jak i ministerstwo magii, nie zdawały sobie z tego sprawy, bo Darvy miał dokładnie to, czego w tym celu chciał: Zasłonę Skazańca. WAR wiedziało, że może być w posiadaniu artefaktu, ale nie wiedzieli, w jaki sposób jest on związany z procesem tworzenia siluet. Wydawało im się, że Darvy się ukrywa, a on tak naprawdę... zbierał siły i się przygotowywał.
Albus otarł pot z czoła i wrócił do artykułu.
Waddlesworth zdecydował się ujawnić opinii publicznej swoje zamiary co do zapobiegania takim sytuacjom w przyszłości.
„Komunikacja międzymagiczna od zawsze była kluczową częścią tego, w jaki sposób wszyscy żyjemy. W ostatnich czasach uległa jednak lekkiemu wypatrzeniu. Jeżeli zostanę wybrany Ministrem Magii, moja pierwsza reforma będzie dotyczyła Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. Zamierzam całkowicie go przebudować, aby zapewnić szybszy i częstszy przepływ informacji pomiędzy naszymi siostrzanymi rządami. Oprócz pomocy w przygotowaniu się na takie wypadki, w których zwracamy się tylko do jednego narodu, podejdziemy do sedna problemu jako zjednoczona całość! Koniec z czekaniem, aż będzie za późno! Magiczny świat – a właściwie cały świat – może być podzielony przez barierę językową czy oceany, ale nie można go rozdzielić pomysłami i działaniami. Brytyjski Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów musi zrezygnować z roli biernego odbiory treści i przyjąć na siebie bardziej aktywną funkcję: przekazywania istotnych informacji. Tylko wtedy możemy utrzymać nasz związek na torze, który w obliczu zagrożenia pozwoli nam stanąć razem – tak jak potrzebujemy tego teraz!".
Przemówienie Waddleswortha okazało się jednym z najskuteczniejszych w podniesieniu morali tego lata i było czymś, czego rozpaczliwie potrzebowała opinia publiczna, zarówno w związku z przestępczą działalnością Diablego Aliansu, jak i śmiercią Janine Fischer. Egbert Sentry, lat 91, cierpiący na przewlekłą bahankowicę** (rzadko spotykaną chorobę skóry wywołaną długotrwałym utrzymywaniem się w organizmie jadu bahanek, wskutek ugryzienia w młodszym wieku), był świadkiem przemowy i udzielił następującego komentarza:
„Od lat nie czułem, że żyję. Pamiętam czasy, gdy byłem małym chłopcem i podpytywałem ojca, dlaczego tak naprawdę nigdy nie pomagaliśmy w wojnie z Grindelwaldem, a on zawsze odpowiadał mi, że to nie była nasza sprawa. Nie pochwalałem biernej postawy, więc cieszę się, że ktoś podziela moją opinię i z tego powodu jest gotowy do restrukturyzacji rządu. Właśnie dlatego głosuję na Waddleswortha...".
Albus zwinął TYGODNIK WAR w rulon i odrzucił go na bok. Od samego początku wiedział – i się w tym przekonaniu nie rozczarował – że gazeta będzie stanowić sprytnie zakamuflowane narzędzie do ukazywania światu, jak wspaniały i nieoceniony jest Warren Waddlesworth. Mimo to cały artykuł był niezwykle interesujący, przez co zastanowił się ile koniec końców przegapił.
Oparł się plecami o pociągową kanapę i rozluźniony, pozwolił swemu umysłowi przefiltrować zdobytą wiedzę, oddzielając bzdury od rzeczywiście istotnych informacji. Darvy wysuwał się naprzód i to dużymi krokami, obierając różne kierunki. We wszystkich zakątkach skutecznie szerzył strach przed sobą oraz używał chwytnych pseudonimów, aby podnieść swój status – jednocześnie konsekwentnie udowadniał, że nie rzuca słów na wiatr. Poza bezpośrednio wyrządzonymi zniszczeniami teoria taty o tym, że Darvy poszukuje dobrego miejsca na wylęgarnię, okazała się niestety słuszna. Ile czasu potrzeba, aby nieudolni członkowie Diablego Aliansu, z którymi dotąd miał do czynienia Albus, zostaną wyparci przez morze potężnych, czarnomagicznych stworów?
Osunął się na plecy, gnieżdżąc się na kanapie dokładnie w ten sam sposób co zawsze Morrison. Kiedy adrenalina po spotkaniu z przyjaciółmi opadła, zaczął sobie zdawać sprawę z tego, jak bardzo jest zmęczony. Obudził się dziś wcześnie, a irytacja podczas drogi na dworzec rosła z minuty na minutę, apogeum osiągając po zapoznaniu się z najnowszymi wieściami. Może przymknie na chwilę oczy; w końcu był w przedziale sam...
Dopiero gdy leżał, całkowicie rozkojarzony, jego zmysły były w stanie rozróżnić niuanse pociągu. Do nozdrzy docierał mu charakterystyczny zapach nowiuśkiej skóry pokrywającej siedzenia, a nawet i więcej. Czuł delikatne stukotanie ekspresu, gdy ten przejeżdżał przez złączkę na torach, która możliwa była do zobaczenia tylko po bliższym przyjrzeniu się trakcji w przestrzeniach międzywagonowych. Nawet kiedy mrugał sennie powiekami, widział odpryski szkarłatnej farby tuż pod oknem...
Tup, tup.
Kroki głośno odbijały się echem w ciemności, a jedynym słyszalnym dźwiękiem był jego własny oddech. Ogarnięty paniką, biegł przez mrok. Przez chwilę nie wiedział nawet dlaczego, ale potem za nim rozbłysło światło. Odwrócił się i zobaczył, że dwa złote blaski szybko go doganiały; z tej odległości widział zarysy dziwnie rozżarzonych oczu i nikczemnego uśmiechu. Przyspieszył, gdy spłynęło na niego zrozumienie: był ścigany przez złotookiego Albusa.
Dobrze się składało, że po drodze nie czyhały na niego żadne przeszkody, bo pędził w wyjątkowo niezgrabny sposób. Dopadła go kolka, a kłucie w boku mniej dokuczało, kiedy się za niego trzymał. Niezdarnie kuśtykał w ciemnościach, podczas gdy tupot stóp słychać było coraz to bliżej i bliżej. Blask otoczył jego postać...
Coś uderzyło go od tyłu i powaliło na ziemię. Gdy przewrócił się na plecy, zarejestrował ostry ból głowy i mocny uścisk na ramieniu. Prześladowca spojrzał wprost na niego, a Albus zauważył, że pełen jest wyższości i sadyzmu. Uśmiechając się od ucha do ucha, z kruczoczarnymi, potarganymi włosami, z błyszczącymi groźnie oczami, napastnik kucnął i schylił się, zbliżając do ofiary twarzą.
– Czego ode mnie chcesz? – zapytał chłodno ślizgon, a każde wypowiedziane słowo było podszyte strachem.
Złotooki po prostu na niego patrzył i nie udzielił żądanej odpowiedzi. W następnej chwili powietrze uleciało z płuc Albusa. Dłoń owinęła się wokół jego gardła, a lodowate palce zacisnęły się na nim dokładnie tak samo, jak niegdyś.
Chłopiec automatycznie złapał bliźniaka za rękę, gorączkowo próbując ją od siebie odciągnąć. Walczył tylko przez dziesięć sekund, podczas których złotooki wyciągnął ze swoich szat różdżkę – oręż z kłem, zamiast zwyczajnej rączki. Bez chwili zwłoki przycisnął czubek Smoczej Różdżki do twarzy ślizgona, który zrozumiał, że to starcie zaraz się zakończy...
Złapał oddech, podczas gdy napastnik został odrzucony. Podniósł się na łokciach i zobaczył, że otacza ich więcej złotego światła. Wtem szczęka mu opadła, gdyż niespodziewanie z odsieczą przybył kolejny Albus – ten też miał błyszczące oczy oraz podniesioną w postawie bojowej różdżkę wycelowaną w tego, który go przed momentem dusił. Zamiast jednak uśmiechu, twarz trzeciego chłopca przybrała wyraz buntu – a może nawet czegoś, co można było przyrównać do heroizmu.
Ślizgon gapił się w dwie identyczne istoty, zupełnie nic z tego nie rozumiejąc. Ta, która go zaatakowała, wciąż miał podniesioną różdżkę, tym razem w nowego przeciwnika. Obaj wpatrywali się w siebie z determinacją na twarzach i gdyby Albus nie wiedział, że jego tajemniczy wybawca stoi po prawej stronie, nie byłby w stanie ich rozróżnić. Chłopiec był zlany potem, ale nie podniósł się z ziemi, niezdolny – lub po prostu niechętny – do przeszkadzania w pojedynku.
Scena rozpłynęła się, a następną rzeczą, jaką zarejestrował, była ciepła dłoń na czole.
– Coś nie w porządku? – zapytał go wprost do ucha zaniepokojony głos.
Albus wyskoczył w górę, nagle przemarznięty do szpiku kości. Przetarł oczy i zauważył, że ma lepkie palce. Zamrugał głupio i zobaczył, że obok niego siedzi wyraźnie zmieszana Mirra.
– Co? – spytał. – Spałem, znaczy: dawałem oczom odpocząć. Odpłynąłem na całe dwie minuty.
– Cóż, bujałeś w obłokach, odkąd wróciłem – powiedział inny głos i ślizgon uświadomił sobie, że w przedziale był ktoś jeszcze. W rzeczywistości stłoczeni wokół byli także Morrison, Scorpius i Melonie.
– Kiedy wróciłeś? – zapytał i poczuł nieprzyjemne ukłucie w czaszce – dokuczał mu lekki ból głowy.
– Jakieś dziesięć minut temu. – Morrison wzruszył ramionami.
Albus usiadł normalnie, żeby wszyscy mogli pomieścić się w przedziale. Razem z Mirrą zajął jedną kanapę, podczas gdy reszta ulokowała się na drugiej.
– Zwyczajnie spałem – powiedział obronnie. – Czekałem... czekałem, aż skończycie... tę rzecz, którą robiliście...
– Spotkanie prefektów? – zapytał kulawo Scorpius.
– Tak, właśnie to. – Pokiwał głową.
– Jesteś chory? – Mirra przyłożyła dłoń do policzka Albus, lecz ślizgon się odsunął.
– Nic mi nie jest – odparł, choć nie czuł się dobrze; targały nim mdłości, a w głowie wciąż miał obrazy z koszmaru. – To tylko zmęczenie.
– Jesteś ciepły, może rozpalony.
– W porządku – stwierdził stanowczo. – Jak... jak było na spotkaniu prefektów?
Scorpius zaczął zagłębiać się w zagadnieniach, w jaki sposób przekazano prefektom nowe, surowe zasady dotyczące bezpieczeństwa w zamku, których trzeba będzie przestrzegać – w tym ścisłe monitorowanie wszelkich podejrzanych zachowań na terenie szkoły. Te rygorystyczne środki zostały podjęte ze strachu, że uczniowie mogą znajdować się pod klątwą Imperius, która, choć nie zostało to jeszcze oficjalnie potwierdzone, jest regularnie używana przez członków Diablego Aliansu oraz była bardzo popularna podczas poprzedniej wojny czarodziejów.
Mirra prawie się nie odzywała, kiedy Scorpius wyjaśniał, że po spotkaniu długo rozmawiał z prefekt Hufflepuffu, Anastasią Anifur. Cały czas wpatrywała się w Albusa, najwyraźniej próbując się dopatrzyć na jego twarzy oznak osłabienia organizmu – był to gest pełen miłości, przez co chłopiec czuł się trochę nieswojo. Nie chciał wydawać się taki słaby, bo naprawdę nic mu nie dokuczało poza zmęczeniem.
– Na pewno wszystko w porządku? – zapytała go cicho, podczas gdy Morrison razem z Melonie wypytywali Scorpiusa o szczegóły.
– Owszem – odpowiedział stanowczym tonem. – Po prostu nie mam teraz ochoty na pogaduszki. Naprawdę.
Stwierdzenie to ugruntowało się jako prawdziwe przez resztę podróży. Vincent zdążył nakupować przekąsek od pani z wózkiem, kiedy Albus spał, lecz gdy wróciła, wydał jeszcze więcej pieniędzy; co chwilę coś wcinał. Mirze, Melonie i Scorpiusowi w spokojnej podróży przeszkadzały przymusowe patrole, choć tylko dwie ostatnie osoby wychodziły na nie regularnie. Uparta gryfonka opuszczała przedział zaledwie na kilka minut, aby w pośpiechu wrócić do dotrzymywania towarzystwa swojego chłopaka.
– Nic mi nie jest – powtarzał niczym mantrę.
– Albus czuje się dobrze. Mam go na oku – oświadczył Morrison, odchylając się do tyłu i jedząc czekoladową żabę.
– Cóż, to nie tak pocieszające, jak mogłoby się wydawać – odpowiedziała Mirra, chociaż zaakceptowała rzuconą w jej stronę żabcię.
Przez większość czasu Potter przyciskał głowę do chłodnego okna, obserwując, jak ciemnieje niebo, czasami rozpraszany przez ściskającą jego dłoń gryfonkę.
Finalnie podróż okazała się najdziwniejsza w dziejach dotychczasowych jazd do Hogwartu – paradoksalnie, mijała zarówno wolno, jak i szybko. Zanim się zorientował, pociąg zwolnił, ale do tego czasu jego żołądek zawiązany był na supeł; zatrzymywanie trwało wieczność. Kiedy Mirra przylgnęła do niego, aby mu pomóc wysiąść na zewnątrz, nawet nie protestował.
Idąc za innymi, szli ramię w ramię z Eckleyem i Hornsbrookiem.
– Wszystko z nim dobrze? – Eckley szarpnął głową w kierunku Albusa. – Wygląda na chorego.
– Jest dobrze – burknął, może trochę opryskliwiej, niż zamierzał, bo dziewczyna zganiła go wzrokiem.
– Pirszoroczni tędy! – Ciemność przeszył potężny głos gajowego Hogwartu.
– Hej, Hagridzie – przywitał się słabo ślizgon, choć prawdę powiedziawszy, rozpoznał przyjaciela tylko po tym, że światło pochodni oświetlało jego masywną sylwetkę.
– Cześć, Al! Jak...? Wyglądasz okropnie, dzieciaku! – Nauczyciel opieki nad magicznymi stworzeniami zmienił zamysł w połowie zdania, spoglądając na niego swoimi czarnymi niczym węgle oczami.
– Dzięki, Hagridzie...
Do powozu ciągniętego przez testrale Albus został odprowadzony przez Mirrę. Morrison, Melonie i Scorpius siedzieli już w środku. Chłopiec wymienił szybkie spojrzenie ze skrzydlatym koniem, doskonale wiedząc, że z obecnego grona tylko on mógł je zobaczyć. Miał właśnie razem z gryfonką wejść na pierwszy schodek, kiedy dobiegł ich głos półolbrzyma.
– Maksymalnie czwórka w powozie! Wybaczcie – powiedział, nieśmiało patrząc na zgromadzonych wokół niego pierwszorocznych.
– Daj spokój, Hagridzie... – jęknął Potter.
– Tylko czwórka – powtórzył ponuro gajowy. – Testrale to silne bestie, ale nie lubimy ich, cholibka, przepracowywać...
Albus westchnął, zaś Mirra stęknęła.
– Teraz będę musiała usiąść z Rose, prawda?
– Wypad, Mel! – wtrącił się do rozmowy Morrison.
– Słucham? – Ślizgonka posłała mu zdumione spojrzenie.
– Albus jest chory. Potrzebuje pomocy najlepszych przyjaciół i swojej dziewczyny. Ty się nie nadasz – powiedział szczerze i uśmiechnął się szeroko.
Potter uniósł ze zdziwienia brwi, kiedy Melonie rzeczywiście się go posłuchała i wyskoczyła z powozu.
– Dobrze. Usiądę z Denise, ale z nami koniec, Morrisonie! – warknęła, choć jej słowom przeczyła radosna postawa.
– Tak, tak, idź. – Vincent pomachał ślizgonce ręką na pożegnanie. – Och, i czy wyświadczysz mi przysługę? Przekaż Denise, że jestem singlem i szukam dziewczyny!
– Pewnego dnia tak zajdziesz jej tak za skórę, że taka urocza sprzeczka rzeczywiście zakończy wasz związek – powiedział Scorpius i pomógł przyjaciołom wejść po schodkach.
– Nieee, trzymam ją na smyczy. – Morrison pstryknął palcami.
– Goliłeś się przez lato? – zapytał nagle Malfoy, przez co Potter przypomniał sobie, że też się nad tym głowił na dworcu.
– Hm? O, tak – odparł Vincent, gładząc swą brodę. – Mel woli, jak jestem gładki...
Jazda powozem była wyboista, ale Albus nie miał innego wyjścia, jak tylko jakoś ją znieść. W drodze zastanawiał się, dlaczego czuł się tak okropnie. Koszmar, który przyśnił mu się w domu, nie powodował mdłości – był po nim wyczerpany, owszem, ale nie chory...
– Może kiedy dojedziemy, powinniśmy udać się do skrzydła szpitalnego? – zaproponowała gryfonka.
– Mirra. – Nastolatek miał szczerą nadzieję, że dziewczyna w końcu przestanie o tym myśleć. Był przekonany, że wyzdrowieje, kiedy tylko zasiądzie do stołu podczas uczty...
Powozy podjechały do zamku o wiele wcześniej, niż się spodziewał. Albus stanął na ziemi i wziął głęboki oddech. W podziękowaniu pogłaskał testrala po czarnym, nieco podłużnym pysku, zapominając, że dla postronnych gapiów najprawdopodobniej wyglądał głupio, czule głaskając powietrze. Podążył za przyjaciółmi w kierunku wejścia do Hogwartu, ale dopiero kiedy dotarli na szczyt schodów, zauważył niewyimaginowaną podstawę dla swoich mdłości.
Wielkich wrót prowadzących do Wielkiej Sali pilnowało dwóch czarodziejów. Oboje odziani byli w czarne szaty z emblematem skrzyżowanego miecza z różdżką.
– Co się dzieje? – zapytał z napięciem, choć zdawał sobie sprawę, że nikogo to nie obchodziło; dwójka siódmorocznych prefektów przeszła obok nich obojętnie i odtworzyła drzwi reszcie uczniów.
– Ach, racja – westchnął smętnie Scorpius. – Zapomniałem powiedzieć, że coś jeszcze nam przekazali na spotkaniu w pociągu – dodał, lecz Albus był pewien, że przyjaciel z pewnością nie zapomniałby o czymś tak istotnym.
– Tak? – spytał, rozgoryczony.
– W tym roku ochroną Hogwartu zajmuje się Wybawczy Alians Różdżek – odezwała się Mirra, a następnie uśmiechnęła się krzywo. – Rozkazy Waddleswortha.
Albusowi odpłynęła krew z twarzy oraz ogarnął go obezwładniający, powodowany wściekłością, chłód. Walcząc z chęcią wymiotów, zrobił krok naprzód.
* Antracyd – skała stanowiąca odmianę węgla kopalnego; jest to najsilniej przeobrażona odmiana węgla kamiennego, charakteryzująca się największą zawartością węgla i − co za tym idzie − najwyższą wartością energetyczną ze spalania
** Bahankowica (z ang.: doxicutis) – czarodziejska choroba skórna, wymyślona przez autora oryginału na potrzeby opowiadania
