18. NAPAŚĆ


Chociaż wewnętrzne przyznanie się, że ostatnie dni spędzone z Mirrą ciągły się w nieskończoność, było okropne, jego umysł zajmowały wybory. Nie chodziło o to, że nie spodziewał się wyników. Nie chodziło nawet o to, że był z nich niezadowolony. Waddlesworth musiał przejąć władzę, żeby ich układ był możliwy do zrealizowania. Zamiast tego dręczyła go otoczka całego wydarzenia – spojrzenie z dystansu, które alarmowało o wszystkim, co miało się zmienić.

Ministerstwo Magii – lub Zjednoczone Ministerstwo, jak teraz nazywany był rząd – wypowiedziało wojnę Diablemu Aliansowi. Mimo że wielu czarodziejów z wielkim entuzjazmem podchodziło do tej deklaracji, Albus dopatrzył się w niej aż dwóch, równie zniechęcających prawidłowości.

Po pierwsze, wyglądało na to, że wszystkie przewidywania taty się sprawdziły. Warren Waddlesworth wygrał wybory, następnie złączył struktury Wybawczego Aliansu Różdżek i Ministerstwa Magii, aby w końcu zebrać połączone siły i przypuścić atak na Sebastiana Darvy'ego. Z proroctw pozostała tylko bitwa pomiędzy Zjednoczonym Ministerstwem a Diablim Aliansem.

Oczywiście, Harry Potter nie był w stanie wówczas przewidzieć, że najbardziej prawdopodobnym miejscem starcia będzie Azkaban – więzienie, w którym został osadzony. Biorąc pod uwagę dwie wielkie armie, toczące wojnę gdzieś na środku Morza Północnego... jaki los czeka skazańców...?

Po drugie, Albus powinien uwolnić ojca. Przez wzgląd na występ zbrojny cały plan musiał zostać przyspieszony. Nie mógł już sobie dłużej pozwolić na marnowanie czasu na rozmyślania – musiał przystąpić do działania. Ostatnie ogłoszenie nowego Ministra Magii uświadomiło chłopcu, że Waddlesworth również nie zamierza czekać. Umowa, którą zawarli, nie miała określonego limitu czasowego, tak więc Warren miał pełną swobodę – mógł zaatakować Azkaban, kiedy tylko zechciał, a co za tym idzie, rezultat końcowy prawdopodobnie równałby się śmierci Harry'ego Pottera. Co więcej, jeżeli Albus nie dotrzyma swojej części układu, Minister nie złamałby nawet złożonej obietnicy.

Właśnie te myśli krążyły mu po głowie, kiedy dziadkowie Tunnels zawozili ich na dworzec, na który pojechali starym, niebieskim, zardzewiałym samochodem, który co kilka minut buchał z rury wydechowej czarnym dymem i straszliwie przy tym rzęził, zakłócając wszechobecną ciszę.

Albus i Mirra siedzieli na tylnym siedzeniu, poniekąd do siebie przytuleni – dziewczyna opierała się głową o ramię chłopca, który kiedy odchylił się do tyłu, mógł zobaczyć zwisający jej z szyi srebrny medalion, co wywoływało uśmiech na jego twarzy.

Mirra nie wspominała o tym, co pomiędzy nimi zaszło w noc, kiedy wymieniali się prezentami, ale wiedział, że miało to więcej wspólnego z audycją, którą usłyszeli w radiu, aniżeli z niespodziewanym, pełnym namiętności momentem. Miał też świadomość, że nie zapomniała o sprawach, o których jej powiedział – o Fairharcie oraz Waddlesworthcie. To milczenie jednak wydawało się bardziej wynikiem niedowierzania niż wyrozumiałości. Możliwe też, nie brała jego słów na poważnie, bo nagle się okazało, że wszedł w układy z, jakby nie patrzeć, nowym Ministrem Magii. Może również zrozumiała, że nic się w najbliższej przyszłości nie wydarzy, ponieważ utworzenie Zjednoczonego Ministerstwa wstrzymało inne przedsięwzięcia Waddleswortha – ciężko powiedzieć. Tak czy inaczej, Albus był zadowolony, że nie poruszyła drażliwego tematu, ale też trochę niepewny, co się stanie, gdy w końcu wyruszy na swoją misję.

– Jesteśmy prawie na miejscu – zakomunikował dziadek, zatrzymując samochód na przejściu dla pieszych. – Rodzina dowiezie ci bagaż na dworzec, Albusie?

– Tak – odpowiedział z przekonaniem, że mama na pewno nie zapomni o jego kufrze. Miał też nadzieję, że uda mu się chwilę z nią porozmawiać tuż przed odjazdem pociągu. Był bardzo zainteresowany, co Ginny – i w sumie reszta familii – myśli o najnowszych wydarzeniach z czarodziejskiego świata.

Spojrzał we wsteczne lusterko po prawej stronie i zobaczył, że chociaż ukochana w ciszy opierała głowę na jego ramieniu, nie spała, a patrzyła przed siebie bez wyraźnego celu. Był ciekawy, nad czym się tak zastanawiała.

– Dojechaliśmy – oświadczyła po kilku minutach jazdy babcia, w momencie gdy samochód całkowicie się zatrzymał. Dziewczyna natychmiast się poprawiła, a potem razem wyszli na zewnątrz. Kiedy podeszli do bagażnika, czarny dym z rury wydechowej buchnął im prawie że prosto w twarz.

Albus dostąpił zaszczytu wyciągnięcia kufra Mirry.

– Dzięki – wyszeptała, kiedy postawił go na ziemi.

– Och, jesteśmy sporo przed czasem – stwierdził dziadek, spoglądając na olbrzymi wiszący zegar i bujając się w miejscu.

W rzeczy samej mieli całe pół godziny zapasu, ale chłopiec miał dziwaczne wrażenie, że jego rodzina też okupuje już peron. Lily zazwyczaj była rannym ptaszkiem, a ponieważ była jedynym dzieckiem, które Ginny miała odwieźć, najprawdopodobniej szybko się zebrały.

W drodze na platformę Albus szedł obok Mirry. Kiedy podeszli do stanowiącej przejście barierki, szarpnęła głową w jego kierunku na znak, żeby przetarł szlak. Coś nieprzyjemnego osiadło mu na żołądku. Co dziwne, przechodząc na drugą stronę, miał dreszcze – może było to spowodowane nastawieniem dziewczyny.

Widok szkarłatnego pociągu zawsze sprawiał, że się uśmiechał. Tym razem było dokładnie tak samo. Na charakterystyczną atmosferę składały się przede wszystkim buchająca z kominów para oraz znajome twarze uczniów, z których kilkoro pokusiło się o przywitanie się z daleka poprzez pomachanie dłonią. Chwilę później nie stał już sam – z nieczytelną miną obok niego zmaterializowała się Mirra.

– Rozejrzę się trochę za Charliem – powiedziała. – Zobaczymy się w przedziale, dobrze? Albus uniósł brwi.

– Nie pożegnasz się ze mną z dziadkami? – zapytał.

– Cóż, możesz to zrobić samodzielnie – stwierdziła, po czym obejrzała się przez ramię i zaczęła przedzierać się przez tłum.

Chłopiec powstrzymał się od komentarza, próbując się pozbyć gęsiej skórki. Cokolwiek działo się w głowie Mirry, będą musieli o tym później porozmawiać. Teraz miał inny cel – odszukać swoich bliskich.

Ze świadomością, że rodzina będzie skupiona w jednym miejscu, zaczął się rozglądać za przyjaciółmi – Morrisonem i Scorpiusem – oraz innymi znajomymi rówieśnikami. Spacerując po peronie, uświadomił sobie, że to dotychczas całkiem proste zadanie zostało znacząco utrudnione. Popularne od pewnego czasu koszulki z logiem Wybawczego Aliansu Różdżek zdawały się teraz swoistym dress codem, ponieważ zdobiły klatki piersiowe ponad połowy napotkanych ludzi. Z drugiej strony, kiedy przebił się przez te wszystkie grupy podobnie wyglądających do siebie czarodziejów, z łatwością mógł dostrzec tych, którzy zdecydowali się nie upubliczniać swoich poglądów politycznych.

Scorpius stał koło matki i ojca, który ze znudzonym wyrazem twarzy niewinnie odwzajemniał pozdrowienia przechodzących obok uczniów. Pani Malfoy mówiła coś do syna, a on po prostu kiwał ze zrozumieniem głową. Zanim się zbliżył, Albus poczekał na odpowiedni moment.

– Cześć – powiedział, kiedy podszedł bliżej, na co Scorpius natychmiast zareagował – odwrócił się do niego i uśmiechnął. – Dzień dobry, pani Malfoy, profesorze – dodał, każdemu po kolei kiwając głową.

Astoria, która nieszczególnie się zmieniła od ostatniego spotkania – ze wciąż długimi, kręconymi brązowymi włosami oraz czekoladowymi oczami – odwzajemniła uśmiech i z radością mu pomachała. Draco zaś zdecydował się na inne podejście.

– Nie jesteśmy jeszcze w szkole, Albusie – powiedział z fałszywą skromnością. – Możesz się do mnie zwracać per pan.

– Ee, w porządku...

– Zastanowiłeś się nad moją ofertą? – zapytał, nie dając podopiecznemu dojść do słowa.

Albus drgnął.

Oczywiście, że nie. Po pierwsze był zajęty innymi sprawami, a po drugie i tak uznał tę propozycję za kiepską próbę zajęcia wolnego czasu, więc nawet nie poświęcił minuty na jej rozważenie. Dopóki nie dojdzie jednak do jakichś wniosków, postanowił nie dawać jasnej odpowiedzi.

– Właściwie to... nadal o tym myślę.

– Rozumiem – odparł z zagadkowym wyrazem twarzy Draco Malfoy.

– Czas na poszukiwania Morrisona – wtrącił się Scorpius. – Zobaczymy się w pociągu, tato... Jeszcze się spotkamy, mamo.

Kiedy ruszyli w przeciwnym kierunku, Astoria im pomachała. Przyspieszywszy kroku, rozpoczęli rozmowę.

– Jak twoje ferie? – zapytał Albus. – Co tam w sprawie Ana...?

– Opowiem w przedziale – odpowiedział przyjaciel, rozglądając się we wszystkie strony za Vincentem. – Jak minęły ci święta z Mirrą?

– Opowiem w przedziale – powtórzył po blondynie.

– W porządku. – Malfoy się poddał. – Rozumiem, że słyszałeś o wyborach? – spytał i wyglądało na to, że tą kwestią był najbardziej zainteresowany.

– Ano, ale poczekajmy na Morrisona – poprosił, także się wokół rozglądając.

Poszukiwania nie trwały długo, bo nim minęło kilka minut dostrzegli go całującego się z Melonie Grue, której rękę zdobiła bransoletka, którą dostała w prezencie świątecznym. Gdy się od siebie oderwali, dziewczyna zostawiła chłopaka w pobliżu grupy odzianych w koszulki WAR pierwszorocznych, po czym ruszyła na poszukiwania najprawdopodobniej Denise Toils. Kiedy Vincent się odwrócił, od razu zauważył przyjaciół.

– Jak ci minęło wolne? – zapytali równocześnie, gdy podeszli wystarczająco blisko.

Morrison wzruszył ramionami.

– Opowiem w pociągu – odpowiedział beznamiętnie. – Tak przy okazji, czy Waddlesworth wygrał wybory? – zapytał poważnie. – Wszędzie widzę te koszulki...

Scorpius tak mocno uderzył się w czoło, że niemal się zatoczył do tyłu. Albus zaś zachichotał i poklepał nieświadomego przyjaciela po plecach.

– Chodź – powiedział z uśmiechem. – Muszę znaleźć swoją rodzinę.

W trakcie spaceru po platformie chłopcy starali się przekazać Morrisonowi wszystko, co ośmielił się przegapić podczas przerwy świątecznej, kiedy w pełni zignorował zamieszanie w czarodziejskim świecie. Gdy dotarli do wątku Zjednoczonego Ministerstwa, skinął ze zrozumieniem głową.

– Ano, wykombinowałem, że coś takiego się wydarzyło. Jakby na to nie patrzeć, wokół kręci się pięć razy więcej czarodziejów z Wybawczego Aliansu Różdżek oraz zmieniło się ich umundurowanie.

– Czekaj. Co...? – Albus był oszołomiony nową informacją. – O czym ty mówisz...?

– Uważnie się przypatrz. – Morrison wskazał przypadkowego człowieka.

W pełni skupiony na ludziach okupujących peron brunet zauważył, że rzeczywiście kręciło się tutaj wielu renegatów odzianych w czarne szaty ze złotym, ozdobnym napisem ZM. W kilku z nich rozpoznał nawet mężczyzn, którzy odpowiadali za bezpieczeństwo na terenie szkoły – w tym także, co zaskakujące, Larsona.

– Czy na dworcu jest obecny Klub Strażników? – zapytał wszem wobec.

– Na to wygląda. Po scaleniu struktur Ministerstwa i Aliansu nasz nowy Minister Magii ma zapewne mnóstwo ludzi, którzy chętnie wystąpią publicznie w roli ochroniarzy – odpowiedział Scorpius. – Nie byłbym zdziwiony, gdyby po powrocie do zamku się okazało, że liczba patroli zwiększyła się trzykrotnie.

Albus zmrużył oczy, obserwując kilku dorosłych, którzy zazwyczaj uczestniczyli w spotkaniach Klubu Strażników. Czyżby, w świetle niedawnego politycznego zwycięstwa Waddleswortha, zostali zdegradowani ze stanowiska mentora? Czy w Hogwarcie stacjonowali teraz o wiele silniejsi i bardziej uzdolnieni czarodzieje?

Zanim jednak wciągnął w swoje spekulacje przyjaciół, dostrzegł kilka bardziej niż znajomych twarzy. Ginny razem z Lily i, co zaskakujące, Jamesem czekali na niego przy barierce. Zaledwie kilka stóp dalej stała Rose wraz ze swoimi rodzicami. Wyglądało na to, że Hugo już uciekł, żeby spotkać się z innymi gryfonami.

Kuzynka zauważyła ślizgonów pierwsza, po czym posłała im niespokojny uśmiech. Jej zachowanie z początku zdezorientowało Albusa, ale potem kątem oka zobaczył, że Scorpius się do niej lekko uśmiechnął i pomachał ręką, sprawiając przy tym wrażenie trochę zawstydzonego.

– Masz zamiar nas wtajemniczyć, stary? – mruknął po cichu Morrison.

– Napisałem do Rose list – odpowiedział Malfoy, nie spuszczając z dziewczyny wzroku.

Potter się zaniepokoił.

– Co takiego...?

– Nie taki, jak myślisz. Po prostu... wyjaśniłem sobie z nią kilka spraw. Szczegóły opowiem wam w przedziale...

Z tą tajemniczą informacją w głowie Albus podszedł do swojej rodziny. Ciocia Hermiona obdarzyła go szerokim uśmiechem, tak samo jak wujek Ron, który wyglądał na trzeźwego. Rose ograniczyła się do grzecznego przywitania, a Jaimie, jak to zawsze kochany starszy brat, postanowił spuścić na dzień dobry prawdziwą bombę.

– Jak daleko się posunęliście?

– James! – krzyknęła Ginny, a nagana w jej głosie sprawiła, że syn potulnie zamilkł. Następnie, jak gdyby nic się nie stało, skupiła się na młodszym dziecku. – Jak spędziłeś czas?

– Dobrze – odparł, niepewny czy powiedział prawdę, czy też posunął się do kłamstwa – zbyt wiele spotkało ich wzlotów i upadków, żeby jasno się określić. – Co on tu robi? – zapytał, wskazując na brata.

W międzyczasie Morrison zaczął rozmawiać z Ronem, zaś Scorpius podejrzliwie postanowił zachować dystans.

– Mam dziś wolne, więc pomyślałem, że was odprowadzę. O, a tak przy okazji, to spakowałem twoje rzeczy – powiedział James i pociągnął do przodu jego kufer. Albus chciał mu podziękować, ale brat znów się odezwał. – Czy miałbyś coś przeciwko, gdybym zajął ci kilka minut, tak na szybko? – dodał, dziwnie wykrzywiony. – Gdzieś na osobności?

Chłopiec z zakłopotaniem spojrzał na matkę i siostrę, ale obie tylko wzruszyły ramionami.

– Hm, oczywiście – stwierdził i pozwolił się poprowadzić o kilka stóp dalej od reszty rodziny, gdzie nieświadomie zakryła ich grupka trzeciorocznych. – O co chodzi? – zapytał, zaciekawiony. Jego pierwszym i natychmiastowym strzałem była jakaś sprawa związana z Warrenem Waddlesworthem oraz z tatą i Azkabanem, dlatego też bardzo się zdziwił, gdy James poruszył temat zupełnie z tym niezwiązany.

– Cóż... Mirra jest fajną dziewczyną – powiedział kulawo brat, gdy w końcu się zatrzymali.

Albus przewrócił oczami.

– Nic ci nie powiem, Jaimie...

– Zupełnie mnie nie słuchasz. – Twarz młodego mężczyzny pociemniała z gniewu. – Mirra jest fajną dziewczyną – powtórzył ostrzejszym tonem.

Ślizgon podrapał się po głowie.

– O co chodzi?

– Słuchaj, bracie. Wiem, że wychodzę teraz na totalnego hipokrytę, ale... kiedy byłem w związku, nie uderzałem do innej dziewczyny. Tak się po prostu nie robi...

– Co takiego? – Albus się zbulwersował. – O czym ty w ogóle...?

James wyciągnął ze swojej kieszeni mały srebrny pierścionek.

– Nie mam pojęcia, kim jest ta cała „Sam", ale albo musisz z nią skończyć, albo powiedzieć Mirze, że...

– Skąd to masz? – zapytał, rozwścieczony. – Grzebałeś... grzebałeś w moich rzeczach? – dodał, obrażony.

– No pewnie, zwłaszcza po tym, jak widziałem, co spakowałeś sobie do Mirry – odpowiedział brat, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Musiałem się przecież upewnić, że nie będziesz chciał przemycać do Hogwartu jakichś pieluch... Hej!

Albus wyrwał sygnet z uścisku Jamesa i natychmiast schował go do kieszeni. Zdenerwowany, nie mając nastroju do wyjaśnień, ograniczył się do minimum.

– Pierścionek nie jest mój, bałwanie! – warknął. – No przecież jest wyraźnie wygrawerowane, że to od kogoś, kto się nazywa San, chyba że nie zauważyłeś. Nawet nie znam żadnej Sam... – Zacisnął usta. – Nieważne – podsumował i wrócił do reszty rodziny, podirytowany. – Zaraz wchodzimy do pociągu – zakomunikował mamie.

– W porządku. Chodź się przytulić – powiedziała Ginny i wyciągnęła ku synowi ręce; uścisk był mocny. – Chciałabym, żebyś dobrze spędził resztę roku szkolnego. Spróbuj też raz czy dwa napisać do domu, to naprawdę nie zaszkodzi.

– Dobrze, mamo – odpowiedział, kiedy się od siebie odsunęli. Potem podszedł do cioci i wujka, którzy odpowiednio go przytulili i poklepali po plecach.

– Uważaj na siebie, Albusie. – Uśmiechnął się niepewnie Ron.

– Jak zawsze – odpowiedział cicho.

– Powodzenia na końcówce! – dodał wesoło James.

– Yhym, tak, tak – burknął, nadal trochę na niego zły.

– Skończ się dąsać i przestań być dzieckiem... – Jaimie w iście braterskim geście poklepał Albusa po ramieniu.

Podczas gdy Lily zaczęła się żegnać z rodziną, ślizgon razem z kufrem podszedł do swoich przyjaciół.

– Właśnie widziałem się z rodzicami, więc możemy wchodzić do środka – powiedział wszem wobec Scorpius.

– Czego chciał James? – zainteresował się Morrison.

– Nic – odpowiedział, potrząsając z pogardą głową. – Totalną głupotę – dodał. Wyczuwając w kieszeni ciężar pierścienia Fairharta, zrobił sobie mentalną notatkę, żeby w pociągu schować go z powrotem do torby.

Weszli do środka na kilka minut przed wyznaczoną godziną odjazdu. Nie chcąc tracić czasu, od razu zaczęli się rozglądać za wolnym przedziałem. Było to trudniejsze niż zazwyczaj zadanie – dużo było już pozajmowanych, ale nie przez uczniów, a oficjalnie wyglądających przedstawicieli Zjednoczonego Ministerstwa.

– Och, wreszcie pusto – powiedział Scorpius, zauważywszy wolny przedział prawie że na samym końcu pociągu. Nie rozwodząc się dłużej, odsunął drzwi i umożliwił wszystkim wejście.

– Gdzie podziały się dziewczyny? – zapytał Morrison.

– W końcu się znajdą – odparł Malfoy.

Albus milczał. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu wiedział, że Mirra nie była w nastroju, żeby razem z nim siedzieć. Zamiast tego więc odchylił się wygodnie do tyłu, podczas gdy przyjaciele zajęli miejsca naprzeciwko.

– Jak wam się udała wymiana prezentów? – zapytał.

– Genialnie! – Morrison pstryknął palcami. – Mel z miejsca się w nim zakochała. Cały czas nosi tę bransoletkę.

– Scorpius?

– Całkiem nieźle – odpowiedział blondyn, ale nie rozwinął tematu. – A Mirze spodobał się medalion? – spytał, odbijając pałeczkę.

– Ano, bardzo – potwierdził i zmarkotniał – był szczerze przekonany, że prezent przypadł dziewczynie do gustu, ale może był zaślepiony i tylko mu się tak wydawało...?

Morrison spojrzał to na jednego, to na drugiego przyjaciela, najprawdopodobniej zaskoczony ponurym nastrojem, w który obaj popadli.

– Czy tylko ja obchodziłem święta? – parsknął. – Ha!

– Nie nadymaj się tak, bo zaraz pękniesz – powiedział Scorpius. – U mnie było w porządku...

– Co dostałeś od Mel? – zapytał Albus.

Rozmówcy natychmiast zrzedła mina.

– Och, tak – odmruknął, przewracając oczami w powolnej manierze. – Obczajcie. – Otworzył torbę i wyciągnął z niej małą, czarną książeczkę. – Planer do prac domowych – wyjaśnił słodkim tonem, na co przyjaciele ryknęli śmiechem, gdyż prezent był po prostu daremny. – No dajcie spokój. Ta dziewczyna ma niezły tupet!

– Ważna jest intencja. – Brunet złapał się za obolałe żebra.

– Nie dałbym tego nawet największemu wrogowi – podkreślił Morrison. – Tak czy inaczej, poczuła się winna, kiedy dałem jej bransoletkę. W sumie to nie przeszkadza mi, że ma o mnie tak wysokie mniemanie. Jej się naprawdę wydaje, że dzięki harmonogramowi zacznę odrabiać zadania domowe. To w pewnym sensie słodkie...

– Co dostałeś od Mirry, stary? – Uśmiechnął się do Albusa Scorpius.

– Ręcznie robioną ramkę ze zdjęciem mnie i mojego taty – odpowiedział i zamilkł.

– Cholercia – mruknął po dłuższej chwili blondyn. – Zmyślnie.

– Rozgryzłem tę waszą świąteczną wymianę. Zwłaszcza że miałem w niej niemały udział. – Morrison uniósł brew. – Wybacz, że jedno zdjęcie doszło tak późno, ale zwyczajnie zapomniałem...

– Powinieneś był sobie to zapisać w swoim planerze – parsknął żartobliwie Malfoy.

– Haha, zamknij się...

– A co ty dostałeś od Anastasii, stary? – wtrącił się Albus.

– Nic. – Uśmiechnął się krzywo Scorpius.

– Och, dajże spokój. Nam możesz powiedzieć. – Morrison rozłożył ręce. – Melonie dała mi planer do prac domowych...

– Nie, nie. Mówię prawdę – nie dostałem nic – opowiedział przyjaciel i wyciągnął przed siebie zaciśniętą w pięść dłoń, a następnie ją rozłożył, demonstrując brak prezentu.

Chłopcy się zagapili.

– Serio? – Albus wytrzeszczył oczy.

– Nie sądziła, że w tym roku będziemy się w święta wymieniać. – Scorpius wzruszył ramionami. – Jakby nie spojrzeć, nie jesteśmy ze sobą za długo...

– Ale przyjęła twój prezent? – Morrison był przerażony.

– Wiem, o czym myślicie. – Malfoy nerwowo się zaśmiał. – Wszystko poszło tak dobrze, jak tylko mogło. Na razie zostawcie ten temat.

Vincent z otwartą buzią potrząsnął przecząco głową, zaś Albus zamilkł, gdyż odniósł wrażenie, że Scorpius właśnie zarzucił im jakąś subtelną związkową wskazówką. Najwyraźniej w jakiś sposób rozwiązał swój problem... a nawet zdecydował się wysłać do Rose list. Wyglądało na to, że przyjaciel rzeczywiście dotrzymał słowa i podjął ostateczną decyzję przed końcem ferii zimowych. Niestety, brunet nadal nie był pewien, co z tego koniec końców wynikło.

Albus wyjrzał przez okno przedziału i ku swojemu zdziwieniu zauważył, że pociąg wreszcie ruszył. Na zewnątrz nadal było masę śniegu, chociaż większość napadała przez noc. Gdy szkarłatna maszyna się rozpędziła, białe połacie przypominały jeden olbrzymi, rozciągnięty zimowy obraz. Przez dłuższą chwilę z zainteresowaniem mu się przyglądał, a potem Morrison przerwał mu kontemplację.

– Wracając do wcześniejszego tematu, zaprosiliśmy mojego szwagra na święta. Poczekajcie, aż usłyszycie całą historię. Koleś jest miły, ale to kretyn jakich mało...

Albus milczał przez znaczną część podróży, głównie wsłuchując się w opowieści Vincenta. Na krótko po tym, jak zjawiła się w drzwiach pani z wózkiem, wpadła do nich Melonie, ale tylko, żeby zakomunikować, że jazdę przesiedzi z Denise Toils oraz uświadomić chłopców, że w pociągu aż roi się od czarodziejów ze Zjednoczonego Ministerstwa.

– Są naprawdę liczni – powiedziała, stojąc w drzwiach przedziału, prezentując wszem wobec nową błyszczącą się bransoletkę. – Tłoczą się nawet tam, gdzie siedzą profesorowie!

– Co takiego? To jadą z nami w ogóle jacyś nauczyciele? – zdziwił się Morrison, ale Albus podejrzewał, że przyjaciel był po prostu ciekawy interakcji Dracona Malfoya z wiszącym mu nad głową Larsonem.

– Cóż, jest tata Scorpiusa, profesor Handit i profesor Longbottom – oświadczyła tuż przed wyjściem. – Och, i profesor Flitwick! – dodała, licząc mężczyzn na palcach dłoni.

– Rety. Muszą się tam dusić – skomentował blondyn.

Albus przytaknął, w duchu się gnębiąc, że ich przedział nie jest tak zatłoczony. Mirra nadal do nich nie zajrzała. Z pewnością była w pociągu, więc może po prostu sytuacja się powtórzy i wpadnie do nich potem razem z Eckleyem...?

Trzymał się tej myśli, nawet gdy na dworze zaczęło się ściemniać. W międzyczasie zastanawiał się również, gdzie usiadła Lily razem z Weasleyami. Ciekawiło go, czy Hugo postanowił spędzić trochę czasu z kuzynostwem, czy też wybrał towarzystwo kolegów. Morrison i Scorpius zaczęli rozmawiać na temat quidditcha, pozostawiając go – co w sumie było niezwykłe, bo przecież był ślizgońskim kapitanem – całkowicie poza dyskusją.

Wykorzystał więc tę chwilę samotności na rozważania nad wyzwaniami, które go czekały. Każdą swoją cząstką wiedział, że oswobodzenie taty miało największe znaczenie i powinno być przeprowadzone w pierwszej kolejności, a mimo to siedział sobie swobodnie w pociągu do Hogwartu, twierdzy niemożliwej do zdobycia...

Skrzyżował ramiona i wziął głęboki oddech, nie dbając o zachowanie pozorów skupienia na toczącej się w przedziale rozmowie do momentu, aż usłyszał coś interesującego.

– Na którą się zdecydowałeś? – drążył Morrison.

– To nie takie proste. – Scorpius się zarumienił. – Powiem tylko, że miałem naprawdę pracowitą przerwę świąteczną.

– Zauważyłem, że Anastasia cię nie szukała – zaznaczył Albus i lekko się uśmiechnął.

– Ano, masz rację, ale nie doszukuj się za wiele.

– No weź, stary! Po prostu nam powiedz! – wypalił Morrison, zirytowany.

– W porządku. W zasadzie to...

Albus poleciał do przodu, prawie zderzając się ze Scorpiusem. W tym samym czasie zewsząd rozległo się przypominające grzmot dudnienie, sprawiając, że niemalże instynktownie wszyscy spojrzeli przez okno. Krajobraz nadal był zaśnieżony. Jak się okazało, nie tylko nimi tak szarpnęło, ale innymi uczniami również. Poprzez ściany przedziału dobiegły ich przytłumione krzyki i odgłosy irytacji.

– Co to było? – spytał przyjaciół, próbując usiąść.

– Kto wie – odpowiedział Scorpius, który zaś zderzył się ramieniem z Morrisonem. – Na pewno nie jesteśmy jeszcze na miejscu. Za około godzinę powinniśmy być w Hogsmeade...

Nastąpiło kolejne potężne szarpnięcie i Albus znowu poleciał do przodu. Gdyby nie wykonany w odpowiednim momencie spektakularny unik Vincenta, miałby rozbitą głowę. Światła dwukrotnie zamigotały, a potem pociąg zaczął zwalniać...

Gdy rozległo się łomotanie, ogarnęła go fala paniki. Wtem dobiegły go trzaski sygnalizujące, że przestraszeni i zdezorientowani uczniowie powychodzili na korytarz.

Uświadomiwszy sobie, że pociąg rzeczywiście się zatrzymał, otworzył własne drzwi i razem z przyjaciółmi wszedł w zaniepokojony tłum dzieci i dorosłych, którzy mamrotali pod nosem.

– Niech nikt się nie rusza! – Larson doszedł do głosu.

Wszyscy natychmiast zamilkli, choć nadal się bali i odwrócili w stronę końca pociągu. Stojąca obok ślizgonów jakaś wyglądająca na drugoroczną dziewczynka straszliwie się trzęsła.

Albus wyciągnął różdżkę i wymienił zdeterminowane spojrzenia ze Scorpiusem i Morrisonem. Cała trójka, mając czyste umysły, automatycznie przystosowała się do nowej sytuacji. Ekspres do Hogwartu się zatrzymał, a dowództwo przejęło Zjednoczone Ministerstwo. To mogło oznaczać tylko jedno...

Rozległ się kolejny dudniący dźwięk, a potem...

Tylna ściana pociągu została wysadzona, przez co utworzyła się wyrwa. Zapanował zgiełk, a dym z zewnątrz i mroźne powietrze zmieszały się ze sobą, prawie że zasłaniając zarys ludzkiej sylwetki – stojącego obok olbrzymiej dziury człowieka z uniesioną wysoko różdżką; skrywająca jego twarz czerwona maska była widoczna zaledwie przez sekundę.

Drętwota! – krzyknął ktoś z tłumu i, co zaskakujące, Albus rozpoznał po głosie Charlesa Eckleya.

Strumień czerwonego światła przeleciał ponad głową ślizgona i pomknął wprost ku zamaskowanej postaci, ale ta niestety z łatwością odbiła zaklęcie, przez co ostatecznie trafiło ono jakiegoś trzeciorocznego chłopca, który natychmiast zwalił się nieprzytomny na podłogę.

– Padnijcie! – nakazał podopiecznym Neville Longbottom.

Uczniowie, którzy szybko zrozumieli, co się wokół nich dzieje, natychmiast upadli na ziemię. Ci, którzy nie mogli popisać się refleksem, zostali pociągnięci w dół przez znajomych. Albus zerknął za siebie i zauważył, że Zjednoczone Ministerstwo i nauczyciele zgromadzili się w przedniej części tego odcinka pociągu, gdzie zdecydował się usiąść z przyjaciółmi. Członkowie Diablego Aliansu z podniesionymi różdżkami z kolei wchodzili do środka poprzez dziurę od tyłu.

Zaklęcia, zarówno z jednej, jak i drugiej strony, przelatywały ponad skulonymi uczniami. Sytuacja się odmieniła, dopiero kiedy powietrze przeciął zielony strumień, który nie dosiągł celu, a w zamian spowodował eksplozję. Gdy na Albusa spłynęło zrozumienie, przeszyły go dreszcze.

– Z pociągu! – pisnął Flitwick, który najwyraźniej stworzył podopiecznym drogę ucieczki.

Nauczyciele skupili się głównie na urokach ochronnych, podczas gdy Zjednoczone Ministerstwo postawiło na ofensywę. Uczniowie w małych grupkach uciekali na zewnątrz przez dziurę – większość krzyczała z przerażenia, a młodsi nawet płakali...

Albus wyskoczył w górę i instynktownie wiedział, że Scorpius i Morrison także.

Drętwota! – wrzasnął, a przyjaciele poszli za jego przykładem. Trzy strumienie czerwonego światła z łatwością rozbiły zaklęcie tarczy, które wzniósł niżej postawiony członek Diablego Aliansu. Co więcej, mężczyzna został odrzucony w tył i wpadł wprost na swojego kamrata. Inni starsi uczniowie również przyłączyli się do bitki – ślizgon wyraźnie słyszał głos Eckleya – ale było to wbrew woli dorosłych.

– Wysiadać z pociągu! – krzyknął Handit.

– Jeżeli zamierzacie walczyć, róbcie to na zewnątrz! – ryknął Draco Malfoy i Albus od razu zrozumiał niewypowiedziany przekaz – zostali osaczeni i aby zyskać większe pole manewru, musieli znaleźć się na otwartej przestrzeni.

Odskoczył do tyłu, ponad swoją głową rzucając zaklęcie oszałamiające, a potem przebiegł przez dziurę w boku. Z rozszalałymi z niedowierzania myślami uświadomił sobie, że należy działać.

– Nie! – sapnął, kiedy wylądował w śniegu. W ciągu ułamka sekundy stało się jasne, że wpadli w zasadzkę. Uczniowie wbrew swojej woli zostali zaangażowani w walkę, a na pociąg nie napadło kilku członków Diablego Aliansu, a o wiele, wiele większa grupa – najprawdopodobniej ataku dopuścili się wszyscy, którzy nie stacjonowali z Darvym na wyspie otaczającej Azkaban. Co gorsza, dostrzegł też kilka nieruchomych, leżących na ziemi ciał i niestety, część z nich była stosunkowo mała...

Śmiało rzucił się w wir walki. Zobaczywszy pojedynkującego się z dwoma przeciwnikami naraz czarodzieja ze Zjednoczonego Ministerstwa, niewerbalnie jednego z nich rozbroił. W samą porę też zobaczył wystrzelone w jego stronę ogniste pomarańczowe zaklęcie, dzięki czemu miał czas na reakcję. Uniósł wysoko różdżkę, mocno się skupił i stworzył odpowiednią tarczę.

Czar odbił się w zupełnie innym kierunku, a następnie trafił w innego zamaskowanego napastnika, który krzycząc z bólu, przewrócił się na ziemię. Albus się odwrócił i zobaczył, że prawie wszyscy uczniowie opuścili pociąg, w którym to nadal toczyła się główna bitwa. Nie koncentrował się szczególnie na tej scenie i przeniósł spojrzenie na nieruchomy, stojący na torach ekspres. Zarówno tył, jak i przód spalinowozu zostały rozwalone, przez co maszyna przypominała ogromnego, szkarłatnego i krwawiącego węża, leżącego w białym śniegu.

– Jeżeli potraficie się deportować, zabierzcie ze sobą młodszych uczniów! – krzyknął siódmoroczny, w którym po głosie chłopiec rozpoznał prefekta naczelnego. – I wezwijcie pomoc!

Albus odskoczył w bok w chwili, gdy zielone zaklęcie przeleciało mu nad głową. Z dziko bijącym sercem wycelował w kierunku, z którego została wystrzelona klątwa.

Crescendium! – wrzasnął i silny powiew wiatru uderzył w zamaskowanego napastnika, który został wysłany w powietrze. – Drętwota! – dodał.

Oszałamiacz minął o cal głowę świszczącego mężczyzny i ostatecznie uderzył w innego nieprzyjaciela, który zanim upadł, zdążył cisnąć urokiem w lewo. Czar trafił celu.

– Molly! – krzyknął Albus, kiedy kuzynka padła twarzą w śnieg.

Machnął różdżką, nawet nie koncentrując się na zaklęciu i wyładował swą złość. Cokolwiek uczynił, sprawił, że zwalił następnego wroga z nóg.

Potrzebował chwili, by odzyskać nad sobą panowanie. Podczas gdy nad głową przelatywały mu klątwy i przekleństwa, rozejrzał się po otoczeniu, szukając bliskich. W pociągu był tylko ze Scorpiusem i Morrisonem, co więc z Lily i Mirrą?

Podbiegł do Molly i wziął ją na ręce, akurat w momencie, gdy usłyszał obok siebie charakterystyczny trzask. Nie wiedział, czy Diabli Alians wezwał posiłki, czy też któremuś uczniowi udało się właśnie uciec. Wiedział za to, że teraz nie był sam i potrzebował pomocy.

– Daj mi ją!

Albus się odwrócił i zobaczył za sobą Donovana Hornsbrooka, który trzymał już za rękę jakiegoś trzeciorocznego gryfona.

Bez zbędnych ceregieli przekazał nieprzytomną kuzynkę, a następnie patrzył, jak towarzysz obraca się w miejscu i deportuje. Gdy znów zwrócił swą uwagę na toczącą się bitwę, ogarnęło go zdumienie – wielu uczniów zdecydowało się pozostać i walczyć. Co więcej, Hogwart wygrywał.

Zdeterminowani okazali się głównie starsi, a prawie wszystkich szło rozpoznać ze spotkań Klubu Strażników. Ślizgon zapatrzył się na zmyślny manewr Leonarda, który uchylił się przed lecącą na niego niebieską klątwą oraz w wyuczony sposób wycelował w nogi członków Diablego Aliansu, czym spowodował ich upadek. Krukon w okamgnieniu znalazł się nad nimi i wszystkich oszołomił.

W międzyczasie bitwa z pociągu przeniosła się na zewnątrz. Draco Malfoy pojedynkował się z dwoma napastnikami, skupiając się głównie na ochronie. Kilka stóp dalej malutki profesor Flitwick wymachiwał różdżką w niewiarygodny wręcz sposób – prawie każdy przeciwnik w pobliżu bezradnie upadł na ziemię, całkowicie niezdolny do walki. Okazało się bowiem, że mały człowiek rzuca bardzo duży cień* – nauczyciel zaklęć jest naprawdę niesamowicie utalentowanym czarodziejem. Tuż obok niego znajdowała się uczennica, którą chłopiec rozpoznawał z sesji treningowych...

– Hugo! – sapnął, uświadomiwszy sobie, że kuzyn z pewnością zaangażował się w walkę. Jak na zawołanie zauważył go kilka metrów dalej, przestraszonego i zdecydowanie nieprzygotowanego do prawdziwego starcia. Co kilka sekund cofał się o krok i trząsł się tak bardzo, że nie był w stanie prosto utrzymać różdżki.

Albus rzucił się w jego kierunku, jednocześnie unikając żółtawego zaklęcia. Ślizgając się po śniegu, oszołomił napastnika, który celował właśnie w leżącą na ziemi dziewczynkę z Hufflepuffu i z satysfakcją patrzył, jak ten upada, zaskoczony niespodziewanym atakiem. Był już niedaleko...

Hugo znalazł się w niebezpieczeństwie. Niezauważony podszedł do niego członek Diablego Aliansu, wycelował i wystrzelił klątwę uśmiercającą.

– Nie! – Ślizgon, włożywszy w to całą swoją siłę, wyskoczył do przodu i powalił kuzyna na ziemię, a Avada minęła ich dosłownie o cal. Gryfon jęknął, gdy jego twarz zderzyła się ze zbitym, twardym śniegiem, ale była to niewielka cena za możliwość przeżycia. Obaj wpadli w poślizg, lecz ostatecznie Hugo nadal był w ramionach Albusa.

Podniósł głowę, oszołomiony i zauważył, że ten sam napastników znów się do nich zbliża. Różdżkę miał przygotowaną...

Nieprzyjaciel padł ofiarą klątwy zabijającej. Za nim stał z rozcięciem na twarzy Larson.

– Czy potrafisz się deportować? – zapytał.

– Niezupełnie. – Albus pokręcił głową.

Renegat się nie ociągał, tylko wyrwał mu Hugona i zniknął. Zostawił dziecko w bezpiecznym miejscu i wrócił jakieś pięć sekund później.

– Do mnie, pozycja obronna! – zażądał.

Chłopiec posłusznie wykonał polecenie. Podniósł się z ziemi i odwrócił tak, że tyłem stykał się z plecami Larsona. Wciąż słychać było charakterystyczne trzaski i z nagłym szarpnięciem uświadomił sobie, że przybyło wsparcie dla Diablego Aliansu.

Na szczęście nie było bardzo źle. Wielu młodszym uczniom udało się umknąć z pola bitwy i łatwo było zrozumieć w jaki sposób. W samym środku pobojowiska kucał Morrison, do którego przyklejone były maluchy – niektóre nawet na niego wchodziły, jakby był wysokim i potężnym drzewem. Przyjaciel chwiejnie wstał i wtedy Albus zobaczył, że uczepionych było go w sumie sześciu pierwszorocznych – dwóch chwyciło się nóg, dwóch zwisało z jego ramion, jeden jakby siedział mu na baranach, a ostatni wdał się w koalę i oplótł mu pas nogami. Vincent odwrócił się gwałtownie i fachowo zniknął. Wrócił za chwilę i zaczął nawoływać do siebie kolejnych przerażonych młodzików.

Brunet kątem oka dostrzegł zbliżającego się nieprzyjaciela, więc instynktownie rzucił Impedimentę**, czym zmusił go do zatrzymania się w miejscu. Następnie odwrócił się z Larsonem okrężnym ruchem, gdyż mężczyzna nie ograniczał się w czarach. Rozbłysła zieleń i kolejny członek Diablego Aliansu padł martwy na ziemię.

– Jesteś zbyt słaby, czy zbyt przestraszony? – krzyknął Larson, a Albus dopiero po chwili zrozumiał, że pytanie skierowane jest do niego.

– Co...?

– Żeby zabić! – dodał renegat, na co chłopiec zesztywniał – nie miało to jednak nic wspólnego z chłodnym wiatrem ani śniegiem.

– Ee...

Ani to, ani to.

Wtem coś przez niego przepłynęło i nagle poczuł się silniejszy, potężniejszy. W pełni przygotowany na następnego przeciwnika uniósł wyżej różdżkę.

W oddali dostrzegł dwie znajome osoby, które potrzebowały pomocy. Mirze i Rose udało się z powodzeniem rozbroić dwóch napastników, ale ponownie przyszło im walczyć z duetem. Automatycznie ruszył do przodu, nawet nie ostrzegając swojego partnera.

Natrafił na przeszkodę, która nie przybrała formy zaklęcia, a fizycznego ataku. Czyjaś pięść uderzyła go prosto w szczękę, sprawiając, że zalawszy się krwią, upadł w śnieg, a różdżka wyślizgnęła mu się z dłoni. Obraz mu się rozmył, lecz po plamie o ludzkich zarysach wywnioskował, że został zaatakowany przez członka Diablego Aliansu, który zaś zdecydował się na mugolską zagrywkę, bo zwyczajnie był blisko.

Mężczyzna wyglądał dość osobliwie. Połowę maski miał roztrzaskaną, przez co prezentował światu swoje oblicze – miał pulchne policzki, przypominający świński ryjek nos oraz duże przednie zęby. Wycelował w powalony cel, a Albus – zdany tylko i wyłącznie na siebie – wściekle ryknął i skoczył w górę, chwytając czarodzieja za kołnierz szaty. Napędzany złością, zmusił ciało do wysiłku i zrobił coś, co przedtem widział tylko w wykonaniu Jamesa.

Uderzył z główki. Włożył w to tyle siły, że ciepła krew przeciwnika zalała mu twarz – ten jęknął z bólu i złapał się za strzaskany nos. Nieprzyjaciel w agonii odwrócił się do niego plecami tylko po to, aby otrzymać poprawkę – niebieskie zaklęcie ugodziło go prosto w twarz i posłało na ziemię.

– Krwawisz – stwierdził Charles Eckley, kiedy opuścił różdżkę, chociaż sam wyglądał, jakby był kontuzjowany – trzymał się w dość charakterystyczny sposób za ramię.

– Wszystko w porządku – wykrztusił Albus i z jego ust pociekło jeszcze więcej krwi. – Idź, lepiej im pomóż – powiedział i wciąż zdezorientowany, szarpiąc głową w kierunku pojedynkujących się dziewcząt.

Eckley natychmiast wystartował i ślizgon znów został sam. Schylił się i podniósł różdżkę. Kiedy trochę otrzeźwiał, rozejrzał się wokół.

Bitwa jeszcze się nie zakończyła, ale rozwiązanie było bliskie. Na śniegu leżało już tylko kilka mniejszych ciał – wielu rannych, oszołomionych lub gorzej poturbowanych uczniów zostało przetransportowanych w bezpieczne miejsce. Na ziemi leżało wielu dorosłych – gdzieniegdzie szaty wskazywały na ministerialną przynależność, lecz w większości pokonani zostali czarodzieje w czerwonych maskach. Oszołomieni z pewnością byli ofiarami hogwartczyków, zaś martwi Zjednoczonego Ministerstwa. Nie można było określić, czy nauczyciele także posuwali się do ostateczności. Wielu z nadal walczących uczniów było starszakami z Klubu Strażników – wszyscy sprawiali wrażenie w miarę niesponiewieranych, a to z kolei oznaczało, że ich szkolenie się opłaciło i nie poszło na marne.

Spojrzał ponownie w kierunku Mirry i z ulgą zobaczył, że tamto starcie zostało rozwiązane.

Dziewczyna kulała, podczas gdy Rose ją wspierała. Eckley prowadził je do... POWOZÓW!

Wieści dotarły do Hogwartu! Na miejsce ataku przyjeżdżały powozy, ciągnięte przez groźnie wyglądające testrale. Oczywiście, w środku byli też inni profesorowie. Było to wsparcie dla tych zbuntowanych, którzy albo nie byli w stanie się deportować, albo zostali, aby walczyć. Teraz gdy starcie dobiegło końca, mógłby stąd zniknąć...

To szansa, na którą czekałeś!

Albus zamarł w miejscu. Ciepła krew – zarówno jego własna, jak i przeciwnika – spływała mu po twarzy i brodzie oraz moczyła dotąd biały śnieg. Z początku zaczął się trząść, a potem pozwolił, aby na szybko wymyślony plan nie został wdrożony w życie. To nie był najlepszy moment. Gdyby Fairhart miał się pojawić, pomógłby im zwyciężyć.

Czekaj, przyjdzie! Zawsze się zjawia, tylko daj mu trochę czasu...

– Nie! – powiedział do siebie. Cała ta sytuacja, ten okropny atak, rzeczywiście mógł być dziełem przypadku, ale pogoń za Fairhartem nie miała teraz żadnego znaczenia. Srebrny Czarodziej się nie pokazał, a Albus miał przecież rodzinę i przyjaciół, którzy na niego czekali.

Powozy dojechały, a wyczerpująca bitwa dobiegła końca. Wtem zobaczył, że profesor Bellinger, która najwyraźniej właśnie dotarła na miejsce, ostrym ruchem różdżki przygwoździła do ziemi jednego z podnoszących się napastników.

Chłopiec stał bez ruchu, rozmyślając nad wszystkim. Mimo że napaść była niespodziewana i po prostu skandaliczna, jednocześnie była dokładnie tym, czego potrzebował. Nie dostanie od losu kolejnej szansy na wymknięcie się po cichu. Gdyby Fairhart rzeczywiście tu zmierzał... i gdyby go tu zastał, pośród piekielnego chaosu...

– Możesz chodzić?

Uniósł głowę, czując trochę zakrzepniętą krew na karku.

Eckley wrócił.

– Ja...

– Chodź, pomogę...

Albus się cofnął.

– Idź... idź beze mnie – powiedział głupio.

Gryfon spojrzał na niego ze zdumieniem. Mokre od śniegu włosy w kolorze słomy przykleiły się mu się do twarzy.

– Co?

– No dalej, idź! – powtórzył, drżąc, a następnie otarł cieknącą z ust krew. – Jeszcze tu trochę zostanę...

– Wszyscy są już bezpieczni! – argumentował Eckley, ręką wskazując uczniów w szkolnych karetach. – Przyrzekam, że odprowadziłem Mirrę do powozu...

– Dziękuję. – Albus był nieugięty. – Muszę zostać, bo... czekam na kogoś...

Chłopiec przez dłuższą chwilę mierzył go wzrokiem, a potem, jakby zaakceptowawszy ten ośli upór, uniósł różdżkę.

– Czy tego chcesz, czy nie, zabieram cię do Hogwartu!

– Nie, nie. Nic nie rozu...

Eckley się nie ociągał i cisnął oszałamiaczem, a Albus w ostatniej chwili się przed nim uchylił. Kiedy upadł na kolana, wycelował swoim orężem i również wystrzelił Drętwotę, lecz Charlie w porę wzniósł tarczę.

Ślizgon też stworzył własną, przez co odbity czar do niego wrócił i znów pomknął ku przeciwnikowi z siłą przypominającą torpedę. Chłopiec podążył jego szlakiem, z zaciekłością koncentrując się na zaklęciu rozbrajającym. Eckleyowi udało się uniknąć ogłuszacza, ale nie potrafił płynnie przejść z obrony do ataku, bo różdżka wypadła mu z dłoni i...

Została złapana przez Scorpiusa.

Malfoy nie wyglądał na poturbowanego, a bardziej na wstrząśniętego samym atakiem. Popisawszy się doskonałym refleksem, wbił wzrok w pojedynkowiczów.

– Co...? Co do jasnej cholery...?

– Albus odmówił powrotu do Hogwartu! – powiedział wszem wobec Eckley, przez co blondyn odwrócił się do przyjaciela z niemą prośbą o potwierdzenie informacji – włosy miał potargane, a policzki zaróżowione.

– Co takiego...?

– Nie mogę – wyjaśnił ślizgon. – Nie mogę jeszcze wrócić.

– Twoja twarz...

– Nie teraz! – krzyknął.

– Ogarnijmy go szybko. – Malfoy odrzucił Eckleyowi różdżkę, a następnie stanął obok niego, tworząc najbardziej nieprawdopodobną do wyobrażenia sobie drużynę. Obaj unieśli różdżki.

Albus także to zrobił, wiedząc, że nie powinien ich winić. Żałował jednocześnie, że przynajmniej Scorpius nie uszanował jego decyzji i nawet nie próbował zrozumieć, że nie zrobiłby czegoś tak ryzykownego, nie mając dobrych, w pełni uzasadnionych oraz zabarwionych desperacją powodów...

Duet wystrzelił swoje zaklęcia w tym samym czasie, przez co Albus był zmuszony uchylić się przed jednym i uniknąć drugiego. Upadł na bok, ponownie uderzając głową o twardy śnieg, a potem uniósł po przekątnej różdżkę.

Reducto! – krzyknął, a czar trafił Eckleya w nogi i posłał go z warczeniem na ziemię. Scorpius przygotował się do walki, ale wtem coś odwróciło wszystkich uwagę.

– PRZESTAŃCIE! – krzyknęła kuśtykająca ku nim gorączkowo Mirra. Czarne włosy miała bardzo skołtunione, a chód wyraźnie nadwyrężał jej siły. Za dziewczyną gonił Neville Longbottom, więc najprawdopodobniej, z daleka widząc starcie przyjaciół, w dużym pośpiechu opuściła powóz. – PRZESTAŃCIE! NATYCHMIAST PRZESTAŃCIE...

Wtem rozległy się trzaski aportacji i na miejsce przybyło kolejnych dwudziestu członków Diablego Aliansu. Zerknięcie na ich maski nie było nawet możliwe, bo nie tracili czasu – od razu, niczym na komendę, unieśli wysoko różdżki i zaczęli atakować wszystkich nadal stojących. Albus, prawie że w spowolnionym tempie widział, jak fioletowa klątwa uderza Mirrę prosto w brzuch i powala ją na ziemię.

– Nie! – sapnął, ale nawet nie mógł wstać, gdyż był zbyt wyczerpany, zmarznięty i owładnięty strachem.

Właśnie tak.

Głowę wypełniła mu potężna wibracja, po której przyszło dziwne i znajome brzęczenie. Umysł zaczął mu szaleć – spójne dotąd myśli zaczęły się rozpadać i zniekształcać, ostatecznie zlewając się w niezrozumiałe beczenie. Wizja mu się złowieszczo zezłociła, a potem, chociaż wiedział, że fizycznie nie jest w stanie, utracił zmysł dotyku oraz stanął pewnie na nogach i się wyprostował...

Oderwał się od ziemi i zaczął unosić w powietrzu. Scena pod nim stopniowo stawała się coraz to mniejsza i mniejsza, a ludzie coraz to mniej istotni. Albus omiótł wzrokiem całą scenę – strzelających zaklęciami czarodziejów z przyczepionymi do twarzy czerwonymi maskami, pozostałych na miejscu ataku ludzi ze Zjednoczonego Ministerstwa, którzy przeszli do obrony oraz leżącą na skraju nowej bitwy nieprzytomną dziewczynę...

Był niczym obserwator, bo ruszał się wbrew swojej woli. Uniósł ramię z mocno zaciśniętymi palcami na uchwycie różdżki, która mimo że była znajoma, nie należała do niego – na ten moment jednak wystarczyła. Ostro nią machnął, a szkarłatny rozwalony z dwóch stron pociąg z dołu zaczął się niebezpiecznie podnosić. Wszyscy wbili w maszynę wzrok, a w miarę upływu czasu zaklęcie nie słabło, a wręcz przeciwnie, nabierało siły. Podczas gdy poskręcane w trakcie lewitacji wagony zaczęły się prostować i przypominać żelazny pocisk, w żyłach Albusa przepływała moc.

Ekspres się unosił i unosił...

Nie! Nie zabijesz ich!

To tylko szumowiny z Diablego Aliansu.

Zamachnął się różdżką, niezrażony.

Tam są też nasi przyjaciele! I Mirra!

Uświadomiwszy sobie realne zagrożenie, czarodzieje zaczęli uciekać w różnych kierunkach.

Teraz albo nigdy...

Powiedziałem – NIE!

Coś w nim pękło. Brzęczący, rozsadzający głowę dźwięk ucichł, a niebo ze złotego zmieniło się na ciemnoniebieskie. W następnym momencie szybko spadał. Wylądował w śniegu, chociaż w ogóle nie odczuł siły uderzenia. Energia natychmiast z niego uleciała, a w oddali usłyszał trzask. Pociąg opadł z powrotem na tory, a nie na pierwotny cel.

Jęknął, nie mogąc ruszyć nawet palcem. Z niewyjaśnionego powodu czuł się oderwany od rzeczywistości. Gdy otworzył oczy, zobaczył niebo. W oddali słyszał krzyki, wznowienie bitwy, a potem kolejny trzask, tym razem tuż obok siebie.

– Ty! – krzyknął ktoś, może Scorpius, na człowieka, który aportował jako ostatni.

Albus poczuł, że nieznajomy go dotknął, a potem popadł w błogą nieświadomość. Ostatnim co zarejestrował jego umysł tuż przed utratą przytomności, był ponowny trzask, a potem niemożliwe do zapomnienia uczucie wirowania.


* Cytat z „Pieśni Lodu i Ognia"/„Gry o Tron" autorstwa George'a R. R. Martina, wypowiedziany przez Lorda Varysa w rozmowie z Tyrionem Lannisterem

** Impedimenta – zaklęcie, które jest zdolne zamrażania celów, odpychania i zasadniczo utrudniania postępu obiektowi na czas dziesięciu sekund; po raz pierwszy zostało użyte w czwartym tomie oryginalnej sagi, podczas ćwiczeń złotego trio