14. PERTRAKTACJE Z NAJLEPSZYMI
Następne dni okazały się jednymi z najbardziej niepokojących, jakie przyszło Albusowi kiedykolwiek przeżyć. Nagła zmiana priorytetów sprawiła, że przeżywanie hogwardzkiej codzienności stało się wręcz absurdalne. Sytuacji nie poprawiał fakt, iż nieustannie ciążyła mu waga problemu. Zdobywane w trakcie trwania nauki punkty zatraciły swą ważność, pełne oskarżeń spojrzenia, którymi obrzucali go koledzy z drużyny, idealnie komponowały się z tłumem innych bezdusznych min, zaś pisanie esejów wydawało się tylko mało znaczącym dodatkiem do szarej rzeczywistości.
Wszystko sprowadzało się do tego, że nie sposób było zaprzeczyć, że ten nieszczęsny artykuł był dobitnym przypomnieniem, w jakich czasach przyszło im żyć. Świat zewnętrzny ingerował w Hogwart w naprawdę niewielkim stopniu, lecz i tak był dla Albusa wstrząsający. Czuł się głupcem, bo dotąd ekscytował się tak trywialnymi rzeczami jak quidditch, czy też osobistą zemstą na Klubie Strażników. W zamian powinien był skupić się na realnym pomyśle wydostania ojca zza więziennych murów – powinien roztrząsać problem, który dręczył go pod koniec zeszłego roku szkolnego. Próbował trzymać to wszystko w tajemnicy, ale – bo jakże by inaczej – jedna osoba nie dała się oszukać jego pozorną obojętnością.
Twarz Mirry była napięta, ale dziewczyna zdecydowała się milczeć. Podczas tych ostatnich dwóch tygodni siedzieli razem na kilku zajęciach z opieki nad magicznymi stworzeniami i jednej lekcji eliksirów, ale Albus zachowywał się wówczas normalnie. Teraz kiedy nic go nie zajmowało i ograniczył się do siedzenia w bibliotece, zatopili się w niewygodnej ciszy.
Odchrząknął i przewrócił stronę z podręcznika warzyciela, chcąc przejrzeć temat, który znał już od podszewki. Przed Mirrą także leżała otwarta książka, ale dziewczyna nie udawała – nawet nie zadawała sobie trudu, aby na nią od czasu do czasu zerkać.
– Nic się nie odzywasz – stwierdziła ostatecznie, a jej głos brzmiał dziwnie łagodnie nawet pośród przyciszonych rozmów innych uczniów i odgłosów charakterystycznych dla biblioteki.
– Bo się uczę – odparł nieprzekonująco.
Mirra nie wytknęła mu kłamstwa. Zamiast tego, postanowiła kontynuować temat, nadal delikatnie i uspokajająco.
– Wiem, że masz teraz dużo na głowie, Albusie, ale jeżeli potrzebujesz z kimś porozmawiać...
– Rozmawiałem już z Morrisonem i Scorpiusem. – Przelotnie spojrzał na sufit. – Wszystko jest w porządku. Uspokoili mnie. Czuję się dobrze.
Skoncentrował się na książce. Nie próbował być nieszczery. Po prostu wiedział, że jeśli ich oczy się spotkają i nawiążą kontakt wzrokowy, poczuje się nieswojo. Miał dziwaczne przeczucie, że Mirra biegle władała legilimencją, która obejmowała tylko i wyłącznie swobodny wgląd do umysłu Albusa Pottera.
– Cóż, rozmawiałam wczoraj ze Scorpiusem – oświadczyła, na co przeciągle jęknął. Zupełnie zapomniał o spotkaniu prefektów. – Stwierdził, że nie czujesz się dobrze. I że nadal się zamartwiasz...
– Przyznaję, że czasem odpływam – wypalił, automatycznie przybierając ostrzejszy ton. Zdecydowanie nie zamierzał na nikim się wyładowywać. Obiecał sobie, że tym razem odpowiednio to przetrawi.
– Wspominał też, że ma obawy, że spróbujesz czegoś głupiego. – Mirra położyła duży akcent na ostatnie słowo. Najwyraźniej ważniejsze było dla niej przekazanie swojego punktu widzenia, aniżeli obawa o zranienie uczuć chłopaka. – Powiedział mi, że wspominałeś o Wybawczym Aliansie Różdżek oraz wycieczce do Hogsmeade.
Albus westchnął. Rzeczywiście, jakoś tydzień po pamiętnym artykule w PROROKU CODZIENNYM i przegranej w meczu quidditcha, poddając się momentowi słabości, przyznał się przyjaciołom do chęci nawiązania kontaktu z Warrenem Waddlesworthem. Uświadomiwszy sobie głupotę, starał się do niej nie nawiązywać z nadzieją, że paczka zapomni lub uzna to za chaotyczną paplaninę luźnych pomysłów. Oczywiście, był w błędzie.
Kiedy nie odpowiedział, Mirra wróciła do monologu.
– Pamiętasz, co powiedziałeś mi w zeszłym roku, tuż przed rozjazdem na wakacje? – Nie spuszczała z tonu i biła od niej niebezpieczna aura. – Napomknąłeś wtedy coś o wyjeździe.
Albus automatycznie pochylił się do przodu.
– Chodziło o coś zupełnie innego! – W obronnym geście wyrzucił przed siebie ręce. – To było tylko... takie gdybanie! Chciałem spróbować... Aaa, to nie ma żadnego znaczenia – dokończył, zrezygnowany.
W gruncie rzeczy myślał wtedy o czymś absurdalnym. Zdesperowany, za wszelką cenę chcąc naprawić sytuację, w której znalazł się Harry Potter, uroił sobie, że odnajdzie Sancticusa Fairharta i postawi go przed wymiarem sprawiedliwości. Chociaż słowa taty o pozostaniu w Azkabanie, które usłyszał podczas odwiedzin, odpowiednio go ukierunkowały, za resztę obwiniać mógł tylko swoje procesy myślowe. Fakty pozostawały jednak faktami – nie wiedział, gdzie przebywał obecnie Fairhart, nie miał pomysłu, w jaki sposób się do niego dostać, a nawet, gdyby odniósł sukces, nie miał najmniejszych szans na obezwładnienie utalentowanego renegata oraz oddanie go w ręce urzędników Ministerstwa Magii.
– Więc nigdzie się nie wybierasz? – zapytała z naciskiem Mirra.
– Nie. To znaczy, przecież... idę do Hogsmeade. – Gdy gryfonka uniosła wysoko brwi, pospieszył z wyjaśnieniami. – Słuchaj, idę na zakupy z Morrisonem i Scorpiusem. Wybacz, więcej nie mogę ci powiedzieć.
Piękno tego kłamstwa polegało na tym, że w istocie, to nie było żadne kłamstwo. Tak się złożyło, że wczoraj razem z przyjaciółmi dogadał szczegóły akcji pod kryptonimem „prezenty" – chłopcy chcieli mieć możliwość bazowania na wspólnych opiniach, bo w końcu byli nowicjuszami w obdarowywaniu dziewcząt. Albus sprytnie sformułował odpowiedź, gdyż nikomu nie wspomniał, że miał się zamiar później odłączyć od grupy i pomaszerować do kwatery głównej Wybawczego Aliansu Różdżek, do której – miał nadzieję – nadal mógł sobie, ot tak wejść.
Mirra lekko się uśmiechnęła – być może rozgryzła tajemnicę ślizgońskie zakupów. Nieco uspokojona wyjaśnieniami chłopaka i zapewnieniem, że nie ma zamiaru działać impulsywnie, pokierowała rozmowę na zupełnie inne tory.
– Wysłuchaj mnie, Albusie. – Wyglądała na zaniepokojoną. – Jeszcze o czymś chciałam z tobą porozmawiać. Chodzi o to, że... Jestem pewna, że nie ty jeden jesteś zmartwiony i jeżeli chcesz zmienić plany, aby jednak spędzić święta z rodziną...
– Nie, nie! NIE. – Potrząsnął głową, aby podkreślić siłę swoich słów. – Naprawdę nic mi nie będzie. Bardzo bym chciał poznać twoich dziadków i spędzić z tobą tę przerwę.
Och, z pewnością była to prawda. Spędzanie wolnego od nauki czasu z Mirrą było jedną z niewielu rzeczy, które przynosiły mu ukojenie i pocieszenie w, niestety, dającej się przewidzieć przyszłości. Co więcej, jeśli wszystko pójdzie dobrze w ten weekend, stres związany z pobytem taty w Azkabanie i tak się zmniejszy.
Dziewczyna skinęła głową, a następnie się uśmiechnęła. Albus niepewnie zrobił to samo.
Słowo „jeśli" było kluczem.
Zajęcia mijały metodycznie. Albus uczestniczył we wszystkich, chociaż rzadko angażował się bardziej aniżeli na poziomie absolutnego minimum. Z lekcji na lekcję szedł automatycznie i niewiele się zastanawiał, dokąd niosą go nogi. Scorpius i Morrison, którzy nie chodzili z nim tylko na zielarstwo (gdzie na szczęście nie miał żadnych problemów) wydawali się zawsze mu towarzyszyć, czy to w celu pocieszenia, czy pilnowania go, kiedy odpływał. Dosyć szybko uznał ich zachowanie za irytujące – bo czego się po nim spodziewali, gdy wciąż był w zamku? Że po prostu czmychnie przy pierwszej nadarzającej się okazji?
Nikt nie zdradził się z podejrzeniami – ani przyjaciele, ani nauczyciele, z którymi Albus był blisko. Neville nawet się nie zająknął, chociaż podczas zajęć intensywnie mu się przyglądał, a Hagrid, który przez naturę swoich lekcji nie mógł złapać go na osobności, musiał ograniczyć się do posyłania wspierających uśmiechów.
W piątek doszło jednak do przełomu.
– Cholercia, aż wstydzę się oddać tę fiolkę – powiedział skulony Morrison, z powątpiewaniem patrząc na niebieski eliksir, który wydawał się być bliski wybuchu.
– Nie jest aż taki zły – stwierdziła Melonie, kładąc na zbiorczej tacy własną lawendową miksturę.
Dzisiejsza lekcja różniła się od innych, ponieważ partnerowanie było zabronione. Profesor Malfoy chciał tym razem przetestować indywidualne talenty uczniów tuż przed nadchodzącym dużym egzaminem. Albus był pewien swego, gdyż jego eliksir był ciemnofioletowy, dokładnie taki, jaki powinien wyjść wedle zamieszczonych w podręczniku instrukcji. Niemal identyczna mikstura Scorpiusa tylko potwierdziła jego przypuszczenia. Gdy lekcja się skończyła, wszyscy zaczęli wychodzić z klasy. Mirra jako jedna z ostatnich odstawiła podpisaną fiolkę – jej też, podobnie jak Melonie, była lawendowa – kiedy Draco Malfoy postanowił zabrać głos.
– Czy mógłbyś zostać trochę dłużej, Albusie?
Nie był jedynym, który się odwrócił – przyjaciele zrobili dokładnie to samo.
– Chciałbym omówić szczegóły twojego ostatniego zadania domowego – dodał słowem wyjaśnienia nauczyciel i zaczął grzebać w szufladach swojego biurka. – Muszę się dopytać, co masz na myśli w jednym z akapitów, a łatwiej będzie osobiście...
– Oczywiście – odpowiedział ślizgon, uświadomiwszy sobie, że jego paczka była ostatnimi uczniami, którzy pozostali w klasie. Inni szybko się ewakuowali, nie chcąc widzieć miny profesora, kiedy ten będzie zerkał na ich prace. Natychmiast odwrócił się w stronę przyjaciół. – Zobaczymy się później...
Grupa wyszła, chociaż każdą twarz zdobił inny wyraz. Najbardziej rzucające się w oczy był ten Mirry oraz Scorpiusa – dziewczyna była ostrożna, zaś chłopak podejrzliwy aż do tego stopnia, że wychodząc na korytarz, przystanął, zostawiwszy lekko uchylone drzwi.
– Możesz przymknąć, Scorpiusie. Dziękuję.
Poczucie prywatności rozmowy automatycznie zmieniło atmosferę w pracowni. Chłopiec miał podejrzenia odnośnie prawdziwego tematu, ale nie był pewien, czy powinien się z nim wychylać – bądź co bądź, Draco Malfoy był szkolnym profesorem. Chyba że...
Czyżby Scorpius się wygadał, że Albus zamierza spotkać się z Warrenem Waddlesworthem? Myśl uderzyła w niego niespodziewanie i zagnieździła się gdzieś z tyłu głowy. W milczeniu ją przetrawił, a potem pozwolił, by ogarnęło go najpierw zmartwienie, a potem złość. Postanowił, że najlepiej będzie się w ogóle na ten temat nie odzywać, chyba że nauczyciel poruszy go pierwszy.
– Usiądź. – Malfoy pozamykał wszystkie szuflady, ostatecznie niczego nie wyjmując na wierzch. Wyraźnie dał do zrozumienia, że ostatnie zadanie domowe nie miało nic wspólnego z tym prywatnym spotkaniem.
Albus wykonał polecenie i zajął standardowe miejsce – przy stole na przedzie pracowni. W międzyczasie głowił się nad fałszywymi wymówkami i wyjaśnieniami, które uleciały w momencie, gdy mistrz eliksirów zabrał głos.
– Sprawa Klubu Strażników w toku. To wielki sukces – powiedział dobitnie, rozluźniony. – Wspaniała robota.
– Nic nie zrobiłem. – Ślizgon wzruszył ramionami, wciąż dochodząc do siebie po szoku, że profesor nie wypomniał mu nadchodzącej wycieczki do Hogsmeade.
Jeszcze.
– Dobrze się sprawiłeś. Twoja determinacja w powstrzymaniu zamiarów Klubu Strażników dokładnie mi udowodniła, jak daleko posuwali się renegaci – wyjaśnił Draco Malfoy. – Tamtego wieczoru podjąłem się bardzo ryzykownej gry. To był czysty hazard. Istniała wszak możliwość, że skończyłbym marnie i byłbym zmuszony zrezygnować z pracy, a moja reputacja ległaby w gruzach, gdyż utraciłbym wiarygodność w oczach uczniów. Osiągnęliśmy wielki sukces, Albusie. Wyszło lepiej, niż przypuszczaliśmy. Gdybym się nie zjawił na spotkaniu – a zrobiłem to dla ciebie i twojego przyjaciela, który, prawdę powiedziawszy, jest okropnym aktorem – sprawy najprawdopodobniej tylko by się pogorszyły.
Chłopiec uśmiechnął się słabo i skinął głową. Coś było jednak na rzeczy – dlaczego pan profesor teraz mu o tym wspominał? Przecież to szkolenie miało miejsce kilka tygodni temu...
– Nad czym się zastanawiasz?
– Hm? Och... – Usiadł prosto. – Jestem po prostu ciekawy, czemu dopiero teraz to omawiamy?
– Cóż, nie chciałem przynosić ci dobrych wieści, dopóki nie będą w pełni potwierdzone. Wczoraj miało miejsce spotkanie Klubu Strażników. Było w porządku.
– Naprawdę? – Albus był mile zaskoczony, co w czasie pełnym napięć i zmartwień było wspaniałą, choć dziwaczną, odskocznią. – Nawet nie wiedziałem!
– Wywieszono ogłoszenie. Z drugiej jednak strony byłeś zbyt rozproszony innymi rzeczami, żeby zwrócić na nie uwagę.
Ślizgon otworzył usta, a potem je zamknął. Niezależnie od tego, czy Draco Malfoy wiedział o jego planach związanych z Hogsmeade, czy też nie, przynajmniej był świadomy, że podopiecznemu wciąż chodził po głowie artykuł o Darvym i Azkabanie. Nie chcąc się zdradzić, postanowił zmienić temat.
– Więc co się tam działo? Czy dużo przyszło ludzi?
– Standardowo. Oczywiście, Larson i reszta naszej jakże cudownej ochrony zajmowali się głównie mówieniem. Zostałem do końca i obserwowałem – odpowiedział nauczyciel. – Nie uczyli żadnych klątw ani przekleństw. W czasie pojedynków na uczniów nałożono ograniczenie w postaci używania tylko i wyłącznie uroków obronnych, magicznych tarcz i podstawowych zaklęć.
– Czy atakowali bez ostrzeżenia? – zapytał.
Malfoy zmarszczył brwi.
– Wciąż nad tym pracuję. Larson jest bardzo zapalczywy, jeżeli chodzi o konieczność przygotowania młodzieży do nieprzewidzianego ataku. Ciężko mi się z tym nie zgodzić, zwłaszcza biorąc pod uwagę sytuację w pozaszkolnym świecie oraz to, że w sumie zabronione są niebezpieczniejsze czary. Zdecydowanie się nie dogadujemy, ale parę rzeczy już przepracowaliśmy. Jestem pewien, że osiągniemy jeszcze więcej.
Nastolatek skinął głową, zadowolony z treściwego raportu. Jedna rzecz nie dawała mu tylko spokoju.
– Czy był tam mój kuzyn?
– Nie – odpowiedział natychmiast profesor, czym zaskarbił sobie prychnięcie ucznia, a potem się skrzywił. – Postanowiłeś się w bardzo zbalansowanej sytuacji, Albusie. Jeżeli ktoś z twojej rodziny, czy też któryś z twoich przyjaciół postanowi uczestniczyć w nadprogramowych szkoleniach, odniesie korzyści w postaci nauczenia się kilku dodatkowych zaklęć. Przypomnę, że zanim jeszcze został powołany do życia Klub Strażników, do tego właśnie dążyłeś. Nie doszukuj się winy.
Ślizgon nie odpowiedział, ale zwrócił uwagę na ton wypowiedzi. Wyczuć się w niej dało ostateczność – na tyle, aby pojąć, że tę konkretną część dyskusji można uznać za zakończoną, ale nie całą rozmowę. Zaciekawiony tym, co może być dalej, po raz kolejny został zaskoczony.
– Słyszałem, że mój syn znalazł sobie dziewczynę – zagaił Draco Malfoy.
Albus wytrzeszczył oczy.
– Ee...
– To dla ciebie nowość?
– Nie! – odparł szybko, a na twarzy mistrz eliksirów na moment pojawiła się ulga. – Zastanawia mnie tylko... kto panu powiedział?
– Wieści wśród nauczycieli rozchodzą się równie szybko, co wśród uczniów. Co myślisz o pannie Anifur?
Albus potrzebował chwili na uporządkowanie rozbieganych myśli.
– Chyba... chyba nie jest taka zła.
– W porządku – odpowiedział Malfoy. – Jesteś wolny. Nie chcę zabierać ci cennego czasu z przyjaciółmi.
Natychmiast wstał, nieco zdezorientowany. Czy to by oznaczało definitywny koniec rozmowy? Ot tak, po prostu? Ostrożnie podszedł do drzwi, po czym odwrócił się, żeby zadać ostatnie, nurtujące go pytanie.
– Czy to wszystko, o czym chciał pan ze mną porozmawiać? – Nadal nie mógł uwierzyć.
Chłodne, twarde spojrzenie Dracona Malfoya skrzyżowało się z jego własnym, skonfundowanym, zanim cokolwiek zostało wypowiedziane.
– Niezupełnie – oświadczył mężczyzna. – Jednakże to wszystko, z czym czujesz się komfortowo, a więc na razie będzie musiało wystarczyć. Ciesz się resztą dnia, Albusie. I baw się dobrze w Hogsmeade.
Dzień wycieczki do Hogsmeade był z utęsknieniem wyczekiwany głównie przez wzgląd na sytuację w świecie oraz brak wiary w jego rzeczywistą organizację. W sobotni poranek Albus ze zdziwieniem odkrył, że spędza niewiarygodnie dużo czasu na przygotowaniu do przechadzki i nie miało to nic wspólnego z ładną prezencją, czy też wyborem swobodnego stroju.
Od paru chwil zaciekle wpatrywał się w rozciągniętą na narzucie łóżka srebrzystą pelerynę niewidkę. Powinien ją ze sobą zabrać? Gdyby została odkryta przez jego przyjaciół, natychmiast staliby się podejrzliwi. Mimo to ojciec powiedział mu kiedyś, że jeżeli opuszcza zamek, to powinien ją mieć przy sobie, ot tak na wszelki wypadek. Czy taka wymówka wystarczyłaby, gdyby został przyłapany przez Scorpiusa i Morrisona? Czy nie doszukiwaliby się w niej drugiego dna...?
– Idziesz w końcu, stary?
Usłyszawszy dobiegający zza drzwi dormitorium głos, podskoczył nerwowo w miejscu i pospiesznie wepchnął pelerynę z powrotem do szkolnego kufra.
– Idę! – odwrzasnął, a potem zbiegł po schodach.
Z przyjaciółmi zszedł do Wielkiej Sali, gdzie uczniowie czekali z pozwoleniami od rodziców na opuszczenie zamku. Albus mimowolnie zauważył, że podczas chodu nie tylko jego kieszenie wydają dzwoniący dźwięk – chłopców również. Wyglądało na to, że wszyscy zdawali sobie sprawę, jak kosztowna może być biżuteria.
– Jak wytłumaczyliście się dziewczynom? – zapytał Morrison, kiedy dołączyli do ogólnego rozgardiaszu, który ciężko nazwać zebranym tłumem – nawet nie było jasne, która linia uczniów czeka na możliwość wyjścia.
– Powiedziałem Mirze, że idę z wami na zakupy – wyznał Albus. – Nie wygadałem się gdzie i po co, ani nic takiego.
– Anastasia nawet nie zadała sobie trudu, żeby zapytać. – Scorpius nie wydawał się przejmować tym brakiem zainteresowania. – Najwyraźniej miała inne plany. Doskonale się złożyło...
Vincent rozejrzał się pomiędzy nimi i wstrzymał się z komentarzem aż do momentu, gdy zamieszanie w kolejce troszkę zelżało – nauczyciel przyłapał grupę drugorocznych na próbie oszustwa.
– Hm. Cóż, przyznałem się Melonie, że idziemy kupić prezenty.
– Co takiego? – ryknęli jednocześnie chłopcy.
– Złamałem się pod presją! – odkrzyknął obronnym głosem, po czym wszyscy ustawili się we właściwej kolejce. – Po prostu upewniałem się, że nie zrobiliście tego samego. Och, nie patrzcie na mnie w ten sposób! Pewnie i tak wszystko odkryły, przecież nie są głupie! – dodał, widząc frustrację na twarzach przyjaciół.
Z pozwoleniem na opuszczenie zamku nie było najmniejszego problemu – Neville automatycznie odhaczył ich nazwiska na liście obecności. Longbottom wyraźnie chciał coś powiedzieć Albusowi, ale przeszkodził mu w tym młodszy uczeń, który spróbował przemknąć obok niezauważony. Gdy wyszli na zewnątrz, chłopiec, w idących przed nimi grupkach, wypatrzył Lily i bliźniaczki, Molly i Lucy, idące w małym tłumie złota i szkarłatu. Mimowolnie zarejestrował, że Hugona z nimi nie było.
Na dworze padał śnieg, co stanowiło raczej normę podczas wizyt w Hogsmeade, ale tym razem było nadzwyczaj mroźnie. Albus szedł z dłońmi wciśniętymi w kieszenie kurtki, a zimny wiatr smagał go po twarzy, podczas gdy przyjaciele spierali się o lokalizację Błyskotki – miejsca, do którego mieli się udać.
– Jest na pewno przy sklepie z antykami. – Morrison był nieugięty. – Zapamiętałem to szczególne połączenie.
– Może dlatego, że i tu i tu sprzedają drogie rzeczy? – zasugerował mu Scorpius. – Tak się składa, że jestem prawie pewien, że Błyskotka mieści się jakoś w pobliżu Akcesoriów Gospodarstwa Domowego Agaty*...
Albus się nie wtrącał, chociaż w duchu miał nadzieję, że gdziekolwiek ostatecznie nie pójdą, szczęśliwym trafem wylądują w pobliżu Hogpenn – przedmieść Hogsmeade, gdzie znajdował się zniszczony Markowy Sprzęt do Quidditcha, kwatera główna Wybawczego Aliansu Różdżek.
Po około dwudziestominutowym szybkim marszu dotarli do czarodziejskiej wioski i dopiero kiedy zwolnili tempa, pozornie dołączając do uczniów z przodu, zorientował się, że otaczają ich renegaci. Członkowie WAR, którzy zazwyczaj patrolowali szkolne korytarze i okolice Hogwartu, maszerowali w ścisłych grupach, prawie że wisząc nad wycieczkowiczami, którzy podzielili się na mniejsze paczki. Co więcej, ulice wypełnione były także pracownikami Ministerstwa Magii – potężnymi, onieśmielającymi postaciami, odzianymi w oficjalnie szaty i patrzącymi w przestrzeń. Przez chwilę nastolatek zastanawiał się, czy dojdzie do jakiejś interakcji pomiędzy tymi dwoma frakcjami obronnymi – zwłaszcza że biorąc pod uwagę obecną sytuację, najprawdopodobniej i tak przyjdzie im połączyć siły.
– Naprawdę nie rozumiem, jaki jest sens tej całej ochrony. – W narzekającym uczniu Albus rozpoznał czwartorocznego, rozmawiającego z dwójką znajomych krukona, którego kojarzył ze spotkań Klubu Strażników. – Prawa Ręka Śmierci, ot tak sobie nie zaatakuje Hogsmeade. Przecież koczuje w pobliżu Azkabanu!
Ślizgon agresywnie obnażył zęby. No tak! To oczywiste, że nie było powodu, żeby obawiać się ataku Darvy'ego, bo przecież facet jest blisko szturmu na czarodziejskie więzienie, a potem z przyjemnością pozabija połowę tam przetrzymywanych, w tym mojego tatę! Niemniej jednak nie było powodu, aby wszem wobec o tym przypominać...
– Głupi palant – podsumował krukona Scorpius, który również go usłyszał. – Przecież Darvy nie zabrał ze sobą całego Diablego Aliansu...
– Racja. Nie słuchaj tamtego bałwana, stary. – Morrison poklepał uspokajająco Albusa po plecach. – Nie wie, o czym w ogóle mówi. Każdemu grozi niebezpieczeństwo.
– Dzięki, stary – odparł nieprzekonująco.
– Co powiecie na kremowe? – zapytał nagle Malfoy.
Zmierzali w kierunku Trzech Mioteł, jednego z najczęściej odwiedzanych miejsc w Hogsmeade, zwłaszcza przez uczniów Hogwartu. Albus był dość zmarznięty i miał ochotę napić się ciepłego, spienionego trunku, ale nie mógł się doczekać, aby sfinalizować swój plan.
– Może potem – stwierdził. – No chyba, że wy...?
– Nie, w porządku. – Scorpius się spiął. – Chodźmy najpierw do Błyskotki, a na piwko wstąpimy w drodze powrotnej. Jestem niemal pewien, że sklep będzie tuż za rogiem.
Morrison w milczeniu przytaknął temu pomysłowi i wkrótce skręcili w jedną z bocznych uliczek. Kiedy przechodzili obok pubu, Albus spojrzał przez okno i zobaczył, że uczniowie już pozajmowali miejsca – nie obyło się także bez gburowato wyglądającego Wybawczego Aliansu Różdżek. Przy stoliku w rogu sali siedziała Mirra razem z Charlesem Eckleyem i jakąś dziewczyną z Gryffindoru, którą kojarzył tylko z widzenia. Radośnie rozmawiając, sączyli kremowe.
Trochę ożywiony widokiem dobrze się bawiącej ukochanej, Albus kontynuował przedzieranie się przez zimno, mniej uważnie się przysłuchując sprzeczkom przyjaciół o to, gdzie rzeczywiście ulokowana jest Błyskotka. Wreszcie Scorpius skapitulował i wykazawszy się taktem, zapytał o drogę przechodzącą obok staruszkę, która wskazała im zupełnie inny kierunek, niż obydwaj sądzili.
– Och, no tak. Wiedziałem, że to w tę stronę. – Uśmiechnął się Morrison i wskazał na drogowskaz z narysowaną na nim ropuchą; słowa zaś były zapisane w tajemniczym, nieznanym im języku.
Malfoy spiorunował go wzrokiem, ale powstrzymał się od komentarza. Ostatecznie skręcili za rogiem, który uprzejmie wskazała im starsza czarownica. Zmiana w otoczeniu natychmiast rzuciła się w oczy. Okoliczne uliczki wypełnione były zamożnymi kobietami w średnim wieku, co podpowiedziało, że zbliżają się do celu podróży. Albus zastanowił się, czy od razu zauważą właściwy sklep, czy też będą trochę kluczyć. Wtem Scorpius zatrzymał się przez dużym budynkiem.
– Niedobrze. To miejsce wygląda na bardzo kosztowne – podsumował.
Chłopcy byli oniemiali.
Witryna z zewnątrz bardziej przypominała muzeum niż prawdziwy sklep. Dużą, widoczną z ulicy część zaśmiecały cokoły, na których zawieszone były olbrzymie naszyjniki z dużymi, ozdobnymi kamieniami w różnych odcieniach. Kolie wiszące na ścianie za ladą, przy której można dokonać płatności, sprawiały zaś wrażenie bezcennych przedmiotów – ekstrawaganckiej biżuterii, która latami czekała na odpowiednio majętnego klienta. Brunet był przekonany, że Warren Waddlesworth nie jest żonaty, ale gdyby był, jego małżonka byłaby jedną z nielicznych kobiet, które mogłyby regularnie tu bywać.
– Mogę zadać ci osobiste pytanie? – Zmarznięty Morrison odwrócił się w stronę Albusa.
– Słucham.
– Ile wziąłeś złota?
Chłopiec się zastanowił. Owszem, jego rodzina zawsze była zamożna. Jako jedna z nielicznych Ginny Potter mogłaby chodzić na zakupy razem z wyimaginowaną żoną Waddleswortha. Pomimo rodzinnego bogactwa żadne z dzieci nie było rozpieszczone, a kieszonkowe dostawali zazwyczaj na wakacje lub za wykonanie drobnych prac domowych. W przeciwieństwie do Jamesa, który był rozrzutny i często się awanturował o pieniądze, przez ten cały czas Albus sporo zaoszczędził.
– Mam nadzieję, że wystarczająco.
Scorpius odważnie otworzył drzwi i wszedł do środka, a zawieszony nad futryną dzwonek oznajmił obsłudze, że zjawili się klienci.
– Witam – przywitał się niecodziennie ubrany ekspedient. Miał na sobie dziwnie zdobione jeansy, koszulę i czarną kamizelkę. Był zadbany, choć szczupły. Jasnobrązowe włosy miał zaczesane na bok, a twarz lekko szpiczastą.
– Dzień dobry... – odpowiedział za wszystkich Morrison.
Mężczyzna przez chwilę zwyczajnie im się przyglądał.
– Wydajcie się, panowie, nowi w Błyskotce. Nie przypominam sobie, żebym widział tu kiedyś któregoś z was, tak więc pozwólcie, że pokrótce przedstawię wam politykę naszej firmy. Biżuterię można swobodnie oglądać, a przedmioty bez etui mogą być dotykane, a nawet przymierzane, jeżeli ma to być pomocne w dokonaniu wyboru. Opakowana biżuteria jest wyjęta spod tej zasady. Stosujemy także surową potylicę przeciwko wszelkim kradzieżom, której fala konsekwencji jest zależna od kosztów skradzionego przedmiotu.
Chłopcy wymienili spojrzenia, a potem Scorpius przejął dowództwo.
– Zrozumieliśmy. Teraz się rozejrzymy...
Niczym jeden mąż ruszyli przed siebie, prosto do półki z błyszczącymi tiarami – świeciły dzięki kamieniom, a nie przy pomocy sztucznego światła. Minęli tę wystawę, a potem przecisnęli się obok kobiety o kręconych brązowych włosach, która w dość hałaśliwy sposób porównywała dwie tiary (dla Albusa wyglądały identycznie) i udali się na tyły sklepu, gdzie wystawione były najtańsze pozycje.
– Ten gość jest przerażający – podsumował ekspedienta Morrison. – W porządku. Co teraz?
– Cóż, nie wiem, co chcielibyście kupić dla swoich dziewczyn, więc proponuję, żebyśmy się po prostu rozdzielili i kiedy każdy sobie coś upatrzy, spotkamy się w tym miejscu. – Scorpius nie wyszedł z roli przywódcy. – Potem pośmiejemy się z naszych kiepskich wyborów.
– Brzmi sensownie. Spróbujmy się pospieszyć. – Morrison rzucił nerwowe spojrzenie na hałaśliwą damę, która włożyła na głowę coś, co przypominało wypchanego orła. – To miejsce naprawdę mnie przeraża...
Przyjaciele pokiwali zgodnie głowami, a następnie się rozeszli. Albus spędził dziesięć minut w sekcji kolczyków, z których wszystkie wydawały się tak ciężkie, że noszenie ich z pewnością przysporzyłoby problemów. Jeden zestaw miał nawet przymocowane do dołu zwisające luźno rubiny, co – w skromnej młodzieńczej opinii – było wybitnie przesadzone.
Nic, co widział, nie przypominało mu Mirry. Biżuteria była masywna i zbyt ostentacyjna, a co gorsza, były to dwa przymiotniki, których nigdy nie użyłby w stosunku do swojej dziewczyny.
Co tutaj robisz? Marnujesz cenny czas. Masz inne zmartwienia.
Albus nie musiał się rozglądać, żeby zdać sobie sprawę, że tak naprawdę nikt do niego nie mówi. To znów ten głos w głowie.
– Kupuję Mirze prezent – mruknął pod nosem.
Weź cokolwiek i wyjdź.
– Nie – powiedział głośniej, niż zamierzał. Pogadanka z Waddlesworthem była równoważna wyborze upominku. Chciał, aby dziewczyna w święta otrzymała coś wyjątkowego, a nie byle świecidełko wybierane w pośpiechu.
Najprawdopodobniej okazane nieposłuszeństwo i upór odepchnęły wewnętrznego wroga, bo więcej nie ingerował w zakupy. Albus był bliski rozważenia, czy normalna, zdrowa psychicznie osoba kłóciłaby się ze sobą, kiedy do rzeczywistości wrócił go prawdziwy głos.
– Stary...? Stary!
Został szturchnięty w bok i natychmiast się obrócił, prawie upuszczając onyksowe kolczyki, które miał w ręce. Obok stał Morrison.
– Co tam? – zapytał.
Przyjaciel trzymał średniej wielkości, pozornie elastyczne kółko ozdobione różnokolorowymi miniaturowymi kamyczkami.
– To naszyjnik czy bransoletka? – Vincent był poważny. Albus przyjrzał się znalezisku bliżej.
– Hm... Wygląda na coś... regulowanego. – Wzruszył ramionami, nie mając absolutnej pewności.
– Czyli co? Jakby dwa w jednym?
– Nie wiem, stary – przyznał. – Trochę się pogubiłem...
– Okej. To trochę jeszcze tu pobuszuję...
Morrison odszedł, pozostawiając Albusa samego. Chłopiec powrócił do podnoszenia poszczególnych rzeczy, przyglądania im się, a następnie odkładania z powrotem na miejsce.
W końcu jego uwagę przykuła skrzynka po brzegi wypełniona różnościami. Zainteresował się dwoma przedmiotami – medalionami w kształcie serca, wystarczająco dużymi, aby coś w nich pomieścić. Jednocześnie były na tyle małe, żeby nie wzbudzać światowej sensacji. Idealne. Różniły się tylko kolorem – jeden był jasnozłoty, a drugi srebrzysty.
Podekscytowany, zważył je w dłoniach. Właśnie takiego prezentu szukał i pasował doskonale do tego, co zaplanował. Problem leżał jednak w tym, który z medalionów wziąć.
Wtem w głowie zamigotał mu pierścień Fairharta – niegdyś przeznaczony dla kobiety. Podjął decyzję: odłoży srebrny wisiorek i zdecyduje się na złoty. Na chwilę przed tym jednak pomyślał o czymś zgoła innym. Z niewytłumaczalnego powodu ten srebrny był ładniejszy i najprawdopodobniej będzie się doskonale komponował z oczami Mirry.
Koniec końców wrzucił złoty medalion z powrotem do kuferka, a następnie udał się na miejsce zbiórki, gdzie czekał już Scorpius.
– Co wybrałeś? – zapytał przyjaciela.
Malfoy uniósł kolczyki, które w przeciwieństwie do tych, które zobaczył Albus w innej części sklepu, nie wyglądały źle. Sprawiały wrażenie bardzo lekkich i były w kolorze głębokiego, pociągającego złota.
– Czy zauważyłeś, że żadna z tych rzeczy nie ma przypiętej metki? – spytał Scorpius ze wciąż uniesioną ręką.
– Och. To poczekamy, aż dojdziemy z prezentami do lady, bo tam ciężej nam będzie je odłożyć – zaproponował. – Spójrz, co znalazłem...
Oględziny przerwał Morrison, który dołączył do nich z najdrożej wyglądającym upominkiem. W dłoni trzymał delikatną bransoletkę – zamiast szeregu klejnotów, ozdobiona była szmaragdami.
– I co myślicie? – zapytał, podekscytowany. – Kolory Slytherinu! – wytknął. – Jest idealna!
– Czy będzie się cieszyła z kolejnej możliwości noszenia barw swojego domu? – Ostrożność w głowie Scorpiusa uświadomiła Albusa, że przyjacielowi bardziej chodzi o koszty prezentu, aniżeli czegokolwiek innego.
– Zdecydowanie. – Morrison aż wrzał. – Wyznała mi kiedyś, że bardzo liczyła na ślizgoński przydział.
Chłopcy uśmiechnęli się słabo, a następnie podeszli do lady, gdzie ekspedient właśnie kończył obsługiwać wysoką, kościstą kobietę o włosach koloru mandarynki.
– Znaleźliście to, czego szukaliście, panowie? – zapytał czarodziej, a jego oczy w niecodzienny sposób spoczęły na Albusie.
Uznając to za znak, że jako pierwszy ma być podliczony, brunet położył na blacie medalion i wyjął sakiewkę ze złotem. Miał wielką nadzieję, że wisior nie był piekielnie drogi. Jak się szczęśliwie okazało, było go stać. Co prawda, oddał sklepikarzowi trochę galeonów, a sakiewka stała się nagle dziwnie lekka, ale ogólnie był zadowolony z zakupu. Scorpius zapłacił jako następny, podchodząc do tego bez większych nerwów. Z uśmiechem na twarzy podsunął mężczyźnie stos idealnie odliczonego złota.
– Skąd tyle miałeś? – zapytał z zainteresowaniem Albus, podczas gdy ekspedient sprawdzał, czy kwota się zgadza.
– Cóż, tata zarabia w tym roku o wiele więcej niż zazwyczaj – wyjaśnił Malfoy. – Plus niedawno były moje urodziny...
– Och, rzeczywiście.
Gdy prezent Scorpiusa został zapakowany, Morrison wystąpił naprzód. Uśmiechając się, położył bransoletkę na ladzie.
– Tyle wystarczy, prawda? – zapytał i rzucił na blat swoją sakiewkę.
Albus od razu wiedział, że Vincent nie będzie miał szczęścia. Chociaż torebka była ciężka od monet, znajdowały się w niej przede wszystkim sykle i knuty – galeonów było naprawdę niewiele. Ekspedient również wydawał się to rozumieć, chociaż i tak sumiennie przeliczył złoto.
– Obawiam się, że nie wystarczy – stwierdził, spoglądając na nastoletniego klienta w bardzo rzeczowy sposób.
– Cholera. – Morrison się skrzywił. – Ile potrzebuję?
– Jedenaście galeonów.
Ślizgon zmarszczył brwi, a potem zaczął pakować monety z powrotem do sakiewki. Instynktownie i bez słowa Albus i Scorpius sięgnęli do własnych woreczków i wyciągnęli należną sumę – jeden sześć galeonów, a drugi pięć. Jednocześnie wyłożyli pieniądze na ladę, a chciwy ekspedient natychmiast je pochwycił i wrzucił do kasy, którą otworzył przy pomocy różdżki.
Morrison posłał im wdzięczny, zawstydzony uśmiech, podczas gdy sklepikarz opakowywał bransoletkę. Kiedy wychodzili, mężczyzna lekko się ukłonił.
– Dziękuję. Serio – powiedział Vincent. – Jestem waszym dłużnikiem...
– Skończ i się nie przejmuj – odparli szczerze.
Przez chwilę po prostu stali pod Błyskotką, próbując ustalić nowy cel. Albus wiedział, że przyjaciele najchętniej napiliby się czegoś ciepłego w jakimś suchym miejscu, najlepiej z daleka od swoich dziewczyn, aby nie zawczasu nie zobaczyły prezentów, ale miał inne plany. To był najlepszy moment, żeby się odłączyć i pójść do kwatery głównej Wybawczego Aliansu Różdżek...
– Idziecie może na pocztę? – zapytał, obmyślając strategię.
– Może później – stwierdził Morrison. – Robię się głodny, a to jest na drugim końcu Hogsmeade...
Scorpius wstrzymał się na moment z odpowiedzią i zmierzył pomysłodawcę zaciekawionym spojrzeniem.
– Na pocztę? – powtórzył.
– Chciałem nadać list do domu. – Albus wzruszył ramionami. – James od dawna nic do mnie nie napisał, a pocztowe sowy są szybsze niż te w Hogwarcie. Huncwot odpada, bo ostatnio mama często go używa.
Jeżeli Morrison rozpoznał kłamstwo, nie dał tego po sobie poznać. Scorpius już nie był tak uprzejmy.
– Naprawdę masz nas za takich półgłówków? – zapytał, na co Vincent jęknął.
Potter westchnął i wyrzucił w górę ręce.
– Co takiego?
– Wybierasz się do siedziby Wybawczego Aliansu Różdżek! – krzyknął oskarżycielsko Malfoy, na co kilku przechodniów się obejrzało, żeby obejrzeć przedstawienie.
– Mógłbyś nie wrzeszczeć? – Albus obejrzał się przez ramię. Obok budynku sąsiadującego z Błyskotką stało dwóch pracowników Ministerstwa Magii, a w oddali widać było dwóch spacerujących renegatów.
– Mówiłem ci, że to nie była chwilowa zachcianka. – Morrison odwrócił się do Scorpiusa. – Naprawdę się nad tym zastanawiał...
– No dobrze. W porządku! Zrozumcie: dlaczego by nie spróbować? Naprawdę myślicie, że stanie się coś strasznego?
– Mamy przeczucie, że twoja wizyta zakończy się miażdżącym rozczarowaniem – powiedział bez ogródek Vincent. – I spodziewamy się po tobie najgłupszego ruchu. Na przykład, że wyjawisz prawdę na temat tego, co się stało i wylecisz z Hogwartu.
– Waddleswortha najprawdopodobniej i tak tam nie będzie, stary. – Scorpius nie popuszczał. – Jest teraz zbyt zajęty. Szkoda twojego czasu...
– Po prostu pozwólcie mi iść! Poradzę sobie z rozczarowaniem. – Spojrzał na Morrisona. – Naprawdę myślisz, że wyrzucą mnie ze szkoły? Zwłaszcza biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczną? To było możliwe może rok temu, kiedy mój tata popadł w niełaskę, ale nie teraz. Chcę tylko przekonać ludzi, że Harry Potter jest niewinny...
– Nawet cię nie wysłuchają – argumentował Scorpius.
– Pozwólcie mi chociaż spróbować! Wydaje mi się, że to, o co się martwicie, wcale nie jest takie złe. – Albus się zdenerwował. – W najgorszym wypadku nic się nie zmieni, a ja zostanę zignorowany. Sam to powiedziałeś, stary. – Zwrócił się teraz bezpośrednio do Malfoya. – Warrena Waddleswortha może nawet tam nie być, ale musisz pozwolić mi spróbować. Nie mogę po prostu się wycofać i przyznać, że nie podjąłem walki.
Przyjaciele wymienili aż nazbyt znajome, zaniepokojone spojrzenia. Scorpius sprawiał wrażenie bardziej zmartwionego, być może dlatego, że był z nich najbardziej odpowiedzialny i wszelkie konsekwencje podjętych decyzji najczęściej spadają właśnie na niego. Morrison w końcu odwrócił głowę, lecz Malfoy nawet nie mrugnął.
– Chodźmy razem – zaproponował.
– Nie – odpowiedział natychmiast Albus, a potem, kiedy zdał sobie sprawę, że żeby przekonać paczkę, potrzebuje racjonalnej argumentacji, wyczarował ją z powietrza. – Z naszej trójki tylko ja jestem Strażnikiem Tajemnicy. Od czasu akcji z moim tatą i wujkiem mogli polepszyć zabezpieczenia. Nie ma sensu niepotrzebnie ryzykować.
Pozwolił, aby przez kilka chwil przyjaciele przetrawiali tę ideę, cały czas się łudząc, że zostanie zaaprobowana. W istocie, naprawdę niegdyś rozważał tę ewentualność i nie chciał, żeby bliskie mu osoby ryzykowały własne bezpieczeństwo z powodu czegoś, co sam musiał zrobić. Łudził się, że argumentacja zwycięży...
– Masz maksymalnie półtorej godziny. – Policzki Scorpiusa były czerwone od zimna. – Jeżeli do tego czasu nie spotkasz się z nami w Trzech Miotłach, powiem komuś – nauczycielowi, pracownikowi Ministerstwa, KOMUKOLWIEK – gdzie zniknąłeś. Zrozumiałeś?
Przepełniony ulgą i galopującymi myślami, skinął z uznaniem głową. Wręczył Malfoyowi swoją torbę, obciążoną dodatkowo zakupionym medalionem.
– Jeśli natkniesz się na Mirrę, trzymaj to poza zasięgiem jej wzroku. Jeśli zapyta, gdzie jestem... powiedz, że poszedłem na pocztę.
Scorpius się zgodził, tak więc Albus przeszedł obok, nie oglądając się za siebie – w międzyczasie Morrison poklepał go po plecach. Szedł alejką ze świadomością, że musi dostać się na brudne przedmieścia Hogsmeade, które doprowadzą go do Hogpenn. Jednocześnie starał się zachować dyskrecję. Gdyby którykolwiek członek Wybawczego Aliansu Różdżek zobaczył, że się podejrzanie zachowuje, najprawdopodobniej by się do niego przykleił i przeistoczył w irytujący cień. Zdecydowanie nie chciał mieć do czynienia z renegatami, dopóki nie znajdzie się w pobliżu ich charyzmatycznego przywódcy.
W większości trzymał się zaułków i krętych ulic, będąc zaskoczonym, że prawie instynktownie wiedział, gdzie iść. Po drodze był zmuszony do manewrowania pomiędzy uczniami Hogwartu, co w sumie stanowiło duży plus. Dopóki zlewał się z grupą i wydawał się jej częścią, pozostawał niezauważony. Wtem uświadomił sobie, że najlepiej by było, gdyby rzeczywiście znalazł kogoś znajomego. Przeskanował wzrokiem pobliskie twarze i ostatecznie skupił się na grupce, co dziwne, dziewcząt z Hufflepuffu.
Scorpius nawet nie wiedział, jakie miał wielkie szczęście, że razem z Morrisonem ruszył w przeciwną stronę, bo przypadkowe wpadnięcie z prezentem na swoją dziewczynę byłoby wysoce niefortunne. Albus uznał, że szwendanie się za Anastasią jest lepsze niż nic, więc podkradł się na tył jej paczki koleżanek, mając nadzieję, że skoro i tak czasami widywano ich razem, jego obecność będzie uzasadniona.
Po zaledwie kilku krokach prawie wryło go w ziemię. W rozmowie dziewcząt padło imię Scorpiusa.
– Cóż, mam nadzieję, że w przyszłym roku nadal z nim będę – powiedziała Anastasia.
Albus się uśmiechnął. To zdanie z pewnością było miłą odmianą od tego, co widział niedawno bibliotece.
– Naprawdę myślisz, że mianują cię prefekt naczelną? – zapytała ją inna puchonka.
– Oczywiście. – Anifur sprawiała wrażenie zadowolonej. Bardzo przypominała teraz przemądrzałą Rose. – W końcu umawiam się z synem profesora...
Ślizgon stanął. Może przegapił kontekst całej rozmowy, ale i tak brzmiało to nad wyraz samolubnie.
Chwilowa przerwa sprawiła, że dystans pomiędzy nim a grupą się zwiększył. Zupełnie go to nie obchodziło – nie był nawet pewien, czy chce usłyszeć cokolwiek innego. Zamiast tego więc zboczył z wyznaczonego wcześniej toru. Postanowił wytężyć zmysły i dostać się do bardziej ponurych ulic, nie pozostając jednocześnie na otwartej przestrzeni.
W końcu dostrzegł Gospodę pod Świńskim Łbem, ten sam pub, w którym spotkał się z wujkiem i ojcem w zeszłym roku, podczas wycieczki do siedziby Wybawczego Aliansu Różdżek. Stąd bez najmniejszych problemów odtworzył w głowie drogę.
Rzecz w tym, że w przypływie głupoty nie zabrał ze sobą peleryny niewidki, co z kolei oznaczało, że nie może spacerować sobie tutaj w swobodny sposób. W Hogpenn okazało się, że nie wszędzie są tłumy, a czarodzieje, którzy się tu kręcili, wydawali się rozproszeni przez wszechobecny brud czy strzępki fruwających w powietrzu gazet. Była to broń obosieczna – ochrony w gruncie rzeczy brakowało. W pobliżu nie było nikogo, kto powstrzymałby go przed wdrożeniem planu w życie, ale też nie było nikogo, kto mógłby mu pomóc, gdyby zaszła taka potrzeba.
Kiedy o tym pomyślał, jego uwagę przykuł niespokojny łysiejący mężczyzna, który wciskał klientowi w rękę sakiewkę wypełnioną syklami i knutami, a w zamian dostawał fiolkę makabrycznie wyglądającej szkarłatnej mikstury, która była podejrzana do tego stopnia, że Albus nawet nie potrafił jej rozpoznać.
Gdy przechodził obok, czarodzieje na niego spojrzeli. Wtedy też przypomniał sobie, że nie był powszechnym społecznym ulubieńcem. Uczniowie Hogwartu nie byli zapewne jedynymi, którzy nie darzyli go sympatią. Co był zrobił, gdyby go zaatakowali?
Dajże spokój. Wiesz, że nie musisz się martwić...
Szedł prosto, nadal uważnie obserwując otoczenie. Zanurkował w boczną cuchnącą uliczkę i niemal natychmiast wyszedł z drugiej strony, przechodząc obok starszego człowieka, który leżał rozwalony na ziemi z przytuloną do siebie pustą butelką po ognistej whisky.
Wreszcie, po pięciu bądź sześciu minutach tracenia zmysłów, zobaczył swój cel: na pozór rozklekotany, podniszczony stary sklep, którego próg przekroczył więcej razy, niż by sobie życzył. Stał przed kwaterą główną Wybawczego Aliansu Różdżek, której szyld „Markowy Sprzęt do Quidditcha" kłuł w oczy.
Albus mógł zobaczyć ten budynek i wejść do środka tylko dlatego, że na czwartym roku nauki nieświadomie został Strażnikiem Tajemnicy. Ostatnim razem, kiedy odwiedzał Waddleswortha towarzyszyło mu dwóch wspaniałych aurorów – teraz był sam.
Z jakiegoś powodu ani drgnął. Właśnie przyszła mu do głowy pewna myśl. A co, jeżeli nie był już Strażnikiem? Co, jeśli naprawdę otoczono sklep potężniejszymi urokami ochronnymi, które mają powstrzymać ewentualnych intruzów?
Wejdź.
Pchnął drzwi i natychmiast został otoczony przez znajomą atmosferę.
Wszystko wróciło – muzyka klasyczna odtwarzana przez jakieś urządzenie, którego nigdzie nie dostrzegł, szkarłatny dywan z eleganckimi, misternymi wzorkami, wygodnie wyglądające meble wypoczynkowe oraz, oczywiście, brutalni, przekonani o własnej nieomylności mordercy.
Fakt, że Albus Potter wszedł do środka, wywołał tę samą reakcję, co ostatnio: powszechne zdezorientowanie i oburzenie. Wewnątrz było nawet więcej ludzi, niż chłopiec przewidywał, co stanowiło tylko gorzkie potwierdzenie, że w ciągu ostatnich miesięcy Alians zwielokrotnił swą liczbę. Spośród wszystkich zgromadzonych rozpoznał tylko jedną osobę – ojca Donovana Hornsbrooka, którego w sumie widział całkiem niedawno, w dzień odwiedzin u swojego taty.
Muzyka natychmiast przestała grać, albo została ściszona do tego stopnia, że ciężko ją było usłyszeć. Renegaci, którzy z dumą nosili insygnia swej organizacji, powstali i wbili w intruza twarde spojrzenia, którym towarzyszyło ściągnięcie brwi i zaciśnięcie ust. Próbując zliczyć ich wszystkich, Albus stracił rachubę przy piętnastu.
– Co tu się dzieje? – zapytała młoda kobieta, która swoimi długimi blond włosami i chłodnym tonem bardzo przypominała Idę Blackwood.
Chłopiec otoczony został szeptami. Nie wiedząc, co powinien w takiej sytuacji zrobić, wyciągnął różdżkę i wycelował nią w nieprzyjaciół. Z nerwów po policzku spłynęła mu pojedyncza kropla potu. Poczuł się przytłoczony przez wagę swego planu. Po co tu w ogóle przyszedł?
W odpowiedzi renegaci także sięgnęli po różdżki. Będąc od dawna zaznajomionym z taktyką Aliansu polegającą na niespodziewanym wyprowadzeniu pierwszego ataku, był zaskoczony, że nikt nie szykował się do pojedynku, a nawet w drugą stronę – ludzie przyjmowali obronne pozycje. Może chodziło o jego młody wiek? Może nie grozi mu takie niebezpieczeństwo, jak myślał? WAR nie skrzywdziłoby dziecka, prawda? Z bólem serca uświadomił sobie, że się oszukuje – przecież przekonał się, że to nieprawda.
Co więcej, przestał być dzieckiem. Fakt, że zdecydował się tu przybyć, utwierdzał go w przekonaniu.
Nadal trzymał nieruchomo różdżkę, zdecydowawszy się odezwać, kiedy nikt nie podzielał jego zamiaru. W rzeczywistości jednak nie zaplanował tej konkretnej części wizyty, tak więc wyszło mu to dosyć kulawo.
– Niech nikt się nie... rusza? – wyjąkał, marząc, by móc cofnąć się w czasie o dziesięć sekund i zmienić ton swej wypowiedzi – to nie powinno być zlęknione pytanie, a stanowcze żądanie.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, nawet blondynka, która z początku wydawała się spięta. Albus zaczerwienił się gwałtownie, kiedy wielu renegatów straciło czujność i zgięło się w pół, żeby z uciechy poklepać się po kolanach. Najprawdopodobniej było to dla nich wyśmienite wręcz przedstawienie – jak maluch nieudolnie próbuje naśladować dorosłego.
– Czy wiesz, z kim masz tutaj do czynienia, dzieciaku? – zapytał młody mężczyzna o kasztanowych włosach, który wyglądał, jakby był bardzo zadowolony z faktu, że przynależy do wewnętrznego kręgu WAR.
A ty?
Głos był znacznie ostrzejszy i chłodniejszy, aniżeli wtedy, gdy Albus wybierał prezent dla Mirry. W rzeczywistości ślizgon czuł się tu bardzo nie na miejscu – próbując zastraszyć ludzi, którzy odmawiali struchlenia, a ta dziwaczna i nieoczekiwana pewność siebie z tyłu głowy była teraz jedyną rzeczą, która powstrzymywała go od odwrócenia się na pięcie i ucieczki z podkulonym ogonem. Równie dobrze mógł oddać jej dowództwo.
– Nie zamierzam walczyć – powiedział mocniejszym tonem. – Przyszedłem zobaczyć się z Warrenem Waddlesworthem.
Śmiechy natychmiast ucichły, a kilka osób zaczęło między sobą szeptać. Hornsbrook jako jedyny wystąpił do przodu.
– Pan Waddlesworth jest bardzo zajętym człowiekiem – oświadczył, gładząc swą długą, śnieżnobiałą brodę masywną, owłosioną ręką. – W związku z wagą kampanii politycznej jest dostępny dla interesantów tylko po wcześniejszym uzgodnieniu terminu spotkania.
– Mały nie wygląda, jakby był umówiony, Hank. – Uśmiechnęła się nieznajoma z dużymi przednimi zębami i krótkimi, czarnymi włosami sięgającymi uszu.
– Odprowadzę go – zaproponował stojący koło niej czarodziej.
Albus automatycznie wycelował w niego różdżką.
Trwaj przy swoim.
– Nigdzie nie pójdę, dopóki nie porozmawiam z Waddlesworthem! – Szedł w zaparte, z niewiadomych przyczyn lekko się trzęsąc.
Hornsbrook uśmiechnął się krzywo i kolejny zrobił krok do przodu.
– Obawiam się, że dzieci nie mogą stawiać takich żądań...
Schody w rogu pokoju zaskrzypiały i po chwili na ich szczycie pojawił się potężny czarodziej. Serce Albusa przyspieszyło, kiedy rozpoznał Młota – jego łysa głowa lśniła od światła zwisającego z sufitu żyrandola, a on sam sprawiał wrażenie nadzwyczaj spokojnego.
– Pan Waddlesworth zaprasza.
Nastolatek nie wycelował w Młota i w zamian pozwolił, aby ogarnęła go nostalgia. Czy jak był tu po raz ostatni, dowódca straży przybocznej nie zrobił dokładnie tego samego? Wtedy ostatecznie spotkał się z oszustem – jak będzie dziś?
Nie skomentował zaproszenia, a pozostali renegaci – nie tak wysoko postawieni jak łysy osiłek – również ucichli, sprawiając, że lekka, melodyjna muzyka znów rozbrzmiała. Albus skinął głową, ale podczas wspinaczki po schodach nie opuścił różdżki. Nie spieszył się i zachowywał pozoru spokoju. W przeciwieństwie do niego Młot odwrócił się gwałtownie, jakby chciał iść na przedzie. Chłopiec podążył za mężczyzną, lecz zanim zniknął na piętrze, ostatni raz ogarnął wzrokiem renegatów zgromadzonych na dole – wszyscy byli wyrazie zdezorientowani.
Gdy zakończył wspinaczkę, nadal nie schowawszy oręża, rozejrzał się wokół. Młot, przybrawszy groźną minę i postawę, stał przy drzwiach na końcu korytarza. Obok z kolei usytuowane były nieszczęsne odrapane drzwi, które prowadziły do równie okropnego pokoju – ślizgon doskonale wiedział, co się tam wyprawia. Z ostrożnością podszedł do przewodnika, a potem przekroczył próg gabinetu Warrena Waddleswortha.
Wyglądał dokładnie tak samo, jak dwa lata temu. Stanowił zasadniczo mniejszą wersję salonu z parteru, z jasnym dywanem oraz zawieszonymi na ścianach obrazami – były to jedyne dodatki do eleganckiego biurka, na którym leżały małe, uporządkowane stosy dokumentów. Na krześle za sekretarzykiem siedział mężczyzna, którego twarzy uczeń wybitnie nie lubił.
– Albusie, mój chłopcze! – Waddlesworth rozłożył na powitanie ręce. Dzięki takiemu rozpoczęciu spotkania ślizgon wiedział, że ma do czynienia z prawdziwym Warrenem. – Jak wspaniale cię widzieć!
Wraz z tym zwykłym gestem i towarzyszącymi mu słowami otworzyły się drzwi za czarodziejem. Ślizgon, który wiedział, że zazwyczaj wychodził stamtąd kamerdyner z tacą i dwoma kieliszkami z winem, był dość zaskoczony, gdy wypadło z nich dwóch umundurowanych renegatów. Obaj byli rozpoznawalni dzięki zdjęciu w gazecie, na którym otaczali swojego lidera.
Od razu wycelował w nich różdżkę, a oni natychmiast odwzajemnili gest. Kątem oka zobaczył, że Młot także sięga do kieszeni swojej szaty i zrozumiał, że to dobry moment, aby przerwać misję...
– Stop! – Waddlesworth wstał, wyglądając na szczerze speszonego. Następnie odwrócił się do swojej ochrony. – Opuśćcie różdżki! Ty też, Zydrunasie!
Mężczyźni wykonali polecenie, podczas gdy Albus znów mógł zaczerpnąć powietrza.
I tak byś sobie z nimi poradził.
Warren, wciąż stojąc, poprawił kremowy krawat na swoim pretensjonalnym czarnym garniturze i odwrócił się do interesanta – jedynej osoby, która wciąż była przygotowana na najgorsze.
– Rozumiem, że czujesz się przytłoczony bez towarzystwa swoich kamratów, Albusie, ale czuję się w obowiązku poinformować cię, że nie zezwalam na przemoc w tym budynku. Zwłaszcza pomiędzy moimi wiernymi sojusznikami – tu szarpnął głową w kierunku Młota – a gośćmi. – Ponownie skoncentrował się na odwiedzającym.
Nie słuchaj.
Nie wykonał niewypowiedzianego polecenia. Zamiast tego wzmocnił uścisk na orężu.
– Musimy porozmawiać. – Głos mu zadrżał.
– Opuść różdżkę! – ryknął Młot z rogu pokoju.
Ślizgon odwrócił się do niego, gotów do wyprowadzenia ataku, ale Waddlesworth interweniował.
– Wystarczy, Zydrunasie! – powiedział ostro. – Musimy wykazać się cierpliwością. Albus jest młodzieńcem. Jego ciało podlega zmianom procesu dojrzewania i ma pewne pragnienia, a wybuch frustracji jest spowodowany przez niezdolność do omówienia całej sytuacji z ojcem!
W chłopcu się aż zagotowało.
– Wiem, o co ci chodzi, Albusie – kontynuował uspokajającym tonem Warren. – I chcę, żebyś zrozumiał, że jeżeli kiedykolwiek będziesz miał jakieś pytania dotyczące tych absolutnie normalnych zmian, które zachodzą w twoim organizmie, jestem gotów pełnić rolę, której teraz twój ojciec nie może...
– Zamknij się! – wypalił. – Przestań gadać o moim tacie!
Agresja w gabinecie stała się prawie fizycznie namacalna. Waddlesworth, przystopowany przez ten wybuch, przybrał kamienną minę i oparł się o biurko. Długie, ciemnorude włosy miał założone za uszy, przez co zazwyczaj przeszywające oczy wydawały się jeszcze bardziej skupione i kalkulujące.
– Wyjdźcie – powiedział w końcu, na co dwaj renegaci wycofali się na zaplecze. – Zostań, Zydrunasie – dodał, kiedy Młot także zebrał się do wyjścia.
Warren pstryknął palcami i drzwi za nim otworzyły się ponownie, tym razem ukazując starszego kamerdynera, którego Albus oczekiwał od samego początku. Na tacy był przyszykowany tylko jeden kieliszek białego wina. Czarodziej wziął go do ręki i bez słowa odprawił służącego. W międzyczasie nieustannie obserwował swojego gościa.
– Zechciałbyś usiąść? – zapytał surowym tonem.
– Postoję – odparł butnie ślizgon ze wciąż uniesioną różdżką.
– Opuść rękę – zażądał nagle Waddlesworth, jakby nie dotarła do niego odpowiedź ucznia. – Zrób to, bo inaczej nie będziemy mieli o czym rozmawiać.
Albus przez chwilę potrzymał mężczyznę w niepewności, a potem opuścił różdżkę, gdyż leżało to w jego najlepszym interesie. Nie schował jej jednak, a pozwolił luźno zwisać z boku.
– Przyszedłeś tu, aby coś zakomunikować. – Warren upił mały łyk wina. – Proszę. Słucham.
– Chcę, żeby pan coś dla mnie zrobił – oświadczył bez namysłu chłopiec, nie odrywając od rozmówcy wzroku.
– Rozwiń temat.
– Jest pan na bieżąco... z sytuacją dotyczącą Azkabanu – stwierdził z rozwagą.
Waddlesworth upił kolejny łyk, zanim sformułował odpowiedź.
– Przypuszczam, że odnosisz się do niedawno upublicznionej informacji, która głosi, że „Prawa Ręka Śmierci" został zauważony na wyspie.
– Tak – przyznał, uspokojony – w końcu docierali do czegoś, co można nazwać początkiem właściwej rozmowy.
– Jeżeli masz sugestie, w jaki sposób rozwiązać tę sprawę, Albusie, mogę ci teraz tylko powiedzieć, że wszystko sprowadza się do odpowiedniego czasu.
– To, na czym mi zależy, nie ma żadnego związku z walką z Darvym. – Pokręcił przecząco głową. – Chciałbym, żeby wydostał pan mojego tatę z więzienia, zanim cokolwiek się stanie.
Waddlesworth spojrzał na niego zaskoczony, a potem wymienił wymowne spojrzenie z Młotem. Szybko doszedł do siebie.
– Obawiam się, że prosisz o niemożliwe. – Usiadł i na raz dopił całe wino. Z cichym stukotem odłożył kieliszek na blat biurka. – Nie jestem jeszcze Ministrem Magii, Albusie i nie mogę wpływać na decyzje Wizengamotu dotyczące wyroków skazanych...
– Niech pan nie kłamie! – Chociaż te słowa nie zostały wykrzyczane, stanowczy ton zwrócił uwagę Waddleswortha. – Byłem w Ministerstwie! Widziałem, jak wygląda tam sytuacja. Ma pan wszystkich w garści! – dodał, przypominając sobie ten moment, kiedy czekał na odwiedziny u taty, a Hornsbrook wyszeptał recepcjonistce nazwisko swojego przełożonego – dzięki temu dostał coś, czego w świetle prawa mieć nie powinien.
– Wybacz, ale nie mogę. – Warren się nie ugiął.
Uświadom mu, jak bardzo jesteśmy poważni.
– Nie pytam, czy może pan, czy też nie – kontynuował zaciekle. – Chcę, żeby pan to po prostu zrobił.
Ku jego ogromnemu zaskoczeniu Waddlesworth się uśmiechnął.
– Dorosłeś, Albusie. Udoskonaliłeś swoje zdolności argumentacyjne. Dobre, mocne wstępne oświadczenie. Niejasne, ale złowieszcze ultimatum. – Jakby w podsumowaniu, uniósł głowę. – Co dalej? Zamiast wytykać negatywne strony niezastosowania się do twoich życzeń, odwołasz się do mojej logiki? A może spróbujesz mnie nakłonić do sympatyzowania z każdym przedsięwzięciem, którego chcesz się podjąć?
– To żadna gra – odparł ślizgon, zaciskając mocniej palce na różdżce. – Obaj wiemy, że w Azkabanie dojdzie do strasznych rzeczy. Może pan mówić wszystko – że Darvy się ukrywa i tym podobne, ale wie pan, że on może tworzyć te potwory oraz że na tym nie poprzestaje, bo tworzy armię. Kiedy dojdzie do prawdziwej bitwy, więzienie zostanie odizolowane, nawet od Ministerstwa Magii. Jeżeli jakiś więzień ma zostać zwolniony, to musi to nastąpić, zanim Darvy przystąpi do ataku. Dlatego też musi pan uwolnić mojego tatę. Wiem, że jest pan w stanie.
Waddlesworth ciężko westchnął, a potem wyrzucił w górę ręce, wyglądając, jakby chciał jeszcze argumentować, bo sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Słowa, które jednak wypowiedział, stanowczo temu przeczyły.
– Masz rację. Masz całkowitą rację, Albusie. Mógłbym wydostać twojego ojca z Azkabanu, ale brakuje mi właściwego motywu.
Chłopiec spojrzał na starszego czarodzieja z odrazą. Miał zamiar powiedzieć coś niemiłego, ale Waddlesworth nie dał mu dojść do głosu.
– Nie zinterpretuj tego źle! Jestem zmotywowany – jak mogę nie być, skoro wyraźnie mi pokazujesz, w jakim znajduję się niebezpieczeństwie, jeśli cię nie udobrucham? – Sarkazm był bardzo skuteczny. – Zrozum: nie mogę, ot tak sobie, wypuścić z więzienia osoby, której zbrodnie są karygodne, tylko dlatego, że prosi mnie o to spokrewniony młodzieniec. Przecież wiesz, że świat mnie nie poprze. Dlaczego miałby?
Albusowi zaschło w ustach. To tyle. Doszedł do części, w której musi posunąć się do użycia magii bezróżdżkowej i jakoś znaleźć sposób na oczyszczenia imienia Harry'ego Pottera. Problem w tym, że auror przyznał się do stawianych mu zarzutów.
– A może upierasz się, że twój ojciec jest całkowicie niewinny? Czy tak zamierzasz rozegrać tę partię? – Słowa Waddleswortha zmodyfikowały wcześniejsze plany. – Chcesz, żebym uspokoił ludzi, próbując im coś wpierać zupełnie bez żadnych dowodów?
Wziął głęboki oddech.
– Ja...
– Gdyby tylko sprawy były bardziej skomplikowane, niż się wydają. – Warren potrząsnął głową. – Gdyby tylko w makabryczne morderstwo Janine Fischer był zamieszany ktoś jeszcze – ktoś, kto pasowałby do profilu szukającego sprawiedliwości, ale moralnie wątpliwego Srebrnego Czarodzieja. Oczywiście, poza Harrym Potterem. Ktoś, kto może pokazał już światu chociaż cień swojej twarzy...
W gabinecie zapadła cisza. Albus słyszał powolne i niespieszne bicie swojego serca, podczas gdy jego umysł przetrawiał właśnie prawdziwe znaczenie wypowiedzi rozmówcy. Ewidentnie powiało tu aluzją. Cień twarzy...
Czyżby Waddlesworth zdawał sobie sprawę, że Fairhart żyje? To nie powinno być w ogóle możliwe – wiedzieli o tym tylko nieliczni... Wtem pomyślał o Młocie, który uciekł z miejsca bitwy, krótko po tym, jak zobaczył walkę ze Srebrnym Czarodziejem. Po kilku spotkaniach Klubu Strażników Albus rozpoznawał już sposób walki renegatów z Wybawczego Aliansu Różdżek i chociaż wątpił w istnienie kogoś tak podobnie utalentowanego jak Fairhart, charakterystyczny styl wojownika mógł zostać zauważony i zapamiętany. Młot na pewno niczego nie pominął przy zdawaniu raportu z misji, a Warren Waddlesworth nie był wszak głupcem...
Podświadomie uniósł różdżkę. Nikt się nie odezwał, nikt nie oponował.
– Jak dużo pan wie? – zapytał, prawie bez tchu.
– Co masz na myśli, mój chłopcze? – Uśmiechnął się mężczyzna.
– Co pan wie? – Albus się spiął. – Proszę powiedzieć!
Aby dodać sobie autorytetu, Waddlesworth wstał.
– Obawiam się, że nie mogę ci udzielić adekwatnej odpowiedzi, jeśli nie wyjaśnisz, o jaką konkretnie wiedzę mnie podejrzewasz.
Wyduś to. Skakanie wokół tematu prowadzi nas donikąd.
– Harry Potter nie jest Srebrnym Czarodziejem. – Przygryzł wargę. Zrobił to. Oficjalnie, próbując nieść pomoc, zdradził zaufanie swojego ojca. – Nie wyjawię szczegółów. Chcę, żeby pan dokończył tę historię.
– Podtrzymywanie sekretów prowadzi do niemożności udzielenia pomocy, Albusie. – Uśmiechnął się Warren. – Sugeruję, abyśmy od tego momentu byli ze sobą szczerzy. Mówmy o wszystkim, co wiemy. Sancticus Fairhart żyje.
– Owszem, racja. – Ogarnęła go panika. Dokąd to zmierza?
– To zaś oznacza, że rozwiązanie twojego problemu jest osiągalne, Albusie. – Waddlesworth ponownie usiadł za biurkiem.
Chłopiec wbił w niego tępy wzrok.
– O czym pan mówi? – zapytał.
– Mówię, Albusie, że twojego ojca nie można zwolnić z Azkabanu, chyba że ktoś inny weźmie na siebie winę. Przyprowadź mi Sancticusa Fairharta, a zrobię, co trzeba.
Opadła mu szczęka.
– Co ma pan na myśli, mówiąc, żebym go tu przyprowadził? Jeżeli wie pan, że on gdzieś tam jest, to powinien...
– Mam wrażenie, że cała sprawa cuchnie wielkim spiskiem. Nie mogę, ot tak poszukiwać przysłowiowego kozła ofiarnego, bo to tylko potwierdziłoby, że Ministerstwo Magii od samego początku było świadome niewinności Harry'ego Pottera. Reakcja społeczeństwa na ujawnienie tak utajnionej wiedzy ostatecznie zmiażdży wszystko, nad czym ciężko pracowałem w kampanii politycznej. Gdyby postawiono przede mną Sancticusa Fairharta, proces byłby równie prosty, co uwolnienie wcześniej skazanego. Doszłoby do zamiany więźnia. Koniec końców to nasz oszpecony przyjaciel będzie musiał zmagać się z tym, czego obawiasz się ze strony Sebastiana Darvy'ego, prawda?
Albus milczał, przetrawiając te słowa. Teraz wszystkie kropki się łączyły i w okamgnieniu zrozumiał, że nic nie jest takie, jak się wydawało. W rzeczywistości gdyby Warren Waddlesworth od samego początku wiedział, że Fairhart uszedł z życiem, mógłby potajemnie go ścigać – mógłby dopiąć swego i go zamordować, a co za tym idzie, zniweczyłby wszelkie szanse na zwolnienie z aresztu Harry'ego Pottera, bo jakby na to nie spojrzeć, trup nie może popełnić zbrodni. Z jakiego więc powodu się powstrzymywał...?
– Boi się pan. Właśnie dlatego nie ścigał pan Fairharta! Boi się pan – stwierdził po chwili namysłu. – Potrzebny jest ktoś, kto wykona czarną robotę – ktoś, kto zawczasu wiedział, że Fairhart przeżył...
Wtem coś innego przyszło mu do głowy. W pewnym czasie gazety rozpisywały się nad tym, że Waddlesworth z ledwością przeżył próbę morderstwa. Kogo podejrzewał o atak?
– To nie wszystko! – dodał, zanim rozmówca zdążył mu odpowiedzieć. – Obawia się pan, że zostanie znaleziony – że Fairhart zemści się na panu za to, co spotkało Idę Blackwood!
Warren odchylił się na krześle. Ciężko oddychał.
– Słucham? Kogo? Och, tak! Tę wiedźmę! – Machnął ręką, jakby nagle skojarzył, o kogo chodzi. – Wydaje mi się, że twoja wiedza w tej kwestii nie jest tak dogłębna, jak ci się wydaje, Albusie. Ida Blackwood mnie zdradziła. A wszystko, co jej się potem przytrafiło, było zależne od wyborów, które dokonała. Nie wyrządziłem jej krzywdy ani ja, ani moi ludzie...
– Błąd. Cierpiała z pana winy! – Mocniej zacisnął dłoń na uchwycie różdżki. Ta imponująca pozycja została zniweczona przez fakt, że z wyprowadzenie desperackiego ataku przyszłoby mu z niemałym trudem. – Cierpiała przez te wszystkie lata, przez te rzeczy, do których ją pan zmuszał! Właśnie dlatego Fairhart pragnie zemsty!
Waddlesworth posłał mu chłodne, obrażone spojrzenie. Kiedy zabrał głos, przybrał zupełnie inny ton.
– Więc tak nisko mnie oceniasz, Albusie – stwierdził, czym zaskoczył ślizgona. – Och, nie udawaj! Uważasz mnie za pokręconego i nikczemnego demagoga**, prawda? Myślisz, że zamierzam sprowadzić opinię publiczną na manowce. Cóż, w takim razie pozwól, że zadam ci pytanie, Albusie. Co sprawia, że twój sposób myślenia jest prawidłowy? Co zrobiło Ministerstwo Magii? Co dopuścił się Harry Potter i jego krąg? Czy czynili dobrze?
Chłopiec milczał. Po prostu się patrzył.
– Nie masz na to żadnej błyskotliwej odpowiedzi? Nie masz nic do powiedzenia? – wyszeptał czarodziej. – Cały świat mnie wspiera, Albusie – wspiera to, czego się dopuściłem oraz to, co dopiero planuję zrobić, podczas gdy ty uważasz, że magiczne społeczeństwo jest w błędzie. Żyjesz w złudzeniu, że tylko ty i podobnie wychowane dzieci, wiecie, czym tak naprawdę jest dobro i zło, a wszyscy inni są albo ślepi, albo głupi. Wydaje ci się, że świat się myli, a ty masz rację. Zaprzeczysz?
Ślizgon się trząsł, rozczarowany, że nie potrafi znaleźć kontrargumentu na te zarzuty. Przez chwilę czekał na podpowiedź swojego wewnętrznego wroga, ale ten jak nigdy milczał – najwyraźniej głos zgadzał się z Waddlesworthem.
– Może to nie świat jest taki głupi, Albusie. – Warren nie spuścił z tonu. – Może po prostu ludzie, którzy przeżyli o wiele więcej, niż to, czego ty doświadczyłeś, są zmęczeni pasywnym, niezorganizowanym, pełnym nieścisłości sposobem myślenia, który narzucił im poprzedni rząd – rząd, który czekał do ostatniego momentu i zabierał się do pracy, kiedy było za późno? To nie może być to, prawda? Oczywiście, że nie. Sytuacja, którą ci rysuję, kłóci się z twoją logiką i sposobem myślenia zaproponowanym przez Harry'ego Pottera. To zaś automatycznie sprawia, że jest niewłaściwe.
Albus opuścił o cal różdżkę, wciąż nie mogąc do siebie dojść po tym niespodziewanym werbalnym ataku. Miał nadzieję, że rozmowa wróci na właściwe tory. Na szczęście Waddlesworth zdecydował się pójść za tym ciosem.
– Zboczyliśmy z tematu. Wróćmy do pierwotnej kwestii dyskusji – powiedział czarodziej z nutą ostrzeżenia w głosie. – Zidentyfikowałeś swój problem, a robiąc to, zidentyfikowałeś także i mój. Rozwiązanie jest zależne od jednego podjętego działania, prawda?
Ślizgon zachował milczenie. Otrząsnął się z zamroczenia i teraz czekał, aż Waddlesworth otwarcie określi charakter ich umowy...
– Chcę Sancticusa Fairharta. Ty zaś chcesz, aby Harry Potter odzyskał wolność. Przyprowadź mi Fairharta, a nazwisko twojego ojca zostanie oczyszczone. Proste, coś za coś.
Albusa wryło w ziemię, a uszy wypełnił szum. Odnalezienie Srebrnego Czarodzieja i postawienie go przed wymiarem sprawiedliwości było jego postanowieniem sprzed kilku miesięcy. Parę dni temu powiedział Mirze, że to zadanie jest niewykonalne, a logika mu się przeciwstawiająca równie niezłomna – wciąż to podtrzymywał. Nie wiedział, gdzie szukać, nie miał pomysłu, jak się tam dostać, ani w jaki magiczny sposób pokonać przeciwnika. I znów – rysą na szkle była świadomość pragnień ojca, który nie chciał, by syn się narażał...
To było jeszcze zanim zaczęło się odliczanie. Darvy mógł uderzyć w każdej chwili. Czegokolwiek chciał tata, Albus był pewien, że jego przeżycie jest teraz najważniejsze. Co więcej, odnalezienie Fairharta przestało być zadaniem niemożliwym. Jeżeli Waddlesworth podchodził do sprawy poważnie, z pewnością chociaż trochę mu pomoże...
To nie wszystko. Była jeszcze jedna karta, o której należy zawczasu pomyśleć. Obiecał przecież Mirze, że nie będzie się w to mieszał i nie zamierzał złamać danego słowa.
– Nie mogę – oświadczył. – Nie mogę...
Nie bądź głupi. Albo obietnica, albo ojciec.
– Czego nie możesz? – zainteresował się rozmówca.
– Szukać Fairharta – wyznał. – Nie wiedziałbym, od czego zacząć, a gdybym go znalazł, nie potrafiłbym tu przyprowadzić... Poza tym obiecałem, że...
Waddlesworth parsknął śmiechem, co stanowiło ogromny kontrast. Był to głośny, prawdziwie szczery śmiech, a służebne chichoty dobiegające z okolic drzwi, gdzie nadal stał Młot, sprawiały, że ciężko go było znieść.
– Co pana tak bawi? – Chłopiec się zjeżył, choć przedtem upewnił, że nie zaatakuje przy pomocy różdżki.
– Zawsze stawiasz się w trudnych sytuacjach, Albusie? – Uśmiechnął się ciepło Warren. – Nie proszę cię o poszukiwanie mężczyzny, którego nie mógł wytropić mój najlepszy oddział, a następnie o pojedynkowanie się z nim i zmuszenie do poddania. Pomyśl. Istnieją inny, znacznie sprytniejszy sposób radzenia sobie z równie delikatnymi sytuacjami.
– Co ma pan na myśli? – zapytał, a po kręgosłupie przeszedł mu dreszcz.
– Prosiłem o przyprowadzenie Sancticusa Fairharta, Albusie, a nie ruszenie na łowy. Mógłbyś osiągnąć sukces, jeżeli to on znalazłby ciebie.
Ślizgon spróbował poskładać elementy układanki w spójny obraz, ale ogarnęła go ulga. Cokolwiek Waddlesworth mówił, nie wiązało się to z niebezpiecznymi poszukiwaniami. To z kolei oznaczało, że nie złamie żadnego przyrzeczenia. Oczywiście, na razie.
– Proszę kontynuować.
– Czy to nie jest oczywiste, mój chłopcze? – Uśmiechnął się Waddlesworth. – Fairhart cię lubi. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu twoje bezpieczeństwo stało się dla niego najwyższym priorytetem, zupełnie jakbyś... był jego synem... którego nigdy nie miał! – zakończył dramatycznie.
Młot znów się roześmiał i chociaż Albus wiedział, że to nawiązanie do prywatnego żartu, był zbyt zaangażowany, żeby się w to zagłębiać.
– Więc po prostu powinienem... pozwolić mu się znaleźć? – zapytał głupio.
– Zastanów się, Albusie. Zjawił się na ślubie, na który zostałeś zaproszony – dokładnie w momencie, gdy sprawy wymknęły się spod kontroli. Aby cię chronić, wrócił na stare śmieci. Nie udawaj, że cię tam nie było, Albusie – to nie ma sensu – wyjaśnił Warren. – Nie wiem, w jaki sposób cię namierza, ale uważam, że jeżeli Sancticus Fairharta ma jakąś słabość, którą można wykorzystać, to jest nią nieumiejętność ignorowania sytuacji zagrożenia twojego bezpieczeństwa. – Uniósł brew. – Chcesz odnaleźć Fairharta, a ta metoda wydaje się całkiem skuteczna.
– Masz na myśli zrobienie z siebie przynęty – podsumował ślizgon, a ciężar tych słów ciągnął go w dół.
– Nie zachowuj się, jakby było to niewiarygodnie trudne zadanie! – Waddlesworth znów poprawił krawat. – Niebezpieczeństwo jest cieniem twojego cienia – nieustannie za tobą podąża. Może w końcu przyniesie coś dobrego.
Albus się nie odezwał i opuścił różdżkę. Ruch ten najwyraźniej został wzięty za odpowiedź samą w sobie, bo mężczyzna wznowił wywód.
– Przyciągasz Fairharta. To doskonały sposób, żeby zwabić go do mnie i moich ludzi. Obdarzył cię zaufaniem. Albo, jeśli chcesz się bardziej przyłożyć, wymyślisz coś, aby go ujarzmić. Wtedy dojdzie do aresztowania lub egzekucji. – Waddlesworth wydawał się dość rozluźniony, podczas gdy młodzieniec się skrzywił. – Oczywiście, wszystko zależy od wagi zbrodni, których się dopuścił. Fairhart się przyzna, a Harry Potter odzyska wolność – opuści Azkaban równie niewinny, jak wtedy, gdy był bohaterem czarodziejskiego świata. Czy dobiliśmy targu, mój chłopcze?
Albus się zawahał. Owszem, miał dużo do przemyślenia, ale można było to roztrząsać o każdej porze dnia i nocy. Sęk w tym, że to nie wszystko.
– Skąd mam wiedzieć, że mówi pan prawdę? – drążył z uporem. – Jaką mam pewność, że nie pozbędzie się pan Fairharta, ot tak po prostu, a mój tata będzie dalej gnił w Azkabanie?
Waddlesworth przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, a następnie wstał i obszedł biurko, żeby ostatecznie stanąć zaledwie kilka cali przed interesantem. Wyciągnął przed siebie rękę.
Albus znów się zawahał.
Co ci szkodzi. Nie znajdziesz niczego lepszego.
Przełożył różdżkę do lewej dłoni i prawą uścisnął tę Waddleswortha. Kontakt fizyczny był krótki, ale wystarczający do zawiązania kontraktu.
– Czy wiesz, dlaczego jestem specjalistą od handlu wymiennego, panie Potter? – zapytał przywódca Wybawczego Aliansu Różdżek, nie odrywając uważnego spojrzenia od chłopca, z którym przyszło mu pertraktować.
Albus zdecydował się na milczenie, chociaż zauważył nagłą zmianę w sposobie tytułowania. Wiedział, że ma czynienia z prawdziwym Warrenem Waddlesworthem i że nie zastępował go żaden oszust – w taki właśnie sposób mężczyzna podchodził do interesów.
– Jestem uczciwy, bo zawsze się staram, by każda ze stron okazała się zwycięzcą, a przede wszystkim dotrzymuję słowa. Nie mam żadnego powodu, aby podtrzymywać uwięzienie twojego ojca, ani nie mam powodu, żeby szkalować dobre imię, by tylko zadowolić tych, z którymi się sprzymierzę. Dotrzymaj swojej części umowy, panie Potter, a dotrzymam mojej.
Albus skinął głową, czując, jak coś nieprzyjemnego osiada mu na żołądku. Nie było to stricte uczucie mdłości, a natychmiastowy, miażdżący żal...
Zakończywszy negocjacje, odwrócił się na pięcie i podszedł do drzwi. Młot otworzył je na oścież i kiedy już miał zamknąć, Waddlesworth niespodziewanie się odezwał.
– Jeszcze jedno, panie Potter.
Albus wbił w niego pytające spojrzenie.
– Proponuję się pospieszyć. Jak sam trafnie stwierdziłeś, najprawdopodobniej wkrótce wydarzy się coś strasznego.
Chłopiec zamknął za sobą drzwi – dopiero teraz poczuł się chory.
* Akcesoria Gospodarstwa Domowego Agaty (z ang.: Agatha's Household Item Shoppe) – sklep w Hogsmeade wymyślony przez autora na potrzeby opowiadania
** Demagog – polityk, działacz, który wygłasza nierealne, lecz dające mu szerokie poparcie hasła
