9. KLUB STRAŻNIKÓW
Wrzesień minął i wraz z gwałtownymi wiatrami oraz nieoczekiwanym wzrostem obciążeniem pracą nastał październik. Uczniowie ponownie zostali wdrożeni w zaklęcia niewerbalne podczas obrony przed czarną magią, przez co wszyscy nauczyciele oczekiwali, że będą jej także używać na pozostałych przedmiotach. Oprócz kilku zniesmaczonych spojrzeń Albusowi nie przydarzył się podobny wypadek, co na zielarstwie. Nadal rozwijał się w dziedzinie eliksirów, a z nim Scorpius – chociaż przyjaciel nie przez wzgląd na naturalny, wrodzony talent, a dzięki wytrwałej, wielogodzinnej nauce i ćwiczeniom. Obaj szybko udowodnili, że są najlepsi na roku.
Albus lubił być zajęty, ponieważ przez natłok zajęć mniej koncentrował się na kwestiach związanych z powszechną niechęcią całej szkoły. Nie myśląc o braku popularności i skupiając się na innych rzeczach, zaczął zauważać coś dziwnego.
– Gdzie byłeś ostatniej nocy? – zapytał przyjaciela, kiedy usiedli razem przy śniadaniu.
Scorpius podniósł głowę. Za żadne skarby świata, choćby bardzo pragnął, nie był w stanie ukryć ciemnych worów pod oczami.
– Patrolowałem korytarze. Tak właśnie wygląda dyżur – odpowiedział, polewając sobie naleśniki z syropem klonowym.
– Jak długo? Razem z Morrisonem byliśmy na nogach do około drugiej nad ranem i cię w ogóle nie widzieliśmy…
– Do pokoju wspólnego wszedłem jakoś piętnaście po. – Scorpius zmarszczył brwi. – Musiałem obejść większy teren. Myślę, że nowi prefekci z piątego roku chyba trochę się obijają. Możesz śmiało zapytać o to Mel – dodał, wskazując dłonią partnerkę.
Melonie skinęła delikatnie głową – nie mogła sobie pozwolić na gwałtowniejszy ruch, ponieważ na jej ramieniu drzemał Vincent, którego talerz już dawno został wylizany do czysta.
– W okolicach pierwszej byłam już w łóżku, ale racja, Scorpius musiał zostać na dyżurze trochę dłużej. Nikt nie sprawdza miejscówki na Wieży Astronomicznej! – powiedziała, zirytowana.
Albus pokiwał ze zrozumieniem głową, co nie zmienia faktu, iż nadal rzucał przyjacielowi nieprzekonane spojrzenie. Patrole blondyna od pewnego czasu znacznie się wydłużyły – bardzo często trwały aż do wschodu słońca. Wszystko to było nad wyraz podejrzane – gdyby nie wiedział lepiej, z całą pewnością pomyślałby, że Scorpius przeznaczał noce na naukę, aby wciąż dostawać najwyższe oceny i tym samym przypodobać się ojcu.
Automatycznie spojrzał na profesora Malfoya, który pogrążony był w uprzejmej rozmowie z Hagridem. Kiedy Albus otrząsnął się z zamyślenia, nad czterema stołami rozległ się szelest ptasich skrzydeł i niedługo potem przed uczniami pojawiła się poczta.
Prawie nikt nie zamawiał PROROKA CODZIENNEGO. Zamiast tego uczniów zasypywał TYGODNIK WAR, a ten wtorek niczym nie różnił się od innych. Co było do przewidzenia, jeden egzemplarz wylądował tuż przed Scorpiusem, który od razu, pomimo widocznego zmęczenia, po niego sięgnął.
– O rany! – wykrzyknął, rzuciwszy okiem na gazetę.
Okrzyk natychmiast wyrwał ze snu Morrisona, który przypadkowo uderzył Melonie w głowę.
– Ała! – pisnęła dziewczyna.
– Wybacz, księżniczko. – Vincent przetarł oczy i rozejrzał się wokół. – Sosiedzije?
Scorpius nie był jedynym, który zareagował w podobny sposób. Ze wszystkich stron słychać było zaskoczone sapnięcia, stłumione jęki oraz mimowolne okrzyki, potem cztery uczniowskie stoły naraz wybuchnęły szeptem. Albus z był pewien, że powód takiego stanu rzeczy tkwił w dłoniach przyjaciela.
– Co się stało?
– Próba zabójstwa Waddleswortha! – odpowiedział Malfoy i na dowód pokazał wszem wobec pierwszą stronę gazety, gdzie nagłówek rzeczywiście mocno to sugerował.
NIEUDANY ZAMACH NA ŻYCIE WARRENA WADDLESWORTHA!
NIEDOSZŁY MORDERCA ZBIEGŁ Z MIEJSCA ZDARZENIA!
Ruchoma fotografia poniżej przedstawiała dumnie wyprostowanego Waddleswortha, otoczonego przez grupę czterech bądź pięciu umięśnionych, groźnie wyglądających renegatów. W jednym z nich Albus rozpoznał prawą rękę szefa, Młota.
– Kim są ci faceci? – zapytał, zaciekawiony, dlaczego stoją w tak oficjalny sposób; wydawali się zastygnąć w pozie, która wyglądała, jakby zaplanowano ją z wyprzedzeniem.
– Osobista straż Warrena Waddleswortha – odparł prosto Scorpius. – Zasadniczo wszędzie mu towarzyszą. Nie jestem pewien, czy ogóle jakoś się nazywają…
– Co za ofermy. – Morrison w końcu zarejestrował, co się dzieje i potrząsnął głową.
Ta informacja nie zaskoczyła Albusa nawet w najmniejszym stopniu. Przywódca Wybawczego Aliansu Różdżek nigdy nie był wybitnie uzdolnionym czarodziejem, stąd też zawsze widywano go w towarzystwie Młota. Bardziej niż ochrona mężczyzny, zaintrygowała go jednak treść opublikowanego artykułu.
– Chwila. Co tam się wydarzyło? Przeczytaj.
– Nie napisali za dużo. – Scorpius przeskanował wzrokiem stronę. – To dziwne. Zawsze jest więcej szczegółów. Hm. Wydawca napisał, że zamaskowany człowiek w niewyjaśniony sposób znalazł się w okolicach domu Waddleswortha i go zaatakował. Ochroniarze zareagowali natychmiast, ale nieznany zamachowiec zdążył zbiec. Waddlesworth został przeniesiony w bezpieczne miejsce i teraz wszyscy szukają tego faceta.
– Albo babki – dodał Morrison, na co przyjaciele rzucili mu mocno sugestywne spojrzenia. – No co? Tak tylko sobie mówię…
– Czy w ogóle widzieli zabójcę? – zapytał Albus.
– Nic na to nie wskazuje. Zamachowiec miał na sobie maskę…
– To najprawdopodobniej członek Diablego Aliansu – stwierdziła w zamyśleniu Melonie.
– Taką właśnie postawioną tezę – powiedział Scorpius i uniósł gazetę do góry, aby wszyscy mogli przeczytać oficjalną wypowiedź Waddleswortha.
Coś tu jednak nie grało Albusowi. Zabrał przyjacielowi tygodnik i szybko przeczytał zacytowane oświadczenie.
„Ta próba zabójstwa nie powstrzyma mnie przed dotrzymaniem złożonych czarodziejskiemu światu obietnic!", powiedział Warren Waddlesworth, krótko po opisywanym incydencie. „Jeżeli już, to próba zamachu przypomniała społeczeństwu, czemu się sprzeciwiamy. Nie mam żadnych wątpliwości, że ten atak został zarządzony przez Sebastiana Darvy'ego, który w końcu zrozumiał, jak nieuchronna jest jego porażka oraz który zdał sobie sprawę, że nie da rady zrzucić mnie ze sceny osobiście i w akcie zwykłego tchórzostwa, zlecił to zadanie komuś innemu. Nie odwzajemnię tego czynu. Jeżeli zostanę Ministrem Magii, spodziewam się pokonać Sebastiana Darvy'ego w pojedynku i przypomnieć mu o sile sprawiedliwości jedności!".
Albus przez kilka dłuższych chwil wpatrywał się w cytat, głęboko zamyślony.
– Nad czym tak rozmyślasz, stary? – zapytał go Morrison.
– To zdecydowanie nie robota Darvy'ego – oświadczył zdecydowanie, przez co kilku siedzących nieopodal pierwszorocznych, słysząc znajome nazwisko, podskoczyło w miejscu lub się wzdrygnęło, co zignorował.
– Skąd ten wniosek? – Melonie uniosła brew.
– Bo to zupełnie nie w jego stylu. Darvy pragnie wojny – właśnie dlatego tworzy armię, prawda? Och nie, na pewno nie chciałby, żeby Waddlesworth zniknął, a już zwłaszcza nie w ten sposób. Myślę, że poczeka, aż wybiorą go na Ministra.
– Cóż, skoro nie był to Diabli Alians, to kto? – zapytał Scorpius. – Może zamachowca nasłał inny kandydat na to stanowisko?
– A czy w ogóle ktoś jeszcze kandyduje? – Morrison odbił piłeczkę. – Nie znam żadnych innych nazwisk.
– To dlatego, że twarz Waddleswortha jest dosłownie wszędzie – odpowiedział ostrym tonem blondyn. – Oczywiście, że są inni kandydaci…
– Nie wydaje mi się, aby zleceniodawca był bliżej związany z Ministerstwem. – Albus przerwał ten nieistotny spór. Społeczeństwo aż za dobrze wiedziało, że w tych wyborach szansę na zwycięstwo ma tylko jeden czarodziej. Musiał to być ktoś spoza ministerialnego kręgu, a także nikt z poglądami zbliżonymi do Diablego Aliansu. Bunt wewnątrz Wybawczego Aliansu Różdżek również był mało prawdopodobny. W głowie wnet zamigotała mu twarz człowieka, obrzydliwa, na wpół pokryta szkaradnymi bliznami…
– Myślisz o tym samym co ja? – zapytał go Scorpius i chłopiec wiedział, że rzeczywiście pomyśleli o tym samym mężczyźnie.
– Nie – odpowiedział cicho, natychmiast odrzucając ten pomysł. – To z pewnością nie był on. Gdyby tak było, w gazetach wypisywano by o „zamachu", a nie „próbie", prawda?
Interesującą rozmowę przerwał dzwonek sygnalizujący uczniowski początek dnia. Albus i Scorpius pospieszyli na zaklęcia, podczas gdy Morrison udał się na jedną ze swoich wielu przerw międzylekcyjnych, najprawdopodobniej z zamiarem ucięcia sobie drzemki. W drodze na drugie piętro Potter zauważył, że byli jednymi z nielicznych, którzy porzucili jakże gorący śniadaniowy temat.
– Ciekawe, jak było blisko...
– Cholera, stary. Zastanawiam się, co się stanie, jak w końcu gościa złapią. Może zamachowiec zaprowadzi ich wprost do Prawej Ręki Śmierci…
Kiedy ustawiali się w pod klasą, Albus przewrócił oczami. Wtem coś w głębi korytarza go rozproszyło. Naprzeciwko siebie stało dwóch, pogrążonych w cichej rozmowie renegatów wyznaczonych do ochrony zamku. Podczas gdy uczniowie tłoczyli się pod drzwiami, chłopiec mógł przysiąc, że mężczyźni beztrosko chichotali, zapewne z prywatnego żartu. Cóż za dziwaczne zachowanie… Czy po tym, co przydarzyło się ich przywódcy, nie powinni być chociaż trochę przygnębieni?
Zaklęcia stanowiły miłą odskocznię od tematu Warrena Waddleswortha, ponieważ Flitwick przykładał większą wagę do swojego przedmiotu i omawianych zagadnień, aniżeli wydarzeń ze świata zewnętrznego – dziś doświadczali nowego czaru. Malutki nauczyciel przekazywał im wiedzę na temat uroku ociężałości*, przeciwieństwa zaklęcia lekkości**, którego uczyli się w zeszłych latach. Zamiast zmniejszać wagę przedmiotu, ten czar został stworzony, aby zwiększał wagę – z różnymi efektami. Profesor Flitwick ostrzegał jednak, żeby być ostrożnym. Nawet minimalne osłabienie koncentracji czarodzieja mogło w konsekwencji sprawić, iż rzecz zyskiwała o wiele większą wagę, niż było to zamierzone.
– Zapamiętajcie. – Profesor stał na przedzie sali. – Przed zmianą wagi przedmiotu, ze względów bezpieczeństwa i praktycznych, musicie sobie to zwizualizować w głowie. Skoncentrujcie się teraz na piórach!
Cała klasa sięgnęła po pióra, próbując się zorientować, ile siły trzeba, aby je unieść. Zadanie okazało się trudniejsze, aniżeli Albus podejrzewał. Gdy przedmiot ważył tyle, co nic, bardzo trudno było określić jego dokładną wagę.
– Teraz odłóżcie pióra i skupcie się na tym, ile chcecie, żeby ważyły. Hm, powiedzmy: tyle, co podręcznik. Potem wypowiedzcie zaklęcie Peis Progressius! Uważajcie, aby podczas celowania, trzymać różdżkę absolutnie nieruchomo.
Chłopiec wykonał polecenie, zaciekle koncentrując się na ciężkości trzymanej w dłoniach książki. Żeby być dokładnym, wyobraził sobie kopię „Eliksirów dla zaawansowanych", ponieważ do tej lektury był najbardziej przyzwyczajony.
– Peis Progressius!
Uczniowie w tym samym momencie wypowiedzieli słowa zaklęcia, a zaraz potem po sali rozniósł się dźwięk przypominający grzmot. Dziewczyna z Ravenclawu najwyraźniej przesadziła – jej pióro zrobiło się tak ciężkie, że z hukiem upadło na ławkę, tworząc w niej pęknięcie.
– Przepraszam! – pisnęła.
– W porządku, dziecino. – Flitwick leniwie machnął różdżką. W imponujący sposób biurko natychmiast się naprawiło, a pióro znikło, po czym pojawiło się ponownie – tym razem o swojej normalnej wadze. Podniszczona na skutek uderzenia podłoga także cudownie się zreperowała. – Przypominam, aby najpierw pomyśleć o lekkości – dodał. – Och, widzę, że panu Parishowi się udało!
Milton Parish przerzucał sobie pióro z jednej ręki do drugiej, tak jakby rzucał kaflem. Albus próbował podnieść swoje piórko, ale zauważył, że posunął się o krok za daleko – było ciężkie, niczym masywna cegła. Siedzący po lewej Scorpius swobodnie bawił się ćwiczonkiem tak jak Milton.
Cała godzina została przeznaczona na zaklęcie, które koniec końców okazało się bardziej frustrujące, niż ślizgon z początku zakładał. Inni mieli podobne odczucia – z łatwością mogli sprawić, aby waga pióra się zmniejszyła, lecz problem pojawiał się, kiedy trzeba było odwrócić czar, stąd też największą trudnością okazała się precyzja i dokładność. Albus nie był entuzjastycznie nastawiony do nauki tego uroku od samego początku, gdyż nie mógł sobie wyobrazić momentu, kiedy mógł być on przydatny – oczywiście, poza spłataniem głupiego figla mugolowi.
Lekcja skończyła się szybko, a krótko po niej rozszedł się ze Scorpiusem, ponieważ czekała go opieka nad magicznymi stworzeniami razem z Morrisonem. W zeszłym tygodniu zakończyli temat demimozów, żeby od ostatnich zajęć zacząć pracować z kugucharami. Tym razem także – pomimo faktu, iż kotopodobne stworzenia były całkiem sprytne i trudno było się do nich zbliżyć, jeżeli były kapryśne – wśród owutemowej grupy znaleźli się prawdziwi poskramiacze magicznych stworzeń.
Przez wzgląd na leniwe nastawienie Morrisona, chłopcy okazali się być nieco w tyle, gdyż klasa została już poinformowana, że zwierzątko należy nakarmić. W trakcie Albus zauważył, że zewsząd słychać było ciche rozmowy, no było naprawdę niezwykłe na hagridowej opiece. Podczas gdy nauczyciel przechadzał się pomiędzy uczniami, korygując ich błędy bądź wydając dokładniejsze instrukcje, ci siedzący dalej, zaczynali między sobą szeptać. Nastolatkowi udało się wyłapać słowa typu „zamachowiec", tak więc nie było żadną tajemnicą, o czym wszyscy dyskutowali.
– Obijacie się – oświadczyła Mirra, gdy do niej podeszli. Kuguchar, którego otrzymała nic nie jadł – zamiast tego rudzielec leżał na grzbiecie i podczas pieszczot po brzuszku wyginał się pod różnymi kątami.
– Yhym, właśnie się obudziłem – stwierdził półprzytomnie Morrison.
– O czym rozmawiali dziś przy twoim stole? – Albus kucnął obok i wyciągnął dłoń ku kugucharowi. Ten zasyczał groźnie, ale uspokoił się, kiedy dziewczyna podrapała go za uszami.
– Co masz na myśli? – zapytała, zaciekawiona.
– Mówię o śniadaniu. Domyślam się, że co poniektórzy gryfoni także prenumerują TYGODNIK WAR...
– Aa, tak – powiedziała niedbale. – Ech, wielkie jest z tym teraz zamieszanie, ale najprawdopodobniej do jutra się skończy. W sumie i tak nic strasznego się nie wydarzyło. Prawda, panie Mruczusiu? – dodała, ponownie skupiając się na kugucharze. Podrapała go po brzuchu.
Finalnie okazało się, że Mirra – co dziwne – spektakularnie się pomyliła. Przez resztę dnia, a nawet przez cały weekend, próba zamachu na Warrena Waddleswortha była głównym tematem rozmów w całym zamku. Ślizgon i jego przyjaciele wydawali się być jedynym, których nieszczególnie niedoszły skrytobójca interesował – głównie dlatego, że nie pałali miłością do przywódcy Wybawczego Aliansu Różdżek. Tak naprawdę, jedynie Scorpius na bieżąco śledził losy popularnej ostatnimi czasy organizacji i to tylko w celach informacyjnych.
Co więcej, Albusowi wydawało się, że jest osamotniony w swoich podejrzeniach. Rozmyślając nad tym przez ostatnie dni, doszedł do wniosku, że ma ambiwalentne odczucia. Życie Waddleswortha nie było dla niego wybitnie istotne, a jeszcze dodając do tego informacje o intencjach mężczyzny… poniekąd czuł się zawiedziony, że udało mu się przeżyć zamach. Wzdrygnął się na samą tę myśl – że preferował śmierć jednego człowieka w zamian za życie milionów. Czy WAR nie rozumowało podobnie, kiedy Ares z jakiegoś powodu chciał się go pozbyć? Co to oznaczało dla jego moralności oraz procesów myślowych?
Na szczęście temat ataku w końcu ucichł w poniedziałek, kiedy pani dyrektor wygłosiła ważne oświadczenie, które całkowicie zaskoczyło uczniów.
– Ci, którzy zostali zmuszeni do podjęcia trudnej decyzji, oficjalnie się zgodzili – powiedziała podczas śniadania w Wielkiej Sali. – Wycieczki do Hogsmeade rzeczywiście się odbędą. Oprócz zeszłorocznej ochrony, dzięki uprzejmości obecnych w zamku czarodziejów, w tym roku dodatkowo będzie towarzyszyła nam eskorta – wyjaśniła, dłonią wskazując część komnaty, gdzie stali stłoczeni wszyscy renegaci.
McGonagall kontynuowała wdrażanie uczniów w szczegóły, ale oszołomiony Albus natychmiast odwrócił się do swoich przyjaciół.
– Ona nie może mówić poważnie. Co tu się dzieje? Jak myślicie, ilu uczniów tak naprawdę będzie chętnych?
– Najprawdopodobniej o wiele więcej, niż ci się wydaje – stwierdził Morrison, a następnie włożył do ust łyżeczkę pełną jajecznicę. – Ludzie rzeczywiście czują się chronieni, gdy ci faceci są w pobliżu. No i jeszcze jedno: jakie jest prawdopodobieństwo, że Hogsmeade zostanie dwukrotnie zaatakowane?
Albus usiadł wygodniej i się nad tym zastanowił. Ojciec powiedział mu latem, że Darvy raczej nie przypuści ataku, zarówno z powodu niechęci do naruszenia ziem Hogwartu, jak i dlatego, że i tak jest zbyt zajęty tworzeniem swojej armii. Osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo w szkole najprawdopodobniej nie były świadome tych szczegółów, przez to chłopiec pomyślał, że zarząd jest po prostu kiepski.
– Chodzi też o pobudzenie gospodarki, tak jak w zeszłym roku – dodała siedząca obok Morrison Melonie. – Waddlesworth wydał dużo złota, aby naprawić ulice i sklepy, prawda? Interes musi się kręcić, a przecież wciąż nie wrócił do normy…
– Racja. Nieważne, czy świat jest w trakcie destrukcji, ludzie nadal potrzebuję pieniędzy – powiedział Scorpius. – Mamy jednak o wiele większy problem niż wycieczki do Hogsmeade, stary – dodał, odwracając się do Albusa.
– Co takiego?
– Drużynę do wytrenowania.
Albus odłożył na bok pierwsze treningi quidditcha, głównie przez wzgląd na to, że nie miał na nie za bardzo czasu, ale także z obawy przed rezultatem końcowym. W międzyczasie ciągle zbywał kolegów z drużyny, którzy wydawali się nadzwyczaj chętni do powrotu na boisko i rozpoczęcia oficjalnych, regularnych ćwiczeń. Wraz z zapowiedzią nadchodzących wycieczek szkolnych – z których pierwsza prawie zawsze miała miejsce mniej więcej w tym samym czasie co coroczne otwarcie sezonu meczem pomiędzy Gryffindorem a Slytherinem – był zmuszony upublicznić informacje o treningu w niedzielę.
– Może nie będzie tak źle – powiedział Scorpius, kiedy rankiem przemierzali teren w drodze na boisko. Obydwaj mrużyli oczy, gdyż raziło ich intensywne światło słoneczne. – Mam na myśli to, że w zeszłym roku wszyscy się poprawili, a kiedy przyzwyczajają się do rutyny i nabiorą wprawy...
Albus spojrzał na niego z pustym wyrazem twarzy, sympatyzując z niepoprawnym optymizmem przyjaciela, ale nie będąc co do takiego obrotu spraw przekonanym. Musiał też przyznać, że pragnienia Scorpiusa, by mieć dobrą passę w tym roku, były silniejsze niż jego własne, mimo że to on był kapitanem, a zatem technicznie rzecz biorąc, ślizgoni byli jego drużyną. Miał pewność, że powodem takiego stanu rzeczy była odczuwana przez blondyna presja. Mecz Slytherinu z Gryffindorem będzie pierwszym razem, kiedy Draco Malfoy będzie obserwował oficjalną grę syna. Albus był przekonany, że przyjaciel byłby skłonny się nawet powiesić, gdyby jego ojciec zobaczył gorszy popis umiejętności obrońcy.
Barnabus Curder i Lucas Strossen przybyli na boisko pierwsi. Obydwoje sprawiali wrażenie butnych, ale przynajmniej chętnych i gotowych do ćwiczeń. Kapitan w milczeniu wskazał im skrzynię, która skrywała cały sprzęt. Barnabus w mig zrozumiał przekaz, natychmiast wziął kafla i wskoczył na miotłę. Scorpius także wzbił się w powietrze, od razu kierując się w stronę obręczy. Kilka minut później na murawie zjawiła się reszta zespołu. Wszyscy wystartowali w wyjątkowo niezorganizowany sposób, aby samodzielnie się rozgrzać. Po kilku dłuższych chwilach Albus dołączył do nich, aby wydać drużynie odpowiednie polecenia.
– Z początku nie będziemy się forsować – zakomunikował, będąc w powietrzu i skupiając na sobie całą uwagę. – Prosta praca zespołowa jest podstawą gry w quidditcha. Chcę zobaczyć ładne wymiany pomiędzy ścigającymi – pamiętajcie, że waszym zadaniem nie jest zdobywanie punktów na Scorpiusie, a sprawne próby zmylenia go. Pałkarze, Chciałbym, żebyście przyjęli defensywną postawę. Chrońcie ścigających przed szkodą, a potem na mój znak, zacznijcie do nich celować. – Omiótł drużynę wzrokiem. – Do dzieła!
Gracze natychmiast udali się na swoje pozycje, chociaż Lucas Strossen z mniejszym zaangażowaniem – wyglądało na to, że chciał dłużej poćwiczyć we własnym zakresie. Albus wcielił się w rolę obserwatora aż do zakończenia manewrów, mentalnie przygotowując się do krytyki zawodników. Z racji tego, że Scorpiusowi zlecił niedużo pracy, krążył blisko niego.
– Co o nich sądzisz? – zapytał.
– Trochę wypadli z formy, ale wszystko wskazuje na to, że Tiffani trenowała w wakacje – nieco się polepszyła – odpowiedział przyjaciel. – Ten dzieciak, Strossen, to prawdziwy pogromca – dodał, głową szarpiąc w kierunku Lucasa, który akurat w tym momencie zamachnął się na najbliższego tłuczka i posłał go na drugą stronę boiska. – Szkoda, że jest kretynem...
Albus uśmiechnął się lekko, po czym spojrzał tam, gdzie poleciała piłka. Wtem coś go zainteresowało. Przywykł do tego, że kilku oddanych, zapalonych ślizgońskich kibiców przychodziło oglądać treningi drużyny, ale wśród nich była osoba, która wyróżniała się na zielono–srebnym tle swoimi niecodziennymi kolorami. Z daleka można było dostrzec dziewczynę w żółto–czarnych barwach.
– Co to ma znaczyć? – zapytał poważnie blondyna, wskazując na nieznajomą.
Scorpius przez jakiś czas przyglądał się puchonce i odpowiedzi udzielił dopiero po chwili.
– Znam ją. To Anastasia Anifur, prefekt Hufflepuffu – oświadczył prosto. – Chodzimy razem na kilka przedmiotów.
Potter się zmieszał.
– Co... co ona tutaj robi? Jeżeli podgląda nasze strategie, to...
– Nie jest żadnym szpiegiem, stary! – warknął Scorpius i Albus był zaskoczony szorstkością głosu przyjaciela. – Zaprosiłem ją na nasz trening... Nie jest szczególnie dobra w quidditchu i w tak naprawdę wcale go nie lubi, więc powiedziałem jej, że może wpaść i pooglądać mnie w akcji, żeby poczuć, o co w tym chodzi. Uspokój się...
Kapitan nie potrafił na to szybko odpowiedzieć, a dodatkowo chwilowe odwrócenie uwagi podziałało na niekorzyść obrońcy. Odciągnięty od ćwiczeń, pozwolił, aby kafel wpadł prosto w obręcz.
– A masz! – Barnabus Curder zatoczył zwycięską pętlę, w połowie drogi spotykając się z Lucasem Strossenem. Zawodnicy stuknęli się w powietrzu pałkami.
– Niezły strzał, stary! – wykrzyknął do swojego przyjaciela, a następnie niezdarnie uścisnęli sobie dłonie. Albus musiał zdusić w sobie śmiech na ten widok.
– Gratulacje! – Sarkazm Scorpiusa skierowany był do Barnabusa. – Udało się zdobyć punkt na kimś, kto nie śledził kafla. Jesteś żywym cudem, szanowny panie.
– Cóż, może to nauczy cię koncentracji na grze! – Strossen stanął w obronie Curdera, a potem obydwaj odlecieli.
– Nie mogę znieść tego dzieciaka... – warknął pod nosem blondyn, potrząsając głową.
Albus mu przytaknął, lecz nie przerwał treningu, tylko dlatego, że Malfoy był zirytowany. Zamiast tego zdecydował się na zmianę taktyki, porzucając rolę obserwatora i przyłączając się do rozgrywki. W międzyczasie nakazał pałkarzom jednoczesną ochronę szukającego i ścigających. Aby uczynić trening skuteczniejszym, musiał spróbować sił w bardzo niebezpiecznej grze, a mianowicie musiał udawać nieudolnego. Celowo kręcił się w pobliżu tłuczków, co rusz wlatując w linię ognia, po to, aby sytuacja strzeżenia wydawała się pałkarzom bardziej realistyczna.
W trakcie lotu robił także mentalne notatki odnośnie umiejętności ślizgońskich zawodników. Tiffani Garrett znacząco się poprawiła podczas wakacji, ale zeszłoroczny ścigający, Garth Moone, grał niewiele lepiej. Albus zauważył, że gdy szybciej chciał rzucić kafla, miał tendencję do trzymania go po zewnętrznej stronie, przez co automatycznie stawał się łatwiejszym celem – w tej pozycji piłka mogła zostać prościej przejęta przez przeciwników. Zarządził więc chwilę przerwy, poprowadził Gartha na bok i spróbował pokazać, jak będzie lepiej.
– Powinieneś trochę kołysać kaflem, chronić własnym ciałem – powiedział. – Spraw, aby inni musieli po niego sięgnąć, a wtedy zwycięstwo jest twoje.
To było trochę dziwne – instruować kogoś na pozycji, w której nie jest się mistrzem. Z drugiej strony Ginny Potter swego czasu była zawodową ścigającą, tak więc wiedział co nieco o podstawach gry. Natychmiast po tym wznowił ćwiczenia, na koniec przerwy pouczając wszystkich, żeby bardziej się przyłożyli do umiejętnego szybkiego skręcania.
– Nie idzie aż tak źle – stwierdził, kiedy podleciał do Scorpiusa, który nie brał udziału w tym konkretnym manewrze i przez cały ten czas zwrócony był twarzą w jednym kierunku.
– Hm? A, tak – powiedział blondyn, odrywając wzrok od trybun.
Albus spojrzał na niego w zamyśleniu, ale szybko musiał przenieść swoją uwagę z powrotem na boisko, ponieważ Garth Moone znów, najprawdopodobniej nawet nieświadomie, ćwicząc gwałtowne zatrzymywanie się i odwracanie w drugą stronę, trzymał kafel po zewnętrznej.
– Zaczekaj – jęknął kapitan i powoli ruszył w kierunku współdomownika. Jednak będąc jeszcze daleko, zauważył, że do Gartha podleciał inny członek drużyny – i to nawet nie ścigający.
– Patrz, w ten sposób – powiedział Strossen, odbierając koledze kafla.
– Spadaj! – Moone zabrał mu piłkę z odważnym wyrazem twarzy. Było to imponujące, bo Lucas był od niego wyższy i lepiej zbudowany.
– Pozwól sobie pokazać. Potterowi pozwoliłeś... – Mocno szarpnął kafla, wokół którego Garth owinął ramiona, przez co opierający się ścigający także został pociągnięty do przodu...
– Stop! Wystarczy! – ryknął kapitan, ale było już za późno. Strossen rzeczywiście zdobył piłkę, ale tylko dlatego, że Moone spadł ze swojej miotły. Lucas zastygł w bezruchu, z szeroko otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczami, całkowicie zaskoczony obrotem spraw. Inni, zarówno gracze, jak i kibice na trybunach, krzyczeli.
Albus wystrzelił do przodu, pędząc ile sił, obserwując, jak Garth bezradnie macha rękoma w powietrzu. Instynktownie skręcił, by nabrać większej prędkości, dobrze zdając sobie sprawę, jak niewielkie są szanse, aby dotrzeć do kolegi na czas...
Dotarł. Mniej więcej. W nieziemskim popisie umiejętności, o które nigdy wcześniej nawet się nie podejrzewał, nawet o to nie dbając, zaledwie kilka stóp nad ziemią, udało mu się owinąć ramiona wokół Moone'a. Złapanie żywej, wierzgającej osoby nie mogło się równać złapaniu złotego znicza, nie było w ogóle do tego podobne. Garth natychmiast go obciążył, ponieważ nie dość, że na wpół zwisał, to jeszcze był obrócony do góry nogami. Albus poczuł, że obaj spadają z miotły; zarejestrował też trzask i wrzask drugiego ślizgona, przynajmniej sygnalizujący, że ten wciąż żyje.
Nie mógł zrobić nic więcej, z wyjątkiem leżenia na trawie obok niego, ciężko dysząc i ściskając się za obolałe żebro. Scorpius w mig zleciał na dół i stanął nad nimi ze zmartwionym wyrazem twarzy.
– W porządku! – ryknął niespodziewanie na pozostałych. – Koniec treningu!
– Więc co robimy? – Albus zarządził wieczorną naradę z przyjaciółmi w pokoju wspólnym.
– Uważam, że powinieneś wpakować Matoła Strossena do Azkabanu za usiłowanie morderstwa! – powiedział kwaśno Morrison.
Wszyscy trzej spojrzeli w stronę kominka, gdzie Lucas i Barnabus Curder szeptem prowadzili poważną rozmowę. Był to pierwszy raz, kiedy na twarzy Strossena nie było widać żadnych oznak arogancji – wręcz przeciwnie, sprawiał wrażenie wstrząśniętego i zmartwionego.
– Musimy wyrzucić go z drużyny – oświadczył Scorpius. – Gość stwarza realne zagrożenie!
– To był wypadek – powiedział Albus. – Nadal go nie lubię, jasne? – dodał, widząc niedowierzające miny przyjaciół.
Blondyn prychnął i skrzyżował ramiona.
– Spójrz na to od praktycznej strony – kontynuował kapitan drużyny. – Pozbędziemy się Strossena i nagle zyskamy dwie pozycje do obsadzenia.
Chłopcy się skrzywili. Po zabraniu Gartha do skrzydła szpitalnego Albus pojął rozmiar szkód. Ścigający złamał rękę, a ponieważ przed upadkiem zacisnął dłoń w pięść, również trzy palce. Madam Clearwater i Lester zapewnili, że wszystko będzie dobrze, ale zgodnie zasugerowali również, że Moone powinien odpuścić sobie uczestnictwo przynajmniej w pierwszym meczu. Mediwiedźma powiedziała, że magiczne nastawienie kości usunie ból i dyskomfort pacjenta, ale ręka nadal przez jakiś czas będzie wrażliwsza.
Był to temat wieczoru, który przyjaciele tak naprawdę wyczerpali. Melonie uczyła się z Denise, tak więc chłopcy mogli na spokojnie przedyskutować sportowe kwestie. Ostatecznie cała trójka (Morrison w zasadzie też miał prawo głosu, mimo iż nie był częścią ślizgońskiej drużyny) zdecydowała, że Lucas Strossen nie straci swojego miejsca, choćby dlatego, że wyrzucenie go znacząco osłabiłoby zespół. Uzgodnili także, że wystarczy choć jeden podobny incydent, a Vincent będzie dzierżył kij pałkarza.
Nie zmieniło to faktu, iż nadal potrzebowali nowego zawodnika i dlatego Albus z ciężkim sercem w czwartek wszedł do pokoju wspólnego, poinstruowany przez Scorpiusa, aby przypiąć notatkę na tablicy ogłoszeń, oferując kwalifikację każdemu, kto będzie zainteresowany pozycją rezerwowego ścigającego. Kiedy szybko wrócił ze skończonych lekcji, zauważył, że pomieszczenie było prawie puste, co było przyjemnym widokiem, biorąc pod uwagę to, że wciąż nie mógł sobie poradzić z nieprzyjemnymi minami i wszystkim innym, co go trapiło. To, co zobaczył na tablicy ogłoszeń, całkowicie go rozproszyło.
Przypinając w rogu ogłoszenie, zobaczył przyczepioną do tablicy znacznie większą, bardziej wyszukaną kartkę papieru. Od razu odkrył jej prawdziwą naturę. Na górze pergaminu widniał słynny emblemat miecza skrzyżowanego z różdżką.
KLUB STRAŻNIKÓW***
Czy masz bliskich, o których bezpieczeństwo musisz się martwić w tych niespokojnych czasach? Czy jesteś zaniepokojony zauważalnym brakiem konkretnych instrukcji dotyczących obrony własnej oraz innych przed czarną magią? Czy jesteś przygotowany na atak w każdej chwili?
Klub Strażników to koło, które ma pomóc uczniom w podjęciu dodatkowych działań w kwestii obrony przed realnymi zagrożeniami poza murami zamku. Członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek są obecni, aby udzielać wam instrukcji, jak być strażnikiem – kimś, kto dla dobra społeczeństwa staje na drodze tyranii i robi to ze spektakularnymi efektami!
Zainteresowani od czwartego roku wzwyż mogą dołączyć do nas w Wielkiej Sali w środę wieczorem, około godziny ósmej. Klub jest otwarty dla wszystkich, którzy pragną nabyć magiczne umiejętności niezbędne do mistrzowskiej ochrony siebie oraz innych!
Albus gapił się na kartkę papieru, zmrożony w miejscu. Klub dla uczniów...? Klub prowadzony przez renegatów? Kiedy tylko ślizgoni zaczęli wchodzić do pokoju wspólnego, natychmiast złapał Morrisona i Scorpiusa.
– Spójrzcie na to! – syknął.
Obaj w milczeniu przeczytali ogłoszenie, aczkolwiek z różnymi wyrazami twarzy. Vincent sprawiał wrażenie obojętnego i wyluzowanego, zaś Malfoy wydawał się rozumieć z tego więcej.
– Dosyć podejrzane – podsumował blondyn. – Czy przypadkiem nie powinni dalej grać dobrotliwych ochroniarzy? Czemu więc mamy sami się bronić?
– To tylko klub, a w klubach zazwyczaj nic się nie dzieje. Obstawiam, że jakoś po dwóch spotkaniach będą dyskutować o swoich ulubionych romansidłach. – Morrison natychmiast wtopił się w tłum, aby odnaleźć Melonie.
Albus i Scorpius byli zmuszeni przesunąć się w róg pokoju, ponieważ tłum przed tablicą ogłoszeń z sekundy na sekundę się powiększał i wzbudzał coraz to większe zainteresowanie. Wielu, na dodatek z entuzjazmem w głosie, zaczęło dyskutować na temat Klubu Strażników.
– Myślisz, że wywiesili to w każdym domu? – zapytał.
– Najprawdopodobniej – odpowiedział blondyn. – Apel tylko do ślizgonów nie miałby większego sensu, zwłaszcza biorąc pod uwagą naszą jakże wspaniałą reputację, prawda?
– Jeżeli tu zgromadził się taki tłum, to zastanawiam się, co się dzieje w innych pokojach wspólnych – mruknął bardziej do siebie.
Ze swoją dziewczyną zobaczy się dopiero pod koniec tygodnia, chyba że, oczywiście, wcześniej znajdzie sposób, aby umówić się z nią w bibliotece, przed obiadem i jednocześnie przed pierwszym spotkaniem Klubu.
– Czy dasz radę przekazać Mirze wiadomość podczas patrolu? – zapytał przyjaciela z napięciem.
Scorpius się zgodził i chociaż wrócił dość późno, powiedział Albusowi, że wszystko gra i randka została ustawiona.
Następnego ranka w Wielkiej Sali panował gwar, co dostarczyło ślizgonowi dowodów na to, że cała szkoła rzeczywiście widziała ogłoszenie Wybawczego Aliansu Różdżek. Przebrnął przez poranną obronę przed czarną magią, a potem przez popołudniowe zielarstwo, na którym brak koncentracji spowodował, że został lekko dziabnięty przez chrupiącą sałatę****.
Aby tym razem nie przekierować uwagi Mirry na skaleczenie, ukrył rankę. Zgodnie z planem spotkał się z dziewczyną w bibliotece, gdzie dotarł zdyszany.
– Ciekawy dzień? – zapytała, nie odrywając spojrzenia od studiowanego podręcznika; czarne włosy zasłaniały jej twarz.
– Coś w tym guście – odpowiedział i odrzucił na bok torbę, pospiesznie zajmując miejsce.
Gryfonka podniosła wzrok, sprawiając wrażenie bardzo podejrzliwej.
– Co w ciebie wstąpiło? – spytała z sardonicznym uśmiechem.
Albus wiedział, że należy zdusić to zainteresowanie w zarodku.
– Słyszałaś o „Klubie Strażników"? – zagaił.
Mirra westchnęła i odchyliła się na krześle, nagle przybierając zniechęconą postawę.
– Myślałam, że dziś rzeczywiście nad czymś popracujemy. Nadal nie mam pojęcia, co zrobię z tym esejem na eliksiry...
Ślizgon podniósł z podłogi swoją torbę i od razu ją otworzył.
– Masz na myśli ten o Trzecim Prawie Galpalotta*****? – Podsunął dziewczynie zapisany pergamin. – Proszę, ale tak szybciutko...
– Albusie! – syknęła, odchylając się jeszcze bardziej, jakby papier w dotyku był toksyczny. – Nie zamierzam ściągać.
– No to chociaż sobie przejrzyj to wypracowanie – powiedział, trochę zdenerwowany. Nigdy nie rozumiał, jaki problem mają niektórzy uczniowie z przepisywaniem od innych prac domowych. Przecież, ściągając, także się uczą, prawda?
Mirra spojrzała na niego groźnie i nie tknęła eseju. Po chwili wymownego milczenia poruszyła temat, który rozpoczął na wstępie.
– Tak, słyszałam o Klubie Strażników. Ciężko byłoby go przeoczyć, bo biuletyny wiszą dosłownie wszędzie, no i wszyscy o tym gadali przy śniadaniu...
– Trochę podejrzana ta działalność, prawda? – zapytał.
– Nieszczególnie. – Gryfonka była zdziwiona. – Hm, może odrobinę, ale bez przesady...
– To klub stworzony przez renegatów! – prawie wykrzyczał. – Wiesz, że nie wyniknie z tego nic dobrego! Mam ochotę iść do McGonagall!
Mirra rzuciła mu pobłażające spojrzenie, jakby robił wielkie zamieszanie o nic.
– Organizują spotkanie w Wielkiej Sali, Albusie. I zaraz po kolacji, prawda? Nie sądzisz, chyba że pani dyrektor jest tego nieświadoma. Co więcej, jestem pewna, że też tam będzie... Wiem, że nie jesteś sympatykiem Wybawczego Aliansu Różdżek i przyznaję, że też ich nie lubię. Spokojnie, renegaci nie mogą przejąć szkoły w ciągu tygodnia, Albusie.
Chłopiec szczerze w to wątpił, ale musiał przyznać, że świadomość tego, iż dyrektorka jest o wszystkim poinformowana, odrobinę go podniosła na duchu. Tak czy inaczej, nadal nie zakończył przesłuchania.
– Idziesz? – zapytał nerwowo.
– Nie – odpowiedziała, na co serce ślizgona natychmiast przyspieszyło swój rytm. – Mam za dużo pracy, a poza tym, myślę, że to trochę niepotrzebne. Wydaje mi się, że zajęcia klubowe są przeznaczone głównie dla młodszych uczniów, którzy naprawdę się martwią i chcą poprawić w obronie przed czarną magią. Osobiście uważam, że organizacja takich wydarzeń jest obraźliwa dla profesora Handita, ale to zupełnie inna sprawa.
– Wiesz może, kto się wybiera? – drążył.
– Rose zdecydowanie nie – stwierdziła rzeczowym tonem. – Charlie też. Donnie? Hm, możliwe. Nie dał nam żadnej odpowiedzi. To jedyni ludzie, z którymi na ten temat dyskutowałam...
– Rozumiem – oświadczył, mając w głowie pewien scenariusz. Mirra mogła załagodzić jego odczucia, ale nie miała mocy ich całkowicie wykorzenić. Chciał, żeby ktoś przyszedł na spotkanie, a potem mu je zrelacjonował – ze wszystkimi najdrobniejszymi szczegółami opowiedział, co tam tak naprawdę się działo...
– Dlaczego sam się nie przejdziesz? – Gryfonka zdawała się czytać mu w myślach.
– Że niby ja? – Albus nie mógł sobie tego nawet wyobrazić, był zszokowany. – Nie chcę się zjawiać na czymś takim. Nie mam zamiaru...
– Mimo to chciałbyś wszystko wiedzieć, prawda? Właśnie dlatego chcesz, żebym podsunęła ci źródło informacji. Weź sprawy w swoje ręce i idź.
Nastolatek uśmiechnął się lekko, gdyż do tej pory nie wiedział, że może zostać tak łatwo przejrzany. Był przekonany, że to właśnie jedna z konsekwencji długotrwałego związku – osoby czytały z siebie niczym z otwartej księgi.
– Wolałbym, żeby mnie tam nie widziano – przyznał lekceważąco. – Zwłaszcza biorąc pod uwagę reputację, jaką cieszy się moja rodzina. Lepiej, jeżeli będę się od tego trzymał z daleka. Najprawdopodobniej pierwszą bzdurą, którą klubowicze zaczną rozpowiadać, będzie: „co zrobić, gdy Potter zaatakuje"...
– Nie widzę problemu. Po prostu nie daj się zobaczyć – podpowiedziała nieśmiało Mirra, a Albus, który aż uniósł brwi na ułamek sekundy, w momencie rozsiadł się wygodnie na krześle.
Peleryna niewidka. Mógłby zrobić z niej użytek i wyszedłby na tym bardzo dobrze...
– Zaczekaj. – Złożył ręce w koszyczek, jakby zamierzał udzielić wywiadu. – Czy ty, uczciwa mała prefekt, zezwalasz mi na łamanie szkolnych zasad?
– Nie – odpowiedziała bez ogródek dziewczyna. – Daję ci do zrozumienia, że gdybyś to zrobił, nie mogłabym cię powstrzymać. Nie mogłabym cię nawet zobaczyć.
– Wiesz, że jesteś cudowna? – Uśmiechnął się Albus. Wstał i podszedł do Mirry, żeby przed wyjściem z biblioteki ucałować ją w policzek. Kiedy jednak wyciągnął rękę po swój esej, został pacnięty w dłoń.
– Zostaw – mruknęła ponuro.
Swój plan wyjawił przyjaciołom podczas kolacji, ale zanim obaj udali się do pokoju wspólnego, wyrazili sprzeciw. Scorpius, podobnie jak Mirra, był o wiele bardziej zainteresowany pracą domową, a Morrison otwarcie oświadczył, że we dwójkę się pod peleryną nie zmieszczą.
– W ogóle nie musisz się ukrywać! – argumentował ślizgon. – To ja przyciągam negatywną uwagę!
– Jestem winny poprzez skojarzenie, stary – powiedział znacząco Vincent. – Wszyscy powszechnie mnie znają jako tego atrakcyjnego, czarującego i zabawnego przyjaciela znanego Albusa Pottera. – Potrząsnął głową, jakby był przeklęty. Zreflektował się, dopiero kiedy przyuważył protekcjonalne spojrzenie rzucane mu przez Scorpiusa. – Nie denerwuj się. Ty jesteś tym mądrym!
Finalnie Albus zdecydował się ruszyć na zwiad w pojedynkę. Na krótko przed godziną dwudziestą wycofał się do dormitorium, aby przeszukać swój kufer. Natychmiast znalazł pelerynę niewidkę i przez chwilę pozwalał gładkiemu, srebrnemu materiałowi w majestatyczny sposób przepływać sobie przez ręce. Płaszcz niegdyś należał do Harry'ego Pottera. Ta myśl sprawiła, że aż go coś w środku skręciło. Mimowolnie zastanowił się, czy to nadal zadziała, biorąc pod uwagę lokalizację taty, a następnie uświadomił sobie, że z magicznego punktu widzenia, nie miało większego znaczenia, gdzie przebywa ojciec.
Czuł się jeszcze dziwniej, zaglądając do swojego kufra. Zanim go zamknął, dostrzegł słaby niebieski blask. Nawet nie sięgając do środka, rozpoznał srebrny sygnet Fairharta – oczywiście, nie był mu przeznaczony. Nie, historia pierścienia sięgała o wiele dalej, pomimo iż wciąż nie poskładał wszystkich elementów układanki. Przynajmniej poznał jedną prawdę: wyryte nań imię – Sam – należało do kobiety, a nie, jak początkowo zakładał, do mężczyzny.
Myśl pojawiła się w głowie nagle. Niegdyś złożył sobie obietnicę, że jeżeli okaże się, że były nauczyciel wciąż jest wśród żywych, zwróci mu sygnet. Teraz, po potwierdzeniu swojej teorii, nie wiedział, co powinien uczynić. Nie – jeśli kiedykolwiek natknie się jeszcze na Sancticusa Fairharta, oddanie pierścienia będzie ostatnią rzeczą, o której będzie pamiętał.
Zszedł na dół ukryty pod peleryną, mile zaskoczony tym, że niewielu współodmowników zdecydowało się opuścić pokój wspólny. Przypuszczał jednak, iż to głęboko zakorzeniona cecha wspólna uczniów Slytherinu. Spośród wszystkich ślizgoni byliby najmniej skłonni do wzięcia udziału w klubowych zajęciach organizowanych przez członków Wybawczego Aliansu Różdżek. Ta komnata była wręcz przepełniona ironią. Wielu nastolatków pochodziło z rodzin, które podczas ostatniej wojny znalazły się po przegranej stronie – to wystarczyło, aby trzymać się z dala od WAR oraz ostatecznie, przynajmniej w opinii Albusa, zapewniało im większe bezpieczeństwo.
Czekał, aż ktoś będzie wchodził do środka i bezszelestnie prześlizgnął się przez kamienną ścianę. Nim minęła chwila, znalazł się tuż za drzwiami Wielkiej Sali, które były lekko uchylone, umożliwiając tym samym ciche wejście. Niechętnie przekroczył próg i z frustracją wydał z siebie odgłos zainteresowania.
Cztery olbrzymie stoły zostały ustawione wzdłuż ścian, zapewniając tym samym bardzo dużą ilość wolnej przestrzeni, której nie dało się normalnie wcześniej dostrzec. W komnacie było mniej więcej tylu uczniów, ilu się spodziewał – wszyscy stali w grupkach i bezczynnie rozmawiali. Zgodnie z przewidywaniami, najliczniej zgromadzili się gryfoni, chociaż krukoni i puchoni nie byli daleko w tyle. Wśród zaintrygowanych znajdowali się także rozproszeni ślizgoni, w większości młodsi. Ludzie raczej trzymali się blisko środka sali, wszem wobec jawiąc się jako jedna całość. Może Mirra i Scorpius nie byli w błędzie i inni także uważali Klub za stratę cennego czasu wolnego, przeznaczonego na nadrobienie zaległości w nauce. Ta myśl trochę rozweseliła obserwatora.
Wbrew pragnieniom chłopiec zobaczył kilka twarzy ze swojego rocznika. Wyglądało na to, że Charles Eckley był nieobecny, tak jak mu wcześniej powiedziano, ale na zgrupowanie przyszedł Donovan Hornsbrook – minę miał hardą, co było zdecydowanie zaskakujące. Gryfon nie był sam, towarzyszyli mu dwaj współdomownicy; ci sami, którzy nękali Roxanne w bibliotece tamtego pamiętnego dnia.
Albus rozejrzał się w poszukiwaniu dorosłych: pani dyrektor albo przynajmniej odpowiedzialnego profesora bądź nawet dwóch, ale otworzył szeroko oczy, kiedy zrozumiał, że kadra pedagogiczna była nieobecna. Jedynymi dorosłymi czarodziejami w Wielkiej Sali byli odziani w czarne szaty członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek.
Ślizgon ani drgnął, chociaż wiedział, że nie ma ku temu żadnego powodu, bo i tak bardzo mało prawdopodobne było, aby ktoś na niego wpadł. Po prostu czekał, aż wszystko się zorganizuje, by w końcu lekko podskoczyć na dźwięk zatrzaskiwania się wrót. Komnatę wypełniła cisza.
Renegatów było sześciu – co prawda, o wiele mniej, niż Albus się spodziewał, co nie zmieniało faktu, iż nadal wyglądali na złowieszczą bandę. W jednym z nich rozpoznał starszego mężczyznę, który niegdyś pełnił wartę pod gabinetem Dracona Malfoya. Lider nowo przybyłych stał wyprostowany niczym struna, miał tłuste czarne włosy, związane z tyłu w małe kucyki oraz wąsy o identycznym kolorze, przez które wyglądał, jakby był czymś umorusany. Paciorkowate oczy czarodzieja przeskanowały okolice wyjścia z Wielkiej Sali, przez co obserwatora przeszył dreszcz. Coś tu było definitywnie nie tak.
– W szereg, wszyscy! – powiedział żwawo renegat z przetłuszczającymi się włosami, a jego głos był pewny siebie i szorstki.
Uczniowie wykonali polecenie, a na niektórych twarzach malowało się zaintrygowanie lub podekscytowanie, na innych zmieszanie i onieśmielenie. Ślizgon znów się nie ruszył, jakby zapuścił korzenie, całkowicie niewidoczny dla ludzkiego oka. Mężczyzna zaczął się przechadzać tam i z powrotem niczym dowódca zwracający się do swoich żołnierzy. Albus uśmiechnął się szyderczo, gdyż rozpoznał w tym kroku naśladowanie przywódczego zachowania Warrena Waddleswortha.
– To Klub Strażników, ale jesteście tego faktu świadomi i właśnie dlatego tu przybyliście – oświadczył z mocą renegat. – Nazywam się Larson i będę waszym instruktorem.
Wiele osób stało na baczność przez wzgląd na sposób, w jaki czarodziej akcentował każde poszczególne słowo. Przez chwilę wymieniali między sobą spojrzenia, ale wkrótce znów skupili się na nowym nauczycielu, gdy ten wznowił wykład.
– Przydzielono nas do waszej ochrony. I właśnie tym się zajmujemy – Wybawczy Alians Różdżek od zawsze stał na straży bezpieczeństwa obywateli. Co ważniejsze jednak, pomagamy się wam też samodzielnie chronić. Wszyscy jesteście w wieku, w którym bardzo dobrze rozumiecie, co tak naprawdę dzieje się poza murami szkoły. I to czy w tym roku, czy w następnym, staniecie się częścią świata, który nie będzie otoczony bezpiecznymi magicznymi murami oraz w którym nie będziecie otoczeni wyłącznie przez młodzików. – Larson uniósł w górę ręce, aby wskazać Hogwart. – Kiedy ukończycie tę szkołę, będziecie zdani na siebie.
W Wielkiej Sali zapanowała niczym niezmącona cisza. Albus zobaczył, że Hornsbrook szeroko się uśmiechnął. Bez wątpienia słyszał podobną przemowę już niezliczoną ilość razy – w końcu jego ojciec jest członkiem Wybawczego Aliansu Różdżek; czuł się więc jak w domu.
– Wyjaśnijmy sobie jedną rzecz – kontynuował renegat. – Wasza dyrektorka, owszem, na poczet zajęć klubowych udostępniła nam tę komnatę, ale jest nieobecna. Jesteście tu sami i jeżeli będziecie się stosować do naszych instrukcji, ostatecznie możecie stać się lepszymi czarodziejami i czarownicami, a tym samym możecie stać się bardziej wartościowi dla otaczających was osób.
Na twarzach ustawionych w szeregu uczniów jawiła się teraz zaciekła determinacja, a szybkie tempo, w jakim ekspresje się zmieniły, było irytujące. Nagle wszyscy zapragnęli polepszyć swe zdolności oraz zyskać supermoce, dzięki którym ochrona ukochanych rodzin nie będzie tylko i wyłącznie mrzonkami. Larson wyraźnie osiągnął swój cel.
– Hornsbrook! – Instruktor ostrym tonem wywołał jednego z podopiecznych i Donovan wystąpił naprzód, sprawiając wrażenie zarazem pewnego siebie, jak i ciut zdenerwowanego. Mężczyzna przez chwilę studiował szereg wzrokiem, spacerując w tę i we wtę. – Ty tam – powiedział po chwili namysłu.
Krok do przodu zrobiła czwartoroczna puchonka, która pod okularami skrywała duże, zakłopotane oczy. Larson ustawił ją tak, że finalnie znajdowała się dokładnie naprzeciwko Hornsbrooka, który był o stopę, a nawet więcej od niej wyższy. Albus lekko się spiął. Na pewno nie zamierzali...?
– Twoje imię? – zapytał agresywnie renegat, na co dziewczynka mocno się skrzywiła, zupełnie jakby pytanie przeszyło ją na wskroś.
– Tilda – odpowiedziała.
Instruktor wrócił na dawne miejsce.
– Najlepszą obroną jest dobra ofensywa – oświadczył głośno. – Kiedy zostajecie zaatakowani w zmyślny sposób, przegrywacie. Musicie być zawsze przygotowani na atak oraz być w stanie go przypuścić – nieustannie trzeba wywierać presję. Niezależnie od tego, czy przeciwnik namierzy was pierwszy, czy też nie, musicie reagować ofensywnie. Na moją komendę chciałbym, abyście oboje wystrzelili najbardziej śmiercionośne zaklęcia, które możecie sobie wyobrazić. Nie ważcie się nawet pomyśleć o ścieżce obrony, dopóki nie skończycie z atakiem. Waszym głównym priorytetem jest szybkie i skuteczne wyeliminowanie z pojedynku przeciwnika.
Albus się gapił, przerażony. Najbardziej śmiercionośne znane zaklęcie? Hornsbrook był przecież na szóstym roku, co znaczy, że znał przynajmniej kilka niebezpiecznych czarów – oczywiście, w większości są one defensywne, aczkolwiek w tym przypadku... Gdyby Donovan zastosował się do polecenia, z pewnością nie zakończyłoby się to dobrze.
– Raz!
Larson zaczął głośno odliczać, a Tilda poskoczyła, przestraszona, i natychmiast sięgnęła ku kieszeni szaty po różdżkę – Hornsbrook już dawno był przygotowany do starcia.
– Dwa...!
Albus zebrał się w sobie, niedowierzając temu, czego właśnie był świadkiem. Niektórzy uczniowie stojący w szeregu odwrócili głowy.
– Atak!
Z różdżki Hornsbrooka, co było do przewidzenia, wystrzeliło zaklęcie, przyjmujące formę błękitnego promienia. Przeciwniczka, która nie była przygotowana na nieskończone odliczanie i której zakazano obrony, krzyknęła i w momencie została powalona na podłogę.
Zadowolony Larson poklepał zwycięzcę po plecach, a Tilda w międzyczasie się pozbierała. Okulary miała stłuczone, a z dolnej wargi lała jej się krew. Gdy do siebie doszła, od razu kucnęła, kuląc się ze strachu. Część obserwatorów sprawiała wrażenie zakłopotanych, zaś reszta przyjęła zwyczajnie stoicką postawę. Kiedy instruktor nie zwrócił na puchonkę uwagi, ta cofnęła się do szeregu.
– Pierwsze zaklęcie, natychmiastowe zwycięstwo – podkreślił myśl przewodnią renegat i lekko popchnął Hornsbrooka, aby i ten dołączył do innych. Chłopiec uśmiechnął się z dumą i przybił piątkę dwóm przyjaciołom. – W prawdziwym życiu nie ma ochotników. – Larson podrapał się po szyi. – Albo zostaniecie wzięci na cel, albo nie. Ochrona siebie i bliskich musi być połączeniem czujności, przygotowania oraz improwizacji. Jeżeli jednak teraz ktoś chciałby się zgłosić, niech wystąpi.
Albus w milczeniu patrzył, jak krok do przodu robi siódmoroczny krukon.
– Imię? – zapytał instruktor.
– Leonard – odpowiedział ochotnik, hardo unosząc głowę i odsłaniając wydatny podbródek.
– Uważaj, Leonardzie. – Larson ustawił się naprzeciwko młodzieńca, po czym wyciągnął różdżkę. – Odliczanie, Rick.
Krukon spojrzał z niepokojem na wywołanego czarodzieja, który wystąpił naprzód.
– Chwila, mierzę się z panem...?
– Raz!
Leonard zaczął gorączkowo przeszukiwać swoją szatę w poszukiwaniu oręża, podczas gdy Albus nie mógł się zdecydować, komu powinien kibicować: uczniowi, który liczył na zastraszenie młodszego kolegi bądź młodszej koleżanki, czy renegatowi dającemu mu nauczkę za dobrowolne zgłoszenie się do bitki. Ostatecznie zdecydował, że najlepiej będzie, jeżeli nawzajem się znokautują.
– D...
Larson ruszył do przodu, zanim jego podwładny dokończył liczyć. Wykrzyczał coś niezrozumiale i ogniste pomarańczowe zaklęcie uderzyło wprost w siódmorocznego, posyłając go od razu na podłogę, gdzie kilkukrotnie się przeturlał i na koniec głośno jęknął. Z ust obserwatorów wyrwało się parę bezwiednych westchnień.
– Jak zapewne zauważyliście, zaatakowałem przedwcześnie. W ten sposób zabezpieczyłem moje zwycięstwo – zakomunikował instruktor. – W prawdziwej walce nie ma żadnego odliczania. Tradycyjne czarodziejskie pojedynki należą do zamierzchłej przeszłości, więc musicie być zawsze, w każdym momencie, przygotowani do ataku.
Albus się skrzywił, słysząc te słowa. W ogóle nie rozumiał stojącej za tą logiką psychologii. To nie były prawdziwe starcia, bo zostały przecież zaprojektowane do ćwiczeń. Jaki jest więc sens atakowania, zanim jeszcze zaczął się właściwy trening? Całe te zajęcia były jedną szaloną parodią i doprowadzały go do białej gorączki.
– Zabrać go. – Na polecenie Larsona dwóch renegatów, z których jeden był tym starszym nadgorliwcem, z którym ślizgon miał nieprzyjemność, podeszli do Leonarda z zamiarem wyniesienia go z Wielkiej Sali. – Niech Lester się nim zaopiekuje – dodał po namyśle czarodziej, razem ze wszystkimi patrząc na zamykające się wrota. – Jacyś jeszcze ochotnicy? – zaszydził, lecz odpowiedziała mu cisza.
Ściągnij z nas pelerynę. Zobaczmy, dokąd doprowadzi go ta głupia taktyka, kiedy stanie przed prawdziwą potęgą...
Albus podrapał się po karku, jakby próbując wyciszyć ten mroczny, rozbrzmiewający w głowie głos. Wtem ogarnęła go silna fala nostalgii, ale zanim zdążył przeanalizować, co się właśnie wydarzyło, instruktor wznowił wykład.
– Informacja dla zainteresowanych: użyłem uroku niszczącego. – Wznowił przechadzkę. – Nie jest tak niszczycielski, jak jego siostrzana klątwa niszcząca******, bo to zaklęcie jest bardziej skoncentrowane, przeznaczone głównie dla pojedynczych celów. W większości przypadków... spowoduje pokaźne obrażenia fizyczne. Zacznijmy więc naukę...
Reszta „spotkania" klubowego została poświęcona Larsonowi, który za punkt honoru uznał udowodnienie uczniom, że potężne zaklęcie obronne może być także użyte w wyjątkowo ofensywny sposób. Wszelkie demonstracje miały być uważnie śledzone, dzięki czemu prowadzący zagwarantował, że to skuteczne zaklęcia, a potem nakazał ich używania na kolejnych zajęciach. Albus nie ruszył się nawet o cal przez kilka dłuższych chwil, w pełni zadowalając się obserwacją z daleka. Grupa słuchała uważnie, a niektórzy – z jakiegoś powodu – bawili się palcami, jakby zwalczając chęć zaatakowania współtowarzyszy.
– Zostało nam czasu na jeszcze jeden pokaz – zakomunikował nagle renegat. – Potrzeba dwóch ochotników...
Jako pierwszy wystąpił z szeregu ślizgon z czwartego roku, którego Potter kojarzył głównie z widzenia. Nigdy ze sobą nie rozmawiali, ale wiedział, że chłopiec jest jednym z bardziej porywczych uczniów. Miał krzaczaste brwi i bladą, dziwacznie plamistą skórę. Osobę, która jako druga się zgłosiła, Albus rozpoznał w mig – znał ją bardzo dobrze. Nie mogąc się powstrzymać, cicho sapnął.
Hugo zrobił krok do przodu z różdżką w dłoni. Przybrawszy – paradoksalnie niemożliwy wyraz twarzy – niepewną i jednocześnie zdeterminowaną minę, z rudą czupryną znacząco się wyróżniał spośród innych.
Obserwator szeptał bezgłośnie, niebezpiecznie bliski natychmiastowego zrzucenia z siebie peleryny niewidki, podbiegnięcia do młodszego kuzyna i nakrzyczenia na niego przy całej grupie. Kiedy uświadomił sobie, jak niemądre by to było, zrozumiał, że ten przyszedł na to spotkanie z własnej woli – co więcej: zgłosił się nawet do parodii pojedynku.
Hugo był ochotnikiem, ale wciąż sobą – nie skrzywdziłby nawet muchy! Albus uspokoił się, zrozumiawszy, że kuzyn się wycofa. Wtem spanikował: co jeżeli ten czwartoroczny nie zamierza zrezygnować?
– Raz!
Ledwo słowo zostało wypowiedziane, gryfon wyskoczył do przodu z nietypowym dla siebie, pełnym pasji warknięciem.
– Reducto!
Ślizgon poleciał do tyłu, zupełnie nieprzygotowany, podczas gdy cała grupa stojąca blisko końca szeregu wybuchnęła gromkimi brawami. Larson zaś rzucił zwycięzcy aprobujący uśmiech.
– Nazwisko?
– Hugo Weasley – odpowiedział z dumą chłopiec, prezentując światu szczęśliwe oblicze. Pokonany przeciwnik wciąż leżał na podłodze, jęcząc, pozostawiony bez żadnej opieki.
– Weasley, co? – Uśmiech renegata stał się nijaki. – Dobra robota – powiedział, a w międzyczasie ochotnik wrócił do szeregu.
Albusa oblał pot. W pewnym sensie obserwowanie, jak kuzyn zachowuje się tak chłodno, było o wiele gorsze, aniżeli dzień, w którym zobaczył go rannego. Kiedy zaczęła się ta drastyczna transformacja? Od kiedy Hugo miał tak wielką obsesję na punkcie bezpieczeństwa, że potrzebował uczestniczyć w piekielnym waddleswordzkim szkoleniu?
– Odmaszerować, wszyscy – powiedział Larson. – Informacja dla wytrwałych i zdeterminowanych, aby rozwijać swe umiejętności... Poniedziałek. O tej samej porze.
Uczniowie zaczęli zbierać się do wyjścia, a Albus odsunął się na bok, żeby uniknąć przypadkowej kolizji. Po tym, czego był świadkiem, miał wrażenie, że trafiło go zaklęcie galaretowatych nóg. Hugo przeszedł tuż obok niego, z dumnym wyrazem twarzy, tak podobnym do tego w wykonaniu Donovana Hornsbrooka, nieświadomy obecności starszego kuzyna, a koledzy z czwartego roku przybijali mu z uśmiechem piątki.
* Zaklęcie ociężałości (z ang.: Heavyweight Charm) – urok nie wspominany w cyklu J.K. Rowling, wymyślony na potrzeby opowiadania przez autora, jako przeciwieństwo czaru lekkości
** Zaklęcie lekkości (z ang.: Feather–Light Charm) – inkantacja nieznana. Urok, który sprawiał, że ciężkie przedmioty stawały się lekkie niczym piórko. Miało swój debiut w „Harrym Potterze i Więźniu Azkabanu", kiedy to główny bohater sagi rozważał rzucenie go na swój kufer
*** Klub Strażników (z ang.: Protector's Club) – przetłumaczona nazwa idealnie oddaje dwojaki charakter szkolnego klubu. Z jednej strony pokazuje, że „strażnicy" niby stoją na straży prawa, duże litery nadają nazwie podniosły charakter i ważność, zaś z drugiej skrzętnie ukrywa prawdziwą naturę stowarzyszenia: potencjalną rekrutację młodzików do straży Warrena Waddleswortha
**** Chrupiąca sałata (z eng.: Crunching Cabbage) – magiczna roślina wymyślona przez autora na potrzeby opowiadania
***** Trzecie Prawo Galpalotta (z eng.: Golpalott's Third Law) – prawo stosowane przy warzeniu eliksirów – antidotów, omawiane przy temacie trucizn
****** Urok niszczący / Klątwa niszcząca (z eng.: Blasting Charm / Blasting Curse) – z łac.: Confringo; zaklęcie służące do stworzenia silnej eksplozji raniącej ludzi stojących w miejscu wybuchu lub niszczeniu zapór, tworzące pocisk który wybucha, gdy dotknie ciała stałego. Czar użyty został przez Petera Pettigrew w Dolinie Godryka, Harry'ego Pottera w Bitwie Siedmiu Potterów oraz Bitwie o Hogwart, i przez Hermionę Granger w domu Bathildy Bagshot, podczas próby zabicia Nagini. Confringo jest bardzo niebezpieczne, a nawet śmiercionośne – stanowi także przyczynę śmierci Freda Weasleya. W oryginalnej sadze jest to jedno zaklęcie, zaś Vekin postanowił je rozróżnić
