16. U TUNNELSÓW
Na początku grudnia spadł śnieg. Z racji tego, iż bitwy na śnieżki stanowiły wspaniałą zabawę dla młodszych dzieci, a Albus i jego przyjaciele podrośli, chłodna pogoda stała się dla nich przeszkodą bardziej niż cokolwiek innego. Owszem, niektóre lekcje opieki nad magicznymi stworzeniami zostały odwołane, aczkolwiek Neville Longbottom stanowczo odmówił anulowania zajęć zielarstwa dla starszych roczników, przez co ślizgon nadal dwa razy w tygodniu odwiedzał szklarnię, a potem rozmrażał sobie palce w pokoju wspólnym, klnąc pod nosem. To po prostu oburzające, że niektóre rośliny potrafiły przeżyć w minusowych temperaturach.
W międzyczasie uczniowie uczestniczyli również w dwóch lekcjach aportacji, które były równie irytujące. Morrison opanował materiał w mniej więcej w połowie drugich zajęć, ale tym razem tak bardzo mu nie zazdroszczono – inni także, chociaż nie jakoś spektakularnie, posunęli się naprzód. Sukces osiągnęły nawet Melonie i Mirra, zaś Scorpiusowi udało się to aż dwukrotnie podczas trzeciej lekcji. Oczywiście, Albus należał do tej nielicznej grupki, która wydawała się całkowicie niezdolna do teleportacji.
– Przynajmniej się nie rozszczepiłeś – próbowała go podnieść na duchu Mirra podczas romantycznej schadzki w Pokoju Życzeń w drugim tygodniu grudnia.
Wiedział, kogo miała na myśli – Melissę Zuerte z Gryffindoru (którą czasami widział rozmawiającą z Denise Toils) oraz Vanessę Adams z Hufflepuffu. Obie dziewczyny zraniły się w trakcie aportacji i musiały zostać odeskortowane do skrzydła szpitalnego, gdzie ostatecznie je połatano.
Albus był troszkę zazdrosny, że osiągnęły chociaż połowiczny sukces, ale oczywiście nie powiedział tego Mirze, bo wiedział, że by się zaniepokoiła. Zamiast tego zdecydował się na zwyczajne narzekanie.
– Naprawdę nie rozumiem, dlaczego mi nie idzie. – Potrząsnął głową. – Przecież odpowiednio się ukierunkowuję. Wiem, że robię dobrze!
– Nie jesteś zrelaksowany – zanuciła. – Jeśli za bardzo się stresujesz, nie możesz się skupić. Właśnie dlatego Morrisonowi idzie wspaniale – on nawet nie wie, że to powinno być trudne.
– Cóż, czasy nie sprzyjają rozluźnieniu – powiedział.
Mirra się skrzywiła.
– Zrobić ci masaż? – zapytała na pozór niedbale.
Jęknął.
– Tak – burknął, tarzając się w wewnętrznym niezadowoleniu.
– Cóż, możesz sobie pomarzyć, dopóki się nie zrelaksujesz i nie zdołasz aportować.
– Grr!
Mimo że zima przyniosła ze sobą wiele nieprzyjemności, nie można było zaprzeczyć, że zamek ogarnęło wyczekiwanie. Zaczęło się od dobrze rozegranego, wyczerpującego meczu quidditcha pomiędzy Hufflepuffem a Ravenclawem, który zakończył się fenomenalnym zwycięstwem krukonów i punktacją 290 do 280 oraz ciągnęło się wraz z największym wydarzeniem w czarodziejskim świecie od lat – zbliżającymi się wyborami.
Ponieważ były wyznaczone na trzy dni po świętach, TYGODNIK WAR wydawano codziennie. Każdy nowy numer zawierał w sobie głównie referencje dotyczące Warrena Waddleswortha, a także przewidujące liczby, potężne niczym trzęsienie ziemi, potwierdzające niepodważalne zwycięstwo Wybawczego Aliansu Różdżek. Albus nie wiedział, w jaki sposób rząd planuje przeprowadzić głosowanie – w końcu nic takiego nie miało miejsca od ponad stu lat – ale był pewien, że dane są poprawne. Niestety, jednocześnie nie mógł się zdecydować, jak powinien się względem nich czuć.
Wcześniej zdarzało mu się marzyć o niemożliwym – przegranej Waddleswortha. Sekwencja wyobrażonych wydarzeń doprowadziłaby do utraty zaufania społeczeństwa wobec WAR, a w ostatecznej konsekwencji do upadku Warrena i całego ruchu renegatów. Było to jednak przed artykułem o Azkabanie i przed jego negocjacjami w Hogsmeade. Teraz, aby plan zadziałał, Waddlesworth musi znaleźć się na szczycie Ministerstwa Magii i z właśnie tego powodu Albus był zadowolony, że fantazje najpewniej pozostaną w świecie fantazji.
Oczywiście, plan wymagał czegoś więcej aniżeli tylko wygranej w wyborach. Niestety, nadal nie wykombinował, w jaki sposób zwabić do siebie Fairharta, a kiedy rano wpatrywał się w zaczarowany sufit Wielkiej Sali, gdy mieli wracać do domu na święta, nabrał przekonania, że poszukiwany i tak by się nie pojawił.
Pogoda za oknem jawiła się podobnie. Płatki śniegu spadały szybko, a on instynktownie wiedział, że nie były zbyt puszyste – stanowiły przeciwieństwo pięknego, białego puchu z obrazków i malowideł. Zamiast tego, były raczej gnuśne, mokre i irytujące.
– Normalnie nie mogę się doczekać, kiedy dostanę śnieżką w twarz – stwierdził sarkastycznie Morrison, również wgapiony w sufit.
Albus skinął głową i niecierpliwie czekał na koniec śniadania, bo swój talerz dawno opróżnił. Gdy zaczął się zastanawiać nad harmonogramem nadchodzących dni, dopadło go jakieś niepokojące uczucie, które nijak się miało do zjedzonego posiłku. Oczywiście, wracał do domu, chociaż nie miał pojęcia, kto go odbierze ze stacji. Sęk w tym, że bez względu na wszystko, będzie musiał stanąć twarzą w twarz z matką, która z pewnością nie zareagowała dobrze na wieść o najnowszej odkrytej lokalizacji Sebastiana Darvy'ego. Ostatecznie więc kurczowo trzymał się nadziei, że ciocia Hermiona dotrzymała słowa i przekazała Ginny wiadomość, że planuje część wolnego spędzić ze swoją dziewczyną. Wtem uświadomił sobie, jak bardzo było to bezduszne, okrutne i samolubne zagranie – zwłaszcza biorąc pod uwagę pogarszające się rodzinne morale.
– Coś ci chodzi po głowie, stary? – zagaił Scorpius.
– Hm? Och, nie. A tobie?
– Niee.
Albus dobrze wiedział, że Malfoy skłamał, ponieważ zastanawiał się, co będzie robił po świętach, które – jakby nie patrzeć – jednocześnie stanowiły ostateczny termin co do podjęcia decyzji odnośnie jego romantycznego życia.
W następnej chwili zadzwonił dzwonek, i chociaż zazwyczaj oznaczał on początek lekcji, tym razem symbolizował rozpoczęcie się przerwy świątecznej. Ślizgon od razu zauważył, że liczba dzieci zostających w szkole drastycznie spadła – rodzice najprawdopodobniej ponad wszystko przekładali bezpieczeństwo pociech. Nie widział w tym logiki, tak jak w przypadku, o którym opowiadała mu niegdyś pani dyrektor McGonagall – że zatroskani dorośli zabraliby maluchy ze szkoły, gdyby tylko rozwiązała Klub Strażników, gdyż nie leżałoby to w ich najlepszym interesie.
Uczniów z Wielkiej Sali wyprowadzał Neville. W międzyczasie wesoło machał rękoma i życzył wszystkim wesołych świąt. Inni nauczyciele nadal siedzieli przy stole na podwyższeniu i żegnali się z podopiecznymi, którzy uśmiechali się do nich i odwzajemniali ciepłe słowa. Albus zauważył, że profesor, który był najbardziej oszczędny w gestach, otrzymywał najwięcej uwagi. Draco Malfoy starał się zachować kamienny wyraz twarzy, kiedy wielu uczniów wykrzykiwało do niego życzenia wesołych świąt, podczas gdy dziewczęta, zwłaszcza te ze starszych roczników, odważyły się nawet posyłać mu w powietrzu całusy. Niekoniecznie osiągnął w tym perfekcję, bo zdradzały go lekko zaróżowione policzki.
– Twój tata nie jedzie do domu? – zapytał przyjaciela Morrison, przyglądając się tej scenie z zainteresowaniem.
– Oczywiście, że jedzie, ale nauczyciele raczej nie wracają pociągiem.
– Czuję, że dołączy do uczniów, kiedy tylko otrzyma wystarczającą liczbę buziaczków. – Melonie żartobliwie uniosła brew, podczas gdy Scorpius rzucił jej mordercze spojrzenie.
– To wcale nie jest zabawne!
Wszyscy, naturalnie prócz blondyna, się roześmiali. Zamilkli, dopiero kiedy faktycznie opuścili zamek i wyszli na dwór, gdzie przenikliwy chłód i porywisty wiatr natychmiast wyszczypały im policzki. Pogoda zmusiła ich do brodzenia przez ciapowaty śnieg – w drodze do powozów Morrison dwukrotnie się poślizgnął. Grupą parli do przodu ze świadomością, że ostatecznie znajdą się w przytulnym, szkarłatnym ekspresie. Gdy rzeczywiście się w nim znaleźli, Albus od razu chciał zlokalizować Mirrę, ale przyjaciele przekonali go, że najlepiej będzie, jeżeli najpierw znajdą pusty przedział. Usadowiwszy się w jednym ze środkowych, rozwalił się na kanapie.
– Ogólnie rzecz biorąc, śnieg nie jest zły. – Morrison potrząsnął głową, strząsając z niej ostatnie puchowe płatki. Wylądowały one na innych. – Ten jest wyjątkiem.
Scorpius wyjął różdżkę i natychmiast wszystkich wysuszył, aczkolwiek widok nowo wchodzących do pociągu uczniów, zmarzniętych i wciąż mokrych, sprawiał, że znów czuli się przemoczeni. Albus z zaciekawieniem obserwował sceny za oknem, zauważając, że Lily weszła do ekspresu razem z prawie całym ich kuzynostwem, zaś Hugo – jakąś minutę później – wtoczył się do środka wraz z grupą innych czwartorocznych gryfonów.
Poprawił się na siedzeniu i czekał, aż pociąg ruszy. Kiedy korytarz się przerzedzi, łatwiej mu będzie odnaleźć ukochaną.
Nie zdążył jednak wdrożyć swego planu w życie, bo akurat w tym momencie drzwi przedziału się rozsunęły i stanęła w nich trochę zdenerwowana Mirra. Nie była jednak sama.
– Cześć. – Uśmiechnęła się i pomachała ślizgonom, którzy pomimo czynnika rozpraszającego, odwzajemnili gest. – Jaka jest szansa, że się tu zmieścimy?
Stojący za dziewczyną Charles Eckley wyglądał, jakby marzył o możliwości natychmiastowego się skurczenia. Był to dość nietypowy widok, zwłaszcza że chłopca zazwyczaj cechowała wyróżniająca się pewność siebie oraz zarozumiałość. W późniejszych latach niechęć Pottera względem Eckleya osłabła, a zazdrość nie dawała o sobie znać, nawet kiedy kręcił się w pobliżu Mirry. W pewnym momencie doszło do przełamu, a ich stosunki ustabilizowały się na kategorii „w normie". Dlaczego więc teraz sprawiał tak niecodzienne wrażenie?
Z początku nikt nie miał odpowiedzi na to pytanie, a Scorpius rzucił Albusowi twarde spojrzenie, sugerujące, że zdecydowanie nie chce, aby Eckley z nimi siedział. Nie można go było za to winić. Chociaż obaj mieli problemy z gryfońskim prefektem, Malfoy w perfekcyjny sposób potrafił wywlec na wierzch swoje, a co gorsza, nigdy nie zdołał żadnego rozwiązać.
– Wchodźcie – powiedział po chwili brunet.
Mirra szeroko się uśmiechnęła i weszła do środka, zajmując miejsce pomiędzy nim a bardzo niezadowolonym Scorpiusem, podczas gdy jej przyjaciel usiadł na skraju przeciwległego siedziska, obok Morrisona i Melonie.
Przedział pogrążył się w niewygodnej ciszy, którą potęgował tylko fakt, że Eckley badał każdego wzrokiem, sprawiając wrażenie człowieka, który dobrze wie, że nie jest mile widziany.
Co było do przewidzenia, to Vincent zaczął pierwszy rozmowę.
– Gdzie zgubiliście Donny'ego?
Na to nieświadome palnięcie głupoty, Albus ukradkiem przyłożył dłoń do czoła.
– W innym przedziale – odpowiedziała Mirra.
– Moglibyśmy jednak później do niego wpaść – dodał szybko Eckley.
Ślizgon uniósł brwi na określenie „my", mimowolnie się zastanawiając, czy gryfoni zawczasu omówili ten temat. Przez ułamek sekundy zapłonął w nim gniew, który zdusił w zarodku, uświadamiając sobie, że jest głupi i zachowuje się dziecinnie. To nie Charles Eckley będzie spędzał ferie z Mirrą. To nie z Charliem dziewczyna wymieni się prezentami oraz nie z nim będzie się trzymała za ręce. Nie, teraz łączyła ich tylko i wyłącznie przyjaźń, a to z kolei oznaczało, że Albus musiał zrobić wszystko, co w jego mocy, aby Eckley czuł się komfortowo – niezależnie od tego, jak bardzo będzie to przeszkadzać Scorpiusowi, który łypał na gryfona z jawną pogardą.
– Kiedy idziecie na obchód? – zapytał niespodziewanie wszem wobec, ale z zainteresowaniem patrząc na dawnego rywala.
Charlie przez chwilę wyglądał na zaskoczonego, lecz szybko się pozbierał.
– Obchody straciły sens. Nikt nawet nie będzie pamiętał, że po powrocie z ferii ma szlaban do odrobienia, zwłaszcza ci młodsi uczniowie. Poza tym, mam wrażenie, że wszyscy niespecjalnie się przejmują.
– Zdecydowanie prawda. – Uśmiechnęła się serdecznie Melonie. – Czy próbowałeś już odbierać punkty? – Odwróciła się do Eckleya. – Wysłuchałeś już przydługiej gadki, jak to nie powinieneś karać uczniów ze swojego domu?
W tym momencie pociąg ruszył, a wraz z upływem czasu atmosfera znacząco się poprawiła. Większość pracy wykonały Melonie i Mirra, sprowadzając rozmowę na temat obowiązków prefektów. Gryfon widocznie się uspokoił, mimo że Scorpius nie zrezygnował z rzucania mu nieprzyjemnych spojrzeń.
Starając się nadążać za argumentami i jednocześnie analizując sytuację, Albus ograniczył się do potakiwania. Gdy niby–kolega poczuł się dobrze, zaczął mówić więcej i szybciej, przez co ślizgon zrewidował poprzednią ocenę jego charakteru.
Charles Eckley był irytujący, ale nie do przesady. Jeszcze parę lat temu szczerze gardził tym chłopcem, ale odkrył, że albo był stronniczy, albo rzeczywiście oboje bardzo dojrzeli – po krótkiej chwili namysłu zdecydował się trzymać drugiej opcji. Co więcej, gryfon przestał używać słowa „klawo", a wszelkie opowiastki – choć nadal częste – były teraz znacznie krótsze, co pokazywało, że zdecydował się on odejść od powtarzania bajek z dawnych czasów.
Albus obserwował nie tylko zachowanie Eckleya, ale także Mirry. Był naprawdę ciekaw, czy bardzo interesowała się opowieściami przyjaciela, ale kiedy na nią zerkał, jej spojrzenie prawie zawsze było skierowane na niego. W rzeczywistości wykorzystywała każdą chwilę, żeby posłać mu pełen wdzięczności uśmiech, co tylko potwierdzało, jak bardzo się martwiła wprowadzeniem gryfona do ślizgońskiego towarzystwa.
Morrison nie wydawał się zbytnio przejmować obecnością Charliego, prawdopodobnie dlatego, że smacznie drzemał na ramieniu Melonie, ale za to Scorpiusowi było to wybitnie nie na rękę – nie odzywał się praktycznie całą drogę. Wyjątkiem była chwila, kiedy Eckley zebrał się na odwagę i zadał mu pytanie.
– A skoro mowa o Hufflepuffie – zagaił, odchodząc od historii wyniesionej z domu rodzinnego. – Słyszałem, że umawiasz się z Anastasią Anifur. Jak wam się układa?
Uprzejmy ton dodatkowo zirytował Malfoya, który rzucił Albusowi sugestywne spojrzenie, niosące za sobą jeden prosty przekaz.
Czy ten dzieciak jest poważny?
Nie otrzymawszy jednak pomocy od przyjaciela, Scorpius długo się zbierał na odpowiedź.
– To nieistotne – mruknął.
Uśmiech natychmiast zszedł z twarzy Eckleya. Szczęśliwie, szybko do siebie doszedł.
– Pamiętacie mojego starszego brata, Clyde'a? Tego, co zabrał mnie na Mistrzostwa Świata w Quidditchu parę lat temu? Wspominałem o nim wcześniej. Niedawno spędziłem trochę czasu z jego przyjaciółmi...
Czas mijał w ten właśnie sposób aż do przybycia pani z wózkiem, od której kupili górę słodyczy. Dopiero wtedy Charlie oświadczył, że pójdzie sprawdzić, czy w przedziale Donovana Hornsbrooka nie zwolniło się jakieś miejsce. Mirra zapewniła przyjaciela, że niedługo do niego dołączy – chciała na osobności wyjaśnić parę spraw ze ślizgonami.
– Wielkie dzięki. – Uśmiechnęła się z ogromną ulgą, kiedy zostali sami.
– Mam wrażenie, że coś przeoczyłam – stwierdziła Melonie. – Naprawdę wszyscy macie z nim problem?
Odpowiedzi na pytanie było wiele, począwszy od niewyraźnego mruknięcia, a skończywszy na chłodnym warkocie Scorpiusa.
Albus zmarszczył brwi.
– Mamy pewne zaszłości – wytłumaczył koleżance. – Niemniej jednak wyrośliśmy z nich, a przynajmniej większość z nas...
– Na pierwszym roku był po prostu dupkiem. Napsuł nam trochę krwi – powiedział wprost Morrison, nawet nie zawracając sobie głowy odpowiednim doborem słów. – Prawie złamaliśmy mu kręgosłup...
– Co takiego...? – Dziewczęta były zdumione.
– ...a potem doszło do bójki pomiędzy Scorpiusem a Eckleyem. W trakcie Hornsbrook interweniował, więc Albus też, za co dostał pięścią prosto w twarz. Na trzecim roku musieliśmy spędzać z nimi czas, co było naprawdę irytujące...
– Wystarczy. – Brunet zamordował Morrisona wzrokiem. – To tylko małe problemy z przeszłości – dodał i się zarumienił. Mirra nie wiedziała, jak straszliwy był to konflikt i naprawdę wolał z nią o nim nie dyskutować.
– Nie mogę zrozumieć, dlaczego od razu nie mógł usiąść ze swoimi przyjaciółmi... – wypalił nadal rozgniewany Scorpius.
– Charlie i Donnie przestali się dogadywać. To tylko mała różnica zdań. – Mirra zabrała głos. – Zaproponowałam mu, że możemy potem posiedzieć razem, ale zbyt się zestresował, więc przyprowadziłam go na chwilę tutaj.
Albus skinął głową z myślą, że rozumie sytuację o wiele lepiej od innych. Może i nie wszyscy czytali pomiędzy wierszami, ale czy siostra nie powiedziała mu niedawno, że Eckley i Hornsbrook są skłóceni? Co więcej, Charlie nie uczestniczył w spotkaniach Klubu Strażników, nawet w tych początkowych, wprowadzających. Ich problemy zaczęły się najprawdopodobniej gdzieś w tym punkcie...
– W każdym razie chciałam wam podziękować, że byliście tacy mili – kontynuowała Mirra, chociaż na Scorpiusa patrzyła o kilka sekund dłużej, aniżeli na pozostałych. – I do zobaczenia na peronie – dodała w stronę swojego chłopaka, a następnie pochyliła się i go lekko pocałowała; potem wyszła.
Malfoy znów zamilkł, tak więc Albus uznał, że przyjaciel wrócił do rozważania najlepszego sposobu na rozwiązanie skomplikowanej sercowej sytuacji. Morrison i Melonie wrócili do żartobliwego przekomarzania się, a brunet się zamyślił. I tak minęła reszta podróży.
Ciężko było się dobrze bawić podczas jazdy, zwłaszcza przy oblepionych śniegiem oknach, nuda zaś sprawiała, że minuty wydawały się godzinami. Kiedy pociąg zaczął zwalniać, Albus natychmiast się rozbudził.
– Pospieszcie się. Chodźcie – powiedział do przyjaciół.
– Tak ci śpieszno, żeby zamarznąć? – Morrison się przeciągnął.
Nie odpowiedział, nie chcąc się przyznać, że najbardziej zależy mu teraz na zobaczeniu twarzy członków rodziny, których długo nie widział, zwłaszcza mamy i brata. Gdy pociąg się zatrzymał, skoczył na równe nogi i razem z przyjaciółmi wyszedł na świeże powietrze.
Ponownie przywitał ich silny wiatr oraz oblodzona ziemia, co sprawiło, że grupa zapragnęła szybko się rozdzielić i dołączyć do rodzin. Morrison i Melonie błyskawicznie wypatrzyli swoich bliskich i pożegnali się mruknięciem, także ze sobą. Scorpius był następny, ale co dziwne, na peronie czekał na niego dziadek.
– Spokojnej przerwy.
Chłopcy przybili sobie piątki.
– Wzajemnie – odpowiedział, nie odrywając wzroku od Lucjusza Malfoya, który równie uważnie ich obserwował, przybrawszy jedną ze najbardziej nieczytelnych min, jakie można sobie wyobrazić – jasnobiałe włosy mężczyzny z roku na rok coraz to bardziej upodobniały go do ducha, zwłaszcza w śnieżnej scenerii. Gdy Scorpius zaczął iść w stronę dziadka, Albus grzecznie skinął mu głową i nie zdziwił się, gdy gest został odwzajemniony.
Zostało mu więc zlokalizować Mirrę, a potem swoją rodzinę. To pierwsze było zasadniczo łatwe, bo chwilę później dziewczyna sama zjawiła się u jego boku – jej ciemne włosy rozwiewał wiatr, utrudniając mówienie.
– Dzięki, że poczekałeś! – wrzasnęła.
– Spoko – odrzekł z trzęsącymi się z zimna dłońmi skrytymi w kieszeniach kurtki.
– I jeszcze raz dziękuję, że tak fajnie przyjąłeś Charliego – dodała.
Uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
– Jak wam potem poszło? – zapytał, ale nie otrzymał odpowiedzi.
– Opowiem ci, jak się zobaczymy – zaszczebiotała radośnie, a następnie się pochyliła i złożyła na jego ustach rozgrzewający pocałunek – chłód jej skóry sprawił, że niemal się wzdrygnął.
Po pożegnaniu odwróciła się i ruszyła w stronę dziadków, znikając pośród padającego śniegu po zaledwie kilku metrach. Albus przez kilka minut bez celu pałętał się wokół ze swoim kufrem, aż w końcu dostrzegł znajome płomiennorude włosy. Hugo, Rose i Lily czekali na niego z dwójką dorosłych – ciocią Hermioną i wujkiem Ronem.
Podszedł bliżej z nadzieją, że wujkowie zabiorą ich do domu, co było dość prawdopodobne, bo Lilka też koło nich koczowała.
– O, tam jest! – wrzasnął mężczyzna.
– Nie mogliście mnie poszukać? – zapytał Albus, gdy znalazł się w zasięgu słuchu.
– Ech, wiedzieliśmy, że nas znajdziesz. Nie było sensu walczyć z pogodą.
– Haha...
Nie przestawał ciągnąć swego kufra do momentu, aż stanął obok rodziny. Wtedy też przyjrzał się wujostwu. Ciocia Hermiona wyglądała tak samo, jak podczas rozmowy przez kominek w pokoju wspólnym Slytherinu, chociaż wydawała się bardziej zmęczona, a jej i tak wiecznie rozwichrzone włosy pogorszył siejący spustoszenie wiatr. Wujek Ron z kolei wyglądał gorzej. Miał dłuższe włosy, co oznaczało, że nie podcinał ich za często, a dodatkowo jego skóra przybrała mniej zdrowy kolor. Albus bez najmniejszych problemów mógł wydedukować choć jedną przyczynę takiego zaniedbania. Harry Potter był dla Rona Weasleya kimś więcej aniżeli tylko szwagrem – był również jego najlepszym przyjacielem, tak więc artykuł dotyczący Azkabanu musiał nim bardzo wstrząsnąć. Chłopiec wątpił, by ciocia Hermiona nie czuła tego samego, ale przynajmniej zadbała o pozory, żeby nie straszyć swoich dzieci.
Tknięty myślą, odwrócił się do Rose i Hugona, którzy przybrali apatyczne wyrazy twarzy. Mimowolnie się zastanowił, czy dojdzie do jakiejś konfrontacji pomiędzy ciocią a jej synem – to znaczy, czy powie coś na temat Klubu Strażników – ale opuścili peron, zanim cokolwiek mogło się wydarzyć. Wujek wyznaczył szlak przez tajemne przejście, a następnie do czarnego, ładnego samochodu. Na miejscu zapakował kufry dzieci do magicznie powiększonego bagażnika, a potem otworzył tylnie drzwi, aby umożliwić gromadce ulokowanie się na siedzeniach. Albus i Lily weszli pierwsi, a za nimi Hugo i Rose. Nim minęła minuta, Ron odpalił silnik, podczas gdy Hermiona odwróciła się do nich z przedniego fotela.
– Wszystkim wygodnie? – zapytała, a kiedy odpowiedziały jej kiwnięcia głową, dodała: – W porządku. Zapnijcie pasy.
W trakcie podróży w samochodzie panowała dziwna cisza. Nikt nie wydawał się szczególnie chętny do konwersacji, chociaż ciocia co jakiś czas szeptała coś do wujka. Niestety, Albus nie potrafił zrozumieć słów. Postanowił więc nie siedzieć bezczynnie i wykorzystał tę chwilę na przyjrzenie się swoim towarzyszom, począwszy od siostry.
Nie porozmawiał porządnie z Lily – w rzeczywistości to nawet na nią nie spojrzał – od czasu, kiedy w listopadzie ukazał się ów pamiętny artykuł, ponieważ był zbyt zajęty paktowaniem z Warrenem Waddlesworthem, a przez to nawet nie zadał sobie trudu, żeby spróbować sobie wyobrazić, co dzieje się w jej głowie.
Czy Lilka wierzyła doniesieniom z gazet, że Azkaban jest fortecą nie do zdobycia? A może mimo stosunkowo młodego wieku również była przekonana, że odsiadujący wyroki więźniowie, w tym też Harry Potter, byli w znacznie większym niebezpieczeństwie, aniżeli chciałoby przyznać Ministerstwo? Wnioskując po twarzy dziewczynki, bardziej prawdopodobna była opcja numer dwa.
Wyglądała na bardzo zaniepokojoną, podczas gdy otępiały wzrok wbiła w bliżej nieokreślony punkt. W rzeczywistości musiało jej być najciężej ze wszystkich – on mógł się trzymać nadziei, kiedy Lily, prócz tego, co przeczytała w prasie, nie miała żadnych optymistycznych perspektyw na przyszłość.
Rose i Hugo także wydawali się czymś zaabsorbowani, ale Albus był pewien, że nawet z przebywającym na wyspie Sebastianem Darvym, ta dwójka skupiała się na własnych, bardziej przyziemnych, prozaicznych sprawach. Kuzynka najprawdopodobniej przeżywała fakt, że nie układa jej się w życiu miłosnym, najpewniej rozważając także usidlenie ślizgońskiego prefekta, zaś kuzyn zwyczajnie pewnie miał nadzieję, że uda mu się uniknąć poważnej rozmowy o swoich szkolnych poczynaniach.
W końcu cisza została przerwana.
– Jak tam? – zagaił wujek. – Jak się mają twoi przyjaciele, Albusie?
– Och, wszystko dobrze – odpowiedział automatycznie. – Scorpius znalazł sobie dziewczynę – dodał, nawet nie biorąc pod uwagę faktu, że Rose się przysłuchiwała.
Ciocia Hermiona mruknęła z zaciekawieniem, lecz Ron się nie ograniczał.
– No proszę! – parsknął lekceważąco. – Ślizgonkę? Jaka jest?
– Puchonkę – poprawił wujka chłopiec, starając się patrzeć wprost przed siebie, gdyż kątem oka widział podłamaną kuzynkę. – Hm, ona jest... ciężka do opisania... – dokończył kulawo, zwyczajnie nie chcąc się rozwodzić nad sytuacją.
– Rozumiem – powiedział enigmatycznie Ron. – Te typy są specyficzne. Oj tak, prześladowczynie są najgorsze...
Ciocia spiorunowała wujka wzrokiem, czym zakończyła niewygodny temat. Grupa wytrzymała w ciszy następnych kilka minut, a potem kierowca nie wytrzymał.
– Wszyscy jesteście jacyś cisi – stwierdził, zwolniwszy – właśnie stanęli na czerwonym świetle. – Co wam chodzi po głowach?
Albus nawet nie przypuszczał, że ktoś udzieli konkretnej odpowiedzi. Niestety, był w błędzie.
– Mój tata – powiedziała Lily, wprowadzając melancholijny nastrój.
Po chwili wahania (podczas której młodzież siedząca na tylnym siedzeniu wbijała w dziewczynkę oszołomiony wzrok) wujek zabrał głos.
– Coś konkretnego, Lilko? – zapytał z pozoru lekko, chociaż żona rzuciła mu twardsze spojrzenie.
– W Hogwarcie przeczytałam pewien artykuł.
Albus poruszył się niespokojnie.
– Ach. Yhym, myślę, że...
– Zmiana świateł, Ron – wtrąciła się ostro Hermiona.
– Racja. Dzięki... Wiem, o którym artykule mówisz, Lily. Naprawdę... naprawdę bym się o to nie martwił – powiedział dramatycznie.
Albus nadstawił uszu, podczas gdy reszta nastolatków zaczęła się niespokojnie wiercić. Gdyby wzrok cioci mógł zabijać, wujek padły trupem.
– Czemu? – drążyła z niedowierzaniem dziewczynka.
– Nie ma bata, by coś się stało Harry'emu – kontynuował stanowczym tonem. – Słyszycie, dzieciaki? – Zerknął przez ramię na Rose i Hugona. – Z wujkiem Harrym będzie dobrze!
– Ronaldzie! – syknęła Hermiona, a potem zaczęła po cichu rugać męża. Jeżeli się wytężyło słuch, można było usłyszeć jedno słowo, a mianowicie „przestań".
Albus skrzyżował ręce. Wiedział, że wujek chciał sprawić dzieciom przyjemność oraz podnieść ich na duchu. Niestety, Lily wydawała się tego nie zauważyć. W momencie zmieniła swą postawę – zainteresowała się, a nawet wychyliła do przodu tak bardzo, że pas, którym była przypięta, naprężył się do tego stopnia, że najprawdopodobniej sprawiał jej ból.
– Naprawdę? – sapnęła. – To znaczy?
– Znam paru ludzi. – Mimo pewnej swego miny, głos Rona się załamał. – Jeżeli będzie trzeba, osobiście poprowadzę misję ratunkową. Cholera! W Ministerstwie pracuje wielu czarodziejów, którzy mnie wspierają...
– Przestań, Ronaldzie! – syknęła ponownie Hermiona, ale znów została zignorowana.
Wystarczyła chwila, aby Albus wyczytał każde, choćby najmniejsze kłamstwo z gorących zapewnień wujka. Powinien był domyślić się tego od samego początku – największe wsparcie zapewniał mężczyźnie wysokoprocentowy alkohol.
– Naprawdę masz taką siłę? – Hugo głupio dolał oliwy do ognia.
– Och, tak! Prawie że absolutną! – Ron podniósł głos i gwałtownie zdjął jedną dłoń z kierownicy. – Ludzie nie zapominają. Połowa tych, z którymi pracuję, zawdzięcza mi życie! Nawet by ich tu nie było, gdybym nie pomógł pokonać Voldemorta! – Chociaż sprawiał wrażenie radosnego, prawda była zgoła inna. Czyżby powstrzymywał łzy? – Owszem, zawdzięczają mi życie! – powtórzył, waląc pięścią w klakson. – Cały czas! To się nazywa... Ee, jak to się nazywa, Mionka? Dług życia?
– Co to oznacza? – zapytały młodsze dzieci.
– To żaden dług życia. – Ciocia odwróciła się do Lily i Hugona. – Nie słuchajcie... Ron jest bardzo zmęczony...
– A co za tym idzie, ich dzieciaki też wszystko mi zawdzięczają! Gdyby nie ja, nie byłoby ich na świecie! – kontynuował niezrażony kierowca. – Cóż, gdybym musiał ich poświęcić...
Hermiona wzięła głęboki oddech i potrząsnęła głową, podczas gdy dzieci, zapomniawszy języka w buzi, po prostu się gapiły.
– ...to bym to zrobił! Jakby nie patrzeć, mam te istnienia w garści! Tak, spełnią każdy absurdalny warunek, który im postawię, niezależnie od tego, czy będzie głupi, czy...
– NATYCHMIAST SIĘ ZATRZYMAJ!
Ron wykonał polecenie Hermiony i w ciągu kilku minut zamienili się miejscami. Ciocia uruchomiła auto, podczas gdy wujek usadowił się na siedzeniu pasażera i odchylił do tyłu głowę, co skutecznie położyło kres wszelkim rozmowom. Wyjątkiem była sytuacja, kiedy opuścił szybę, aby nawrzeszczeć na jadącego na drugim pasie kierowcę, z którego samochodu dochodziła głośna, jazgocząca muzyka. „Niszczysz nam słuch, cholerny degeneracie!", krzyknął. Reszta jazdy minęła w ciszy i bez problemów.
Pierwszym przystankiem była rezydencja Potterów, gdzie Weasleyowie mieli zostawić siostrzeńców – potem mieli pojechać do własnego domu. Pomimo niesprzyjającej pogody, ciocia wylewitowała kufry z bagażnika i mocno uściskała dwójkę dzieci. Po nieco niezręcznym pożegnaniu, wsiadła z powrotem do samochodu i odjechała.
Gdy Albus i Lily weszli do środka, wystarczyło tylko jedno spojrzenie, aby zrozumieć, że matka stawała na uszach, żeby nadążyć z pracami domowymi. Chłopcu się wydawało, że skoro razem z siostrą są w Hogwarcie, a James nieustannie pracuje, brak rąk do dyspozycji był czymś normalnym, ale widok pomarszczonego, niskiego człekopodobnego stworzenia, kuśtykającego po schodach na piętro, uświadomił mu, że było gorzej niż przypuszczał.
– Stworek? – zapytała sceptycznie Lily.
Skinął głową i szybko rozejrzał się po salonie, w którym – w porównaniu do normalnego stanu rzeczy – panował bałagan. Brud zgromadził się przede wszystkim na okiennicach i szybach, chociaż meble także wyglądały dziwne – aczkolwiek nie mógł określić z jakiego powodu. Może za bardzo działała mu wyobraźnia, albo po prostu były teraz mniej używane?
Razem z siostrą instynktownie pomaszerowali do kuchni, gdzie czekała na nich Ginny, w której nie dało się dopatrzeć zmiany. Mimo że mamę cechował ten sam zmęczony, niemalże apatyczny wygląd, z którym obnosiła się przez całe lato, jej twarz rozświetlił piękny uśmiech, kiedy zobaczyła swe pociechy.
– Wróciliście! – krzyknęła, zrywając się z miejsca, gdzie czytała stare wydania różnorakich gazet. Zamknęła dzieci w niedźwiedzim uścisku, by po chwili cofnąć się o krok i uważnie się im przyjrzeć. – Jak się macie? – zapytała. – Siadajcie, coś wam przygotuję.
Albus zwyczajnie się podporządkował, podczas gdy Lily rzeczywiście zaczęła się rozwodzić, jak jej minął czas w szkole – oczywiście, z pominięciem dramatycznej powłoczki. Ta dziewczynka tak różniła się od tej w aucie wujostwa, zdenerwowanej i zlęknionej; ta wydawała się po prostu chcieć porozmawiać z matką.
Ślizgon milczał przez pierwsze dziesięć minut, a potem zadał podstawowe pytanie.
– Gdzie James?
– Wkrótce będzie w domu – odpowiedziała mama, po czym natychmiast wróciła do rozmowy z córką. – Więc co stało się podczas transmutacji? Nauczyliście się, kim jest animag...?
Albus wrócił do oglądania kuchni, chłonąc wszechobecną wygodę i rodzinną atmosferę – zawsze było to najbardziej ruchliwe pomieszczenie w rezydencji. Z zaciekawieniem sięgnął po starszy numer PROROKA CODZIENNEGO, ale wtem coś przykuło jego uwagę. Pod gazetą z wierzchu ukryta była mała biała, prostokątna kartka – dyskretnie więc po nią sięgnął. Były na niej trzy nazwiska, jedno zaraz pod drugim.
Hubert Gough
Thaddeus Moore
Warren Waddlesworth
Dwie pierwsze linijki napisane zostały czarnym atramentem, podczas gdy trzecia złotym. Zastanowił się, gdzie wcześniej je poznał, ale właśnie wtedy siostra go wyminęła i wyszła z kuchni.
Gdy został sam z mamą, ta natychmiast się na nim skoncentrowała, więc pospiesznie odłożył tajemniczą notkę.
– Lily nie jest jedyną uczącą się nowych rzeczy – zagaiła. – Jak sobie radzisz z owutemami?
Wzruszył ramionami.
– Nie jest łatwo, ale nie podchodzę do wielu.
– A jak zajęcia z profesorem Malfoyem? – zapytała z cieniem uśmiechu na twarzy.
– Całkiem nieźle – wyznał. – Tak naprawdę to... zastanawiam się nad karierą mistrza eliksirów, a on jest dobrym nauczycielem.
– Cóż, wspaniale – odpowiedziała mama i na tym rozmowa się zakończyła. Albus był pewien, że chciała z nim dłużej porozmawiać – na pewno chciała go zapewnić, że sprawy nie przybrały jeszcze najgorszego charakteru, by podzielił światopogląd Lily – ale ogólnie sprawiała wrażenie dość niechętnej.
Ostatecznie postanowił przerwać tę powoli krępującą ciszę odważną deklaracją.
– Hm... nawiasem mówiąc, planuję spędzić ze swoją dziewczyną część świąt. – Podrapał się po karku, żeby dać ręce zajęcie.
– Wiem. Ciocia Hermiona mi powiedziała. – Uśmiechnęła się lekko Ginny.
– Czyli...? Nie masz nic przeciwko?
– Jesteś prawie pełnoletni, Albusie. – Wydawała się zdziwiona zaskoczeniem syna. – Tak długo, jak nie będzie ci zagrażało żadne niebezpieczeństwo, samodzielnie podejmujesz decyzje. Twój brat także spędza święta z dziewczyną – dodała.
Ślizgon skulił się w duchu. I w taki oto sposób zostały zachwiane podstawy rodziny Potterów. Razem z Jamesem zamierzają opuścić matkę w ważnym dniu, który powinien być spędzony z najbliższymi. Tata, mimo że na pewno bardzo chciał, nie mógł towarzyszyć żonie i dzieciom. W ostatecznym rozrachunku Ginny i Lily zostaną w rezydencji same, może jeszcze ze Stworkiem...
– To nie musi być Boże Narodzenie – powiedział pospiesznie. – Chciałem tylko...
– Nie, spędź święta z Mirrą. – Matka była stanowcza. – Wszyscy musimy odpocząć od tego domu, Albusie – wytłumaczyła cichszym tonem. – Cieszę się, że uzyskałeś tę możliwość.
Powoli skinął głową, bo nie miał na to stwierdzenie dobrej odpowiedzi. Wiedział, że powinien jak najszybciej napisać do swojej dziewczyny, że mama się zgodziła i mogą spędzić razem nawet Boże Narodzenie, ale musiał zapytać o coś jeszcze.
Podniósł ze stołu prostokątną kartkę i stuknął w nią palcem.
– Co to jest?
Mama zmarszczyła brwi.
– Nasz głos.
Wytrzeszczył oczy. Nagle rozpoznał napisane na czarno nazwiska – należały do pozostałych kandydatów na Ministra Magii! Zamrugał. Coś mu się tu nie zgadzało...
– Jeszcze nie czas – zakomunikował, a dobiegający z salonu charakterystyczny trzask podpowiedział mu, że brat właśnie wrócił do domu.
– Masz rację, ale otrzymaliśmy już kartę – wyjaśniła. – Decyzję można podjąć w dowolnym momencie, byle przed ostatecznym terminem. Kiedy przyjdzie czas, karty samoistnie znikną, a głosy zostaną podliczone. Od dawna ludzie nie mianowali Ministra Magii, ale tak metoda głosowania jest sprawdzona i wiarygodna.
Albus ponownie wbił wzrok w nazwiska. W międzyczasie z innego pokoju dobiegła go głośniejsza rozmowa Jamesa i Lily.
– Waddlesworth... Chcesz powiedzieć, że...?
– Tak. – Uśmiechnęła się krzywo Ginny. – Zagłosowałam.
Chłopcu opadła szczęka. Mama oddała głos na Warrena Waddleswortha? Gdyby spośród wszystkich miał wskazać kogoś, kto opowiedziałby się przeciwko temu mężczyźnie, zdecydowanie postawiłby na swoją rodzinę. Owszem, potrzebował tej wygranej, aby zrealizować plan, ale przecież...
– Dobrze wiesz, że nie lubię tego człowieka, Albusie. Nie podoba mi się Waddlesworth, nie lubię Wybawczego Aliansu Różdżek oraz nie jestem zwolenniczką pomysłu wprowadzenia ich do naszego Ministerstwa Magii – oświadczyła ostro mama w momencie, gdy chciał się wypowiedzieć. – Nie można jednak zaprzeczyć, że to jedyna opcja, która mi pozostała. – Zrozpaczona nuta w jej głosie sprawiła, że Albus się zaniepokoił. – Waddlesworth jest jedyną szansą na zwolnienie twojego ojca z Azkabanu. Żaden inny Minister Magii nie będzie tak radykalny czy też zdeterminowany...
– Są inne sposoby! – wypalił, chwytając się brzytwy, chociaż doskonale wiedział, że to nieprawda. Warren osobiście mu to uświadomił. – Wujek... wujek powiedział nam w aucie, że...
Ginny westchnęła.
– Nie słuchaj Rona, Albusie. Po ukazaniu się artykułu, który niewątpliwie przeczytałeś, stał się wrakiem człowieka i nadal kurczowo trzyma się swojej wersji. Uważa, że jeżeli uda mu się rozniecić poparcie, którym cieszył się Chłopiec, Który Przeżył za życia Lorda Voldemorta, wtedy może coś zdziałać. Niestety, nie przyjmuje do wiadomości, że w tym konkretnym przypadku jest zupełnie bezsilny.
Ślizgon nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Nie chodziło o sens wypowiedzi, bo mama powiedziała prawdę, ale o poczucie porażki, które towarzyszyło jej słowom, kiedy koniec końców przyznała, że Waddlesworth odniósł ogromny sukces – przekonał swoich najgorętszych przeciwników, że jest potrzebny czarodziejskiemu światu.
Z nagłym ukłuciem w brzuchu, coś sobie uświadomił. Jeśli wygra wybory, Warren nie zamierza rozpocząć szturmu na Azkaban – a przynajmniej się nie ruszy do momentu, aż nie dostanie w swoje ręce Fairharta. Chłopiec zrozumiał, że został oszukany i zmuszony do zmiany pozycji na szachownicy. Waddlesworth powiedział, że dzierży w dłoniach wystarczająco władzy, aby pociągnąć za odpowiednie sznurki i zwolnić jego ojca z więzienia, ale teraz... nie miał powodu, aby to rzeczywiście zrobić. W zamian czegoś sobie zażyczył – kluczowego elementu. Harry Potter nie odzyska wolności, dopóki Waddlesworth nie dostanie Fairharta. Czy to przed wyborami, czy też po ogłoszeniu wyników, nie palił się do oczyszczenia imienia niewinnego człowieka. Zależało mu tylko i wyłącznie na renegacie, który szukał na nim zemsty. Ostatecznie pozwolił mu myśleć, że zawiera umowę, podczas gdy jej warunki zostały zawczasu ustalone – wystarczyło się na nie zgodzić. I mógł to zrobić tylko on, bo nikt inny nie byłby w stanie zrealizować planu...
Nastolatek był niczym marionetka w rękach uzdolnionego mistrza kukiełek. Wolność Harry'ego Pottera nie zależała od działań Warrena Waddleswortha – zależała od Albusa.
Galopujące myśli młodszego brata powstrzymał dopiero Jaimie, który pomimo przygnębiającej atmosfery panującej w kuchni, był uśmiechnięty.
– Cześć – powiedział. – Słyszałem, że zostaliście zmiażdżeni przez Gryffindor w pierwszym meczu w sezonie.
Pierwsze dni przerwy zimowej należały do najbardziej uroczystych. Bez Harry'ego, który zawsze pomagał żonie wieszać dekoracje lub podśpiewywał pod nosem świąteczne piosenki, które pamiętał jeszcze z młodzieńczych lat, dom pogrążył się w stagnacji, przez co nie tętnił tak radosną atmosferą, co zazwyczaj. Albus najczęściej przebywał w towarzystwie brata, ale ponieważ James często musiał wychodzić do pracy („Muszę pomóc, to najbardziej pracowity czas w roku!", mawiał), czasami był zmuszony do interakcji z dalszymi członkami rodziny.
Wśród nich znaleźli się dosłownie wszyscy, o których mógł pomyśleć. W ciągu zaledwie trzech dni pobytu w domu zobaczył każdą ciotkę, każdego wujka, a także każdego kuzyna i kuzynkę, co było prawdziwym świadectwem siły weasleyowskiej więzi. Przez rezydencję Potterów nie przewinęli się jedynie Bill i Fleur i to dlatego, że spędzali ferie z państwem Delacour – oczywiście, odwiedzą ich w Boże Narodzenie. Dobrze się w sumie składało, bo zatrzymał się też u Ginny Teddy Lupin ze swoją dziewczyną – piękną, uwielbianą przez mężczyzn, uroczą modelką pracującą dla TYGODNIKA MŁODA CZAROWNICA. Ludzie się zastanawiali, jak na to spotkanie zareaguje Victoire, jego stara miłość.
Wszystko to oznaczało, że Albus spędzał o wiele więcej czasu ze swoim kuzynostwem, aniżeli w Hogwarcie, chociaż nie bawili się w tej samej grupie, co zazwyczaj. Rose trzymała się na dystans, a przez to nie angażowała się także w dyskusje z dorosłymi, zaś Hugo skupił się przede wszystkim na Fredzie, który był mu najbliższy wiekiem. Z drugiej strony Lily dzieliła swój czas pomiędzy Roxanne i bliźniaczki, Molly i Lucy. Technicznie rzecz biorąc Albus kręcił się wokół wszystkich, chociaż nikomu się wybitnie nie narzucał – odliczał dni do spotkania z Mirrą.
Może to niesprawiedliwe, że akurat w tym roku chciał spędzić Boże Narodzenie poza gronem rodzinnym, ale nie mógł walczyć z pragnieniem. Po kilku nabazgranych z podekscytowaniem pośpiesznie listach ustalili, że w Wigilię poprzez Fiuu przeniesie się do jej domu, co z kolei oznaczało, że uniknie większości uwagi we własnym, która miała sprawić przyjemność głównie jego matce. Najtrudniejszym elementem przygotowania do podróży było jednak zaopatrzenie się w rzeczy.
Gdy cztery lata temu zatrzymał się u Scorpiusa, pakowanie się było proste – wystarczyło wrzucić do kufra ubrania, przybory toaletowe i nie zapomnieć o zabraniu miotły. Z racji tego, iż było bardzo mało prawdopodobne, żeby razem z Mirrą grali w quidditcha, nie chcąc być nudnym, zdecydował, że przyniesie ze sobą jakąś formę rozrywki.
– Naprawdę zabierasz czarodziejskie szachy? – zapytał ni stąd, ni zowąd, zaciekawiony głos.
Albus podniósł głowę. O framugę drzwi jego pokoju ze skrzyżowanymi na piersi rękami opierał się James, sprawiając wrażenie zdystansowanego.
– Tak, a co? – Automatycznie przyjął defensywną postawę.
– Och, nic takiego. Po prostu wydawało mi się, że będziesz nocował u Mirry, a nie bawił się z Morrisonem. Nie zdawałem sobie sprawy, że...
– Idę do Mirry – burknął, rozdrażniony.
– Cóż. – Uśmiechnął się złośliwie Jaimie. – Najwyraźniej nie masz pojęcia, jak się zachowywać w domu dziewczyny, prawda?
– Och, a ty to niby wiesz? – Chłopiec wrzucił skarpetki do torby. – Bierzesz tylko szczoteczkę do zębów, prawda?
– Właściwie to dawno zostawiłem u niej szczoteczkę – powiedział od niechcenia brat.
Albus się zarumienił. Nagle poczuł się zawstydzony tym, że jest nowicjuszem w temacie związków. By zatuszować niezręczność, jak gdyby nigdy nic wrócił do pakowania, całkowicie ignorując obecność czarodzieja.
– To dasz jej w prezencie? – zapytał brat, wskazując na nie do końca zapakowany, leżący na wierzchu medalion. – Czy to biżuteria? – dodał ze śmiechem. – Cholercia. Wiedziałem, że to poważna sprawa, ale nie sądziłem, że w najbliższym czasie padniesz na kolano...
– Zamknij się! – warknął. – To nie jest pierścionek, po prostu... Nieważne, idź sobie...
– Nie, nie. Pozwól, że ci pomogę – powiedział poważnie James i machnął różdżką. Nim minęła sekunda, czerwony papier ozdobny szczelnie opakował prezent, całkowicie ukrywając go przed światem. – O, z organizacją też ci pomogę...
Fakt, że bardziej doświadczony życiowo brat po prostu Albusowi pomagał, był niezmiernie dziwaczny. Mogłoby to być nawet przyjemne, gdyby tylko James nie wyrzucił zawartości torby na podłogę i nie zaczął dokuczać mu od nowa. To, co kiedyś było garstką ubrań, nagle stało się skondensowaną szafą z pełnym wyposażeniem.
– Zamierzałeś nosić tę samą koszulkę dwa razy? Do reszty zgłupiałeś? – Brat podwoił mu także liczbę kosmetyków i środków higienicznych, a w ostatecznym rozrachunku podrzucił mu nawet swoją wodę kolońską.
– Nie uważasz, że to zaszło za daleko? – zapytał z powątpiewaniem ślizgon, kiedy wepchnięto mu w dłoń małą szklaną buteleczkę o fantazyjnym kształcie. – Co powinienem powiedzieć...?
– Nie odzywaj się nieproszony – powiedział z naciskiem brat, jakby była to żelazna zasada, której nie wolno złamać. – Jest ogromna różnica pomiędzy twoim pytaniem: „czy podoba ci się zapach mężczyzny?", a jej: „och, co to za przyjemny zapach?". Oczywiście, wtedy odpowiadasz: „to tylko moje perfumy". – Kiedy brat rzucił mu tępe spojrzenie, ten kontynuował: – Nic tak nie psuje romantycznej atmosfery, jak smród – dodał z przekonaniem. – I to są słowa taty, nie moje.
Albus skinął głową, a następnie spakował wodę kolońską. Biorąc pod uwagę okoliczności, ogólnie był bardzo szczęśliwy, że Jaimie się pofatygował – najprawdopodobniej zdobył trochę doświadczenia, gdyż wcześniej pomagał mu ojciec.
Proces pakowania się zakończył, gdy James go pouczył, żeby zawsze mieć prezent w zanadrzu, na wypadek gdyby przez przypadek Mirra zauważyła go w torbie. Albus podziękował za pomoc, mimo że ostatecznie i tak postanowił zabrać ze sobą szachownicę – „na wszelki wypadek!", argumentował. Jednocześnie czuł się przytłoczony. To było dziwne, ponieważ rozmyślał o innych rzeczach – takich jak umowa z Warrenem Waddlesworthem, czy też o możliwości ataku Diablego Aliansu na Azkaban – ale denerwował się także trywialnymi sprawami, gdyż chciał, aby wizyta u Tunnelsów przebiegła dobrze. Związek z Mirrą był jedną z najważniejszych relacji, jakie na przestrzeni lat zbudował.
Pomoc Jamesa, choć bardzo przydatna, okazała się także przekleństwem. Albus zyskał mnóstwo wolnego czasu, który poświęcił na zamartwianie się o drobnostki i szczegóły. Nie wiedział, co ma ze sobą począć do tego stopnia, że w dzień wyjazdu znalazł się przed rodzinnym kominkiem o wiele, wiele za wcześnie i sterczał tam, bujając w obłokach. Podczas gdy on nie mógł spać, dom nadal był cichy i spokojny, stąd też podskoczył w miejscu ze strachu, kiedy zza niego dobiegł znajomy konspiracyjny głos.
– Wybierasz się do Mirry?
Albus nawet nie zauważył, że do salonu weszła Rose i kiedy stał, gapiąc się przed siebie, z książką w dłoni usiadła na fotelu.
– Hm? Tak, tak. – Powróciwszy do rzeczywistości, w ramach dowodu podniósł z ziemi przygotowaną torbę i szachownicę.
Zapadła między nimi niezręczna cisza, podczas której dziewczyna wertowała strony książki, chcąc odnaleźć stronę, na której przerwała ostatnio czytanie. Chłopcu pozostało nic innego, jak znerwicowane czekanie, aż mama zejdzie na dół, żeby go odprowadzić.
– Powiedz jej, że mówię „cześć" – poprosiła z roztargnieniem kuzynka, nawet na niego nie patrząc.
– Okej – odparł i zastanowił się, czy powinien coś dodać – nadaremnie. Tak naprawdę to nie miał Rose nic do powiedzenia, zwłaszcza od czasu ostatniej sprzeczki.
Zainteresował się jednak, kiedy dziewczyna jednak otworzyła usta i po chwili je zamknęła. Przez moment nie wyglądała, jakby zamierzała znów się pokłócić.
– Chciałam ci coś powiedzieć – stwierdziła, odwróciwszy się ku niemu.
Albus się spiął. Czyżby chodziło o Scorpiusa? Nie chciał roztrząsać tej sprawy, zwłaszcza na kilka minut przed od dawna planowanym wypadem.
– Chciałam ci podziękować – dodała.
– Co...? – Kaszlem zamaskował okrzyk pełen niedowierzania. – Że co...? Za co...? – wykrztusił, stłumiwszy galopujące myśli.
– Nie wiem, co zrobiłeś, ale... jakoś udało ci się wybić mojemu bratu z głowy uczestnictwo w spotkaniach Klubu Strażników. Długo nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale... naprawdę się zafiksował. Nie sądziłam, że był tak bardzo zaangażowany...
Albus zamrugał. Co się niesamowitego działo w tym tygodniu, że ludzie niespodziewanie zaczęli wykazywać oznaki dojrzałości? Eckley to jedno, ale Rose...?
– Ee, żaden problem. – Wstrzymał się, gdyż usłyszał kroki na schodach.
Na dół zeszła mama, sprawiając wrażenie zmęczonej. Włosy miała niedbale związane w kucyka oraz była szczelnie owinięta szlafrokiem.
– Dzień dobry.
– Dzień dobry, ciociu – powiedziała uprzejmie dziewczyna, na tyle głośno, że zagłuszyła ciche przywitanie kuzyna.
– Widzę, że jesteś w pełnej gotowości. – Uśmiechnęła się do syna Ginny.
Albus skinął głową, a potem odwzajemnił uśmiech. Matka podeszła bliżej i ucałowała go w policzek, co uznał za niezwykle żenujące, bo niedaleko siedziała Rose, a następnie sięgnęła po proszek Fiuu.
– Na pewno wszystko spakowałeś? – zapytała.
– Tak, mamo.
– Nie zapomniałeś o skarpetkach i bieli...?
– Tak!
– W porządku – odpowiedziała ugodowo, a potem wzięła w dłoń szmaragdowego proszku i odłożyła miseczkę z powrotem na właściwe miejsce. – Znasz dokładny adres? Jeżeli go źle wymówisz...
– Wiem – przerwał pouczenie, czym zasłużył sobie na zatroskane spojrzenie mamy, która pomimo widocznego na twarzy zmęczenia, nie kontynuowała tematu.
– Cóż, baw się dobrze. I spróbuj chociaż raz do mnie napisać – powiedziała ze spokojem. – Wolałabym wiedzieć, czy będziesz stąd, czy stamtąd jechał do Hogwartu. W razie wypadku przyniesiemy twój kufer na dworzec.
– Oczywiście. – Uśmiechnął się Albus.
– W porządku. Baw się dobrze – powtórzyła Ginny, ponownie go ucałowała, a potem przytuliła. – Wesołych świąt – dodała.
– Wzajemnie, mamo. – Poklepał kobietę po plecach, a następnie wyplątał się z uścisku. Odwrócił się do kominka akurat w momencie, kiedy cisnęła proszek w płomienie. W ciągu sekundy kolor z pomarańczowego zmienił się na zielony.
– Paaa. – Rose mu pomachała.
Albus odwzajemnił gest.
– Do zobaczenia. – Przycisnął do siebie torbę. Gdy spojrzał na kominek, ogarnęło go podekscytowanie. – Ulica Shinewell 1502! – zawołał i wszedł w ogień.
W okamgnieniu zaczął wirować, więc zacisnął powieki. Przysunął łokcie bliżej ciała, nie chcąc przypadkiem o coś zahaczyć i wzmocnił uchwyt na pasku bagażu. Kiedy w końcu przeszedł na drugą stronę, otworzył oczy. Okazało się, że stał twarzą w twarz ze swoją dziewczyną.
– Cześć! – Uśmiechnęła się promiennie Mirra, a potem rzuciła się, aby zamknąć go w niedźwiedzim uścisku.
– Hej – odpowiedział, rozglądając się po otoczeniu.
Dom Mirry wywoływał jedno z najbardziej dziwacznych uczuć, jakie można było sobie tylko wyobrazić, a fakt, że z łatwością mógł to stwierdzić zaledwie po dziesięciu sekundach po przekroczeniu progu, tylko to potwierdzał. Sprawiał wrażenie dość staroświeckiego i mimo że w całości był zbudowany z drewna, duży rozmiar zaprzeczał porównaniu do chaty. Wyszedłszy z kominka, zobaczył okrągły, brązowy dywan leżący pośrodku salonu, a wokół niego bujane fotele. Na nim stał niski, kawowy stolik z małym stosikiem książek, przez co pokój wyglądał na nietuzinkowy gabinet, albo przytulną czytelnię.
– Chodź. Wezmę twoje rzeczy. – Mirra rozproszyła Albusa. W następnej chwili rzuciła mu zaciekawione spojrzenie. – Wziąłeś ze sobą szachy?
– Hm? – mruknął, nagle sobie uświadamiając, że zabrała mu szachownicę; natychmiast się zaczerwienił. – James powiedział, że to dobry pomysł – skłamał.
– Cóż, miał rację. – Uśmiechnęła się i odłożyła drewniane pudło na stół.
Mirra była ubrana w nieformalny strój, co było naprawdę rzadkim widokiem, nawet na przestrzeni tych wszystkich lat znajomości. Nie było to jednak nic specjalnego, a zwyczajna bluzka z krótkim rękawem i jeansowe spodnie. Ciemne włosy związała w kucyka, który wyglądał na robionego w pośpiechu. Wyglądała na bardzo wyluzowaną, tak więc i on postarał się stwarzać pozory.
– Hm... Oprowadzisz mnie...?
– Chodź. Czas na wycieczkę po domu! – Mirra całkowicie zignorowała wypowiedź Albusa, po czym wzięła go za rękę i poprowadziła w głąb.
W międzyczasie chłopiec zerknął przez okno. Okolica była kompletnie zaśnieżona, lecz mimo to nie dostrzegł w pobliżu innych budynków, przez co nabrał przekonania, że rodzina ukochanej, w przeciwieństwie do familii Dursleyów, preferowała bardziej ustronne miejsca. Mirra pociągnęła go do stosunkowo małej jadalni, gdzie zaskoczył go wystrój... lub raczej jego brak.
Chociaż nie potrafił zrozumieć dlaczego, wszędzie dominował brąz. Każda płaska powierzchnia, włączając w to także stół, była pokryta dziwnymi bibelotami oraz czarodziejskimi zdjęciami. Wyposażając to pomieszczenie, właściciele nie skupiali się na względach estetycznych, a praktycznych – jadalnia była wykorzystywana jako składzik na książki. Leżały dosłownie wszędzie – na podłodze, na losowych blatach oraz wypełniały całą niszę*. Albus nagle zrozumiał, dlaczego Mirra tak dobrze czuje się w szkolnej bibliotece.
Przez moment był zszokowany, a potem przypomniał sobie, że nie było to pierwotne miejsce zamieszkania dziewczyny. Po aresztowaniu rodziców, pod swój dach przyjęli ją dziadkowie, tak więc patrzył na cały ich dobytek.
Najwyraźniej starsi ludzie uwielbiali czytać.
– Spotkałeś ich już wcześniej – kontynuowała Mirra, nadal prowadząc go za rękę. – Poznaj moich dziadków!
Wychodząc z jadalni, Albus nie spodziewał się, że zobaczy kogoś o tak wczesnej porze, dlatego też potknął się o własne stopy, kiedy rzeczywiście doszło do spotkania – w porę utrzymał jednak równowagę i udawał, że nic takiego nie miało w ogóle miejsca. Państwo Tunnels siedzieli przy kuchennym stole, dzierżąc w dłoniach – co było do przewidzenia – książki. Mirra niegdyś mu ich przedstawiła i wrażenie, które na nim wówczas wywarli, nieszczególnie się zmieniło. Oboje sprawiali wrażenie ludzi miłych, chociaż babcia wyglądała na bardziej asertywną, podczas gdy dziadek na całkowicie roztargnionego. Oboje byli tędzy i wyglądali na swój wiek. Mężczyzna łysiał i nosił okulary oprawione w grube czarne oprawki, podczas gdy włosy kobiety były podobne do wnuczki z tym wyjątkiem, że były krótsze i bardziej kręcone.
– Witam – przywitała się babcia Tunnels – jej głos był przyjemny, choć miał stanowczy wydźwięk.
– Dzie... dzień dobry – powiedział Albus i plan, który sobie w myślach zawczasu ułożył, rozpadł się niczym domek z kart. Oczekiwany komfort psychiczny zastąpił zwyczajny strach.
Dziadek Tunnels nie odezwał się od razu. Najpierw dokończył czytaną stronę.
– Dzień dobry – przywitał się uprzejmie.
Zanim chłopiec zdążył odpowiedzieć, zauważył, że za zakładkę służyła mężczyźnie biała, prostokątna kartka – ministerialny arkusz do głosowania. Odprężył się i poczuł komfortowo, kiedy dotarło do niego, że to nie nazwisko Waddleswortha jest tam pozłacane.
Albus się uśmiechnął.
* Nisza – wyodrębniona część większego pomieszczenia, utworzona przez załamanie i cofnięcie ściany; półkolista lub prostokątna wnęka w murze lub w ścianie, stosowana jako rama architektoniczna
