12. SOJUSZNICY I APORTACJA


Większość października Albus spędził na nadrabianiu zaległości w nauce, starając się utrzymać w miarę dobre stopnie i jednocześnie nie utracić przy tym kontaktu z przyjaciółmi. Z wyjątkiem eliksirów, z którymi nie miał najmniejszych problemów, wszystkie inne przedmioty stały się trudniejsze. Wewnętrzny głos podpowiadał mu, że za nagłe przyspieszenie tempa odpowiada stan świata zewnętrznego, ale po części rozumiał, że powinien był się tego spodziewać. Nie bez powodu mieli tyle przerw pomiędzy lekcjami, jak to zawsze mawiał Scorpius.

Oczywiście, nie, żeby Albus korzystał z nich zgodnie z przeznaczeniem. Zamiast tego regularnie siadał do pracy domowej popołudniami, a pozostały czas wolny poświęcał uważnemu studiowaniu Mapy Huncwotów, zwłaszcza kropki oznaczającej Hugona.

Niewiele więcej mógł zrobić. Chcąc dotrzymać obietnicy złożonej cioci Hermionie, że będzie miał na kuzyna oko, był zmuszony niemal natychmiast przyznać, że większość spraw była poza jego kontrolą. W pokoju wspólnym Gryffindoru bądź na zajęciach chłopiec zawsze był otoczony przyjaciółmi. Nadal nie pojawiło się także żadne ogłoszenie dotyczące następnego spotkania Klubu Strażników, więc praktycznie nie widywał Hugona w otoczeniu renegatów. Oczywiście, nie zamierzał narzekać – im mniej sesji treningowych, tym lepiej.

Inna rzecz, za którą się rozglądał, także się nie wydarzyła.

– Nic, stary – powiedział Scorpius podczas środowego obiadu, ze spokojem składając najnowsze wydanie TYGODNIKA WAR.

– W ogóle? – zapytał Albus.

– Cóż, było trochę nowości, ale żaden artykuł nie dotyczył tego, o czym wspominała twoja ciocia.

– Tu też cisza. – Morrison zmiął w dłoniach pożyczony egzemplarz PROROKA CODZIENNEGO.

– Hej! – krzyknął oddalony o kilka miejsc właściciel gazety, drugoroczny, który zjawił się na pierwszych kwalifikacjach do drużyny quidditcha.

– Och, wybacz – powiedział bez skrępowania Vincent, a następnie nonszalancko rzucił współdomownikowi kulkę z papieru i znów skoncentrował się na przyjaciołach.

– Z drugiej strony brak wieści może być równie zły. – Scorpius wrócił do śniadania.

– Czemu? – Albus się spiął.

– Bo może wszystko jest wyciszane? – Malfoy dał im do myślenia, a potem ugryzł muffinkę.

– A może... – Morrison niespodziewanie sięgnął przez stół i szybko wyrwał babeczkę z ręki przyjaciela – brak wiadomości oznacza zwyczajny brak wiadomości? Może naprawdę nic się nie dzieje? Obaj jesteście tacy pesymistyczni...

Siedząca obok niego Melonie ograniczyła się jedynie do kiwnięcia głową – buzię miała pełną. Wtem zadzwonił dzwonek i wszyscy, chcąc nie chcąc, musieli odsunąć od siebie talerze i przygotować się do zajęć drugiej połowy dnia.

– Baw się dobrze na zielarstwie – powiedział Morrison do Albusa.

– Spróbuję – odmruknął.

Zielarstwo należało do zajęć, na których ostatnimi czasy naprawdę się obijał, ale wiedział, że niedługo będzie musiał się w sobie zebrać i to nie tylko dla samych ocen – czarodziejskie zioła i rośliny były bowiem głównym składnikiem wielu eliksirów, stąd też biegłość w tym temacie była o wiele potrzebniejsza aniżeli w innych.

– Cóż, zobaczymy się zatem po lekcjach – stwierdził Scorpius i niczym na znak, chłopcy się rozstali.

Albus nadal nie czuł się szczególnie komfortowo w szklarniach, głównie dlatego, że na zielarstwie otrzymywał niedużo wsparcia. Niewiele osób w ogóle decydowało się na rozmowę z nim, a to ostatecznie sprowadzało się do faktu, że za najlepszego przyjaciela podczas zajęć mógł śmiało uznać Neville'a Longbottoma. Niestety, było to bardzo krępujące. Ta niecodzienna przyjaźń została jednak wystawiona na próbę, kiedy nauczyciel, zamiast zwyczajowo pozwolić uczniom dobrać się w grupy, sam wszystkich naiwnie porozdzielał.

– Podczas ostatniej lekcji natrafiliśmy na coś w rodzaju przeszkody – oświadczył ze smutnym uśmiechem profesor.

Albus się skulił. Rośliny, którymi się zajmowali – mięsożerne kępki liści, zwane żarłoczkami* – jakimś cudem przebiły się poprzez rękawice ochronne i poucztowały na palcach uczącej się młodzieży. Fakt faktem, że były mocno otumanione, a to z kolei oznaczało, że niestabilne zachowanie kęp ewidentnie było pospolitym uczniowskim zaniedbaniem.

– Doszedłem do wniosku, że powodem naszych gorszych wyników jest to, że ci z was, którzy potrzebuję trochę więcej pomocy, nie otrzymują jej – kontynuował Neville. – Ci, którzy radzą sobie lepiej... hm, mają większe predyspozycje... pracują we własnym gronie. Nie ma nic złego w nawiązywaniu nowych znajomości, tak więc pomyślałem, że dziś popracujemy inaczej!

Albus w mig zrozumiał, że nieuki – jego pokroju – zostaną przydzieleni do grup z najlepszymi uczniami w klasie. Automatycznie rozejrzał się po szklarni, dyskretnie zerkając na krukońskich prefektów, Miltona i Winonę. Mimo że klasa się do niego nie odzywała, ta dwójka – w przeciwieństwie do innych – wydawała się unikać z nim zażyłości z powodu strachu, a nie ogólnej niechęci. Miał cichą nadzieję, że zostanie przydzielony do któregoś z nich, ale oczywiście, bo jakże by inaczej, czekał go ciężki zawód.

– W porządku. Zapraszam Lionela, Eltona i Albusa! – zawołał Neville i skinął na trójkę wyczytanych uczniów, którzy podeszli do stolika, na którym czekał na nich groźnie wyglądający żarłoczek.

Ślizgon jęknął. Elton Connor był puchonem, który miesiąc temu uszkodził mu ramię, a Lionel – chłopiec, którego imię tak właściwie dopiero co poznał – okazał się jednym z przyjaciół Donovana Hornsbrooka, także uczęszczający na spotkania Klubu Strażników. Co gorsza, był też jednym z głupków, którzy dręczyli w bibliotece Roxanne.

Żaden z nich nie wyglądał też na zadowolonego z doboru trzeciego partnera, ale na szczęście, nikt nie wyraził krzywdzącej opinii. W międzyczasie Neville ogłosił skład reszty grup. Po prezentacji nauczyciela, w jaki sposób należy uspokoić żarłoczka (żeby uczniowie mogli delikatnie wyrwać mu kły), zabrali się do pracy.

Uspokajanie kępek, które wyglądały niczym zgniłe ziemniaki z ukrytymi kłami, otoczone pięknymi liśćmi, było zajęciem dla dwóch osób. Jeden ochotnik musiał pogłaskać żarłoczka w konkretne miejsce, drugi potrzeć okolice zębów, a trzeci – usuwający kły – musiał wyciągnąć ręce i szarpnąć, modląc się przy tym, aby partnerzy dobrze wywiązywali się ze swoich obowiązków.

Co było do przewidzenia, Lionel i Elton zaklepali uspokajanie rośliny, a niebezpieczne zadanie wyrywania kłów w niewypowiedziany sposób przypadło w udziale Albusowi.

W gruncie rzeczy radził sobie całkiem dobrze. Refleks szukającego pozwalał mu na odrywanie ostrych, trójkątnych zębów w większości bezproblemowo, choć cieszył się, że chronią go grube rękawice ochronne – czynnikiem rozpraszającym okazała się jednak rozmowa prowadzona przez dwóch pomocników. Albus nie tylko nieustannie martwił się, że nagle zaprzestaną skupiać się na pracy (co poskutkuje ponadgryzanymi palcami i cieknącą krwią), ale też sama treść pogaduszek była niepokojąca. Na zmianę śmiali się i obgadywali ludzi, których zwyczajnie nie znał, albo o których tylko pokątnie słyszał, w tym także własnych współdomowników, którzy najwyraźniej ich irytowali. Nadstawił więc uszu w momencie, gdy rozmowa zeszła na temat płci przeciwnej.

– A Kyle, ten prefekt? – Uśmiechnął się Lionel. – Słyszałem, że kręcił z tą siódmoroczną, Rhondą, czy jak tam ma na imię...

– Myślę, że to prawda – odpowiedział swobodnie Elton, na chwilę zwalniając tempa w uspokajaniu żarłoczka. – Nic wielkiego i żadne zaskoczenie. Całowałem się z nią w zeszłym roku. O, a skoro mowa o prefektach – ta dziewczyna z Gryffindoru. Jest na co popatrzeć, nie?

Albus przestał zwracać uwagę na to, co robił. Ci goście właśnie zaczęli obgadywać Mirrę.

– Wydaje mi się, że jest łatwa – kontynuował beztrosko Connor. – Może powinienem do niej uderzyć...

– Hej! – Ślizgon w samą porę odsunął dłoń od gryzącej bulwy. Na szczęście, hałas, jaki wywoływały inne grupy, skutecznie zamaskowały jego podniesiony ton.

– Co? – zapytali obaj – na wpół niewinnie, na wpół zastraszająco.

Rozerwij ich... na strzępy. Dam ci siłę.

Serce Albusa przyspieszyło swój rytm, gdy z rozmysłem zignorował słowa, które przyszły mu do głowy.

– Uważajcie na słowa! – Zupełnie się nie przejmował tym, że było ich dwóch. – Mówicie o mojej dziewczynie!

Eltonowi zadrżały wargi, jakby był bliski śmiechu, zaś Lionel otworzył usta, żeby coś powiedzieć, jednak do konfrontacji nie doszło. Z boku podszedł do nich Neville.

– Wszystko w porządku, chłopcy? – zapytał nauczyciel, najwyraźniej nie wiedząc, co się pomiędzy nimi wydarzyło. – Słyszałem jakieś krzyki.

Ślizgon milczał. Nadal był wściekły, ale nie chciał mieszać postronnego w słowne przepychanki.

– Przepraszamy, profesorze. – Elton całkiem dobrze oddał drżenie głosu. – Kolega został prawie ugryziony w palec i spanikowałem.

– Cóż, powinieneś być bardziej ostrożny – powiedział Neville do Albusa, który wciąż był czerwony na twarzy. Longbottom najprawdopodobniej wziął to za oznakę nadal buzującej w żyłach adrenaliny. – Och, może byście się zamienili miejscami? No, Al, Elton.

Chłopcy wykonali polecenie, a kiedy nauczyciel odszedł, pomiędzy nimi zapadła pełna napięcia cisza. Ślizgon po prostu stał nieruchomo, zwyczajnie głaszcząc żarłoczka. Kipiał. Nie był pewien, czy ta farsa została z góry zaplanowana, czy też nie – bo jakby nie patrzeć, praktycznie cała szkoła wiedziała, że spotykał się z Mirrą – ale to nie sprawiało, że był mniej rozwścieczony. Rozważał nawet przypadkowe przerwanie uspokajania rośliny, a tym samym wydanie zezwolenia na mały wypadek. Opcja utoczenia Eltonowi krwi była bardzo kusząca, ale ostatecznie zdecydował się jej zaniechać. Wbrew wszystkiemu, chwilowe poczucie satysfakcji nie było warte swej ceny.

Zamiast tego siedział więc cicho, podczas gdy pomiędzy jego partnerami znowu wywiązała się rozmowa. Tym razem temat jednak nie miał nic wspólnego z dziewczynami i wydawał się być kontynuacją szeptów sprzed jakiegoś czasu.

– Zdecydowałeś się w końcu, żeby przyjść dziś wieczorem? – zapytał Lionel przyjaciela.

Elton nie spieszył się z odpowiedzią. Zanim to zrobił, wyrwał żarłoczkowi zęba.

– Nie wiem. Mam sporo pracy domowej...

– Ostatnio mówiłeś dokładnie to samo! – jęknął gryfon. – Spotkanie trwa tylko godzinkę.

Albus zastygł w bezruchu. Czy rozmawiali o Klubie Strażników? Pamiętając, że ma zadanie do wykonania, w samą porę wrócił do pracy i niestarannie zaczął głaskać roślinę, nadal bardzo zainteresowany słyszaną rozmową.

– Zobaczymy. – Elton na chwilę zamilkł. – Czy naprawdę myślisz, że to robi dużą różnicę?

– Straszliwą. – Lionel skinął głową. – W zeszłym tygodniu nauczyliśmy się łamignata**!

Albusa skręciło. Zdecydowanie rozmawiali o Klubie Strażników. Czy właśnie został wspomniany „zeszły tydzień"? Czyżby sesje treningowe odbywały się teraz bez opublikowanej informacji? A przynajmniej bez żadnej wywieszonej zapowiedzi w pokoju wspólnym ślizgonów?

Lekcja minęła w spokoju. Brunet co prawda nadal nadstawiał uszu w nadziei na usłyszenie szczegółów, ale po zaledwie wprowadzeniu temat nie był kontynuowany. Po zakończeniu zajęć szybko wyszedł ze szklarni i nawet nie obejrzał się za siebie – za bardzo był chętny do podzielenia się nowo zdobytymi informacjami oraz całokształtem pracy na zielarstwie ze swoją paczką

W pokoju wspólnym zastał go dziwny widok. Obaj przyjaciele siedzieli obok siebie przed kominkiem, cicho rozmawiając i się ucząc. Od kiedy Morrison był tak zaangażowany w odrabianie prac domowych?

– Co się dzieje? – zapytał, na co ślizgoni podskoczyli w miejscu, a następnie się odprężyli, kiedy zobaczyli, kto ich zaszedł od tyłu.

– Myślałem, że to Melonie – mruknął Vincent. – Siadaj, stary...

Koniec końców okazało się, że przyjaciel jednak się w ogóle nie uczył, a tylko siedział obok materiałów do nauki zgromadzonych przez Scorpiusa. Albus usiadł i na chwilę odłożył swoją historię na bok, nie pozwalając, aby uciekła mu z głowy. Ciekawość zwyciężyła.

– Co tam?

– Prezenty. – Malfoy przeciągle westchnął.

– Do świąt jeszcze daleko. – Uniósł brwi.

– Tak, ale za kilka tygodni będzie wycieczka do Hogsmeade, a nie wiemy, ile ich jeszcze będzie. Chcemy coś na niej ugrać. – Vincent pospieszył z wyjaśnieniami. – Wszyscy mamy teraz dziewczyny, więc najwyższy czas odpowiednio się zachowywać. W zeszłym roku sobie odpuściłem, bo oficjalnie nie byłem jeszcze z Mel, ale teraz mam przygotowaną całą masę zaoszczędzonego złota do wydania na bezużyteczne, ale ładne rzeczy.

– Morrison ma na myśli biżuterię. – Scorpius przewrócił oczami. – Jeden z nowszych sklepów w Hogsmeade sprzedaje tego typu bzdety. Podobno nazywa się Błyskotka.

– Moim zdaniem to dobry pomysł – powiedział Albus. Teraz kiedy o tym pomyślał, doszedł do wniosku, że istniała realna szansa na spędzenie Bożego Narodzenia w domu Mirry. Zapragnął podarować jej coś wyjątkowego...

– Biżuteria jest po prostu tandetna! Nie chcę kupić Anastasii czegoś, co założy tylko raz i jej się znudzi. Zresztą dziewczyny i tak nie potrzebują tych wszystkich bzdur, w końcu mają już chłopaków! Przed kim będą się popisywać?

– Nie noszą tego, żeby się popisywać przed facetami, bałwanie! – Morrison potrząsnął głową. – Chcą pokazać się innym dziewczynom, żeby było im źle z powodu własnego wyglądu...

– To najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek w życiu słyszałem...

– Okej, stop! – Albus wyciągnął przed siebie ręce, aby zdusić narastającą kłótnię w zarodku. – Uzgodnimy coś, kiedy będzie bliżej terminu wycieczki do Hogsmeade. Z tego, co wiemy, i tak pewnie ją odwołają. Słuchajcie, mam wam coś do opowiedzenia...

Chcąc opisać przebieg lekcji zielarstwa w chronologiczny sposób, najpierw przytoczył fragment o paskudnych komentarzach Eltona Connora dotyczących Mirry. Przyjaciele zrobili pełne obrzydzenia miny.

– Czy on przypadkiem nie jest z Hufflepuffu? – zapytał Morrison. – Bo brzmi, jakby miałby szansę u każdej dziewczyny w szkole...

– Powiedz mi, proszę, że nie zrobiłeś niczego głupiego. – Scorpius był poważny.

Albus w mig zrozumiał, o co mu chodzi – o bezmyślne rozpętanie wojny.

– Nie – przyznał. – Trochę im nagadałem, ale to wszystko.

– Dobrze. Postąpiłeś słusznie.

Morrison wydał z siebie dziwaczny odgłos, coś pomiędzy sapnięciem a parsknięciem. Brunet automatycznie na niego spojrzał.

– A co ty byś zrobił? – zapytał.

– Ja? Na pewno uderzyłbym ich obu. Hm, ale Scorpius tak właściwie ma rację. Zrobiłeś najlepszą rzecz, jaką mogłeś. Chyba...

Albus zmarszczył brwi. W tamtym momencie najlogiczniejszym rozwiązaniem wydawało mu się zignorowanie przytyków, ale teraz, patrząc z perspektywy czasu... ci dwaj kretyni powiedzieli coś niemiłego o osobie, na której mu bardzo zależy. Co najgorsze, nie ponieśli za to żadnych konsekwencji...

Nie chciał bardziej mieszać sobie w głowie, tak więc przeszedł do następnej części swojej historii. Kiedy skończył wyjaśniać sedno sprawy, przyjaciele wyglądali na zaciekawionych.

– Cóż, nie słyszałem o żadnych nowych powiadomieniach – powiedział po chwili namysłu Scorpius. – Wszystko wskazuje na to, że masz rację. Albo Slytherin jest pomijany w ogłoszeniach, albo Klub Strażników zakończył rekrutację i tylko obecni członkowie są informowani o następnych spotkaniach.

– Założę się, że to pierwsze. – Morrison wytężył umysł. – Wybawczy Alians Różdżek uważa, że ślizgoni, bez żadnych wyjątków, kończą jako mroczni czarodzieje, prawda? Że wielu z nas ostatecznie dołączy do Darvy'ego, prawda? Najprawdopodobniej nie chcą, aby ktokolwiek z nas przychodził na te spotkania, bo to oznacza szkolenie potencjalnych wrogów – przecież i tak po skończeniu szkoły wszyscy wybierzemy się do Prawej Ręki Śmierci, żeby pomalować mu paznokcie. Oczywiście, nie mogą tego powiedzieć na głos, ale tak właśnie myślą.

Albus skinął głową, rozumiejąc to aż za dobrze. Mimo to czuł rozczarowanie. Odbyło się przynajmniej jedno spotkanie, które przegapił, a to oznaczało, że nie był już w stanie dłużej pilnować Hugona. Gdyby tylko przez cały czas przyglądał się Mapie Huncwotów, z pewnością zobaczyłby gromadnie zmierzających do Wielkiej Sali uczniów. Cóż, zdecydowanie nie zamierzał pominąć również dzisiejszej sesji...

– Dziś to sprawdzę – oświadczył. – Ktoś jeszcze chętny? – dodał, chociaż znał odpowiedź na to pytanie.

– Wybijam się z tłumu, stary. Omawialiśmy to wcześniej – powiedział beznamiętnie Morrison.

– Mam za dużo pracy. – Scorpius zmarszczył brwi i szarpnął głową w kierunku piętrzących się podręczników i rolek pergaminu.

Albus spojrzał na stosy w zdziwieniu i wtem coś przykuło jego uwagę.

– Czy to zadanie domowe z astronomii, stary? – zapytał i wziął do ręki kartkę, na której była skrupulatnie naszkicowana mapa nieba; taką dokładnością mógł poszczycić się tylko jeden blondwłosy prefekt. – Kiedy zapisałeś się na astronomię?

Malfoy się zarumienił i wyrwał mu pergamin.

– To Anastasii – powiedział z naciskiem. – Czasami... czasami, kiedy za dużo nam się skumuluje, trochę sobie pomagamy. To wszystko.

– Jak często ona odrabia za ciebie zadania?

Gdy Scorpius nie odpowiedział, Morrison się skrzywił.

Albus powoli wycofał się z rozmowy, nie chcąc ingerować w skomplikowane relacje przyjaciela z Anastasią Anifur. Przed momentem dyskutowali na temat prezentów bożonarodzeniowych, lecz teraz przekroczyli niewidzialną linię i skupili się na typowo na układach w związku – zdecydował się w to nie mieszać.

Postanowił też nie informować Scorpiusa o informacjach, które dostarczyła mu kilka tygodni temu Mirra. Malfoy uważał, że okropne zachowanie Rose jest konsekwencją stresu, a przez to się nim nie przejmował – Albus zwyczajnie nie miał sił powiedzieć mu, że to przez to, że w końcu znalazł sobie dziewczynę. Nie wiedział, w jaki sposób mógłby to wyjaśnić oraz nie był w stanie przewidzieć potencjalnych reakcji. Wiedział, że jest hipokrytą. Czy aby nie żalił się właśnie, ze wszystkich możliwych ludzi, do Scorpiusa, że ten skrywa przed nim sekrety? Poczucie winy nie zmotywowało go jednak do uświadomienia przyjaciela.

Nie przeszkodziło mu to też opowiedzieć o sprawie Morrisonowi. Ten z kolei uśmiechał się głupkawo, jakby po cichu cieszył się z jakiegoś żartu – najprawdopodobniej wręcz rozrywało go od środka, żeby wyskoczyć do swojego ulubionego prefekta, że odrabia zadania domowe dla niewłaściwej dziewczyny, podczas gdy jego prawdziwa miłość przygląda się z boku i usycha z potrzeby. Zdecydowanie nie chcąc brać w tym udziału, Albus wszedł na górę do dormitorium, aby upewnić się, że peleryna niewidka jest przygotowana w miarę na wierzchu do wieczornej eskapady.

Z paczką spotkał się w Wielkiej Sali na szybkiej kolacji, a potem wrócił do pokoju wspólnego, gdzie poczekał, aż zegar wybije godzinę ósmą.

– Skąd w ogóle wiesz, że to będzie o tej samej porze, co zwykle? – zapytała go Melonie, kiedy we czwórkę siedzieli przed książkami.

– Nie było żadnego powodu, aby to zmieniać, prawda? – odpowiedział, jednocześnie mając wrażenie, że tonie. Z pewnością Wybawczy Alians Różdżek zmienił sposób dotarcia do zainteresowanych uczniów. Czy pomysł zmiany także godziny spotkania nie był również sensowny? Np. na chwilę po obiedzie? – Wiecie co? Tak właściwie to pójdę już teraz – zakomunikował natychmiast i popędził do dormitorium, żeby wziąć pelerynę. Kiedy się nią opatulił, Morrison otworzył mu wyjście z pokoju wspólnego.

Tak szybko przebiegał przez puste korytarze, że aż rozbolały go nogi; po drodze wskakiwał po dwa stopnie na raz. Gdy w końcu zatrzymał się przed drzwiami Wielkiej Sali, odetchnął z ulgą. Kilku ludzi czekało już w środku, ale sesja z pewnością się jeszcze nie rozpoczęła. Nigdzie nie było widać członków Wybawczego Aliansu Różdżek, ale uczniowskie stoły zostały ustawione pod ścianami, a obecni samodzielnie podzielili się na kilka rozmawiających przyjaźnie grup. Hugo stał w gronie swoich znajomych, całkiem niedaleko od paczki Hornsbrooka, do której należeli także wrogowie Albusa z zielarstwa – Elton Connor i Lionel.

Opierając się pokusie zaatakowania ich spod peleryny, zdecydował się na krążenie po pomieszczeniu i cierpliwe czekanie na rozpoczęcie się spotkania. Wszystkie znaki na niebie i ziemi jasno wskazywały na to, że jest paranoikiem. Pomimo tylu negatywnych opinii ukierunkowanych na z Klub Strażników, nadal stanowili oni tylko grupę ludzi, a nie nie do końca tajną organizację, która wymagała taktycznie odpowiedniego czasu na zebranie.

Przechadzając się po Sali, przemykał pomiędzy zgromadzonymi i przysłuchiwał się strzępkom ich rozmów. Zaciekawiła go zwłaszcza jedna rozmowa prowadzona przez paczkę siódmorocznych krukonów.

– To trochę dziwne, prawda? – zapytała ładna dziewczyna z wysoko upiętymi czarnymi włosami. – Wydaje mi się, że w pierwszym tygodniu widziałam kogoś ze Slytherinu, ale od tamtej pory na spotkania przychodzą tylko uczniowie z trzech pozostałych domów.

– Niby czego oczekiwałaś? – W głosie Leonarda, chłopca, który został niedawno został sromotnie pokonany przez Larsona, słychać było szyderczą nutę. – Nie chcą tu z nami być i słuchać, jak ich przyjaciele i rodziny sprowadzane są do parteru.

Albus zmrużył oczy. Wtem głos zabrał ktoś, kogo kojarzył z krukońskiej drużyny quidditcha.

– Nie mam żadnego problemu z obecnością ślizgonów na sesjach treningowych, o ile przyjdą tylko ci, którzy wybrali właściwą stronę. Nie wszyscy w Slytherinie muszą być źli.

Odszedł od tej grupy. Nie chciał zajmować się wszystkimi starymi negatywnymi stygmatami, które od wieków kojarzone były ze Slytherinem, a także tymi nowymi, co dopiero się pojawią. Coś go jednak zaintrygowało. Ze sposobu, w jaki rozmawiali, wywnioskował, że Klub Strażników wcale nie był tak ekskluzywny, jak mu się wydawało. Ślizgoni są mile widziani, ale z niewytłumaczalnego powodu, nie byli doinformowani. Nikt nie słyszał słowa o następnej sesji treningowej. Czy to możliwe, aby ktoś zdejmował ogłoszenia tuż po ich zawieszeniu?

Nagłe zamknięcie gigantycznych wrót wyrwało go z zamyślenia i wróciło do rzeczywistości. Zorientował się też, że w międzyczasie do Wielkiej Sali przyszło więcej ludzi, a wśród nich Wybawczy Alians Różdżek. Nadszedł czas.

Albus zajął zwyczajową pozycję – ustawił się w rogu komnaty i obserwował, jak uczniowie natychmiast ustawiają się w szeregu, niczym gotowi na służbę żołnierze. Renegaci, którzy początkowo się rozproszyli, złączyli się w rozlazłą grupę, podczas gdy Larson rozpoczął swój tradycyjny przemarsz pomiędzy podopiecznymi – nawet jego związane w kucyk włosy sprawiały wrażenie naelektryzowanych i tym samym niebezpiecznych.

– Ostatnim razem nauczyliśmy się naprawdę potężnego zaklęcia. Czas na praktykę – ogłosił mężczyzna. – Uczęszczacie na nasze spotkania, bo jesteście zainteresowani czymś więcej aniżeli tylko czuwaniem nad własnym bezpieczeństwem – jesteście tutaj, bo myślicie także o innych. Kiedy was wytypuję, robicie krok naprzód.

Albus przyglądał się, jak Larson w milczeniu wskazuje na dziesięciu uczniów, którzy bez najmniejszego słowa sprzeciwu z pozbawionymi wyrazu twarzami wystąpili z szeregu. W międzyczasie drżał ze strachu, że Hugo znajdzie się wśród wybranych, ale tak się nie stało. Rozpoznał jednak trójkę szczęśliwców – Leonarda z Ravenclawu, dziewczynę, z którą ten rozmawiał oraz Donovana Hornsbrooka.

– Podzielcie się na równe grupy – rozkazał prowadzący i w dość chaotyczny sposób uczniowie wykonali polecenie, ostatecznie stając obok siebie; gryfon był w jednej grupie, a krukoni w drugiej. Larson zaczął je powoli okrążać. – Mamy tu dwa zespoły. Aby powstrzymać uzasadnione zagrożenie, praca zespołowa jest koniecznością. Musicie polegać zarówno na sobie, jak i na partnerach. Uwaga! Ten z was, który w swojej grupie czuje się najbardziej utalentowany, niech wystąpi naprzód.

Hornsbrook się nie ociągał. Po trwającym chwilę zamieszaniu przed szereg wyszła także siódmoroczna puchonka, której imienia Albus nie znał.

– Oddajcie różdżki – powiedział cicho Larson, na co obu ochotników wymieniło zdziwione spojrzenia. Pozostali uczniowie również byli poruszeni zaistniałą sytuacją. – Teraz! – dodał głośniej.

Para momentalnie to zrobiła.

– Macie robić uniki. Tylko wysiłek waszych zespołów uchroni was przed krzywdą – wyjaśnił renegat, uprzednio chowając przekazane różdżki w swych szatach; następnie omiótł wzrokiem pozostałych. – Drużyny. Przed wami wyłącznie jeden cel: pomyślne znokautowanie wybrańca przeciwników. Jeżeli musicie, przebijcie się przez strażników. Ustawcie się!

Hornsbrook, wyglądając na zniechęconego, wrócił do swojej grupy, która ustawiła się w taki sposób, że koniec końców utworzyła wokół niego jakby kwadrat. Puchonka także podeszła do swojego zespołu, który ostatecznie stał się ochraniającą ją ścianą – ostatecznie nawet jej nie było widać.

– Start! – krzyknął Larson, sprawiając wrażenie człowieka, który zupełnie nie pojmował, dlaczego w ogóle musiał dać jakiś znak.

Kiedy wybuchnęła bitwa, pozostali uczniowie ostrożnie się cofnęli. Albus nie ruszył się z miejsca, próbując nadążać za błyskami ciskanych zaklęć, wymienianych w tą i z powrotem.

Grupa Hornsbrooka była zdecydowanie lepsza pod względem pracy zespołowej – w ferworze walki podzielili się na dwa podzespoły: dwóch wytypowanych zawsze było blisko siebie, w defensywie tworząc tarczę, zaś pozostała dwójka skupiła się na ofensywie, miotając czarami w swój puchoński cel.

Przeciwna drużyna była bardziej niezorganizowana. Wszyscy czterech strażnicy dziewczyny zdecydowali się na strategię ataku – z zaciśniętymi zębami starali się przebić przez obronę stojących parę metrów dalej oponentów. Stanowiąca misję uczennica ze wszystkich sił starała się unikać ataków drugiej grupy – z powodzeniem, dopóki...

Niebieskie zaklęcie ugodziło puchonkę prosto w twarz, przez co z krzykiem upadła na podłogę.

Albus się wzdrygnął.

– Zabrać do skrzydła szpitalnego – powiedział lekceważąco Larson do swoich ludzi. Dwóch renegatów podciągnęło dziewczynę na nogi, a następnie wyprowadziło ją z Wielkiej Sali. Ślizgon był pewien, że dłonie miała pokryte krwią. – Uczniowie, ustawić się w szeregu!

Wytypowana dziewiątka zjednoczyła się z resztą. Przewodniczący zmierzył ich wszystkich wzrokiem, jakby w przygotowaniu do poważnej i pouczającej przemowy.

– Zwróćcie uwagę na sposób myślenia zwycięskiej drużyny. Byli zainteresowani obiema stronami pola, obroną, a także utrzymaniem wywieranej presji na przeciwniku. Szybko się skoordynowali, chociaż w dużej mierze było to improwizowane. Takiego rodzaju spontaniczność robi czasem dużą różnicę w kontekście grupy. Dobra robota, zwycięska drużyno. – Zrobił pauzę. – O wiele ważniejsza niż różdżka czy zaklęcie, jest obecność sojusznika. Musicie trzymać się razem, aby zawsze być czujnym i zawsze mieć w pobliżu pomoc. Należy zadać sobie jednak pytanie. Kim jest sojusznik? Czy to osoba, która jest po tej samej stronie?

Nikt nie odpowiedział, ale Albus odniósł wrażenie, że mniej więcej wie, w jakim kierunku to zmierza...

– Sojusznik nie jest tylko waszym sąsiadem albo kimś, kto nie ma nic przeciwko wspieraniu, ale za zamkniętymi drzwiami. Dopiero w ogniu walki można dostrzec prawdę. Ci, którzy witają atak, żeby mieć szansę was obronić, zwą się sojusznikami. Pytanie wywołuje pytanie. W jaki sposób rozróżnić wyjątkowego sprzymierzeńca od zwykłego przyjaciela? Czy macie jakieś przypuszczenia?

Uczniowie znów milczeli. Nie miało to większego znaczenia, bo Larson i tak nie dał im czasu do namysłu.

– Wasi sojusznicy nie widzą was po tej samej stronie, tylko kiedy nikt nie patrzy. – Wskazał palcem insygnia WAR na piersi. – Są dumni, że mogą wam towarzyszyć. Chronią was, ponieważ wiedzą, że darzycie ich takim samym uczuciem. Ci ludzie tutaj... Oddałbym za nich życie, tak jak oni za mnie – powiedział z naciskiem, wskazując renegatów po swojej prawej. – Wszyscy o tym wiemy i napawa nas to dumą. Właśnie dlatego nosimy ten symbol. Sojusznicy nie obawiają się okazywać jedności!

Albus drżał. Larson nie tylko podał podopiecznym przykład, ale także w zawoalowany sposób promował Wybawczy Alians Różdżek. Oczywiście, uczniowie pragnęli sprzymierzeńców, a teraz dodatkowo insygnia WAR zostaną im na zawsze w pamięci. Ślizgon wiedział, że dzisiejsze spotkanie w całości dotyczyło renegatów. Sposób, w jaki jedna osoba z każdej grupy została unieruchomiona bez możliwości odparcia ataku, całkowicie zależna od tych, którzy mieli jej bronić... Gdyby nie koncentrował się na szkolnych kolegach i koleżankach, widziałby niewyraźny zarys Warrena Waddleswortha i jego osobistej straży przybocznej.

Było dokładnie tak, jak powiedziała Hermiona Weasley.

– Wytypuję jeszcze dziesiątkę i powtórzymy całe ćwiczenie – oświadczył nagle Larson.

Albus ponownie się zmartwił potencjalnym wyborem Hugona, ale znów mógł odetchnąć z ulgą. Tym razem nie rozpoznał żadnego wybranego – trafiło na nieznajomych ludzi, których co jakiś mijał na korytarzach lub widywał na poprzednich spotkaniach klubowych; przeważnie byli na piątym roku nauki.

Ta bitwa trwała trochę dłużej, głównie dlatego, że obie strony wzięły sobie do serca słowa Larsona o przyjęciu odpowiedniej taktyki ofensywno–defensywnej. Niemniej jednak po około pięciu minutach znokautowany cel, chłopiec z Gryffindoru, został przetransportowany do skrzydła szpitalnego, gdzie strategicznie umieszczony Lester miał go wyleczyć.

Po starciu uczniowie zostali odesłani.

Albus wyszedł z Wielkiej Sali tak szybko, jak to było tylko możliwe, zadowolony, że dziś Hugo nie został w nic wmieszany. Nadal drżał po tym, co zobaczył. Wychodząc, znów zauważył kuzyna, ale nie słyszał tego, co mówił do jednego ze swoich przyjaciół. W samotności ruszył ścieżką prowadzącą do lochów, będąc jedynym ślizgonem, który pojawił się na sesji treningowej. Na dole okazało się, że Scorpius zdążył wyjść na wczesny patrol (i najprawdopodobniej randkę z Anastasią), a Morrison i Melonie przytulali się przed kominkiem w pokoju wspólnym. Nie chcąc im przeszkadzać, pomaszerował wprost do dormitorium.

Opadł na łóżko i pozwolił, aby dopadło go zmęczenie. Myślami wrócił do przemówienia Larsona o sojusznikach i wciąż mając tę scenę w głowie na świeżo, zdał sobie sprawę, że żaden uczeń nie spojrzał na mężczyznę ze zwątpieniem. Kilka tygodni temu być może jeszcze ludzie byliby zaintrygowani, podejrzliwi bądź sceptyczni tym, dlaczego Wybawczy Alians Różdżek kreuje się jako kwintesencję jedności na świecie, ale teraz, kiedy wpajane nauki wywarły swoje na klubowiczach, tego typu postawa była na porządku dziennym. Przekonanie, iż Alians był synonimem jedności, nikogo nie zaskakiwało.

Najprawdopodobniej to nie pierwszy raz. Wszystko zostało zbyt dobrze przeprowadzone, aby być zaledwie próbą. Albus spróbował policzyć w głowie, jak dawno temu ruch renegatów doszedł do władzy i ilu czarodziejów było ich adeptami. Czy właśnie w ten sposób Fairhart został zwerbowany przez Wybawczy Alians Różdżek? Miało to miejsce zapewne we wczesnym stadium rozwoju organizacji, ale ktoś go musiał wprowadzić – ktoś, inny renegat, musiał nauczyć go, co znaczy być częścią grupy. I czy we wspomnieniu Fairharta, które niegdyś widział, Blackwood nie powiedziała czegoś podobnego – że odnalazł ją i wprowadził do WAR? Najprawdopodobniej pokazał jej, jak istotne jest oddzielenie zwykłych przyjaciół od ważnych sojuszników...

Przebrnął przez więcej wspomnień, aby potwierdzić słuszność swych sądów, całkowicie pewien, że ktoś wspominał przy nim wcześniej o powtarzalnym charakterze natury ludzkiej i występkach. Wtem słowa same pojawiły mu się w głowie. Ich autorem nie był Fairhart, Warren Waddlesworth czy nawet Harry Potter; ich autorem był Reginald Ares.

Co definiuje nas jako ludzi? Nasze słowa czy działania? Zwycięstwa czy niepowodzenia? Wady? Pomyłki? Występki? Uczucia? Otóż nie! Nawyki! To nawyki nas określają! Społeczeństwo poniosło sromotną klęskę, nieustannie oczekując jednego i tego samego, i czekając, aż zmiany przyjdą same. Zniszczyć, odbudować. Znowu zniszczyć i znowu odbudować. Niekończący się cykl!

Albusa przeszyły dreszcze. Przewrócił się na bok i pozwolił, aby ten truizm go pochłonął. Ares powiedział mu to dwa lata temu, pod sam koniec Masakry z Hogsmeade. Zginął w ciągu godziny od tych słów. Pomimo jednak całego zła, które Ares wyrządził tamtego pamiętnego dnia, miał przynajmniej trochę racji.

Spiął się na tę myśl. Zdecydowanie nie ma zamiaru dziś spać – był przekonany, że nawiedzą go koszmary.


Albus nie wspomniał o spotkaniu Klubu przez następnych kilka dni, bo Scorpiusa ledwo co było widać w pobliżu, a nie chciał roztrząsać tak delikatnych spraw z Morrisonem i Melonie w zasięgu słuchu. Milczał nawet na piątkowej lekcji eliksirów z Mirrą i dopiero w weekend miał czas, aby na spokojnie porozmawiać z przyjaciółmi podczas śniadania. Jednak, co było do przewidzenia, nikt nie zwracał na niego większej uwagi.

– Odniosłem wrażenie, że już ustaliliśmy, że Klub Strażników to zła wiadomość – stwierdził oschle Scorpius.

– Mimo to uczą pracy zespołowej – powiedział z naprzeciwka Morrison, bawiąc się kukurydzą na talerzu. – Pranie mózgu, czy nie, dzieciaki przynajmniej coś z tego wynoszą.

– W grę wchodzą nie tylko dzieci, ale też starsi od nas ludzie – argumentował Albus. – Powinniście byli zobaczyć, jak bardzo się zachwycali, kiedy Larson powiedział, że Wybawczy Alians Różdżek jest sojusznikiem. Gdyby machnął im przed twarzami arkuszem pergaminu, wszyscy by się zadeklarowali.

– Cóż, nic takiego nie miało miejsca. – Scorpius z powodzeniem uciął temat. – W każdym razie pośpieszmy się, zanim Melonie wróci z łazienki. Myślę, że biżuteria wcale nie jest taka zła, jeżeli dodamy do niej jakiś osobisty akcent...

Albus przewrócił oczami. Chociaż bardzo chciał spędzić święta ze swoją dziewczyną, za żadne skarby świata nie mógł się skupić na burzy mózgów dotyczącej upominków – miał co innego na głowie. Co więcej, nie był nawet pewien, czy Mirra w ogóle zwracała uwagę na ozdobne dodatki. Najprawdopodobniej wolałaby, żeby sprezentował jej coś, co pokazywało, że zależy im na sobie...

– Hej. – Spojrzał wprost na Morrisona. – W zeszłym roku na ślubie twojej siostry byli fotografowie, prawda?

Przyjaciel się zastanowił.

– Tak, mugolscy. Stało się coś?

– A czy mógłbyś napisać do domu z zapytaniem, czy są jakieś zdjęcia moje i Mirry? Na przykład kiedy ze sobą tańczyliśmy?

– Pewnie, stary. – Vincent wzruszył ramionami.

– Uwaga, chłopaki – szepnął ostrzegawczo Scorpius.

Ślizgoni odwrócili się, spodziewając się zobaczyć Melonie. Ku nim kierował się jednak ktoś znacznie niższy, z ogniście rudymi, długimi włosami. To była Lily.

Albus wbił w nią niedowierzające spojrzenie. To zdecydowanie była jedna z najbardziej nieoczekiwanych rzeczy, która mogła się wydarzyć. W rzeczywistości niezbyt często widywał siostrę – czasem mignęła mu na korytarzu, ale nawet wtedy były to sekundy. Chociaż chwile, w których gdzieś się spostrzegli, nie były tak rzadkie, jak w przypadku innych członków rodziny, takich jak Freddie czy bliźniaczki, Molly i Lucy, fakt, iż zbliżała się do stołu Slytherinu sprawiał, że ten moment był wart podwójnej uwagi.

Współdomownicy natychmiast zaczęli buczeć, sprawiając, że aż poczerwieniał z gniewu – cóż za niedojrzałe zachowanie. Lily także to poruszyło. Zaczęła sprawiać wrażenie zakłopotanej, a jej policzki przybrały delikatny kolor różu. Sytuacja pogorszyła się dopiero, gdy jakiś czwartoroczny z końca stołu podniósł głos.

– Wynoś się stąd, morderczyni!

– SZLABAN! – Scorpius zareagował natychmiast, a kiedy chłopiec, szczerze oburzony, zaczął protestować, kontynuował: – Tak, tak, wiem. Och i ach. Biegnij do McGonagall – to ona uczyniła mnie twoim przełożonym.

– Może nie wiesz, ale też zostanę prefektem w przyszłym roku! – odparł arogancko młodszy współdomownik, zadzierając nosa.

– Och, naprawdę? – wtrącił się Vincent. – Cóż, Scorpius najprawdopodobniej będzie naczelnym, tak więc nadal będziesz wykonywał jego polecenia. A teraz się zamknij!

Chłopiec założył ręce na piersi, ale rzeczywiście ucichł, podobnie jak cała reszta stołu. Morrison i Albus rozsunęli się na boki, w środeczku robiąc miejsce dla Lily.

– Przepraszam – wymamrotała, kiedy usiadła. Co ciekawe, nie była tak pewna siebie, jak zazwyczaj.

– Nawet się tym nie przejmuj – stwierdzili zgodnie ślizgoni.

– Co tam? – dodał brunet.

Lily się spięła, mową ciała dając do zrozumienia, że czuje się bardzo niekomfortowo z tym, co chciałaby powiedzieć.

– Chciałam z tobą o czymś porozmawiać – oświadczyła ściszonym tonem.

– W porządku. – Z ciekawości podrapał się po głowie. Zaledwie na sekundę przed tym, jak siostra wyjawiła powód, dla którego podeszła do stołu Slytherinu, zorientował się w temacie.

– Chodzi o Hugona i tamten... ten Klub, którym jest zainteresowany.

– Ach. – Zmarszczył brwi. Nie musiał spojrzeć na przyjaciół, żeby wiedzieć, że zrobili dokładnie to samo. – Wiem, że jest członkiem. Też się tym martwię...

– Hugo ciągle mnie namawia, żebym dołączyła – powiedziała stanowczo.

– Co takiego? – Albus się przeraził. – Dlaczego? Od kiedy?

– Od niedawna. Ciągle mi powtarza, że powinnam się podszkolić, że muszę nauczyć się bronić – jego przyjaciele też na okrągło to powtarzają... Naprawdę nie chcę brać w tym udziału. Rozmawiałam o Klubie z Mirrą i ona mnie popiera, ale... jak raz się przejdę, oni przestaną mnie nagabywać...

– Nie. Nie rób tego. – Potrząsnął głową, jakby odmawiając wydania siostrze pozwolenia. – Jeżeli Hugo po ukończeniu szkoły zechce dołączyć do Wybawczego Aliansu Różdżek i dać się zabić...

Lily sapnęła, przerażona.

– Nie to miałem na myśli! – poprawił się szybko Albus i rzeczywiście był szczery. – Chodziło mi o to, że... Posłuchaj mnie uważnie...

Zawahał się. Nie potrafił okłamać bliskiej sercu osoby. Najsmutniejsze było to, że nie mógł jej zapewnić, że zawsze będzie pomocny. Co innego mógł zrobić? Zwyczajnie nie był w stanie zmienić zdania Hugona, a co gorsza nawet ciocia Hermiona była w tej kwestii bezsilna. Sęk w tym, że samo istnienie Klubu Strażników było trudną do pokonania przeszkodą. Tak naprawdę nie wiedział też, dlaczego siostra przyszła z problemem do niego. Czego się w ogóle spodziewała?

– Hej – zaczął ponownie, spuszczając głowę. – Zastanawiam się, czemu mnie o to pytasz. Nie wolałabyś porozmawiać z którymś z prefektów z twojego domu – na przykład z Charlesem Eckleyem?

Pytanie nie miało na celu gloryfikacji Eckleya – było w pełni uzasadnione. Albus nie miał ani tak wielkiej kontroli nad szkołą, ani nie był tak popularny.

– Cóż. – Lily powierciła się w miejscu. – Normalnie bym tak zrobiła, ale... Znasz Donny'ego, prawda? – W trakcie zdania zmieniła koncepcję wypowiedzi.

– Tak, spotkaliśmy się – odpowiedział otwarcie.

– Hm, Charlie i Donny dużo się kłócili przez cały rok. Nawet nie sądzę, żeby dobrze im się ze sobą rozmawiało, a ja po prostu nie chciałam o tym wspominać. Normalnie poszłabym do Jamesa, ale... nie ma go tu z nami.

Zrozumiawszy wagę ostatniego stwierdzenia, Albus skinął głową. Gdy Jaimie ukończył Hogwart, ciężar bycia starszym bratem spadł wprost na niego. Nie było to jednak brzemię, które by mu ciążyło i nie miał żadnego problemu z jego akceptacją, niezależnie od faktu, iż nie był w stanie udzielić siostrze dobrej odpowiedzi.

– Coś wymyślę – oświadczył i uprzednio upewnił się, że brzmi na bardzo zdeterminowanego. – Po prostu... po prostu nigdzie nie idź. Wytrzymaj trochę dłużej i daj mi kilka dni, zanim wykombinuję sposób na powstrzymanie nonsensu z Hugonem. Czy dasz radę tyle dla mnie zrobić?

Lily skinęła głową.

– W porządku. Poproszę cię też o przysługę – dodał. – Za każdym razem, kiedy wywieszane jest ogłoszenie z terminem następnego spotkania, dawaj mi znać, dobrze? Możesz też przekazać informację Mirze lub komuś innemu...

Gryfonka potaknęła, a następnie odeszła od stołu z cicho wyszeptanymi podziękowaniami. Albus miał świadomość, że jego przekonywania były słabe, a krytyczne słowa Scorpiusa, również nie pomogły.

– Nie powinieneś był jej w ten sposób pocieszać. Oboje wiemy, że nie możesz przebierać w opcjach. Nawet McGonagall powiedziała ci, że najlepszym rozwiązaniem jest zignorowanie problemu.

– Dzięki za wsparcie, stary – odparł sarkastycznie.

– Nigdy nie wiadomo – stwierdził enigmatycznie Morrison. – Może Albus po prostu nie myśli o wszystkich możliwościach.

Chłopiec posłał przyjacielowi słaby uśmiech, nawet jeżeli ciężko było się z tym zgodzić. Nie był Jamesem – nikomu fizycznie nie imponował, ani nie był powszechnie wielbiony. Nie mógł też najzwyczajniej w świecie podejść do kolegów Hugona i nawarczeć na nich, a tym bardziej złapać kuzyna za ramiona i mocno nim potrząsnąć, krzycząc przy tym, aby się opamiętał.

Co gorsza, nie mógł podjąć walki przeciwko renegatom. Chociaż nienawidził tego przyznawać, Scorpius i McGonagall mieli rację. Nie potrafił samodzielnie odciągnąć uczniów od Klubu, a gdyby pani dyrektor się odezwała, przysporzyłoby to szkole całą masę kłopotów. Gdyby tylko udało mu się skłonić jakiegoś nauczyciela do interwencji... – przecież opinie grona pedagogicznego normalnie wpływały na studentów, a z racji tego, że wystąpienie miałoby charakter indywidualny, konsekwencje nie byłoby zatrważające. Do którego z profesorów mógłby się zwrócić...?

Hagrid utrzymywał dobre stosunki z wieloma swoimi podopiecznymi, ale często nie był traktowany na poważnie. Neville, owszem, z powodzeniem mógłby ogarnąć gryfonów, ale z pewnością nie byłby wystarczająco agresywny.

Nie. Potrzebny był ktoś darzony powszechnym szacunkiem – ktoś, kto znalazłby w sobie odwagę, aby przeciwstawić się Wybawczemu Aliansowi Różdżek i nie widziałby w tym większego problemu; ktoś, kto podoba się uczniom...

Uśmiechnął się, doznawszy olśnienia. Automatycznie spojrzał na stół na podniesieniu, z którego jeden po drugim odchodzili nauczyciele – obiad się skończył. Albus odsunął od siebie talerz i szybko wstał, czym przestraszył wracającą z toalety Melonie.

– To koniec obia...?

Minął koleżankę bez słowa i już po chwili był w lochach, o wiele szybciej niż jakikolwiek inny współdomownik; tempa zwolnił dopiero przed pracownią eliksirów. Profesor Malfoy przybył zaledwie moment później – był wyraźnie zaciekawiony.

– Jak mogę ci pomóc, Albusie?

– Czy możemy porozmawiać w pańskim biurze? – zapytał z napięciem.

Ojciec Scorpiusa zmierzył go zakłopotanym wzrokiem, aczkolwiek stuknął różdżką w drzwi i otworzył je na oścież, a następnie wyciągnął rękę. Chłopiec skorzystał z zaproszenia i zajął swoje zwyczajowe miejsce – nauczyciel zrobił to samo.

– Jak mogę ci pomóc? – powtórzył.

– To długa historia. – Albus westchnął i nagle zdenerwował się myślą, że WAR może podsłuchiwać pod drzwiami. – W zasadzie sprawa dotyczy Klubu Strażników – kontynuował, zrozumiawszy, że średnio go to obchodzi.

– Rozumiem. – Malfoy pochylił się do przodu, rzucając podopiecznemu twarde spojrzenie. – Czy chodzi o wyraźnie nieobecne powiadomienia w pokoju wspólnym Slytherinu?

– Nie, ale... Chwila, co takiego?

– Zdejmuję je niemal natychmiast po zawieszeniu – wytłumaczył oschle profesor. – Zazwyczaj w późnej porze wieczornej, tak więc szansa na przyłapanie jest mało prawdopodobna.

– Dlaczego pan to robi? – spytał, rozproszony.

– Sądziłem, że to oczywiste. – Głos Dracona jeszcze nigdy nie przypominał tak bardzo Scorpiusa. – To śmieci. – Wzruszył ramionami.

– Nie chciał pan, żeby ludzie tam chodzili?

– Nie chcę, aby moi ślizgoni byli bliżej Wybawczego Aliansu Różdżek, aniżeli to konieczne, co z powodu zaostrzenia warunków bezpieczeństwa i tak jest trudne. Niestety, niewiele mogę zrobić dla uczniów z innych domów.

– Widział pan, co robią na tych spotkaniach? – zapytał, lekko się trzęsąc – nareszcie znalazł osobę, z którą mógł otwarcie podyskutować o problemie.

– Nie, ale mogę zgadywać – odpowiedział mistrz eliksirów. – Jeżeli nie przyszedłeś do mnie w sprawie ogłoszeń, to co się tu sprowadza?

– Miałem nadzieję, że pomoże mi pan zlikwidować Klub Strażników – oświadczył dramatycznie chłopiec, lecz przeciągłe westchnienie nauczyciela uświadomiło mu, że rozmowa nie będzie miała tak optymistycznego przebiegu, jak się łudził.

– Wkraczasz na polityczny grunt, Albusie. Uwierz mi, chcesz natychmiast z niego zawrócić. Klub Strażników nie zostanie rozwiązany. Jeżeli w szkole jest o tym głośno...

– Nie mówię o całej szkole, tylko o panu! – wypalił. – Jeżeli wypowiedziałby się pan głośno... Jeżeli byłaby to pańska opinia...

– Nie mam nic, nawet relacji naocznych świadków. Wszystkie moje komentarze zostaną natychmiast zignorowane.

Albus westchnął. Oczywiście, inaczej być nie mogło. Wiedział, że brnąc dalej w temat, napotyka kolejną przeszkodę, ale pragnienie dotrzymania obietnicy złożonej Lily pchało go do przodu.

– A co, gdybym mógł skłonić kogoś, kto uczestniczył w spotkaniu, żeby opowiedział, jakie okropne rzeczy się tam wyprawiają?

– W takim wypadku być może mógłbym coś zrobić...

– Wszystko widziałem! – Był zachwycony. – Mogę...

– Czy inni uczniowie potwierdzą twoją obecność? – Pytanie było tak celne i jednocześnie dziwaczne, że przez moment chłopiec się zastanowił, czy jest to w ogóle możliwe, aby Draco Malfoy, ze wszystkich ludzi na świecie, był świadomy istnienia peleryny niewidki przynależącej do rodu Potterów.

– Hm, nie... Po prostu doszedłem do wniosku, że zwyczajnie stawienie się w Wielkiej Sali nie będzie dobrym pomysłem...

– Wysłuchaj mnie, Albusie. – Profesor uciął wywód ucznia. Powodem nie był brak szacunku. – Cały czarodziejski świat ogarnęło przerażenie. Przygotowania do tej wojny są prawie tak wstrząsające, jak za czasów Czarnego Pana, a pod pewnym względami nawet bardziej. W przeciwieństwie jednak do tamtych dziejów głównym zagrożeniem nie jest rekrutacja młodzieży. Jeżeli nie przynależałeś do przymierza „Prawej Ręki Śmierci", kiedy zaczynał swój konflikt, to oficjalnie wisi nad tobą niebezpieczeństwo. Sprawy tylko się pogorszą. I to całkiem niedługo.

Po raz drugi w ciągu dzisiejszego dnia Albus zastanowił się, czy w słowach Dracona Malfoya było coś więcej, aniżeli z pozoru mogło się wydawać. Każdy mógł powiedzieć, że sytuacja w świecie zewnętrznym jawiła się źle, ale nauczyciel wyraźnie wspomniał, że wkrótce coś się wydarzy – brzmiał zupełnie jak Hermiona Weasley. Dziadek Scorpiusa, Lucjusz Malfoy, zaledwie dwa lata temu parał się szpiegostwem. W jakich stosunkach był mistrz eliksirów z tamtymi ludźmi?

– Próbuję ci powiedzieć, że w dzisiejszych czasach bardzo ciężko będzie ci przekonać świat, że Wybawczy Alians Różdżek robi coś złego – kontynuował czarodziej. – Zdecydowanie potrzebowałbym przekonującego dowodu, że spotkania w Wielkiej Sali negatywnie wpływają na uczniów.

– Więc... jeżeli znajdę kogoś, kto o wszystkim zaświadczy oraz zostanie zobaczony... będzie mógł pan interweniować? – Serce Albusa zamarło, kiedy zobaczył wahanie rozmówcy. – Proszę, profesorze! – Był zdesperowany. – Mój kuzyn dał się wmieszać w to szaleństwo i próbuje wciągnąć w nie moją siostrę!

Draco Malfoy skinął głową.

– Załatw odpowiedniego świadka... a zrobię wszystko, co w mojej mocy, chociaż nie mogę obiecać zadowalającego wyniku końcowego.

Ślizgon potaknął i się uśmiechnął. Nie osiągnął dużo, ale zawsze mógł nad tym jeszcze popracować, do czegoś mógł dążyć – dodatkowo, poczynił krok w kierunku dotrzymania obietnicy. Uprzejmie podziękował, wyszedł z pracowni eliksirów, przemierzył labirynt korytarzy, aby w końcu znalazł się w pokoju wspólnym. Szedł tak szybko, że aż dostał zadyszki.

– Gdzie się podziewałeś, stary? – zainteresował się Morrison, na moment przerywając rozgrywaną partię szachów z Melonie. Scorpius zaś ograniczył się tylko do przelotnego spojrzenia, gdyż odrabiał pracę domową.

– Wyświadcz mi przysługę, kumplu – odpowiedział zamiast tego Albus, czym zaskarbił sobie pełną uwagę całej trójki. – Chcę, żebyś poszedł na spotkanie Klubu Strażników.

– Już o tym rozmawialiśmy... – Vincent rzucił swojej dziewczynie niepewne spojrzenie – nie była świadoma istnienia peleryny niewidki.

– Nie, nie rozumiesz – przerwał mu bez tchu. – Nie proszę cię, żebyś poszedł ze mną. Chciałbym, żebyś stawił się w Wielkiej Sali jako jeden z klubowiczów.


Albusowi się poszczęściło. Tak jak miał nadzieję, poprzez Mirrę, która najwyraźniej nie wiedziała, że sam nie jest w stanie zdobyć takowych informacji, poznał datę kolejnej nadprogramowej sesji treningowej. Spotkanie zostało zaplanowane na najbliższy czwartek, co było ogólnie dość nietypowe, bo oznaczało, że większość uczniów będzie zajęta – ci starsi, którzy się zapisali, mieli wówczas pierwszą lekcję aportacji.

– Muszę przyznać, że jestem bardzo podekscytowany – powiedział Morrison, kiedy wszyscy siedzieli w pokoju wspólnym, każdy zajęty czymś innym. – Zastanawiam się, jak to będzie wyglądało. Nie można aportować się w obrębie zamku, ani poza nim, prawda?

– Najprawdopodobniej na chwilę zdejmą zaklęcia – mruknął, nie wyściubiając nosa zza książki, Scorpius.

– Nie wydaje się wam, że to trochę niebezpieczne? – zapytała Melonie zza swojego podręcznika. – W tym czasie tak naprawdę każdy może się aportować na teren szkoły...

Albus zgodził się w milczeniu, ale miał świadomość, że najprawdopodobniej umyka mu jakiś głębszy poziom magicznych zabezpieczeń. A nawet gdyby się pomylił, przynajmniej mogli być pewni, że dzięki przypadkowo dobranemu momentowi żadne czające się zagrożenie nie będzie wiedziało, że umocnienia zamku zostały naruszone.

Odsunął te rozważania na bok – zdecydowanie bardziej wolał skupić się na czymś zgoła innym...

– Zapamiętałeś plan? – Spojrzał uważnie na Vincenta. – Po prostu wejdziesz do Wielkiej Sali, gdzie nie będziesz zwracał na siebie większej uwagi...

– Wiem. Będę też rozmawiał z innymi, żeby później potwierdzili, że uczestniczyłem w spotkaniu – dokończył z irytacją przyjaciel. – Załapałem, stary.

Z początku nie trzeba było zbytnio przekonywać Morrisona, aby zadebiutował w formie przynęty, ale im bardziej zbliżał się termin sesji treningowej, zaczynał wyglądać na zaniepokojonego. Technicznie nie było się czym martwić, ale fakt pozostaje faktem, że na spotkaniu nie zjawi się żaden inny ślizgon. Czy Vincent, jako jeden z najlepszych kumpli owianego złą sławą Pottera, przyciągnie zbyt wiele niechcianej uwagi?

– Nie musisz brać w tym udziału, jeżeli nie chcesz. – Melonie chciała uspokoić swojego chłopaka, a Albus wbił w nią wzrok. – No co? – Odwzajemniła spojrzenie, nieco konfrontacyjnie. – To nie jest jego obowiązek.

– W porządku, jest dobrze. – Warkot Morrisona nie był skierowany do nikogo w szczególności, ale brzmiał tak, jakby nastolatek został właśnie oskarżony o tchórzostwo. – Przed chwilą mówiłem, że nie mogę się doczekać lekcji aportacji... Cholera.

Czwartek przyniósł pełną ogólnego podekscytowania atmosferę, podobną do tej, której można zawsze doświadczyć w poranek tuż przed meczem quidditcha. Oczywiście, dotyczyło to głównie szóstorocznych, ale wciąż było zauważalne w całym zamku. Zajęcia Albusa wydawały się ciągnąć w nieskończoność, a perspektywa zarówno nauki aportacji, jak i późniejszego spotkania Klubu Strażników, ciążyła mu w głowie. O wiele dłużej aniżeli zazwyczaj wydawała się trwać zwłaszcza obrona przed czarną magią – był to jeden z tych rzadkich dni, podczas których profesor Handit kazał uczniom zapoznać się z teoretycznymi podstawami nowo poznanego przekleństwa, w tym wypadku uroku oślepiającego przeciwnika, Occuscura***, a robienie notatek było pracochłonne i wyczerpujące psychicznie.

Lekcja aportacji w Wielkiej Sali została zaplanowana przed obiadem, co oznaczało, że uczniowie nie musieli długo czekać po swoich zajęciach. Wchodząc do środka z przyjaciółmi, Albus zauważył, że stoły zostały ustawione pod ścianami, zupełnie jak w przypadku sesji treningowej Klubu Strażników, a na podłodze, w dosyć uporządkowany sposób, porozrzucane były obręcze, każda od siebie w odległości około pięciu stóp.

– To nasze cele aportacji – powiedział wszechwiedząco Scorpius, kiedy wszyscy rozejrzeli się po komnacie. – Tata zdążył mi opowiedzieć, jak to wyglądało za jego czasów.

Niczym jak na zawołanie Albus zauważył, że w Sali byli też nauczyciele – tylko czwórka, opiekunowie domów. Wszyscy stali przy jednej ze ścian, w szyku jakby chcieli zrobić miejsca dla uczniów. Profesorzy Flitwick i Longbottom wesoło ze sobą gawędzili, Handit ukierunkował się na podopiecznego, zaś Malfoy wyraźnie wolał własne towarzystwo, a jego twarz nic nie wyrażała.

– Podekscytowani? – Obok ślizgonów zmaterializowała się Mirra, która na powitanie pocałowała Albusa w policzek. Potem odwróciła się do Scorpiusa, który zdecydował się udzielić odpowiedzi.

– Niezupełnie, wcześniej aportowałem się łącznie. To całkiem nieprzyjemne uczucia, aczkolwiek wygodne...

– Jestem gotów! – Morrison entuzjastycznie klasnął w dłonie.

– Hm, ale wiecie, że nie ma za dużych szans na to, aby komukolwiek z nas się dziś poszczęściło i udało, prawda? – Melonie była sceptyczna. – Ten sposób komunikacji wymaga wielu godzin praktyki.

– Ech – odmruknął chłopiec.

Albus miał nadzieję, że ta ponura wizja nie będzie miała odzwierciedlenia w rzeczywistości. Nieustanna aportacja Jamesa była na co dzień niezmiernie irytująca i pomimo myśli, które krążyły mu po głowie, nie mógł się doczekać swojej pierwszej udanej próby teleportacji.

Wtem wszelkie rozmowy uciął donośny, nikomu nieznany głos.

– Drodzy uczniowie! – zawołał mężczyzna z przodu komnaty – był niski i łysiejący, miał pomarszczoną twarz i wystające przednie zęby; oficjalne szaty jasno dawały do zrozumienia, że jest to urzędnik z ramienia Ministerstwa Magii. – Proszę o uwagę! Chciałbym, aby wszystkie oczy były skierowane na mnie...

Opiekunowie domów natychmiast zabrali się do pracy i porozdzielali własnych podopiecznych. Mirrę przywołał do siebie lekkim machnięciem ręki Neville, podczas gdy Malfoy bez żadnego zbędnego komentarza gestem wskazał ślizgonom, gdzie mają się ustawić. Ostatecznie każdy stał mniej więcej pięć stóp przed poszczególnymi obręczami.

– Tak, tak, wyśmienicie – powiedział urzędnik, wymachując przy tym rękoma. – Nazywam się Alfred Snapp i pracuję w Ministerstwie Magii, a jeszcze bliżej: w biurze, które wydaje zezwolenia na teleportacje****! – krzyknął. – Zebraliście się dziś w Wielkiej Sali, bo jesteście wystarczająco dorośli, aby podejść do testu na aportację. Nigdy nie jest za wcześnie, żeby zacząć ćwiczyć. Oczywiście, z początku samodzielne próby nigdy nie są bezpieczne, dlatego też Ministerstwo Magii jest bardziej niż zadowolone, że zapewniło wam przewodnika do pozbawionej ryzyka, chronionej teleportacji!

Klasa wbiła w czarodzieja otępiałe spojrzenie, ale Albus pozwolił swoim oczom błądzić po komnacie. Nauczyciele wrócili na swoje – najwidoczniej – stałe miejsca, gdzie przyglądali się uczniom, jakby spodziewali się po nich złego zachowania. Żołądek mu się skręcił, gdy spostrzegł, że to nie jedyni dorośli na Sali. Po przeciwnej stronie ściany ustawili się członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek – żadnego z nich nie rozpoznał z sesji treningowych Klubu Strażników, niemniej jednak, wszyscy gdzieś się szwendali po zamku...

– Widzę, że większość z was zajęła właściwe pozycje – stoicie na otwartej przestrzeni z dala od każdej z obręczy. Resztę proszę o dokładnie to samo. Tak, wyśmienicie, stańcie przed obręczą. W porządku. Czas na kilka godnych uwagi wskazówek. Po pierwsze i najważniejsze musicie zrozumieć, że aportacja będzie możliwa tylko dzisiaj i tylko w tym pomieszczeniu. Zróbcie wszystko, co w waszej mocy, aby maksymalnie się skoncentrować. Antyaportacyjne zabezpieczenia mogą być sporą przeszkodą dla tych, którzy jeszcze mają nad czym popracować... Po drugie, proszę, abyście się nie zniechęcali, jeżeli nie poczynicie dziś żadnego postępu. Żeby opanować do perfekcji tę umiejętność, potrzeba naprawdę długich i wyczerpujących treningów. Jakby na to nie spojrzeć, aportacja polega na uwolnieniu się od rządzących naszymi ciałami praw oraz doświadczaniu czegoś zupełnie nowego.

Szóstoroczni automatycznie pokiwali głowami, ale Albus z łatwością mógł stwierdzić, że większość, o ile nie wszyscy, nie zaakceptowali takiego stanu rzeczy. Aportacja zazwyczaj była cwaną sztuczką, której wykonania młodzi czarodzieje i młode czarownice nie mogli się doczekać. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nikt z tu zgromadzonych nie byłby zadowolony, gdyby opuścił dziś Wielką Salę bez poczynienia choćby najmniejszego postępu.

– Trzecia kwestia – kontynuował donośnym głosem Snapp. – Zaraz zapoznam was z metodą nauki. Najważniejszym, czego musicie się nauczyć jest zasada ce–wu–en*****.

Albus znowu nie musiał się wysilać, alby rozszyfrować, o czym myśleli inni początkujący – prawie wszyscy wydawali się zdziwieniu, za wyjątkiem kilku lepiej poinformowanych. Do tej drugiej grupy zaliczał się między innymi Scorpius, który zaczął mamrotać coś do siebie pod nosem.

– Zgadza się, zasada ce–wu–en. – Uśmiechnął się instruktor. – Cel, wola, namysł. Możecie się śmiać... ale ten mnemoniczny sposób jest podstawą mechanizmu napędzającego aportację! – Urwał na moment. – Dobrze, spróbujmy poprawnego zastosowania. Krok pierwszy to cel. Gdzie chcecie się znaleźć? Cóż, to oczywiste – pośrodku waszych obręczy! Skoncentrujcie się na tym małym wycinku przestrzeni, tak mocno, jak tylko potraficie. Niech to miejsce wypełni wasze umysły!

Albus zrobił, co mu kazano, w pełni się skupiając na okręgu, przed którym stał. Było to wyjątkowo trudne zadanie, ponieważ obręcz nie przyciągała go do siebie, ani niczego sobą nie reprezentowała – nie wyróżniała się nawet niczym szczególnym.

Krok drugi to wola. Niech przeniesienie się na wybraną przestrzeń stanie się dla was koniecznością. Na dalszym etapie nauki przekonacie się, że aportacja jest o wiele prostsza, gdy kieruje wami silne pragnienie zmiany miejsca. Z biegiem czasu nauczycie się wykorzystywać tę koncentrację, aby móc przemieszczać się dosłownie wszędzie. Na ten moment wystarczy pozostać zdeterminowanym. Skoncentrujcie się na obręczy. Jak bardzo chcecie się zleźć w jej środku? Przećwiczcie to!

Albus wbił wzrok w swoją obręcz i mocno się skoncentrował. Kątem oka przyuważył, że Scorpius robił dokładnie to samo. W przeciwieństwie do nich Morrison utrzymywał odprężony wyraz twarzy i sprawiał wrażenie lekkoducha, który nawet nieszczególnie słucha wykładu instruktora – po prostu wydawał się chętny do spróbowania.

– Na koniec coś, co jest równie ważne! – Snapp zawiesił głos. – Namysł! Kiedy dam sygnał, obrócicie się wokół własnej osi, opadając w nicość. W międzyczasie będziecie ciągle skupieni, płońcie z pasji, aby dotrzeć do wybranego miejsca docelowego. Uwaga! Raz! Dwa! TRZY!

Albus zamknął oczy i obrócił się w miejscu.

TRZASK!

Uniósł powieki, zdumiony, i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że nic nie poczuł, a dźwięk dobiegał skądś niedaleko.

Odwrócił się, żeby spojrzeć na Scorpiusa – był przekonany, że to Malfoy, ale się przeliczył.

– Ha! – Morrison stał w środku swojej obręczy i lekko się trząsł. – Wi... widzieliście to?

– Wskoczyłeś tam sobie! – podsumował ze złością blondyn.

Komentarz pana Snappa zaprzeczył jednak oskarżeniu.

– Wspaniała robota, młody człowieku! – Instruktor był zachwycony. – Czy widzieliście, drodzy uczniowie? – Wskazał na Vincenta. – Zobaczcie czego można dokonać przy pomocy zasady ce–wu–en!

– Czym do diabła jest zasada ce–wu–en? – zapytał głośno Morrison, rozglądając się wokół z wyrazem najszczerszego zmieszania na twarzy.

Wszyscy nauczyciele syknęli, z wyjątkiem Dracona Malfoya, który ograniczył się do iście morderczego spojrzenia, na którego widok chłopiec natychmiast się przymknął.

– Spróbujmy ponownie! – powiedział Snapp. – Pragnę przypomnieć, żebyście się nie zniechęcali, jeżeli z początku nic nie pójdzie po waszej myśli. Pamiętajcie: cel, wola i namysł...

Po kilku kolejnych próbach Albus utwierdził się w przekonaniu, że jedyne, co mógł prawidłowo wykonać, to piruet wokół własnej osi. W bezsensownym tańcu nie był jednak osamotniony – nikt oprócz Morrisona nie dokonał niczego godnego uwagi. Pod koniec zajęć mógł powiedzieć, że całe to zbiorowisko uczniów tylko go irytowało, zwłaszcza że udana próba przyjaciela okazała się całkiem nieprzypadkowa – chociaż nie udawało mu się za każdym razem, trzykrotnie się aportował.

– Obawiam się, że dzisiejsza lekcja dobiegła końca! Niedługo znów się zobaczymy! – oświadczył w pewnym momencie instruktor. – Zapamiętajcie: chociaż nie będzie wam wolno się aportować, możecie przeprowadzać symulację w głowach. Nie bójcie się stawiać sobie wyzwań i ćwiczcie w głębi swoich umysłów...

Koniec końców uczniowie wyszli z Wielkiej Sali sromotnie rozczarowani. Albus nie mógł przestać się zastanawiać, w jaki sposób wpłynie to na późniejsze plany. Wielu rzucało Morrisonowi pełne urazy spojrzenia, ale mogło z tego wyjść też coś pożytecznego – ślizgoński popis umiejętności może stanowić zaczątek rozmowy na spotkaniu Klubu Strażników. Ludzie z pewnością poręczą, że był obecny.

– Co za dziwaczne uczucie. – Vincent potrząsnął głową, kiedy wychodził z Wielkiej Sali. – W sensie, że aportacja. Uwierzycie, że przypominało trochę przeciskanie się przez wąską rurę. Cóż, jeszcze się nie nauczyliście, a to peszek, ale za niedługo...

– Tak, tak, rozumiemy. Jesteś chodzącym cudem. – Melonie stanowczo ucięła ten wywód, podczas gdy Scorpius milczał.

Albus obejrzał się za siebie i zobaczył, że Mirra śmiała się z Eckleyem. O dziwo, wcale mu to nie przeszkadzało. Kilka grup za nimi stał Hornsbrook ze swoimi przyjaciółmi, wliczając w to Rose. Cóż za dziwny widok – niegdyś zwarta paczka gryfonów podzielona na pół...

Powrót do pokoju wspólnego ślizgonów był drogą przez mękę, głównie przez chełpliwość Morrisona, który uspokoił się, dopiero gdy Melonie zaciągnęła go do wspólnej nauki. Przez ostatni wzrost ilości zadawanej przez nauczycieli pracy domowej, lekcja aportacji kosztowała ich trochę czasu, przez co byli zmuszeni opuścić kolację, aby nadgonić materiału; stos zadań Scorpiusa był podejrzanie wyższy do reszty.

Na krótko przed ósmą Albus z trzaskiem zamknął podręcznik.

– Gotowy do dzieła, stary? – zapytał Morrisona.

Przyjaciel strzelił palcami.

– Tak myślę – odpowiedział i zamknął własną książkę. Melonie spojrzała na niego, zmartwiona, ale zbagatelizował jej troski. – Wszystko będzie dobrze, Mel. Naprawdę nie zamierzam w niczym uczestniczyć. Idę tylko po to, żeby opowiedzieć wszem wobec, co tam się wyprawia...

Kiedy grupka rozmawiała, Potter udał się do dormitorium, gdzie narzucił na siebie pelerynę niewidkę. Jednocześnie zdał sobie sprawę, że im dalej w las, tym bardziej jest przydatna. Wróciwszy do pokoju wspólnego, dyskretnie klepnął Morrisona w ramię, aby zasygnalizować, że jest gotowy do wyjścia. Vincent wstał.

– Nie zamierzasz czekać na Albusa? – zapytała bezwiednie Melonie, szczerze zdziwiona.

– Przecież już wyszedł. Nie zauważyłaś? – odbił piłeczkę, przechodząc przez kamienną ścianę. – Myślisz, że możemy powiedzieć Mel o pelerynie? – dodał półgębkiem do przyjaciela, gdy przejście się za nimi zamknęło.

Albus wzruszył ramionami, choć Morrison – z oczywistych względów – nie mógł tego zobaczyć.

– Twoja decyzja – odparł, chociaż w jego głosie zabrzmiało niezadowolenie. – Ale... czy naprawdę musisz? Myślałem, że miał być tylko nasza tajemnica.

– A Mirra wie?

– No tak, ale sama się domyśliła...

Poprzez labirynt korytarzy szli trochę wolniej niż zazwyczaj – towarzystwo utrudniało drogę. Kiedy Morrison znów się odezwał, jego głos drżał.

– Więc po prostu mam wbić się spotkanie i się przywitać z ludźmi, prawda? Wystarczy powiedzieć „cześć" i się przymknąć?

– Taki jest plan – potwierdził Albus, choć żołądek skręcił mu się z nerwów na myśl o ewentualnym przymusie wdrożenia alternatywnego scenariusza.

– Masz na myśli ten plan, w którym nie zostanę wybrany do losowego pojedynku z jakimś kolesiem, którego może ze dwa razy widziałem w życiu?

– Zasadniczo. – Brunet się zawstydził. – To znaczy... Mam nadzieję, że nie przyciągniesz za dużo uwagi. Larson przejawia czasem tendencję do parokrotnego wybierania tego samego ucznia, a na lekcji aportacji zabłysnąłeś... A tak zmieniając temat, jak w ogóle tego dokonałeś?

– Kwestia genów – odpowiedział Morrison i brzmiał zaskakująco szczerze. – Znasz mnie. Czasem odpływam. To było podobne, z tym wyjątkiem, że oddychałem trochę płycej. Wracając do spotkania Klubu Strażników – a co, jeżeli zostanę jednak wytypowany...?

– Będziesz się pojedynkował. – Albus zmarszczył brwi, chociaż nie miało to większego znaczenia, bo przyjaciel i tak tego nie widział. – Co z kolei mi przypomina, że panują tam pewne zasady. Myślę, że wspominałem o nich wcześniej. Nie ma żadnego odliczania, czy sygnału do ataku, więc zawsze bądź przygotowany. I staraj się dużo ruszać, bo większość klubowiczów będzie celować prosto w nogi...

– Potrafię się pojedynkować, stary! – wypalił zirytowany rozmówca, kiedy weszli na schody.

Chłopiec zamilkł. Mimo że Morrison całkiem nieźle władał różdżką, nie był specjalistą pokroju Scorpiusa. Z nieprzyjemnym uczuciem w żołądku zdał sobie sprawę, na jakie niebezpieczeństwo naraża dobrego przyjaciela. Cel z pewnością uświęcał środki, ale w ostatnich tygodniach jednak zbyt często widywał nienormalnie dużą liczbę osób odwiedzających skrzydło szpitalne...

Zatrzymał się gwałtownie, a następnie złapał Vincenta za ramię, bo ten by nawet nie zauważył.

– Co tam?

– Naprawdę nie musisz tego robić, jeśli nie chcesz – powiedział z poczuciem winy.

– W porządku. – Morrison nonszalancko wyswobodził ramię. – Poważnie. Nie boję się, ani nic w tym guście. Po prostu się mentalnie przygotowuję... I tak będzie przecież dobrze...

Albus nie sprzeciwiał się upartości przyjaciela i ostatecznie razem przeszli przez wrota prowadzące do Wielkiej Sali. Członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek byli już w środku, w tym także i Larson, ale stali zupełnie bezczynnie, czekając na przybycie wszystkich zainteresowanych.

– Będę w kącie – wyszeptał spod peleryny. – Idź nawiązywać kontakty.

– Do dzieła! – odpowiedział dramatycznie Vincent i natychmiast dołączył do grupki piątorocznych krukonek.

Albus cofnął się i obserwował z daleka, jak przyjaciel lawiruje po komnacie, chociaż nie spuszczał wzroku także z renegatów. Raz czy dwa zdawało mu się, że zobaczył, jak jeden z nich zerka w stronę Morrisona, ale czuł spokój, kiedy nie wywiązała się z tego żadna awantura.

W końcu wrota Wielkiej Sali się zamknęły, a uczniowie ustawili się w szeregu. Na tle czarnych szat wyróżniał się przede wszystkim Hugo, który stał ze swoimi przyjaciółmi i wyglądał dystyngowanie oraz równie dostojny Hornsbrook ze swoją świtą. Vincent stał niezgrabnie pomiędzy dwoma chłopcami z Hufflepuffu – sprawiał wrażenie człowieka na siłę wciśniętego w tłum.

Larson rozpoczął tradycyjną przechadzkę w tę i z powrotem, a jego kroki odbijały się echem po komnacie treningowej. Przemawiał miękkim, choć jednocześnie autorytarnym głosem, odrobinę szybciej niż zwykle.

– Na ostatniej sesji nauczyliście się pracować jako zespół – nauczyliście się współpracować, aby osiągnąć wspólny cel, a w tym konkretnym przypadku: bronić kogoś ważnego. Dzisiaj zajmiemy się...

Niespodziewanie przewodniczący przestał mówić, zatrzymawszy się tuż przed Morrisonem. Serce Albusa przyspieszyło swój rytm, a ciało się spięło. To nie mogło się skończyć dobrze. Wystawiwszy przyjaciela, okazał się olbrzymim głupcem.

– Jak się nazywasz? – Od Larsona aż wiało chłodem.

Brunet nie mógł sobie uzmysłowić, w jaki sposób przyjaciel został tak szybko dostrzeżony. Wtem zrozumiał – srebrne i zielone podszewki wyróżniały go na tle uczniów z innych domów. Nie pomagał także fakt, iż co poniektórzy klubowicze rzucali mu od czasu do czasu roztargnione spojrzenia. Najwyraźniej ślizgoni wcale nie byli tu tak mile widziani, jak wcześniej wspominano.

– Ee... Mo... Morrison Vincent. – Wyglądając na onieśmielonego, chłopiec podrapał się po karku.

– Rozumiem – powiedział chłodno Larson. – Powiedz mi, panie Vincent. – Szybko zrezygnował z formalnej formy. – Czy uczestniczyłeś kiedyś w naszym spotkaniu?

– Ano. – Ślizgon zwiesił głowę. – Tak, zgadza się – dodał żałośnie.

– Nie przypominam sobie, żebym cię tu widział – oświadczył głośniejszym tonem renegat, czym zwrócił na podejrzanego ucznia uwagę innych klubowiczów. Hugo zgrywał stoika, Hornsbrook lekko się uśmiechał, a członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek sprawiali wrażenie rozbawionych.

– Za... zazwyczaj sto... stoję z tyłu? – częściowo powiedział, częściowo zapytał Morrison.

Albus skulił się w kącie. Przyjaciel albo nie wiedział, albo ze stresu zapomniał ten jakże ważny szczegół z relacji poprzednich spotkań, że od pierwszego dnia uczniowie ustawiali się w szeregu, tak więc istnienie drugiego rzędu było wykluczone – no chyba, że miałoby się narzuconą na siebie pelerynę niewidkę.

– Rozumiem – powtórzył Larson, aczkolwiek od tego momentu przesłuchanie przeistoczyło się w pokaz drapieżnika, w jaki sposób należy bawić się smakowitym kąskiem. – Brałeś udział w poprzedniej lekcji, panie Vincent? Pamiętasz, o czym wtedy dyskutowaliśmy?

– Akurat ją przegapiłem. Byłem chory – odpowiedział Morrison, wciąż patrząc w dół. Chociaż ciężko było to przyznać, tylko przez zażenowanie przyjaciela, Albus w pełni docenił, jak dobrym kłamcą był Scorpius. Malfoy mógłby łgać rozmówcy prosto w oczy, utrzymując przy tym kontakt wzrokowy, i tak dalej. Vincent wyraźnie nie posiadał owego wspaniałego, wrodzonego daru.

– A co z jeszcze poprzednią lekcją? – Czarodziej był nieugięty.

– Też przegapiłem. Tym razem mój kumpel był chory. – Ślizgon uśmiechnął się słabo, jakby podniesiony na duchu własnym okropnym kłamstwem. – Byłem z nim w skrzydle szpitalnym. Właśnie dlatego zachorowałem – bo przebywałem zbyt blisko niego.

– Hmm. – Larson skupił się na szeregu podopiecznych, którzy odwdzięczyli się równie mocną koncentracją. – Wygląda na to, że pan Vincent jest trochę w tyle z materiałem. Nie wydaje mi się, żeby rozumiał, że kiedy jest się w Klubie Strażników, trzeba zademonstrować swoje umiejętności. Wystąp, panie Vincent.

Albus zaczął panikować. Wiedział, że za niedługo będzie musiał się wtrącić...

– Z szeregu, Harrison. – Na komendę renegata krok naprzód zrobił, co zaskakujące, czwartoroczny krukon.

– W porządku! – Morrison powtórzył ruch kolegi, pozwalając sobie na coś, co przypominało cichy śmiech. Odrobinę podekscytowany, ocenił przeciwnika – chłopiec był dość niski i sprawiał wrażenie wątłego.

– Hornsbrook – kontynuował instruktor, a gryfon wystąpił z szeregu. – Będziesz moim partnerem.

Albus sapnął. Donovan dołączył do Larsona, podczas gdy Harrison na wyraźnie drżących nogach podszedł do Morrisona, który momentalnie zaczął protestować.

– Ee... Prze... przepraszam, pa... panie... hm, panie szanowny kucyk... Myślę, że doszło tu do jakiegoś... nieporozumienia...

– Dajmy panu Vincentowi szansę w postaci odliczania, bo przecież tyle przegapił. – W trakcie dobywania różdżki, Larson nie szczędził sarkazmu.

Albus wystąpił naprzód. Plan zakończył się fiaskiem i należało coś zrobić. Spod peleryny wyciągnął własne oręże.

– Trzy! – Renegat dał sygnał, a Morrison zaczął szukać w szacie różdżki. W międzyczasie Potter przygotował się do ściągnięcia z siebie peleryny, celem odwrócenia uwagi. – Dwa!

Smuga czerwonego światła uderzyła Larsona prosto w brzuch, a jego różdżka odleciała w powietrze, przelatując tuż obok zdumionego Hornsbrooka. Albus, tak jak wszyscy inni, gorączkowo rozejrzał się wokół, szukając czarodzieja, który rzucił zaklęcie. Ostatecznie wbił wzrok w Dracona Malfoya, który stał przed cicho otworzonymi wrotami.

– Myślę, że zobaczyłem wystarczająco – podsumował mężczyzna.

Kiedy Larson się pozbierał, gryfon podniósł z ziemi wytrąconą z ręki różdżkę i mu ją oddał. Członkowie Wybawczego Aliansu przyglądali się przedstawieniu z zaciekawieniem, choć Albus był pewien, że wszyscy przejdą do ataku, albo chociaż narobią ambarasu.

– Wypraszam sobie! – splunął renegat – jasne pasma włosów wysunęły mu się zza gumki i teraz w nieładzie opadały na twarz.

Uczniowie zaczęli szeptać, a Morrison z ulgą wrócił do szeregu.

– Powiedziałem, że zobaczyłem wystarczająco – powtórzył chłodno mistrz eliksirów. – Jaki był cel tej demonstracji? Dobrał pan w parę nowicjusza z młodszym uczniem, a następnie chciał skonfrontować ich ze sobą – wyszkolonym dorosłym.

– W prawdziwym świecie nie można sobie wybierać przeciwników... – zaczął się tłumaczyć Larson, ale szybko mu przerwano.

– W prawdziwym życiu – Malfoy zrobił krok naprzód – ci uczniowie wciąż są w szkole, ucząc się magii obronnej, która nie ma nic wspólnego z klątwami, których pan naucza. Tylko w pańskim małym świecie dzieci powinny być czujne na zbliżający się atak, pomimo systemu bezpieczeństwa, którym objęty jest zamek – systemu, którego najwyraźniej jest pan częścią.

– Klub Strażników niesie pomoc uczniom, którzy za niedługo ukończą szkołę, aby zmierzyć się z terrorem, który ogarnął świat zewnętrzny! – Larson spojrzał na swoich kamratów, na co wszyscy pokiwali głowami z aprobatą, jakby była to jedyna właściwa odpowiedź.

– Och, naprawdę? – Głos profesora ociekał sarkazmem. Wskazał przypadkowego ucznia z młodszego rocznika. – Ten chłopiec jest dopiero na czwartym roku. Nie opuści Hogwartu jeszcze przez kolejne trzy lata. Czy jest sens go przygotowywać? Byłem przekonany, że Warren Waddlesworth, jak tylko zostanie wybrany, szybko zakończy tę wojnę. W przeciwieństwie do tego uczniowie są szkoleni do bitwy, która będzie odbędzie się za kilka lat? Czy Waddlesworth planuje tak późną konfrontację?

– On... Nie... Ja nie...

– Jeżeli naprawdę ma w planach podtrzymanie tej wojny na dłużej to zostaje się tylko zastanowić, dlaczego rodzice tych dzieci mieliby w ogóle zawracać sobie głowę głosowaniem na niego w wyborach! – Malfoy podniósł głos.

Larson wyglądał, jakby ktoś go spoliczkował, a szereg klubowiczów wypełnił szmer. Albus widział zamęt na ich twarzach. Nauczyciel, którego podziwiali, kłócił się z człowiekiem, który do tej pory nauczył ich wszystkiego, co widzieli o zasadach pojedynku. Gdyby równo ich szanowali, decydującym czynnikiem byłaby słuszność argumentów.

Uśmiechnął się złośliwie. Wszystko – poczynając od treści przekazywanych wiadomości, a kończąc na sposobie wypowiedzi Dracona Malfoya – było DOSKONAŁE. Larson nie miał nawet najmniejszych szans w starciu z człowiekiem, który sprawował pieczę nad wieloma rocznikami podstępnych, przebiegłych ślizgonów, którymi mógł się pochwalić.

– Ci u... uczniowie... Nie chodzi tylko o wojnę w świecie zewnętrznym! – splunął renegat, a z nerwów na skroni wyskoczyła mu żyłka. Albus nigdy nie widział go tak rozjuszonego, jak teraz. – Trzeba nauczyć młodzież właściwej obrony! Zaprzeczysz temu?

Przez szereg znowu przeszedł szmer. Wszyscy wyglądali, jakby mieli wrażenie, że przyglądają się ożywionej debacie politycznej. I, zgodnie z oczekiwaniami, Draco Malfoy bezbłędnie obalił kolejny argument oponenta.

– Mówi pan tak, jakby nie mieli odpowiednio wykwalifikowanego nauczyciela obrony przed czarną magią. Osobiście uważam, że Hugh Handit jest wspaniałym wykładowcą. Zgodzicie się ze mną? – zapytał, niby to zwracając się do wszystkich, lecz w rzeczywistości strategicznie ukierunkowując się na puchonów. Szereg zamruczał z aprobatą. Zyskawszy poparcie, odwrócił się do wściekłego Larsona. – Uczniowie wydają się lubić profesora Handita. Co więc ma pan do niego?

– Ni... nigdy nie... powiedziałem, że...

– Dlaczego uważa pan, że Hugh Handit jest złym nauczycielem?

Renegat oddychał ciężko, a ukryty pod peleryną niewidką Albus mógł się tylko z niego cicho śmiać. Draco Malfoy osiągnął mistrzostwo w przekręcaniu słów rozmówcy i konfrontowaniu go z nimi.

– Niczego takiego nie powiedziałem! – Instruktor gwałtownie odwrócił się w stronę szeregu klubowiczów, wyglądając niczym rozjuszony, gotowy do ataku drapieżnik. – Nowa lekcja! – syknął. – W zeszłym tygodniu nauczyliśmy się identyfikować sojuszników! Dziś dowiemy się jak rozpoznawać wrogów! – To powiedziawszy, rzucił się na swego rozmówcę.

Uczniowie automatycznie się cofnęli, a paru krzyknęło ze strachu. Albus od razu wiedział, do czego z desperacją dążył Larson – próbował rozerwać rękaw szaty mistrza eliksirów, aby pokazać podopiecznym wyblakły Mroczny Znak, który ujawniłby, po której stronie stał podczas poprzedniej wojny ich profesor...

– Nie! – wrzasnął Albus, po raz drugi chcąc wyskoczyć spod peleryny. Wszystkie głosy zlały się w jeden, tak więc nikt go nie usłyszał, a w ostatniej chwili powstrzymany został przez błyskawiczną reakcję opiekuna swego domu – strumień niebieskiego światła powalił Larsona na podłogę, dzięki czemu Draco Malfoy pozostał nietknięty.

Renegaci z Wybawczego Aliansu Różdżek natychmiast podbiegli do leżącego towarzysza, choć tylko niektórzy się pochylili, aby sprawdzić, w jakim jest stanie. Przez krótką chwilę ślizgon się zastanowił, dlaczego nie próbują przystąpić do ataku, ale potem spłynęło na niego olśnienie – tak naprawdę to niewiele mogli zrobić, w końcu starcie z bardziej lubianym przez uczniów nauczycielem zwyczajnie nie wchodziło w grę.

Podczas gdy Larson pieklił się na podłodze, Malfoy odwrócił się do młodzieży, która była teraz trochę rozproszona – z uporządkowanego szeregu nie zostało nic.

– Niech to będzie dla was lekcja – powiedział. – Przestrzeń osobistą innych należy szanować. I to bardzo – dodał, a następnie spojrzał na grupę renegatów. – Cóż to była za solidarność i zjednoczenie? Staliście z boku i patrzyliście, wyglądając przy tym na bandę bezradnych półgłówków. Jeszcze trochę, a zaczęlibyście się cofać.

Mężczyźni rzucili mi zjadliwe spojrzenia, ale całkowicie je zignorował. Zamiast tego skupił się znów na uczniach – wszyscy sprawiali wrażenie zaskoczonych tym, co się właśnie wydarzyło.

– Nadal chętnych zapraszam na następne spotkanie Klubu Strażników. Ostrzegam, że będę przychodził regularnie. Jeżeli chodzi o dzisiejszą lekcję – myślę, że nauczyliście się wystarczająco. Szkolenie zakończone, możecie się rozejść.

Uczniowie opuścili Wielką Salę mniejszymi grupkami, szepcząc po drodze. Nikt nie rzucił nawet spojrzenia Larsonowi, czy jakiemukolwiek innemu członkowi Wybawczego Aliansu Różdżek. Ze świadomością, że będzie musiał później prywatnie podziękować Draconowi Malfoyowi, Albus ostrożnie szturchnął szeroko uśmiechniętego Morrisona, a potem razem wyszli. Kiedy po raz ostatni chłopiec zerknął za siebie, zobaczył kilka znajomych twarzy maszerujących zaledwie parę stóp dalej. Donovan Hornsbrook wyglądał na zirytowanego, zaś Hugo Weasley miał rozdziawione usta – wszystkie znaki na niebie i ziemi jasno wskazywały na to, że miał wiele do przemyślenia.


* Żarłoczek (z ang.: guttle) – roślina wymyślona przez autora na potrzeby opowiadania

** Łamignat/Klątwa łamignata (z ang.: fracture curse) – zaklęcie wymyślone przez autora na potrzeby opowiadania. Pomysł na tłumaczenie wzięty z gry przeglądarkowej – Legenda: Wojna Smoków

*** Occuscura – zaklęcie wymyślone przez autora na potrzeby opowiadania. W oryginalnym cyklu książek klątwa oślepiająca ofiarę to Conjunctivitis (z łac.: zapalenie spojówek) – pierwszy raz zostało użyte podczas Turnieju Trójmagicznego, kiedy to Wiktor Krum chciał zdobyć złote jajo

**** Szóste piętro. Departament Transportu Magicznego. Komisja Kwalifikacyjna Teleportacji

***** Zasada ce–wu–en (z ang.: The Three D's: Destination, Determination and Deliberation) – tłumaczenie za Andrzejem Polkowskim