13. SZACUNEK


Chociaż wiedział, że chwała w gruncie rzeczy należy się Draconowi Malfoyowi, Albus nie mógł się powstrzymać od gloryfikacji własnych dokonań w ciągu najbliższych kilku dni. Z każdej strony dobiegały go słuchy o konfrontacji mistrza eliksirów z Larsonem, lecz co ważniejsze, każdy groźnie wyglądający członek Wybawczego Aliansu Różdżek patrolujący zamek, sprawiał wrażenie nabzdyczonego.

Fakt faktem, iż chłopiec nie mógł być dumny za jakąkolwiek aktywność o charakterze fizycznym – czajenie się pod peleryną niewidką i bierna obserwacja w sumie niczego nie przyniosły – ale sposób, w jaki poradzono sobie z sytuacją oraz fenomenalny wynik końcowy, sprawiały, że często się uśmiechał. Co najważniejsze, po pomoc udał się do pojedynczego nauczyciela, nie angażując w akcję panią dyrektor, dzięki czemu wszystko przebiegło sprawnie i dyskretnie oraz rozwścieczył Wybawczy Alians Różdżek, który nie będzie mógł powziąć odwetu przeciwko szkole – jakby na to nie spojrzeć, opinia i działania jednego wykładowcy nie rzutują na zarządzanie Hogwartem jako całością.

Następną nieoczekiwaną, aczkolwiek bardzo mile widzianą niespodzianką było to, że wielu uczniów, którzy wcześniej obawiali się uczęszczać na spotkania Klubu Strażników, nabrało odwagi. Ponieważ Draco Malfoy zapowiedział monitorowanie sesji treningowych, ślizgoni zainteresowali się tematem, a że było mało prawdopodobne, aby profesor pozwolił na jakąkolwiek niebezpieczną zagrywkę, zaciekawili się także wychowankowie z innych domów – naukę zaś ograniczono do właściwej pozalekcyjnej samoobrony i nie przekraczano granic. Najwspanialsze było jednak to, że Wybawczy Alians Różdżek nie mógł nic na to poradzić bez szkody dla swojej reputacji.

Co więcej, równie cudowne było to, że... Albus nie został ranny. Podszedł do problemu w sposób niekonwencjonalny – nie wpakował się w kłopoty, niczego nie spotęgował, ani nie zmartwił bliskich bardziej, niż zwykle. Po raz pierwszy w życiu pozostał ukryty pod peleryną niewidką, przymknął usta i pozwolił przejąć dorosłemu kontrolę – wyszło naprawdę spektakularnie! Przyjaciele uważali tak samo.

– Postąpiłeś słusznie, Albusie – pochwalił go Melonie Grue podczas szczególnie przyjemnej halloweenowej uczty. – Zaangażowanie taty Scorpiusa było naprawdę genialnym pomysłem!

– Zgadzam się, stary. – Morrison pokiwał głową i nałożył sobie następny kawałek ciasta dyniowego na talerz. – Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy jeszcze wcześniej? Wtedy, kiedy powiedziałem, że walnąłbym tamtych gnojków? Myślę, że udowodniłeś, że ten sposób myślenia był zły.

– Dzięki, stary. – Uśmiechnął się Albus i uniósł do góry swój kielich.

– Nie zapominajmy jednak o bohaterze, który rzeczywiście coś zrobił – skomentował Scorpius, chociaż w jego głosie nie było słychać za dużo sarkazmu. – To mój ojciec wtargnął na sesję treningową, zaryzykował własnym życiem i skutecznie zamknął głupim renegatom buzię.

– Nikt mu nie odbiera chwały – powiedział. – Naprawdę wiele mu zawdzięczamy...

Albus spojrzał na stół na podwyższeniu i skupił się na Draconie Malfoyu. Wyglądając tak samo, jak zwykle, mężczyzna, sprawiając wrażenie dość zrelaksowanego, śmiał się z jakiegoś prywatnego żartu z profesorem Handitem. Przez cały ten czas, od pamiętnej interwencji na spotkaniu Klubu Strażników, kiedy się widywali – włączając w to, oczywiście, lekcje eliksirów – nie wspominali o całym zajściu.

Nie wszyscy byli jednak zadowoleni z dramatycznych zmian w funkcjonowaniu stowarzyszenia. Jak się dowiedział z improwizowanej schadzki z Mirrą w bibliotece w środku tygodnia, osoba, której niespodziewane zaangażowanie stanowiło zapalnik akcji, wydawała się zniechęcona i przygnębiona.

– Szczerze mówiąc, mało mnie to obchodzi – oświadczył szorstko, dowiedziawszy się, że Hugo jest w złym nastroju. – Może się denerwować do woli. Najważniejsze, że nie ryzykuje co tydzień zdrowia.

– Ujada tak naprawdę na wszystkich. – Mirra machnęła różdżką nad swoimi notatkami z numerologii, żeby podkreślić co istotniejsze fragmenty. – Nawet na Rose, choć ich starcie było raczej krótkie.

– Cokolwiek – mruknął od niechcenia; nastawienie Hugona nie było dla niego tak ważne (dla reszty rodziny zapewne także), jak bezpieczeństwo. – Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego zachowuje się jak palant. Innym gryfonom nieszczególnie to przeszkadza – dodał, przypomniawszy sobie podsłuchaną w łazience dzień wcześniej rozmowę.

– Myślę, że chodzi o sposób, w jaki to wszystko się potoczyło – stwierdziła. – Mam wrażenie, że od początku nie lubił profesora Malfoya. Donny jest w pewnym sensie do niego podobny.

Albus przytaknął ze zrozumieniem. Istniały dwa różne powody nieodłącznej niechęci tych dwóch chłopców względem Dracona Malfoya. Ojciec Donovana Hornsbrooka był renegatem, a to oznaczało, że każdy, kogo można było choćby podejrzewać o sympatyzowanie z Lordem Voldemortem podczas Drugiej Wojny Czarodziejów, umknął przed sprawiedliwym sądem Wybawczego Aliansu Różdżek i zasłużył na śmierć. Co do Hugona – to trochę bardziej skomplikowane. Jako Weasley, został wychowany w tradycji niechęci do nazwiska Malfoy i chociaż Albus był pewien, że jego rodzice dawno temu zmienili zdanie w tej sprawie, młodszemu pokoleniu najprawdopodobniej przychodzi to z trudem.

Ten problem też nie był istotny. Nie zamierzał pozwolić, żeby te dwa czynniki zniweczyły jego mały triumf nad Warrenem Waddlesworthem.

– A więc jesteś ze mnie dumna? – Zmieniwszy temat, bezczelnie podparł głowę rękoma. – Za zachowanie godne grzecznego chłopca – za ukrycie się pod peleryną niewidką i zaniechanie samodzielnej walki z Wybawczym Aliansem Różdżek?

– Owszem, bardzo. Jestem też ciekawa, dlaczego dopiero niedawno odkryłeś tę taktykę oraz czy planujesz wdrożyć ją w życie w kolejnych niebezpiecznych sytuacjach.

Przewrócił oczami.

– W weekend mecz quidditcha. Sport jest całkiem niebezpieczny.

– Prawda. – Uśmiechnęła się Mirra. – Mam nadzieję, że Charliemu nic nie będzie...

– Haha, lepiej zajmij się nauką...

Znów obdarzyła go uśmiechem i wróciła do studiowania swoich notatek. Albus nie był jednak w nastroju do dalszego wertowania kartek – bez zbędnego stresu i ciążących problemów udało mu się nadrobić zaległości i chciał się najzwyczajniej w świecie zrelaksować. Odchylił się na krześle i przeciągnął. Wtem usłyszał na wpół znajomy chichot.

Rozejrzawszy się w obie strony, dostrzegł Anastasię Anifur siedzącą przy stole z rozłożonymi nań podręcznikami. Spodziewał się zobaczyć także towarzyszącego jej Scorpiusa, ale się pomylił. Chłopiec z Hufflepuffu – i najprawdopodobniej z jednego roku, oceniając po wyglądzie – siedział całkiem niedaleko. Miał ciemne włosy i w sumie przeciętną twarz, a w oczy rzucał się przede wszystkim jego haczykowaty nos. Przez chwilę Albus się przyglądał, jak puchon pochyla się ku dziewczynie i coś jej szepcze; ta znowu zachichotała.

Usiadł wygodniej na krześle.

– Znasz tamtego dzieciaka? – zapytał Mirrę, która podniosła głowę i wyciągnęła szyję, aby zobaczyć tę samą scenę.

Podczas koncentracji nieznacznie uniosła brwi.

– Kyle, szósty rok. Drugi prefekt Hufflepuffu – powiedziała zdecydowanie.

Kiedy Albus wbił wzrok w chłopca, rzeczywiście zauważył przypiętą do szaty srebrną odznakę, identyczną co Anastasia. Jak przez mgłę przypomniał sobie, że Scorpius wymienił to imię, kiedy w zeszłym roku identyfikował prefektów z innych domów, a więc dziewczyna miała rację. Szkoda, że nie wiedział, jak Kyle ma na nazwisko. Niestety, ale ledwo rozpoznawał go z widzenia oraz z zajęć. Co najgorsze, naprawdę nie miał pojęcia, czego był tu właśnie świadkiem.

– Coś więcej? – Ściszył głos.

– Nieszczególnie. – Mirra wzruszyła ramionami. – Czasem się widzimy na spotkaniach prefektów, ale nigdy ze sobą nie patrolowaliśmy i nie rozmawialiśmy. Czemu pytasz?

– Z czystej ciekawości – odpowiedział i po kilku następnych sekundach puchońskich szeptów, odwrócił od pary wzrok.


Dobry nastrój chłopca utrzymywał się przez kilka następnych dni, więc niechętnie uczestniczył we wszelkich forsownych zajęciach, czyli także w zwoływanych na ostatnią chwilę treningach. Na początku Scorpius był tym zaniepokojony, ale Albus szybko mu przypomniał, że w sumie nie będą grać przeciwko najsilniejszemu składowi Gryffindoru, bo ten pokonał ich w zeszłym roku. Jak się dowiedział zaledwie dwa dni przed meczem otwierającym sezon, Czarna Perła* kapitana Jamesa Pottera został przekazany jego ścigającemu, Rudolfowi Tabbersowi. Dotychczasowa gwiazda gryfońskiej drużyny, Finnigan, także już nie grała, tak więc największe ofensywne zagrożenie zostało wyeliminowane. Co więcej, ktokolwiek nie został nowym szukającym, nie mógł mieć na swoim koncie więcej niż kilka miesięcy ćwiczeń.

– Nie możemy się spodziewać, że tak po prostu się prześlizgniemy – powiedział protekcjonalnie przyjaciel.

– Oczywiście, że się nie spodziewam! – zaprotestował. – Jestem prawie pewien...

Chełpliwość nie opuszczała go aż do rana dnia rozgrywki. Piątego listopada szkoła tętniła podnieceniem, ponieważ po ukończeniu nauki przez Jamesa, ślizgoni stali się faworytami.

– Wiecie, że wszyscy mają nadzieję, że zostaniecie zmiażdżeni w pierwszym meczu, prawda? – Uśmiechnął się Morrison.

Na śniadanie zeszli wcześnie. Albus był podekscytowany i dobrze wypoczęty. Ostatnie dni prywatnej nirwany podbudowały jego ducha rywalizacji.

– Coś jeszcze? – zapytali jednocześnie chłopcy, a w międzyczasie brunet nakładał sobie bekonu na talerz.

– Cóż, w tym roku będzie naprawdę kiepsko – oświadczył beznamiętnie przyjaciel. – Nigdy nie byłeś mniej lubiany, stary.

Albus, do którego skierowane było to stwierdzenie, odwrócił wzrok, nie chcąc odpowiedzieć.

– Scorpius z kolei otrzyma wsparcie przez wzgląd na swojego tatę. – Melonie przyszła z pomocą. – Układ się wyrównuje.

Malfoy obdarzył dziewczynę szerokim uśmiechem i akurat ten moment wybrała sobie drużyna Gryffindoru na wejście do Wielkiej Sali, w której rozległy się oklaski. Brunet ze spokojem przyglądał się przedstawieniu. Nie zobaczył dużo, ale zdołał wypatrzeć nowego szukającego. Ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu chłopiec sprawiał wrażenie młodego – był może na drugim, trzecim roku. Wyglądał na delikatnego i kruchego, a co za tym idzie, na szybkiego. Wszystko wskazywało na to, że nowa gryfońska drużyna zdecydowała się na podejście do tematu z innej perspektywy aniżeli James, który był zarówno szczupły, jak i umięśniony.

Albus odwrócił głowę, bagatelizując nowo zdobyte informacje. Jego własny zespół – większość zabrała się za pałaszowanie śniadania – wyglądał na opanowanego, z wyjątkiem wyniosłego Lucasa Strossena, który sprawiał wrażenie troszkę zdenerwowanego. Najprawdopodobniej uważał, że dzisiejsze wystąpienie, biorąc pod uwagę przeszłe incydenty, ugruntuje, albo wręcz przeciwnie, jego pozycję w drużynie. Kapitan nie mógł jednak powiedzieć mu nic uspokajającego – w końcu miał rację.

– Zapowiada się wspaniały dzień. – Scorpius wbił wzrok na zaczarowany sufit, który przedstawiał całkowicie czyste niebo. Albus miał zamiar powiedzieć, że dobrze się składa, bo nie lubi grać w deszczowe, mgliste dni, ale wtem Wielką Salę wypełniło trzepotanie ptasich skrzydeł.

Przybyła poczta.

Nie był to codzienny widok, bo wiele sów przynosiło TYGODNIK WAR – a to dziwne, gdyż kilka dni temu świat ujrzało najnowsze wydanie. Jaka wiadomość była na tyle ważna, że nie mogła zaczekać do następnego planowanego druku?

I wtedy sobie przypomniał. Ciocia Hermiona ostrzegała go przecież, że wkrótce wydarzy się coś wielkiego...

Żołądek Albusa zacisnął się w supeł, kiedy próbował opanować wszechogarniającą panikę. Nawet jeżeli wieści dotyczą Sebastiana Darvy'ego, istniało prawdopodobieństwo, że nie będą miały na niego bezpośredniego wpływu...

W chwili, gdy spadła pierwsza gazeta, Wielką Salę ogarnął zamęt. Wszyscy nauczyciele wstali i zaczęli krążyć po komnacie, żeby albo zobaczyć na własne oczy, co jest napisane w tygodniku, albo żeby przywrócić porządek wśród uczniów. Stojący na straży członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek także próbowali uspokoić młodzież, ale byli przy tym bardzo niezorganizowani i chaotyczni. Zrolowane gazety co rusz spadały na cztery stoły, a gdy zaczął się ostrzał Slytherinu, nawet Albus złapał jedno wydanie, chociaż do niego nie należało.

Nikogo to jednak nie obchodziło – wielu uczniów głośno dyskutowało, a ślizgon zauważył, że hałaśliwej scenie nie towarzyszył strach, jak początkowo sądził, a zmieszanie.

Powoli rozwinął pergamin, podczas gdy Scorpius zaglądał mu przez ramię, a Morrison i Melonie pochylali się nad stołem, żeby także móc poczytać. Ich oczom ukazała się ciemna, złowieszcza fotografia. Albus w pierwszej kolejności skupił się na wysokiej, złowrogiej fasadzie więzienia, a dopiero potem zwrócił uwagę na grube czarne litery tytułu wydania.

PRAWA RĘKA ŚMIERCI DOSTRZEŻONY NA WYSPIE AZKABAN!

Z trudem przełknął gulę w gardle. Wszyscy zgromadzeni wokół niego sapnęli, zaintrygowani, ale nie odwrócił wzroku od poruszającego się obrazu – ciemna, pionowa budowla wydawała się wyrastać z papieru. I chociaż w większości otaczała ją woda, wyraźnie widać było, że stoi pośrodku małej wyspy, która nikła na tle przeogromnej dominującej fortecy.

– Na wyspie? Jak duże jest to miejsce? – Morrison był szczerze zdumiony. – Myślałem, że więzienie postawiono na stosie kamieni!

– Więzienie wybudowano na całkiem sporej wyspie – powiedział rzeczowym tonem Scorpius, również skupiony na fotografii. – Spotkałem kogoś, kto tam niegdyś był – dodał celem wyjaśnienia.

Albus wpatrywał się w zdjęcie i z lekko otwartymi ustami dodawał dwa do dwóch. Tam, na skrawku ziemi, ledwo widocznym u podstawy mocarnej fortecy, był Sebastian Darvy, a zaledwie centymetr dalej – w miejscu, w które wskazywał opuszkiem palca – więziony był Harry Potter. Tych dwóch mężczyzn dzieliła zaledwie mila.

– Czytasz artykuł, stary? – zapytał Scorpius.

Albus w odpowiedzi pokręcił przecząco głową, ale zaraz potem się za to zabrał. Zdarzało się, że z oszołomienia niektóre zdania musiał dwukrotnie studiować.

Czarodziejski świat doszły słuchy, iż Prawa Ręka Śmierci – którego ostatnie miejsce zamieszkania zostało potwierdzone jako Irlandia – został zauważony na wyspie otaczającej niesławne więzienie, Azkaban. Za podejrzeniami opowiadały się wykryte naruszenia barier i uroków ochronnych nałożonych na otaczający teren. Obecność tę potwierdzono natychmiast, kiedy patrolujący strażnik znalazł porzuconą maskę członka Diablego Aliansu.

Choć niemożliwe jest ustalenie, od jak dawna nieprzyjaciel znajdował się w pobliżu, strażnik złożył oświadczenie, że w grę wchodzą nawet długie tygodnie.

Wiele osób nie pojmuje, jak wielka i rozległa jest wyspa", mówi, pragnąc pozostać anonimowy. „Prócz więzienia, mieści się na niej też ogromne cmentarzysko dla więźniów, którzy tu umierają, a także połacie bujnej roślinności, która sprzyjała niegdyś patrolującym okolicę twierdzy dementorom. To bardzo, bardzo duży teren, o którym często się zapomina przez wzgląd na charakter samego więzienia".

Inny strażnik, który również chciał pozostać anonimowy, uznał, że to mało prawdopodobne, aby na wyspie ukrywał się cały Diabli Alians. Podał też w wątpliwość czas wyczekiwania.

Okoliczna wyspa nie nadaje się do zamieszkania, w każdym tego słowa znaczeniu", mówi wyłącznie dla TYGODNIKA WAR. „Ilość zastosowanych wokół więzienia środków ochronnych jest oszałamiająca i znacznie wybiega poza zakres kontroli nawet Ministerstwa Magii. Cokolwiek planuje tutaj Prawa Ręka Śmierci, będzie działał szybko. I chociaż wyspa rzeczywiście jest duża, to absolutnie niemożliwe, aby pomieściła wszystkich nieprzyjaciół – najprawdopodobniej w ukryciu pozostaje zaledwie kilku".

Domniemania na temat powodów przybycia Prawej Ręki Śmierci na wyspę na Morzu Północnym różnią się w zależności od pytanego. Golden Gronk, członek Wizengamotu, niniejszym podał prasie wspólne oświadczenie.

W Azkabanie przetrzymywanych jest ponad trzy czwarte więźniów z czasów Drugiej Wojny Czarodziejów. Diabli Alians, choć liczebny, to pestka w porównaniu do armii, jaką stanowili niegdyś śmierciożercy. Nie mam żadnych wątpliwości, że Prawa Ręka Śmierci ma nadzieje na rozpoczęcie ataku na Azkaban – najpewniej chce w dramatyczny sposób zwiększyć liczbę swoich zwolenników".

Zapytany o to, czy Ministerstwo Magii zrobi cokolwiek w związku z domniemanym atakiem, Gronk odmówił komentarza, powołując się na bezpieczeństwo zapewniane przed Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów oraz na daremność natarcia i jego powody.

Prawa Ręka Śmierci nie ma żadnych szans na sforsowanie murów Azkabanu – NAJMNIEJSZYCH. Im głębiej penetruje się wyspę, tym niebezpieczniejsza się staje, a Diabli Alians niczego nie dowiódł, obozując na obrzeżach. Potworności, które czekają w środku, są niezgłębione dla każdego, kto nie jest z nimi zaznajomiony. Podkreślam, że Prawa Ręka Śmierci dokonał niemożliwego – pobił sam siebie w tej głupiej próbie. W ciągu następnych dwóch tygodni strażnicy więzienni odnajdą fragmenty jego ciała, a także jego wyznawców, rozrzucone najpewniej po całej wyspie. A nawet gdyby jakimś cudem udało im się dotrzeć do fortecy, to jest ona absolutnie niemożliwe do zdobycia. Tylko członkowie Ministerstwa Magii, którym zostały przypisane dodatkowe uprawnienia w postaci rzadkich wizytacji, mogą przekroczyć próg więzienia – jest tylko jedna droga. Idea szturmowania Azkabanu jest po prostu śmieszna".

Z tych samych powodów oddziały dobrze wyszkolonych aurorów nie mogą przeszukać wyspy.

Wysyłanie ludzi na poszukiwania Diablego Aliansu jest niczym innym jak skazywaniem ich na śmierć", twierdzi Gronk. „Wiele części wyspy zaprojektowano wyłącznie w celach obronnych – do natychmiastowej eliminacji napastników, którzy próbowaliby się nieproszeni wedrzeć bądź opuścić teren. Do twierdzy więziennej prowadzi tylko kilka szlaków, a i one nie nadają się do samodzielnej podróży bez wsparcia doświadczonego mentora. Największym zagrożeniem, z którym mierzy się teraz Prawa Ręka Śmierci, jest jego własna zuchwałość".

Warren Waddlesworth, kandydat na Ministra Magii i lider Wybawczego Aliansu Różdżek, także przychylił się do wniosku, iż natura wyspy nie pozwoli na dłuższe obozowanie Prawej Ręki Śmierci. W przeciwieństwie jednak do Gronka głęboko wierzy, że istnieje ważny powód, dla którego Diabli Alians zdecydował się na ten krok.

Sebastian Darvy jest przerażony", mówi podczas weekendowego wywiadu. „Jego ostatnia próba zabicia mnie zakończyła się niepowodzeniem, a wraz ze zbliżającą się datą wyborów zrozumiał, że kończy mu się czas – dni jego podwładnych, zniedołężniałej bandy terrorystów, są policzone. Teraz razem z kilkoma zaufanymi poplecznikami się wycofuje, wykorzystując specyfikę terenu dla własnej ochrony. Oczywiście, zawiedzie i zostanie postawiony przed wymiarem sprawiedliwości. Dopilnuję, aby nie opuścił wyspy".

Albus pozwolił stronie wysunąć się spomiędzy palców i poddał się wszechobecnej kakofonii. Nie potrafił zrozumieć wypowiadanych zdań, a także nawoływań przyjaciół, którzy próbowali wyrwać go z otępienia.

Niedobrze. Okropnie, wręcz tragicznie. Zarówno Ministerstwo Magii, jak i Wybawczy Alians Różdżek znów się pomylili. Nie mieli najmniejszego pojęcia, co się wokół nich dzieje... Nie byli w stanie zrozumieć niebezpieczeństwa, w którym znalazł się Harry Potter.

Wstał tak szybko, że aż obił sobie kolana o brzeg stołu. Niezdolny do odczuwania bólu, wyrwawszy się z rąk przyjaciół, pognał poprzez tłum uczniów wprost do gigantycznych wrót Wielkiej Sali. W biegu usłyszał, jak ktoś woła jego imię – najprawdopodobniej był to Draco Malfoy – ale się nie zatrzymał. Ślizgając się, przyhamował, gdyż prawie minął miejsce, w które pragnął się udać – łazienkę na pierwszym piętrze. Z trudem łapiąc powietrze, poświęcił sekundę, aby spojrzeć na białe, czyste kafelki i wiszące nad nimi małe migoczące lampki, a następnie pochylił się nad najbliższą umywalką i zwrócił zjedzone wcześniej śniadanie.

Silniejsza fala mdłości, najpewniej z zamiarem udławienia go, powaliła na kolana. Nawet nie zarejestrował, kiedy zaczął wymiotować żółcią, gdyż zacisnął mocno oczy, a myśli rozsadzały mu głowę.

Spełniły się przepowiednie taty. Darvy zrealizował ostatni krok w kierunku zakończenia wojny. Do tej pory szukał on miejsca do stworzenia swojej armii, wylęgarni nie do pokonania okrutnych stworzeń, które Albus niegdyś widział na własne oczy – i w końcu mu się to udało. Ciągła tułaczka po świecie miała na celu zmylenie przeciwników i uniemożliwienie odgadnięcia prawdziwych zamiarów. Teraz jednak się zadomowił.

Wyglądało na to, że zdecydował się na najlepsze możliwe miejsce. Otaczająca więzienie wyspa nie mogła zostać naruszona nawet przez stwórców zabezpieczeń – co więcej, stroniło od niej także nawet Ministerstwo Magii. Podczas procesu tworzenia armii Darvy zyskał nie tylko niczym niezakłócony spokój, ale też ochronę; zyskał ustronne, odcięte od świata miejsce, w którym mógł zaplanować atak. Co do więziennej fortecy... Azkaban, rzeczywiście, w normalnych warunkach byłby niemożliwy do zdobycia, ale dla armii siluet to nic trudnego. Praktycznie z dnia na dzień, przystąpiwszy do ataku, Azkaban mógł zostać przekształcony w siedzibę operacyjną Diablego Aliansu oraz osobistą posiadłość Sebastiana Darvy'ego – prywatną twierdzę, strzeżoną zarówno przez ministerialne zabezpieczenia i uroki ochronne, jak i przez armię nieludzkich bestii, prawdziwą twierdzę umarłych.

Co do odsiadujących tam wyroki więźniów – cóż, były tylko dwie możliwości: albo złożą przysięgę wierności, albo zostaną straceni. Bez cienia wątpliwości tata zdecyduje się na opcję numer dwa...

Czy on w ogóle był świadomy tego, co się wydarzyło? Jak wielkie były szanse, że przetrzymywani czarodzieje mogą mieć wgląd w najnowsze wydanie TYGODNIKA WAR ? Czy zostali poinformowani o obecności Darvy'ego na wyspie – niedaleko miejsca, w którym przebywali? Nie, najprawdopodobniej nie. Wyznanie więźniom prawdy tylko by ich rozjuszyło i podekscytowało wizją ewentualnego zbliżającego się wybawienia. Wszystko sprowadzało się do jednego: niczego nieświadomy tata siedział w swojej celi i czekał na śmierć, nawet nie wiedząc, że ta nadchodzi...

Ponownie wstrząsnęły nim torsje, a twarz zlał pot. Trochę się pozbierawszy, odkręcił kurek i opróżnił zlew. Spryskał buzię, desperacko chcąc się ochłodzić, gdyż stał w płomieniach. Był zbyt słaby, aby podźwignąć się do pionu. Akceptacja nieuchronnej śmierci ojca uniemożliwiła mu zrobienie czegokolwiek innego, jak zwinięcie się w kłębek. Ta nieoczekiwana choroba przejęła nad nim władzę – nad jego ciałem i duszą – a najgorsze w niej było to, że Albus wiedział, że nie ma ona nic wspólnego z koszmarem; była realna i przejmująca...

Został podźwignięty przez dwie pary ramion – jedną silniejszą od drugiej. Z trudem, na trzęsących się nogach, odwrócił się, żeby zobaczyć za to odpowiedzialnych. Nie, żeby było to nawet konieczne.

– Wiem, o czym teraz myślisz, stary. – Scorpius był bardzo blady, nawet bardziej niż zazwyczaj. Obok niego stał Morrison, sprawiając wrażenie niemożliwie wręcz spiętego.

– Nie. Nie wiesz – odpowiedział drżącym głosem. – Nie masz pojęcia...

Vincent sięgnął do podajnika ręczników i urwał kilka listków papieru, które podał przyjacielowi bez słowa. Albus, wszystkiego świadomy, wytarł usta z obrzydliwego płynu i ponownie wbił w Scorpiusa wzrok.

– Uważasz, że twój tata ma kłopoty...

– Ha! Trochę racji, stary!

– ...i zadręczasz się, że to twoja wina, że w ogóle się tam znalazł.

Albus zlodowaciał. W swoich rozmyślaniach jeszcze nie dotarł do tej części. Bliski upadku, oparł się dłońmi o podajnik papieru.

– Nic z tego nie jest prawdą, stary – podsumował Scorpius.

– Nie wierz tej śmieciowej gazecie! – wydusił. – Nie mają pojęcia, co się dzieje. Nie znają planów Darvy'ego, nie wiedzą o Zasłonie Skazańca, o czym nie wiedzą...

– To nie ma znaczenia! – odparował blondyn. – Zrozum. Według nich Darvy jest na wyspie od tygodni. Czy się z tym zgadzasz?

– Zgaduję, że...

– I jeszcze się nic nie wydarzyło – kontynuował Malfoy, a stojący obok Morrison z zapałem pokiwał głową.

– No właśnie, jeszcze!

– Ech. Powiedz, co twoim zdaniem zrobi Darvy? – zapytał Vincent.

– Tworzy armię...

– Ach, tak? – Morrison uniósł brwi.

– No przecież sam widziałeś! – ryknął Albus. – Widziałeś te... te stwory... te ohydne szkielety, które nas zaatakowały! A teraz Darvy ma jeszcze jakieś konie i inne im podobne...!

– Nie uważasz, że zostałoby to zauważone? – Głos Scorpiusa był ostry. – Jeżeli duża grupa Diablego Aliansu nie może się tam ukryć, to dlaczego sądzić że tym rzeczom się to uda? Owszem, Darvy mógł spróbować stworzyć sobie tam armię, ale zawiódł. Gdyby odniósł sukces, Azkaban zostałby dawno spenetrowany!

Albus spojrzał na przyjaciół. Wiedział, że tonący chwyta się brzytwy – że chłopcy robili wszystko, żeby odciążyć mu głowę. Z jednej strony miał doskonałe przeciwwagi dla podniesionych dziś argumentów. Z jakiegoś powodu Darvy mógł odwlekać proces wylęgania. Może wdrażał go w życie teraz, kiedy tu rozmawiali, albo może po prostu potrzebował więcej czasu na przygotowania? Jak długo trzeba w ogóle czekać, aby Zasłona Skazańca zadziałała? Darvy mógł po prostu zwolnić tempo. Jakby na to nie patrzeć, Ares potrafił stworzyć te stwory nawet bez pomocy tego artefaktu, więc wszystko wskazuje na to, że Zasłona jest metodą na przyspieszenie... ale do jakiego stopnia?

Z drugiej zaś strony nie miało to większego znaczenia.

– Kiedy Darvy wciąż tam jest i nikt z tym nic nie robi! – sapnął. – Powiedzmy, że rzeczywiście trafił na jakąś przeszkodę – może siluety są trudniejsze w... masowej produkcji – ale nadal się dzieje, prawda? I co? Jeśli mój tata jutro nie umrze, czy za miesiąc będzie lepszym terminem?

– Cóż, w zasadzie to musi wytrzymać tylko do grudnia – powiedział Morrison, na co Scorpius rzucił mu twarde spojrzenie.

– Co masz na myśli? – zapytał szybko Albus. Co się wtedy wydarzy? Czy nie doczytał czegoś w końcowych akapitach artykułu?

Malfoy pospieszył z wyjaśnieniami.

– Morrison uważa, że nikt nie ma lepszej szansy na powstrzymanie Darvy'ego niż Warren Waddlesworth – stwierdził z wahaniem. – Wybawczy Alians Różdżek praktycznie ma wszystko w garści, a kiedy zakończą się wybory, Waddlesworth może być w stanie zakończyć tę wojnę, zanim tamten utworzy armię lub zanim zinfiltruje Azkaban...

– Nie! Nic nie rozumiecie? Waddlesworth nie jest w ogóle przydatny! – Albus był zdumiony ignorancją przyjaciół. – Darvy chce mieć gotową armię właśnie na te wybory – aż nie może się doczekać walki! Jeżeli już, to ostateczny termin! Do czasu wybrania nowego Ministra Magii z pewnością zaatakuje Azkaban!

– Cóż, może wtedy twojego taty już tam nie będzie! – Morrison w obronnym geście wyrzucił przez siebie ręce.

Scorpius jęknął, podczas gdy Albus rzucił Vincentowi pytające spojrzenie.

– Co takiego?

– Harry Potter jest niewinny. – Ślizgon nie zmienił postawy. – Może wcześniej... jego imię zostanie oczyszczone? Może twoja rodzina wystąpi naprzód i powie czarodziejskiemu światu, co tak naprawdę się wydarzyło?

– Przymknij jadaczkę, Morrison! – Malfoy zganił przyjaciela, a potem odwrócił się do Albusa. – Słuchaj, stary. Wiem, że dużo się teraz dzieje, ale musimy iść.

– Hm? A gdzie? – Brunet wciąż był rozkojarzony linią obrony Morrisona.

– Mamy mecz do rozegrania.

Vincent ograniczył się do wzdrygnięcia, podczas gdy Albus tylko się rozeźlił.

– Słucham? Mecz? – wyszeptał, wściekły. – Po tym wszystkim, co właśnie powiedzieliśmy, nadal martwisz się... o quidditcha? Na głowę upadłeś?

Scorpius westchnął.

– Sterczenie tutaj nic nie wskóra, stary. Ta sprawa dawno wymknęła ci się z rąk. Już ustaliliśmy, że Darvy dziś nie zaatakuje, a ty masz grę do poprowadzenia.

Albusowi opadła szczęka.

– Sam to powiedziałeś, drużyna ma pierwszeństwo! Im szybciej złapiesz znicza, tym prędzej będziemy mogli do tej sprawy wrócić – dodał blondyn. – Nie możesz się pokazać w takim stanie. Nie możesz pokazać ludziom, że nie wytrzymałeś i pękłeś. Nie, żeby coś...

– W porządku – stwierdził ponuro. – Chodźmy.

– Śniadanie się jeszcze nie skończyło – przypomniał cicho Morrison.

– Dla mnie tak. – Wbił wzrok w poplamioną umywalkę.

Dziesięć minut później Albus i Scorpius znaleźli się w szatni.

– Jak się czujesz? – zagaił blondyn, przechadzając się w tę i z powrotem.

– Cudnie. – Potter wystrzelił z ławki. Nie przeszkadzało mu, że niechlujnie się ubrał. – Umysł mam czysty, co niebo na zewnątrz – dodał z udawaną radością.

– Miałem na myśli twoją kondycję fizyczną. Nadal masz ochotę wymiotować?

– Nie, wyrzuciłem już z siebie wszystko, co mogłem – odpowiedział zgodnie z prawdą. Jego żołądek, mimo że nadal odczuwał lekkie mdłości, był opróżniony i nie groził atakiem z zaskoczenia. Chociaż wciąż czuł się, niczym w letargu, mózg przestał mu się gotować.

Niedługo potem reszta zespołu zeszła do szatni, gdzie dyskutowali o pierdołach. Artykuł z TYGODNIKA WAR stał się częścią przeszłości. Uczniowie wyczerpali temat przy śniadaniu i teraz nie było o czym dyskutować – Azkaban był już starą wiadomością. Co z tego, że życie ojca ich kapitana było zagrożone? Nic ich to nie obchodziło...

Albus nie był w nastroju do wygłaszania entuzjastycznych przemówień, więc Scorpius przejął kontrolę, tłumacząc drużynie, że szukający pogrążył się w głębokiej medytacji i że dopóki gra się nie rozpocznie, absolutnie nie wolno mu przeszkadzać. Brunet na wpół słuchał, zauważając, że przyjaciel posługiwał się słowami, których on sam nawet nie znał. Nawet mając w głowie obraz Azkabanu, nie mógł powstrzymać się od myśli, że gdyby Scorpius był w zespole w czasach, kiedy liderem był Atticus, to on zostałby kapitanem...

Do rzeczywistości przywróciły go dopiero wiwaty dobiegające z trybun. Wciąż lekko spocony, trzęsący się i wciąż rozmyślający o losie taty, został szturchnięty do przodu przez ślizgońskiego obrońcę i zrozumiał, że nadszedł czas, aby rozegrać mecz.

Przygotowując się do wejścia na boisko, ustawiając się w kolejce, zespół wciąż ze sobą rozmawiał – nawet Lucas Strossen wyglądał na podekscytowanego. Usłyszawszy wywoływanie nazwisk, powoli opuścili szatnię.

Pole widzenia Albusa wypełniła zaskakująca ilość światła słonecznego, dzięki czemu chłopiec zrozumiał, że znajduje się na otwartej przestrzeni, z której nie ma już możliwości powrotu, energicznie maszerując na środek boiska. Chciał tylko przebrnąć przez tę bezsensowną grę, aby potem móc zaszyć się w dormitorium.

Wbrew wszystkiemu buczenie na widowni przypomniało mu o tym, kto siedzi na trybunach. Z niecierpliwością wbił wzrok w miejsca przeznaczone dla gryfonów. Natychmiast odnalazł wśród nich Mirrę, która jako jedna z nielicznych milczała. Wyglądała na zaniepokojoną i zmartwioną, a jej szare oczy wpatrywały się w niego z czymś, co przypominało tęsknotę. Wiedział dokładnie, co chodzi jej po głowie. Wiedziała, przez co przechodzi i nie chciała, aby grał w quidditcha. Marzyła, żeby w jej ramionach znalazł ukojenie. Kilka miejsc poniżej siedziała Rose. Na twarzy kuzynki również odbijała się gama emocji – także wydawała się niespokojna, ale nie w tym samym sensie co Mirra. Po jej minie można było stwierdzić, że po prostu miała nadzieję, że wszystko z nim w porządku, ale mimo okoliczności, nie zamierzała szybko się do niego odezwać.

Potrząsnął głową, żeby wyrwać się z oszołomienia.

– Zachowaj czujność, stary. – Scorpius stał tuż za nim. – Poprawi ci się, kiedy już wzbijesz się w powietrze.

Albus chrząknął na znak, że przyjął do wiadomości i zatrzymał się na środku boiska dokładnie naprzeciwko Rudolfa Tabbersa, który posłał mu groźne spojrzenie, którego najzwyczajniej nie miał ochoty odwzajemnić. Kim był ten nijaki, szary człowiek, by w ogóle rozważyć darzenie go niechęcią, mając ważniejsze sprawy na głowie?

– Niech kapitanowie uścisną sobie ręce! – ryknął pan Wood, a ślizgon posłusznie wyciągnął przed siebie dłoń. Tabbers natychmiast ją pochwycił i niepotrzebnie mocno ścisnął, ale Albus nie zwrócił na to większej uwagi. Zamiast tego spojrzał na trybuny Slytherinu. Nie potrafił zlokalizować Morrisona i Melonie, ale za to skrzyżował spojrzenie z Draconem Malfoyem – było całkowicie nieprzeniknione, więc postanowił je odwzajemnić.

Gdy zabrzmiał gwizdek, chłopiec, w pełni na to przygotowany, natychmiast wzbił się w powietrze. Komentator – w tym roku nieznany mu uczeń – rozpoczął od szczegółowej analizy obu drużyn, ale w połączeniu ze świstem powietrza, odgłosami z widowni i obrazem Harry'ego Pottera w głowie, jego słowa brzmiały podobnie do bezsensownego bełkotu. Ze zdziwieniem odkrył, że przebywanie w powietrzu rzeczywiście go odpręża. Niestety, chwila relaksu pozwoliła mu popłynąć myślami do wszystkiego, czego nauczył się w ciągu ostatniej godziny. Zastanowił się nad zapewnieniem Waddleswortha.

„Dopilnuję, aby nie opuścił wyspy".

Oczywiście. Darvy nie miał powodu, żeby odejść – był dokładnie w miejscu, w którym pragnął być. Albus skupiał się na bezpieczeństwie taty, ale plan Prawej Ręki Śmierci w ogóle wokół niego nie krążył. Czy mężczyzna był świadomy, że Harry Potter był w zasięgu jego ręki? Czy się tym interesował, czy też podchodził do niego, jak do każdego innego więźnia?

– Pałkarze Pottera są w formie! – zagrzmiał komentator, który – sądząc po barwie głosu – mógł być uczniem siódmego roku. – Już dwukrotnie go ochronili!

Ślizgon odwrócił się w lewo i zobaczył, że sapiący Strossen unosił się niedaleko.

– Skup się! – warknął, a Albus skinął głową.

Lecąc jeszcze wyżej, próbował wejść w rolę i zagłębić się w grze, zapoznając się z sytuacją. Najpierw zlokalizował swego rywala, gryfońskiego szukającego, a następnie zdecydował się co do strategii – postawi dziś na defensywę.

Co w przypadku, gdy zabezpieczenia Azkabanu rzeczywiście się sprawdzą? Tamten członek Wizengamotu stwierdził, że w ciągu kilku tygodni Darvy zginie przez własną ignorancję. Czy to możliwe, że rozmyślając nad tym wszystkim, chłopiec nie docenił ochrony więzienia i wyspy? Czy ojciec zawsze mu nie powtarzał, że wraz z Gringottem i Hogwartem, Azkaban jest najsilniej ufortyfikowanym miejscem w czarodziejskim świecie? Do banku przecież nigdy się nie włamano, prawda?

– Slytherin przejmuje prowadzenie! – Komentator musiał przekrzyczeć buczenie dobiegające z trybun. – Malfoy znów obrania strzał i dodatkowo zapewnia ścigającym dobre pozycje. Winkly strzela! Dziesięć do zera dla Slytherinu!

Albus wznowił skanowanie wzrokiem nieba w poszukiwaniu wątłego, bezimiennego szukającego z Gryffindoru. Wypatrzył go prawie od razu, śmigającego blisko ziemi, próbującego pozostać poza grą, by zająć się tylko i wyłącznie złapaniem złotego znicza.

– Malfoy znowu obronił!

Albus zerknął na Scorpiusa, który sprawiał wrażenie pewnego siebie, ale także jednocześnie lekko rozkojarzonego. Chłopiec co chwilę przerzucał spojrzenie ze ślizgońskich trybun, gdzie siedział jego ojciec, na puchońskie, gdzie ulokowała się jego dziewczyna – na całe szczęście jej dopingujące krzyki ginęły wśród ogólnego rozgardiaszu.

Brunet obniżył lot i ograniczył ruch do wychylania się do przodu, aby zorientować się w sytuacji – być może znicz fruwa sobie pośród tłuczków.

Czy Wybawczy Alians Różdżek naprawdę był najlepszą z możliwych opcją? Czy w kwestii pokonania Darvy'ego i ochrony Azkabanu naprawdę musiał na nich liczyć? Scorpius powiedział, że WAR ma nad wszystkim kontrolę... więc dlaczego nie mogli wykonać swojego ruchu? Po co w ogóle czekać, aż Waddlesworth wygra wybory?

Z drugiej zaś strony: co innego im pozostało? Zapolować na Prawą Rękę Śmierci, aby ocalić jednego więźnia?

Niewinnego więźnia. Morrison miał rację. Za zwolnieniem z aresztu Harry'ego Pottera przemawiały silne argumenty. Gdyby tylko ludzie wiedzieli... Gdyby tylko wiedzieli, że tym, który powinien gnić w Azkabanie i czekać na śmierć jest Fairhart... Niestety, Vincent był naiwny, z góry zakładając, że rodzina Albusa posunie się do wszystkiego. Klan Potterów podporządkowany był swemu patriarsze – mężczyźnie, który pragnął ukryć straszliwą tajemnicę, aby ochronić dziecko...

Nadal – Wybawczy Alians Różdżek przejął kontrolę. Gdyby poznał prawdę, że Harry Potter jest niewinny zarzucanego mu czynu... nie miałoby to większego znaczenia, ponieważ nie dbał on o takie szczegóły. Waddlesworthowi nie zależało, tak więc i jego organizacji także. No chyba, że Albus odpowiednio by mu to rozrysował...

W piersi zapłonął mu ognik podobny do płomienia nadziei, ale zanim zdążył się bardziej zaangażować, usłyszał ryk tłumu. Spojrzał w dół i zobaczył, że w sumie to miał rację: złoty znicz rzeczywiście unosił się w powietrzu pośród ścigających, w samym środku akcji. Niestety, szukający Gryffindoru był od niego zaledwie o cal.

Natychmiast zanurkował, ale rozrywające bębenki w uszach wrzaski podpowiedziały mu, że się spóźnił. Zdążył jeszcze zarejestrować, że Tiffani Garrett próbuje szarakowi przeszkodzić, ale było już za późno – gryfon złapał znicz.

– ZWYCIĘŻA GRYFFINDOR! STO PIĘĆDZIESIĄT DO DZIESIĘCIU! – Komentator chciał sobie zedrzeć gardło. – Wspaniały, szybki start dla Gryffindoru! Potter wyraźnie błądził myślami. W ogóle nie wyglądał, jakby skupiał się na grze!

Ślizgon miał zamiar rzucić koledze pogardliwe spojrzenie, ale zamiast tego podłapał wzrok Scorpiusa, który za ten czas zdążył wylądować i z furii cisnął miotłę na ziemię. Malfoy przegrał zarówno na oczach swojego taty, jak i ukochanej dziewczyny.

Dziesięć minut później Albus zrobił dokładnie to, co sobie zaplanował, czyli zaszył się w dormitorium. Po drodze nie wdawał się z nikim w dyskusje – nie odezwał się ani do drużyny, która zapewne była rozczarowana i zdezorientowana jego zachowaniem, ani do Scorpiusa, który najprawdopodobniej był zwyczajnie na niego wściekły, a tym bardziej do Mirry, która wyglądała, jakby chciała mu potowarzyszyć. Mimo że było zaledwie popołudnie, wyciągnął się na łóżku. Nieudany mecz quidditcha znalazł się na samym końcu listy spraw, które chodziły mu po głowie.

Jakim cudem wczoraj był w tak dobrym humorze? Mały triumf nad Klubem Strażników okazał się, dosłownie, mały. Właściwie to nie miał żadnego znaczenia, bo w finalnym rozrachunku to nie Wybawczy Alians Różdżek był w tym starciu przeciwnikiem. Co prawda, nie należeli do grona sojuszników, aczkolwiek opowiadali się przeciwko Darvy'emu... i mogli czynić rzeczy, których Albus nie mógł. W rzeczywistości Warren Waddlesworth był nieoficjalnym Ministrem Magii, a to oznaczało, że miał siłę, aby wydostać Harry'ego Pottera z Azkabanu.

W przyszłym tygodniu szkoła organizuje wycieczkę do Hogsmeade, czyli będzie się mógł wybrać do ich kwatery głównej.

Wiedział, że pozornie wydawało się to głupie – wiedział, że ten krok stoi w sprzeczności z tą częścią swojej osobowości, którą stłamsił i tym samym pozwolił, aby dorośli przejęli stery – ale stawka była nadzwyczaj wysoka. Nikt nie zamierzał pomóc Harry'emu Potterowi, albo dlatego, że tata był temu przeciwny, albo dlatego, że nikt nie widział w tym dobrego interesu. Albus nie zamierzał się miotać i po prostu na to pozwolić. Za tydzień będzie miał okazję zobaczyć się z Waddlesworthem na osobności i poprosić go – zażądać – pomocy. Miał okazję uczynić coś, co odmieni losy wojny.

Więc zrób to, wymruczał głos w głowie.

– Zrobię – wyszeptał, przerywając panującą w dormitorium ciszę.

Przeturlał się na wznak i właśnie wtedy przeszył go przeszywający ból obejmujący okolicę oczu. Przez jedną, krótką sekundę widział pokój w złotej barwie. Mimowolnie pomyślał o Sebastianie Darvym i uzmysłowił sobie, że wszystko zależy od tego, czym się mężczyzna teraz zajmuje. Co on takiego wyprawiał na Morzu Północnym...?


– VESNOVITCH!

Sebastian Darvy był rozwścieczony i jednocześnie zmęczony prawie półgodzinnym wyrzucaniem z siebie bezsensownych zdań i przekleństw. Leżąca na brudnej podłodze, która sprawiała wrażenie niewysprzątanego dywanu, Nikczemna Księga zaczęła słabo świecić. Nim minęło kilka chwil, zaczął się z niej wydobywać jakby dym, który finalnie przybrał ludzką postać.

Darvy uśmiechnął się wyniośle, a ruch ten sprawił, że włosy zakryły mu pół twarzy. Nareszcie udało mu się poprawnie wypowiedzieć formułę zaklęcia, a zajęło mu to tylko dwadzieścia prób.

Stopy dymnego mężczyzny jakby wystawały z Księgi – nie był ani człowiekiem, ani duchem. Paciorkowate oczy przywołanego czarodzieja, niepotrzebnie skryte za zbędnymi okularami, przez krótką chwilę badały otoczenie. Był chudy, a na głowie miał zaledwie kępkę mocno przerzedzonych włosów. Po zakończeniu oględzin pełne niechęci spojrzenie słynnego wytwórcy różdżek spoczęło na Darvym.

– Co się stało z tym drugim? – zapytał Vesnovitch, a dzięki jaskini jego obcy akcent stał się wyraźniejszy. – Tym uzdolnionym?

Uśmiech natychmiast zniknął z twarzy Sebastiana.

– Nie żyje – odpowiedział chłodno, instynktownie spojrzawszy na Nikczemną Księgę, w której międzystronnicowym zagłębieniu leżała Smocza Różdżka.

Rosjanin podążył za jego wzrokiem. Widząc swe dzieło, westchnął.

– Rozumiem, że nie odszedł we śnie? – Upewnił się, że włożył w to pytanie odpowiednią ilość sarkazmu.

– Prawidłowo. – Uśmiechnął się maniakalnie Darvy.

– Gdzie jesteśmy? – spytał Vesnovitch, nagle rozproszony.

W oddali zagrzmiało.

– Na wyspie otaczającej Azkaban – odparł blondyn. – Tu zawsze jest burzowo...

W jaskini zapadła cisza. Sebastian wydawał się podekscytowany, ale i trochę zdenerwowany, zaś Rosjanin znudzony.

– Mam do ciebie kilka pytań. – Darvy podjął temat, zdeterminowany.

Vesnovitch ponownie westchnął.

– Do rzeczy...

– Miewam pewne sny...

– To żadne pytanie...

– Daj mi dokończyć! – krzyknął Darvy, a sytuacyjnego dramatyzmu dodał kolejny grzmot. Groźnie zlustrował wzrokiem przywołaną postać, która powstrzymała się od kolejnego komentarza. – Pozwól, że... zacznę od czegoś innego. – Zaczął maszerować wte i wewte. Powiewała za nim na wpół spalona, na wpół podarta peleryna.

Vesnovitch powstrzymał się od komentarza. Sebastian nie przestawał maszerować, chociaż zwolnił kroku, kiedy w końcu powiedział to, co mu leżało na sercu.

– Mam... mam problem z ich kontrolowaniem, tych stworzeń z Różdżki...

– Omawiałem już ten temat. Byłeś wtedy nieobecny – oświadczył rzeczowo wytwórca. – Jeżeli nie masz kontroli nad wytworami Smoczej Różdżki, to znaczy, że nie zyskałeś jej szacunku – stwierdził powoli, zupełnie jakby tłumaczył coś dziecku.

– Problem tkwi w czymś innym! – Darvy podniósł głos. – To... to jest inne. Nie przyzywam ich. Same... przechodzą. Znalazłem coś na kształt portalu. Zasłonę. Dzięki niej mogę szybciej ich sprowadzić na ten świat, ale... nadal mam problem z przymuszeniem do wykonywania moich poleceń – wyjąkał.

– Sposób, w jaki te stworzenia przybywają, jest nieistotny. Są lojalne wobec tego, komu podlega Różdżka.

– Czasem mam kontrolę! – Darvy wyskoczył do przodu i zamaszystym ruchem pochwycił utkwione pomiędzy stronami oręże, a pozłacane drewno na moment upodobniło się do emitowanego przez Księgę światła.

Przywołany mężczyzna zamigotał, ale nie skomentował nagłego zrywu rozmówcy. Zamiast tego zmarszczył swój srebrzysty nos, a następnie podrapał się po nim z czymś, co przypominało dezorientację.

– Kiedy masz kontrolę? – Był zaintrygowany.

– Kiedy ją zobaczą. – Darvy uniósł w górę Smoczą Różdżkę. – Widząc ją w moich rękach, darzą mnie szacunkiem...

Vesnovitch pozwolił sobie na krótki, szyderczy śmiech, a Sebastian natychmiast się zarumienił.

– Żaden to szacunek! – Nie mógł zabrzmieć bardziej protekcjonalnie. – Są posłuszne, bo wiedzą, że jesteś w posiadaniu Różdżki. Szanować będą tylko jej wybrańca...

– Posłuszeństwo jest synonimem szacunku! – wyrzucił z siebie Darvy, przy okazji opluwając podłoże śliną; jednocześnie mocno zacisnął dłoń na uchwycie oręża.

Vesnovitch wybuchnął śmiechem. Poniosło go aż do tego stopnia, że ściskał się za niematerialne żebra i na koniec otarł niewidzialną łzę z oka. Kiedy się uspokoił, znów wszedł w tryb mowy do małego dziecka.

– Gdy ktoś grozi, że cię zamorduje, jeżeli nie wykonasz polecenia, oczywiście, jesteś mu posłuszny – ale czy darzysz go wtedy szacunkiem?

Darvy wyglądał, jakby wymierzono mu policzek. Był ewidentnie zawstydzony.

– Respektują mnie – powiedział cichym, chłodnym tonem. – Nie widziałeś ich...

– Och, może i masz rację. Cóż mogę wiedzieć? – Aby podkreślić siłę swego sarkazmu, przywołany machnął lekceważąco ręką. – Z całą pewnością lata spędzone na studiowaniu sztuki różdżkarstwa i stworzenie Smoczej Różdżki to nic w porównaniu z twoją jakże ogromną, wrodzoną wiedzą...

– Rozumiem, ale to... nie ma sensu! Mogę wezwać te stworzenia, prawda? Czy to nie znaczy, że w pewnym stopniu mnie szanują...?

– Z tego, co się dowiedziałem – Vesnovitch wszedł Darvy'emu w słowo – wnioskuję, że Smocza Różdżka jest współdzielona. Kim jest drugi właściciel? Nie wiem, jednakże mężczyzna, z którym wcześniej to omawiałem, wydawał się być w posiadaniu połowicznego szacunku Różdżki. Och, tak. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że podziwiała ona jego siłę i właśnie dlatego zyskał on możliwość przywołania tych kreatur. Opierając się na założeniu, że zabiłeś tego człowieka – tu spojrzał na rozmówcę uważniejszym wzrokiem – ta szczególna umiejętność została ci po prostu tymczasowo przekazana. Jakby na to nie spojrzeć, Smocza Różdżka nie może zostać nagle oświecona – i w mig wybrać sobie prawdziwego pana. Nie mogąc zlokalizować osoby, którą uznała za godną, obdarzyła mocą następnego czarodzieja, który jej dotknął. Nie można jednak jednoznacznie określić, na jak długo. Jeśli Różdżce uda się wejść w posiadanie swego mistrza – jedynego, prawowitego właściciela – twoja zdolność do przywoływania tych stworzeń zniknie, bo najprawdopodobniej zostanie przekazana.

Darvy przez kilka chwil zwyczajnie gapił się na Vesnovitcha z szeroko rozdziawioną buzią.

– Przecież mnie słuchają – powiedział głupio, wyraźnie pogubiony. – Naprawdę mnie słuchają, kiedy mam przy sobie Różdżkę...

– Nie wiesz, czym są te stworzenia, prawda? – zapytała zjawa tonem, który bezwarunkowo wymagał szczerej odpowiedzi.

– To si... siluety, prawda...? – Sebastian zdębiał. – Pod taką nazwą są powszechnie znane...

– Niezupełnie odpowiednie określenie – powiedział Vesnovitch bardziej do siebie, aniżeli do rozmówcy. – Te stworzenia były niegdyś ludźmi – czarodziejami i czarownicami. Oddali swe dusze Smoczej Różdżce z nadzieją, że przez wzgląd na nieograniczony potencjał, ich moc wzrośnie. Nie zdawali sobie sprawy, iż Różdżka powoli wysysała z nich jestestwo. Praktykowali to latami – wszyscy, którzy jej poszukiwali i próbowali użyć – przez co skończyli jako skorupy, którymi są do dnia dzisiejszego; pozbawionymi życia skorupami, zdolnymi przejść do tego świata z powodu pozostałości po dawnym jestestwie. Pożądają Różdżki, bo to jedyna rzecz, której pragną – bo tylko dzięki niej mogą na powrót stać się pełnym bytem. Ślepo podążają za tobą w nadziei, że pewnego dnia odzyskają swą esencję i być może będą mogli ruszyć naprzód.

– Są tak liczni! – Darvy był zdumiony, chociaż było widać w jego oczach pewne podekscytowanie. Wyraźnie cieszyła go myśl, że trzymał w garści czyjś los.

– Owszem, ale nie każda „silueta" jest indywiduum.

Sebastian zmarszczył brwi.

– Spróbuję ci to wyłożyć, choć nie jest to łatwe zadanie... Nie sądzę, aby żyjący człowiek był w stanie wszystko pojąć – powiedział Vesnovitch. – Istota ludzka składa się z trzech komponentów, prawda? Ciała, duszy i umysłu. Umysł jest łącznikiem pomiędzy dwoma pozostałymi, chociaż tylko jeden komponent jest wieczny. Nie jesteś jedynie, jak może ci się wydawać, ciałem z duszą w środku. Zamiast tego jesteś raczej duszą – esencją swego jestestwa – zamkniętą w powłoce cielesnej. Ciało jest ulotne, starzeje się i szybko zanika. Dopóki dusza pozostaje nietknięta, mięso i kości będą się manifestować na tym świecie. Za każdym razem, gdy są unicestwiane, te stworzenia powracają, zdesperowane, aby połączyć się ze swoją esencją. Nie wiem, w jaki sposób dusza to robi – szczerze wątpię, żeby ktoś był w stanie pojąć wspaniałość tych bytów – ale jej wieczna natura wymaga pewnego rodzaju szaty wierzchniej. Stworzenia, które przywołujesz, są tylko ciałami, które są spragnione duszy; ciałami, którym brak pomostu, a więc są odcięte od komponentu umysłu. Tym, co im pozostało, jest wystarczająca świadomość, aby mieć pragnienie.

Darvy podrapał się po brodzie, przetwarzając nowe informacje.

– Więc tak długo, jak Różdżka jest moja... te siluety nadal będą mi posłuszne? I wrócą po zniszczeniu?

– Tak. Co innego im pozostało? Nie mogą ruszyć naprzód.

Sebastian się roześmiał. Jego rechot odbił się echem od ścian jaskini i ucichł tak szybko, jak się rozniósł.

– A pozostałe stworzenia? – zapytał. – Te konie? Tamte ptaki? Te węgielne olbrzymy...?

– To pochodzący z drugiej strony kamraci siluet – podsumował niedbale przywołany. – Nie wydaje mi się, aby cechowała ich samoświadomość, bo nie kierują nimi te same zasady.

Darvy skinął głową, a następnie uniósł wysoko Różdżkę.

– Po jak długim czasie posłuszeństwa zaczną mnie szanować?

– Nigdy! – Vesnovitch w niedowierzaniu wybałuszył oczy. – Nie wiem, jak mogę ci to dobitniej nakreślić. One nigdy...

– Dlaczego? – Dobry nastrój Prawej Ręki Śmierci prysł niczym mydlana bańka. – Smocza Różdżka respektowała trochę Reda, prawda? Przecież go zabiłem! Udowodniłem, że jestem potężniejszy! Różdżka powinna...

– Morderca nigdy nie będzie godzien Smoczej Różdżki! – Zjawa zacisnęła szczękę. – W chwili popełnienia morderstwa przypieczętowałeś swój los.

Darvy opuścił oręże.

– Czemu? – zaskomlał. – Czemu nie chce uszanować osoby, która zabiła...?

– Powiedziałem to już wcześniej i powtórzę tylko raz. RÓŻDŻKA JEST Z NATURY PRZEWROTNA**. – Vesnovitch był zirytowany. – Moc, którą daje, jest w rzeczywistości mocą, którą posiada właściciel. Zaciera tylko granice moralności, pozwalając wykorzystywać nowe możliwości – umiejętności, których dotąd się nie używało. Gdy mistrz utraci swe zahamowania, poczuje się bardziej kompatybilny z naturą Różdżki. Ot tak, dla przykładu: morderstwo stanie się prostsze. Przez to, oczywiście, Różdżka staje się bezużyteczna. Jest potężna sama w sobie – w końcu łączy w sobie dusze setek czarodziejów i czarownic – ale da właścicielowi moc tylko w celach testowych. Ci, którzy z niej skorzystają, ostatecznie i tak przestają być jej godni. Aby zachować siłę, trzeba się zaprzeć, by jej nie używać.

– Wtedy jest bezwartościowa – stwierdził Darvy.

Vesnovitch wzruszył ramionami.

– Owszem, niektórzy tak to postrzegają, ale tylko niektórzy...

– Ta moc... – Sebastian wznowił swój marsz. – W jaki sposób się objawia? Wydaje mi się... wydaje mi się, że widziałem kiedyś jej manifestację.

Zjawa powoli pokręciła głową.

– Nie jestem pewien. Nigdy nie byłem kuszony przez Smoczą Różdżkę. Niemniej jednak wyobraź sobie połączoną moc wszystkich tych nieszczęsnych, zwiedzionych dusz. Podejrzewam, że w przypadkach, kiedy Różdżka prezentuje swą siłę, ten, który ją otrzymał, zyskuje nadludzkie magiczne umiejętności oraz, naturalnie, zdolność do kontrolowania podążających za orężem stworzeń. Nie zdziwiłbym się też, gdyby...

– A co z fizycznymi zmianami? – wypalił Darvy. – Złotą aurą? Albo pustym spojrzeniem...?

– Niewykluczone, bo przecież w grę wchodzi olbrzymia moc – stwierdził beznamiętnie Vesnovitch. – Nie należy jednak zapomnieć, że taki dar otrzymałaby tylko osoba, którą Różdżka uznała za godną; osoba, która nieustannie poddawana jest testowi. Ciężko z tym walczyć, gdyż, oczywiście, z każdą prezencją siły, jej opanowanie przychodzi coraz to trudniej... I w końcu czarodziej się zatraca, staje się innym sobą – dodał w zamyśleniu, spoglądając na stalaktyty.

Darvy zaczął się trząść. Co dziwne, na jego twarzy pojawił się uśmiech.

– W tych snach... – wyszeptał. – W tych snach, o których wspomniałem wcześniej...

– Co z nimi? – zapytał Vesnovitch tonem, jakby chciał zakończyć tę rozmowę, najlepiej natychmiast.

– Jest w nich dwóch Sebastianów. Ja... i jeszcze jeden. – Z podekscytowania przestał spacerować. – Ten drugi... jest taki, jak opisywałem. Ma złote oczy. Za każdym razem mnie obezwładnia i dusi we śnie.

– Interesujące – oświadczyła zjawa, chociaż w jej głosie nie było słychać zaciekawionej nutki. – Domyślam się, że chciałbyś wiedzieć, jak sobie z nim poradzić?

Darvy wyglądał na zakłopotanego.

– Co takiego? Nie! Absolutnie nie! Chcę się dowiedzieć, w jaki sposób mogę się stać tym drugim. Jak mam władać tą mocą? Jak mam się stać tym, który zabija słabszego?

Vesnovitch rzucił Darvy'emu tępe spojrzenie. Sprawiał wrażenie człowieka, który po raz pierwszy widzi taki ewenement.

– To niemożliwe. Mówiłem, że tą mocą może dysponować tylko ten, którego szanuje Różdżka – powiedział po chwili milczenia. – Twój senny sobowtór reprezentuje ciemniejszą stronę twojej osobowości, jej okrutniejszy aspekt. Zawsze przegrywasz, bo... cóż, tak właśnie chcesz... Ta odrębna osobowość to twoje prawdziwe ja. Zwyczajnie nie możesz uzyskać dostępu do mocy, która normalnie jej towarzyszy – Smocza Różdżka odmawia.

Uśmiech Sebastiana zbladł.

– Ale... ale...

– Czy pojmujesz, że ta moc jest przekleństwem? Nieustanną walką pomiędzy dwiema tymi samymi osobami? – Vesnovitch wyciągnął ręce, jakby głosił kazanie. – Smocza Różdżka jest bezlitosna i bezwzględna. Z biegiem czasu te chroniczne bitwy stają się coraz bardziej uciążliwe i zdecydowanie nie są czymś, czego można sobie życzyć. Poddanie się mocy, która zmusza do zatracenia swej prawdziwej tożsamości, a zaprzeczenie prowadzi do szaleństwa, nie jest wspaniałe. Jeden musi zastąpić drugiego i jest to nieuniknione.

– Więc dlaczego miewam te sny? – drążył z uporem Darvy. – Sam mówiłeś, że nie jestem w łaskach...

– Wspomniałeś coś o bramie do innego świata, czyż nie? O „Zasłonie"? Wygląda na to, że Smocza Różdżka jest nieustannie w użyciu, a nagły zastrzyk mocy sprawił, że zarówno jej posiadacz, jak i jej właściciel, doświadczają takich rzeczy. Podczas gdy ty miewasz tylko sny, z którymi musisz się zmagać, godzien Różdżki czarodziej przechodzi przez coś znacznie gorszego; coś, co z czasem się nasili. Dopóki nie zdecyduje się na używanie tych mocy, będzie się ze sobą zmagał, a bardziej bezpośrednia, barbarzyńska obecność będzie próbowała się mocniej manifestować i w ostateczności zwyciężyć.

– Kiedy on nadal ma władzę! – Darvy obnażył zęby. Był piekielnie zazdrosny. – Nadal może robić rzeczy, o których nawet nie słyszałem. Wciąż może kontrolować te stworzenia w sposób, jaki ja nigdy...

– Obawiasz się, że właściciel Smoczej Różdżki będzie cię chciał powstrzymać, cokolwiek planujesz – podsumował Vesnovitch.

Sebastian przez chwilę patrzył na rozmówcę, rozzłoszczony.

– Tak – przyznał z wahaniem.

Wytwórca pokręcił głową. Kiedy znów się odezwał, brzmiał, jakby rozważał konsekwencje swoich spostrzeżeń.

– Nie pojmujesz tego, co chcę przekazać – oświadczył. – Te stworzenia są ci posłuszne, bo wystarczy im jedynie wizualna wskazówka. Dopóki będziesz w posiadaniu Smoczej Różdżki, nie czekają cię żadne reperkusje oraz najprawdopodobniej nie utracisz tej mocy. Twój rywal, prawowity właściciel, nie może cię powstrzymać, ponieważ jest całkowicie bezsilny. Nawet gdyby zdecydował się użyć tej niszczycielskiej siły przeciw tobie, nic nie wskóra.

Darvy był oniemiały.

– Jak to?

– Smocza Różdżka nie będzie respektować mordercy – powtórzył Vesnovitch. – Wolałaby raczej zabić swego pana, niż pozwolić, by upadł tak nisko i popełnił ów niewyobrażalny czyn. Klątwa uśmiercająca by się odbiła. Kimkolwiek jest teraz prawdziwy właściciel, możesz się go pozbyć i nie odczujesz żadnych konsekwencji. On zaś zginąłby, próbując cię zgładzić – Różdżka by o to zadbała, będąc w użyciu lub nie.

Darvy po prostu stał i głupio mrugał. Na moment spuścił głowę, a gdy ją podniósł, na jego twarzy widniał chytry, pełen złośliwości uśmieszek.

– Uogólniając to, co powiedziałeś... Znaczy się, że nie mogę z nim przegrać?

Vesnovitch bezradnie jęknął, sprawiając przy tym wrażenie człowieka, który żałował, że w ogóle podjął się wytłumaczenia tej kwestii.

– Owszem, tylko pod pewnym względem – przyznał ze smutkiem.


* Luźne nawiązanie tłumaczki do „Piratów z Karaibów". W oryginale zostało użyte słowo „statek"

** Cytat z pierwszego rozdziału „Albusa Pottera i Narodzin Diablego Aliansu", autorstwa Vekin87, tłumaczenia Glenki