7. PAN MALFOY
Albus z żarliwie wbitym przed siebie wzrokiem, z rozmysłem ignorując stojących na warcie renegatów, praktycznie przebiegł przed wrota wejściowe, podczas gdy przyjaciele dreptali tuż za nim. Kiedy przeciskał się przez tłum, ludzie spoglądali na niego z oburzeniem, a następnie szybko się odsuwali. Był bardziej niż pewien, że takie zachowanie powodowane jest obecnym statusem Harry'ego Pottera, lecz podświadomie nie mógł odpędzić się od myśli, iż odpowiedzialny był za to jego obecny wygląd.
Chociaż nie widział sam siebie, wiedział, że jest mocno spocony, a twarz miał prawdopodobnie równie zieloną, co swoje oczy. Przeczesał dłonią włosy, a potem musiał na nią chuchnąć – czoło miał piekielnie gorące.
– Zaczekaj, Albusie!
Odwrócił się i zobaczył, że doganiała go Mirra. Tylko w przelocie na niego spojrzała, na chwilę zakryła usta dłońmi, a potem złapała go za ramię.
– Chodź – powiedziała.
– Gdzie...?
– No chodź! – warknęła.
– Co się dzieje? – zapytał Morrison, który zrównał się z nimi krokiem razem ze Scorpiusem u boku.
– Zabieram Albusa do skrzydła szpitalnego – odpowiedziała gryfonka.
Chłopiec stęknął.
– Nic mi...
– Cisza! – zganiła go, a ślizgon, zaskoczony tą nagłą agresywną postawą, potulnie się zgodził i pozwolił sobą sterować.
– To naprawdę dobry pomysł. – Scorpius zmarszczył brwi. – Wyglądasz na chorego, stary.
Albus jęknął – za dobrze o tym wiedział.
– Ominiemy cały przydział – wychrypiał.
– I tak Slytherin wyjdzie w nim kiepsko, stary. – Morrison poklepał go po ramieniu.
– Zajmiemy ci miejsce – obiecał Malfoy, by dziewczyna bez zbędnych ceregieli mogła odciągnąć Ala na bok.
Chłopiec pomachał do przyjaciół, pozwalając się ciągnąć. Kiedy wyszli z tłumu ludzi, Mirra poprowadziła go ku schodom tuż obok wejścia do Wielkiej Sali. Szli ostrożnie, podczas gdy głosy uczniów stawały się coraz to bardziej przytłumione.
– Co zjadłeś na śniadanie? – zapytała ostro. – Może jakieś zepsute mięso?
– Nie chodzi o jedzenie – odpowiedział. – Jestem po prostu zmęczony.
– Boli cię brzuch? Może głowa? Widzisz jakieś plamki?
– To zmęczenie – powtórzył. – I małe mdłości – dodał.
Dotarli na drugie piętro i gwałtownie skręcili. Minąwszy salę obrony przed czarną magią, udali się do skrzydła szpitalnego. Kiedy dziewczyna przeprowadziła go przed drzwi, ślizgon poczuł dziwną mieszankę radości i irytacji; był wdzięczny za troskę, ale nie przepadał za byciem widzianym w tak żałosnym stanie.
Zupełnie jakby ich obecność została natychmiast wykryta, Madam Clearwater wyłoniła się z kantorka z zaciekawionym wyrazem twarzy.
– Tak szybko kontuzja? – zapytała. – Zderzyliście się w drodze na ucztę, prawda?
– Albus jest chory – stwierdziła fachowym tonem Mirra.
Podczas badania nastolatek nie odezwał się nawet jednym słowem.
– Chodź, chodź. Dam ci Wywar Antyinfekcyjny, a potem coś, co postawi cię na nogi i pomoże pozbyć się zmęczenia.
Albus podążył za mediwiedźmą.
– Możesz już iść – powiedziała grzecznie uzdrowicielka, odwracając się w stronę Mirry. – Nie ma sensu tu zostawać i przegapić ucztę powitalną. Zaraz będzie jak nowo narodzony.
– Z chęcią poczekam...
– Nie... – zaczął protestować ślizgon, lecz nie dane mu było dokończyć.
– Jeszcze nie wyczerpałam wszystkich możliwości, a choroba może być zaraźliwa! Naprawdę możesz już iść, kochanie. Obiecuję, że będzie pod dobrą opieką.
Mirra lekko się skrzywiła, a potem pomachała mu na do widzenia, odwróciła na pięcie i opuściła skrzydło szpitalne. Albus podążył za opiekunką w głąb pomieszczenia, wprost do najbliższego pościelonego na biało łóżka.
– Pierwszy przypadek w tym roku – westchnęła wyjaśniająco Madam Clearwater, po czym odwróciła się do niego plecami i zaczęła nalewać do szklanej fiolki coś, co skwierczało i dymiło. – Kiedy cię to dopadło?
– W pociągu – odpowiedział zgodnie z prawdą i odchylił się w tył, chcąc uporać się z bólem głowy.
– Jakiś czynnik wywoławczy? Może zjadłeś wcześniej coś nieświeżego...?
– Nie – stwierdził. – Nie było żadnego czynnika wywoławczego. – Nie zamierzał rozmawiać o swoim koszmarze, a zwłaszcza nie chciał wspominać o jego niekorzystnych skutkach na działanie organizmu.
– Cóż, w takim razie po prostu to wypij.
Mediwiedźma podała Albusowi miksturę, którą ten prawidłowo rozpoznał jako perfekcyjnie uwarzony Wywar Antyinfekcyjny – charakteryzował się szarawym kolorem, unoszącym się nań dymem i niedobrym smakiem. Odebrał go z myślą, że będzie musiał zatkać nos.
– Lester zaraz przyniesie ci eliksir na ospałość – dodała.
Ślizgon uniósł brwi.
– Kto?
Odpowiedzi na to pytanie udzielił mu odgłos zbliżających się kroków. Z drugiej strony skrzydła szpitalnego wyszedł młody mężczyzna o krótkich kręconych brązowych włosach i dość płaskim nosie. Odziany był w czarne szaty, identyczne co ochroniarzy, pełniących wartę przed wrotami Hogwartu.
– Proszę bardzo. – Czarodziej uśmiechnął się i wyciągnął w kierunku mały kubeczek zielonkawego płynu, którego ten nie rozpoznał.
Albus spojrzał na renegata i nie wziął oferowanej mu czarki.
– Wszystko w porządku, kochanie. – W głowie Madam Clearwater pobrzmiewała uspokajająca nuta. – Lester będzie mi w tym roku asystował. Stanowi część personelu ochronnego, udostępnionego nam przez WAR.
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, odsłaniając proste zęby. Praktycznie wcisnął kubek w dłonie ślizgona, który posłał mu pełne obrzydzenia spojrzenie. Kwaskowy, zielono–podobny płyn trochę bulgotał – wyglądał jak trucizna. Jakby na to nie patrzeć, Wybawczy Alians Różdżek próbował go wcześniej zabić...
Żołądek mu się nieprzyjemnie skręcił i powróciła ta przemożna chęć zwymiotowania. Dochodząc do wniosku, że gorzej być już nie może, jednym haustem wypił miksturę i z niemałym zaskoczeniem stwierdził, że nie była najgorsza; smakowała owocowo.
– A teraz sprawdzę, co się dzieje z pana organizmem i zobaczę, co niepokoi układ odpornościowy, panie Potter. Lesterze, czy mógłbyś mi podać...? O, dziękuję...
Madal Clearwater odebrała od swojego asystenta bliżej niezidentyfikowany srebrny przyrząd, prawie że całkowicie prosty, z wyjątkiem malutkiego, przypominającego wiatraczek, urządzenia na końcu. Bez żadnego ostrzeżenia wepchnęła czubek w ucho Albusa, który podskoczył na to nieoczekiwanie doznanie; kółko zaczęło się wewnątrz obracać.
– Co do...?
– Zrelaksuj się – powiedziała i wyszła, zostawiając magiczne urządzenie, które sprzeciwiało się wszelkim prawom grawitacji i wisiało mu w uchu; lekkie wibracje uspokajały nudności.
Chłopiec unikał wzroku Lestera, który nie ruszył się z miejsca i w milczeniu, choć wciąż grzecznie, mu się przyglądał; nie chciał mieć z nim nic do czynienia. Madam Clearwater wróciła w chwili, gdy przyrząd wydał z siebie głośny, brzęczący dźwięk – bezpośrednio do jego ucha.
– W porządku, wyjmę – zakomunikowała i łaskawie usunęła urządzenie, które świeciło na modro. Kobieta przyjrzała się temu z zainteresowaniem. – Hmm – mruknęła.
– Co...? – Albus, biorąc pod uwagę swój kiepski stan, spodziewał się najgorszego.
– To dziwne. Wygląda na to, że nic ci nie dolega.
– Że co? – Wytrzeszczył oczy, zdumiony.
– Nic wewnętrznego, w każdym razie. Brak śladów wirusowej infekcji – nic.
Ślizgon popatrzył przez chwilę przez uzdrowicielkę, a następnie opadł na łóżko i wziął głęboki oddech.
– Najprawdopodobniej to tylko zmęczenie – postawiła diagnozę mediwiedźma.
– Myślę, że stan pacjenta pogorszyła choroba lokomocyjna, Madam Clearwater – powiedział Lester. – W pociągu do Hogwartu mogło być duszno...
Albus jęknął. Wiedział, że żadna z tych rzeczy nie przyczyniła się do pogorszenia się jego stanu zdrowia. Teraz kiedy skupił się na tym, jak źle się czuł, dotarło do niego, że objawy złagodniały od czasu zażycia dwóch eliksirów, a bóle głowy całkowicie ustąpiły.
– Przypuszczam, że to może być reakcja organizmu na kombinację kilku czynników. – Uzdrowicielka westchnęła. – Tak czy inaczej, chcę, żebyś pan tu wrócił, jeżeli jeszcze kiedykolwiek się to zdarzy, panie Potter. Tylko na kontrolę.
Ślizgon skinął głową.
– Czy mogę zejść na ucztę? Czuję się już lepiej.
Mediwiedźma znów westchnęła.
– Spróbuj odpocząć jeszcze kilka minut i oczyścić umysł. Potem możesz iść.
Lester miał Albusa na oku, kiedy Madam Clearwater zajęła się innymi obowiązkami. Chłopiec przewrócił się na bok, aby uniknąć nawet rejestracji obecności renegata. Pozostał w tej pozycji, dopóki przestało mu się kręcić w głowie, a jego skóra stała się zauważalnie mniej lepka, po czym podniósł się z łóżka bez słowa i opuścił skrzydło szpitalne.
Szedł korytarzem w stronę schodów ze świadomością, że wchodząc w środku uczty do Wielkiej Sali, zrobi scenę. Miał nadzieję, że nie przegapił całej ceremonii przydzielania nowych uczniów, bo chciał wiedzieć (albo potwierdzić swoje przypuszczenia) dokąd Tiara wysłała Roxanne.
Z tyłu głowy jednak był skupiony na tym, co się wydarzyło. Choroba – choć stosunkowo krótka – była co najmniej niezwykła. Jeżeli naprawdę fizycznie zupełnie nic mu nie dolegało, to co oznaczała dla jego umysłu? Czy nagłe pogorszenie stanu zdrowia i koszmar z pociągu rzeczywiście są ze sobą połączone, czy zbliżony czas ich występowania był tylko zbiegiem okoliczności? Po pierwszym wakacyjnym koszmarze nie wystąpiły żadne – oprócz zmęczenia – podobne objawy...
Gdy dotarł do wrót, powoli otworzył drzwi, lecz ku ogromnej uldze, nie został zauważony. Wielką Salę wypełniała paplanina, a Neville niósł trójnogi stołek w jednej ręce, a Tiarę – sprawiającą wrażenie nieożywionego przedmiotu – w drugiej. Wszystko wskazywało na to, że przegapił tylko przydział do domów.
Przez chwilę lawirował pomiędzy stolikami, żeby w końcu usiąść naprzeciwko Morrisona i Melonie, obok Scorpiusa.
– Wyglądasz lepiej – oświadczył blondyn.
– Madam Clearwater nafaszerowała mnie eliksirami – burknął.
– Dowiedziała się, co było z tobą nie tak? – zapytał Morrison.
– Najwyraźniej nic. – Westchnął. – Czy wiecie może, gdzie wylądowała...
– W Gryffindorze – odpowiedział Scorpius, zanim jeszcze skończył zdanie, ale Albus nie zwracał na to uwagi – sam nie był pewien, dlaczego w ogóle to pytał. – Razem z trzema innymi osobami.
Nastolatek uniósł brwi, zaskoczony tą informacją.
– Prawie wszyscy zostali przydzieleni do Ravenclawu lub Hufflepuffu – powiedziała Melonie.
– To dziwne. – Był zaintrygowany. Rozejrzał się po Wielkiej Sali i zobaczył, że stół obok nich – krukonów – rzeczywiście wyglądał na niecodziennie przeludniony. – Zastanawiam się czemu tak...
– Nie umiesz dodać dwa do dwóch, Potter?
Odwrócił się. Zaledwie kilka miejsc od Morrisona miejsce zajął sobie krzepki piątoroczny uczeń z dużymi przednimi zębami i rozwichrzonymi blond włosami, którego ledwo kojarzył. Może rok czy dwa lata temu zjawił się na kwalifikacjach do ślizgońskiej drużyny quidditcha. Siedział obok Barnabusa Curdera, który był przyjacielem z roku Albusa.
– Co takiego? – zapytał, zaniepokojony tym, że osoba, która nie kwalifikowała się nawet jako jego znajomy, odważyła się mówić w tak zaczepny i protekcjonalny sposób.
Nastolatek prychnął.
– Ludzie nie chcą wylądować w Gryffindorze, bo był w nim twój ojciec.
Albus zarumienił się gwałtownie. Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, Morrison się odwrócił.
– Hej, dzieciaku! – wrzasnął przez cały stół, wyglądając przy tym – paradoksalnie – i poważnie, i zjadliwie. – Kim jesteś i dlaczego otwierasz buzię? Nie pozwoliłem ci zabrać głosu...
Kilku starszych ślizgonów zachichotało bez skrępowania, ale zanim wynikło z tej wymiany zdań coś większego, po Wielkiej Sali rozniosło się zwracające uwagę chrząknięcie. Potter spojrzał w kierunku stołu nauczycielskiego na podniesieniu, koncentrując się wyłącznie na Minerwie McGonagall.
Wyglądała tak samo, jak w poprzednich latach, odkąd objęła stanowisko dyrektora szkoły. Było w jej zachowaniu jednak coś, co wydawało się nietypowe; coś, co chłopiec mógł zauważyć, nawet kiedy kobieta milczała. Sprawiała także wrażenie nienaturalnie podenerwowanej.
– Witajcie, uczniowie! Tych, którzy wrócili po wakacyjnej przerwie do zamku, witam na kolejnym roku nauki! Tych, którzy dopiero rozpoczynają swą edukacyjną przygodę, witam z otwartymi ramionami!
Ponownie odchrząknęła. Wyglądała nieswojo. Albus nie odrywał od niej wzroku; nie pozwalał oczom wędrować po Wielkiej Sali i obserwować innych profesorów – był zbyt zajęty odczytywaniem sygnałów wysyłanych przez panią dyrektor.
– Hogwart od zawsze był czymś więcej aniżeli zwykłą szkołą; czymś więcej niż miejscem zdobywania wiedzy poprzez książki bądź nauczycieli. Tutaj, w Hogwarcie, jesteśmy wspólnotą i wielką rodziną: uczymy się razem oraz dzielimy wzajemnymi doświadczeniami. W tym roku z całą pewnością nie będzie inaczej! – Wykład wygłosiła z entuzjazmem, a następnie na jej twarzy zagościł zacięty i jednocześnie smutny wyraz. – Jest jednak kilka godnych uwagi kwestii, które należy omówić przed rozpoczęciem wspaniałej uczty i początkiem nauki – przede wszystkim sprawę ogólnego bezpieczeństwa.
Kilka osób się wzdrygnęło, a część sapnęła. Albus milczał niczym zaklęty; bez słowa wciąż wpatrywał się w panią dyrektor, która w momencie zaczęła się czerwienić.
– Jak przed chwilą wspomniałam, Hogwart stanowi wspólnotę. Sprawą najwyższej wagi dla ściśle powiązanych ze sobą jednostek jest ochrona społeczności. Wszyscy bez wątpienia słyszeliście o tym, co się dzieje w świecie zewnętrznym oraz zarejestrowaliście szepty i pomruki niepewności dorosłych dotyczące zbliżającego się ataku. Dziś upewniam was w przekonaniu, że miejsce, w którym przebywacie, jest silnie ufortyfikowane – Hogwart jest bezpieczną fortecą. Otaczające was mury i tereny nieraz już obroniły uczniów i nadal będą to robić!
Wielką Salę wypełniły oklaski, lecz Albus był pewien, że za tą myślą kryje się coś więcej. Miał rację – czarownica uniosła dłoń, aby uciszyć podopiecznych.
– Prawdę powiedziawszy, magia nieożywionych murów jest bardzo potężna, ale chroni tylko przed penetracją z zewnątrz. W tych trudnych czasach udowodniono nam, że czasami wymagane jest bardziej osobiste podejście do sprawy własnego bezpieczeństwa. Właśnie dlatego jesteśmy szczęśliwi, mogąc gościć naszą straż przyboczną.
McGonagall rękoma wskazała prawą i lewą stronę Wielkiej Sali, a uczniowie natychmiast rozejrzeli się wokół. Wzdłuż ścian ustawili się ubrani na czarno mężczyźni, których wcześniej zdecydowanie tu nie było. Wszyscy dumnie wypinali klatki piersiowe, oznakowane wiadomymi insygniami, podkreślającymi ich lojalność.
– Wybawczy Alians Różdżek, o którym najprawdopodobniej wszyscy słyszeliście, wziął na swe barki całoroczną ochronę Hogwartu, zapewniając nam psychiczne i fizyczne wsparcie. Warren Waddlesworth – przywódca organizacji – zapewnił mnie, że obecność straży w żaden sposób nie zakłóci szkolnego trybu nauki czy życia. Także ci ludzie, których spotkaliście przy wrotach wejściowych, są częścią naszego nowego personelu obronnego. Są tutaj, aby zagwarantować nam dodatkowe, wewnętrzne bezpieczeństwo, jak również, aby zapewnić szczególny poziom komfortu; są nie tylko strażnikami, ale też ludźmi, zupełnie takimi samymi, jak i wy. Jeżeli macie jakiekolwiek pytania, wątpliwości lub potrzeby związane z obawami o losy zewnętrznego świata, zachęcam was do uzyskania odpowiedzi od jednego z nich. Wybawczy Alians Różdżek jest tu obecny, żeby pomagać wam w każdym znaczeniu tego słowa. – Zrobiła pauzę. – Ponadto proszę gronu pedagogicznemu lub wartownikom zgłaszać wszelkie podejrzane aktywności na terenie szkoły. Zawsze znajdziemy mieć czas, aby wysłuchać waszych obaw, bez względu na to, jak trywialne się wydają.
Wyglądało na to, że ta szczególna część przemowy dobiegła końca, ale Albus wiedział, że słowa dyrektorki będą go dręczyć przez całą noc. W końcu oderwał wzrok od McGonagall i zdecydował się dokładniej przyjrzeć wyprostowanym niczym struna renegatom. Nawet biorąc pod uwagę swoje wcześniejsze zatargi z Aliansem, nie rozpoznał żadnego z nich, co nie sprawiło, że był zadowolony z towarzystwa któregokolwiek.
Po zakończeniu wstępnych oględzin skoncentrował się na przemówieniu, a raczej wyłapaniu z niego zakodowanych i ukrytych przesłań. Bez względu na to, jak wiele z tych słów zostało z góry narzuconych do wyrecytowania, McGonagall z pewnością znalazła sposób, żeby – pod przykrywką pochwał renegatów – przemycić nieco od siebie. Albus niemalże natychmiast zinterpretował podstawową tezę: Wybawczy Alians Różdżek najechał Hogwart.
Warren Waddlesworth – pod wygodnym pretekstem ochrony nieletnich, wciąż uczących się czarodziejów – jeszcze bardziej umocnił swój publiczny wizerunek. Najprawdopodobniej w ciągu kilku następnych dni uczniowie wyślą do rodzin masę listów, w których to będą się rozpisywać nad tym, jak o niebo lepiej się czują, kiedy ktoś nad nimi czuwa. Co więcej, Waddlesworth znalazł także sposób, aby mieć oko na zamkniętą w szkolnych murach młodzież, z powodów, których Albus nie potrafił nawet pojąć. To nie była nowa taktyka: w zeszłym roku ministerstwo przetarło ten szlak, obsadzając stanowisko mistrza eliksirów Wendellem Puckerdem. Być może Wybawczy Alians Różdżek nie musiał nawet scalać się ze strukturą rządową – jakby na to nie patrzeć, renegaci sięgają ku tym samym argumentom...
– Czas na inne wieści organizacyjne – powiedziała McGonagall, a chłopiec natychmiast poderwał do góry głowę. – W tym roku nastąpiła także inna zmiana w gronie pedagogicznym. Profesor Puckerd, nasz zeszłoroczny mistrz eliksirów, zrezygnował z pracy z powodów osobistych. Stanowisko przejął po nim profesor Malfoy.
Albus wytrzeszczył w szoku oczy. Siedzący trochę dalej od pani dyrektor Draco Malfoy wstał ze swojego miejsca i pomachał do uczniów, siląc się na uśmiech – z marnym skutkiem.
Cztery wielkie stoły wybuchnęły nieskrywanymi szeptami, niewątpliwie dlatego, że nazwisko wydawało się wszystkim dość znajome. Zamiast przyłączyć się do rozmów, Albus odwrócił się do Scorpiusa, który uśmiechał się od ucha do ucha.
– Dlaczego...?
– Bo wyraz twojej twarzy, kiedy mój tata wstał, był bezcenny – przerwał mu przyjaciel.
– Wiedziałeś? – Chłopiec spojrzał na szczerzącego się Morrisona.
– Zobaczyłem go od razu, kiedy tylko wszedłem. Jestem zaskoczony, że tak długo żyłeś w niewiedzy...
Scorpius machnął uciszająco dłonią, bo McGonagall znów odchrząknęła.
– Profesor Malfoy nie jest obcym w Hogwarcie i naprawdę cieszymy się, że zgodził się przyjąć posadę nauczyciela. Jak niektórzy się zapewne już domyślili, obejmie on też stanowisko opiekuna Slytherinu.
– Bum! – Vincent odtańczył w miejscu mały taniec zwycięstwa. – Czy wy też widzicie te super przywileje?
Scorpius i Melonie uciszyli go znaczącym spojrzeniem, a pani dyrektor wznowiła przemowę.
– Czas na tradycyjne informacje – oświadczyła. – Wiem, że wszyscy jesteście głodni i nie możecie doczekać się uczty, więc przepraszam za długie ogłoszenia, ale biorąc pod uwagę ich istotny charakter, uznałam, że najlepiej będzie przebrnąć przez nie jak najwcześniej. Z corocznych komunikatów: Zakazany Las jest, oczywiście, zakazany. Lekcje latania na miotle dla pierwszorocznych nie są obowiązkowe, ale zdecydowanie zalecane. Kapitanowie drużyn – tu Albus wytężył słuch, bo prawie zapomniał, że spotkał go ten zaszczyt – powinni spotkać się z opiekunami swoich domów, aby omówić datę kwalifikacji.
Potter skinął w milczeniu głową. Zdał sobie sprawę, że będzie prowadził tę dziwaczną rozmowę z osobą, z którą kiedyś ćwiczył powietrzne triki.
– Niech rozpocznie się uczta! – zawołała McGonagall, definitywnie zakańczając swe przemówienie.
Półmiski i misy przed uczniami natychmiast wypełniły się wspaniale wyglądającym jedzeniem, a w pucharach od razu pojawił się sok dyniowy. Morrison rzucił się do przodu i chwycił talerz z tłuczonymi ziemniakami, zaś Albus nałożył ich sobie tylko troszkę. Być może była to pozostałość po wcześniejszej chorobie, ale nie był szczególnie głodny. Zamiast nakładać sobie tony pyszności, zdecydował się na minimalizm i odwrócił do Scorpiusa.
– W jaki sposób właściwie twój tata zdobył tę pracę? – Był naprawdę ciekawy.
– Uważasz, że brak mu odpowiednich kwalifikacji? – Malfoy przeszedł do ataku.
– Chwila. Myślałem, że...
– Spokojnie. Żartowałem. – Blondyn machnął dłonią w żartobliwym geście. – Wierz mi lub nie, ale sami do niego zgłosili. W szkole był całkiem niezły z eliksirów i wyróżniał się z tłumu, bo wiedział, co i z czym działa. Nic nie stało teraz na przeszkodzie. Był jednym z pierwszych, którym zaproponowano posadę i od razu się zgodził.
– Hm, więc... wasza sytuacja finansowa...
– Nie narzekamy na brak pieniędzy. – Uśmiechnął się Scorpius. – Nie jesteśmy bardzo bogaci, ale... to dla nas wielka okazja, naprawdę. Szkoda mi tylko mamy – jest sama w domu.
Albus skinął głową ze zrozumieniem. Kiedy odwrócił się, żeby ukroić sobie kawałek indyka, zauważył, że w jego stronę rzucane jest groźne spojrzenie. Gdy nawiązał kontakt wzrokowy z nieznajomym z kręconymi włosami, z którym miał wcześniej małe spięcie, ten szybko zerknął w inną stronę.
– Znasz tego dzieciaka? – zapytał cicho Scorpiusa.
– Chyba ma na imię Lucas albo jakoś podobnie – odpowiedział przyjaciel. – O ile dobrze pamiętam, trochę z niego kretyn. Raz pożyczył ode mnie książkę i zrobił wokół tego zamieszanie.
– Ach...
Albus z rozmysłem ignorował ten potępiający wzrok do samego końca uczty, jednocześnie zauważając, że było to jedno z nielicznych nieprzychylnych rzucanych mu spojrzeń. To miła niespodzianka, biorąc pod uwagę zachowanie hogwarckiej młodzieży, z którą mijał się na peronie. Stół Slytherinu ogółem był wesoły, a większość żartów – co nie było zaskakujące – kierowana była w stronę Scorpiusa.
– Myślę, że właśnie znalazłem nowego najlepszego przyjaciela – stwierdził z przekonaniem czwartoroczny ślizgon siedzący po lewej stronie blondyna, szturchając go lekko łokciem; Potter kojarzył go tylko z mijanki w pokoju wspólnym.
Wszyscy byli rozbawieni.
– Mnie i Scorpiusa łączy wspólna przeszłość – powiedział Barry Bryant, którego chociaż znali. – W zeszłym roku prawie wygraliśmy mistrzostwa, nie?
– To nie będzie miało znaczenia, ludzie. – Malfoy uniósł dłonie do góry, chociaż Albus wiedział, że choć raz cieszył się, że był w centrum uwagi. Mimo swojej inteligencji nie należał do najpopularniejszych uczniów w szkole. – Tata w roli nauczyciela nie jest gwarantem specjalnego traktowania i dodatkowych przywilejów. Możecie mieć pewność, że dotyczy to też moich przyjaciół.
Parę osób przewróciło lekceważąco oczami.
– Mówię poważnie. – Scorpius pochylił się do Albusa i ściszył głos. – Ojciec rozmawiał ze mną na ten temat kilka tygodni temu – że pokrewieństwo nigdzie mnie nie zaprowadzi. Jeżeli już, to po prostu będzie się uważniej przyglądał moim postępom w nauce.
– Jestem pewien, że wszystko będzie dobrze – odpowiedział. – Jesteś dobry z eliksirów, więc twój tata nie będzie miał powodów, żeby ci dogryzać.
– Nie wiedziałam, że w Hogwarcie nie ma zakazu nauki pobierania nauk od własnego rodzica – stwierdziła niespodziewanie Melonie.
Vincent parsknął.
– Nie rozumiem, dlaczego miałoby być to zakazane. To znaczy, jeśli ktoś ma talent do eliksirów, powinien po prostu ich nauczać! Nie ma znaczenia, czy jego dziecko chodzi do tej szkoły, czy innej...
– Morrison ma rację – poparł przyjaciela Scorpius. – O dziwo. – dodał. – Mój ojciec był odpowiednim kandydatem na to stanowisko. Nie ma znaczenia, że nie skończyłem jeszcze studiów...
Rozmowa na temat Dracona Malfoya ucichła dopiero pod koniec uczty, kiedy wszystkie talerze i misy zostały opróżnione. Uczniowie wstawali, ziewali i ściskali się za brzuch, bełkocząc o przepełnionych żołądkach. Finalnie prefekci odprowadzili pierwszorocznych do dormitoriów.
Albus chwiał się na nogach obok Morrisona, podczas gdy Scorpius i Melonie zabrali się za swoje obowiązki. W międzyczasie zerkał także na Mirrę. Z racji tego, iż szli zupełnie innymi korytarzami w zupełnie innych kierunkach, najwyraźniej musiał zaczekać do jutra, aby z nią porozmawiać. Kiedy maszerowali razem z tłumem starszych współdomowników, do głowy chłopca niespodziewanie wpadła pewna myśl.
– Hej, byłeś obecny podczas przydziału, prawda? O czym śpiewała Tiara?
– Właściwie, to była dziwna piosenka. – Morrison podrapał się po nosie. – Pamiętasz, że ostatnio bredziła o jedności i tego, gdzie należymy? W sumie to się powtórzyła, prawie wszystkie wersy. Na końcu może dodała po zdaniu na temat każdego domu. Brzmiała, jakby jej słowa powinny mieć większą moc...
– Yhym – mruknął Albus. – Tak właśnie myślałem, że będzie.
Do wejścia do pokoju wspólnego dotarli wcześniej, a więc musieli trochę poczekać, aż nadejdzie Scorpius i wyjaśni pierwszorocznym mechanizm zamaskowanej kamiennej ściany i protokoły nowych haseł. Po wypowiedzeniu dewizy – „Derwent*" – weszli do ślizgońskiego sanktuarium.
Widząc słabo oświetloną zielenią komnatę, Potter uśmiechnął się słabo. Zmarkotniał, kiedy jego spojrzenie spoczęło na jakże znajomym gobelinie Severusa Snape'a.
Razem z Morrisonem byli jednymi z pierwszych, którzy udali się do dormitoriów, gdzie po prostu padli twarzami na łóżka.
– Został nam tylko rok. – Vincent zasłonił kotary wokół łóżka.
– Scorpius? Zastanawiam się, kiedy będziemy mieli pierwszą lekcję z twoim tatą – zagaił Bartleby Bing ze swojego rogu.
– Nie mam pojęcia – odmruknął sennie blondyn.
Po koledze Dante Haug zadał Malfoyowi kolejne pytanie dotyczące nowego mistrza eliksirów. Albus nie dołączył do przepytywani i wyłożył się wygodnie na łóżku, ukryty odcinającymi od świata zasłonami, zadowolony, że ktoś przyciąga więcej uwagi od niego. Naprawdę nie chciał, aby któryś ze współdomowników wywlókł na wierzch temat Harry'ego Pottera.
Zamiast dalej przysłuchiwać się mamrotom przyjaciół, pozwolił ciężkim powiekom opaść, a otaczające go lekko przytłumione głosy utuliły go do snu; pragnął nie śnić.
Następnego ranka Albus obudził się wcześniej niż zazwyczaj, co było dziwne, biorąc pod uwagę to, jak mało ostatnimi czasy spał. Kiedy przetarł oczy, zauważył, że kotary łóżek współdomowników wciąż były pozasłaniane. Wstał i udał się do pokoju wspólnego z przekonaniem, że nikogo tam nie zastanie. Zdziwił się niemiłosiernie, gdy na dole przywitał go Scorpius.
– Dzień dobry. – Przyjaciel siedział na podłodze, zaledwie kilka cali od rozpalonego kominka. Na kolanach trzymał podniszczony podręcznik.
– Dobry. – Albus ziewnął. – Co...? Już się uczysz?
Blondyn delikatnie się uśmiechnął.
– Tylko troszeczkę.
– Od kiedy jesteś na nogach?
– Będzie jakaś godzina...
Potter stłumił kolejne ziewnięcie, a następnie podszedł bliżej. Spojrzał na aktualnie otwartą stronę książki i natychmiast rozpoznał dziedzinę nauki.
– „Eliksiry dla zaawansowanych"? – przeczytał na głos.
– No co? – Scorpius przewrócił kartkę, oburzony. – Chcę zrobić dobre pierwsze wrażenie...
Albus potrząsnął głową i opadł na wygodny, wyrzeźbiony w kamieniu fotel. Obserwowanie wkuwającego zapewne i tak nieprzydatne informacje przyjaciela było niesamowicie nudnym zajęciem, ale na szczęście około pół godziny później do pokoju wspólnego zaczęli schodzić ludzie i wreszcie, ze wciąż na wpół zaspanym Morrisonem, zeszli na śniadanie.
– Nie do wiary. Pilnują nas, nawet kiedy jemy? – prychnął, siadając; pod dwiema przeciwległymi ścianami Wielkiej Sali ustawiło się kilku renegatów z nazbyt poważnymi wyrazami twarzy.
– Niech robią, co chcą. Nikogo nie skrzywdzą. – Vincent przyciągnął do siebie tacę z kiełbaskami.
Albus znów prychnął i nałożył sobie pełen talerz bekonu. Niemal nieświadomie zerknął na stół nauczycielski i zobaczył tatę Scorpiusa – albo raczej profesora Malfoya – który prowadził kulturalnie wyglądającą rozmowę z Hagridem. Odwrócił wzrok, dopiero gdy do komnaty wszedł Neville, niosąc harmonogramy zajęć. Co dziwne, nauczyciel z każdym ucinał sobie krótką pogawędkę.
– Co się dzieje? – zapytał wszem wobec.
Morrison i Scorpius wbili w niego zdziwione spojrzenia.
– Sprawdza, czy wszyscy zapisali się na prawidłowe przedmioty na poziomie owutemów – odpowiedziała siedząca naprzeciwko niego Melonie, której obecności wcześniej nie zarejestrował. – Pamiętasz, że ludzie mają w tym roku różne plany lekcji, prawda?
Albus się zakrztusił, bo bekon stanął mu w gardle. Jak mógł o tym zapomnieć? Niewątpliwie przyjaciele spędzili całe lato na porządkowaniu swoich harmonogramów zajęć i upewnili się tym samym, że po powrocie do Hogwartu będą mogli dążyć do wykonywania zawodu, o którym marzyli; on nie poświęcił tej myśli nawet sekundy.
To zaniedbanie, oczywiście, nie wynikało tylko z jego winy. Profesor Puckerd kiepsko sobie poradził, udzielając mu porad zawodowych. W rzeczywistości nauczyciel dołożył wszelkich starań, aby upewnić go w przekonaniu, że nie czeka go żadna przyszłość; był to najistotniejszy dlań priorytet w tamtym czasie.
Czekał, dusząc się w sosie własnym, a Neville nieubłagalnie się zbliżał. Mężczyzna najpierw podszedł do Scorpiusa, potem przeprowadził stosunkowo krótką rozmowę z Morrisonem, a na końcu odwrócił się do ostatniego z trójki ślizgonów.
– Albus Potter. Albus... – powtarzał, przeglądając plik harmonogramów. – Ach! Właściwie to chciałbym z tobą porozmawiać. Twój arkusz jest całkowicie pusty! Wygląda na to, że zeszłoroczny opiekun Slytherinu w ogóle go nie wypełnił...
– Cóż, sęk w tym, że... – urwał i posłał profesorowi skrzywiony uśmiech, w międzyczasie drapiąc się po głowie. Przez chwilę spróbował zebrać myśli i wyjaśnić nauczycielowi zaistniałą sytuację, lecz skapitulował, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. – Puckerd był okropnym doradcą zawodowym. Tak naprawdę to... nie doszliśmy do żadnych wniosków.
– Rozumiem. – Uśmiechnął się krzywo Neville. – W takim razie: skoro zeszłoroczne rozmowy okazały się bezproduktywne, czy byłaby jakaś konkretna ścieżka kariery, która by cię interesowała?
Albus przygryzł wargę.
– Mniej więcej. Zawsze byłem dobry w... Myślałem o stanowisku nauczyciela eliksirów – wydukał nieskładnie.
Co dziwne, profesor Longbottom spojrzał na niego, jakby był pod wrażeniem udzielonej odpowiedzi.
– Z całą pewnością zdobyłeś odpowiednią ocenę z SUMów, ale w tym zawodzie chodzi o coś więcej, niż tylko eliksiry. Będziesz potrzebował przynajmniej zielarstwa i opieki nad magicznymi stworzeniami; oba dostarczają informacji na temat niezbędnych składników mikstur.
– Nie będę miał problemu z obu tych przedmiotów, prawda? – zapytał. – To znaczy, czy mógłby pan teraz uaktualnić mi rozkład zajęć?
Neville postukał palcem w arkusz pergaminu, a następnie wręczył ją Albusowi, który w duchu odczuł niewiarygodną ulgę.
– Szczegóły będziesz musiał uzgodnić z opiekunem swojego domu, ale wstępna rozpiska powinna się na razie sprawdzić, bo obejmuje podstawy. Najprawdopodobniej będziesz chciał trochę w nim pozmieniać...
– Wielkie dzięki, profesorze – sapnął i naprawdę miał to na myśli.
Longbottom posłał mu ciepły uśmiech, po czym pochylił się do przodu.
– Trzymaj się, Albusie – powiedział tajemniczym, wibrującym tonem, a potem przeszedł do omawiania kariery następnej osoby.
Chłopiec wrócił do śniadania, ale wciąż co rusz zerkał na swój harmonogram.
– Nieźle – podsumował. – Najpierw mam opiekę nad magicznymi stworzeniami, a po niej godzinę wolną!
– Też mam dużo wolnego – odpowiedział Morrison, przeglądając własny plan.
Albus dostrzegł, że ulubiony przedmiot ma dwa razy w tygodniu – podwójne zajęcia dzisiaj po południu oraz w piątek. Wyciągnął szyję, żeby zobaczyć arkusz Scorpiusa i z zadowoleniem zarejestrował, że przyjaciel ma tyle samo godzin eliksirów, co on.
– Morrison? Masz może eliksiry dziś i w piątek?
– O dziwo – odpowiedział przyjaciel. – Dostałem tylko Zadowalający z SUMów.
– To pewnie dzięki mojemu tacie – stwierdził Scorpius. – Zawsze daje ludziom drugą szansę.
Dzwonek rozbrzmiał w chwili, kiedy kończyli śniadanie; po nim musieli się rozstać. Albus i Morrison rozpoczęli masz w kierunku okolic chatki Hagrida, zaś Malfoy wybierał się na mugoloznawstwo.
– Czemu wciąż łazisz na te głupie zajęcia? – zapytał Vincent, gdy mieli się rozdzielić na korytarzu.
– Urzędnicy ministerstwa magii muszą umieć radzić sobie z mugolami – wyjaśnił w pośpiechu blondyn. – Do zobaczenia później.
Scorpius natychmiast ruszył w górę schodów, a Albus z Morrisonem wyszli ze szkoły głównymi drzwiami. Obaj uczęszczali na opiekę nad magicznymi stworzeniami, chociaż wybór przyjaciela miał naprawdę niewiele wspólnego z wymarzoną karierą zawodową, a wynikał z prostego zamiłowania do przedmiotu.
– Jak myślisz, co Hagrid dla nas szykuje – znaczy: jako grupy owutemowej? – zagaił Potter.
– Stawiam na mantykory i chimery. – Uśmiechnął się Vincent.
Wyszli na świeże powietrze, lecz wtem ktoś zwrócił ich uwagę.
– Idziecie na błonia? – Za nimi truchtała Mirra. Co dziwne, nikt jej nie towarzyszył. – Wyglądasz o wiele lepiej, Al – oświadczyła, gdy się z nimi zrównała i pocałowała ślizgona w policzek.
– Ano, Madam Clearwater od razu poskładała mnie do kupy. Polepszyło mi się już na uczcie.
– A co tak właściwie ci dolegało?
– Hm – mruknął niezobowiązująco, rozważając możliwe opcje. – Zjadłem coś nieświeżego. Miałaś całkowitą rację.
– Wiedziałam! – Potrząsnęła głową. – Naprawdę powinieneś przykładać większą wagę do swoich nawyków żywieniowych.
Morrison rzucił Albusowi zaciekawione spojrzenie i nie było co się temu dziwić: przyjaciołom powiedział więcej. W rzeczywistości chłopiec nie chciał, aby dziewczyna dowiedziała się, że choroba miała podłoże psychosomatyczne. Wiedział, że gdyby poznała prawdę, wykład, który by mu wygłosiła, byłby znacznie dłuższy i miałby poważniejszy charakter, aniżeli pouczenie na temat unikania niestrawności żołądkowych.
– Idziecie na opiekę nad magicznymi stworzeniami? – zapytała Mirra, dostosowując się do tempa ślizgonów.
– Ano – odpowiedział jowialnie Morrison. – A Scorpius utknął na zajęciach z nudnego mugoloznawstwa. Ha!
– Czy mogliście uwierzyć w ten numer z jego tatą? – kontynuowała. – Byłam w szoku. W sensie jestem pewna, że będzie dobrym nauczycielem, ale naprawdę mnie to zaskoczyło.
– Po południu przekonamy się, co z tego wyniknie – powiedział Albus. – Mam z nim później podwójne eliksiry...
– Ja też! – Podekscytowana Mirra bez skrępowania sięgnęła do kieszeni szat swojego chłopaka i wyciągnęła z niej rozkład zajęć, który dziś wręczył mu Neville. Oddała go po chwili analizy. – Będziemy mieć razem lekcje tylko w poniedziałki i piątki. – Wyglądała na zbitą z tropu. – Dlaczego zapisałeś się na zielarstwo?
– Chcę być nauczycielem eliksirów. – Wzruszył ramionami. – Więc muszę co nieco wiedzieć o... no sama przecież wiesz, ziołach.
– A co ty robisz na opiece nad magicznymi potworkami? – zapytał Morrison dziewczynę.
Gryfonka się zarumieniła.
– Szczerze mówiąc, w zeszłym roku, kiedy przyszedł czas wyboru ścieżki zawodowej i profesor omawiał ze mną wszystkie możliwości, nie skłaniałam się ku niczemu konkretnemu. Później, gdy rozmawiałam z Rose – a przynajmniej więcej niż teraz – wspomniała, że jej wujek przez wiele lat zajmował się smokami. Zdecydowałam, że chciałabym sprawdzić się w tej dziedzinie.
Albus rzucił Mirze zaniepokojone spojrzenie, ale ta machnęła na to ręką.
– Nie w hodowli smoków! – wyjaśniła. – Generalnie to w opiece nad różnymi stworzeniami. Myślę, że wszystkie są interesujące. Chciałabym zostać magizoologiem.
Potter, który wiedział już coś niecoś na ten temat z ich wakacyjnych rozmów, zwrócił uwagę na inny istotny szczegół.
– A skoro mowa o Rose... Czy się...?
– Wczoraj wieczorem trochę rozmawiałyśmy – odparła chłodno. – Wciąż jesteśmy daleko od relacji, w której byłyśmy. Nadal oczekuję przeprosin – dodała ponuro, jakby doskonale wiedziała, że na skruchę dawnej przyjaciółki nie ma co liczyć.
Gdy dotarli na polanę w pobliżu chaty Hagrida, stało tam już kilkoro uczniów; nauczyciela nigdzie nie było widać. Albus szybko zorientował się, że razem z Morrisonem będą jedynymi ślizgonami na tych zajęciach, choć gryfonów też nie było dużo: prócz Mirry przyszła jeszcze jedna uczennica, której nawet nie kojarzył.
– Gdzie zapodziała się reszta twojej grupki? – zapytał, myśląc o Eckleyu i Hornsbrooku.
– Charlie i Donny nie wzięli ani jednego nadprogramowego przedmiotu. Obaj chcą pracować w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, więc siedzą teraz na transmutacji.
Parsknięcie zamaskował nagłym atakiem kaszlu, ale wyglądało na to, że Mirra nic nie podejrzewała. Hornsbrook może i rzeczywiście chciał zasilić szeregi tej sekcji, ale biorąc pod uwagę to, kim jest jego ojciec i czym się zajmuje, z pewnością w przyszłość Ministerstwo Magii zostanie przeorganizowane. Najprawdopodobniej obaj sądzili, że do czasu ukończenia Hogwartu Waddlesworth postawi na swoim, a w konsekwencji Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów będzie się składał tylko i wyłącznie z podległych Ministrowi renegatów.
Ta myśl zaalarmowała ślizgona.
– Hm, a tak z czystej ciekawości... – zaczął. – Jak Eck... Charlie i Donny zapatrują się na to całe zamieszanie z Wybawczym Aliansem Różdżek; z monitorowaniem Hogwartu i całą resztą?
Mirra westchnęła z irytacją.
– Jesteśmy w szkole od około dwunastu godzin, Albusie. Tak szybko chcesz, żebym wcieliła się w rolę szpiega?
– Byłem tylko ciekawy! – Chłopiec uniósł w obronnym geście ręce, a Morrison zachichotał.
Rozmowa na tym się zakończyła, bo w oddali zobaczyli Hagrida. Maszerował w kierunku międzydomowej grupy z szerokim uśmiechem na twarzy. Ze sposobu, w jaki kroczył i miał wyciągnięte przed siebie ręce, można było wywnioskować, iż coś niesie – chociaż wbrew wszystkiemu, nic nie było widać.
– Czołem, uczniowie! – przywitał się rozpromieniony nauczyciel. Albus pomyślał, że na jego miejscu może pokusiłby się o wyrażenie niezadowolenia z powodu tak małej frekwencji na zajęciach, lecz półolbrzym zdawał się tego nie zauważać.
– Dzień dobry! – wymamrotała niemrawo grupka; tylko Morrison to wykrzyczał.
Hagrid puścił Vincentowi oko, a potem przeszedł do części wykładowej.
– Wszyscy jesteście se tu z jednego powodu. Chcecie dowiedzieć się wincyj o magicznych stworzeniach i chcecie zobaczyć nowe. Nie zależy wam na zaprzyjaźnianiu się ze zwyczajnymi gatunkami, bo ich to naoglądaliście się w zeszłym roku. Wszyscy, cholibka, chcecie liznąć se niebezpieczeństwa – oświadczył mrocznym tonem, po czym zaśmiał się serdecznie.
Żaden z uczniów nie odwzajemnił uśmiechu i, co więcej, na każdej z twarzy był wypisany ten sam wyraz – obwinianie się za wybranie tego przedmiotu na poziomie owutemów.
– Ale nie dzisiej! – Hagrid kontynuował lekko, a to, co właśnie powiedział, wydawało się uspokajać co poniektórych. – Dziś, jak no tu widzicie, bestia, którą mam ze sobą, nie jest groźna – jest bardziej defensywnym typem stworzenia, jeśli ino mówić prawdę. Co o tym myślicie?
Cała klasa po prostu gapiła się na nauczyciela, drapiąc się bezmyślnie po głowach. Albus robił to samo, co reszta, zastanawiając się, czy Hagrid sobie z nich żartuje, czy mówi poważnie. Nigdzie nie było widać żadnego stworzenia.
Zrozumienie przyszło w mig.
– Trzymasz demimoza? – zapytał głośno.
– Tak! – Uśmiechnął się Hagrid. – Dobra twoja, Al! Pięć punktów dla Slytherinu!
Niektórzy sapnęli ze zrozumieniem, lecz część grupy wciąż nie miała pojęcia, o jaką bestię chodzi. W ramach demonstracji profesor opadł na kolana i poprawił ułożenie rąk, by wszem wobec pokazać, że rzeczywiście coś trzyma. Następnie zaczął głaskać powietrze.
Cała ta scena byłaby komiczna, gdyby naprawdę coś się nie wydarzyło. Powoli w ramionach Hagrida zmaterializowała się wysoka na trzy stopy**, podobna do małpy kreatura, i okazało się, że mężczyzna pieści ją po głowie. Naczelna twarz demimoza wyrażała spokój, lecz duże czarne oczy uważnie studiowały zgromadzoną wokół niego grupę. Sierść stworzenia miała jasne, prawie że białe umaszczenie, co sprawiło wrażenie, jakby była poprószona śniegiem. W pewnym sensie zwierzątko było urocze.
– Teraz jest przerażonym maleństwem – powiedział współczująco profesor. – Będzie chciał zachować trochę dystansu. Jest spokojny, skubany, więc też się tak zachowujcie! – Omiótł klasę wzrokiem. – No dobra. Demimozy nie pomieszkują, ot tak se w naszym Lesie. Zazwyczaj można się na nie natknąć na Dalekim Wschodzie i tylko żem przypadkiem se tu tego jednego złapał. Pierwsze, co chcielibyście się dowiedzieć o tych małych skubanych, jest to, że dużo ludu ich szuka, a to czasem prowadzi do maciupkich komplikacji. Czy ktoś może mi powiedzieć, czemu to tak?
Ślizgon podniósł rękę, kiedy nikt inny się nie kwapił.
– Czarodzieje używają futra demimozów do produkcji peleryn niewidek – odparł, przypominając sobie, że kiedyś taką informację sprzedał mu wujek Ron.
– Racja, Al! – krzyknął Hagrid. – I znów pięć punktów.
Mirra spojrzała na Albusa, a on nieśmiało odwzajemnił uśmiech. Dziwnie było być na zajęciach bez Scorpiusa. Okazało się, że dzięki nieobecności przyjaciela rzeczywiście miał czas, aby przemyśleć zadane pytania i zastanowić się nad odpowiedzią – w końcu nikt nie wyrzucał do góry ręki.
– Sierść demimoza jest bardzo cenna, właśnie przez te magiczne właściwości. – Głos półolbrzyma brzmiał odrobinę melancholijnie. – Skubane mogą się stać niewidzialne, kiedy poczują się zagrożone tak jak ten tutaj przed chwilunią. Jak wcześniej se powiedział Al, włosie jest wykorzystywane do szycia peleryn niewidek. Jest sposób, żeby wyrwać włos, a nie krzywdzić tych maluczkich. Niestety, wielu ważniaków się tym nie przejmuje. I to właśnie sprawia, że te biedaczyska są zagrożone.
Kilka dziewcząt, w tym także i Mirra, jęknęło ze smutkiem. W międzyczasie demimoz nadal tkwił w ramionach Hagrida i patrzył po wszystkich, sprawiając wrażenie naprawdę bezradnego pieszczocha.
– Wiem, wiem. – Nauczyciel potrząsnął głową tak gwałtownie, że poruszyła się nawet jego krzaczasta broda. – Raz se spotkałem gościa w barze, który przyznał mi się, że próbował nielegalnie utkać pelerynę i zabił jedną bestyjkę! Sprałem... Cóż, to nieważne, cóżem zrobił, ale tak czy inaczej... – urwał, skrępowany.
Albus się skulił. Był świadomy zamiłowania Hagrida do wszelakich magicznych stworzeń i z doświadczenia wiedział, jak może być niebezpieczny – zwłaszcza jeżeli był pod wpływem alkoholu. Miał niezachwianą pewność, że nieznajomy w barze naprawdę bardzo żałował swoich czynów.
Profesor odchrząknął, aby przeczyścić gardło, a potem wrócił do omawianego przedtem tematu.
– Choć jeszcze nie jest silny, demimoz może być piekielnie podstępny i korzysta se z niewidzialności, żeby oszukać drapieżniki. Nie zobaczycie ani tego, ani tego. Mój malutki jest nieśmiały, więc dzisiej będziecie se robić tylko notatki. Jeśli ociupkę się oswoi, może se go pogłaskacie, ale nie obiecuję!
Podsumowując, okazało się, że pierwsza lekcja opieki nad magicznymi stworzeniami była najbardziej teoretyczna ze wszystkich hagridowych, w których Albus miał okazję uczestniczyć. Tak fajnie nie było nawet na zajęciach z gumochłonami, przy których trzeba było się ruszać – ot, karmić je sałatą, ale liczył się fakt, iż wymagało to ruchu. Demimoz po prostu stał, stosunkowo nieruchomo. Poruszał się sporadycznie, na przykład, kiedy ocierał się z czułością o Hagrida, który napychał mu brzuch fioletowymi jagodami, które ten zdawał się bardzo lubić.
W momencie ruchu powodował problem, ponieważ oprócz robienia notatek, uczniowie dostali za zadanie także naszkicować stworzenie – najbardziej kłopotliwa okazała się jego niewidzialność. Głośniejszy skrob na pergaminie czasem powodował, że demimoz podskakiwał ze strachu, a potem znikał na sekundę lub dwie. Gdy się znów pojawiał, bywał w innej pozycji, czym zmuszał klasę do zmiany rysunku.
Zajęcia minęły dosyć szybko i zanim się wszyscy zorientowali, maszerowali z powrotem po trawiastych zboczach w kierunku zamku.
– Nie było tak źle – podsumował lekcję Albus. – Przynajmniej to nie były mantykory – dodał i rzucił przyjacielowi znaczące spojrzenie.
– To temat na przyszłą opiekę, jeszcze zobaczysz – odgryzł się Morrison.
– Co teraz macie? – zapytała Mirra.
– Wolne. – Uśmiechnął się Vincent.
– Czy jesteś gotów na partyjkę szachów...? – Brunet odwrócił się do przyjaciela, ale zamilkł, widząc srogą minę swojej dziewczyny.
– Przerwy mają pomóc ogarnąć dodatkowe obciążenie nauką w ciągu roku, Albusie. Naprawdę powinieneś wykorzystać ten czas do poczynienia postępów.
– Przecież to były dopiero nasze pierwsze zajęcia! – argumentował zaciekle. – I z ledwością mogłem przez pół lekcji zobaczyć stworzenie, o którym się uczyłem!
– Chłopak ma rację! – powiedział Morrison. – A szachy pobudzą jego myślenie, które przełoży się potem na eliksiry...
Mirra potrząsnęła głową, ale dalej się nie wykłócała.
– Cóż, mam teraz zaklęcia, więc może do zobaczenia na eliksirach?
Obaj ślizgoni potaknęli i weszli do zamku. Albus i Mirra pocałowali się w przelocie, a potem dziewczyna ruszyła w górę po schodach. Nastolatkowie zeszli do lochów, ostatecznie wchodząc do pokoju wspólnego; tam rozłożyli szachownicę.
– Mirra nie żartowała, prawda? – Morrison rozejrzał się po komnacie.
Nie byli jednymi, którzy korzystali z czasu wolnego, ale z całą pewnością stanowili wspaniały przykład rzadkiego okazu lenia uczniowskiego – wszyscy inni siedzieli na kanapach i podłodze z nosami wściubionymi w podręczniki, nawet jeżeli każdy miał za sobą tylko jedną lekcję. Sytuacja nie uległa zmianie nawet po trzech wygranych Albusa. Młodzieniec był w trakcie wygrywania kolejnej partyjki, kiedy do pokoju wspólnego wszedł Scorpius, sygnalizując tym samym, że czas wolny dobiegł końca.
– Czemu rozłożyliście się z szachami? – zapytał na wstępie blondyn. – Nie powinniście się uczyć?
– Możesz sobie podać rękę z Mirrą. – Potter lekko się skulił. – Nie ma nic złego w zrobieniu sobie małej przerwy...
– No właśnie. I Hagrid nie zadał nam żadnej pracy domowej ani niczego takiego... – dodał Morrison.
– Któż się tego spodziewał po Hagridzie? – Scorpius nie szczędził swojej wypowiedzi sarkazmu. Rzucił na podłogę dwa zeszyty, po które Albus natychmiast sięgnął. Okazało się, że obydwa są już w połowie zapisane. – Mugoloznawstwo i historia magii – wyjaśnił Malfoy, ocierając pot z czoła. – Nawet nie próbujcie mnie zmusić do zaczęcia esejów, które mam na środę...
Niedługo potem do pokoju wspólnego weszła Melonie, ale nie zrobiła zamieszania wokół Albusa i Morrisona – najprawdopodobniej po prostu takiego zachowania się po nich spodziewała. Cała czwórka udała się do Wielkiej Sali na posiłek, gdzie Scorpius – wbrew temu, co wcześniej powiedział, co można było z łatwością przewidzieć – ledwo skubnął swoją porcję i zabrał się za esej z historii magii.
Siedząc przy stole, Albusa zawołała Tiffany Garrett, ścigająca z zeszłorocznej drużyny quidditcha.
– Co tam? – zapytał.
– Jest już konkretna data kwalifikacji?
Garth Moone, inny ścigający, z nadzieją wypisaną na twarzy oderwał się od swojego talerza.
– Jeszcze nie – odpowiedział kapitan. – W tym tygodniu chciałem omówić temat z naszym opiekunem domu. Liczę, że uda się w weekend.
Oboje bez słowa pokiwali głowami i wrócili do swoich posiłków. Niespodziewanie tą krótką wymianą zdań zainteresował się Scorpius.
– Właśnie sobie coś uświadomiłem – zakomunikował wszem wobec.
– Co takiego?
– Tata będzie mnie obserwował podczas gry – stwierdził, pogrążony w myślach; potem się zarumienił. – Muszę poćwiczyć. Może dziś wieczorem...
– Spokojnie, stary. – Albus poklepał przyjaciela po plecach. – Jesteś jednym z najbardziej agresywnych i dominujących obrońców, jakich kiedykolwiek widziałem – powiedział zgodnie z prawdą. – I myślę, że naprawdę powinieneś coś więcej zjeść przed następnymi zajęciami...
Niedługo potem zadzwonił dzwonek, dając znak, że zaraz rozpocznie się podwójna lekcja eliksirów. Ślizgoni udali się razem do lochów – były to jedyne przedmioty, w których uczestniczyła cała czwórka; Melonie zapisała na niego przez wzgląd na swe zainteresowanie karierą uzdrowicielki. Korytarze były bardziej zatłoczone aniżeli zawsze – wypełnione były uczniami z różnych domów, jak i odzianymi w czarne szaty renegatami, którzy chodzili wtę i wewtę.
– Co tu się dzieje? – zapytał Albus najbliżej stojącego chłopaka. Gryfon, nieraz kręcący się wokół Charlesa Eckleya, odwrócił się, aby mu odpowiedzieć, lecz kiedy zobaczył, z kim ma do czynienia, parsknął szyderczo i zignorował pytanie. – To niegrzeczne! – zganił go z zapałem ślizgon.
Milton Parish, uczeń z Ravenclawu, którego trochę kojarzył, udzielił mu stosownej odpowiedzi.
– To strażnicy Wybawczego Aliansu Różdżek – wyjaśnił. – Monitorują lochy, a to nieco utrudnia przejście.
Potter jęknął, podczas gdy ludzie rozsuwali się na boki, aby zrobić renegatom przejście.
– Czysto! – zawołał jeden z nich do drugiego, a potem wszyscy wspięli się po schodach na górne piętro.
– Ech, bardzo szybko stali się irytujący – podsumował ich zachowanie Albus, kiedy lochy trochę opustoszały.
– Po prostu pozwól im udawać, że rzeczywiście coś robią. – Morrison wzruszył ramionami, a następnie cała czwórka wznowiła marsz, aż w końcu dotarli do pracowni eliksirów.
Drzwi były otwarte, lecz nigdzie nie było widać nauczyciela. Gryfoni siedzieli już w środku – Mirra z przodu, a za nią Eckley, Hornsbrook i Rose. Albus usiadł obok swojej dziewczyny razem ze Scorpiusem, zaś Morrison i Melonie podeszli do sąsiedniego stołu, żeby być blisko nich.
Chłopiec z Gryffindoru, który na korytarzu bezczelnie zignorował pytanie ślizgona, dołączył do Eckleya przy jego stanowisku, aczkolwiek wszyscy inni uczniowie byli albo z Ravenclawu, albo z Hufflepuffu. Wiele osób szeptało, głośno się zastanawiając nad oczekiwaniami wobec zajęć i prowadzącego; gdzieś w rozmowach padło nawet nazwisko Scorpiusa.
Uprzednio zamknięte drzwi do pracowni otworzyły się z hukiem i do środka wszedł profesor Malfoy; czarne szaty w niesamowity sposób za nim powiewały. Było coś innego w jego postawie, w porównaniu z tym, jak zachowywał się wcześniej. Na jego zazwyczaj pozbawionej wyrazu twarzy odbijała się niezachwiana pewność siebie oraz był wyprostowany; roztaczał wokół siebie pełną godności aurę. Otrzymanie posady w Hogwarcie zdawało się podbudować jego ego.
– Eliksiry na poziomie owutemów. – Słowa Dracona Malfoya miały w sobie moc, gdyż wszelkie ciche rozmowy natychmiast umilkły. W międzyczasie nauczyciel podszedł do swojego biurka. – Wszyscy siedzicie w tej klasie, bo opanowaliście prostotę warzenia mikstur – potraficie dodawać do siebie składniki i je mieszać. Gratulacje – powiedział z sarkazmem.
Albusa przeszyły dreszcze. Głos profesora Malfoya przez chwilę był idealną kopią głosu Scorpiusa.
– Jesteście teraz na takim etapie edukacji, gdzie zwykła wiedza nie wystarczy – kontynuował nauczyciel. – Warzenie eliksirów to sztuka. Wiążą się z nią niuanse i zawiłości, a każdy jej aspekt jest kontrolowany przez szereg z góry określonych kroków. Aby być ekspertem w dziedzinie eliksirów, trzeba zarówno inteligentnie planować, jak i szybko myśleć. Niezdolność do którejkolwiek z tych rzeczy może doprowadzić w najgorszym wypadku do przedłużającej się i makabrycznej śmierci.
Albus uniósł brwi, zachęcony do warzenia. Nie był pewien, ile z obecnych tu osób naprawdę chce opanować mikstury – wielu z nich zwyczajnie chciało zaliczyć ten przedmiot, bo był wymagany na drodze do przyszłej kariery – ale on pragnął, aby jego życie ściśle wiązało się z eliksirami.
– Z drugiej strony ci, którzy opanują tę sztukę, będą mieli niezrównaną moc na wyciągnięcie ręki. To właśnie cel moich nauk – kontynuował profesor cichym szeptem. – Mogę was nauczyć, jak uwięzić w butelce sławę, uwarzyć chwałę***...
Drzwi do pracowni otworzyły się gwałtownie, przerywając porywającą przemowę. W progu stanął jeden z odzianych na czarno renegatów – miał duże przednie zęby i jasną czuprynę. Potter rozpoznał w nim wartownika sprzed wejścia do zamku.
– Czy mogę w czymś pomóc? – zapytał ostrym tonem profesor Malfoy; był tak rozdrażniony, że drżały mu nozdrza.
– Rutynowa kontrola – oświadczył zwięźle mężczyzna. – Upewniam się, że nikomu tu nie grozi niebezpieczeństwo.
– O ile wykazuje pan takowe chęci... – zaczął mistrz eliksirów, a Albus utwierdził się w przekonaniu, iż z ust nauczyciela wyjdzie zaraz jakaś kąśliwa, wbijająca w ziemię uwaga – może pan osobiście przeszukać wszystkich moich uczniów pod kątem tego rzekomego „zagrożenia", które pragnie pan wykazać. Podpowiem, że kilku z nich weszło do tej klasy z podejrzanie ostrymi piórami.
Kilka osób zachichotało, a Scorpius się rozpromienił. Renegat nie wykonał żadnego ruchu, po prostu stał w drzwiach i się gapił. Albusowi włoski na karku stanęły dęba. Inni mogli nie widzieć, co się tu wydarzyło, lecz on dostrzegł w tej krótkiej wymianie zdań coś bardzo osobistego. Nazwisko Malfoy było splugawione i zazwyczaj kojarzyło się wyłącznie z czarodziejską wojną i Lordem Voldemortem. Renegaci, pokroju tego, który stał w drzwiach pracowni, jako organizacja powstali na zasadzie straży obywatelskiej chroniącej słabszych i występowali przeciwko ludziom z przestępczą skazą na życiorysie. Gdyby ta dwójka mierzyła się wzrokiem w innym miejscu i w innych okolicznościach, z pewnością obydwoje sięgnęliby po różdżki.
Po kilku chwilach wymownego milczenia intruz wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi. Profesor Malfoy zaś wrócił do prowadzenia zajęć jak gdyby nigdy nic.
– Jak wcześniej mówiłem, wspaniała sztuka warzenia eliksirów, może być równie użyteczna dla czarodziejów oraz czarownic, co opanowanie umiejętności posługiwania się różdżką, o ile nawet nie bardziej. Oczywiście, nie staniecie się dobrzy z dnia na dzień. Bez wątpienia mieliście zamiar potraktować te zajęcia równie niedbale, co wszystkie inne, ale zapewniam was, że poświęcanie dużej ilości czasu na inne, dodatkowe przedsięwzięcia, utrudni wam osiąganie dobrych wyników w tej pracowni. Nie zamierzam nikogo rozpieszczać. Nie spowolnię tempa, żeby opieszali mogli nadrobić materiał, ani nie zmniejszę obciążenia pracą tym, dla których okaże się ona przytłaczająca. Zupełnie jak wszystkie owutemowe przedmioty, eliksiry nie są z góry narzucone. Jeżeli ogrom nauki będzie dla was zbyt duży, możecie zrezygnować. Uczniom, którzy poniosą sromotną porażkę w utrzymaniu odpowiedniego tempa, zdecydowaniem zalecam to samo.
Kilkoro młodzików rozejrzało się po sobie i nawet Mirra wyglądała na spiętą. Albusowi jednak nie przeszkadzało to, co usłyszał. W rzeczywistości nie mógł się powstrzymać od podziwu dla nowego mistrza eliksirów – który, jak musiał sobie przypomnieć, był ojcem jednego z jego najlepszych przyjaciół – za tę onieśmielającą postawę i niezwykłą, bijącą od mężczyzny szczerość. Mgliście zastanowił się, kto go zainspirował...
– Dziś nie będziemy zajmować się warzeniem – zakomunikował profesor, a kilku uczniów odetchnęło z nieskrywaną ulgą. – Eliksiry są przedmiotem wysoce teoretycznym, a to z kolei oznacza robienie notatek. Spodziewam się, że to, co zapiszę na tablicy, znajdzie się w waszych zeszytach. Słowo w słowo.
Klasa od razu sięgnęła ku torbom, a wśród nich także i Albus. Chociaż był trochę rozczarowany brakiem możliwości uwarzenia nowej mikstury, nie miał nic przeciwko energicznemu zapisywaniu informacji – i tak często to robił. Większość z tego, co nauczyciel zapisał na tablicy, ślizgon już wiedział – głównie dlatego, że w poprzednich latach samodzielnie to rozgryzł. Część uwag była jednak dla niego nowa, jak na przykład fakt, że prawie wszystkie trucizny i ich antidotum miały praktycznie taki sam charakter, z wyjątkiem jednego lub dwóch składników.
Półtorej godziny ostatecznie nieco się dłużyło, a lekcja zakończyła się akurat, kiedy Albusa złapał skurcz w dłoni. Profesor zadał długie zadanie domowe z terminem oddania w piątek, a gdy uczniowie wychodzi na korytarz, nie kłopotał się żadnymi słowami pocieszenia.
– Myślę, że ręka mi odpadnie – skomentowała zajęcia Mirra.
– Przepraszam – powiedział szybko Scorpius, za co otrzymał zaciekawione spojrzenie.
– A dlaczego?
– Bo to przez jego tatę. – Morrison ziewnął. – Och, tak. Eliksiry w tym roku zdecydowanie nie są dla mnie. Wybaczcie, chłopaki...
– Tak szybko się poddajesz? – Melonie potrząsnęła głową. – Całkiem niezły z ciebie wojownik.
Albus nie uczestniczył w rozmowie, zbyt zajęty obserwowaniem Scorpiusa. Przyjaciel nie wydawał się w tak dobrym nastroju, co na początku lekcji – w zasadzie to był po prostu ponury. Czego się spodziewał?
– Ugh, tylko nie znowu! – jęknęła Mirra.
W korytarzu znów doszło do zatoru. Tym razem sytuacja malowała się w znacznie gorszych barwach, ponieważ do poprzedniego tłumu, doszli jeszcze młodsi ślizgoni, świeżo po skończonych zajęciach. Największy problem stanowili jednak członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek, którzy ponownie wkręcili się wtę i wewtę; tym razem było ich aż trzech.
– Zupełnie jakby myśleli, że jak Darvy wpadnie do Hogwartu, zbiegnie od razu do lochów – oświadczył z irytacją.
Przechodzący obok pierwszoroczni ślizgoni zatrzymali się jak wryci, stopując także ludzi idących za nimi.
– Słyszeliście? – sapnął jeden do reszty kolegów. – Są przekonani, że Prawa Ręka Śmierci się tu włamie!
Albus przewrócił oczami, a potem niespodziewanie poczuł, że krew zaczyna mu wrzeć.
– Darvy! – krzyknął do współdomowników. – To Sebastian Darvy! Wiecie skąd to wiem? Bo tutaj uczył!
Trójka pierwszaków pisnęła, a następnie uciekła w popłochu.
– Nie musisz być dla nich taki surowy, stary – powiedział swobodnie Morrison.
– No wiesz co! – Potter wyrzucił do góry ręce. – Wkurza mnie, kiedy chodzą i podniecają się takimi sprawami! „Prawą Ręką Śmierci", doprawdy. To nawet nie ma sensu...
– Właściwie to ma – stwierdziła stojąca obok Mirra. – Bycie czyjąś prawą ręką oznacza bycie wartościowym pomocnikiem lub jak w tym przypadku, egzekutorem. Darvy uosabia się ze Śmiercią i wydaje mu się, że wykonuje jej zadania.
– Naprawdę? – Albus spojrzał na dziewczynę obojętnym wzrokiem. – Ty też?
– Nie mówię, że to wybitnie mądre! – zaprzeczyła. – Tylko że jest w tym tłumaczeniu trochę sensu!
Wtem korytarz opustoszał, dając szansę tym, którzy nie byli w Slytherinie, możliwość ucieczki na górne piętra w kierunku mniej zatłoczonych korytarzy prowadzących do ich pokojów wspólnych. Mirra pocałowała szybko Pottera w policzek i czmychnęła pomiędzy innych gryfonów, choć nie dało się nie zauważyć, że trzymała się poniekąd na uboczu, najprawdopodobniej przez wzgląd na Rose. Grupka ślizgonów z kolei skręciła za róg i udała się do zielonkawego sanktuarium, aby odpocząć przed obiadem.
Tylko Morrison postanowił się zrelaksować. Scorpius natychmiast wziął się za esej na eliksiry, który zdawał się mieć pierwszeństwo ponad wszystkimi innymi pracami, a Melonie zaczęła przygotowywać się do egzaminu, którego datę wyznaczono na za dwa tygodnie.
Albus po prostu rozmawiał z Vincentem, poruszając temat quidditcha i mniej znaczących rzeczy, które nijak dotyczyły zajęć szkolnych. Pogawędka wydawała się trochę irytować Scorpiusa. Malfoy uparcie milczał aż do wieczora, a gdy w końcu poruszył nurtującą go myśl, okazało się, że wcale nie chodzi o beztroską paplaninę przyjaciół.
– O co chodziło temu facetowi, który wtargnął do pracowni mojego taty? – zapytał. – W sensie, takie wtargnięcie nie miało miejsca na żadnych pozostałych lekcjach.
Albus nieco się spiął. Nie chciał mówić Scorpiusowi o swoich przypuszczeniach, ale z drugiej strony zbyt dobrze wiedział, że blondyn nie był idiotą. Gdyby to rozgryzł, z całą pewnością by...
– Myślę, że to z powodu reputacji mojej rodziny. – Malfoy potrząsnął głową. – Głupie WAR. Usłyszeli nazwisko taty i pierwsze, o czym myślą, to kręcenie się wokół niego. Co oni sobie w ogóle wyobrażali? Że zamknął nas wszystkich w lochach i po kolei mordował? Ludzie się zmieniają. Przecież nie zawsze się jest takim, jakim się przed laty było, prawda?
W głowie Albusa, który cieszył się, że nie musiał tego mówić na głos, zaświtała pewna myśl, ale niestety, dzięki uprzejmości niczego nieświadomego Morrisona, szybko mu umknęła.
– Racja. – Vincent skinął głową. – Co więcej, koleś wcale nie był też za bystry... Bałwan jeden...
– Nie rozumiem, w czym tkwi problem – powiedziała Melonie, nawet nie odrywając się od studiowanej książki.
Chłopcy wbili w nią wzrok.
– Co takiego? – zapytali jednocześnie.
Ślizgonka przestała się koncentrować na podręczniku.
– Nie twierdzę, że to wtargnięcie było uzasadnione, ale ludzie rzeczywiście czują się bezpieczniej, kiedy w okolicy kręci się Wybawczy Alians Różdżek. Wiem, że wasza trójka ich nie lubi – i ja również – ale w momencie, gdy zaczynają się czymś bardziej interesować, udowadniają uczniom, że nie są w szkole tylko dla celów reklamowych; wykonują swoją pracę i nie robią nic niezgodnego z prawem.
– Wykonują swoją pracę? – syknął Scorpius, ale może przez wzgląd na przyjaciela nie podkreślał wagi tego przeinaczenia.
– Mel, Mel, Mel. – Morrison pokręcił z niedowierzaniem głową. – Taka jesteś ładna, ale w główce to nie masz za dużo, prawda?
Dziewczyna rzuciła mu na wpół żartobliwe spojrzenie, a następnie wróciła do nauki. Niedługo potem ludzie zaczęli się zbierać do Wielkiej Sali.
– Cóż, chyba powinniśmy się pospieszyć – stwierdził Vincent i niczym na komendę wszyscy, oprócz Albusa, wstali.
– Myślę, że dziś pominę obiad – wyjaśnił. – Trochę się położę.
Przyjaciele spojrzeli na niego uważniej, zaciekawieni.
– Naprawdę jest w porządku – dodał. – Zwyczajnie nie jestem głodny... Dużo zjadłem na śniadanie, a niewiele ogółem robiłem – tak naprawdę tylko spisywałem notatki i rysowałem. Zobaczymy się później.
– Pewnie. – Morrison wzruszył ramionami i cała trójka wyszła z pokoju wspólnego.
Albus poniekąd nie kłamał. Rzeczywiście ewakuował się do swojego dormitorium, ale nie było to spowodowane pełnym brzuchem. Coś, co powiedział Scorpius, sprawiło, że zaczął się zastanawiać...
Zasunąwszy kotary, opadł na łóżko i myślami wrócił do rozmowy na temat nowego mistrza eliksirów.
Ludzie się zmieniają. Przecież nie zawsze się jest takim, jakim się przed laty było, prawda?
Dlaczego tak było w przypadku Dracona Malfoya, ale nie Harry'ego Pottera? Ojciec Scorpiusa był teraz profesorem i chociaż Albus był przekonany, że koniec końców sprawdzi się w tej roli, wcześniej... był śmierciożercą. Harry Potter zaś, nigdy nie popełniwszy zbrodni, za którą siedział teraz w więzieniu, był powszechnie znienawidzony, a podniosłe czyny dokonane w przeszłości nagle zostały zapomniane. Dlaczego tak działał świat? Czy społeczeństwo zwyczajnie chciało móc pałać do kogoś nienawiścią? Czy właśnie dlatego, w przeciwieństwie do wszystkiego, co dobre, było tak chętne do wytykania palcami i podkreślania cudzych błędów?
Były śmierciożerca uczył w Hogwarcie, a osoba, która niegdyś uratowała świat – osoba, która przez dekady stanowiła przykład i była bohaterem w oczach czarodziejskiej społeczności – gniła w brudnej celi.
Albus przewrócił się na bok, próbując nadać sens swojemu życiu.
* Derwent – ślizgońskie hasło może mieć dwojakie znaczenie i nie jest dokładniej wyjaśnione, które autor opowiadania miał na myśli, chociaż tłumaczka skłania się ku pierwszej opcji. 1.: Dylis Derwent – uzdrowicielka nieznanego statusu krwi, była pani dyrektor Hogwartu. 2.: Derwent Shimpling – czarodziej nieznanego statusu krwi, który zjadł całą jadowitą tentakulę z powodu zakładu i przeżył, aczkolwiek pozostał fioletowy; jako portret strzegł jednego z tajnych przejść w Hogwarcie
**W przeliczeniu: około metra
*** Cytat z „Harry'ego Pottera i Kamienia Filozoficznego" J. K. Rowling
