17. ZJEDNOCZONE MINISTERSTWO


Następne dni należały do najbardziej relaksujących, jakie można było sobie tylko wyobrazić. Wigilia obejmowała wspaniałą ucztę, zakończoną małym drinkiem oraz rozmową z dziadkiem na temat, co zaskakujące, quidditcha.

– Wciąż pamiętam czasy, kiedy Darius Derwent, bardzo blisko spokrewniony ze słynną Dilys, o której zapewne nieraz słyszałeś, zeskoczył z miotły, żeby złapać złotego znicza! To było wspaniałe! Najlepszy chwyt, jaki w życiu widziałem!

– Nie zasłużył tym na karę? – zapytał Albus. – Za celowe opuszczenie miotły?

Pan Tunnels parsknął.

– Wtedy quidditch był prawdziwym sportem, a połowa dzisiejszych fauli nawet nie istniała...

– Och, dziadku. Nie zaczynaj znowu. – Uśmiechnęła się Mirra.

Jak Albus się spodziewał, nie dane mu było dzielić pokoju z dziewczyną. Za to otrzymał jednak przytulną sypialnię dla gości, co w zupełności mu wystarczało. Właściciele domku bardzo strzegli swej prywatności, przez co Mirra nie odstępowała go prawie na krok. Co dziwne, wspólnie spędzony czas był niezwykle pouczający.

W Boże Narodzenie spędził całe pięć minut w sypialni ukochanej. Nie było w niej nic niezwykłego – ot duże łóżko, kilka półek zapełnionych książkami oraz ściany w kolorze jasnego szkarłatu. Pokój miał dziewczęcy charakter, gdyż meblami uzupełniającymi była toaletka z kosmetykami oraz wysoko zawieszone lustro – dla Albusa to żadna nowość, ponieważ nieraz bywał w sypialniach Lily i Rose. Ustawione obok łóżka biurko miało kilka szuflad, do których – oczywiście, za pozwoleniem właścicielki – chętnie zajrzał.

– Pamiętnik? – zapytał, wyjmując mały, gruby notatnik.

– Nie pisałam w nim od lat. – Mirra usiadła na łóżku i wzruszyła ramionami. – Mimo to... oddaj.

– Co to jest? – spytał i posłusznie oddał dziewczynie pamiętnik, skupiając się na skrawkach pergaminu, na których narysowane były kolorowe obrazki. – To twoje dzieła? – zaskoczony, zaczął przeglądać malunki.

– Gryzmoły. – Uroczo się zarumieniła.

Albus się nie zgadzał. Wiele z nich wychodziło poza podstawowy szkic – w dużej mierze były to różnego rodzaju drzewa oraz magiczne stworzenia, o których uczyli się w szkole. Część obrazów była jeszcze bardziej skomplikowana. Szczególnie rzucił mu się w oczy ryczący lew z długim, smukłym wężem zwiniętym u jego łap, jakby przygotowanym do obrony. Migotał, czyli tchnięto w niego magię.

– Żadne gryzmoły – zaprzeczył i się uśmiechnął – zwierzęta najprawdopodobniej stanowiły odzwierciedlenie ich dusz oraz natury związku. – Dlaczego wcześniej nie powiedziałaś, że lubisz rysować?

– Bo to nic wielkiego – stwierdziła. – Wiele osób szkicuje podczas nudniejszych zajęć. Nigdy ci się nie zdarzyło?

Albus się zastanowił.

– Cóż, razem z chłopakami męczymy wisielca na każdej historii magii od jakichś trzech lat – powiedział, dokonując w głowie obliczeń. – Poniekąd przypomina to rysowanie...

Kontynuował przeglądanie rysunków Mirry, aż w końcu natrafił palcami na dno szuflady. Wydawało się nienaturalnie gładkie – w dotyku przypominała aksamit – lecz kiedy zahaczył paznokciem o powierzchnię, ta się podważyła. Wtem zorientował się, że natrafił na tył ramki zdjęcia. Wyciągnął je i odwrócił. Po ilości zgromadzonego na powierzchni pyłu i brudu wywnioskował, że jest bardzo stare. Kierowany ciekawością, przetarł szkło nadgarstkiem...

Fotografia przedstawiała rodziców Mirry.

– Och, nie martw się o to – powiedziała dziewczyna, a następnie wyciągnęła rękę, żeby odłożyć pamiątkę tam, gdzie poprzednio leżało.

Albus nie oddał jednak zdjęcia, zbyt porażony odkryciem. To nie była byle jaka stare ujęcie, a z dnia ślubu. Panna młoda była dość charakterystyczna, nawet skryta za długim białym welonem. Mirra odziedziczyła po matce długie ciemnie włosy, swobodnymi pasmami opadające na ramiona oraz szare oczy, ale nie twarz. Panią Tunnels cechowały ostrzejsze rysy, dłuższy nos i wklęsłe policzki. Zdaniem chłopca była atrakcyjna w staromodnej perspektywie, ale biorąc pod uwagę jej postawę, ciężko było to ocenić. Jakby w sprzeczności do natury czarodziejskich fotografii, nie machała do obiektywu, ani się nie uśmiechała. Jedyny ruch, który w jej wykonaniu zarejestrował magiczny aparat to poruszane przez lekki wiatr włosy oraz gburowata, nieznacznie skrzywiona mina. Przypominała mu Idę Blackwood, która byłaby niewiarygodnie piękna, gdyby tylko więcej się szczerze uśmiechała.

Pan młody nie grzeszył z kolei urodą. On także miał ciemne włosy, ale były one znacznie rzadsze i cieńsze oraz okalały mu głowę w dziwny sposób. Swą najlepszą cechę fizycznego wyglądu przekazał na szczęście córce – wąskie usta, które z niewiadomych przyczyn wydawały się Albusowi atrakcyjniejsze aniżeli pełne. Mężczyzna był niższy od swojej małżonki, chociaż może było to złudzenie optyczne, gdyż stał trochę z tyłu, ale był też bardziej masywny, miał szerokie, kwadratowe ramiona i grubą szyję. Sprawiał również wrażenie żywszego od żony – nie machał do obiektywu, ale przynajmniej przywdział zmęczony, krzywy uśmiech, a to już coś znaczyło.

– Hm, wesoła para... – powiedział głupio, za wszelką cenę pragnąc przerwać krępującą ciszę.

Mirra zabrała mu zdjęcie i schowała pod swoim łóżkiem.

– Niezupełnie – mruknęła lekceważąco, ewidentnie nie chcąc kontynuować tego tematu.

Albus włożył dłonie do kieszeni. Wiedział, że powinien szanować wolę i prywatność ukochanej, ale jednocześnie nauczył się, że czasami lepiej jest od razu wyjaśnić pewne sprawy. Komu było lepiej się wygadać, aniżeli własnemu chłopakowi?

Drgnął.

– Hm, tak z ciekawości...?

– Cała rodzina mamy była... nie wiem, częścią jakiejś sekty, albo czegoś w tym rodzaju. Byli zafiksowani Merlinem i jego przedsięwzięciami. Cóż, w każdej legendzie tkwi ziarno prawdy – wyjaśniła, zanim zdążył o cokolwiek zapytać. – Tata przed ślubem wiedział o zainteresowaniach mamy, ale zbytnio się nad nimi nie rozwodził. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że zaintrygowanie przerodzi się w obsesję. W końcu i on został przez nią pochłonięty.

– Dziadkowie, z którymi mieszkasz, to...?

– Rodzice taty. – Uśmiechnęła się lekko. – Oczywiście, nie mają z tym wariactwem nic wspólnego. Ojciec po jakimś czasie zerwał z nimi kontakt. Tak naprawdę, to za dziecka nigdy ich nie widziałam – spotkaliśmy się dopiero kilka lat temu, kiedy moi rodzice... A zresztą, dobrze wiesz co ich spotkało...

Albus skinął głową. Bardzo dobrze pamiętał wydarzenia z pierwszego roku nauki – nie zapomniał w jaki sposób Mirra była nękana i stłamszona przez dorosłych, którzy powinni ją chronić. Ostatecznie skazano ich na Azkaban, tak więc przestali uczestniczyć w życiu córki.

– Oczywiście, dziadkowie byli szczęśliwi, że mogli się mną zająć – dodała. – Jestem wniebowzięta, bo to naprawdę wspaniali ludzie...

– Widziałaś się z nimi? – zapytał, siadając na łóżku. – W sensie, że ze swoimi rodzicami?

Dziewczyna się zamyśliła.

– Nie – odpowiedziała po chwili. – Nawet o tym nie pomyślałam...

Albus pogrążył się w zadumie. Bez względu na to, jak bardzo pragnął, nie mógł zobaczyć się ze swoim tatą. Gdyby Mirra zechciała, mogła liczyć na widzenie – powstrzymywały ją jednak złe wspomnienia. Czy państwo Tunnels naprawdę byli tacy źli? Czy jak trafili do Azkabanu, chciała ich zobaczyć? Najprawdopodobniej nie...

Gdy uświadomił sobie, jak stresujące musiało być dorastanie w tak toksycznym środowisku, że nie chciała nawet utrzymywać minimalnego kontaktu z rodzicami, zalała go fala współczucia. Oczywiście, nie zwerbalizował swych myśli. Mirra z pewnością nie chciała litości. Zdając sobie sprawę, że posunął się za daleko, postanowił skierować rozmowę na inne tory. Na szczęścia miał na to doskonały sposób.

– Prezenty! – zakomunikował wszem wobec, na co rzuciła mu zdziwione spojrzenie, a potem wstał i zaczął przeszukiwać kieszenie, bo przecież podarek miał mieć zawsze pod ręką. – Są święta...

– Nie! – krzyknęła, w proteście wyrzucając przed siebie ręce.

Albus zamarł, zdezorientowany. Upominek wciąż tkwił w jego kieszeni.

– Co...?

– Potrzebuję czasu! – sapnęła, z trudem opanowując oddech. – Twój prezent nie jest jeszcze gotowy! – Zerknęła przez okno, jakby miał on właśnie zostać dostarczony przez sowę.

– Ee, w porządku...

– Nie, poczekaj dzień lub dwa – warknęła gniewnie. – Proszę? – dodała.

– Okej – zgodził się, pokonany i trochę rozczarowany.

– Co powiesz na partię szachów? – zapytała Mirra, przerywając niekomfortową ciszę.


Następne dni Albus spędził na przystosowaniu się do życia, które prowadziła rodzina Tunnels. Pierwszym i najtrudniejszym wyzwaniem było przyzwyczajenie się do ich nawyków żywieniowych.

Jak się okazało, szczupła sylwetka Mirry nie była genetycznie dziedziczonym błogosławieństwem, a skutkiem zdrowej, zbilansowanej diety, do której przekonali ją najprawdopodobniej dziadkowie.

– To na śnia... śniadanie? – zapytał, o poranku patrząc się tępo na swój posiłek. Talerz stanowił mieszaninę warzyw oraz drobno pokrojonych kawałków sera, które dodano, aby urozmaicić smak. Nabił na widelec marchewkę i dokładnie ją obejrzał.

– Co zazwyczaj jadasz? – zainteresował się dziadek.

Albus sięgnął pamięcią ku swoim ostatnim pięciu lub sześciu śniadaniom i był przekonany, że stół zdobił bekon. Mięsisty, tłusty, przepyszny boczek. Zdecydowanie nie wcinał marchewek.

– Prawie to samo – skłamał i włożył widelec do buzi. Z trudem udało mu się powstrzymać skrzywienie spowodowane uczuciem papki w ustach. Kiedy zerknął na talerz Mirry, zauważył, że dziewczyna dawno już swój opróżniła.

Chociaż państwo Tunnels rzadko wtrącali się w sprawy młodych, ci nie spędzali za dużo czasu w domu – wiele przebywali na świeżym powietrzu. Nieprzyjemna pogoda sprzed kilku dni zniknęła i zastąpił ją biały, puchowy śnieg, idealny do zajęć mających na celu odmrożenie sobie rąk i wyszczypanie policzków.

Między lepieniem bałwanów i długimi spacerami po rozległym pustkowiu otaczającym dom ukochanej, Albus dowiedział się o Mirze więcej, niż kiedykolwiek sobie wyobrażał. Czuł się z tego powodu winny, bo przecież była jego dziewczyną, ale tłumaczyło go to, że zazwyczaj nie mieli czasu, żeby tak godzinami rozmawiać. Unikali drażliwych kwestii, w tym także tematu jej rodziców oraz przerw wakacyjnych. Skupili się głównie na wspomnieniach.

– Kiedyś ciągle pisałam z Rose. To znaczy do zeszłego lata – powiedziała. – Wiesz, że spotkałyśmy się pierwszego dnia w szkole? Na uczcie powitalnej siedziała dwa miejsca obok mnie.

– Co sobie o niej pomyślałaś? Jakie było twoje pierwsze wrażenie? – zapytał, gdy spacerowali wokół domu. Odziane w rękawiczki dłonie wcisnął w kieszenie kurtki.

– Wydawała się miła. Naprawdę – dodała, jakby spodziewała się, że będzie zaprzeczał.

– Och, z pewnością. – Zachichotał. – Nawet ja pamiętam, że kiedyś była miła. Myślę, że w pewnym sensie nadal jest. Tylko w taki...

– Nie krępuj się. Mów swobodnie. – Uśmiechnęła się krzywo Mirra.

– ...irytujący sposób – dokończył, zadowolony, że w międzyczasie znalazł nawet lepsze słowo niż to, o którym z początku pomyślał.

– A co z twoimi najlepszymi przyjaciółmi? – spytała. – W ogóle nie przypominam sobie czasów, kiedy nie szwendałeś się z Morrisonem.

– Cóż, spotkaliśmy się jeszcze w pociągu. – Wyszczerzył się Albus. Te wspomnienia były wciąż żywe – pamiętał każdą sekundę, począwszy od chuderlawego wyglądu nowego znajomego i własnej dezorientacji, czy „Morrison" to nazwisko czy imię. – Przyjaźnimy się praktycznie od wieków.

– Co ze Scorpiusem? Wydaje mi się, że zaczęliście się dogadywać jakoś... pod koniec pierwszego roku...?

– Bardziej w połowie, ale poznaliśmy się na uczcie. Sprawiał wrażenie... hm, samotnika – wyznał. – Z czasem to wszystko się zmieniło...

Kontynuowali spacer, kiedy Albus zdał sobie sprawę, że chce się Mirze zwierzyć.

– Byłem przerażony, gdy Tiara przydzieliła mnie do Slytherinu. – Zaśmiał się z lekkością. – Dziwne, prawda?

– Gdzie chciałeś skończyć?

– Cóż, Gryffindor był sprawdzonym wyborem. To znaczy... cała moja rodzina była w tym domu – wyjaśnił. – Pamiętam, że założyłem Tiarę na głowę i rozważyłem możliwości. Wtedy sobie uświadomiłem, że spodobała mi się wizja przydziału do Slytherinu, bo nikt się nie spodziewał, że tam będzie moje miejsce.

– Nie poradziłbyś sobie w Gryffindorze – odpowiedziała Mirra, najwyraźniej chcąc pocieszyć go na duchu.

– Czemu? – zapytał, zaintrygowany.

– Nie jesteś... Ech. Cóż, nie jesteś wystarczająco szlachetny... – stwierdziła beznamiętnie i posłała mu słaby uśmiech.

– Dzięki. – Uniósł sarkastycznie brew. – To naprawdę... super.

– Nie to miałam na myśli! – zaprzeczyła, klepiąc go po ramieniu, przez co poniekąd otrzepała go ze śniegu. – Chciałam powiedzieć, że... Chodzi mi o dawny sposób bycia Charlie'ego i Donny'ego. Wiesz, byli nieugięci, jeżeli chodzi o bycie „tymi dobrymi gośćmi" – uwielbiałam to. Z drugiej strony ty... Hm, nie wiem. Zawsze mi się wydawało, że nie dbasz o to, czy zostajesz postawiony w dobrej, czy złej perspektywie. Zawsze postrzegałam cię jako takiego... ach, niejednoznacznego.

Albus zastanowił się nad tym podsumowaniem.

– To nie tak, że reputacja mnie nie obchodzi – powiedział. – Jestem teraz zdezorientowany, bo nie wiem, w jakim świetle jestem widziany.

Nie daj się mamić!

Zatrzymał się w pół kroku i wytrzeszczył oczy. Znów ten chłodny głos, który od czasu do czasu zakradał się do jego umysłu. Mniej więcej od początku przerwy świątecznej był uśpiony, a to, że ujawnił swą obecność w tak zwyczajny, jasny dzień, samo w sobie było niepokojące.

Co gorsza, miał niebezpieczny wydźwięk, zagrażający, zupełnie był zagniewany – na coś lub na kogoś. Z pewnością nie było to normalne. Inni czarodzieje, był przekonany Albus, nie mieli rozdwojenia jaźni.

– Wszystko w porządku? – zapytała Mirra, zaskoczona jego nagłym zatrzymaniem się i wyrazem twarzy.

– Hm? A, tak. Wszystko jest dobrze – odpowiedział lekceważąco, nie chcąc informować jej o przełomie, którego właśnie dokonał.

Został poddany krótkiej, choć uważnej obserwacji. Zanim jednak znów został wzięty pod ostrzał, dziewczyna zrobiła coś, czego się po niej zupełnie nie spodziewał – zaczęła węszyć w powietrzu.

– Co...? – sapnął i wtem uderzony myślą, zamilkł – zrozumiał, co się właśnie wydarzyło.

– Och, co to za zapach? – zapytała, brzmiąc na pozytywnie zaskoczoną, kiedy zmierzyła go wzrokiem.

– To... to nic takiego – wyjąkał, szczerze zdumiony obrotem spraw. – To tylko moje perfumy. – Uśmiechnął się, wracając myślami do rozmowy z bratem.

– Są naprawdę przyjemne – dodała, ale zanim Albus zdążył się bardziej zaangażować, spojrzała w niebo, wyraźnie czymś rozproszona.

Nadlatywała sowa.

Mirra wydała z siebie niezrozumiały dźwięk, a następne złapała go za rękę i przez śnieg poprowadziła do przytulnego, cieplutkiego domku.

– Zaczekaj chwilę! – syknęła, a potem pobiegła schodami na piętro.

Albus został na parterze, gdzie dziadkowie Tunnels siedzieli przy kominku na identycznych bujanych fotelach i znad książek obserwowali rozwój wydarzeń.

– Mirra... otrzymała sowę – wytłumaczył sprawę, niezgrabnie wskazując na schody.

Starsza para wymieniła spojrzenia, jednocześnie wzruszyła ramionami i ostatecznie, jak gdyby nigdy nic, wróciła do lektury.


Jak się okazało, Albus czekał długo. Mirze, cokolwiek robiła, zajęło to dużo czasu, a najgorsze było to, że nie zdradziła mu celu swego zniknięcia, dzięki czemu przez kilka niezręcznych godzin rozmawiał na prozaiczne tematy z jej dziadkami. Tajemnica rozwiązała się dopiero następnego wieczoru, po obiedzie, na którym została podana pełna warzyw gęsta zupa, kiedy to zaprosiła go do swojego pokoju, a następnie kazała usiąść na łóżku.

– W porządku. Możemy wymienić się prezentami. – Uśmiechnęła się Mirra.

Albus również się uśmiechnął, podekscytowany perspektywą podarowania dziewczynie zakupionego w Hogsmeade podarku. Usiadła obok, jakby w oczekiwaniu na jego pierwszy ruch. Nie zamierzał zwlekać.

Sięgnął do kieszeni i wyjął idealnie zapakowaną paczuszkę. Z radosnym wyrazem twarzy podał go ukochanej, uświadamiając sobie, że ta chwila na długo zapadnie mu w pamięć – to ich pierwsza wymiana świątecznych upominków. Mimowolnie odbiegł myślami do Scorpiusa i Morrisona, gdyż był ciekawy, czy i oni odnieśli sukces. Do rzeczywistości wrócił go dopiero pełen zachwytu okrzyk Mirry, która właśnie odpakowała prezent.

– Och, Albusie! – sapnęła bez tchu, biorąc do ręki srebrny medalion. Wydawała się zastygnąć w bezruchu i zobaczywszy tę reakcję, chłopiec uznał, że nie mógł liczyć na lepszą.

– No dalej, otwórz – powiedział, chcąc jeszcze bardziej uwznioślić ten cudowny moment.

Zniecierpliwiona, przystąpiła do działania. Kiedy zobaczyła, co skrywał medalion, nie krzyknęła, a po prostu się uśmiechnęła – szczerze i szeroko.

Wisior skrywał ich wspólne zdjęcie. Albus był ubrany w zielony mugolski garnitur, a Mirra w wymyślną szarą sukienkę, która idealnie pasowała jej do oczu. Nie była to profesjonalna fotografia, a przypadkowa – akurat zostali razem uchwyceni. Tańczyli, uśmiechnięci, na weselu Lisy Vincent.

– Na ślubie byli tylko mugolscy fotografowie, a że nie mamy żadnych wspólnych zdjęć... jakiś czas temu poprosiłem Morrisona, czy mógłby poszukać takiego, na którym jest nasza dwójka – wytłumaczył. – Obejrzałem chyba z dwadzieścia, zanim się w końcu zdecydowałem.

Mirra obdarzyła Albusa pełnym wdzięczności uśmiechem. Ślizgon był zadowolony, że najlepszą częścią prezentu nie okazał się sam medalion, który wyglądał na – i w sumie był – drogi, ale magicznie pomniejszony obraz, stanowiący jeden z nielicznych, fizycznie namacalnych dowodów ich związku.

Wtem wybuchnęła śmiechem.

– Co jest takie zabawne? – zapytał, zaskoczony.

Dziewczyna zakryła usta dłonią i ponownie się roześmiała.

– Po prostu nie mogę w to uwierzyć... – urwała, a Albus spojrzał na nią zmieszany.

Czy przeoczył coś ważnego?

– W co takiego? – spytał, zaczynając się martwić.

Mirra wyciągnęła swój prezent, który był prostokątny, bardzo cienki i owinięty w biały ozdobny papier. Kiedy chłopiec go odebrał, wciąż zaniepokojony sposobem, w jaki ukochana się zachowywała, zauważył, że był również nadzwyczaj lekki.

Spodziewając się książki, zaintrygowany, powoli zaczął rozrywać opakowanie. W międzyczasie zastanawiał się, czy zawartość rzeczywiście jest warta śmiechu. Po kilku sekundach majstrowania przy papierze stwierdził, że trzyma w dłoniach średniej wielkości ramkę ze zdjęciem.

Fotografia również została zrobiona na weselu Lisy Vincent, ale obiektyw uchwycił dwóch mężczyzn – Harry'ego i Albusa Potterów.

Natychmiast rozpoznał tę chwilę. Siedział przy stole i rozmawiał z tatą, omawiając różne tematy, w tym – jak na ironię! – tajemnicę tożsamości Srebrnego Czarodzieja. Mimo wagi spekulacji zdjęcie zostało pstryknięte w bardziej swobodnym momencie, kiedy on mówił, a ojciec jedynie się uśmiechał. Nie było wybitnie fotogeniczne, ale wydawało się naturalne, zwłaszcza że było zastygłe w bezruchu, tak samo jak to w medalionie.

– Kilka tygodni temu poprosiłam Morrisona o fotografię ciebie i twojego taty – wytłumaczyła Mirra, nadal się uśmiechając.

– Cóż, całkiem dobrze wyszło mu trzymanie tego w sekrecie. – Albus zachichotał. – Nawet słowem się nie zająknął...

– Bo zapomniał, dlatego właśnie nalegałam na późniejszą wymianę prezentów. – Potrząsnęła w niedowierzaniu głową. – Ostatecznie musiałam do niego napisać, a sowa zwrotna przyleciała dopiero wczoraj.

Ślizgon się uśmiechnął i kontynuował oglądanie prezentu. Najbardziej wyjątkowa była ramka, gdyż wyryty wzór był ręcznie robiony – na dole prezentował się pięknie lew z wężem zwiniętym u łap. Wszystko wskazywało na to, że rysunek, który niedawno oglądał, był jednym z najnowszych – otóż stanowił on projekt prezentu świątecznego.

Wtem sobie uzmysłowił, że zwierzęta nie symbolizowały jego i Mirry, a jego i tatę. Co więcej, spacerowały po dole ramki w lewo i w prawo, jednym miarowym tempem. Oprawa co jakiś czas na przemian zmieniała kolor ze szmaragdowego na szkarłatny, co odwzorowywało zarówno barwy dwóch domów w Hogwarcie, jak i barwy samych świąt...

Albus przebadał każdy centymetr, podczas gdy Mirra nadal tłumaczyła się z prezentu.

– Wiem, że najprawdopodobniej masz dużo zdjęć z tatą, ale pomyślałam, że chciałbyś mieć to najnowsze. Plus doszłam do wniosku, że zapewne macie czarodziejskie fotografie, więc wystarałam się o mugolską...

– Jest cudowna – powiedział i naprawdę nie kłamał. Nie potrafił wyjaśnić, dlaczego teraźniejszość miała dla niego tak wielkie znaczenie, ale fakt był faktem – może dlatego, że wychodziła ona za ramy zwykłego zdjęcia. Albus nie mógł na żywo zobaczyć się z ojcem, a Mirra była przekonana, że nie stanie się to wkrótce, więc podarowała mu fotografię, żeby ta pomogła mu przejść przez piekło; jednocześnie stanowiła wspaniałą przypominajkę, zatrzymane w czasie wspomnienie i przeświadczenie, że z tatą wszystko będzie dobrze... – Muszę ci coś powiedzieć – stwierdził energicznie, delikatnie odkładając ramkę na łóżko.

Mirra przechyliła głowę w bok.

– Co...?

– W Hogsmeade spotkałem się z Waddlesworthem! – wypalił.

– Co...? Że jak...? Waddle...? Albusie...

– Musiałem – powiedział stanowczo. – Musiałem, bo Warren Waddlesworth jest jedynym człowiekiem, który może wydostać mojego tatę z Azkabanu...

– Zwolnić z więzienia? – jęknęła. – O czym ty w ogóle mówisz...?

– Proszę, wysłuchaj mnie – poprosił, chcąc jak najszybciej wykazać sensowność swoich działań. – Wkrótce coś strasznego wydarzy się w Azkabanie. Darvy zamierza przeprowadzić atak, a to oznacza, że mój ojciec jest w niebezpieczeństwie. Waddlesworth może go uwolnić, zanim cokolwiek się stanie! Musiałem się z nim zobaczyć, żeby zapytać, czy...

– Za... zadziałało? – sapnęła Mirra, a Albus odetchnął z ulgą, gdyż nie wyglądała na złą, a raczej pełną nadziei.

– Nie do końca – wyznał, na co przymknęła oczy i zwiesiła smętnie głowę. – Jeszcze nie – dodał.

Natychmiast się spięła.

– Co masz na myśli...?

– Waddlesworth jest w stanie tego dokonać, ale chce czegoś w zamian. – Zawahał się, po czym rozwinął myśl. – Czegoś, co mogę mu dać tylko i wyłącznie ja.

– Czego...?

– Prawdę powiedziawszy – bardziej kogo... Waddlesworth chce Fairharta – wytłumaczył.

Mirra sapnęła, a potem zerwała się na równe nogi z oskarżycielskim wyrazem twarzy.

– Powiedziałeś, że... że nigdzie się nie wybierasz – wyjąkała, a palec, którym w niego celowała, zaczął drżeć.

– I wciąż podtrzymuję to zdanie! – Też wstał. – Nigdzie nie wyjeżdżam. Po prostu... wciąż nad tym pracuję. W sensie, że nad planem...

– Jaki plan wymyśliłeś? I w pierwszej kolejności, w ogóle dlaczego? – zapytała. – Czemu to jest transakcja wiązana? To śmieszne i wręcz absurdalne. Dlaczego... dlaczego to ma jakiekolwiek znaczenie...?

Albus się pochylił i pocałował Mirrę. Nie był do końca pewien, czemu tak postąpił, ale tak naprawdę nie chciał jej uciszać, bo to mógłby osiągnąć zwyczajną rozmową. Może wydawało mu się to po prostu właściwe zagranie, ot pocałunek w trakcie kłótni, którym udowodni dziewczynie, że rozumie powód jej zdenerwowania i że docenia troskę. Wiedział, że niewielu ludzi zmartwiłaby bądź zirytowałaby ta informacja...

Nie zakończył pocałunku i zamiast tego pozwolił, aby sprawy potoczyły się własnym rytmem. Mimo że oboje mieli zamknięte oczy, wpadli w szał namiętności. Wziął jej twarz w dłonie, a kiedy pozwolił na zaczerpnięcie tchu, zobaczył jej minę – przez dosłownie chwilę widział, że była oburzona.

Zarzuciła mu ramiona na szyję i ponownie do niego przylgnęła. Albus, zupełnie zaskoczony atakiem, upadł razem z nią na łóżko. Nim się obejrzał, przeczesywał rękoma włosy dziewczyny, podczas gdy ta drapała po go ramionach przez koszulkę. Chłodny głos wewnętrznego wroga wykrzyczał coś niezrozumiałego, ale ślizgon całkowicie go zignorował. W zamian pozwolił, żeby poniósł go bardziej pierwotny instynkt. Dłońmi zaczął badać krzywiznę pleców ukochanej, a usta przeniósł na jej odsłoniętą szyję...

Przeszkodziło im pukanie do drzwi, które natychmiast Albusa otrzeźwiło. Zerwał się z miejsca z taką werwą, że obił głowę o sufit, a siła uderzenia sprawiła, że zobaczył mroczki przed oczami. Drzwi bez ceregieli się otworzyły, ukazując dziadka.

Chłopiec spróbował uspokoić przyspieszony oddech z nadzieją, że bolesne pulsowanie zaraz mu minie. W międzyczasie zerknął na Mirrę, która była rozczochrana i wyraźnie przestraszona. Wiedział, że oboje myśleli o dokładnie tym samym – jak głośno byli?

Jeżeli dziadek czegoś się domyślił, nie dał po sobie poznać. W momencie przybrał neutralny wyraz twarzy i nieszczególnie rozglądał się po sypialni wnuczki.

– Pomyślałem, że chcielibyście to usłyszeć – powiedział po krótkiej chwili ciszy, a następnie się wycofał.

Albus i Mirra natychmiast wstali, speszeni i zdenerwowani. Pan Tunnels nie drążył jednak tematu i poprowadził ich po schodach na parter, gdzie na fotelu siedziała jego żona – z nieczytelnym wyrazem twarzy trzymała na kolanach zamkniętą książkę. Na stoliku obok niej stało małe, dudniące radio.

Najwyraźniej para słuchała CSB. Chłopcu tylko moment wystarczył, żeby zrozumieć dlaczego. Przez rozmowę o Waddlesworthcie, Azkabanie i wszystkim innym zupełnie zapomniał, jaka jest dziś data – otóż wybrano Ministra Magii.

W radiu słychać było oklaski, a Albus pojął, że przegapili coś ważnego. Ostatecznie to Mirra zdecydowała się zadać pytanie, które im obu przyszło do głowy.

– Czy to... już koniec? – Oparła się o ramię ślizgona. – Wybory się zakończyły? Dziadek z powrotem usiadł w fotelu, a potem powoli skinął głową.

Albus miał wrażenie, że tonie. W momencie przeszły go dreszcze i całą swą uwagę skupił na małym, starym urządzeniu, gdzie do oklasków dołączone zostały słowa.

– Nowy Minister Magii przygotowuje się do wygłoszenia przemówienia! – powiedział z podekscytowaniem komentator. – Co Warren Waddlesworth będzie miał do powiedzenia w tej jakże historycznej chwili?

Mirra chwyciła Albusa za dłoń. Wiwaty ucichły dopiero po minucie lub dwóch. Mimo że chłopiec nie wiedział, jak wyglądała sceneria wspominanej przemowy, z łatwością mógł ją sobie wyobrazić. Ogromne audytorium. Podium. Setki bezmyślnych wiernych, z niecierpliwością czekających na przemówienie nowego króla. Waddlesworth ubrany w jakiś niegustowny garnitur – czerwony, fioletowy albo nawet żółty...

– Nadszedł czas zmian.

Albus aż za dobrze znał ten magicznie wzmocniony głos. W radiu słuchać było kolejny wybuch wiwatów i oklasków, a potem zapadła nagła cisza. Waddlesworth musiał zrobić coś, co przerwało aplauz tłumu.

– Nie wszyscy z was rozumieją ogrom i znaczenie nadchodzących zmian. Wielu patrzy na nie krzywo oraz wielu się ich obawia. Jestem tego świadomy i rozumiem te perspektywy, ale też wiem, że modyfikacja musi być mile widziana. Wkraczamy dziś w nową erę. Czarodziejski świat, którego jesteśmy częścią – my i nasze dzieci, wnuczęta – jest światem, który naprawdę wiele przeszedł i przetrwał. Niestety, to za mało. Przetrwanie jest dla tych, którzy pragną być częścią przyszłości. W życiu dążymy jednak do czegoś więcej – do kształtowania następnych lat. Dlaczego właściwie stoimy w miejscu, zamiast się rozwijać i przeć do przodu?

Tłum znów zawiwatował, a Albus potrząsnął głową. Gdy oklaski zaczęły cichnąć, Waddlesworth odchrząknął i znów zabrał głos.

– Oto stoję dziś przed wami – przed całym czarodziejskim światem – pełen pokory. Nie jestem najbystrzejszym Ministrem Magii, jakiego kiedykolwiek mieliście, ani najpotężniejszym. Tym, co mnie jednak wyróżnia wśród wspaniałych poprzedników, jest wierność najbardziej zdeterminowanych ludzi. Nigdy wcześniej w historii społeczeństwo nie spotkało się z przeszkodą, na którą odpowiedziało z tak wielką zaciekłością, jak dziś. Po raz pierwszy rząd nie kontroluje swych obywateli, a obywatele rządu – PO RAZ PIERWSZY W HISTORII ZŁĄCZYLIŚMY SIŁY! Wspólnie doszliśmy do porozumienia, że jedność jest naszą najpotężniejszą bronią i właśnie teraz zaczniemy z niej korzystać. Jestem waszym wybrańcem, przywódcą, ale nie jesteście moimi pionkami! – wrzasnął, a audytorium znów wybuchnęło; oklaski zlały się z następnymi słowami mówcy. – JESTEŚCIE MOIMI SPRZYMIERZEŃCAMI! MOIMI PRZYJACIÓŁMI! JESTEŚCIE MOIMI WSPÓŁOBYWATELAMI! – zakończył z dramatyczną nutą.

Radio prawie że ogłuszyło swoich słuchaczy dzikim rykiem tłumu, a potem poprawiło donośnymi gwizdami.

– I wiem, moi drodzy przyjaciele – kontynuował Waddlesworth, a Albus nie był pewien, czy mężczyzna próbował uciszyć słuchaczy, czy też nie; tak czy inaczej, skutek był marny. – Doskonale sobie zdaję sprawę z okoliczności towarzyszących mojej kadencji. Wiem, że w innym czasie, w innej rzeczywistości nie stałbym przed wami z pokorą. WIEM, ŻE WYBRALIŚCIE MNIE NIE BEZ POWODU! Postawiliście na mnie, ponieważ znów przyszło nam żyć w mrocznych, niebezpiecznych czasach, których nie należy lekceważyć, czy bagatelizować. Zdecydowaliście, abym stanowił inspirację oraz ułatwiał wam działanie. Jakieś dwadzieścia lat temu założyłem Wybawczy Alians Różdżek, a przyświecała mi idea ochrony ludzi! Dziś patrzę na to wszystko z dumą i oświadczam, że sami możecie się chronić!

Szaleństwo wśród audytorium zaczęło wymykać się spod kontroli, podczas gdy chłopiec był przekonany, że po takim wprowadzeniu w temat, czas na wisienkę na torcie.

– Wszystko się zgadza! Ty i ty. Ty i ty. Ty tam. I ty...

Z łatwością można było sobie wyobrazić, jak Waddlesworth wskazuje zupełnie przypadkowe osoby. Stojąca obok Albusa Mirra zaczęła się trząść, a dłoń jej zwilgotniała. Dziadkowie z kolei w skupieniu i całkowitym bezruchu śledzili transmisję radiową. W międzyczasie monologista, nie schodząc z tonu, przeszedł do kolejnego etapu przemowy.

– Właśnie dlatego dziś do was przemawiam, moi przyjaciele, moi drodzy sojusznicy. Właśnie dlatego stoję na podium, przygotowując się do wydania pierwszego oświadczenia jako wasz nowy Minister Magii. Dziś wielki dzień – mając na celu ulepszenie czarodziejskiego świata, wprowadzam pierwszą z serii zmian. Nie mogę pozwolić, żeby obywatele i rząd stanowili dwie odrębne jednostki, zwłaszcza kiedy tak wiele zależy od naszego zjednoczenia.

Oddech Albusa przyspieszył. To było to. Tata miał rację...

– Niniejszym oświadczam, że Wybawczy Alians Różdżek, któremu tak wielu z was jest lojalnych, nie zostaje rozwiązany, a wchłonięty w ministerialne struktury. Od dzisiaj ludzie łączą się z rządem. Od dzisiaj założona przeze mnie organizacja i rząd to jedno. Deklaruję fuzję idei i zasobów, fuzję myśli i działań. Ministerstwo Magii, które niegdyś was zawiodło, odeszło w zapomnienie. Zamiast tego przedstawiam wam dzisiaj... Zjednoczone Ministerstwo!

Ostatnie zdanie przeważyło szalę. Tłum słuchaczy zaczął dosłownie wyć – ochrypły aplauz wydawał się w pewnym sensie zakłócać całą transmisję. Spójność przekazu została zachwiana, gdyż dziki ryk wszystko zdominował. Kiedy powrócił normalny dźwięk, Albus usłyszał, jak odbiorcy skandują nazwisko Waddleswortha, podczas gdy ten kończył swą przemowę.

– Każdego dnia Prawa Ręka Śmierci próbuje podjudzać nasz strach. Uciążliwość, jaką jest istnienie Diablego Aliansu, utrzymywała się zbyt długo. Stary, niezrestrukturyzowany rząd biernie czekał na rozwój wydarzeń. Nowe Zjednoczone Ministerstwo zamierza położyć kres temu zagrożeniu! Sebastian Darvy – którego imię wypowiadam z łatwością, bo ostatecznie jest tylko człowiekiem – ma nadzieję, że nas zastraszy oraz planuje wciągnąć w wyniszczający konflikt – kontynuował Minister. – Dziś mówię wam, że to niemożliwe, nie tylko dlatego, że Diablemu Aliansowi brakuje odwagi, ale także dlatego, że stracił swą szansę! Wypowiedzenie nam wojny jest niewykonalne, ponieważ właśnie w tej chwili, my, Zjednoczone Ministerstwo Magii, ją wypowiadamy!

Rozdzierające uszy okrzyki aprobaty tłumu nijak pomogły w zagłuszeniu ostatniego, nieco spokojniejszego komentarza Waddleswortha.

– Przeciwko naszej jedności, wystawmy na próbę terror, który szerzą.

Transmisja niespodziewanie się zakończyła, a krzyki w momencie ucichły. Albusowi nie pozostało nic innego, jak stać w salonie ze spuszczoną głową, z palcami Mirry splecionymi z jego własnymi, jakby obawiali się, że zostaną rozdzieleni i nigdy więcej nie dane im będzie się spotkać.