10. SEKRETY DRUGIEGO PIĘTRA


– Okej. Zmieniłem zdanie – ogłosił wszem wobec Morrison, kiedy wracali do pokoju wspólnego po czwartkowych zajęciach. – Klub to zła wiadomość.

Albus opowiedział, co widział na pierwszym strażniczym spotkaniu dopiero następnego dnia, bo wcześniej zwyczajnie nie miał ku temu sposobności; wtedy też przed kominkiem razem z przyjaciółmi omówił wszystkie zawiłości tejże sprawy. Melonie przysłuchiwała się dyskusji z kwaśnym wyrazem twarzy, zaś Scorpius przybrał zamyśloną minę, kiedy wdał się w istotniejsze szczegóły, takie jak brak zapewnionego bezpieczeństwa oraz otwarte okazywanie zjadliwości.

– Nawet nie wiem, o czym myślałem, gdy wychodziłem! – Albusa przeszedł dreszcz. – Nie mogę wyrzucić Hugona z głowy... Powinniście byli go zobaczyć. To nie było normalne!

– Moim zdaniem ten Klub zostanie bardzo szybko rozwiązany – powiedziała z optymizmem dziewczyna. – Nie trzeba będzie długo czekać na poważniejsze kontuzje, co z kolei poinformuje panią dyrektor o tym, co tak naprawdę się tam wyprawia.

– Szczerze w to wątpię – stwierdził Scorpius, po raz pierwszy zabierając w głos w sprawie; wszyscy natychmiast się na nim skupili. – Z historii Albusa wynika, że ten facet, Larson, i jego koledzy z Wybawczego Aliansu Różdżek, używają szczególnie mocnego wyobrażenia. Wmawiają ludziom, że ich instrukcje są konieczne, i że każdy, kto nie jest nimi zainteresowany, jest słaby oraz nie chce być strażnikiem. Starsi uczniowie będą się od tego trzymać z daleka z powodu dumy, a młodsi ze strachu.

– Kiedy sytuacja się pogorszy i ktoś naprawdę zostanie poważnie ranny...

– Przy sprytnej współpracy kontuzję można łatwo wytłumaczyć nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności – stwierdził ponuro Scorpius.

Albus skinął z aprobatą.

Nie podobało mu się to, co powiedział przyjaciel, ale wiedział, że się nie mylił. W mig zrozumiał zagrywki psychologiczne, które stosował Klub Strażników, co nie zmieniało faktu, że ciężko było znaleźć odpowiednie rozwiązanie tego problemu – należałoby po prostu wstać i powiedzieć wszem wobec, co się naprawdę wokół dzieje, ale ludzie byli albo zbyt przestraszeni, albo nie widzieli zagrożenia, bo patrzyli na nie z innej perspektywy.

Albus doświadczył wystarczająco.

– Idę do McGonagall – oświadczył nagle, a trzask drewna w palenisku podkreślił wagę tych słów. – Nie rozumiem, dlaczego na tym spotkaniu nie było nauczycieli. Ktoś musi jej powiedzieć, do czego doszło w Wielkiej Sali. Dzięki zeznaniom będzie mogła położyć temu kres – dodał z pewnością siebie, a Morrison i Melonie automatycznie go poparli. Scorpius się nie odezwał, wyglądając na nieprzekonanego.

Mimo że spotkanie z McGonagall na dłuższą metę było sprawą priorytetową, musiało poczekać na odpowiedni moment. Albus wiedział, że następne spotkanie Klubu odbędzie się w kolejny wtorek, co oznaczało, że do tego czasu musiał zwrócić na siebie uwagę pani dyrektor.

Weekend okazał się przytłaczający, bo zajmował się niezwykle ciężkim zadaniem, a mianowicie szukał nowego ścigającego, który zastąpiłby Gartha. Na swoje ogłoszenie otrzymał kilka zgłoszeń, ale niestety, pochodziły one od osób, którym przy poprzednich eliminacjach nie udało się dostać do drużyny, co w gruncie rzeczy oznaczało, że będzie musiał zdecydować się na najlepszą opcję z najgorszych możliwych.

Dodatkowo dowiedział się, że tę decyzję podejmie w pojedynkę, bez swojego nieodłącznego współkapitana, ponieważ Scorpius cały czas się uczył.

– Daj spokój, stary. Nasza drużyna ma pierwszeństwo – powiedział ponuro do przyjaciela, kiedy usiedli w pokoju wspólnym.

– Wybacz, stary. – Uśmiechnął się przepraszająco Malfoy. – Zwyczajnie nie ma w tym logiki – i tak nie jestem ci fizycznie potrzebny na boisku. Wszyscy chętni przeszli testy, które oblali. Moja obecność nijak ci pomoże w ocenie. Musisz tylko patrzeć, jak latają, a potem wybrać opcję, która choć trochę cię przekona. Ja... muszę nadrobić materiał – dodał i na dowód przysunął do siebie podręcznik z historii magii.

I właśnie w ten sposób Albus samotnie zszedł na boisko do quidditcha w dzień, który równie dobrze mógłby być bardzo przyjemnie spędzoną sobotą w towarzystwie Mirry, na spotkanie z czwórką chętnych. Barnabus Curder i Tiffani Garrett, których poprosił o pomoc w podjęciu decyzji, także już na niego czekali. Kiedy podszedł bliżej, zauważył, że wszyscy kandydaci są na drugim roku nauki.

Lekko zwiesił głowę, a następnie, gdy był gotów się przywitać, podniósł ją z powrotem. Starając się nie zrażać ich młodym wiekiem, postanowił przemówić fałszywie radosnym głosem.

Klasnął w dłonie.

– Chcę wszystkim podziękować za przybycie. Ostatnim razem konkurencja była spora, a więc cieszę się, że wróciliście; podczas kwalifikacji prawie wam się udało – skłamał, co nie miało większego znaczenia, bo współdomownicy i tak wydawali się znać prawdę.

Drugoroczni ślizgoni wymienili pomiędzy sobą niedowierzające spojrzenia, czemu nie pomógł Barnabus Curder, który cicho się zaśmiał.

– Potrzebujemy nowego ścigającego – kontynuował Albus. – Najważniejszą rzeczą w ataku jest współpraca. Zauważcie, że nie ma z nami obrońcy, na którym moglibyście spróbować zdobyć punkty. To dlatego, że będę się przyglądał waszym podaniom oraz temu, czy jesteście szybcy i skuteczni. Na miotły!

Próbie przyglądał się z poziomu gruntu, podczas gdy w powietrzu szóstka graczy podawała sobie kafla. Tiffani i Barnabus działali bardziej na zasadzie katalizatorów – ich zadaniem było wprowadzenie piłki do gry i sprawdzanie, czy płynnie do nich wróci. Żaden z potencjalnych ślizgonów nie odniósł w pełni sukcesu, ale – jak Albus zauważył – jeden z nich, rudowłosy chłopiec, którego imienia nie zapamiętał, sprawiał wrażenie potencjalnie szybszego latającego, a to z kolei musiało coś znaczyć.

Nie do końca skupiony na tym, co się wokół dzieje, pozwolił swoim oczom błądzić po trybunach. Spodziewał się, że będą puste, aczkolwiek się pomylił. Co niezwykłe, na jednym z siedzeń wypatrzył wyciągniętego Morrisona, który wyglądał, jakby zasypiał – co dziwne, przyjaciel był sam.

– Dobrze! Grajcie tak dalej! – zawołał do wszystkich. – Zamienię słowo z... osobą, która pomoże mi podjąć decyzję – dokończył słabo.

Nie czekając na reakcję współdomowników, pobiegł na trybuny.

– Co tu robisz? – zapytał.

– Umieram z nudów. – Morrison się wyprostował. – Pomyślałem, że przyjdę sobie popatrzeć, jak też się nudzisz.

Albus zmarszczył brwi.

– Scorpius nie jest taki zabawny z nosem w książce, prawda?

Vincent spojrzał na niego, zmieszany.

– O czym ty w ogóle mówisz? Scorpiusa to ja nawet znaleźć nie mogę...

Potter podrapał się po głowie z przekonaniem, że coś ważnego mu ucieka.

– Nie uczy się w pokoju wspólnym?

Morrison pokręcił przecząco głową.

– No chyba, że mocno za nim zatęsknię, co jest, szczerze mówiąc, mało prawdopodobne...

– Hm. – Albus chrząknął z zaciekawieniem. – Pozwól, że skończę te marne kwalifikacje i razem go znajdziemy.

Zbiegł z powrotem na boisko i natychmiast zarządził zbiórkę. Wszyscy zlecieli na ziemię, wyglądając na kompletnie wyczerpanych, a Tiffani Garrett dodatkowo miała przecięty łuk brwiowy – najprawdopodobniej dostała w twarz, kiedy któryś z kandydatów do drużyny źle wymierzył.

– Cóż, dobrze wam poszło – powiedział. – Oczywiście, szukamy tylko jednego zastępczego ścigającego, tak więc uważam, że najlepiej – chociaż wszyscy świetnie graliście – wypadł... ten tutaj. – Swoją decyzję zaakcentował wskazaniem wybranego. – Eeee...

– Roger – stwierdził rudzielec.

– Wiem, jak masz na imię! – skłamał brunet. – Miałem tylko mały problem z przypomnieniem sobie twojego nazwiska...

– Winkly.

– Witam w drużynie! – Głos Albusa przepełniony był fałszywym entuzjazmem, lecz okazało się, że nie wszyscy postanowili zagrać w tę grę.

– Popraw celność. – Tiffani skrzywiła się do Rogera.


Kiedy Scorpius wrócił później do pokoju wspólnego, po wielu narzekaniach Morrisona na temat jego dłuższej nieobecności, w końcu przyznał, że ostatecznie skrył się w Pokoju Życzeń, gdzie mógł w spokoju, z dala od hałasu, się uczyć. Vincent wydawał się zadowolony z tej odpowiedzi, ale Albus uznał ją za trochę podejrzaną. Dlaczego po prostu nie powiedział przyjaciołom, gdzie się wybiera?

Tak czy inaczej, nie było sensu doszukiwać się w tym zniknięciu drugiego dna, a z nowo wybranym ścigającym, Albus znalazł w końcu czas, aby zabrać się za to, co rzeczywiście chciał: na rozmowę z panią dyrektor. I właśnie w ten sposób w niedzielę, mniej więcej godzinę przed porą obiadową, wyszedł ze ślizgońskiego sanktuarium i rozpoczął wspinaczkę na siódme piętro.

Korytarze, do których był od dawna przyzwyczajony, były wypełnione członkami Wybawczego Aliansu Różdżek. Kiedy go mijali, czuł się co najmniej nieswojo. Żaden z nich nie był świadomy tego, że właśnie szedł zgłosić na nich doniesienie. Larsona, koordynującego Klub Strażników rzadko widywano w przelocie, przez co Albus domyślił się, że czarodziej na co dzień przebywał poza murami zamku. Po drodze rozpoznał jednak kilka twarzy ze spotkania i to właśnie przy tych ludziach starał się zachowywać najbardziej naturalnie i niepozornie. Niestety, spacer powolnym tempem w końcu zwrócił uwagę jednego ze strojących na straży renegatów, tuż przed rzędem kamiennych gargulców.

– Czy coś ci się stało w nogę? – zapytał strażnik, w którym ślizgon rozpoznał jednego z mężczyzn, którzy kilka dni temu wynosili z Wielkiej Sali rannego krukona.

– Słucham? – Zamarł.

– Idziesz wolno – wytknął dorosły, odrywając się od ściany i świdrując Albusa ciemnobrązowymi oczami; przysłaniająca nieco twarz fryzura tylko potęgowała chęć zastraszenia ucznia.

– Och – mruknął, główkując. – Ee, moja noga jeszcze się nie do końca obudziła. Przed chwilą trochę sobie drzemałem.

Spojrzenie renegata było nieczytelne.

– Dokąd się wybierasz?

– Do gabinetu pani dyrektor – wypalił natychmiast Albus. Przez jedną głupią setną sekundy myślał, że ta odpowiedź będzie dobra; łudził się, że uchylenie rąbka tajemnicy sprawi, że czarodziej się wycofa i zaprzestanie przesłuchania. W następnej sekundzie zdał sobie sprawę, że zamiast tego w rzeczywistości wyjawił mu pierwszą część swoich planów.

– Do biura dyrektorki? – powtórzył strażnik i pochylił się bardziej do przodu, przez co sprawiał dwojakie wrażenie: jakby był zainteresowany oraz chciał wyglądać groźniej. – Co cię tam sprowadza?

– Ja...

– Moja inicjatywa.

Usłyszawszy znajomy głos, Albus podniósł głowę.

Zza rogu wyłonił się Draco Malfoy, a jego blada twarz była praktycznie niemożliwa do rozszyfrowania. Ze spokojem omiótł zarówno swojego podopiecznego, jak i członka Wybawczego Aliansu Różdżek.

– Twoja? Wysłałeś chłopca?

– Owszem – skłamał nauczyciel. – Pan Potter ma tendencję do zasypiania na moich zajęciach, więc powiedziałem mu, że sprawa rozwiąże się u pani dyrektor; dziś akurat miała czas. Z perspektywy czasu widzę, że głupio było prosić o chociaż taką samodzielność, skoro łatwo się rozprasza – dodał i spojrzał na Albusa z czymś, co przypominało pogardę.

Ślizgon odwzajemnił spojrzenie, nagle zdenerwowany. Oczywiście, wiedział, że to tylko gra. Ani razu nie zasnął na eliksirach i, co więcej, nauczyciel nigdy nie kazał mu zgłosić się do McGonagall. Tak naprawdę to spotkanie było dziełem czystego przypadku. Mimo tylu sensownych argumentów tak szczera odraza pozostawiała tylko dwie opcje: albo Draco Malfoy rzeczywiście go nie lubił, albo podobnie jak Scorpius, do perfekcji opanował sztukę kłamania z kamienną twarzą.

– Rozumiem. – Renegat z powrotem oparł się o ścianę. Wyglądał zaledwie na częściowo przekonanego, ale miał związane ręce – nie był w stanie ani nic zrobić, ani powiedzieć.

– Za mną, panie Potter. – Malfoy szarpnął głową, przywołując do siebie podopiecznego.

Ślizgon w mig zrozumiał przekaz i podążył za nauczycielem. Zatrzymali się, dopiero kiedy dotarli do kamiennych gargulców.

– Profesorze... – zaczął, nie wiedząc, od czego powinien zacząć, ale został uciszony poprzez podniesienie ręki.

– Jakikolwiek masz interes do pani dyrektor, Albusie, to twoja prywatna sprawa – powiedział ściszonym głosem mężczyzna. – Dobrze ci radzę, zachowaj to dla siebie. Nasza ochrona lubi się wtrącać.

Brunet skinął głową ze świadomością, że to definitywny koniec dyskusji. Wtem zdał sobie sprawę, że nadal potrzebuje odrobiny pomocy. Nie znał hasła do gabinetu Minerwy McGonagall.

– Hm, czy...?

– Pomona – powiedział szybko profesor, po czym odwrócił się na pięcie i bez słowa przeszedł obok niego, kierując się w zupełnie drugą stronę, aby nie natknąć się na renegata, z którym mieli starcie.

Albus uśmiechnął się, zwrócił twarzą do gargulców i przez chwilę przysłuchiwał się cichnącym krokom Dracona Malfoya.

– Pomona.

Na wypowiedziane hasło gargulce natychmiast się rozsunęły, odsłaniając bardzo znajome spiralne schody. W ciągu niecałej minuty był już na górze, przed drzwiami prowadzącymi bezpośrednio do biura pani dyrektor. Głośno zapukał, a na odpowiedź nie czekał długo.

– Wejść.

Pchnął drzwi i wszedł do środka. Od czasu jego ostatniej wizyty – pod koniec poprzedniego roku – gabinet nieszczególnie się zmienił. Portrety, które zazwyczaj udawały, że są pogrążone we śnie, tym razem tego nie robiły, najprawdopodobniej dlatego, że nie przypuszczały, że ktoś niezapowiedzianie przyniesienie ważne informacje.

Na dwa portrety ślizgon od razu zwrócił uwagę. Albus Dumbledore był przytomny i uśmiechał się ciepło – w jego jednym niebieskim oku można było dostrzec charakterystyczny błysk, który kojarzył się z mądrością starszego człowieka, ale także z intryganctwem. Obraz Severusa Snape'a zaś był pusty. Chłopiec był przyzwyczajony do takiego stanu płótna, ale do dziś nie wiedział, do jakiego innego portretu Snape mógłby zawitać – nie wypatrzył go nigdzie indziej w zamku.

– Pan Potter. – Siedząca za biurkiem kobieta w rozbawieniu przechyliła głowę. – Cóż za niespodzianka. W czym mogę panu pomóc?

– Dzień dobry – powiedział niepewnie. Kiedy ostatnio przyszło im ze sobą rozmawiać, w gabinecie panowała bardzo ponura atmosfera. W rzeczy samej, kilka chwil wcześniej napadła na niego Mirra z Morrisonem.

McGonagall sprawiała wrażenie nadzwyczaj spokojnej, choć równie dobrze mogła być zestresowana. Siwe włosy miała spięte w luźny kok, a usta zaciśnięte w równą linię; dłonie ułożyła w wieżę*.

– Hm, czy... czy mogę usiąść? – zapytał nerwowo, niepewny, dlaczego od razu nie przechodzi do rzeczy; może po prostu nie wiedział, od czego powinien zacząć.

Czarownica lekko skinęła głową, a Albus zajął miejsce naprzeciwko niej. Potem zebrał się w sobie i wyprostował.

– Hm, chcia... chciałem z panią... o czymś... porozmawiać – wydukał z nagłym zrozumieniem, jak to dziwnie brzmi; nie mógł jednak nic na to poradzić, taka była prawda. Pani dyrektor się nie odezwała i po prostu spojrzała na niego zmęczonym wzrokiem, jakby niemo naciskając, aby kontynuował myśl. – Hm, tak. O czymś, co... dotyczy szkoły...

– Proszę się wstrzymać, panie Potter. – McGonagall zabrała głos, przerywając mu w pół zdania. Albus zwiesił głowę i zaczął mruczeć pod nosem, że jest żałosny. – Dawno temu nauczyłam się kojarzyć pańskie nazwisko ze szkolnymi wykroczeniami i złamanymi zasadami. Zapewniam pana, że nie mógł zrobić pan nic, co mogłoby mnie w jakikolwiek sposób zaskoczyć; nie po tym, co nawyprawiali przez lata pańscy przodkowie...

– Zupełnie nie o to chodzi! – Ślizgon wyrzucił przed siebie ręce i bez skrępowania zaczął nimi potrząsać. – Tym razem nie zrobiłem nic złego, naprawdę! Chodzi o... Czy słyszała pani o Klubie Strażników? – zapytał z desperacją.

McGonagall spojrzała na niego z kamiennym wyrazem twarzy i nagle gabinet wypełniło fałszywe pochrapywanie.

– Owszem, jestem świadoma istnienia Klubu Strażników – powiedziała nieznacznie drżącym głosem. – Jako że jest to oficjalnie szkolne stowarzyszenie, wystarczy samo zainteresowanie dołączeniem. Powinieneś wiedzieć, że nie wymaga niczego innego niż frekwencji...

– Nie, źle mnie pani zrozumiała – odpowiedział ponuro. – Uważam, że ten Klub trzeba jak najszybciej rozwiązać, pani profesor...

Atmosfera w gabinecie wyraźnie zgęstniała, a milczenie, które zapadło pomiędzy żywymi, było przerywane tylko przez nieszczere pochrapywania obrazów. McGonagall unikała nawiązania kontaktu wzrokowego i ostatecznie zdecydowała się przemówić do swojego biurka.

– Sytuacja jest niezwykle delikatna, panie Potter.

– Ludzie zostają ranni! – pospiesznie zakomunikował i to jedno zdanie wystarczyło, żeby dotarło do niego, że dyrektorka najprawdopodobniej bardzo dobrze wiedziała o tym, co działo się w Wielkiej Sali. – Poszedłem na jedno spotkanie, widziałem wszystko na własne oczy – wynoszonych do skrzydła szpitalnego uczniów, całą masę...

– Rozumiem – wyszeptała ochryple, czym wywołała dreszcz u chłopca. – Musi pan zrozumieć, panie Potter, że moim priorytetem jest bezpieczeństwo uczniów. Zawsze.

Albusowi opadła szczęka.

– Ale kiedy... oni są krzywdzeni! Nie rozumie pani. Widziałem...

– Musi pan myśleć naprzód, perspektywicznie – stwierdziła. – Miałam nadzieję, że nie będę musiała tego wyjaśniać – to naprawdę przygnębiająca sytuacja – ale widzę, że jest pan zdeterminowany i nieugięty. Jeżeli spróbuję strzec uczniów przed ich ochroną, panie Potter, finalnie osiągnę odwrotny skutek – narażę ich bardziej niż jakikolwiek renegacki klub.

Ta kombinacja słów nie miała żadnego sensu. Powstrzymał się jednak od wygłoszenia komentarza, chcąc się przekonać, w jaki sposób rozwiązanie Klubu i stłumienie problemu w zarodku może wszystko pogorszyć.

– Musi pan pamiętać, że Warren Waddlesworth kandyduje na Ministra Magii i nie ma wątpliwości, że zwycięży. Oznacza to, że jest nie tylko liderem Wybawczego Aliansu Różdżek, ale także twarzą całego Ministerstwa. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat dzięki temu powiązaniu opinia publiczna ufa rządowi, a to z kolei oznacza, że ludzie mocno sprzeciwiają się wszystkiemu, czemu sprzeciwia się WAR – kontynuowała McGonagall. – Jest wiele powodów, dla których Waddlesworth chciałby, aby jego podwładni byli obecni na terenie szkoły – i najmniej istotnym jest ten, że może przekazywać młodszym uczniom informacje, które z pewnością trafią do ich rodziców, którzy go poprą. Niech pan pomyśli o sposobach wypaczenia rzeczywistości w momencie zlikwidowania Klubu. Czy może sobie pan wyobrazić, co będą wypisywały gazety, zwłaszcza TYGODNIK WAR, po rozwiązaniu Klubu Strażników? Ludzie odniosą wrażenie, że dzieciom zabrania się pozalekcyjnej nauki samoobrony, a Hogwart dosłownie z dnia na dzień zmieniłby status bezpiecznej przystani na godną pożałowania instytucję. Co gorsza, biedni, wprowadzeni w błąd rodzice, natychmiast usunęliby swoje pociechy ze szkoły, zdeterminowani, żeby znaleźć miejsce, w którym nie będzie problemu z odebraniem odpowiedniej edukacji. Jeżeli Klub będzie działał, owszem, uczniowie mogą zostać ranni, panie Potter. Jeżeli im to odbiorę, wielu z pewnością wróci do domu, gdzie znajdą się poza zasięgiem ochrony Hogwartu. Nie mogę podjąć takiego ryzyka.

– A co by się wydarzyło, gdyby pani powiedziała, co tak naprawdę się dzieje? – Ślizgon podniósł głos. – Przecież mogłaby pani powiedzieć im prawdę – że ten Klub wyrządza więcej szkód niż pożytku!

– Chciałabym, żeby to było takie proste, Albusie, ale moje słowo jest niczym w porównaniu ze słowem Wybawczego Aliansu Różdżek. Wszystkie zgłoszone kontuzje, z wyjątkiem tych o bardzo poważnym charakterze, mogą zostać uznane za wypadki, a dodatkowo z drugiej strony, uczestnictwo w spotkaniach klubowych nie jest obowiązkowe. Niestety, ale uczniowie mogą zostać wyjątkowo łatwo pociągnięci do odpowiedzialności za to, co dzieje się w Wielkiej Sali i to jeszcze bez nadzoru kadry pedagogicznej, ale WAR nie. W dalszych rozważaniach możemy opierać się tylko na anegdotycznych dowodach. Wybawczy Alians Różdżek bardzo dobrze kontroluje zaistniałą sytuację. Obawiam się, że jeżeli spróbuję zabrać głos... tylko wszystko pogorszę.

Głos McGonagall załamał się pod koniec wypowiedzi i dopiero to uzmysłowiło Albusowi, jak to musi być dla niej straszliwe. Jako dyrektor odpowiadała za uczniów Hogwartu, ale bez względu na to, co robiła – nawet jeśli nie podjęła żadnych działań – ci byli w jakimś stopniu narażeni na niebezpieczeństwo.

– No to ja powiem – oświadczył wyzywająco. – Co takiego okropnego może się stać, kiedy wreszcie powiem ludziom prawdę? Rodzice, którym nie spodoba się moja wersja, nie będą krzywo patrzyli na szkołę, a ci, którzy rzeczywiście mnie wysłuchają...

– Rozumiem, do czego pan zmierza. – Na twarzy kobiety pojawił się krzywy uśmiech, zapewne przez wzgląd na ślizgońską determinację. – Pomimo szlachetności pańskich działań wciąż istnieje zagrożenie, że tego typu akcje utrudnią realizację większego planu.

Albus nieznacznie przekrzywił głowę, niepewny, o czym McGonagall wspomina. Kiedy w gabinecie zapadła dłuższa cisza, czarownica pochyliła się do przodu i ponownie zabrała głos.

– Nie może sobie pan teraz jeszcze bardziej odejmować punktów popularności, panie Potter. I nie mam na myśli także pańskich przyjaciół. Jeżeli jest jakakolwiek szansa, że Harry Potter zostanie zwolniony z Azkabanu, jego syn nie może otwarcie się obnosić z antyrenegackimi oraz, w szerszej perspektywie, z antyministerialnymi poglądami.

Westchnął. Mimo wielkich pokładów inteligencji wydawało się, że McGonagall jeszcze nie zaakceptowała tego, do czego Albus był zmuszony. Bez względu na podjęte działania, zwrócenie wolności Harry'emu Potterowi było bardzo odległe.

Nie zamierzał werbalizować swych myśli, więc po prostu podirytowany siedział na krześle.

– Chyba zakończyliśmy ten temat, prawda? – zapytał, gapiąc się w podłogę, całkowicie ostudzony brakiem rezultatów. Kiedy podniósł głowę, pani dyrektor mu przytaknęła i odetchnęła.

Albus wstał ze świadomością, że zachowuje się nieco dziecinnie, ale nie bardzo się tym przejmował. Bez zerknięcia na wiszące na ścianie portrety, skierował się w stronę drzwi, mentalnie przygotowując się do wyjścia.

– Panie Potter.

W połowie drogi się odwrócił i spojrzał na McGonagall – wyraz jej twarzy idealnie odzwierciedlał to, jak on się czuł.

– W każdej sytuacji jest wybór, który jest słuszny oraz taki, który jest łatwy**. Proszę, niech pan mi uwierzy, że w zaistniałej sytuacji nie ma tej prostszej opcji.


– Więc po prostu... to zignoruje? – zapytała zdezorientowana Mirra, chcąc się upewnić, następnego dnia podczas opieki nad magicznymi stworzeniami.

– Ano, to sedno sprawy. – Westchnął.

Hagrid zakończył temat kugucharów i dziś – ale tylko dziś – skupili się na jednorożcach. Albus pamiętał, że zajmowali się nimi także na czwartym lub piątym roku, ale ta szczególna okazja była zarezerwowana wyłącznie dla starszych uczniów. Trotter, jedno z najulubieńszych stworzeń zamieszkujących Zakazany Las, było chore.

– Czy w pewnym sensie... nie wykorzystujemy tego, że się źle czuje? – zapytał z wahaniem Morrison, podczas gdy wszyscy zebrali się wokół białawego koniowatego, którego sierść jakby poszarzała z powodu choroby.

– Będzie dobrze, przecież dostaje leki. Nie myślcie se nie wiadomo czego, dzisiej możecie ino popatrzeć. Zadbałem o niego. W porząsiu – kto wie, czym karmić jednorożce?

– Liśćmi i innymi takimi? – zapytał Vincent zupełnie, jakby pytanie było skierowane wprost do niego.

– Gratulacje, Morrison. Właśnie wszystkie ześ zabił. – Hagrid pokręcił głową. – Potrzebują jagód i mnóstwo soków, byleby się nawodnić. Zerknijcie...

Lekcja z pewnością była interesująca i wymagała koncentracji, ale Albus niestety był zbyt skupiony na prowadzonej szeptem rozmowie z Mirrą.

– Sposób, w jaki mówiła – powiedział ponuro. – Wydawała się taka pokonana...

– To musi być stresujące – przyznała. – Mimo to... Wybawczy Alians Różdżek już przejął ministerstwo magii. Czy tak po prostu pozwolimy im zdobyć także szkołę?

Chłopiec westchnął, a potem ponownie spojrzał na Hagrida, który akurat pieścił Trottera po nosie, który z kolei zlizywał sok jagodowy z wielkich dłoni swego przyjaciela.

– Naprawdę nie wiem, co robić – przyznał po chwili milczącej obserwacji poczynań profesora i odwrócił się do swojej dziewczyny.

– Chcesz, żebym porozmawiała z Charliem? – zaproponowała.

Albus jęknął.

– I co niby by to dało...?

– Tak się składa, że dobrze się dogaduje z młodszymi rocznikami – syknęła, po czym zerknęła na Hagrida, aby upewnić się, czy nie było jej słychać. – Może nie uda nam się doprowadzić do natychmiastowego rozwiązania Klubu, ale możemy zniechęcić do niego trochę ludzi!

Chociaż bardzo doceniał entuzjazm Mirry, wiedział, że zwyczajnie chwytają się brzytwy, prosząc kogoś o pomoc w radzeniu sobie z zapałem i zainteresowaniem młodszych uczniów. Poza tym Eckley najprawdopodobniej i tak by nie wszedł z nimi w układy – w końcu był najlepszym przyjacielem Donovana Hornsbrooka; a przynajmniej takie dotąd miał wrażenie, chociaż w tym roku szkolnym nie widywał ich razem za często...

Był jednak członek Klubu Strażników, który szczególnie Albusa interesował. Nie chciał, aby Hugo został zraniony bądź kogoś krzywdził. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że zbliżało się kolejne spotkanie w Wielkiej Sali, a czasu było niewiele. Myślał nawet o bezpośredniej rozmowie z kuzynem, ale ten przez ostatni rok niezbyt darzył go sympatią – a przynajmniej nie na tyle, żeby potraktować go poważnie. Zastanawiał się także, czy by nie pójść z tym do Lily... ale nie chciał, żeby zainteresowała się szemranym stowarzyszeniem i nie wybaczyłby sobie, jeżeli przez przypadek by ją zachęcił do członkostwa. Otwarty na opcje, szukając rozwiązań z udziałem bliskich kuzynowi osób, ze zmarszczonymi brwiami odwrócił się z powrotem do Mirry.

– Czy powinienem wspomnieć Rose o tej całej sprawie z Hugonem?

Dziewczyna odchyliła głowę do tyłu, a następnie w bok, zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Cóż, ostatnio jest dość rozchwiana – przyznała – Zazwyczaj trzymam się od niej z daleka, chyba że podejdzie do mnie pierwsza... ale to poważna sprawa, więc myślę, że najlepiej będzie, jak trochę poczekasz.

– Poczekam? – powtórzył.

– Na co poczekasz? – Morrison się rozejrzał. Tak się złożyło, że akurat dołączył do ich grupki, ponieważ Hagrid właśnie wszedł do swojej chaty po więcej lekarstw na jednorożca.

– Żeby porozmawiać z Rose o Hugonie – odpowiedział wymownym tonem Mirra.

– Ach, a po co czekać?

– Bo to było tylko jedno spotkanie – stwierdziła. – Wybierasz się na następne, Albusie?

Ślizgon się zamyślił. Z pewnością go nie wyczekiwał, ale... jednocześnie chciał wiedzieć, co tam się wyprawia.

– Tak – zdecydował. – Oczywiście, znów pod peleryną.

– W takim razie jeszcze jedna sesja – podsumowała Mirra. – A jeżeli zobaczysz, że sprawy nadal wymykają się spoza kontroli... porozmawiasz z Rose.

Aby zorientować się, jak ciężko mu będzie podjąć tak delikatny temat z kuzynką, Albus obserwował ją podczas popołudniowych zajęć z eliksirów. Profesor Malfoy niczym się nie zdradził, że widział swojego podopiecznego poprzedniego dnia na siódmym piętrze i natychmiast dobrał uczniów w grupy, żeby rozpoczęli pracę nad wywarem swędzącym***. Współpracując z Mirrą, chłopiec starał się co jakiś czas zerkać na tyły klasy.

– Wiesz, że sama tego nie uwarzę, Albusie! – syknęła, na co ślizgon, który przez swoje plany miał dziś problemy z orientacją, odwrócił się akurat w samą porę, żeby zobaczyć, jak Scorpius odrywa się od swojej mikstury, nad którą pracował razem z Morrisonem, i zmniejsza ogień pod kociołkiem Mirry – był niebezpiecznie bliski przepełnienia.

– Wybacz – powiedział i natychmiast skoncentrował się na wspólnym eliksirze.

Rose siedziała na tyłach pracowni, partnerując – ze wszystkich możliwych ludzi! – akurat Donovanowi Hornsbrookowi. Wyglądało na to, że w warzyli razem we względnym milczeniu, a to z kolei świadczyło o tym, że nadal była w całkiem dobrych stosunkach z kimś, kto – jak przypuszczał – jest nadzwyczaj prominentnym członkiem Klubu Strażników. Wtem zrobiło mu się niedobrze na myśl, że być może będzie musiał podejść do kuzynki, kiedy Hornsbrook wciąż będzie się kręcił w pobliżu, i sporządził mentalną notatkę, że gdyby było to konieczne, Rose należy złapać samą.

We wtorkowy poranek królował gwar. Albus początkowo obawiał się, że wszelkie rozmowy w pokoju wspólnym będą dotyczyły nadchodzącego wieczornego spotkania, ale był mile zaskoczony, gdy Morrison uświadomił go, o co się rozchodzi.

– Lekcje aportacji – powiedział, szczerząc się dziko i wskazując na tablicę ogłoszeń. Rzeczywiście, przypięte do niej było bardzo oficjalnie wyglądające – chociaż wciąż mniej wyróżniające się od notki Klubu Strażników – ogłoszenie.

– Naprawdę? – Albus był zupełnie nieprzygotowany na tę wiadomość.

Scorpius, który stał zaledwie kilka stóp dalej i przyglądał się jeszcze kilku innym powiadomieniom, podszedł do przyjaciół, kiedy usłyszał ich rozmowę.

– To bardzo dziwne – stwierdził, zaintrygowany. – Ojciec mówił mi, że to będzie w tym roku, ale kiedy on był w naszym wieku, aportację mieli trochę później. Pierwsza lekcja ma się odbyć tuż przed Halloween...

– To będzie gwarancja naszego bezpieczeństwa. – Kolejny dołączający do rozmowy głos sprawił, że Albus podskoczył w miejscu. Rzadko się zdarzało, aby ktoś wcinał mu się tak do konwersacji, wyłączając z tego drużynę quidditcha, a Dante Haug na co dzień nie miał takiego zwyczaju.

– Bezpieczeństwa? – Morrison zmarszczył brwi. – W jaki sposób sobie to wyobrażasz?

– Dorośli uważają, że im wcześniej zaczniemy naukę, tym lepiej. Chcą, żebyśmy w razie wypadku mogli się aportować – odpowiedział Dante, a chwilę później dołączył do schodzącego akurat na śniadanie Bartleby'ego Binga.

– Myślicie, że naprawdę o to chodzi? – zapytał Morrison przyjaciół.

Albus wzruszył ramionami, a Scorpius udzielił odpowiedzi.

– To chyba jedyne sensowne wytłumaczenie, prawda?

Potter zdecydował się pominąć śniadanie, aby nadrobić zaległości, których się nabawił, nie odrabiając regularnie zadań domowych – był zbyt zainteresowany działalnością renegatów w szkole, aby się nimi przejmować. Melonie, która całkiem nieźle sobie poradziła na SUMach z zielarstwa – chociaż nie zdecydowała się uczestniczyć w tegorocznych zajęciach – zajęła miejsce obok niego, zamiast swojego chłopaka, żeby pomóc mu przy wyczerpującym eseju traktującym, dlaczego indukowana magią fotosynteza nie jest tak efektywna, jak ta naturalna. W międzyczasie Scorpius pracował nad własnym wypracowaniem z innego przedmiotu, co z kolei sprawiło, że pozostawiony sobie Morrison znalazł sobie zajęcie w postaci lewitowania jedzenia ze stołu wprost do ust – finalnie przewrócił szklankę i rozlał mleko wprost na swoją koszulę.

Dostarczające pocztę sowy przyleciały tradycyjnie w połowie śniadania, ale tym razem nie było nic ciekawego do przeczytania. Albus i Scorpius odeszli od stołu trochę wcześniej, aby zdążyć na zaklęcia; Melonie także miała lekcję, tak więc Morrison znów został sam.

– Co będziesz teraz robił, stary? – zapytali przyjaciela.

– Najpierw pójdzie wyczyścić koszulę. – Ślizgonka wzięła sprawy we własne ręce, ponieważ Vincent nawet nie otworzył ust. – Następnie do biblioteki, gdzie choć raz się pouczy, tak jak obiecał, że to zrobi – dodała poważnie.

– Tajest, psze pani! – odpowiedział z sarkazmem chłopiec i zasalutował.

Albus i Scorpius się zaśmiali, po czym odeszli od stołu i wymieszali się z grupą wychodzących z Wielkiej Sali puchonów.

– Mam nadzieję, że skończyliśmy z urokiem ociężałości. – Brunet potrząsnął głową. Nadal do końca nie opanował to zaklęcie, chociaż, co prawda, jego wyniki nie były dalekie od doskonałości. – Mam serdecznie dość podnoszenia ciężarów i słuchania, jak kości mi pękają... Scorpius?

Odwrócił się gwałtownie, ale przyjaciela nie było obok. Kręcąc się w kółko, jedyne, co mu się rzucało w oczy, to stado przede wszystkim puchonek. Zdezorientowany, doszedł do wniosku, że Malfoy może go wyprzedził i wszedł do sali Flitwicka. Gdy przekroczył próg klasy, zorientował się, że był w błędzie. Nigdzie nie było widać Scorpiusa.

Przez sekundę się wahał, a następnie usiadł. Na blacie przed nim leżał mały srebrny naparstek, tak więc najprawdopodobniej po raz kolejny będą ćwiczyć urok ociężałości. Profesor siedział przy swoim biurku, przed rozpoczęciem zajęć porządkując pliki dokumentów, co dało ślizgonowi czas na spokojniejsze rozejrzenie się po pracowni.

Malfoy zjawił się dwie minuty później.

– Gdzie byłeś? – zapytał Albus, kiedy ten zajął miejsce obok niego.

– Hm? Co masz na myśli?

– Szedłem... Szliśmy sobie razem i nagle zniknąłeś. Dokąd pobiegłeś?

– Donikąd. Schyliłem się, aby zawiązać buta, a ty po prostu poszedłeś. – Scorpius był wyraźnie skonsternowany. – Nie przejmuj się – dodał, prostując się na krześle.

– Czy ty...? Buta...? Okłamujesz mnie! – wydukał, zdumiony rewelacjami, które przyjaciel próbował mu sprzedać.

– Co takiego? – Malfoy parsknął z powodu rzuconego oskarżenia. – Okłamuję? Niby z jakiego powodu miałbym...?

– Nie wiem, ale taka jest prawda!

– Uspokójcie się, chłopcy! – upomniał ślizgonów nauczyciel, podczas gdy Albus rozejrzał się po klasie i zauważył, że przybyło więcej uczniów, a więc klasa była gotowa do rozpoczęcia zajęć. – Musicie rzucić kilka zaklęć, a do tego potrzebna jest ogromna koncentracja!

Nie miał innego wyboru, jak przerwać temat, ale rażąca nieuczciwość Scorpiusa nękała go przez całą lekcję. Główkował nad tym także przez cały obiad, wiedząc, że przyjaciel na pewno zachowa tajemnicę, niezależnie od argumentów, które zostaną mu przedstawione. Kiedy udali się jednak do pokoju wspólnego, coś innego zaprzątało mu umysł.

– Jesteś pewien, że chcesz się wybrać na kolejne? – zapytał go poważnie Morrison, gdy we dwójkę usiedli w dormitorium. – Ostatnim razem się trochę zdenerwowałeś, prawda?

– To nie tak, że chcę tam iść, ale po prostu czuję, że muszę – wyznał. – Rozumiem, że wciąż nie masz ochoty się do mnie przyłączyć?

– Nie wydaje mi się, żebym zmalał od ostatniego tygodnia, stary – stwierdził ponuro Vincent, nawiązując do wymówki, że nie jest w stanie zmieścić się razem z nim pod peleryną. – Chociaż może Scorpius...?

– Nie, zapomnij – odpowiedział. – Ostatnio coś jest z nim nie tak. Unika mnie i w ogóle...

– Tak, też zauważyłem...

Ostatecznie zeszli na kolację, gdzie Scorpius normalnie z nimi rozmawiał, najwyraźniej zapominając już o trudnej sytuacji w drodze na zaklęcia. Kiedy posiłek dobiegł końca, wszyscy trzej wrócili do pokoju wspólnego – dwóch z planami na sen, a Albus tylko do godziny ósmej. Na dziesięć minut przed wyznaczonym sobie czasem, ponownie przyodział się w pelerynę niewidkę, kazał Morrisonowi otworzyć kamienne wejście i udał się do Wielkiej Sali.

Przybył w samą porę, bo wrota wciąż były szeroko otwarte, chociaż można było odnieść wrażenie, iż jest spóźniony – w środku było naprawdę sporo ludzi. Cztery długie stoły zostały ustawione pod ścianami, a uczniowie samodzielnie ustawili się w szereg – na każdej z twarzy odbijała się zaciekła determinacja. Co do prowadzących: wyglądali na dokładnie tę samą grupę, co ostatnio, z rozochoconym, oślizgłym Larsonem na czele.

Renegat zaczął przechadzać się w tę i z powrotem przed swoimi klubowiczami, podczas gdy wrota do Wielkiej Sali zamknęły się automatycznie, oficjalnie sygnalizując rozpoczęcie się drugiej sesji treningowej. Albus od razu zauważył, że w komnacie znowu nie było żadnego nauczyciela, włączając w to panią dyrektor. Zmarszczył na to brwi, choć nie do końca był zdziwiony. Ostatecznie, w ukryciu na tyłach Sali, poświęcił całą swoją uwagę Larsonowi, a nie uczniom.

Renegat nie odezwał się ani słowem, nadal powoli się przechadzając i wpatrując w każdego, jakby dokonując milczącej oceny. Potem, bez najmniejszego ostrzeżenia, odwrócił się na pięcie z wycelowaną przed siebie różdżką. Z jej końca wystrzelił błękitny promień i przez chwilę Albus, mimo że nie znajdował się na linii ognia, martwił się, że został wykryty i zaklęcie było przeznaczone dla niego. Zamiast tego czar uderzył, co dziwne, prosto w twarz innego członka Wybawczego Aliansu Różdżek.

Ofiara – młodo wyglądający mężczyzna z kręconymi blond włosami – z wrzaskiem upadł na ziemię; jego męka była prawie że niesłyszalna, gdyż zagłuszało ją sapanie uczniów. Larson podszedł do niego nonszalanckim krokiem, a Albus zwrócił uwagę na miny jego towarzyszy – wszyscy sprawiali wrażenie ludzi, którzy przedtem zostali wtajemniczeni w przebieg demonstracji siły. Zatrzymał się zaledwie o stopę od współpracownika, który wciąż wył z bólu i przyciskał dłonie do twarzy, a następnie znów wycelował w niego różdżką.

– Drętwota! – warknął, a strumień czerwonego światła natychmiast sprawił, że młodzieniec znieruchomiał, a w Wielkiej Sali zapadła cisza.

Larson z wyniosłą miną się odwrócił i wrócił do szeregu nastolatków, którzy teraz wyglądali znacznie bardziej spiętych aniżeli wcześniej. Za nim inny renegat zbliżył się do zastygłego ciała kompana i machnął różdżką – mężczyzna znów mógł się ruszać.

– Obezwładnienie – wyjaśnił nieśpiesznie przewodniczący, ponownie rozpoczynając przechadzkę w tę i z powrotem, jakby zupełnie nieświadomy faktu, że jego zraniony towarzysz z trudem pozbierał się z ziemi. – Wasz przeciwnik nie zostanie pokonany, dopóki nie będzie całkowicie niezdolny do odwetu. W większości przypadków, zamiast czaru ogłuszającego używa się znacznie bardziej śmiercionośnych zaklęć – powiedział chłodno.

Albusowi zmiękły kolana. Bez najmniejszych wątpliwości mógł stwierdzić, że Larson mówił o klątwie zabijającej, która nie była chłopcu zupełnie obca – widział ją wcześniej w wykonaniu Fairharta, kiedy to wszyscy jego wrogowie leżeli na ziemi, niezdolni do jakiejkolwiek obrony.

Z nagłym wstrząsem uświadomił sobie, że Fairhart najprawdopodobniej nauczył się tej techniki właśnie dzięki Wybawczemu Aliansowi Różdżek. Biorąc pod uwagę wiek aurora i fakt, że odszedł z organizacji Warrena Waddleswortha lata temu, Larson nie mógł być jego nauczycielem. Z drugiej strony, odwracając perspektywę, nie było niemożliwe, aby Fairhart nie był mentorem, który przekazuje wiedzę dalej – być może nawet kiedyś nauczył tej metody człowieka, który teraz przewodzi WAR w szkole...

– Dziś głównie teoria – powiedział przewodniczący i nikt nie wyraził słowa sprzeciwu wobec tego oświadczenia. – Nauczyliście się już, w jaki sposób wykorzystać element sytuacyjny podczas pojedynku. Teraz musicie przyswoić temat następstw; umiejętności i tendencji, które będą oznaczać waszą ewolucję od zdolnego pojedynkowicza do prawdziwego strażnika.

O to chodziło. Albus odetchnął z ulgą, ciesząc się świadomością, że dzisiaj nikt nie ucierpi, ponieważ tym razem w grę wchodziła nauka poprzez demonstracje, a nie ćwiczenia praktyczne. Po obszernym wyjaśnieniu, w jaki sposób pokonać przeciwnika, kiedy ten był już powalony na ziemię (ślizgon z góry założył, że było to oczywiste) Larson przeszedł do rzeczywistej mechaniki pojedynków, która koniec końców nie brzmiała równie źle, co cała reszta. Mężczyzna omówił także wszelkie możliwe słabe punkty oponenta, np. wykazał, że celowanie w nogi jest zarówno posunięciem nieprzewidywalnym, ale też trudniejszym do obrony; żelaznym potwierdzającym tę teorię argumentem był atak z zaskoczenia na blondwłosego renegata. Larson skoncentrował się również na szybkim wydobywaniu różdżki w przypadku zasadzki – gdzie najlepiej ją trzymać w szatach oraz jak instynktownie się cofnąć, aby przygotować się do ofensywnego ruchu po jej wyciągnięciu. Przekazał uczniom też lekcję, aby być świadomym swojego otoczenia i wykorzystywać atuty świata zewnętrznego do zaskoczenia przeciwnika.

Albus obserwował to wszystko z daleka, w duchu się kuląc, bo do pewnego stopnia zgadzał się z Larsonem. Wcześniej przyszło mu znaleźć się w trudnej lub zagrażającej życiu sytuacji i z pewnością stosował wiele z wymienionych na sesji zasad, aby przeżyć. Na spotkaniu zastosowano instynktowny sposób nauczania, co stanowiło ciemną stronę wszelkich niepokojów. Na pozór była to samoobrona, ale technika przekazywania wiedzy... Ślizgon miał wrażenie, że znacznie częściej Wybawczy Alians Różdżek pierwszy rzucał zaklęcie.

Po prawie dziesięciu minutach uspokoił swój żołądek, ponieważ spodziewał się jeszcze jednego ruchu tuż przed końcem spotkania. Niestety, spotkała go niemiła niespodzianka.

– Czasu wystarczy nam na jeden pokaz – stwierdził nonszalancko Larson i uczniowie wymieli między sobą spojrzenia, wyglądając na chętnych. – Ty i ty. – Szarpnął głową, wskazując dwie różne strony szeregu; jednocześnie spełnił też obietnicę, że koniec z instytucją ochotnika.

Serce Albusa zamarło, kiedy naprzód wystąpiły dwie osoby – natychmiast wypatrzył rude włosy.

Hugo sprawiał wrażenie rozluźnionego, zupełnie jakby nie przejmował się przeciwnikiem, na którego został wytypowany puchon, kojarzony przede wszystkim z quidditchem. Potter nie był pewien, co do wieku chłopca, ale wnioskując po przewadze wzrostu i szerszych ramionach, zdecydowanie był starszy.

Znowu? Ślizgon mógł myśleć tylko o jednym. Ostatnim razem też był na środku, prawda? Dlaczego by nie dać innemu uczniowi szansy na zranienie się?

Wytypowani stali od siebie w odległości około dwunastu stóp, z zaciekłą determinacją patrząc sobie w oczy. Wszystko wskazywało na to, że obaj czekają na odliczanie Larsona, który z kolei nie sprawiał wrażenia chętnego do tego działania. Wręcz przeciwnie – przesuwał pomiędzy nimi wzrokiem, jakby zdezorientowany.

– No? – zapytał znacząco.

Otrzymawszy sygnał, oponenci natychmiast sięgnęli ku szatom, z których dobyli różdżki. Serce Albusa zabiło szybciej, kiedy to się stało.

Reducto!

Hugo pierwszy wystrzelił zaklęcie, ale przeciwnik instynktownie się schylił i przeciął powietrze własnym orężem; niebieska smuga światła poleciała w stronę gryfona, raniąc go w nogi. Chłopiec krzyknął z bólu i upadł na ziemię, zgięty w pół. Albus automatycznie zrobił krok do przodu i omal się głupio nie odkrył, ale wtem zdał sobie sprawę, jak bezsensowne by to było. Jakby na to nie spojrzeć, bitwa się zakończyła.

A przynajmniej tak myślał.

– No? – Larson zmierzył zwycięzcę wzrokiem.

Puchon potrząsnął głową, aby grzywka nie zakrywała mu oczu, po czym ponownie uniósł różdżkę.

Drę... drętwota!

Albus o chwilę za późno odwrócił głowę, przez co widział, jak czerwony błysk sprawia, że Hugo nieruchomieje.

Klubowicze byli wyraźnie oszołomieni. Zaniepokojony wydawał się nawet Hornsbrook, choć szybko przybrał inny wyraz twarzy, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że te cztery lata, kiedy mijał się w pokoju wspólnym Gryffindoru z młodszym bratem Rose, dziś nie miały żadnego znaczenia.

Pozostali członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek w milczeniu obserwowali demonstrację siły – niektórzy z nich dodali coś od siebie: idąc za uprzednim przykładem swojego lidera, poklepali zwycięzcę po plecach. W przeciwieństwie do nich Larson przykucnął obok Hugona i przywrócił mu przytomność umysłu.

– Co...? – wymamrotał jeszcze nietrzeźwo chłopiec, a potem natychmiast złapał się za bolącą nogę.

– Następnym razem celuj nisko – powiedział mu renegat. – Udało ci się wyprowadzić pierwszy atak, ale nic nie zyskałeś, bo przeciwnik się uchylił. Póki możesz, ucz się poprzez doświadczenie – dodał i zrobił coś, co wydało się Albusowi wysoce niestosowne i nieprzekonujące: we wspierającym i pocieszającym geście poklepał gryfona po plecach. – Zabrać ucznia do skrzydła szpitalnego. Niech Lester się nim zajmie – powiedział do klubowiczów.

Z szeregu od razu wystąpił jeden z przyjaciół Hugona – chłopiec kulał, kiedy kierował się do wyjścia.

– Koniec spotkania – oświadczył Larson i niczym na zawołanie, drzwi do Wielkiej Sali otworzyły się na oścież. – O terminie następnej sesji poinformuje was wywieszona informacja.

Wszyscy wyszli w bardzo uporządkowany sposób, tak różny od tego, w jaki zawsze wychodzili z klasy. Albus wyprzedził grupę o całe dziesięć kroków, pozostawiając tłum z tyłu.

Targały nim przeróżne uczucia. Był zirytowany i jednocześnie zrozpaczony. Odczuwał ulgę, że kuzynowi nic nie będzie, ale zdenerwował się jego głupotą. Sztormując szkolne korytarze i zbiegając do lochów, nie przejmował się ilością hałasu, którą robił, chwilowo nawet zapominając, że jest niewidoczny dla ludzkiego oka.

Wypowiedział hasło i wparował do pokoju wspólnego, gdzie wszyscy ze zdziwieniem i zaciekawieniem patrzyli, dlaczego wejście się odsłoniło i nikt nie wszedł do środka. Wbiegł do dormitorium, zrzucił z siebie pelerynę i odkrył, że Morrison już leżał w łóżku.

– Ejże! – sapnął zaskoczony przyjaciel, kiedy Albus pojawił się przed nim znikąd. – Nie strasz mnie tak, stary. Myślałem, że jesteś na... – urwał wpół zdania, widząc jego wyraz twarzy. – Nie poszło najlepiej, prawda?

– Muszę jak najszybciej porozmawiać z Rose – oświadczył, wściekle wrzucając pelerynę do swojego kufra.

– Co się stało? – Vincent usiadł, zmartwiony.

– Hugo stracił przytomność – odpowiedział zwięźle. – A potem został poklepany po plecach ze słowami, że następnym razem pójdzie mu lepiej. Taa, pewnie, w dupie, a nie następnym razem...

Morrison siedział w milczeniu, podczas gdy Albus nadal się wściekał, nawet posuwając się do rozrzucania swojej pościeli, aby się wyładować. Potem rozpoczął tyradę, którą w skrócie można było sprowadzić do tego, że nie podoba mu się idea nawiązywania bliższych kontaktów z Rose i czy nie byłoby lepiej poprosić Scorpiusa o przekazanie wiadomości Mirze, najlepiej podczas spotkania prefektów. Wtem pewien istotny szczegół zwrócił jego uwagę.

– A gdzie w ogóle jest Scorpius? – zapytał, choć byli sami w dormitorium.

– Na patrolu – odpowiedział Morrison.

– Tak wcześnie?

Vincent wzruszył ramionami.

– Mel także. Wydłużony czas i te sprawy, najprawdopodobniej dlatego, że Wybawczy Alians Różdżek zajął się uczeniem dzieci, jak wysadzać coś w powietrze. O, a to mi przypomina... – Ziewnął. – Od tych wszystkich książek, sam miałem dziś wielką ochotę się wysadzić. Zaraz idę spać... A ty? Będziesz jeszcze wstawał?

Albus się zagapił.

– Tak, stary. Myślę, że jeszcze na trochę wstanę – stwierdził sarkastycznym tonem.

– W porządku. Jeżeli zobaczysz gdzieś Mel, powiesz jej, że dużo się dzisiaj uczyłem? – zapytał Morrison, zupełnie nie wyczuwając drwiny.

– Jasne.

– Okej. Dobranoc, stary...

– Branoc – odpowiedział, podczas gdy Vincent naciągnął na siebie kołdrę.

Albus zszedł do pokoju wspólnego, gdzie rozsiadł się samotnie przed kominkiem, zdecydowawszy się czekać na powrót przyjaciela z patrolu. Wiedział, że wygląda dziwnie, siedząc tak bezczynnie, ale w tym momencie to akurat obchodziło go najmniej. Był na tyle w podłym nastroju, że pierwszy raz odwzajemnił ohydne spojrzenie, które mu rzucono.

Wiedział też, że mógł przeznaczyć ten czas na naukę bądź odrabianie zadanych prac domowych, ale z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu po prostu siedział, z niepokojem wystukując na kolanie nieznany rytm. Ślizgoni, jeden po drugim, szli spać – Bartleby Bing i Dante Haug wychodząc, pomachali mu – aż w końcu został sam w słabo oświetlonym pokoju wspólnym. Kiedy już go prawie skręcało z niepokoju, w okolicach północy kamienne przejście nareszcie się otworzyło.

Do środka weszła Melonie, nie Malfoy.

– Hej – powiedziała, wyraźnie zmęczona. – Co ty tu jeszcze robisz...?

– Gdzie jest Scorpius? – zażądał niegrzecznie, czym zasłużył sobie na pełne urazy spojrzenie.

– Słucham?

– Prze... przepraszam – powiedział szczerze. – Naprawdę muszę z nim porozmawiać.

Melonie przyglądała mu się przez dłuższy moment, a potem zdecydowała się odpowiedzieć.

– Myślę, że właśnie kończy swój obchód – stwierdziła. – Powiedział, żebym poszła przodem. Rozumiem, że byłeś na spotkaniu Klubu Strażników? – zapytała, a Albus ograniczył się tylko do skinięcia głową. – Ach... Cóż, spróbuj się trochę przespać – dodała ciepło i przeszła obok.

Znów jej potaknął.

– A nie widziałeś nigdzie może Morri...?

– Wcześnie się położył. Cały dzień się uczył – powiedział.

– Dzięki. Dobranoc! – Uśmiechnęła się Melonie.

– Branoc – odparł, zamyślony, kiedy wchodziła po schodach do dormitorium dziewcząt.

Z założonymi rękami, zgarbiony, usiadł z powrotem przy kominku. W każdej chwili mógłby porozmawiać ze Malfoyem i zakończyć ten parszywy dzień...

Zegar zabił, kiedy wybiła pierwsza, a Albus wciąż – absurdalnie – gapił się w wejście do pokoju wspólnego. Scorpius wciąż był na obchodzie? Och, z całą pewnością trzykrotnie obszedł zamek wzdłuż i wszerz, prawda? Może nawet zdecydował się popływać i przy okazji sprawdzić czarne jezioro pod względem podejrzanej aktywności?

W nagłym przypływie inspiracji podniósł się z miejsca i wszedł do dormitorium, gdzie w ciągu trzydziestu sekund zaczął grzebać w swoim kufrze.

Dante Haug wydał z siebie półsenny dźwięk, jakby zaraz miał się obudzić, ale ostatecznie nawet nie otworzył oka. Finalnie Albus opuścił sypialnię, z triumfem ściskając w dłoniach Mapę Huncwotów.

– Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego – wyszeptał przez zaciśnięte zęby, ostro stukając różdżką w pergamin.

Z powodu niewielkiej liczby szwędających się po szkolnych korytarzach osób, linie zaczęły formować się od razu. Pani dyrektor siedziała nieruchomo w swoim biurze, a profesor Malfoy spacerował po pracowni. Kropka Mirry się nie ruszała, więc dziewczyna najprawdopodobniej spała – a już z pewnością w rozsądnym czasie zakończyła patrol prefektów. Hugo też był w swoim dormitorium... czyli wszystko było z nim w porządku.

Scorpius Malfoy się nie ukrywał – był na drugim piętrze i, co niezwykłe, stał zupełnie nieruchomo. Z szeroko otwartymi oczami Albus zdał sobie sprawę, że to wcale nie jest dziwne, a przynajmniej nie w porównaniu z tym, co jeszcze zobaczył.

Scorpius nie był sam. Obok kropki podpisanej jego nazwiskiem była jeszcze jedna – Anastasia Anifur.

– Żartujesz sobie – powiedział głośno.

Dwie kropki zetknęły się na chwilę, co jawnie wskazywało na kontakt cielesny.

– Istne żarty!

Wtem prefekci się rozeszli, a ślizgon skierował się w stronę schodów prowadzących prosto do lochów. Wszystko wskazywało na to, że schadzka nareszcie dobiegła końca. Albus zrozumiał, że gdyby poszedł po Mapę minutę później, nic by nie zobaczył.

Nawet nie zawracał sobie głowy odkładaniem pergaminu – pozostał w dokładnie tej samej pozycji, z tym wyjątkiem, że wyczyścił Mapę. Z napięciem wyczekiwał powrotu przyjaciela, który przeszedł przez kamienną ścianę parę chwil później.

– Nadal jesteś na nogach, stary? – Scorpius niczym się nie zdradził. – Jak poszło spotkanie Klubu?

Albus nie odpowiedział na żadne pytanie.

– Patrol bardzo się przedłużył, prawda?

Malfoy wzruszył ramionami.

– Niektóre noce są cięższe od innych. Zakładam, że spotkałeś się z Mel. Też wyglądała na zmęczoną, prawda?

Albus nic się nie odezwał. Przyjaciel ziewnął i chciał przejść obok niego, kiedy został zatrzymany krótkim oświadczeniem.

– Mówisz poważnie, stary?

Scorpius zrobił krok w tył, wyglądając na zaciekawionego.

– Hm?

– Mówisz poważnie? – powtórzył, a gdy blondyn nie wykazywał żadnych oznak porzucenia nieustępliwej fasady, dodał: – Dlaczego mi nie powiedziałeś?

– Co takiego? – spytał ostrożniejszym tonem Malfoy, a potem spuścił wzrok i dostrzegł Mapę Huncwotów w rękach bruneta. – Cholera... – dodał, jednocześnie przyznając się do sromotnej porażki.

– Złapany na gorącym uczynku...

– Że co? Szpiegowałeś mnie? – zapytał podniesionym, ale niezbyt argumentującym głosem Scorpius.

– Czy ukrywałeś to, że masz dziewczynę? – drążył.

Przyjaciel odetchnął głęboko, wyglądając, jakby oddał wszystko, byleby znaleźć się już w bezpiecznym łóżku. Mniej więcej godzinę temu Albus czuł się podobnie, ale teraz, po zdumiewającym odkryciu, zbyt buzowała w nim adrenalina.

– To znaczy... – kontynuował, kiedy nie uzyskał żadnej odpowiedzi. – Dlaczego...? Dlaczego po prostu nam nie powiedziałeś...?

– Sam nie wiem. – Scorpius uniósł obronnie ręce.

– Jak...? Jak długo to trwa? Nawet nie wiem... Kim ona jest? – dukanie zakończył z mocą. – W sensie, nawet jej nie znam. Nawet nie wiedziałem, że ty...

– Zaczęliśmy coś rozmawiać w zeszłym roku. Tylko trochę, naprawdę – wyznał w końcu Malfoy. – Oboje zostaliśmy prefektami, więc wymieniliśmy kilka zdań. W rzeczywistości wtedy to nie nazwałbym nas nawet przyjaciółmi, nie w ten sposób, ale w wakacje pisaliśmy do siebie listy... głównie o wynikach egzaminów i innych podobnych. W tym roku zaś... nie wiem, stało się – całkiem naturalnie. Chodzi mi o to, że jestem z nią na zajęciach, na których was nie ma! – dodał defensywnie. – Siłą rzeczy częściej z nią rozmawiam...

Albus skinął głową. Miało to sens, ale wciąż...

– Ile to już trwa...?

– Parę tygodni. – Scorpius wzruszył ramionami.

– Tygodni? – Potter był zszokowany. – Kiedy w zeszłym miesiącu zaczęła się szkoła, stary! To znaczy: ile trzymałeś to w sekrecie...?

Przerwał. Inni prefekci z pewnością wiedzieli o tym związku albo przynajmniej snuli swoje przypuszczenia, a to z kolei obejmowało...

– Mirra wie? – zapytał, a przyjaciel gwałtownie się zarumienił. – I Melo...? Kazałeś naszym dziewczynom kłamać w żywe oczy?

– Hej, co to, to nie! – Scorpius w mig wychwycił rzucone oskarżenie. – Owszem, zapytali, czy mogą potwórzyć to, co widzieli... Odpowiedziałem im, że... Cóż, z szacunkiem odmówiłem – dodał beznamiętnie.

– Niewiarygodne – sapnął.

– Czy jesteś teraz zły na Mirrę?

– Nie – powiedział szczerze Albus. – Tak naprawdę to jestem trochę oszołomiony, ale daleko mi do szaleństwa. Po prostu... nadal nie łapię, nadal nie rozumiem. – Uniósł ręce. – Więc nagle masz dziewczynę, a wczoraj nawet nie miałem pojęcia, że jakaś ci się podoba... A co z Rose? – wypalił.

– Rose nijak ma znaczenie. – Scorpius przewrócił oczami. – Co? Myślałeś, że wciąż będę koło niej skakał?

– Niczego takiego nie powiedziałem! – Brunet podskoczył w miejscu. Teraz to on poczuł się oskarżony. – Nie wpieraj mi, że...

– Nic ci nie wpieram, po prostu zadałem w pełni uzasadnione pytanie...

– Wpierałeś! – sapnął bez tchu, a przyjaciel w końcu lekko skinął głową. – Okej. W porządku. Obściskiwałeś się przez kilka tygodni, rozumiem – kontynuował. – Nie mogę tylko pojąć, dlaczego trzymałeś swój związek w sekrecie...

– Nie wiem.

– Mówię całkowicie poważnie. Co się stało z naszymi wyznaniami – z mówieniem sobie wszystkiego? Zamiast tego biegasz po nocy, zachowujesz się podejrzanie, nawet posuwasz się do kłamstwa...

– Co za różnica? – argumentował Scorpius.

– Ponieważ zaoszczędziłoby to mi i Morrisonowi kłopotów! – wypalił. – Tyle się zastanawialiśmy, co ci dolega... Co więcej, potrzebowałem też twojej pomocy dziś wieczorem, ale nigdzie cię nie było...

– Więc o to chodzi – stwierdził z oburzeniem blondyn. – Nie było mnie w pobliżu, żeby na pstryknięcie pomóc panu Potterowi, więc rzuciłeś się po Mapę i...

– Hugo wylądował w skrzydle szpitalnym, draniu! – oświadczył szorstko Albus, a Scorpius zamarł w miejscu. – Chciałem wiedzieć, czy mógłbyś przekazać Mirze wiadomość dla Rose, tak na wypadek, gdyby mi się nie udało. No tak, trochę dziś na ciebie liczyłem.

Malfoy nic nie odpowiedział, ale to było za mało.

– Wciąż jestem zagubiony, stary – kontynuował Albus. – Po co trzymać to w sekrecie? Co jest złego w tym, że razem z Morrisonem byśmy wiedzieli? Myślałeś, że jej nie polubimy? Obaj nawet jej nie znamy! To wzajemne... – przerwał, porażony nagłą myślą.

Niczym tona spadających z góry cegieł, odpowiedzi, jedna po drugiej, praktycznie wpadały mu do głowy. Scorpius w międzyczasie zacisnął usta.

– Jest jedną z nich – oświadczył Albus, celowo nie zdradzając szczegółów.

– Tak, jest puchonką...

– Nie, nie. Jest jedną z nich – podkreślił. – Uważa, że mój tata to największy na świecie bydlak, po trzykroć gorszy od smoczej ospy, prawda? Nieźle wszystko wykombinowałeś, czyż nie...?

– Zważaj na słowa! – Scorpius podniósł głos; brzmiał i obronnie, i argumentująco.

– Nie ma żadnego znaczenia, czy Morrison w ogóle wiedział, czy też bałeś się, że mi powie – wyznał. – Co planowałeś robić przez cały rok? Spotykać się z kimś, kto myśli, że mój tata jest zwyczajnym mordercą?

– Prawie każdy tak sądzi, stary! – Malfoy wyrzucił przed siebie ręce. – Słuchaj. Od kiedy Mirra jest częścią twojego życia? Od początku nauki? Oczywiście, wie o wszystkim, co się wokół dzieje. Melonie zaprzyjaźniła się z nami w zeszłym roku, ale z racji tego, że nie mieliście nic przeciwko, ładnie wpasowała się w potterowską konspirację. Anastasia... nie to, że cię nie cierpi, po prostu cię nie zna. Czy to jej wina?

– Czyli co? Dobrze się bawisz, obgadując mnie i mojego tatę za plecami? – Albus aż trząsł się ze złości.

– To nie moja bajka. Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił. – Scorpius był stanowczy. Sposób, w jaki akcentował każdą pojedynczą sylabę, był bardzo przekonujący. – NIGDY. Ona nie ma nic przeciwko tobie, ale sam doskonale wiesz, równie dobrze, jak ja, że w szkole nie roi się od grup, które otwarcie nazywają cię przyjacielem. Zwyczajnie byłem przekonany, że nie będziesz chciał jej do tego wszystkiego mieszać.

– Och, ale ty tak?

– Anastasia jest naprawdę mądra, wiesz? – argumentował blondyn. – Mogę więc spędzić trochę czasu i uczyć się z jej przyjaciółmi, ale tak naprawdę to tylko z nią jestem blisko. A z racji tego, że jesteś moim dobrym kumplem, wiedzą, że nierozważnie byłoby mówić o tobie źle w moim towarzystwie, prawda?

Albus się zagapił, nawet nie wiedząc, jak powinien odpowiedzieć.

– Zrozum, potrzebuję tego, stary. Zwłaszcza w tym roku! – Scorpius niespodziewanie podniósł głos. – Siedzę po uszy w zadaniach domowych, a to, że mój ojciec jest nauczycielem, wcale nie ułatwia sprawy – on też o niczym nie wie. Anastasia pomaga mi się zrelaksować, rozumiesz? Uwierz – gdyby była jedną z tych osób, które co chwilę rzucają ci nienawistne spojrzenia, zerwałbym z nią kontakt. Nie mogę mówić w imieniu całego Hufflepuffu, ale Anastasia naprawdę nic do ciebie nie ma. Jesteś jej obcy, tak jak ona tobie. Inni puchoni nie są chętni do nawiązania bliższej znajomości, więc doszedłem do wniosku, że nie ma sensu na siłę ich zmuszać.

Albus nadal milczał. Wciąż czuł się zraniony z powodu kłamstw przyjaciela – dziwnie było paść ofiarą oszustwa genialnego umysłu Scorpiusa Malfoya. Niemniej jednak, co miał zrobić? Poprosić przyjaciela, żeby natychmiast zakończył swój pierwszy prawdziwy romans? To nie Anastasia Anifur spowodowała wypadek na zielarstwie ani nie ona doprowadziła Hugona do utraty przytomności. Wtem pomyślał, co by to było, gdyby Mirra nie żyła dobrze ze Scorpiusem... Cóż, to trochę inna sytuacja, przez wzgląd na czas stażu związku, a gdy dodatkowo dodał do tego schematu samego siebie...

Twardy orzech do zgryzienia.

– Idę do łóżka – zakomunikował ponurym tonem blondyn. – Jeżeli jutro wciąż będziesz chciał porozmawiać... daj znać, ale za parę godzin mamy zajęcia...

Chłopiec przeszedł obok Albusa, który był niebezpiecznie bliski, by pozwolić mu zniknąć w dormitorium bez słowa, ale czy byłoby warto? Morrison i Scorpius byli jego najlepszymi przyjaciółmi. To było najważniejsze.

– Hej. – Odwrócił się, podczas gdy blondyn przystanął na schodach. – Jak wam poszła pierwsza schadzka?

– Cholernie genialnie. – Uśmiechnął się Malfoy. – Jutro podzielę się szczegółami, a teraz jeszcze muszę obudzić Morrisona, żeby wszystko mu opowiedzieć, zanim ty to zrobisz. Branoc.

– Branoc – odpowiedział Albus, a następnie słuchał, jak ślizgon kontynuuje wspinaczkę, by w końcu zniknąć w dormitorium.

Gdy stał w pokoju wspólnym, uderzyło w niego pewne wspomnienie. Trzy lata temu rozmawiał ze Scorpiusem na temat swoich szans u Mirry, gryfonki. Przyjaciel wprost odrzucił możliwość jakichkolwiek międzydomowych związków, uparcie twierdząc, że to po prostu niemożliwe. Tyle się zmieniło do tamtego czasu...

– Co za noc – mruknął pod nosem, starannie złożył Mapę i udał się na górę.


* Wieża – figura, polegająca na tym, że palce obu dłoni opierają się o siebie pod lekkim kątem, tworząc kształt wieży, która czasami się kołysze. Gest często używany jest w relacji zwierzchnik–podwładny oraz wyraża zdecydowanie i pewność siebie

** Parafraza słów Albusa Dumbledore'a z czwartej części oryginalnego cyklu – „Nadejdzie czas, w którym będziecie musieli wybierać między tym, co słuszne, a tym, co łatwe"

*** Wywar swędzący (z ang.: Itching Solution) – eliksir wymyślony przez autora na potrzeby opowiadania