15. DECYZJA
W ciągu następnych dwóch tygodni Albus niewiele spał. Było mu ciężko, bo w nocy, mimo że leżał z zamkniętymi oczami, miarowo oddychając, zwyczajnie nie mógł zasnąć, a godziny niemiłosiernie mu się dłużyły. Przyjaciele niby budzili go rano, ale tak naprawdę to nie spał, a się męczył. Gdyby sen był rzeczywisty, czułby się wypoczęty.
Wzorzec uczestniczenia w lekcjach i wymuszonych treningów quidditcha został ubarwiony o poranne otrzeźwianie się przy pomocy zimnej wody. Koszmary powróciły ze zdwojoną siłą, a cieni pod oczami nie dało się już ukryć, tak więc musiał okłamywać zatroskanych przyjaciół. Oczywiście, nadal był atakowany w pseudosennych godzinach, ale nie to stanowiło główną przyczynę jego pogarszającego się stanu zdrowia – teraz ciążyła mu myśl, że ułożył się z Wybawczym Aliansem Różdżek.
Scorpius i Morrison od razu wywnioskowali, że udało mu się porozmawiać z Warrenem Waddlesworthem, ale albo ze strachu przez zaangażowaniem się, albo z powodu dręczących ich wątpliwości, tylko o tym napomknęli. O wiele gorzej jednak przeżywał fakt, iż poprzez przemilczenie okłamał swoją dziewczynę, chociaż akurat z tego mógł się usprawiedliwić. Owszem, nigdy nie powiedział, że wybiera się na spotkanie z Waddlesworthem, ale za to rzeczywiście był na zakupach z przyjaciółmi. Półprawda nie była aż tak zła, prawda?
Ostatecznie skończył z bezpieczną tajemnicą, próbując gromadzić informacje w najprostsze możliwe sposoby, w skład których wchodziło również śledzenie wydań TYGODNIKA WAR.
– Coś nowego? – zapytał pewnego ranka pod koniec listopada.
– Gdyby było, powiedziałbym. – Scorpius złożył gazetę i wrócił do śniadania.
– Spodziewasz się czegoś konkretnego? – spytał Morrison.
– Nie, ale niczego nie można być pewnym – odpowiedział natychmiast. – Codziennie może się coś wydarzyć.
Prawda była jednak taka, że bardzo chciał się dowiedzieć, jak rozwinęła się sytuacja na wyspie. To okropne, że chciał aktualnych wieści, ale jednocześnie nie mógł się powstrzymać od pragnienia uzyskania informacji, które pozwoliłby mu jakoś załagodzić umowę zawartą z Waddlesworthem. Może Ministerstwo mogłoby cofnąć swoje oświadczenie i w ramach zachowania ostrożności jednak przeprowadzić akcję ratunkową więźniów? Albo (był pewien, że nigdy bardziej się nie łudził) ciało Sebastiana Darvy'ego zostanie wyrzucone na brzeg wyspy, tak jak kilka tygodni temu przewidział członek Wizengamotu?
Niestety, żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła, a ponieważ gazety były dla niego jedynymi dostępnymi źródłami informacji, resztę musiał pozostawić wyobraźni. Przez myśl mu nawet przeszło, żeby skontaktować się z ciocią, która na pewno byłaby w stanie przekazać mu nieco wiadomości, ale wciąż wolał nie rezygnować ze środków ostrożności i nie wysyłać listów, podczas gdy na korytarzach szwendali się renegaci – w ostatecznym rozrachunku Hermiona Weasley odpadała. Oczywiście, nikt z rodziny by mu nie pomógł w zadaniu, które sobie wyznaczył, a mianowicie: w jaki sposób z rozmysłem narazić się na niebezpieczeństwo, żeby pomóc Wybawczemu Aliansowi Różdżek w wygraniu ich małej, prywatnej wojenki z Sancticusem Fairhartem.
Błąd. Stawiasz kogoś przed wymiarem sprawiedliwości, aby ocalić swojego ojca.
Ten pewny siebie, groźny głos ostatnio odzywał się sporadycznie – zdarzało się, że w niektóre dni milczał jak zaklęty, a w inne mówił jak najęty. Albus starał się go ignorować, doskonale rozumiejąc, że sprzeczanie się z samym sobą jest czymś nienormalnym. Tata powiedział mu kiedyś, że słyszenie głosów nie jest dobrą oznaką, nawet w świecie czarodziejów*. Gorzej, że należał on do niego, co zostało mu wyjaśnione pod koniec drugiego roku nauki, a przez to nie uważał go za niezwykle denerwującego.
Przynajmniej miało to sens. Na umowę z Waddlesworthem można spojrzeć z dwóch perspektyw, z których ta najbardziej oczywista opierała się na tym, że zamierzał celowo zaryzykować własne bezpieczeństwo, aby pomóc Wybawczemu Aliansowi Różdżek osiągnąć niebywale trudny cel, podczas gdy lider tejże organizacji praktycznie szantażował go życiem ojca. To zdecydowanie byłaby wizja przyjęta przez Scorpiusa i Morrisona. Albus zaś dostrzegał w tym znacznie prostszą, bardziej klarowną drogę: taką, która usprawiedliwiała jego działania i co ważniejsze, nie sprawiała, że wyglądały na głupie. Życie Fairharta w zamian na życie Harry'ego Pottera. Nieważne jest droga do celu – najważniejsze było to, żeby niewinny człowiek odzyskał wolność, a winny został ukarany.
Najtrudniejszym elementem było wykonanie. Sam pomysł dotyczący polowania na Sancticusa Fairharta jak na jakąś zdobycz sprawiał wrażenie niemożliwego, a co dopiero idea zwabienia go w pułapkę przy pomocy ludzkiej przynęty. Szkopuł w tym, że Albus nie wiedział, w jaki sposób Waddlesworth sobie to w ogóle wyobraża. Owszem, uzgodnili, że najlepiej będzie narazić się na uszczerbek na zdrowiu, ale jak? Najniebezpieczniejszą rzeczą, jaką teraz podsuwał mu umysł, było wtargnięcie do kwatery głównej Wybawczego Aliansu Różdżek i zażądanie widzenia się z przyszłym Ministrem Magii – Fairhart nie wydawał się jednak dostrzegać zagrożenia.
– Co tam robisz?
Rozejrzał się paranoicznie, ale Morrison nie odzywał się do niego, a do siedzącego obok Scorpiusa.
– Hm? – Malfoy uniósł głowę. – A, nic szczególnego... – Potem, uświadomiwszy sobie, że odpowiedź nikogo nie zadowoliła, pokazał wszem wobec nieduży podręcznik i zwój pergaminu.
– Na jakie to zajęcia? – kontynuował ostrzejszym tonem przyjaciel.
– Eee...
Scorpius nie zdążył skończyć nawet zdania, bo Albus natychmiast wyrwał mu książkę, jednocześnie popisując się doskonałym refleksem szukającego.
– GWIAZDY I ZNAKI ZODIAKU, autorstwa Gazera Douglasa – przeczytał i westchnął.
– Znowu odrabiasz za Anastasię pracę domową! – Morrison był zbulwersowany.
Malfoy odebrał podręcznik od Albusa.
– Dzięki, stary – powiedział sarkastycznie. – Nie robiłem tego od dłuższego czasu – dodał, słowem wyjaśnienia. – Po prostu... czeka nas ogromny test z historii magii, do którego musimy się przygotować.
– A kiedy ty się do niego pouczysz? – Vincent w udawanym zdezorientowaniu potrząsnął głową.
– Jestem... prawie na bieżąco – bronił się Scorpius, a następnie w nerwowym geście przeczesał dłonią włosy.
– Przestań! – Albus włączył się do rozmowy. Ostatecznie zdecydował się na ostrzejszy ton i wydźwięk aniżeli Morrison. – Skończ z tym wyręczaniem!
Część stołu, przy którym siedzieli, ucichła. Nawet Melonie, która głośno śmiała się z Denise Toil, przerwała wesołą paplaninę, żeby na nich spojrzeć.
Scorpius zmierzył Albusa wzrokiem.
– Nie ma nic złego w miłych gestach – stwierdził groźnie. – A może zapomniałeś, że przez ostatnie sześć lat tobie też pomagałem?
Brunet się zarumienił.
– To... co innego.
Zadzwonił dzwonek na lekcje, dzięki czemu można było odetchnąć z ulgą. Malfoy po cichu spakował swoje rzeczy i pomaszerował na zajęcia, podczas gdy Morrison i Albus zeszli do lochów, aby zabić czas wolny. Gdy znaleźli się w pokoju wspólnym, rozłożyli szachownicę i w trakcie partii zaczęli rozmawiać.
– O co ci chodziło? – zapytał Vincent, nawet nie zwracając uwagi na fakt, że oponent wykonał pierwszy ruch.
– Co masz na myśli?
– Naskoczyłeś na Scorpiusa.
– Przecież tobie też się to nie podoba! – zbulwersował się, podczas gdy Morrison przesunął figurę. – W tym roku Scorpius pracuje dwa razy ciężej niż zazwyczaj.
– Tak, ale nie wściekam się na niego – stwierdził Vincent. – Ty zaś wydajesz się nieźle wkurzony...
Albus jęknął.
– Chodzi o coś innego.
Po chwili wahania wyjaśnił sedno problemu. Nie był w stanie w sposób bezstronny opisać niektórych sytuacji z udziałem Anastasii Anifur, ale spróbował wspomnieć o każdym szczególe, który Morrison mógłby inaczej odebrać. Powiedział zarówno o tym, czego był świadkiem w bibliotece, jak i o tym, co usłyszał w Hogsmeade, a potem poczekał, aż przyjaciel przetworzy wszystkie informacje. Kiedy się w końcu odezwał, brzmiał tak, jakby próbował rozwiać choć trochę wątpliwości.
– Sprawa jest zagmatwana – podsumował i rozsiadł się wygodniej w fotelu. – I niekoniecznie musi być tak, jak ci się wydaje.
– Nigdy jasno nie sprecyzowałem swoich przypuszczeń – odparł zwięźle. – Nie wysnuwam żadnych oskarżeń ani nic – po prostu opowiedziałem ci wszystko, co widziałem...
– Niby racja, ale chwytam przekaz. – Morrison wzruszył ramionami. – Uważasz, że Anastasia nie traktuje tego związku równie poważnie, co Scorpius i że kręci się wokół niego z powodu przede wszystkim dodatkowych korzyści...
Albus nie skomentował tezy, ale też jej nie zaprzeczył. Po prostu skrzyżował ręce i poczekał na rozwinięcie tematu.
– Nie twierdzę, że bardzo ją lubię, ale przecież może się przyjaźnić z innymi facetami. I może po prostu zażartowała sobie, kiedy śmiała się z koleżankami z tej prefekt naczelnej – kontynuował Vincent i uniósł obronnie dłonie. – Sam przyznałeś, że nie słuchałeś dalej i nie wiesz, co zostało jeszcze powiedziane...
– Okej. W porządku, ale pozwól, że cię o coś zapytam. – Albus był nieugięty. – Czy chciałbyś wiedzieć, gdybym zobaczył Melonie coś szepczącą i chichoczącą z innym chłopakiem?
Morrison parsknął.
– Słuchaj, stary. Nie jestem ekspertem w sprawach damsko–męskich. Zapytaj Mirrę.
Chociaż Albus nie chciał zdradzać wszystkiego Mirze, nie dało się zaprzeczyć, że była najodpowiedniejszą osobą do przedyskutowania tematu sprzeczki ze Scorpiusem. Najsmutniejsze i najbardziej oczywiste było to, że w sumie związek przyjaciela nie był jego sprawą, niemniej jednak nadal go niepokoił, a ponieważ stanowił dodatkową możliwość odwrócenia uwagi od zamieszania związanego z Wybawczym Aliansem Różdżek i Fairhartem, za priorytet uznał uzewnętrznienie się w tej kwestii przed swoją dziewczyną. Najlepsza z możliwych okazja nadarzyła się podczas poniedziałkowych zajęć opieki nad magicznymi stworzeniami.
Zajmowali się żabertem** – jednym z najbardziej niecodziennych stworzeń, z jakimi mieli do czynienia w tym roku. Podobnie jak poznany przed kilkoma miesiącami demimoz, żabert przypominał małpę, chociaż miał nieduże rogi i cętki oraz był gibki i średniej wielkości. Ciemnozielona skóra sprawiała, że kojarzył się bardziej z czymś w rodzaju amfibii*** . Zwierzątko pełzało w kółko przed Hagridem, podczas gdy czubek jego głowy w losowych momentach świecił się na czerwono.
– Kiedy se błyska, znaczy, że czuje niebezpieczeństwo. Raczej trzymią się w kupie. Mała grupka lata se, o w ten sposób, po głębszych częściach Lasu. Tego tutej znalazł żem daleko od domu i pomyślałem se, że zanim go odniosę, to wam ciutkę pokażę. Widzicie? Między palcami ma błonę, by...
– Gdzie byłeś, że udało cię się to podsłuchać? – wyszeptała Mirra.
Stali na tyle oglądającego żaberta tłumu. Morrison odsunął się o kilka kroków, najwyraźniej nie chcąc uczestniczyć w rozmowie.
– Mówiłem, że na krótko odłączyłem się od chłopaków, ale – oczywiście – otaczali mnie inni uczniowie – odpowiedział cicho Albus, znów balansując na krawędzi kłamstwa. – Usłyszałem, co mówiła Anastasia i, sam nie wiem, jakoś przypomniałem sobie tę scenę z biblioteki...
Mirra zmarszczyła brwi. Sprawiała wrażenie, jakby miała w zanadrzu radę, której nie chciała udzielić.
– Cóż, to twój przyjaciel. – Wydawała się niepewna. – Zrób to, co uważasz za słuszne.
– Scorpius jest też twoim przyjacielem – stwierdził półgębkiem, patrząc, jak żabert wspiął się Hagridowi na ramię i zaczął go lizać po twarzy długim, różowym językiem. Śmiech uczniów pozwolił normalnym tonem zadać kolejne pytanie. – Co byś zrobiła? Na moim miejscu?
– Jesteś z nim bliżej. – Westchnęła. – Najprawdopodobniej bym mu powiedziała, ale tylko dlatego, że wydaje mi się, że to naprawdę nie jest nic wielkiego.
– Nic wielkiego? – powtórzył, troszkę za głośno, bo akurat klasa ucichła, co było bardzo niefortunne. Hagrid rzucił im zachmurzone spojrzenie, a następnie wznowił swój wykład. – Czemu tak sądzisz? – wyszeptał.
– Bo nie ma żadnych niezbitych dowodów, że jest nieuczciwa. Czy może być blisko z kimś jeszcze? Oczywiście, ale to nie znaczy, że rzeczywiście jest. Czy mogła szczerze rozmawiać z koleżankami? Może, ale...
– W porządku. Rozumiem. – Albus odwrócił wzrok. – Obie jesteście prefektami, czyli znasz ją lepiej ode mnie. Czy Anastasia wydaje się typem...? – Zawiesił znacząco głos.
Mirra całkowicie zignorowała sugestię.
– Słuchaj – aż tak często ze sobą nie rozmawiamy – wyszeptała, podczas gdy Hagrid kontynuował swój monolog na temat diety żabertów, składającej się głównie z owadów****. – Wydaje mi się nieco... Hm...
– Dziwna – dokończył z odległości kilku stóp Morrison. Nauczyciel znów rzucił im rozczarowane spojrzenie, więc chłopiec szybko się poprawił. – Mówię o tej... małpio... zielonej małpiożabie... – powiedział w jego kierunku. – Jest nieco dziwna...
Hagrid zaakceptował tę wybąkaną, mało składną odpowiedź i wrócił do swojej lekcji, jakby wcale nie została zakłócona. Albus otrzymał sugestywne spojrzenie od Mirry, które odczytał jako koniec rozmowy – najwyraźniej nie chciała uczestniczyć w dalszym utrudnianiu zajęć, a zatem temat się uciął.
Po opiece nad magicznymi stworzeniami czekała go chwila przerwy, podczas której nie natknął się nigdzie na Scorpiusa. Ślizgon spędził więc ten czas w pokoju wspólnym, gdzie niechętnie się zabrał za przeglądanie notatek z zaklęć, ponieważ Melonie poprosiła Morrisona, żeby ten samodzielnie się pouczył. Malfoya przegapił również obiad, więc Albus pokusił się o przypuszczenie, że przyjaciel najprawdopodobniej znalazł sobie ustronne miejsce, w którym mógł swobodnie i bez gapiów odrabiać prace domowe swojej dziewczyny.
Obecny był za to na eliksirach, gdzie normalnie przywitał się z grupą. Usiedli dokładnie tak samo jak zazwyczaj – Albus w pierwszym rzędzie pomiędzy Scorpiusem a Mirrą, zaś Morrison w drugim razem z Melonie i Denise Toils. Gwar w klasie ucichł, kiedy do pracowni wpadł Draco Malfoy.
– Wyciągnąć podręczniki i pergaminy. Dziś robicie notatki – obwieścił wszem wobec, nawet nie zaszczycając uczniów spojrzeniem; ci zaś bez zbędnych komentarzy natychmiast wykonali polecenie. Na innych zajęciach najprawdopodobniej pokusiliby się o ciężkie westchnienia albo narzekania, ale mistrz eliksirów cieszył się wystarczającym szacunkiem, żeby zrozumieli, że lekcji teoretycznej nie sposób uniknąć. Niektórzy – ci, co radzili sobie z miksturami trochę gorzej, tak jak Morrison – nawet się uśmiechnęli, zachwyceni perspektywą lżejszej pracy.
Profesor spędził bite dwie godziny, pisząc różdżką po tablicy – wszystkie informacje trzeba było zanotować. Jedynym słyszalnym, rozchodzącym się po klasie dźwiękiem, było skrobanie piór, przerywane przez sporadyczny kaszel bądź kichnięcie. Większość z tego, co przepisywał, Albus wiedział – w gruncie rzeczy chodziło o to, dlaczego niektóre eliksiry zwiększały swoją moc w czasie, podczas gdy inne stawały się mniej skuteczne, jeżeli nie były użyte od razu. Był jednak zdumiony, kiedy dowiedział się, że mikstury miłosne zaliczają się do pierwszej kategorii i że w niektórych przypadkach mogą doprowadzić nawet do trwałego i nieodwracalnego uszkodzenia mózgu, jeśli ich działanie nie zostanie w porę zniwelowane.
Niestety, lekcja nadal była nudna, a on sam coraz to bardziej niespokojny, że nie mógł porozmawiać otwarcie z przyjacielem. Doszedłszy do wniosku, że metody z pierwszego roku nigdy nie będą przestarzałe, zdecydował się na napisanie karteczki – proces ten został wspaniale zamaskowany przez skupionych w sali uczniów. Skończywszy, przesunął ją o kilka cali, praktycznie podsuwając Scorpiusowi pod sam nos.
Przepraszam za to, co powiedziałem wcześniej.
Malfoy naskrobał odpowiedź niemal natychmiast po otrzymaniu notki.
Żaden problem.
Albus zmarszczył brwi. Po zwięzłości wiadomości stwierdził, że przyjaciel jest bardziej obrażony, niż początkowo sądził. Uświadomiwszy sobie, że okazja do omówienia sprzeczki nie nadarzy się za szybko, tylko się zirytował.
Nie odpisał, a pozostałe minuty zajęć poświęcił na niechlujne sporządzanie notatek i rozważanie, jak najlepiej ugryźć ten temat. Z ulgą przywitał dzwonek, ale niestety, znów został zatrzymany.
– Zapraszam na słowo, Albusie – zagaił nauczyciel, zgarniając swoje rzeczy. Z racji tego, iż Scorpius zdążył już wyjść z klasy, tylko Morrison rzucił mu zaniepokojone spojrzenie – Mirra nie wydawała się zbytnio przejmować.
– Oczywiście – odpowiedział, emanując stoickim spokojem.
Gdy przyjaciele wychodzili, Vincent niezamierzenie trzasnął drzwiami.
Nie potrzebując zaproszenia, zajął zwyczajowe miejsce w pierwszym rzędzie i wbił wzrok w przyglądającego mu się zza biurka profesora. Podczas tego krótkiego momentu ciszy udało mu się zauważyć, że Scorpius jest bardzo podobny do Dracona – i to nie tylko biorąc pod uwagę wygląd zewnętrzny; obaj robili takie same miny oraz widzieli, jak umiejętnie spojrzeć beznamiętnie i umniejszyć wagę sytuacji.
Z szarpnięciem w żołądku zastanowił się, czy będą rozmawiać na temat Hogsmeade. Czy mistrz eliksirów był świadomy tego, co zdarzyło się w trakcie wycieczki...? Czy syn go poinformował...?
Na szczęście się pomylił. Po raz drugi przyszło im omawiać aktywność Klubu Strażników.
– Stowarzyszenie rozkwita – podsumował Draco Malfoy.
– Tak, już pan to mówił – odpowiedział troszkę za szybko, przez co miał nadzieję, że nie zabrzmiał niegrzecznie.
– Cóż, jedyny powód, dlaczego do tego wracam, to fakt, że chciałbym, abyś uczestniczył w spotkaniach.
Albus z zaciekawieniem uniósł brwi. Czemu miałby trenować pod nadzorem Wybawczego Aliansu Różdżek?
– Ee...
– Oczywiście, jeżeli jesteś zbyt zajęty regularnymi szkolnymi rzeczami, możesz odmówić – dodał znacząco nauczyciel. – Na chwilę obecną w Klubie jest kilku ślizgonów. Uważam, że uczestnictwo starszych uczniów zwiększy powszechny entuzjazm.
Chłopiec skinął głową, lecz zanim zdążył zadać pytanie, Malfoy kontynuował.
– Naturalnie, wszyscy twoi przyjaciele też są zaproszeni. Spotkania są otwarte.
Albus znów przytaknął, ale wtem coś zwróciło jego uwagę. Może nie było to niezwykłe, że profesor zwrócił się z tym w szczególności do niego (w końcu znali się też na gruncie prywatnym), ale dlaczego nie namawiał bezpośrednio swojego syna? Jakby na to nie spojrzeć, nawet jeżeli jest bardzo mało prawdopodobne, że pójdzie, Scorpius też został zaproszony...
– Sesja jest dziś wieczorem o ósmej – powiedział Draco, czym wyrwał podopiecznego z zamyślenia. – Jeśli zdecydujesz się uczestniczyć, staw się punktualnie.
Albus ponownie, już trzeci raz z rzędu, skinął głową, a następnie został odprawiony. Kilka minut później wrócił do pokoju wspólnego i zauważył, że Scorpius nadal był nieobecny, chociaż Morrison i Melonie siedzieli przytuleni na jednym z foteli. Pokrótce streścił im więc przebieg odbytej rozmowy.
– A wiesz, stary, że miałem zamiar zerknąć na ten Klub? – Vincent zaczął się wymądrzać. – Co sądzisz, Mel?
– Mamy masę nauki – powiedziała delikatnie, jakby myśląc, że to wystarczy, aby ochłodzić zapał chłopaka.
– Czy to naprawdę jest ważniejsze od nauki nadprogramowych zaklęć oraz innych takich? – drążył.
– Tak. – Uśmiechnęła się Melonie.
– Róbcie, jak chcecie. Ja idę – oświadczył twardo Albus, przez co para natychmiast zwróciła na niego uwagę. W rzeczywistości wyboru dokonał tuż po wyjściu z pracowni eliksirów – potrzebował czegoś, co odciągnie jego uwagę od niepokojących rzeczy, a także pragnął zobaczyć, jak bardzo ulegli zrobili się renegaci względem Dracona Malfoya i jego standardów.
Ostatecznie Morrison wywalczył zgodę na wieczorne wyjście, ale na pytanie, czy Scorpius też się wybiera, Albus nie potrafił odpowiedzieć. Tak właściwie to nikt nawet nie wiedział, gdzie podziewał się Malfoy.
Tuż przed kolacją, nabrawszy pewności, że jest sam, z niemałym rozdrażnieniem w dormitorium sprawdził Mapę Huncwotów. Chciał zobaczyć, z której strony przyjaciel wejdzie do Wielkiej Sali. Przy okazji z niepokojem odszukał także Anastasię – dziewczyna była w pokoju wspólnym Hufflepuffu, otoczona przez innych uczniów. Kropki Scorpiusa nigdzie jednak nie odnalazł – ani w bibliotece, ani na błoniach, ani nawet w Sali.
Zaskoczony odkryciem, towarzyszył Morrisonowi i Melonie podczas kolacji. Był przekonany, że Malfoy lada moment przyjdzie coś zjeść, aczkolwiek się przeliczył. Współdomownicy zgodnie upierali się, że to nic takiego, a gdy posiłek się zakończył, był zbyt przejęty nadchodzącym spotkaniem Klubu Strażników, żeby zaprzątać sobie głowę nieobecnym Scorpiusem.
Mel zeszła do pokoju wspólnego, podczas gdy Albus i Morrison zostali w Wielkiej Sali i przyglądali się, jak w magiczny sposób jest sprzątany bałagan.
– Jak myślisz, czy dużo się zmieniło? – zapytał Vincent, kiedy członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek weszli do środka i – zanim przybyło więcej uczniów – zaczęli przygotowywać komnatę pod trening. – W sensie, że w Klubie.
– Miejmy nadzieję, że skrzydło szpitalne odwiedza mniej pojedynkowiczów – powiedział brunet, patrząc, jak dwóch renegatów macha energicznie różdżkami i tym samym przenosi gigantyczne uczniowskie stoły pod ściany. – Chociaż jestem ciekawy interakcji Larsona z tatą Scorpiusa...
Niczym na zawołanie do Wielkiej Sali wkroczył Draco Malfoy. Zobaczywszy przyjaciół syna, rzucił im mały aprobujący uśmiech. Nie odezwał się jednak, tylko od razu podszedł do wyżej wspominanego i zaczął przed nim gestykulować.
Albus zauważył, że każdą dłuższą wypowiedź mistrza eliksirów, szkolny przywódca renegatów komentował w sposób niewerbalny – melancholijnie kiwając jedynie głową. Chłopiec był bardziej niż pewien, że nawet nie chodziło o przyjmowanie rozkazów, tylko o to, że nowy głównodowodzący na przedramieniu ma wytatuowany Mroczny Znak Lorda Voldemorta. Uśmiechnął się radośnie na myśl, że plan Waddleswortha ostatecznie przyniósł zupełnie odwrotny skutek. Być może zwycięstwo w sprawie Klubu Strażników kilka tygodni temu w szerszej perspektywie wydawało się trywialne, ale przynajmniej stanowiło wspaniały okazjonalny rozweselacz – potrzebował go zwłaszcza w tym ciężkim okresie.
Około dwudziestu minut później Wielka Sala wypełniła się uczniami. Albus potwierdził informację, jakoby liczba uczestników zwiększyła się dwukrotnie. Zauważył też kilka niecodziennych nieobecności. Z grupy zniknął Hugo razem ze swoimi znajomymi oraz Donovan Hornsbrook. Wolne miejsca zostały zaś nadrobione przez głównie czwarto– i piątorocznych ślizgonów oraz kilka nieznanych twarzy z innych domów.
– Zbiórka! – krzyknął Draco Malfoy.
– Podzielić się! – dodał Larson, jakby chcąc podkreślić wcześniejszą komendę.
Albus i Morrison wymienili zmieszane spojrzenia, podobnie jak kilku innych uczniów, którzy także najprawdopodobniej byli tu nowi. Szybko się dowiedzieli, że spotkania zaczynają się od podziału na dwie oddzielne grupy – tych, którzy chcieli jedynie obserwować i w międzyczasie się uczyć do egzaminów oraz tych, którzy rzeczywiście chcieli uczestniczyć w treningu.
Po wyrazie twarzy Larsona bez najmniejszych problemów można było stwierdzić, że nie podoba mu się nowa metoda, najprawdopodobniej dlatego, że stała ona w sprzeczności ze sposobem myślenia mówiącym, że „w prawdziwym życiu nie ma ochotników". Albus uznał to za fantastyczną zmianę. Uczniowie, którzy mieli już jakieś doświadczenie, rzeczywiście mogli być losowo wybrani do prezentacji, podczas gdy studenci z drugiej linii mogliby po prostu obserwować rozwój wydarzeń i uczyć się, dopóki nie zdecydują się zrobić kroku naprzód. Chłopcy koniec końców dołączyli do drugiej grupy, bo była to ich pierwsza sesja treningowa na nowych zasadach.
Początkowo Albus martwił się, że towarzysze będą rzucali mu nienawistne lub potępiające spojrzenia, ale się pomylił – najprawdopodobniej dlatego, że w Klubie Strażników było teraz całkiem sporo ślizgonów, dzięki którym stał się po prostu następnym wężem. Nie dało się jednak nie zauważyć narastającej rywalizacji – między liderami, a nie uczniami.
– Wystąp. – Larson wskazał na krzepkiego siódmorocznego gryfona, który posłusznie wyszedł naprzód.
W międzyczasie Draco Malfoy oceniał szereg. W końcu zaprosił na środek dziewczynę ze Slythernu, która wyglądała, jakby była na czwartym roku.
– Nazwisko?
– Evey Zabini – odpowiedziała pewnym siebie głosem, udowadniając, że nie należy oceniać po pozorach. Czarne, stylowo podkręcone włosy okalały jej delikatną ciemnoskórą twarz, podczas gdy harde spojrzenie mierzyło wybranego wcześniej oponenta.
Morrison drgnął, kiedy usłyszał imię dziewczynki – najprawdopodobniej przypomniał sobie coś śmiesznego.
Draco Malfoy także wydawał się zamyślony, ale wnioskując po sposobie, w jaki przekrzywił głowę, nie wydawał się rozbawiony, a sprawiał wrażenie, jakby to nazwisko było mu znajome. W końcu przetrawił tę informację i skoncentrował się na treningu.
– Pojedynek zaczyna się, kiedy wyciągniecie różdżki – powiedział. – Chcę zobaczyć wiele zaklęć opartych na tarczach!
Chłopak z Gryffindoru i Evey wyciągnęli swe oręża z prędkością światła, ale to gryfon strzelił pierwszym czarem – olbrzymim czerwonym oszałamiaczem, Zgodnie z zaleceniami profesora, Zabini go odbiła, a potem przeszła do ofensywy i wystrzeliła własny, jasnoniebieski urok, który Albus rozpoznał jako zaklęcie galaretowatych nóg, dość popularne podczas pierwszego roku w Hogwarcie; oponent zręcznie go uniknął.
Pojedynek trwał nienaturalnie długo, gdyż przeciwnicy zaciekle się bronili, co stanowiło przeciwieństwo ofensywnej strategii promowanej przez Wybawczy Alians Różdżek. Albus widział, jak Larson mamrocze coś do swoich podwładnych, ale momentalnie się ożywił, kiedy bitwa dobiegła końca.
– TAK! – krzyknął triumfalnie, gdy Zabini podniosła się z ziemi – gryfon rzucił w jej nogi zaklęcie, którego nie była w stanie całkowicie zablokować. Lekko się speszył, gdy został zrugany wzrokiem przez nadzorującego spotkanie nauczyciela. – Chciałem tylko zwrócić uwagę, jak skuteczne może być kierowanie ataków w słabe punkty przeciwnika – wyjaśnił, wracając do swojego dawnego tonu. – Nogi są szczególnie trudnym miejscem do obrony. Oczywiście, oboje świetnie sobie poradziliście – dodał, chociaż brzmiał, jakby wcale nie miał tego na myśli.
Zwycięzca wrócił do szeregu, gdzie przyjaciele poklepali go po plecach. W międzyczasie mistrz eliksirów pomagał dziewczynce ze swojego domu. Albus uważał, że występ Evey Zabini był zdecydowanie lepszy. Owszem, została pokonana, ale jej oponent operował zaklęciami nauczanymi dopiero na siódmym roku. Pomimo tego zdołała utrzymać się w boju, co stanowiło doskonały dowód na to, jak istotna jest defensywa w prawdziwej konfrontacji.
Następna była walka drużynowa, w której – co ciekawe – uczestniczyli także znudzeni towarzysze Larsona. Draco Malfoy zaaranżował wszystko tak, żeby do każdego zespołu, składającego z trzech losowo wybranych uczniów, dołączył także jeden renegat, który stanowił cel do ochrony. Pierwsza drużyna otrzymała czarodzieja o włosach w kolorze mieszanki soli i pieprzu, którego Albus natychmiast rozpoznał, zaś druga mężczyznę, którego kojarzył tylko z sesji treningowych.
Geniusz w najczystszej postaci, stwierdził. Z racji tego, iż osoba, która miała być chroniona, jednocześnie była tą, która w rzeczywistości była atakowana, to członkowie Wybawczego Aliansu Różdżek, a nie uczniowie, stanowili cel wszelkich zaklęć.
– Start! – krzyknął Larson.
Bitwa szybko rozgorzała. Renegaci instynktownie uchylali się przed przekleństwami – obaj sprawiali wrażenie zirytowanych tym, że zostali zmuszeni do wzięcia udziału w ćwiczeniu. Najważniejsze było jednak to, że nastolatkowie nie mieli oporów, żeby atakować kogoś, z kim nie mieli następnego dnia wspólnych zajęć. Mimo że tarcze były w użyciu, walka drużynowa nie trwała długo. Leonard, krukon, którego imię Albus zapamiętał, zaprezentował uczniom doskonale rzucone zaklęcie wybuchające, ukierunkowane na starszego czarodzieja, czym zakończył bitwę.
– Świetna robota! – podsumował starcie Larson, całkowicie ignorując leżącego na ziemi mężczyznę, który z wypisanym na twarzy bólem trzymał się za żebra. Następnie skinął głową zwycięskiego towarzysza. – Zabierz go do Lestera – powiedział bezmyślnie.
Albus się skrzywił. Wyglądało na to, że niezależnie od przynależności organizacyjnej, przegrani się nie liczyli. To bardzo niesprawiedliwe, bo starszy czarodziej został poinstruowany, żeby się nie bronić. Uświadomiwszy sobie, że usprawiedliwia renegata, mentalnie się kopnął i natychmiast uciszył sumienie.
Zanim się zorientował, minęła godzina treningu i uczniowie zostali zwolnieni do dormitoriów. Nadal szli w uporządkowany sposób, ale ponurą i pełną napięcia ciszę zastąpiło coś innego, a mianowicie podekscytowanie.
– Szczęśliwa gromadka, prawda? – zagaił Morrison. – Myślisz, że zdali sobie sprawę, że te spotkania to nic innego, jak przygotowanie ich do roli zmienników?
Albus podrapał się po głowie, obserwując wymarsz z Wielkiej Sali.
– Myślę, że to już nie są sesje przygotowawcze – wyznał.
Razem patrzyli, jak młodsze grono Wybawczego Aliansu Różdżek przywraca komnatę do stanu użyteczności – wszystkich cechowały precyzyjne ruchy nadgarstków. Ten moment wybrał sobie Draco Malfoy na podejście do przyjaciół syna.
– Jak się podobało? – zapytał.
– Cudnie – odpowiedział zgodnie z prawdą Albus, a Morrison ochoczo się z nim zgodził, gwałtownie kiwając głową.
– Dobrze. Liczyłem, że będziesz pod wrażeniem – wyznał nauczyciel. – Co powiesz na zwiększenie swojego udziału w sprawie?
Ślizgoni byli oszołomieni.
– Co ma pan na myśli? – Chłopiec czuł, że coś mu umyka.
– Regularne uczestnictwo w spotkaniach, a także pomoc w planowaniu zajęć i, wiesz, innych podobnych.
Potter był zdumiony. Nie wiedząc, jak zareagować – a nawet nie potrafiąc sformułować odpowiedzi w głowie – po prostu pozwolił, by nieskładne dźwięki opuściły jego usta.
– Ee... Ee... Hm...
– Zastanów się, Albusie. – Draco Malfoy nawet nie zauważył zmieszania podopiecznego. – Skontaktuj się ze mną, kiedy się zdecydujesz – dodał i odszedł.
Nim minęło pięć minut, chłopcy schodzili już do lochów. Żaden nie wiedział, od czego w ogóle zacząć. W końcu to niższy poruszył frapujący temat.
– Czy mówił poważnie? – spytał, wpatrując się w kręte korytarze labiryntu, o tej porze dnia oświetlone pochodniami.
– Wszystko na to wskazuje, ale wiesz, tak czy inaczej, poprosił o odpowiedź...
– Niby tak, ale czemu akurat ja? – Albus nie spodziewał się, że ktoś zna powody, którymi kierował się nauczyciel, ale wciąż miał nikłą nadzieję. – To i tak dziwne, że się tam zjawiłem. Nie wydaje mi się, żeby tata Scorpiusa rozumiał, jak bardzo jestem nielubiany.
– Może bardziej interesuje go to, co możesz zaoferować, niż to, czego nie możesz.
Ślizgon zatrzymał się wpół kroku, a następnie natychmiast odwrócił się, żeby spojrzeć na przyjaciela.
– To znaczy? – zapytał, szczerze zainteresowany.
– Cóż, czy to nie jest oczywiste? – Uśmiechnął się Morrison. – Wybawczy Alians Różdżek próbuje uczyć uczniów prawdziwego życia, a ty go doświadczyłeś, prawda? Może tata Scorpiusa chce trochę przygotować dzieciaki poprzez twoją praktykę, żeby nie utknęli w pokręconym świecie nauki zaprogramowanym przez WAR?
Albus przez chwilę rozważał ten pomysł. Może do pewnego stopnia było to prawdą? W szkole nie było dużo ludzi, którzy mogliby otwarcie się wypowiedzieć na temat niebezpieczeństwa związanego z Diablim Aliansem – on zaś mógł. Problem w tym, że w wszystko sprowadzało się do kłopotów, w jakie się wplątywał dzięki swojej własnej ignorancji. Nie, w układance zdecydowanie brakowało elementów – przecież Draco Malfoy jest ślizgonem, tak więc złożona propozycja współpracy musi mieć drugie dno.
Wtem dodał dwa do dwóch. Zostawiwszy Morrisona w tyle, rzucił się pędem przez labirynt korytarzy i pod właściwą ścianą praktycznie wykrzyczał hasło do pokoju wspólnego, wpadając do niego niczym burza. Swoim pytaniem zaskoczył pierwszą osobę, która mu się napatoczyła – padło na rozmawiającego z piątoroczną przed kominkiem Bartleby'ego.
– Gdzie jest Scorpius? – warknął.
– Hm? – Bing wykręcił szyję, żeby na niego spojrzeć. – Nie wiem, w ogóle go nie widziałem...
Albus odwrócił się, wypadł ze ślizgońskiego sanktuarium i rzucił się z powrotem przez lochy. Przyjaciel, gdziekolwiek był, nie wrócił do pokoju wspólnego, ale też nie figurował nigdzie na Mapie...
– Gdzie...?
Minąwszy Morrisona, skręcił za rogiem i zaczął się wspinać na pierwszą partię schodów. Po kilku minutach znalazł się na siódmym piętrze, w okamgnieniu mijając patrolującego szkolę renegata, który nie miał nawet czasu, by dokładniej mu się przyjrzeć. W końcu się zatrzymał, tuż przed pustą ścianą.
Czy Scorpius wiedział, że Pokój Życzeń nie mógł zostać zapieczętowany, o ile będący w środku czarodziej sobie tego nie zażyczył? A może nawet nie przyszło mu to do głowy? Zaraz się przekona...
Zamknął oczy i nadal ciężko oddychając, poprosił o miejsce, w którym mógłby znaleźć ukojenie – ciche miejsce, w sam raz do odrabiania nie swojej pracy domowej...
Drzwi się zmaterializowały i zanim zdążyły zniknąć, Albus szybko je otworzył i wszedł do środka. Zgodnie z przypuszczeniami Malfoy siedział na czymś co przypominało niewygodne krzesło przy biurku z ułożonymi w stosik podręcznikami na wierzchu – reszta pokoju była pusta.
Scorpius natychmiast poderwał do góry głowę, a potem odetchnął z ulgą.
– Och, to tylko ty.
– Co powiedziałeś swojemu tacie? – Albus szybko przeszedł do rzeczy, wkładając we władczy i pewny siebie głos bardzo dużo wysiłku. Zimny, towarzyszący mu często głos, tym razem postanowił się nie wtrącać, co oznaczało, że cała agresja pochodziła w pełni od niego.
Malfoy wstał.
– O co chodzi? – spytał, lekko zaniepokojony.
– O twojego tatę. Chciał ze mną rozmawiać, odwrócić uwagę i tak dalej. Przed momentem zaproponował, żebym został oficjalnym liderem tego cholernego Klubu Strażników!
– I? – zapytał przeszywającym tonem Scorpius. – Może po prostu uważa, że jesteś utalentowanym czarodziejem...
– Próbuje mnie przekabacić do pozostania w szkole! – Albus nie popuszczał. – Próbuje wciągnąć mnie w sprawy Hogwartu, tak jak z tym stowarzyszeniem!
– Dlaczego miałby to robić? A może rzeczywiście planujesz się wymknąć i zrobić coś jeszcze głupszego?
– Ja... – Uświadomił sobie, że powinien ostrożnie dobierać teraz słowa. Nie ma się co spieszyć. – Nie zamierzam robić niczego głupiego. I nawet nie o to chodzi. Chcę wiedzieć, co nagadałeś swojemu ojcu.
Scorpius jęknął.
– Powiedziałem mu tylko, że martwisz się o swojego tatę, bałwanie! Nic więcej. Masz rację, mój tata chce cię rozproszyć, a nie zakuć w łańcuchy! – Wyrzucił w powietrze ręce. – Nie pisnąłem słówkiem na temat twojej jakże wspaniałej przechadzki w Hogsmeade. Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił.
Albus wziął głęboki oddech. Oczywiście, wiedział, że jest w trakcie kłótni – a przynajmniej trochę zbyt żywiołowej rozmowy – ale wciąż dobrze było mieć świadomość, że przyjaciel nie wydał jego największej tajemnicy. Nie mógł pozwolić, aby ktokolwiek wydedukował, że ugadał się z Warrenem Waddlesworthem. Zanim jednak mógł coś powiedzieć, Scorpius wznowił swoją myśl.
– Czy to dlatego jesteś na mnie zły? Bo myślisz, że naskarżyłem na ciebie nauczycielowi? Czy to dlatego zaatakowałeś mnie z powodu tej sprawy z Anastasią?
– Co przez to rozumiesz? – zapytał, zainteresowany.
– Praktycznie zrugałeś mnie podczas śniadania, tylko dlatego, że wyświadczyłem mojej dziewczynie przysługę – wytknął Malfoy.
– Opacznie wszystko zrozumiałeś! WSZYSTKO.
– Nie próbowałeś wszcząć awantury podczas śniadania? – drążył przyjaciel, aczkolwiek Albus znał go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że oczekuje zaprzeczenia, tylko po to, aby zaostrzyć sytuację.
– Nie złościłem się na ciebie o to, co powiedziałeś swojemu tacie – sprostował i zdał sobie sprawę, że to jego druga kłótnia ze Scorpiusem w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Okres dojrzewania był po prostu cudowny. – Byłem zły, bo jesteś głupkiem! Poświęcasz się dla dziewczyny, której w ogóle nie obchodzisz!
Otóż to – powiedział, co miał powiedzieć. Czekał na następstwa swych nieczułych słów, pełen napięcia, spodziewając się ochrypłych krzyków, ale to, co stało się potem, okazało się dużo gorsze.
– Słucham? – Malfoy brzmiał, jakby był chory.
Nie wiedząc, co powinien zrobić, Albus podszedł do biurka i sięgnął po leżące na nim podręczniki.
– Astrologia. Starożytne runy. Historia magii...
– Oboje uczęszczamy na te zajęcia! Zarówno ja, jak i ona!
Brunet potrząsnął głową, a następnie wziął głęboki oddech.
– Stary, Anastasia... Ona... ona nie jest tak zaangażowana w związek, jak ty. Widziałem, jaka robi się słodka w obecności innych facetów i słyszałem, jak mówi coś... o byciu z tobą jako gwarancji, że... w przyszłym roku zostanie prefekt naczelną... i w ogóle. Anastasia po prostu... sam nie wiem... – przerwał, nie chcąc bardziej się pogrążyć, bo i tak wystarczająco naszkodził.
Ku jego zdumieniu Scorpius usiadł z powrotem na niewygodnym drewnianym krześle, a potem przeczesał dłonią włosy.
– Zauważyłeś? Ktoś jeszcze?
Albusowi opadła szczęka.
– Co...? – sapnął i zaczął gorączkowo rozglądać się za własnym siedziskiem. Oczywiście, ono natychmiast się pojawiło, ale o wiele wygodniejsze, aniżeli przyjaciela. Opadł na nie, nie wiedząc co sądzić o usłyszanym komentarzu.
– Naprawdę myślisz, że niczego nie zauważyłem? – Malfoy potrząsnął głową. – To znaczy, może nie wszystko, ale dobrze wiem, że umawia się ze mną tylko i wyłącznie przez wzgląd na potencjalne korzyści.
– To czemu z nią jesteś? – zapytał, bezbrzeżnie zdumiony.
– Nie mam pojęcia. – Gdy blondyn zauważył, że to kiepska odpowiedź, dodał: – Żeby kogoś mieć?
Albus przeciągle jęknął.
– Scorpius...
– No wiem. WIEM. Żałosne – warknął. – Jestem na szóstym roku i to pierwszy raz, kiedy w końcu szukam drugiej połówki, zamiast biernie na nią czekać. – Zmrużył oczy.
Było jasne, do czego nawiązywał przyjaciel – w rzeczywistości wyciągał na wierzch jeszcze większy konflikt, tym razem dotyczący Rose Weasley. Czy właśnie teraz Albus powinien powiedzieć, że dziewczyna się nim zainteresowała? Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że wbrew wszystkiemu Malfoy nie jest szczególnie entuzjastycznie nastawiony względem Anastasii. Czy aby ich rozdzielić, należy ponownie rozniecić w przyjacielu sympatię względem pierwszej miłości?
Wtem uderzyła w niego myśl, że nie powinien jakkolwiek wpływać na Scorpiusa, czy też przekabacić go na drugą stronę – powinien on podjąć własną decyzję i żeby było sprawiedliwie, powinien poznać każdą możliwość.
– Podobasz się Rose – palnął.
Malfoy natychmiast poderwał do góry zwieszoną głowę.
– Co?
– Podobasz się Rose – powtórzył. – Lubi cię, bo... w tym roku jesteś popularny i w ogóle. Wydaje mi się, że teraz, kiedy jej związek z Lance'em praktycznie się rozpadł, myśli, że coś przeoczyła.
Przyjaciel zdębiał.
– Kiedy się dowiedziałeś?
– Mirra mi powiedziała – wyznał. – Nie chciałem ci mówić, bo byłem przekonany, że to poróżni ciebie i Anastasię, ale... przestałem się tym martwić.
Scorpius parsknął śmiechem, krótkim i oziębłym.
– Taa, rozumiem.
To niesamowite, jak w ciągu sekundy może się zmienić atmosfera. Albus spodziewał się gwałtownej kłótni, kontynuacji zeszłorocznego konfliktu, ale szczerość przyniosła nieoczekiwany efekt w postaci oczyszczenia powietrza. Gdy brudy zostały wyciągnięte na wierzch, stracili powody potencjalnych argumentacji.
– Co zamierzasz? – zapytał, odchylając się na swoim krześle. – Musisz podjąć decyzję.
– Anastasia czy Rose?
– Albo żadna – dodał niby od niechcenia.
– Nie wiem. – Uśmiechnął się krzywo Scorpius. – W tym roku naprawdę potrzebowałem pary. Mam dość narzucania się tobie i Morrisonowi.
– Co takiego? – Był zdumiony. – Nie bądź śmieszny...
– Nie jestem. Powiedzmy, że rozejdę się z Anastasią i będę ignorował także Rose. Co się stanie podczas kolejnej wizyty w Hogsmeade, kiedy ty i Mirra oraz Morrison i Melonie będziecie chcieli być sami?
Albus zmarszczył brwi.
– To wcale tak nie działa. Dziewczyny cię przecież lubią. Zawsze możemy spędzić czas w piątkę. Nie musisz na siłę szukać pary. – Zmierzył wzrokiem stertę podręczników na biurku. – Zwłaszcza takiej, która każe wykonywać ci dwa razy więcej pracy, żeby mogła szwendać się z innymi naiwniakami.
Scorpius skinął głową.
– Nie wiem, co zrobię, ale poczekam do przerwy świątecznej – wyznał. – W końcu kupiłem Anastasii prezent, prawda?
Przytaknął.
– Więc zamierzasz po prostu spędzać tu czas i odrabiać czyjeś zadania domowe? – zapytał z powątpiewaniem.
– Na razie. – Uśmiechnął się Malfoy. – Załatwię tę sprawę, ale dopiero po świętach.
Albus poklepał go po ramieniu, zadowolony z zakończenia dyskusji. Ostatecznie nie było wcale tak źle...
Wstał i skierował się do wyjścia, lecz został zatrzymany, kiedy znalazł się przed samymi drzwiami.
– Dzięki, że powiedziałeś mi o Rose. I za to... co opowiedziałeś mi o zachowaniu Anastasii.
– Do usług. – Ukłonił się lekko. – Miłych przemyśleń.
Scorpius uśmiechnął się szyderczo, a kiedy Albus zamykał za sobą drzwi, pokazał mu środkowy palec. Brunet zachichotał i rozpoczął powrotną wędrówkę do lochów. Czuł się naprawdę wspaniale.
Oczyszczanie atmosfery było niesamowicie satysfakcjonujące, także w zwalczaniu własnego niezdecydowania. Przez cały ten czas martwił się konsekwencjami wynikającymi z wyznania Scorpiusowi, co zaobserwował, ale teraz, kiedy w końcu się zdobył na uświadomienie przyjaciela, poczuł się znacznie lepiej.
Właśnie miał skręcić, gdy coś usłyszał – cichy pisk, a potem gniewny okrzyk, po którym nastąpił stłumiony chichot. Oparł się ścianę i rozejrzał, żeby poznać źródło dźwięków.
Roxanne Weasley. Wyglądało na to, że była w drodze do pokoju wspólnego Gryffindoru, gdy wypadło jej z rąk kilka książek. Niestety, naśmiewali się z niej ci sami chłopcy, co ostatnim razem.
Lionel i jego przyjaciel – ten z biblioteki – rzucali sobie ponad głową dziewczynki jej notatnikiem, podczas gdy ona szaleńczo machała rękoma i łapała powietrze, sprawiając przy tym wrażenie, jakby nie mogła uwierzyć, że znów padła ofiarą podobnego żartu.
– Oddajcie! – krzyczała. – Oddajcie!
– Wiesz, że nie powinnaś wychodzić tak późno – powiedział Lionel i w fantazyjny sposób przerzucił notes do drugiego dręczyciela. – Właśnie wtedy wpadasz w kłopoty.
Serce Albusa zapłonęło. Czekał, aż głos w głowie się odezwie – głos, który teraz służył mu jako katalizator odwagi i adrenaliny; ostatnio był od niego bardzo zależny – ale nadal otaczała go cisza. Głos nie rozbrzmiał, zupełnie jakby uznał, że problem, na który natknął się chłopiec, był zbyt nieistotny, aby ingerować.
Myślami wrócił do Dougiego i Milesa i pomysł na rozwiązanie sam się pojawił. Instynktownie także wymyślił metodę przeciwstawienia się bratu dla młodszego kuzyna, bo ten najwyraźniej nie radził sobie w pojedynkę. Ostatnim razem, kiedy był świadkiem podobnej sceny dręczenia, na ratunek Roxanne przybył Eckley. Tym razem nie było to prawdopodobne.
Natychmiast zdecydował, co zamierza zrobić. Może i nie miał przy sobie gigantojęzycznego toffi, ale miał różdżkę...
Skręcił za róg, robiąc tyle hałasu, ile tylko zdołał – chciał przykuć uwagę dwóch łobuzów. Kiedy przyjaciel Lionela go zobaczył, zupełnie się nie przejął, a uśmiechnął głupio i znów rzucił zeszytem. Albus się nie zraził i nadal parł naprzód z gniewnym wyrazem twarzy.
– Trzymaj się od niej z daleka! – ryknął, a potem zauważył, że nawet Roxanne wydawała się zdezorientowana tym wybuchem. – Słyszysz mnie? TRZYMAJ SIĘ OD NIEJ Z DALEKA!
Lionel zaczął się śmiać, ale ucichł, kiedy Albus go dopadł. Złapał dręczyciela za przód szaty, podczas gdy jego przyjaciel głośno zaklął, a Roxy krzyknęła. Z siłą, o którą nawet się nie podejrzewał, przyszpilił go do ściany – jedną ręką przytrzymał go za klatkę piersiową, a drugą chwycił różdżkę i przyłożył mu ją do gardła.
– Puszczaj...
– NATYCHMIAST PRZESTAŃ! Skończ! Zrozumiałeś? – ryknął, a Lionel aż się wzdrygnął. – Zostaw ją w spokoju!
Drugi dręczyciel, po którym ślizgon spodziewał się jakiejkolwiek interwencji, stał nieruchomo, po prostu ściskając notatnik w dłoniach.
– Nie muszę cię słuchać! – Lionel szybko się pozbierał. – Jesteś nikim. Nie mianowano cię nawet prefektem...
– Owszem, cholerna racja! – Albus zacisnął zęby i wbił różdżkę w odsłonięte gardło gnębiciela kuzynki, przez co chłopiec się skrzywił. Pomyślał o odwadze Eckleya i pasywnej drodze, na którą sam się zdecydował. Pomyślał o Jamesie, który zrezygnował z odznaki, a następnie wziął sprawy w swoje ręce. – Owszem, nie jestem prefektem! – kontynuował ochryple. – To znaczy, że nie mam nic do stracenia, prawda?
Lionel milczał.
– Słuchaj uważnie, bo nie będę się powtarzał – powiedział ostrzej ślizgon. – Bawisz się kosztem innych oraz martwisz się tylko utratą punktów. Wiedz jednak, że zadzierasz z moją rodziną, z moimi przyjaciółmi i... gadasz pierdoły na temat mojej dziewczyny... – dodał, nie dbając o to, kto w rzeczywistości wypowiedział te krzywdzące słowa na zielarstwie. – Rób tak dalej, a punkty i szlabany przestaną być twoim zmartwieniem – po prostu oberwiesz klątwą prosto w tę roześmianą gębę – zakończył z płonącymi z wściekłości oczami.
Lionel nadal milczał, choć skinął głową. Albus go puścił, cofnął się o krok i opuścił różdżkę.
– Myślisz, że nie jestem do tego zdolny? – zapytał cicho, podczas gdy w głowie zakiełkował mu iście szatański pomysł. – Tak. Założę się, że Janine Fischer tak samo myślała o moim tacie.
Roxanne pisnęła, a stojący obok niej chłopak z wrażenia upuścił notatnik. Jednak to wyraz twarzy Lionela była najbardziej satysfakcjonujący – bez wątpienia ogarnął go paraliżujący strach. To będzie doskonała nauczka, aby więcej nie powtarzał tego błędu.
– Wynośmy się stąd – powiedział do przyjaciela przerażony dręczyciel, a potem chwycił go za ramię i pociągnął; ostatecznie uciekli, nie oglądając się za siebie.
Roxy podniosła swój zeszyt i położyła go na wierzchu stosu, który wcześniej niosła.
– Dzię... dzięki. – Uśmiechnęła się nerwowo do kuzyna. Wyglądała, jakby nie mogła uwierzyć, że taka scena w ogóle się przed nią rozegrała. Albus wiedział, że bez problemu wykryła kłamstwo w jego ostatniej groźbie, ale i tak trochę ją przestraszył swoim niecodziennym zachowaniem, bo pozbierawszy się do kupy, odeszła bez słowa.
Dziesięć minut później chłopiec leżał już w swoim łóżku w dormitorium, gotowy na kolejną wyczerpującą noc. Wbrew wszystkiemu umysł miał przejrzysty – nawet dylemat związany z planem Warrena Waddleswortha nie zaprzątał mu za bardzo myśli i wkrótce stwierdził, że jest na tyle spokojny i zrelaksowany, że nawet jeśli nie chce, to odpłynie...
Znów biegł w ciemności. Tym razem nie trwało to długo, bo kiedy został powalony na ziemię, przed oczami błysnęło mu złote oślepiające światło. Wzrokiem przebiegł od jakby błyszczącej podłogi do okrutnego sobowtóra, którego pusty wzrok sprawiał, że po kręgosłupie przebiegały mu dreszcze. Po raz kolejny wróg się nad nim pochylił i zaczął dusić, a z jakiegoś niewyjaśnionego powodu po prostu wiedział, że nikt nie przyjdzie mu z pomocą – sam więc musiał się uratować. Zdesperowany, złapał za lodowate palce i spróbował je odgiąć, odczepić od siebie.
Walczył i walczył...
Kiedy złotooki Albus został przewrócony na ziemię, zalała go fala ulgi. Usiadł, z trudem łapiąc powietrze i rozglądając się za swoim wybawcą, ale w ciemności nie było nikogo innego – uratował się samodzielnie.
Z wysiłkiem się podniósł, a następnie wyprostował i z kieszeni szaty wyciągnął różdżkę – swoją własną, tą, którą posługiwał się od lat. Uniósł rękę ze świadomością, że przygotowuje się do czarodziejskiego pojedynku, ponieważ sobowtór także w niego wycelował – oręże miał jednak o wiele bardziej złowrogie.
– Nie boję się ciebie! – krzyknął do wciąż leżącego na ziemi przeciwnika, którego Smocza Różdżka idealnie komponowała się ze złotymi oczami. – Nie boję się ciebie! – powtórzył i rzeczywiście była to prawda.
Wewnętrzny wróg zachował milczenie i ograniczył się do wbicia w Albusa pełnego nienawiści spojrzenia.
– Nie jesteś ode mnie silniejszy! – Potrząsnął głową. – I dobrze to wiesz...
Nie opuścił różdżki, dopóki się rano nie obudził.
* W rzeczywistości jest to powtórzony przez Harry'ego cytat autorstwa Hermiony Granger z „Harry'ego Pottera i Komnaty Tajemnic" autorstwa J. K. Rowling, w tłumaczeniu Andrzeja Polkowskiego
** Żabert (z ang.: clabbert) – stworzenie nadrzewne, pochodzące z południowych stanów Ameryki – obecnie powszechnie spotykane. Najbardziej charakterystyczną cechą żaberta był duży bąbel pośrodku czoła, służący za sygnał ostrzegawczy – świeci, gdy zwierzę czuje się zagrożone. W przeszłości amerykańscy czarodzieje trzymali żaberty w ogródkach, aby ostrzegały ich przed zbliżającymi się mugolami, ale Międzynarodowa Konfederacja Czarodziejów ukróciła ten proceder. Stworzenie miało swój debiut w „Fantastycznych Zwierzętach (...)"
*** Amfibia (z ang.: amphibia) – inaczej: płaz
**** Według informacji zamieszczonych na Pottermore, żaberty są drapieżnikami – jedzą mniejsze jaszczurki i ptaki
