8. BOHATERSKIE WYCZYNY
Następny tydzień minął w miarę normalnie, co było dziwne, bo Albus przyzwyczaił się, że w Hogwarcie dochodzi do bardziej ekscytujących rzeczy. Zajęcia przebiegały według prostego schematu, z kilkoma przerwami, aby można było nadążyć z nauką. Plan, który stworzył dla niego na szybko Neville, okazał się wręcz idealny, bo zawierał w sobie pięć niezbędnych do kontynuowania kariery warzyciela przedmiotów: zaklęcia, obronę przed czarną magią, zielarstwo, opiekę nad magicznymi stworzeniami oraz, oczywiście, eliksiry.
Wyjątkowe w tym roku było jednak to, jak rzadko widywał się z przyjaciółmi na lekcjach. Scorpius nie towarzyszył mu podczas opieki, a Morrison na zaklęciach. Co więcej, na zielarstwie był zupełnie sam – mijał się z Mirrą – a to z kolei sprawiało, że godziny spędzone w szklarniach dłużyły się niemiłosiernie i były uciążliwe. Mimo to nadal nie miał zastrzeżeń do swojego harmonogramu zajęć, a nawet skłaniał się ku myśli, że z czasem będzie w stanie się do niego przyzwyczaić. Jedyną rzeczą, do której absolutnie nie mógł przywyknąć, były rzucane mu na korytarzach spojrzenia.
– Kogo w ogóle obchodzi, co ona sobie myśli. I tak była brzydka – powiedział z naciskiem Morrison, kiedy przechodzi obok dziewczyny z Ravenclawu, która uprzednio wbiła w nich zniesmaczony wzrok.
– To nie ma nic wspólnego z atrakcyjnością – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Chodzi o fakt, że to po prostu denerwujące...
Pierwszy dzień zajęć okazał się zaledwie przedsmakiem objawów cichej nienawiści, której doświadczał Albus. Gdy już wszyscy dopracowali swoje harmonogramy lekcji, zaczęli zwracać na niego większą uwagę, przez co widział średnio od dziesięciu do piętnastu nieprzyzwoitych i okropnych min dziennie.
Była też druga strona medalu. Po dwóch lekach eliksirów Draco Malfoy okazał się jednym z bardziej lubianych profesorów. Był twardy – z całą pewnością nie obawiał się narzucać ogromu pracy – ale cechowała go także kompetentność oraz nie marnował czasu lekcyjnego na głupoty, takie jak wypełnianie ankiet. Z racji tego, iż grupa owutemowa była bardziej zainteresowana nauką przez wzgląd na składową swojego przyszłego zawodu, aniżeli bezproduktywnymi zajęciami, większość uczniów wydawała się lubić nowego mistrza eliksirów. Albus był przekonany, że od czasów Fairharta hogwartczycy nie byli tak entuzjastycznie nastawieni do żadnego innego nowego przybysza – choć należy tutaj wspomnieć, iż Draco Malfoy wcale nie był obcym w szkole; kiedyś sam się w niej uczył.
Niezamierzoną konsekwencją takiego stanu rzeczy było zwiększenie się popularności Scorpiusa. Niegdyś bardzo ceniony za fenomenalną obronę na boisku, teraz był każdego dnia podziwiany i pozdrawiany nawet przez nieznajomych, którym podobały się lekcje eliksirów, niezależnie od przynależności domowej. Czasem wywoływało to niemały paradoks: ludzie radośnie machali do Scorpiusa, a następnie rzucali stojącemu obok Albusowi deprecjonujące spojrzenia.
– Wiesz, z początku trochę się martwiłem tym, że mój tata będzie tu pracował – powiedział pewnego dnia blondyn w drugim tygodniu szkoły, kiedy we trójkę wracali razem do pokoju wspólnego; akurat mieli dłuższą przerwę pomiędzy zajęciami. – Teraz muszę przyznać, że nawet jestem pod wrażeniem. Wiedziałem, że ma talent do eliksirów, ale nie przypuszczałem, że będzie tak dobrym nauczycielem...
– Albo że będzie takim ciachem – zażartował Morrison.
Albus rzucił przyjacielowi zakłopotane spojrzenie, zaś Scorpius zwyczajnie przerażone.
– Co takiego?
– Cóż, takie są fakty! – Vincent podniósł głos. – W sensie, to nie moje wymysły, ale starszych dziewcząt. Hm, tych młodszych w sumie też. Szedłem sobie wczoraj do toalety i przypadkiem podsłuchałem, jak dwie trzecioroczne się czerwieniły, jaki to z niego książę z bajki...
– Cóż, książę jest zajęty. – Scorpius zmrużył oczy. – Przez moją mamę.
Właśnie weszli do pokoju wspólnego i nagle Albus poczuł silną potrzebę natychmiastowej ewakuacji. Z jakiegoś dziwnego powodu był przepełniony i chłopiec po prostu wiedział, że jeżeli zostaną tu na dłużej, zostanie wciągnięty w jakieś głupie pogaduszki.
– Skąd tyle ludzi? – mruknął cicho, wciąż stojąc w wejściu. Wokół kręciło się podejrzanie dużo czwartorocznych.
– Myślę, że z powodu deszczu odwołano dzisiejszą opiekę nad magicznymi stworzeniami – odpowiedział Scorpius. – Chcesz iść gdzieś indziej? – dodał, zauważając niekomfortowy wyraz twarzy przyjaciela.
Potter był zirytowany odebraną możliwością cieszenia się luksusem ślizgońskiego pokoju wspólnego oraz, co gorsze, czuł się źle, ponieważ przez to będzie musiała cierpieć także jego paczka.
– Nie, jest dobrze... – stwierdził. – Możemy trochę tu pobyć.
– Dlaczego po prostu nie pójdziemy od razu do dormitorium? – zasugerował Scorpius.
– Albo odwiedźmy Hagrida! – zaproponował podekscytowany Morrison. – Jeżeli jego zajęcia zostały odwołane, to on też ma chwilę wolnego!
Albus musiał przyznać, że pomysł był dobry; zapomniał, że Hagrid był nie tylko nauczycielem, ale również bliskim przyjacielem. Koniec końców za cel podróży ślizgoni obrali chatkę półolbrzyma i już po kilku minutach wędrowali po błotnistych zboczach, podczas gdy lekka mżawka moczyła im głowy.
Kiedy dotarli na miejsce, chłopiec dwukrotnie zapukał do drzwi. Hagrid zjawił się po chwili.
– Cosik czułem, że to wasza trójka – powiedział, rozpromieniony. – No, wchodźcie, wchodźcie. Nastawię na herbatę...
W chatce było sucho, więc Scorpius natychmiast przy pomocy zaklęcia wysuszył siebie i przyjaciół. Wszyscy, tradycyjnie, usiedli przy kuchennym stole, a przed Morrisonem została postawiona puszka z krówkami.
– Prawdziwy z ciebie zbawca, Hagridzie! – Vincent zatarł ręce i oblizał wargi. – Nie jadłem od około dwóch godzin...
– Nigdy nie zrozumiem, coś ty taki chudy, chłopcze. – Półolbrzym potrząsnął głową i dołączył do gości, podczas gdy w czajniku gotowała się woda. – No! Już żeście na szóstym roku. Szybko rośniecie! Wciąż pamiętam, jak pierwszy raz wpadliście se do mnie w odwiedziny. Nie było cię z nimi, Scorpiusie! – powiedział i zachichotał.
– Racja, Hagridzie. – Uśmiechnął się uprzejmie Malfoy.
– Zaplanowaliście se przyszłość? – zapytał nauczyciel, a jego ton zmienił się na poważniejszy.
– Myślę, że tak, bo trza było wybrać przedmioty...
– Na nic konkretnego się jeszcze nie zdecydowałem – zaprzeczył z pełną buzią krówek Morrison. – Nadal nad tym myślę. Mel, moja dziewczyna, chce zostać uzdrowicielką. – Pękał z dumy. – Więc jeżeli dojdzie do najgorszego, po prostu będę żył z jej pensji – dodał z uśmiechem na twarzy.
Scorpius ukrył twarz w dłoniach, a Hagrid ograniczył się do wzruszenia ramionami.
– Dobrze mieć plan awaryjny – stwierdził. – Ale wiesz, Morrison, jeśli naprawdę chcesz robić se cosik satysfakcjonującego, zawsze mogę cię wziąć pod swoje skrzydła. Możesz zostać gajowym w Hogwarcie!
Vincent przełknął krówkę i popatrzył na nauczyciela, jakby właśnie doznał objawienia.
– Jesteś genialny, Hagridzie! To dopiero byłoby szalone!
Półolbrzym uśmiechnął się i skoncentrował się na Scorpiusie.
– Co z tobą?
– W najlepszym wypadku zostanę Ministrem Magii – odpowiedział bez przekonania blondyn. – W najgorszym... skończę gdzieś na wyższym szczeblu, aby przejąć kontrolę, gdyby coś poszło nie tak.
– Wielkie, wielkie marzenia – stwierdził z aprobatą Hagrid, po czym wstał, żeby przygotować herbatę. – A ty, Al? – zapytał odwrócony do chłopca plecami.
– Celuję w nauczyciela eliksirów. – Ślizgon był przygotowany.
– No proszę. Poważnie? – Pólolbrzym był wyraźnie zmieszany. – Słyszałem, żeś mistrz w eliksirach, ale nie myślałem se, że taką chcesz dla siebie przyszłość. Masz teraz, cholibka, chyba dobry wzór do naśladowania. Prawda, Scorpiusie? Twój staruszek se fajnie uczy?
Malfoy przewrócił oczami, a profesor wyszczerzył się bezczelnie. Morrison wypił swoją herbatę na raz, podczas gdy Albus kontynuował swą rozmowę.
– Może pewnego dnia będę pracował tu razem z tobą, Hagridzie – powiedział z prawdziwie szczerym uśmiechem, co nie było ostatnimi czasy częstym zjawiskiem, ponieważ nie był w stanie myśleć o przyszłości w pozytywnym świetle.
– Byłbym zachwycony. – Wyszczerzył się nauczyciel. – Ino myślę, że skończę z tym wcześniej. Nawet pólolbrzymi nie zawsze żyją w pełnym zdrowiu. W końcu se spocznę.
– I wtedy właśnie wchodzę na scenę! – oświadczył entuzjastycznie Morrison.
Albus znów się uśmiechnął. Nie mógł sobie w ogóle wyobrazić Hogwartu bez Hagrida i doszedł do wniosku, że niewielu uczniów by się na to zdobyło.
– W każdym razie, tak jak już se mówiłem, to naprawdę ociupinę zaskakujące, żeś planujesz to zrobić – kontynuował gospodarz. – Oj, nie zrozum mnie źle. Jestem pewien, że se poradzisz. O ile dobrze pamiętam, twojemu tacie nie szło w eliksirach, ale dobrze wiedział, czego chce i... – Nagle przerwał, odchrząknął i wyraźnie się spiął. W chatce zapanowała dziwaczna cisza, podczas której mężczyzna starannie unikał nawiązania kontaktu wzrokowego z rozmówcą. – To znaczy... Przepraszam, Al.
– Za co? – zapytał ślizgon, choć miał wrażenie, że wie, co się właśnie wydarzyło.
– Za nic – odpowiedział szybko Hagrid. – No więc, jak wam se minął pirszy tydzień w szkole?
Scorpius wziął głęboki oddech i zaczął szczegółowo streszczać pierwsze dni zajęć, w tym niespodziewane wtargnięcie renegata z Wybawczego Aliansu Różdżek podczas lekcji prowadzonej przez swego ojca, a Hagrid usłyszawszy to, potrząsnął gwałtownie głową. Morrison opowiedział wszystko jako drugi, a po nim przyszła kolej na Albusa, który także przedstawił własne spostrzeżenia – przerwał je dopiero Malfoy, przypominając przyjaciołom, że ich czas wolny dobiega końca i powinni się zbierać. Po podziękowaniu za gościnę i mile spędzoną przerwę grzecznie więc przeprosili, a następnie udali się błotnistą drogą z powrotem do zamku.
– Nawet Hagrid traktuje mnie inaczej – mruknął ponuro Albus, podczas podróży.
– Niee, po prostu nie chciał poruszać tematu, który by cię zdenerwował – powiedział wszechwiedząco Morrison.
– Wiem, ale wciąż... – odpowiedział smętnie. – Nie chcę, aby ludzie postrzegali mnie przez pryzmat tego, co wszyscy wokół szepczą.
– Skończ z tym narzekaniem – nakazał wytwornie Scorpius. – Biorąc pod uwagę sposób, w jaki ludzie na ciebie patrzyli, ktoś, kto unika drażliwych kwestii, powinien przynieść ulgę.
Chociaż poza zajęciami w Hogwarcie miał mało na głowie, okazało się, że to wystarczyło, aby odciągnąć go od innych szkolnych doświadczeń. W trakcie drugiego tygodnia nauki Albus nawet nie zdążył się spotkać z Draconem Malfoyem, żeby uzgodnić datę kwalifikacji do ślizgońskiej drużyny quidditcha, co z kolei spowodowało problemy z kilkoma członkami zeszłorocznej grupy, którzy zdawali się myśleć, że powinien oddać grze całe serce.
– Zajmę się tym w weekend – powiedział Barnabusowi w pokoju wspólnym, gdy ten właśnie do niego podchodził, żeby po raz enty zapytać, co z próbami.
– No tak, teraz jesteś bardzo zajęty – odparł Curder, wymownie patrząc na partię gargulek, którą rozgrywali Albus z Morrisonem.
– Czeka nas egzamin z obrony przed czarną magią! Pozwól nam łaskawie się chociaż trochę zrelaksować! – wtrącił się Vincent. – Nie zrozumiesz, bo nie jesteś zapisany na żadne owutemowe przedmioty!
– Może i nie, ale w tym roku podchodzę do SUMów! – argumentował Barnabus.
– W takim razie przestań się martwić o quidditch i idź się uczyć, mały palancie! – Morrison się zdenerwował i podniósł głos.
Zirytowany Curder ruszył do swojego przyjaciela, tego niesympatycznego Lucasa, z którym Albus miał nieprzyjemność spotkać się podczas uczty i który był jednym z najwytrwalszych w rzucaniu mu pogardliwych, nienawistnych spojrzeń.
– Też nie mogę znieść tego dzieciaka – mruknął Potter, potrząsając głową.
– Och, tego Luke'a, czy jak mu tam? – Morrison wolał się upewnić. – No, to frajer. Trochę to dziwne, ale pachnie jak pokarm dla sów...
– Nie wiedziałem, ale w porządku. – Albus podrapał się po głowie. – Myślę, że naprawdę powinniśmy zabrać się za naukę...
Obaj wyciągnęli zeszyty do obrony przed czarną magią, choć Vincent z widoczną niechęcią – nie był przyzwyczajony do uczenia się, ale został zmuszony, bo Al nie chciał siąść do tego w pojedynkę. Scorpius rzadko spędzał z nimi czas pomiędzy swoimi lekcjami, a także miał na głowie obowiązki prefekta, zaś obie dziewczęta uczęszczały na więcej zajęć aniżeli oni oraz również pilnowały powszechnego porządku, musieli więc cierpieć tylko we dwójkę.
Profesor Handit całkowicie zmienił kierunek na swoich lekcjach, na taki, który zupełnie nie jest korzystny dla Albusa, bo przerabiana treść nijak się miała do obranej przez niego ścieżki kariery – nagły tematyczny zwrot został wprowadzony w życie specjalnie przez wzgląd na wydarzenia ze świata zewnętrznego. Na normalne zajęcia składały się elementy magii obronnej oraz bliższe zapoznanie się z kilkoma magicznymi stworzeniami; teraz zaś głównym zagadnieniem stały się wszelkiej maści przekleństwa, przeciwzaklęcia oraz ogólne przygotowanie na najgorsze. Nauczyciel zadbał nawet o to, aby wszyscy uczniowie zapoznali się także z obszernym opisem Klątw Niewybaczalnych, co samo w sobie naprawdę było bardzo przygnębiającą lekcją. Aktualny esej dotyczył znaczenia siły woli i samoświadomości podczas opierania się zaklęciu Imperius.
– Cholera, stary. Nie chcę się za to zabierać – jęknął Albus, kiedy był w połowie zapisywania na pergaminie pierwszego słowa.
– Ano – powiedział Morrison i natychmiast zaczął pakować swoje rzeczy. – Przepiszemy to sobie później od Scorpiusa – stwierdził, a przyjaciel zgodził się z nim, żarliwie kiwając głową. Potem uniósł brwi. – Swoją drogą, czy nie zauważyłeś ostatnio czegoś dziwnego w Scorpiusie?
– Niezupełnie – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Powinienem był?
– Kto wie. – Vincent brzmiał dość swobodnie. – Po prostu ostatnio w ogóle coś mało się tu szwęda.
– Przecież ciągle się z nim widujemy...
– No niby tak, ale... Ech, nieważne.
– Najzwyczajniej w świecie wybrał sobie dużo przedmiotów, a my z kolei siedzimy tu podczas przerw – powiedział Albus.
– Możliwe, ale zauważyłem, że nawet z patrolowania wraca spóźniony...
– W nocy przytłacza cię samotność? – zapytał sarkastycznie.
– Nie! – Morrison podniósł głos. – Gdyby tak było, pocieszenia szukałbym u Melonie. Hm, ale ona też czasem wraca później z patrolu...
Na chwilę zapadła między nimi cisza, podczas której Albus skorzystał z okazji i też zaczął się pakować.
– Nie wiem, co mam ci na to powiedzieć, stary. – Westchnął. – W każdym razie myślę, że pójdę w końcu porozmawiać z tatą Scorpiusa – oświadczył dobitnie, decydując, że z odrabiania pracy domowej i tak nici, a odwlekanie nieuniknionego dołoży mu tylko więcej problematycznych niby–sprzeczek, takich jak ta z Barnabusem Curderem.
– Okej, do zobaczenia. – Morrison pomachał mu ręką.
Albus wstał i wyszedł, starannie unikając przy tym spojrzeń rzucanych mu przez współdomowników w pokoju wspólnym. Odetchnął z ulgą, kiedy przeszedł przez kamienną ścianę i znalazł się na pustym korytarzu. Wędrując po lochach, odczuwał mieszaninę napięcia i ciekawości. Nigdy wcześniej nie rozmawiał w cztery oczy z opiekunem domu i nie mógł się przestać zastanawiać, czy na prywatnym gruncie zostanie potraktowany oficjalnie, jako uczeń, czy też może nauczyciel podejdzie do niego w luźniejszy sposób i będzie zachowywał się jak wtedy, kiedy gościł go w murach swej rezydencji.
Gdy skręcił za róg, uświadomił sobie, że korytarz prowadzący do klasy eliksirów wcale nie był tak pusty, jak mu się wcześniej wydawało. Oparty o ścianę obok drzwi do pracowni był renegat, będący członkiem Wybawczego Aliansu Różdżek – można by zaryzykować nawet stwierdzenie „strażnikiem". Sprawiał wrażenie znudzonego, lecz było coś podejrzanego w jego bezruchu – niedopowiedzenie! – i w tym, że tu stróżował.
– Co pan tu robi? – zapytał Albus, natychmiast zwracając uwagę na wygląd mężczyzny. Miał włosy w kolorze mieszanki soli i pieprzu, a brodę śnieżnobiałą. Był jednym z nielicznych renegatów patrolujących zamek, który był w starszym wieku.
– Patroluję. Wykonuję zawierzone mi obowiązki – odpowiedział zajadle, wyglądając na zaskoczonego sposobem, w jaki zwrócił się do niego uczeń. – Jestem tu dla twojego bezpieczeństwa.
– Pan nazywa to patrolem? Nieruchome stanie przy jednych drzwiach?
Czarodziej zmrużył oczy.
– Co ty tu robisz? – zapytał.
– To gabinet opiekuna mojego domu – odpowiedział bez ogródek. – A pan stoi mi na drodze. Czy można by tak się...? Dziękuję – dodał, kiedy renegat przesunął się o kilka cali.
Ślizgon zapukał do drzwi sali eliksirów i nie musiał długo czekać na odzew. Profesor Malfoy natychmiast stanął w progu, wyglądając na człowieka, który bardzo wyraźnie usłyszał każde słowo z poprzedzającej pukanie rozmowy.
– Albusie! – wykrzyknął. – Wejdź, proszę, do środka – dodał, odsuwając się na bok, aby podopieczny rzeczywiście mógł to zrobić. – Przepraszam? – kontynuował, zwracając się do strażnika. – Eskortował pan pana Pottera?
– Ja... – zaczął mężczyzna, lecz nie dane mu było dokończyć, gdyż Draco Malfoy zatrzasnął mu drzwi przed nosem.
Chłopiec uśmiechnął się z wnętrza klasy, w milczeniu obserwując, jak mistrz eliksirów uderza raz różdżką w zamek, magicznie zabezpieczając salę. Potem czarodziej odwrócił się i wyciągnął rękę, sygnalizując, że uczniowi wolno usiąść.
– W czym mogę ci dziś pomóc, Albusie?
– Witam, profesorze. – Gdy zajął miejsce przy pierwszym stole, jego uśmiech stał się szczery. – Przyszedłem tu, żeby porozmawiać o quidditchu.
– Czekałem, aż z tym do mnie przyjdziesz. – Nauczyciel usiadł za swoim biurkiem. – Czy myślałeś nad datą kwalifikacji?
– Zastanawiałem się nad weekendem – powiedział wprost. – W tym roku chciałbym zacząć treningi dość wcześnie...
– Obawiam się, że możliwa będzie dopiero niedziela – przerwał mu opiekun. – Wygląda na to, że inni kapitanowie także o tym pomyśleli. Profesor Handit poinformował mnie, że kwalifikacje Hufflepuffu odbędą się w sobotę z rana, zaś profesor Longbottom zapowiedział, że gryfoni zarezerwowali boisko popołudniem.
– Więc może niedzielny poranek? – zasugerował.
– Przekażę tę informację innym opiekunom. – Malfoy skinął głową.
W biurze zapadła cisza, a chłopiec, nie chcąc, aby stała się niezręczna, natychmiast wstał z zamiarem wyjścia.
– Albusie – odezwał się ostro profesor, przez co uczeń automatycznie opadł z powrotem na krzesło. Wtem mężczyzna pochylił się do przodu. – Jak mi idzie do tej pory? – wyszeptał konspiracyjnie.
Ślizgon uśmiechnął się, nie spodziewając się tak szczerego pytania.
– Genialnie, profesorze – odpowiedział.
Malfoy także się uśmiechnął i odchylił na krześle.
– Wiesz, Albusie – zaczął, a jego głos wrócił do normalnego brzmienia. – Scorpius zawsze twierdził, że jesteś najlepszym warzycielem w całej szkole, a ja – niestety, przyznaję – zawsze mu powtarzałem, że najprawdopodobniej przesadza z oceną twojego talentu. Eliksir, który przyrządziłeś w poniedziałek... był nieskazitelny. Jestem pod wielkim wrażeniem, Albusie. Naprawdę – pod wielkim.
Chłopiec znów błysnął uśmiechem, tym razem też się rumieniąc.
– Dzięki, profesorze.
– Ciesz się resztą dnia – powiedział nauczyciel, łagodniejąc.
Ślizgon wstał, aby wyjść, ale znów zastygł w miejscu. Tym razem to on wznowił rozmowę.
– Jeszcze jedna sprawa, tak na szybko. Hm, co do tego... renegata sprzed pańskich drzwi... Hm, nie chciałbym...
– Wszystko w porządku, Albusie. – Opiekun spojrzał na niego wszechwiedząco. – Jestem świadom.
– Okej – odpowiedział pospiesznie i skinął głową, czując się trochę głupio. – Cóż, to idę...
Na odchodne Albus zauważył, że uśmiech Dracona Malfoya poniekąd zmienił się w grymas. Maszerując przez labirynt korytarzy, uświadomił sobie, że w okolicy nie kręcił się żaden strażnik.
Kiedy Albus zobaczył Scorpiusa, ten wyglądał bardzo zmęczonego, więc nie zawracał sobie głowy wpędzaniem go w nerwicę, że jeden z renegatów za punkt honoru obrał sobie szpiegowanie Dracona Malfoya. Poinformował go jednak – a także resztę domu – o uzgodnionym terminie kwalifikacji do ślizgońskiej drużyny quidditcha; wywiesił ogłoszenie na tablicy w pokoju wspólnym. Sęk w tym, czy będzie to miało w ogóle jakieś znaczenie.
– Myślicie, że tym razem ludzie przyjdą? – zapytał przyjaciół, gdy wychodzili z Wielkiej Sali w czwartek, przygotowując się do rozstania zaraz po obiedzie.
– Ostatnio przyszedł niezły tłum – stwierdził Scorpius.
– No tak, ale większa połowa zrezygnowała po tym, jak przyznałem się, że spotykam się z Mirrą – przypomniał gorzko. – Jak myślicie, ile wsparcia otrzymam w czasach, kiedy mój tata jest domniemanym mordercą?
– Ludzi to nic nie obchodzi – odpowiedział leniwie Morrison. – Dla wielu tutejszych idiotów otwarte umawianie się z gryfonką jest o wiele gorsze.
Albus bardzo w to wątpił, ale postanowił nie komentować wypowiedzi przyjaciela. Zamiast tego, kiedy wchodzili po schodach, machnął bez entuzjazmu ręką i skierował się w stronę drzwi prowadzących do szklarni. Następne miał zielarstwo, które – biorąc pod uwagę fakt, iż był na nim osamotniony oraz to, że nigdy nie był wspaniałym botanikiem – było jego najmniej lubianym przedmiotem na roku, pomimo dobrych stosunków z prowadzącym. Do przodu pchała go jednak dodatkowa motywacja, ponieważ po zajęciach umówił się w bibliotece z Mirrą i przez wzgląd na to, że tak rzadko widuje się z dziewczyną, uznał randkę za swego rodzaju nagrodę. Wszedł do cieplarni numer cztery razem z grupą, odczuwając lekkie zainteresowanie – akurat ta szklarnia była najbardziej niebezpieczna ze wszystkich.
– Wchodźcie, wchodźcie! Uważajcie, aby niczego nie dotykać! – przywitał się Neville, podczas gdy klasa ustawiła się w dwie linie.
Roślina, którą mieli się dziś zajmować, wydawała się Albusowi trochę znajoma – tak właściwie, to świtało mu w głowie, że była dosyć łagodna. Był to kwilący żonkil*, którego przerabiali lata temu.
Reszta grupy również przyglądała temu się z zaciekawieniem, najwyraźniej niepewna, dlaczego nie wolno dotykać tak pokojowo nastawionego kwiatu.
– Kto wie, o czym będziemy się dziś uczyć? – zapytał podekscytowany Neville, a Albus zauważył, że mężczyzna ma na oczach grube gogle.
– Kwilący żonkil? – odezwał się uczeń z tyłu.
– Nie do końca! – odpowiedział profesor, dłonią wskazując na chłopca. – Ktoś inny? Nikt...?
Milton Parish podniósł rękę.
– Zawodzący żonkil?
– Zgadza się! – Neville był rozpromieniony. – Dziesięć punktów dla Ravenclawu! Spójrzcie...
Klasa w milczeniu patrzyła, jak nauczyciel ostrożnie potarł odpowiedni punkt na łodydze postawionej przed sobą ładnie wyglądającej rośliny. Kwiat wydał z siebie przerażający krzyk, przez który wielu nieprzygotowanych na coś takiego uczniów – w tym Albus – aż podskoczyło. Następnie narcyz jakby skurczył się w sobie, imitując drzemkę.
– Zawodzący żonkil jest z pozoru niemożliwy do odróżnienia od swojej siostrzanej sadzonki, kwilącego żonkila, ale musicie wiedzieć, że istnieją dwa sposoby, aby je zróżnicować. Po pierwsze, co już wszyscy zapewne wydedukowaliście po nazwie, jeden kwili, a drugi zawodzi. Czy ktoś jest w stanie podać drugą cechę rozpoznawczą zawodzącego żonkila?
Ręka Miltona Parisha znów wystrzeliła do góry.
– Jest nadzwyczaj niebezpieczny – powiedział po prostu krukon.
– Znów poprawnie! Dziesięć punktów dla Ravenclawu!
Uczniowie rozejrzeli się wokół nerwowo, podczas gdy Neville wznowił wykład.
– Zawodzący żonkil rzeczywiście jest silnie trujący, ale jego toksyny bardzo często są używane do wzmacniania podczas warzenia i tak już silnych trucizn. Ponadto bywa szkodliwy dla skóry, ponieważ bezpośredni kontakt może prowadzić do średniego albo nawet ciężkiego oparzenia, któremu towarzyszy swędzenie. Właśnie z tego powodu będziemy dzisiaj nosić nasze...? Powiedzcie to ze mną, klaso!
– Rękawice ze smoczej skóry! – powiedzieli chórem uczniowie.
– Oraz?
– Gogle ochronne – dodali bez przekonania.
– Wspaniale! Podzielcie się teraz, proszę, na grupy trzyosobowe bądź czteroosobowe, a potem wyjaśnię, w jaki sposób uspokoić zawodzącego żonkila, abyśmy mogli wycisnąć z niego soki, które – w przeciwieństwie do jego mechanizmu obronnego w postaci toksyn – w istocie są bardzo przydatne przy warzeniu eliksirów wspomagających przepływ krwi, zwłaszcza do mózgu...
Uczniowie zgrupowali się i, oczywiście, Albus pozostał sam. Wtem ostrożnie podeszli do niego krukoni, Winona Soreeno i Milton Parish, gdyż najwyraźniej, pomimo pełnienia obowiązków prefektów, nie mogli znaleźć sobie trzeciej osoby.
– Cześć – powiedział ślizgon, na co oboje posłali mu słabe uśmiechy. Brunet jęknął w duchu. Wyglądało na to, że wszyscy, którzy nie wiedzieli, jakiego ojcowskiego czynu dopuścił się Harry Potter, albo go nienawidzili, albo się go obawiali. Biorąc pod uwagę, iż musiał współpracować z tą dwójką, a to z kolei oznacza wymianę zdań, czyli komunikację, nie był pewien, czy nie preferowałby ich oczywistego strachu.
Finalnie wyszło na to, że Albus miał niewiarygodne szczęście, bo krukoni okazali się spektakularnie biegli w zielarstwie. Neville przez około dwadzieścia minut instruował ich, w jaki sposób delikatnie masować łodygi niebezpiecznych kwiatów, żeby mogły wystarczająco się rozluźnić, bez zaliczenia wpadki z rozpyleniem zabójczego złocistego pyłu. Kiedy żonkile były odprężone, można było je dokładniej zbadać i lekko uszczypnąć, aby puściły soki, czyli przeźroczystą ciecz, którą uczniowie mieli zebrać.
Pomimo faktu, iż partnerzy Albusa wypowiedzieli do niego łącznie może z pięć słów, chłopiec czuł się całkiem swobodnie z tym, co mu przypadło w udziale. Otrzymał bardzo prostą pracę polegającą na trzymaniu żonkila nieruchomo, kiedy ten już się rozluźnił, aby krukoni mogli na spokojnie pobrać od niego soki. Tak długo, jak nie wyrządzał kwiatu krzywdy, narcyz nie stanowił żadnego zagrożenia.
Niespodziewanie poczuł potężne uderzenie, przez które poleciał do przodu, wciąż jedną dłonią trzymając żonkila. W rezultacie roślina natychmiast wyślizgnęła mu się spomiędzy palców i wydała z siebie głośny jęk. Następną rzeczą, jaką Albus poczuł, był potworny ból w ramieniu. Kiedy był pochylony, został oblepiony żółtym pyłkiem, zaledwie o cal powyżej miejsca, w którym kończyły się rękawice. Mimowolnie siarczyście zaklął, co na szczęście nie dotarło do zbyt wielu uszu, ponieważ w cieplarni zewsząd słychać było zawodzenie. Niemniej jednak okazało się, że krukoni mieli całkiem dobry słuch.
– Wszy... wszystko w porządku? – zapytał Milton Parish.
– Tak – skłamał gładko Albus, jednocześnie chwytając się za ramię, żeby sprawdzić, w jakim jest stanie. Niestety, skóra była już jaskrawoczerwona. Bolało niemiłosiernie. Ważniejsza była jednak kwestia: co na niego wpadło?
– Wybacz, Potter – powiedział jakiś wysoki chłopak o krótko przystrzyżonych blond włosach, którego gdzieś w przelocie ślizgon sklasyfikował jako ucznia Hufflepuffu. – Byłeś na drodze do konewki – dodał, głową wskazując na trzymany w dłoni brązowy garnuszek.
Albus spojrzał na niego groźnie, podczas gdy wewnątrz rozsadzała go wściekłość. Niby dlaczego ktoś miałby potrzebować do tego zadania konewki, skoro kwiat na tym etapie nie wymagał podlewania? Nastolatek zacisnął wargi, aż za dobrze świadom zamiarów szkolnego kolegi, podczas gdy puchon odszedł z nieprzyjemnym uśmiechem.
– To Elton Connor – powiedziała niepewnie Winono Soreeno.
– A kim konkretniej jest Elton Connor? – wywarczał, wciąż ściskając się za ramię.
Krukoni natychmiast się wycofali, najwyraźniej nie chcąc się dalej angażować w tę rozmowę.
Albus wiedział, że może podejść do Neville'a i wyjaśnić całą sytuację, ale nie zamierzał. Zamiast tego wybrał stanie nieruchomo przez pozostałą część lekcji i tym samym zmuszanie swych małodusznych partnerów do wykonywania całej pracy tylko we dwójkę. Nie przestawał jednak rzucać zjadliwych spojrzeń grupce Eltona Connora, w której – jak zauważył – był także gryfon, którego często widział paradującego w towarzystwie Eckleya i Hornsbrooka.
Zajęcia wkrótce się zakończyły, a kiedy wszyscy wychodzili, Neville przypomniał im o zadanej pracy domowej. Rozzłoszczony Albus natychmiast odłączył się od reszty. Wiedział, że w tym roku zderzy się z wieloma przeciwnościami losu przez wzgląd na słynne okoliczności aresztowania swojego ojca, ale nie spodziewał się, że zostanie fizycznie zaatakowany, zwłaszcza przez przypadkowych uczniów, z którymi wcześniej nie zamienił nawet słowa. W trakcie wściekłego pędu przez zamek pozwolił swoim myślom popłynąć.
Wróć i oddaj mu przysługę, powiedział twardy głos w jego głowie.
– Nie! – odparł głośno, a potem stanął jak wryty – czy naprawdę rozmawiał sam ze sobą?
Decydując się nie skupiać się za bardzo na tym niepokojącym problemie, Albus wszedł do szkoły – minąwszy grupę czwartorocznych krukonów, którzy spojrzeli na niego pogardliwie – i ruszył po schodach do biblioteki. Z ogromnym westchnieniem ulgi wkroczył do środka i od razu wypatrzył Mirrę, częściowo zasłoniętą przez regał z książkami i siedzącą na tyłach komnaty. Podszedł do niej i zasygnalizował swoją obecność poprzez upuszczenie torby na podłogę.
– Hej – przywitał się, kiedy podniosła głowę znad swojego notatnika.
– Cześć! Jak ci poszło na... Co z twoim ramieniem?!
– Przewróciłem się – odpowiedział głupio, zajmując miejsce naprzeciwko niej; musiał też przyznać, że był troszkę rozbawiony wyrazem twarzy dziewczyny.
– Przewróciłeś się? – zapytała sarkastycznie.
– Nie – przyznał. – Miałem mały wypadek na zielarstwie. Hm, to w sumie nie był wypadek. Jakiś żartowniś wepchnął mnie na roślinę, która nie lubiła być atakowana.
– Czemu? – Mirra była zaskoczona.
– Kto wie – mruknął.
– Och. – Zmarszczyła brwi. – A powiedziałeś o tym profesorowi Longbottomowi? Powinien dostać szlaban!
– Czy możemy po prostu przysiąść do nauki? – zapytał w zamian, nie chcąc się dłużej nad tym rozwodzić i oficjalnie przyznawać, że puścił ten incydent płazem.
Gryfonka wydała z siebie przeciągłe, zirytowane westchnienie, ale rzeczywiście odpuściła drążenie tematu. Albus wyjął z torby podręczniki, bo miał się zająć esejem na obronę przed czarną magią. Nim minęło pięć minut sesji, pożałował szorstkiej postawy. Nienawidził wymownego milczenia, które czasem zapadało pomiędzy nim, a jego dziewczyną. Zanim zdążył temu przeciwdziałać, Mirra pierwsza wyszła z inicjatywą.
– Jakie masz plany na przerwę zimową?
Uniósł z zaskoczenia brwi, bo nie spodziewał się w ogóle poruszenia takiego tematu.
– Przerwę zimową? W sensie masz na myśli tą, która jest... zimą? Nie wiem, a co?
Mirra uśmiechnęła się nieśmiało i założyła pasmo włosów za ucho. Nagle wyglądała na zdenerwowaną.
– Cóż, latem rozmawiałam z dziadkami, że wciąż... tylko wysyłamy do siebie sowy. Zapytałam ich, czy nie mógłbyś spędzić u nas kilka dni podczas tej przerwy właśnie. Jedyny raz, kiedy widziałam cię poza szkołą, to było na ślubie siostry Morrisona i... sam wiesz, jak to się skończyło.
Albus skinął głową i się uśmiechnął. Kiedy jednak nie odpowiedział od razu, Mirra szybko znów podjęła temat.
– No, chyba że nie chcesz! – wypaliła. – Po prostu pomyślałam sobie, że twoje wakacje będą naprawdę ponure w tym roku i...
– A ty nie pobyłabyś ze mną? – zapytał, zaciekawiony, chociaż miało to wymiar jedynie informacyjny. Tak właściwie to wolałby spędzić przerwę u niej. Nie znał się za dobrze z dziadkami dziewczyny i zdecydował, że może najwyższy czas, aby to zmienić.
– Nie wiem, czy moja rodzina byłaby na to gotowa – przyznała z wahaniem. – I teraz gdy o tym pomyślałam... Hm, nie wiem. Czy ty aby nie spędzasz zawsze wakacji z Rose?
Albus posłał Mirze zaintrygowane spojrzenie.
– Myślałem, że nieco popracowałyście nad waszą relacją – zagaił i to z pewnością była prawda. Każda wzmianka dziewczyny o byłej przyjaciółce dotyczyła ich krótkich rozmów.
– Tak było! – oświadczyła. – Po prostu... ostatnio trochę jest podłamana. Nie chcę nic mówić, ale...
– Ale co? – spytał, niepewny, z jakiego powodu Mirra miałaby zawracać sobie głowę zwierzeniami dotyczącymi Rose.
– Ostatnio naprawdę chodzi cała podirytowana. Wszyscy to zauważyli. Nikt nie mówi dlaczego, ale każdy zna powód.
– Hm?
– Najwyraźniej jest w związku na odległość z Lance'em – powiedziała bez ogródek.
– No tak, i? – Ślizgon był trochę zawiedziony rewelacjami. – Wiem o tym.
– On przestał jej odpisywać.
Albus skamieniał.
– Nie myślisz, chyba że...?
– Nie, nie! W ogóle nie o to chodzi! – Potrząsnęła głową. – Sęk w tym, że wszyscy jesteśmy pewni, że jest cały, zdrowy i bezpieczny. Rose na pewno by się dowiedziała, gdyby stało się coś złego. Lance pisał jednak coraz to rzadziej... i nikt nie ma serca jej powiedzieć, że związek na odległość jednak mu nie odpowiada...
– Domyślam się, że też nie potrafisz jej uświadomić, prawda?
– I co? Mam rozpętać kolejną wojenkę? – zapytała retorycznie.
Albus rozważył opcje. Do Lance'a wciąż żywił co najmniej mieszane uczucia. Chłopak Rose nie był do końca złym facetem – i rzeczywiście miał w sobie kilka godnych podziwu cech charakteru – aczkolwiek był również bardzo egocentryczny, a z kolei ta cecha popychała go nieraz do naprawdę ohydnych czynów. Jakby na to nie spojrzeć, jego pragnienie, aby Rose i Mirra znów się zaprzyjaźniły w zeszłym roku doprowadziły do zrujnowania kilku miesięcy życia Scorpiusa. Dodając do całokształtu raczej pozbawioną skrupułów osobowość... wydawał się być typem, który zakańcza sprawy, z których nie może już za wiele wyciągnąć.
A co do Malfoya...
– Hej! – zaczął. – To raczej nie ma nic wspólnego ze Scorpiusem, prawda? Morrison powiedział mi niedawno, że on też ostatnio był jakiś nieswój, a zaczynam też widzieć, że bywa bardzo zmęczony.
– Nie – odpowiedziała prosto. – Jeżeli coś niedobrego dzieje się ze Scorpiusem, nijak ma się to do Rose.
Mirra wyraziła się dość dobitnie, co było całkiem niezwykłe, biorąc pod uwagę, że w jego pytaniu chodziło o coś zgoła innego. Miał wrażenie, że coś jest na rzeczy; że dziewczyna coś wie i stara się utrzymać stoicki wyraz twarzy – zdecydował się więc nie naciskać.
– Cóż, tak czy inaczej... Tak – powiedział, nawiązując do poprzedniego. – Chciałbym zobaczyć się z tobą podczas przerwy. Musiałbym o tym porozmawiać z mamą, ale myślę, że nie będzie miała nic przeciwko.
Mirra natychmiast się rozpromieniła, a Albus się uśmiechnął. W radosnym nastroju wrócił do pracy nad esejem na obronę przed czarną magię, nagle bardziej zmotywowany do pisania. Cisza, która znów między parą zapadła, była o wiele przyjemniejsza. Kiedy poczynił duże postępy, niespodziewanie został rozproszony.
– Czy możecie, proszę, odejść? – wyjąkał ktoś w pobliżu. Głos brzmiał wyjątkowo niewinnie i zdecydowanie należał do młodszej uczennicy. Prawdę mówiąc, Albus od razu go rozpoznał...
– Co się dzieje? – zapytała Mirra, zauważając jego minę.
– Czy to nie moja kuzynka? – spytał na głos, a następnie wstał i wyciągnął szyję, aby dostrzec więcej pomiędzy regałami.
Kilka stolików dalej siedziała Roxanne, ale nie była sama. Nie towarzyszyły jej żadni pierwszoroczni, a dwóch starszych uczniów. Ślizgon rozpoznał w nich gryfonów, a jednego kojarzył z zielarstwa. Wtem ten zasiadający naprzeciw dziewczynki chłopiec spojrzał na nią złośliwie, a potem zerknął na tego, co stał obok. Obaj zaśmiali się z czegoś, a Roxy pochyliła głowę, wyraźnie zakłopotana.
W Albusie wezbrał się gniew. Powody, dla których był nękany, były co najmniej rozsądne – w ocenie świata zewnętrznego – ale to? Czy kiedykolwiek kuzynka zrobiła coś złego, poza byciem spokrewnioną z Potterami?
– Co się tam dzieje? – zapytała ponownie Mirra, nie widząc sceny spomiędzy regałów.
Ślizgon stał nieruchomo, przyglądając się nękaniu z kwaśnym wyrazem twarzy. Ból ramienia, który w magiczny sposób ustąpił podczas rozmowy z ukochaną, powrócił teraz z dwukrotną siłą. Nastolatek wzdrygnął się zarówno z powodu fizycznego cierpienia, jak i tego, co widział. Targnęła nim nagła potrzeba wtrącenia się, tak jak postąpił z Dougiem i Milesem Dursleyami, ale coś go powstrzymywało – być może daremność.
Mirra w końcu wstała z miejsca i podeszła bliżej, żeby mieć lepszy wgląd w sytuację.
– Co... co oni robią, Albusie? – zapytała, prawdziwie przerażona. Chłopiec, który siedział naprzeciw Roxanne, sięgnął przez stół i wyrwał dziewczynce zeszyt, a potem zaczął się nim bawić z przyjacielem, przerzucając go ponad głową właścicielki, która starała się w odpowiednim momencie go złapać.
Ślizgon zobaczył, że Mirra się wyprostowała i wyeksponowała odznakę prefekta, najwyraźniej z zamiarem podejścia do dręczycieli i zrugania ich, lecz sam wystąpił naprzód. Oboje jednak stanęli w miejscu, kiedy z bocznej międzyregałowej ścieżki wyszedł gryfon z wysoko uniesioną głową i odznaką przypiętą do szaty na piersi. Albus uniósł brwi, a zaskoczenie chwilowo zastąpiło złość. Był to Charles Eckley.
– Co tu się wyprawia? – zapytał swoich współdomowników, mimo że z jednym z nich był w przyjaznych stosunkach.
– Zwyczajnie trochę się bawimy, stary – odpowiedział ten bliższy znajomy, rzucając drugiemu żartownisiowi zeszyt. W powietrzu złapał go jednak Eckley.
– Cóż, igrajcie się tak dalej, a będzie się świetnie razem bawić na szlabanie. Zostawcie dziewczynę w spokoju i spływajcie stąd. Natychmiast!
Chłopcy wymienili zmieszane spojrzenia, ale spełnili polecenie. Odchodząc, mruczeli pod nosem buntowniczo. Eckley w milczeniu oddał Roxanne zeszyt, a następnie sam odszedł, wracając do spraw, które zaczepka mu przerwała.
Mirra usiadła z powrotem, zupełnie jakby nic się nie stało, ale Albus wciąż stał w miejscu. To było niezwykle dziwne, widzieć Charlesa Eckleya w tak bohaterskim świetle... Czuł się też trochę zawstydzony, że nie zainterweniował wcześniej.
– Siadasz?
– Hm? – mruknął, rozproszony, gdyż ramię wciąż mu pulsowało. – Tak...
Pomiędzy parą znów zapadła chwilowa cisza, podczas której ślizgon zastanawiał się nad wydarzeniem, którego był świadkiem.
– Czy Roxanne często jest prześladowana? – zapytał znikąd. – To znaczy, z tego, co widziałaś?
Mirra podniosła wzrok znad swojej pracy.
– Nieszczególnie. W pewnym sensie napastowania rozchodzą się po wszystkich. To podobnie jak – och, w sumie chyba o tym nie słyszałeś – pewnego dnia Lily była nękana przez jakiegoś krukona ze swojego rocznika.
– Co takiego? – zapytał, zaskoczony swą niewiedzą; z drugiej strony od siostry dzieliło go aż siedem pięter. – Co się wtedy stało?
– Tak naprawdę to sprawa zrobiła się wtedy przykra, ale Charlie przyszedł i rozpędził towarzystwo. Facet przestał do Lily podskakiwać.
Potter spojrzał w dół.
– Charles Eckley. Nagle wielki bohater, co? – stwierdził na wpół sarkastycznie.
Dziewczyna wbiła w niego gniewny wzrok, przez co odniósł wrażenie, że to, co powie, będzie go później gryzło. W istocie, miał rację.
– Charlie dorósł, Albusie. Może ty też powinieneś.
– Przepraszam. – Zmarszczył brwi. – Po prostu... po prostu nie jestem do tego przyzwyczajony. To wszystko.
– W porządku. – Mirra wróciła do nauki. – Wiesz mi lub nie, ale to naprawdę dobrze, że akurat Charlie został mianowany prefektem. Roztacza wokół siebie dobrą aurę, zna go wiele osób w zamku, a odkąd James skończył szkołę...
– Uważasz, że zniknięcie Jaimiego jest powodem, dla którego w Hogwarcie nagle zaroiło się od dręczycieli? – zapytał z niedowierzaniem, nigdy wcześniej się nad tą kwestią nie zastanawiając.
Gryfonka znów przerwała na moment pracę.
– A ty nie?
Albus nie odpowiedział. Myślami wrócił do tego, co mu się dzisiaj przydarzyło, a także pomyślał o tym, przez co przechodzili jego bliscy. Do tego typu incydentów dochodziło niezwykle rzadko, kiedy James wciąż się tu uczył, bo z automatu przeklinał każdego, kto przekroczył granicę. Po tym, jak zakończył naukę... może to i dobrze, że Eckley kręci się w pobliżu. Wtem poczuł irytację, która nie miała nic wspólnego z bolącym ramieniem.
Koniec końców udało mu się zakończyć esej, a niedługo potem odprowadził Mirrę do pokoju wspólnego gryfonów; potem pomaszerował do ślizgońskiego. Kiedy wszedł do środka, przyuważył, że Morrison i Melonie rozłożyli się przed kominkiem i rozmawiali o czymś przyciszonym głosem. Scorpiusa nigdzie nie było widać.
– Cześć – powiedział, podchodząc bliżej.
– Hej – odparła słodko dziewczyna.
– Jak leci, stary? – zapytał Morrison. – O rany, co się stało z twoim ramieniem?
– Aa, nic takiego. Mały wypadek na zielarstwie – skłamał, nie mając najmniejszej ochoty publicznie przyznawać się do tchórzostwa, tak jak to wyszło z Mirrą. – Gdzie się podział Scorpius?
Vincent wzruszył ramionami.
– Nie wiem, nie widziałem go. Może zszedł już na kolację. Też idziesz?
Albus się zastanowił. W rzeczywistości nie był szczególnie głodny, a promieniujący od ramienia ból nieustannie zmieniał się z nieprzyjemnego na niewiarygodnie drażniący. Może wsunięcie ręki pod chłodną poduszkę choć trochę pomoże...?
– Hm, chyba się jednak położę – stwierdził. – Zielarstwo mnie wykończyło... I właśnie skończyłem pisać esej dla Handita...
– W porządku. Miłej drzemki! – Uśmiechnął się Morrison.
– Yhym – odmruknął i ruszył po schodach do dormitorium. W środku opadł na łóżko, zadowolony, że nie było tu nikogo innego. Przewrócił się na bok i spróbował uporządkować myśli, chociaż było to trudne. Z jakiegoś powodu nie mógł zapomnieć obrazu Eckleya ruszającego na ratunek Roxanne...
Zamrugał głupio, kiedy odtwarzana w głowie scena mu zawirowała. Biblioteka w mgnieniu oka zrobiła się czarna, a przebywający w niej ludzie zaczęli znikać, jeden po drugim. Wkrótce został sam.
Sam ze sobą.
Naprzeciwko niego, w absolutnym bezruchu, stał złotooki Albus. Ślizgon odwzajemnił spojrzenie, ale bał się wykonać pierwszy ruch. Był zbyt przerażony, aby przejąć inicjatywę.
Wtem pojawiły się dwa świetliste promienie i z ciemności wyłonił się trzeci chłopiec – ten, który niegdyś go ochronił. Rzucił się na tego z natury niegodziwego, próbując go powalić...
Złotooki złoczyńca z łatwością zwyciężył. Następnie podszedł do przewróconego przeciwnika, wyciągnął z szat różdżkę i wycelował w podłogę. Błysnęło zielone światło i bliźniaczy obrońca zginął.
Prawdziwy Albus nie wiedział, co powinien teraz zrobić. Zamarł ze strachu, a poprzednia wytrwałość z miejsca wyparowała po tym, czego był świadkiem. Powoli przysunął się do przodu, żeby rzucić okiem na zwłoki i ciężko westchnął. Okazało się, że nie był to – jak przypuszczał – dawny stronnik. Ten chłopiec odziany był w szaty w kolorze szkarłatu i złota, barwy Gryffindoru.
Potter gwałtownie się obudził, prawie spadając z łóżka. Ciemność się rozproszyła, zastąpiona przez kształty i odcienie ślizgońskiego dormitorium. Zaskoczony i oblany potem wyskoczył z pościeli, a następnie zszedł na kolację.
Dla Albusa piątek okazał się punktem kulminacyjnym tygodnia, ponieważ zarówno przekazał profesorowi Handitowi dobrze napisany – w swoim mniemaniu – esej, a także razem z Mirrą jako partnerką oddał do oceny perfekcyjnie uwarzony roztwór powodujący czkawkę. Sobota okazała się głównie dniem rekonwalescencji. Po wielu narzekaniach ze strony ukochanej chłopiec udał się do skrzydła szpitalnego, gdzie Lester – renegacki asystent Madam Clearwater – nałożył na oparzelinę maść, która prawie natychmiast załatwiła sprawę; po wszystkim wyszedł bez słowa podziękowania. W ciągu reszty dnia upewnił się, że ma odrobione zadania domowe na wyrost oraz że wszyscy ślizgoni wiedzą, że następnego dnia odbędą się kwalifikacje.
W niedzielę obudził się wcześnie, gdy słońce jeszcze wschodziło, z olbrzymim pragnieniem natychmiastowego wskoczenia na miotłę i jednocześnie zdenerwowany potencjalnym brakiem zainteresowania ze strony kandydatów do drużyny. Scorpius wstał mniej więcej w tym samym czasie i po zjedzeniu małego śniadania w prawie pustej Wielkiej Sali, obaj wyszli na zewnątrz, aby przygotować się do lotu.
– Minęło trochę czasu, odkąd byłem w powietrzu, stary – powiedział Malfoy, unosząc się coraz to wyżej na swojej miotle i wyglądając na bardzo szczęśliwego. – Hm, w sumie to przez całe lato nic nie ćwiczyłem...
– Też – przyznał Albus, a następnie wsiadł na Ostrze Błyskawicy i podleciał do przyjaciela. Przez kilka minut latali w kółko, przypominając sobie boisko; cały czas byli uśmiechnięci. Choć z początku szło im gorzej, po chwili lecieli z maksymalną prędkością, robiąc w powietrzu kręciołki.
W ciągu godziny na boisko weszło kilka osób – dwójka była z zeszłorocznej drużyny. Potter uświadomił sobie z głośnym jękiem, że Tiffani Garrett i Barnabusowi Curderowi towarzyszył – ostatnimi czasy – jego ulubiony rozkapryszony ślizgon. Niechętnie zleciał na dół, w trakcie lotu machając do Morrisona i Melonie, którzy przysiedli na trybunach.
– W porządku. Zobaczymy, jak tam u was z talentem – zarządził. – Gdy reszta przyjdzie, podzielę was na grupy i...
– To wszyscy chętni – oświadczył Barnabus.
– O czym ty mówisz? – Albus był zaskoczony i uniósł brwi.
– Nikt więcej nie przyjdzie – doprecyzował Lucas, przyjaciel Curdera.
– To pytanie nie było do ciebie! – warknął Scorpius. – Co z Yin i Barrym?
– I Garthem? – dodał kapitan, starając się przypomnieć, kto dokładnie w zeszłym roku należał do drużyny.
– Cóż, raczej będą grać. – Barnabus wzruszył ramionami, a kilku współdomowników zaczęło pomiędzy sobą szeptać. – Ale miałem na myśli nowych chętnych...
– W takim razie po prostu poczekamy i zobaczymy – powiedział mrocznie Albus, wygrzebując z pamięci fakt, iż Curder nie wypadł wspaniale podczas poprzednich kwalifikacji, a do składu został wybrany tylko przez wzgląd na nastawienie.
Razem ze Scorpiusem przygotowali cały sprzęt, a następnie chwilę się kręcili, czekając na nowo przybyłych. Wbrew temu, co sugerowali ślizgoni, pojawiły się nowe twarze, choć nie była to niezliczona rzesza. W ciągu pół godziny, co jakiś czas, wchodzili na boisko w dwu– lub trzyosobowych grupkach. Gdy przed kolejne trzydzieści minut nikt się nie zjawił, Albus w końcu wstał i policzył zgromadzonych. Niestety, było jeszcze mniej ludzi niż w zeszłym roku. Co gorsza, brakowało jednego członka zeszłorocznej drużyny.
– Gdzie jest Yin? – zapytał, wyciągając szyję. – Hm? Czy ktoś może widział...?
– Nie będzie grał w tym roku. – Barry Bryan zrobił krok do przodu. Sprawiał wrażenie nieco zdenerwowanego faktem, że przynosi złe wieści. – Yin chce... chce skupić się bardziej na nauce...
– Okej. Nieważne. Rozumiemy. – Scorpius był wyraźnie zniesmaczony. Potem pochylił się ku swojemu kapitanowi. – Przynajmniej tylko jeden z nich stchórzył.
– To bez znaczenia – odparł Albus. – I tak chciałem zrewolucjonizować zespół. – Zrobił krok do przodu i podniósł głos. – W porządku. Podzielimy się teraz na dwie różne grupy – ścigających i pałkarzy...
– A co z obrońcami? – krzyknął ślizgon z tyłu.
– Scorpius jest obrońcą Slytherinu – odpowiedział po prostu, zdziwiony, że ktoś w ogóle śmiał zasugerować coś zgoła innego, zwłaszcza że blondyn był równie zaskoczony.
– Mogę wziąć udział w kwalifikacjach, stary...
– Nie bądź śmieszny – mruknął.
Ślizgon, którzy protestował, wystąpił naprzód. Był zdeterminowany.
– Malfoy nie musi być poddany próbie?
– Nie musi.
– Czemu? – zapytał chłopiec, a Potter dopiero wtedy zauważył, że ma do czynienia z trzeciorocznym. – Bo jest twoim kumplem, czy też dlatego, że jego tatuś tu uczy?
Blondyn otworzył usta, żeby się odezwać, lecz Albus mu na to nie pozwolił.
– Nie. Scorpius potrafi zdominować całą grę – odpowiedział przez zaciśnięte zęby, w głowie mając wszystkie cudowne występy przyjaciela. – Szczerze mówiąc, rozważanie innych ludzi na pozycji obrońcy jest po prostu stratą czasu. Mimo to i tak się nie martw. Nie miałeś najmniejszych szans.
– Niby dlaczego?
– Bo podskakujesz ludziom, którzy o wiele lepiej od ciebie latają! A teraz wynoś się z boiska! – Wskazał dłonią trybuny.
Kilka osób sapnęło współczująco w kierunku trzeciorocznego, który – delikatnie mówiąc – odszedł absolutnie pokonany. Albusa to jednak zupełnie nie obchodziło. Być może przez te wszystkie bzdury, których ostatnio doświadczył – popchnięcie na zielarstwie i bycie świadkiem znęcania się nad kuzynką – nie miał najmniejszej ochoty na rozpieszczanie jakiegoś trzynastoletniego chłystka, któremu nie podobała się jego polityka.
Z boiska zeszły jeszcze dwie osoby, które najwyraźniej także zamierzały startować na pozycję obrońcy. Pomimo tego, iż tylko trzy osoby się oddaliły, grupka, która została, wydała się o wiele mniej liczna.
Albus odwrócił się do Scorpiusa.
– Cholera. Wiedziałem, że mnie nie lubią, ale to się w głowie nie mieści. Przeze mnie nawet quidditch stał się niepopularny. Jaki niby inny sport pozostał tym gadom?
Malfoy wzruszył ramionami, po czym wskazał tłum, przypominając o nadchodzących, kiepsko się zapowiadających eliminacjach.
– Racja. – Kapitan odzyskał równowagę i skoncentrował się na tłumie kandydatów. – Zakładam, że jeżeli nie podchodzilibyście do tematu poważnie, dołączylibyście do tamtej trójki. Przejdźmy więc do meritum! Dwie grupy...
Ślizgoni zrobili tak, jak im kazano, a Albus w końcu wypuścił piłki i tym samym rozpoczął kwalifikacje. Na pierwszy ogień poszli ścigający, którzy zostali sromotnie pokonani przez Scorpiusa, który przez cały czas dziko się uśmiechał. Nie będąc w stanie ocenić ich wszystkich poprzez pryzmat zdobytych punktów, zamiast tego skupił się na stabilności ich lotu, prędkości i umiejętnościach manewrowania. Finalnie najlepsi okazali się trzej zeszłoroczni ścigający, co utwierdziło kapitana w przekonaniu, że próba w tamtym roku i w tym bardzo się przydała, ponieważ pokazała, że gracze się poprawili – nawet Barnabus Curder udowodnił, że zasłużył na miejsce w drużynie.
Nie chcąc zbyt wcześnie ogłaszać wyników, nakazał kandydatom spoczęcie i pooglądanie następnych testów. W międzyczasie miał się zdecydować, choć nie powiedział głośno, że już dokonał wyboru. O pozycję pałkarzy starało się mniej osób aniżeli o ścigających, co zakrawało pod hańbę, bo w rzeczywistości było to jedyne miejsce, które było wolne.
Na ten czas Scorpius usiadł, zaś Albus wzbił się w powietrze, gdzie uchylał się i unikał lecących nań tłuczków. Zauważył, że ta część w głównej mierze opierała się instynkcie samozachowawczym, chociaż piłki, którymi został trafiony, uderzane były z prawdziwą agresją i dobrze odwzorowywały realia gry. Z jednej strony pomogło mu to lepiej zrozumieć, kogo chce mieć w swoim zespole, lecz z drugiej... trochę go to przerażało.
Barry Bryant ponownie znalazł się w składzie wyjściowym, gdyż okazał się jednym z najlepszych latających, nawet jeżeli nie uderzał tłuczków równie mocno, co inni. Obsadzenie pozostałych miejsc stanowiło twardszy orzech do zgryzienia. Mimo że Albus naprawdę nie chciał tego przyznawać, autorem jedynego występu, na który warto było zwrócić uwagę, był irytujący przyjaciel Barnabusa Curdera, Lucas Strossen.
– Co tu zrobić? – zapytał Scorpiusa, kiedy wylądowali; przedtem machnął na grupę, powiedziawszy, że nadszedł czas na decyzję.
– Cóż, Bryant. To bardziej niż jasne.
– A co myślisz o drugim pałkarzu? – spytał z wahaniem.
– Szczerze? Mamy tylko jedną opcję. – Malfoy wzruszył ramionami, a kapitan utwierdził się w przekonaniu, że przyjaciel także zauważył talent Strossena.
Westchnął.
– Naprawdę potrzebujmy pałkarza.
– Morrison? – zasugerował blondyn.
Albus zerknął na trybuny. Nie miał ochoty prosić Vincenta, by zagrał w meczu w razie konieczności – był przekonany, że zraniłoby to jego uczucia, a poza tym ślizgon ostatnio nie wydawał się szczególnie zainteresowany quidditchem. Jakby na to nie patrzeć, w zeszłym roku nie przeszkadzało mu wyłącznie przyglądanie się grze.
– Zostawmy tego Strossena, a jeżeli nawali, poproszę Morrisona o przysługę – zdecydował.
Scorpius zmarszczył brwi, aczkolwiek skinął głową.
Albus odwrócił się do tłumu.
– W porządku. Proszę o uwagę...
Nie poszło za dobrze. To, że skompletowano zespół w oparciu o – w gruncie rzeczy – zeszłoroczną drużynę, spowodowało, że kandydaci zaczęli szydzić i parskać, jakim to wielkim śmieciem jest szukający Slytherinu, a wielu w trybie natychmiastowym opuściła boisko. Najgorszy z tego wszystkiego jednak był wyraz zadowolenia na twarzy Lucasa Strossena, kiedy przybijał piątkę Barnabusowi Curderowi – to sprawiło, że kapitan od razu pożałował swojej decyzji. Gdy pole prawie opustoszało, podszedł do piątorocznego i poprosił go o rozmowę na osobności.
– Jedno niewłaściwe słowo i wylatujesz z drużyny – powiedział, a Lucas natychmiast poświęcił mu całą swoją uwagę. – Zrozumiałeś?
Chłopiec rzucił mu bezmyślne spojrzenie, ale ledwo zauważalnie skinął głową na znak, że informacja została zakodowana. Nie starł jednak z twarzy zarozumiałego wyrazu, przez co Potter zaczął żywić nadzieję, że czas chwały Morrisona przyjdzie stosunkowo szybko.
Pięć minut później, kiedy na boisku nikogo już nie było, Albus ze Scorpiusem weszli na trybuny, na których siedzieli zaprzyjaźnieni współdomownicy.
– Obyś tylko nie pozwolił temu baranowi, Lucasowi, być w drużynie! – Morrison był oburzony, podczas gdy Melonie opierała głowę na jego ramieniu.
– Yhym – mruknął markotnie Malfoy, po czym potrząsnął głową.
– Musiałem. – Albus oparł podbródek na splecionych w koszyczek dłoniach. – Z tych wszystkich ludzi... był najlepszą opcją.
Zanim Vincent się odezwał, pomiędzy ślizgonami zapadła krótka chwila ciszy.
– Jeżeli ten palant rzeczywiście jest twoją najlepszą opcją, to czeka nas ciężki rok, stary.
Brunet skinął głową, choć w myślach spróbował odszyfrować wiadomość Morrisona. Czy przyjaciel odnosił się tylko do quidditcha, czy może do całego roku szkolnego? Tak czy inaczej, pomyślał ze smutkiem, wpatrując się w puste boisko, najprawdopodobniej ma rację.
* Kwilący żonkil (z ang.: Honking Daffodil) – magiczna roślina, mająca swój debiut w trzecim tomie sagi Vekina. Poprzednia tłumaczka, Italiana, w rozdziale jedenastym zatytułowanym „Czerwona Wojna", podczas opisu lekcji zielarstwa pominęła tę nazwę, określając roślinę tylko jako „żonkil"
