19. NAMIAR
Albus leżał w śniegu. Trzęsąc się z zimna, oblizał zmarznięte usta, a następnie podniósł głowę znad mokrej i ubitej ziemi. Ujrzał spokojny krajobraz, pozbawiony czegokolwiek i kogokolwiek. Słyszał szum wiatru i trzeszczący odgłos, kiedy udało mu się podciągnąć na kolana. Przenikliwy chłód w okolicach nóg uświadomił mu, że ma przemoczone spodnie. Podejmując wysiłek, spróbował zapanować nad rękoma, które w trakcie spadania przyciągnął bliżej ciała. Chciał się trochę unieść, ale zesztywniałe ramiona odmawiały posłuszeństwa. Z desperacją marzył o możliwości podciągnięcia się w górę przynajmniej o kilka cali. Ledwo mógł się ruszyć. Wtem osłabł i znów upadł twarzą w śnieg.
Wstań.
Głos był niepokojący, ale też intrygujący. Zamiast zwyczajowego chłodnego i asertywnego brzmienia, sprawiał wrażenie bardziej uwodzicielskiego. Generalnie wyglądało na to, że chciał, aby podniósł się z ziemi, ale nie zdołał.
Wstań. Potrafisz.
Czy była to Mirra? Nadstawił uszu...
WSTAŃ!
Albus wystrzelił do przodu. Śnieg i przenikający do szpiku kości chłód natychmiast zniknęły, podczas gdy głos powrócił do swojego agresywnego i zdeterminowanego tonu. Zanim zdążył dłużej się na nim skupić, złapał się za głowę – była taka ciężka. Spróbował skręcić szyją, ale było to trudne zadanie. Wyglądało na to, że nie poruszał nią przez przynajmniej kilka dobrych godzin. Wizja, którą od przebudzenia miał zamazaną, zaczynała nabierać ostrości, dzięki czemu mógł lepiej rozeznać się w otoczeniu.
Najlepiej zarejestrował, że było mu ciepło, a potwierdzało to przyjemne dla ucha ciche trzaskanie drewna w kominku. Zachowując ostrożność, przekręcił głowę, zdeterminowany, aby zorientować się w sytuacji, zanim zgadnie gdzie jest. Przez moment rozważał nawet chatkę Hagrida.
Z pewnością była to chata, ale znacznie większa, aniżeli ta należąca do przyjaciela. Pokój, w którym się znajdował, sprawiał wrażenie w całości zrobionego ze zbutwiałego drewna oraz był duży, choć równie dobrze wszechobecna pustka mogła służyć jako efekt placebo. Zdał sobie sprawę, że leży na na wpół zjedzonej przez mole brązowej kanapie oraz jest przykryty jakimś staro wyglądającym wełnianym kocem.
Obok niego stał mały, kwadratowy stolik, a w rogu pokoju regał, na którym bez ładu i składu ułożone zostały różnego rodzaju książki; na prawo zaś od biblioteczki usytuowany był kominek. Ogólnie rzecz biorąc, w pomieszczeniu była tylko jedna godna uwagi rzecz – chociaż nadal nie widział za dobrze i był zdezorientowany, rozpoznał jej zarys. Na szczycie regału stała myślodsiewnia. Wtem chłopiec zaczął dostrzegać pewne zależności i zbieżności...
– Dobrze, że się obudziłeś – powiedział ktoś. – Martwiłem się.
Albus odwrócił głowę tak szybko, że coś mu trzasnęło. Zignorowawszy ból, ujrzał Sancticusa Fairharta.
Srebrny Czarodziej zrezygnował ze swojego tradycyjnego ubioru, zmieniając jasne szaty na czarne i wyświechtane – najprawdopodobniej te same, które nosił podczas nauczania w Hogwarcie. Na tym praktycznie skończyły się wszelkie podobieństwa. Dłuższe czarne brudne włosy skręcały mu się po bokach, trochę zasłaniając oczy. Zdeformowana połowa twarzy nadal była przerażająca, nadal bardzo nieprzyjemna dla oka – wgniecenia, wystające bruzdy oraz napięta skóra sprawiały, że usta miał prawie że niewidoczne. Niemniej jednak to ta druga połowa twarzy, ta normalna, doprowadzała chłopca do szału. Fairhart wyglądał na zaniepokojonego.
Nawet nie myśląc, schował dłonie pod kocem, w pełni przygotowany do wymacania kieszeni w poszukiwaniu różdżki.
– Na stole – powiedział prosto czarodziej, oszczędzając mu trudu.
Albus zerknął na kwadratowy stolik, zdziwiony, że wcześniej przeoczył ten fakt. Pochwycił różdżkę, a potem spróbował zejść z kanapy, ale nie był w stanie. Chociaż czuł się już dobrze, a nóg nie miał połamanych, nie potrafił wstać.
– Uspokój się, potrzebujesz odpoczynku – stwierdził cierpliwie mężczyzna. – Z niewyjaśnionego powodu postanowiłeś odpaść...
Albus warknął, zrzucając z siebie koc, a jego umysł zaczął pracować na najwyższych obrotach. Fairhart... Fairhart był obok. Spróbował sobie skojarzyć, w jaki sposób trafił do chaty, która najprawdopodobniej znajdowała się na prawdziwym pustkowiu, ale ciężko mu było chronologicznie poskładać elementy w spójny obraz. Pamiętał, że leżał we śniegu, a pociąg zaatakowano... Czy unosił się w powietrzu...? Z urywków wspomnień był pewien jednego – pojedynkował się ze Scorpiusem...
– Co im zrobiłeś? – warknął, obnażając zęby, dzięki czemu uzmysłowił sobie, że z jego ustami jednak wszystko w porządku. W głupi sposób stoczył się z kanapy, przez co prawie uderzył się głową w kant stołu, po czym z podłogi wycelował w mężczyznę różdżką. Nie próbował wstawać, bo stopy zaplątały mu się w koc.
– Komu? – zapytał Fairhart, brzmiąc na zaintrygowanego i jakby od niechcenia zrobił krok do przodu.
– Moim... moim przyjaciołom...?
Chwila, coś tu się nie zgadzało. Musiał przystopować i jeszcze raz zweryfikować chronologię minionych wydarzeń. Najpierw zaatakowano pociąg do Hogwartu – gdyby było inaczej, nic innego nie miałoby miejsca. Kiedy rozgorzała bitwa, skoczył, żeby uratować Hugona, a potem oberwał prosto w twarz. Chciał zostać z tyłu, gdy praktycznie zwyciężyli. Właśnie przez to, że nie chciał wracać do szkoły, zmierzył się zarówno z Eckleyem, jak i Scorpiusem. W pewnym momencie potrzebował ratunku i przybył...
Opuścił różdżkę. Wszystko wskazywało na to, że stworzony naprędce plan zadziałał.
– Gdzie...? Gdzie jestem...? Gdzie są moi...?
– Mogę cię zapewnić, że jesteś w miejscu, o którym nigdy nie słyszałeś. – Fairhart zajął miejsce Albusa na kanapie. – Oczywiście, nadal jesteś w Wielkiej Brytanii – dodał z namysłem.
– Scor...? A Mirra...?
– Myślę, że mają się dobrze. Ci, z którymi jesteś blisko, nie zostali uwzględnieni na liście.
– Na liście...? – zapytał, zdezorientowany, a potem przypomniał sobie, że rozmawia z człowiekiem, który zaledwie kilka miesięcy temu z zimną krwią zamordował Janine Fischer oraz był odpowiedzialny za zniesławienie Harry'ego Pottera i osadzenie go w Azkabanie – właśnie ucinał sobie pogawędkę z człowiekiem, którego śmierci pragnął Warren Waddlesworth.
– Byłeś nieprzytomny przez jeden dzień – powiedział Fairhart. – A właściwie przez półtora – doprecyzował.
Albus zerwał się z miejsca, zaskoczony nagłym przypływem energii. Zachwiał się na nogach i żeby utrzymać równowagę, musiał się przytrzymać stolika.
– Co...? Aż dzień? Co się stało...?
Fairhart przez chwilę intensywnie mu się przyglądał, a kiedy skrzyżowali spojrzenia, chłopca ogarnęło jakieś złowrogie przeczucie.
– Kiedy przybyłem na miejsce ataku, leżałeś już na ziemi. Członkowie Diablego Aliansu walczyli jeszcze z tymi, którzy nie byli bezpieczni w szkolnych powozach, ani pod opieką nauczycieli, aczkolwiek wciąż interesowano się twoim prawie że martwym ciałem – wyjaśnił monotonnym głosem oddalony o zaledwie kilka stóp mężczyzna. – Z informacji, które zebrałem podczas tych kilku cennych sekund wynika, że w jakiś sposób uniosłeś się w powietrze i planowałeś spuścić wylewitowany zawczasu pociąg na kilku nieszczęśników.
Oddech ślizgona zwolnił, kiedy próbował zwizualizować sobie tę scenę. Zadanie było jednak o wiele trudniejsze aniżeli przywołanie sekwencji ataku. Zapamiętał głównie kłótnię i poczucie wszechogarniającej paniki, ale tak – z pewnością lewitował pociąg. O czymś takim ciężko jest zapomnieć.
– Szkoła! – wypalił, bez trudu mogąc się utrzymać w pionie bez żadnego wsparcia. – Co... ze wszystkimi...?
– Bitwa się zakończyła, Albusie – powiedział czarodziej z nutą pewności w głosie. – Ocaleni uczniowie znaleźli się w mocno ufortyfikowanym i bezpiecznym zamku.
– Ocaleni...? – Chłopiec zesztywniał i o mało co się nie przewrócił. W końcu jednak przezwyciężyć zawroty głowy. – Kto...?
Fairhart nonszalancko pstryknął palcami i z drzwi, których z boku nie było nawet widać, wyleciała idealnie złożona gazeta, po czym wylądowała wprost w jego dłoniach. Zwyczajnie wręczył ją Albusowi, który po chwili wahania rozłożył papier dłonią, gdzie nie trzymał różdżki. Styl pisma natychmiast podpowiedział mu, że nie otrzymał TYGODNIKA WAR, a PROROKA CODZIENNEGO. Zauważywszy podział na dwie mniej więcej równej długości kolumny, przysunął go bliżej twarzy.
– Po prawej wypisane zostały nazwiska zabitych uczniów – wyjaśnił Fairhart. – Po lewej są ofiary wśród Zjednoczonego Ministerstwa.
Albus z napięciem przyjrzał się kolumnom. Żadna godność nie rzuciła mu się natychmiast w oczy, dzięki czemu supeł w żołądku odrobinę mu się poluzował. Na liście nie było ani Weasleyów, ani Lily. Spis sporządzony został w porządku alfabetycznym, przez co za każdym razem kiedy przechodził od jednej litery do drugiej, dostawał mini ataku paniki. Gdy uświadomił sobie, że nigdzie nie figurują nazwiska Scorpiusa, Mirry i Morrisona, spłynęła na niego fala ulgi.
Niektórych, niestety, rozpoznał. Wiadomość o śmierci Dantego Hauga ze Slytherinu sprawiła, że skulił się w duchu. Evey Zabini, o której istnieniu dowiedział się niedawno, także nie dopisało szczęście. Innych nazwisk nie mógł skojarzyć z twarzami, najprawdopodobniej dlatego, że w gruncie rzeczy kojarzył ludzi tylko ze swojego domu i roku. To z kolei uświadomiło mu, że wielu z wymienionych było od niego młodszych...
Nie liczył nazwisk, ale oszacował, że było ich od piętnastu do dwudziestu. Lista Zjednoczonego Ministerstwa była dłuższa, ale wiedział, że i tak nikogo by wśród niej nie rozpoznał. Poświęcił jednak chwilę, żeby w poszukiwaniu Larsona przeskanować literę L, bo przecież zawdzięczał temu człowiekowi życie, ale niczego się nie doszukał. Ogarnęło go duże poczucie winy, bo wcześniej był szorstki wobec renegatów. Uważał ich za nieszczególnie ważnych, ot chodzącą propagandę Warrena Waddleswortha. A jednak śmiało wprowadzili w życie doktrynę, którą wyznawali – oddali życia dla bezpieczeństwa dzieci.
– Nie wydrukowano listy członków Diablego Aliansu – dodał mężczyzna. – Nie ma też nazwiska poległego nauczyciela. Szczegóły zamieszczono na następnej stronie.
Albusem szarpnęło. Gdy ponownie spojrzał na Fairharta, zaczęły mu się trząść ręce. Był kłębkiem nerwów. Nauczyciel... Pomyślał o Hagridzie, który mógł spóźniony przybyć na miejsce ataku, o Neville'u, który był przecież w pociągu z Draconem Malfoyem...
– Kto...? Kto...? – spytał, niepewny, czy w ogóle chce przewrócić stronę i zobaczyć fotografię na własne oczy.
– Hugh Handit, obrona przed czarną magią – odpowiedział uroczyście Fairhart, podczas gdy chłopcu pękło serce. – Zginął na początku bitwy. Ochraniał uciekających z pociągu uczniów. Czytałem, że ma zostać odznaczony Orderem Merlina Pierwszej Klasy...
– Nie! – sapnął cicho, cofając się o krok; umysł miał pusty. – Nie! Nie...
– Ta informacja bardzo mnie zasmuciła – kontynuował mężczyzna. – Profesor Handit był bardzo wyrozumiały podczas mojego krótkiego pobytu w zamku. Wiem też, że uczniowie...
– Nie! – Albus walczył ze łzami. Nie wiedział, dlaczego najbardziej rozbiła go ostatnia wiadomość. Okrucieństwo ataku wywołało w nim emocjonalną mieszankę wybuchową. Słodka ulga, że najbliżsi są bezpieczni. Okropny smutek na wieść, kto nie miał szczęścia. Niewiarygodne wyrzuty sumienia, że zwlekali z ewakuacją z pociągu – gdyby się pospieszyli, może śmierć poniosłoby tylko niewielu... – Nie... nie rozumiem – przyznał, całkowicie się odsłaniając. Nadal był oszołomiony oraz czuł się pokonany. – W sensie, że... czym był ten atak...? Czy oni...? – Nie potrafił się zmusić, aby to powiedzieć. Nie mógł sobie pozwolić na tarzanie się w jeszcze większym morzu winy.
– Czy to ciebie szukali? – dokończył za niego rozmówca. – Nie. Nie stanowiłeś celu – dodał po chwili milczenia.
Albus skinął głową, nadal nurzając się w surrealizmie całej sytuacji. Stał obok Sancticusa Fairharta – człowieka, którego szanował przez dwa lata; człowieka, który przez ostatnich kilka miesięcy uważany był za martwego; człowieka, którego ostatnimi czasy praktycznie nienawidził i któremu zamierzał wymierzyć sprawiedliwość. Ostatnim razem, gdy się widzieli, spotkanie zostało przyćmione przez makabryczną śmierć Idy Blackwood i Janine Fischer. Wspomnienie morderstwa sprawiło, że automatycznie się spiął. Kiedy ostatnio byli w tym samym pomieszczeniu, Fairhart był okrutny i zimnokrwisty. W tym momencie wydawał się zasadniczo spokojny, ale z drugiej strony nie było to dziwne, bo przecież dla czarodziejskiego świata był trupem od przeszło kilku miesięcy...
– Nikogo nie szukali – dodał słowem wyjaśnienia mężczyzna, wyrywając chłopca z zamyślenia.
– To po co w ogóle zaatakowali pociąg? – Albus powoli do siebie dochodził. – Z jakiego powodu...?
– Odwet – odpowiedział bez chwili wahania czarodziej. – Warren Waddlesworth zagrał za mocno.
– O czym...?
– Czy porwała cię mowa nowego Ministra Magii? – Fairhart sprawiał wrażenie szczerze zainteresowanego.
Skinął głową.
– Więc słyszałeś wypowiedzenie wojny Diablemu Aliansowi. Sebastian Darvy spędził lata, próbując wydostać się z cienia utalentowanego starszego brata i włożył niewiarygodną wręcz ilość wysiłku, żeby jego nazwisko stało się synonimem terroru i strachu – stąd też ten pseudonim. Chociaż już wcześniej zdarzały się ataki, bez żadnych wątpliwości czekał na odpowiedni moment na wielkie wejście swojej armii. Mimo że twierdził co innego, w rzeczywistości od samego początku chciał rozpętać wojnę ze społeczeństwem i Ministerstwem. Waddlesworth zastosował sprzeczną technikę – postanowił skraść blask wroga i wyprowadzić pierwszy atak. Swoją przemową uderzył w czuły punkt Darvy'ego – w jego pewność siebie oraz niezachwiane poczucie własnej wielkości.
– I skończyło się jak zwykle – podsumował z goryczą Albus. W duchu się zastanawiał, jakim cudem w ogóle mógł zawrzeć porozumienie z nowym Ministrem Magii, ale potem zobaczył w głowie obraz zamkniętego w celi taty, a wokół niego rozszalałych siluet.
Mimowolnie się skulił.
– Tak, tak. Nigdy nie jest mądrze próbować złamać psychicznie człowieka, który według wszystkich źródeł jest chory na umyśle. Waddlesworth rzeczywiście mógł szczerze wierzyć, że wypowiedzenie wojny odstraszy Darvy'ego, ale niestety prawda jest zgoła inna – to tylko zachęciło szaleńca do śmielszego ataku. Oczywiście, najlepszym sposobem na rozegranie tej partii jest podważenie wiarygodności oponenta – odpowiedział Fairhart. – Waddlesworth tak wielki nacisk kładzie na bezpieczeństwo dzieci i młodzieży. W ostatecznym więc rozrachunku to jego megalomańskie zapędy zagroziły, a nawet zabiły, tak wielu uczniów.
– Waddlesworth był przygotowany na atak, a przynajmniej trochę – stwierdził chłopiec, nie będąc już przekonanym, czy Minister Magii powinien ponosić taką samą winę w sprawie jak Darvy. – W pociągu było bardzo dużo ludzi z Ministerstwa.
– W istocie, chociaż z drugiej strony Warren Waddlesworth powinien w pierwszej kolejności dbać o rozwiązanie problemów, które sam stworzył. – Fairhart skinął głową. – Szczerze wątpię, aby nasz nowy Minister przewidział atak, ale przynajmniej stworzył jakieś podwaliny w celu zapewnienia bezpieczeństwa uczniom. Jest w tym też pewna sprzeczność. Oczywiście, wszyscy jesteśmy szczęśliwi, że Zjednoczone Ministerstwo było na miejscu zdarzenia, ale gdyby... nie doszło do złączenia tych dwóch struktur, nie byłoby podstaw do napaści na pociąg.
Albus milczał, chłonąc nowe informacje. Chciał wyciągnąć o wiele, wiele więcej od towarzyszącego mu renegata, ale najpierw zdecydował się na dopytanie szczegółów zasadzki na szkolny ekspres.
– Czyli Darvy... po prostu rozkazał swoim ludziom zaatakować uczniów?
– Dokładne liczby napastników z Diablego Aliansu nie są znane, ale pokusiłbym się o stwierdzenie, że ponad połowa wysłanników miała nie tylko spowodować jak największe spustoszenie, ale także wzbudzić strach i wywołać panikę. Ciężko powiedzieć, czy ci czarodzieje wiedzieli, że pociąg będzie pełen wykwalifikowanych pracowników Ministerstwa Magii, ale zwyczajnie nie docenili bitwy. Wszystko wskazuje na to, że ich posiłki nie dotarły na czas, co zaś sugeruje, że nie spodziewali się aż tylu rannych. Niemniej jednak kwintesencją ataku i sensacją – we wszystkich publikowanych gazetach – jest bohaterska postawa uczniów. Od czasu Bitwy o Hogwart ponad dwadzieścia lat temu tak wielu młodych czarodziejów i czarownic nie stanęło przed wyborem ucieczki z pola bitwy, a zostaniem i walczeniem do końca, a co za tym idzie, gotowością na najgorsze. Chociaż nastroje w szkole są teraz najprawdopodobniej ponure, byłbym bardzo zaskoczony, gdyby ci, którzy wykazali się niezwykłą odwagą, męstwem oraz umiejętnościami i determinacją, nie otrzymaliby kilku nieśmiałych uśmiechów.
Albus pozwolił sobie na grymas, który w pewnym sensie przypominał półuśmiech. Mimo że Fairhart nie mógł o tym wiedzieć, ten przewrót podczas bitwy był wynikiem treningu uczniów na sesjach Klubu Strażników – doświadczył tego z pierwszej ręki. Co więcej, dużo chętnych dołączyło do spotkań po wywołanej przez niego interwencji Dracona Malfoya. Wtedy uważał to za mały, aczkolwiek bezsensowny triumf. Kto by pomyślał, że jego następstwem będzie uratowanie czyjegoś życia?
– Więc kiedy bitwa się zakończyła? – zapytał.
– Według gazet niedługo po moim przybyciu. Do czasu, aż się tu tobą zająłem, powozy wróciły bezpiecznie do Hogwartu, a członkowie Diablego Aliansu zniknęli – odpowiedział Fairhart. – Szkoła została poddana permanentnej izolacji.
Albus potaknął ze zrozumieniem, ale coś nadal go dręczyło. Doświadczył kilku pomniejszych, mało szczegółowych wizji, które najprawdopodobniej były mętnymi wspomnieniami sprzed dzisiejszej pobudki – teraz nabrały one większego sensu i stały się jaśniejsze. Unosił się w powietrzu. Z jakiegoś powodu zachowywał się niczym szaleniec. Ktoś wbiegł w sam środek bitwy – najpewniej Mirra. Teraz była bezpieczna, co potwierdzało brak jej nazwiska w kolumnie nekrologu, ale... czy Fairhart nie był na tyle blisko, żeby interweniować...?
– Przyszedł pan po mnie... i przyniósł tutaj – podsumował. – Prawda?
– Prawda. – Mężczyzna wstał.
– I... tak po prostu się pan deportował...? Mimo że bitwa wciąż trwała...?
Fairhart spojrzał na niego z czymś więcej, aniżeli zwykłą ciekawością.
– Tak – odpowiedział powoli.
– Dlaczego pan nie został? – zapytał z oskarżycielską nutą.
Czarodziej podrapał się po brodzie ze świadomością, że wymówka, którą poda, musi być dobra. Niestety się przeliczył.
– W momencie mojego przybycia starcie prawie się skończyło. Muszę też przyznać, że nie wiedziałem, gdzie dokładnie się aportuję – po prostu zobaczyłem cię na ziemi i zareagowałem instynktownie.
– To czemu pan nie wrócił? – krzyknął ślizgon.
Fairhart westchnął.
– Moja obecność w bitwie nie wyszłaby na dobre...
– Jak pan może...?
– Zagrożenie było już znikome, Albusie. Interweniując, ryzykowałbym tylko życiem...
W chłopcu się zagotowało. Właśnie tego najbardziej nienawidził w Fairharcie – egoizmu. Podobnie jak w przypadku morderstwa Janine Fischer kilka miesięcy temu, mężczyzna był bardziej zaniepokojony własnym dobrem, aniżeli konsekwencjami swoich działań, w skład których wchodziło także bezpodstawne aresztowanie Harry'ego Pottera. Co więcej, gdyby był uważniejszy, nie znaleźliby się pośrednio w tej sytuacji...
Nie mogąc się powstrzymać, ślizgon porzucił różdżkę i zdecydował się w barbarzyński sposób wyprowadzić cios. Zamachnął się i wyrzucił do przodu pięść z taką siłą, na jaką tylko był w stanie się zebrać.
Fairhart chwycił go za rękę na chwilę przed uderzeniem, po czym wykonał potężny, choć zwinny obrót. Straszliwy ból, którego doświadczył Albus, poprzedzał dość charakterystyczny trzask. Ramię jakby stanęło mu w ogniu, co powaliło go na kolana i wydusiło z ust pełen udręki jęk.
– Zostaw mnie! – ryknął, a Fairhart usłuchał i natychmiast puścił jego ramię, trochę przy tym popychając do przodu tak, że stracił równowagę i całym ciałem zwalił się na podłogę.
Chłopiec automatycznie złapał się za obolały nadgarstek i z zaciśniętymi zębami zaczął delikatnie go rozmasowywać. Kiedy spojrzał w górę na dominującą nad nim postać, zobaczył, że były nauczyciel nie wygląda na rozgniewanego, czy nawet zdziwionego. Wręcz przeciwnie, sprawiał wrażenie zadowolonego z podsumowania swojej odpowiedzi. Gdy jednak się odezwał, brzmiał surowiej.
– Wysłuchaj mnie, proszę. Diabli Alians przegrał, zanim przybyłem. Ogromna część zgiełku dotyczyła zapewnienia bezpieczeństwa uczniom – z czym Hogwart radził sobie doskonale – oraz zaciekłości Zjednoczonego Ministerstwa. Warren Waddlesworth pragnie mojej śmierci, Albusie. Zapewniam cię, że gdybym dłużej się ociągał, mój udział w bitwie skończyłby się na pojedynku z nie tą stroną, co potrzeba. W jaki sposób przydam się martwy?
Nastolatek podniósł się z podłogi, nadal trzymając się za obolały nadgarstek. Wtem zdał sobie sprawę, że ma na to pytanie przynajmniej kilka dobrych odpowiedzi. Zwłoki Fairhartha z pewnością wystarczyłyby Waddlesworthowi i równały się zwolnieniu z Azkabanu Harry'ego Pottera. Czy społeczeństwo nie wyszłoby na tym lepiej? Zwłaszcza biorąc pod uwagę całe to dobro, które mógłby w tym czasie uczynić tata oraz sukces, którego był bliski przed uwięzieniem?
Albus po raz pierwszy w życiu wyobraził sobie następstwa śmierci ojca – wynik jego gnicia w Azkabanie lub zabicia przez Darvy'ego. Pogrzeb byłby ogromny. Niezależnie od tego, czy odszedłby jako morderca, czy też nie, bez żadnych wątpliwości był największym bohaterem, jakiego kiedykolwiek znał czarodziejski świat. Co jednak z Fairhartem? Czy kogokolwiek w ogóle obchodzi, czy on umrze? Czy ktoś chciałby uczestniczyć w jego pochówku? Czy w ogóle będzie miał swój ceremoniał?
Zastanowił się nad ostatnim pytaniem rozmówcy – jak przyda się martwy. A czy teraz był z niego pożytek? Zrobił coś dobrego? Jedynym czynem, który przychodził mu na myśl, było uratowanie go ze śniegu.
Trochę powściągnął gniew.
– Czemu mnie pan śledzi? – zapytał.
Fairhart wyglądał na zdziwionego.
– Co przez to rozumiesz?
– Łazi pan za mną! – wytłumaczył, rozjuszony odpowiedzią. – W zeszłym roku, kiedy groziło mi niebezpieczeństwo, przybył pan na wesele, a potem... do swojego starego mieszkania oraz na miejsce ataku...
– Nie śledzę cię, Albusie – odparł beznamiętnie mężczyzna, a kiedy zauważył chęć protestu, dodał: – Nie śledzę, a namierzam.
– Że jak...? – Zmarszczył w niezrozumieniu brwi.
Fairhart powoli sięgnął ku kieszeni szaty i wyciągnął jeden z najciekawszych przedmiotów, jakie chłopiec kiedykolwiek widział, a mianowicie błyszczącą miniaturową szklaną piramidę, której ukośne ściany migotały różnymi kolorami oraz co jakiś czas pojawiały się na nich niby przypadkowe liczby.
– Co...? Co to jest...? – spytał z dezorientacją Albus.
– Twój Namiar.
– Mój Namiar...?
Czarodziej skinął głową.
– Może nie jest to dla ciebie nowość, ale pozwól, że wyjaśnię tę złożoność. Namiar to czarodziejskie zarejestrowanie dziecka – przyjmuje postać takiego poniekąd stożkowatego elementu. Niektóre kraje mogą prowadzić rejestr w inny sposób, ale wszystkie, które odwiedziłem, stosowały tę właśnie metodę. Obiekty wykrywają, kiedy nieletni używają magii – podają współrzędne miejsca, gdzie się to wydarzyło oraz garść innych, pozornie nieistotnych, ale w rzeczywistości ważnych informacji, w tym także, czy przy czarowaniu obecny był mugol. Namiary dzieci, które urodziły się pozbawione magicznych zdolności, to znaczy mugoli, są automatycznie niszczone – dzieje się tak kilka miesięcy po ukończeniu jedenastego roku życia, kiedy nieletni nadal nie czaruje. Kiedy jednak Namiar zarejestruje pierwszą magiczną aktywność, będzie funkcjonował aż do osiągnięcia przez młodego czarodzieja lub młodą czarownicę pełnoletniości. Wtedy ulegnie samozniszczeniu, tak jak w przypadku niemagicznych.
Albus z szeroko otwartą buzią wpatrywał się w szklaną piramidkę, a gdy się nie odezwał, Fairhart wznowił wywód.
– Namiar nie zawsze jest skuteczny. Z racji tego, iż posługuje się współrzędnymi, tylko zapewnia lokalizację dziecka, więc czasami trudno jest określić, które na określonym obszarze użyło magii. Co więcej, niestety nie da się odróżnić, czy nieletni świadomie rzucił zaklęcie, czy też był to wybuch przypadkowej magii. Poza tym Namiar jest miarodajny tylko w nieautoryzowanych magicznych miejscach, czyli na terenach, gdzie nigdy nie powinna być używana. Odkryłem to dwa lata temu, podczas Masakry w Hogsmeade. Chociaż nie spuszczałem twojego Namiaru z oka, nie zarejestrował on czarów, ponieważ miasteczko jest autoryzowane. Gdyby obiekt dawał o sobie znać za każdym razem, kiedy uczeń użyje w Hogsmeade jakiegoś zaklęcia, Ministerstwo Magii nie nadążyłoby z interwencjami. Właśnie dlatego późno dowiedziałem się o niebezpieczeństwie, w jakim się znalazłeś. Na ślubie oraz w tamtej mugolskiej rezydencji twój Namiar aktywował się niemalże natychmiast – nie tylko z powodu użycia czaru. W tych dwóch miejscach w ogóle nie można posługiwać się magią. To samo dotyczy miejsca, gdzie zaatakowano pociąg.
Albus odchrząknął, próbując przetrawić nowo zdobyte informacje. Nie potrafił się zdecydować, które z cisnących mu się na usta setek pytań były najważniejsze. W końcu postanowił skupić się na tych, które po prostu nie mogły pozostać bez odpowiedzi.
– Czemu, do diabła, ma pan mój Namiar? I jak go pan zdobył?
– Ukradłem – odrzekł Fairhart, jakby zdziwiony, że taką oczywistość trzeba w ogóle wyjaśniać.
– Ukradł pan...?
– Owszem. Na krótko przed tym, jak zostałem zmuszony zniknąć, zdałem sobie sprawę, że nie będę mógł mieć cię na oku, przynajmniej poza zamkiem. Zabrałem więc twój Namiar z komnaty, gdzie są wszystkie przetrzymywane. Nie było to trudne zadanie, bo trzeba było tylko skręcić korytarz obok Biura Aurorów. To dość częsta taktyka wśród wysoko postawionych członków Wybawczego Aliansu Różdżek. Kiedyś, gdy byłem jeszcze tropicielem Waddleswortha, czasami kontaktowałem się z Ministerstwem – w ten sposób zdobywałem Namiar dziecka celu. – Wypowiadając ostatnie zdanie, był bardzo niespokojny, zupełnie jakby bolało go przyznanie, że czas spędzony wśród renegatów przyniósł mu jednak jakieś korzyści.
– Hm, czyli w komnacie... nie ma mojego Namiaru? – Albus był zdezorientowany. – Zostawił pan po prostu puste miejsce wśród innych małych piramidek...?
– Oczywiście, że nie. Obiekt jest tam, gdzie powinien być – powiedział mężczyzna, a następnie wykonał ruch ręką, który wskazywał, że to nie do końca prawda. – A przynajmniej na pierwszy rzut oka. Nie mogłem stworzyć dokładnej repliki, ale udało mi się zmajstrować coś, co moim zdaniem jest bardzo dobrze zaprojektowanym zamiennikiem. Element działa, chociaż wymaga trochę więcej czasu, aniżeli oryginał. Jakby nie patrzeć, Współszefowa Biura Aurorów zdołała cię odnaleźć kilka miesięcy temu, aczkolwiek podejrzewam, że była nieco spóźniona.
Albus skrzywił się na nonszalancję Fairharta. Przed momentem wspomniał Janine Fischer, ale zrobił to bez najmniejszej wzmianki, że ją zamordował. Czy naprawdę wierzył, że jego działania były w pełni uzasadnione?
W pokoju zapadła cisza. Nawet w obliczu tych wszystkich technicznych szczegółów, chłopiec zarejestrował, że rozmówca nie udzielił odpowiedzi na pierwszą część wcześniejszego pytania.
– Nie rozumiem jednego. Czemu mnie pan namierza?
Fairhart się zawahał.
– Mam swoje powody – odrzekł chłodno ze wzrokiem wbitym w podłogę.
Albus zamilkł, skupiając się na podobnym wspomnieniu. Swego czasu pracował nad jego rozgryzieniem, a chodziło o moment, w którym Blackwood i Fairhart omawiali szczegóły pozorowanego zabójstwa. Ida zapytała się wtedy, dlaczego utrzymanie chłopca przy życiu jest sprawą priorytetową, a Fairhart – o ile dobrze pamiętał – wymienił więcej niż jeden powód. Niestety, zapamiętał tylko argument o przyjaźni – i do czego to doprowadziło?
Srebrny Czarodziej schował Namiar z powrotem do kieszeni szat, ostentacyjnie sygnalizując, że nie zamierza dłużej ciągnąć tego tematu. Albus nadal po prostu mu się przyglądał, próbując zebrać myśli. W końcu, choć do pewnego stopnia, wszystko było zaplanowane. Oczywiście, nie atak na pociąg, a przebieg rozmowy. I oto był, na właściwym etapie, stojąc twarzą w twarz z człowiekiem, którego szukał, nie mogąc zrobić nic za wyjątkiem zadawania pytań, podczas gdy odpowiedzi nie były nawet wystarczające. Co miał teraz począć?
– Co...? Co wszyscy wiedzą...? – wydukał niezręcznie, a Fairhart przechylił głowę w bok, gdyż nie zrozumiał przekazu. Albus uporządkował myśli, a potem spróbował ponownie. – Ludzie widzieli, jak mnie pan zabiera, prawda? Czyli wszyscy wiedzą, że nie jest pan martwy? I jak im się wydaje, że gdzie jestem?
– Owszem, widzieli, że się z tobą deportuję, ale szczerze mówiąc, niewiele to zmienia obecną sytuację. Większość z tych, którzy mnie rozpoznali, nie wiedzieli nawet, że powinienem być martwy. Mniejsza połowa zaś po prostu wcześniej była świadoma tej mistyfikacji – odpowiedział Fairhart. – Nie zapominaj, że Ministrem Magii jest teraz Warren Waddlesworth. Jego straż przyboczna z pewnością została poinstruowana, by na mnie uważać.
– A jaki nadano mi status...?
– Wydaje mi się, że twoja rodzina i przyjaciele bardzo się martwią. Niemniej jednak doszli już zapewne do wniosku, że żyjesz.
Albus jęknął.
Od razu pomyślał o zawodzącej mamie i pustych wyrazach twarzy rodzeństwa. Wyobraził sobie też minę Mirry. Morrison zapewne będzie ją wspierał na duchu ze swoim niepoprawnym wręcz optymizmem... dopóki nie zostanie zmiażdżony przez nietaktowny realizm Scorpiusa...
Zdecydowawszy się wyrzucić te okropne myśli z głowy aż znajdzie odpowiednie rozwiązanie, znów nawiązał do tego, co jeszcze powiedział Fairhart.
– Nie ciekawi pana... skąd Waddlesworth wie, że pan żyje? – zapytał, szczerze zaskoczony, że nie zostało to wcześniej wspomniane. Albus dopiero miesiąc temu dowiedział się, że przed tym człowiekiem ciężko utrzymać tajemnicę.
– Warren nie jest głupcem. – Fairhart wzruszył ramionami. – W dedukcji najprawdopodobniej opierał się na jakichś szczegółach. Niemniej jednak jestem świadomy ostrzeżenia, które sprytnie zaaranżował.
– Ostrzeżenia? – powtórzył, nie mogąc pojąć, o czym jest mowa.
– Nie widziałeś go? – zapytał mężczyzna. – Zostało zamieszczone w gazecie, a rozpisywał się o nim zwłaszcza TYGODNIK WAR, ot plugawe czasopismo.
Albus zrozumiał.
– Mówi pan o próbie zabójstwa? – spytał z zaciekawieniem.
Fairhart potwierdził.
– Najpewniej nie było żadnego ataku na życie Waddleswortha, zwłaszcza patrząc na niejasne detale i szansę, która praktycznie jest zerowa. Warren mógł to przekręcić w gazecie, że niby demaskuje niekompetencję Darvy'ego, ale nie daj się nabrać na to przedstawienie. Oczywiście, chciał, żeby wszyscy, dosłownie cały świat, wiedział, jak bezowocny byłby taki zamach. Artykuł był przede wszystkim skierowany do tych, którzy rzeczywiście mogli rozważać targnięcie się, a jeżeli jeszcze się nie zorientowałeś, jestem uważany za taką osobę.
– A tak naprawdę...? Ma pan zamiar...? – zapytał z napięciem Albus.
Fairhart się zastanowił.
– Nie – powiedział po dłuższej chwili. – Nie zamierzam przyczyniać ręki do zabójstwa Warrena Waddleswortha, częściowo dlatego, że służyłoby to wzmocnieniu jego reputacji wśród społeczeństwa, co nawet po śmierci może być katastrofalne w skutkach, jak również dlatego, że nie uważam go za prawdziwe zagrożenie. Byłem najlepszym tropicielem w Wybawczym Aliansie Różdżek. Warren nigdy by mnie nie znalazł, nie mówiąc już o zabiciu.
Chłopiec zamarł. Tak się złożyło, że Waddlesworth znalazł sposób. W istocie, przecież miał być podwykonawcą...
– Czyli... nie szuka pan zemsty? – zapytał słabo. Fairhart westchnął.
– Warren sam się zniszczy – stwierdził. – Proces autodestrukcji jest już w toku.
– Co ma pan na myśli? – Albus był oszołomiony. – Z powodu wypowiedzenia wojny? I w następstwie napaści na pociąg?
– Owszem, ale również przez wzgląd na to, co się wkrótce wydarzy. Pierwszy raz, odkąd tylko sięgam pamięcią, społeczeństwo nie postrzega Warrena w pozytywnym świetle. Podczas ataku zginęły zarówno dzieci, jak i rodzice. Opinia publiczna, zazwyczaj zbiorowo ślepa na takie sprawy, nie zignoruje, że śmiała deklaracja Waddleswortha posłużyła za katalizator. W rzeczywistości jest to tak zwany pełzający determinizm* . Kiedy Warren publicznie ogłosił, że Zjednoczone Ministerstwo jest gotowe do stawienia czoła Diablemu Aliansowi, ludzie zachwycali się jego silną wolą, odwagą i determinacją. Gdy wypowiedzenie wojny doprowadziło do utraty przez kogoś życia, z oburzeniem twierdzą, że od samego początku wiedzieli, że to była głupia decyzja i że Minister powinien lepiej wszystko zaplanować. Na tej podstawie można łatwo przewidzieć ciąg dalszy. Warren musi odzyskać zaufanie społeczeństwa i w sumie zostało mu tylko jedno – przeprowadzić potężny i skuteczny odwet na Darvym.
Albus przełknął gulę w gardle. Wszystkie myśli, które przeszły mu przez głowę, odkąd się obudził aż do teraz, w momencie zniknęły. Atak na pociąg, śmierć uczniów oraz profesora Handita, maleńki szklany Namiar, wyobrażenia o ukochanych – dosłownie wszystko – zostało zastąpione przez jedno, straszliwe stwierdzenie.
Waddlesworth przypuści atak na Azkaban.
– O czym myślisz? – zapytał Fairhart, a chłopiec był tak otępiały, że nie potrafił sformułować logicznie brzmiącej odpowiedzi. – Albusie?
– Waddlesworth zaatakuje Diabli Alians, prawda? W sensie że... Azkaban...?
Czarodziej trochę się spiął, co zasugerowało wszem wobec, że jest w posiadaniu istotnej informacji, którą jeszcze się z rozmówcą nie podzielił.
– Co? No co? – drążył ślizgon.
Fairhart wziął głęboki oddech.
– Obawiam się, że kiedy byłeś nieprzytomny, przegapiłeś coś więcej aniżeli publiczne protesty przeciwko Warrenowi Waddlesworthowi, Albusie.
Mężczyzna schylił się i podniósł z ziemi zakurzone wydanie PROROKA CODZIENNEGO. Ostrożnie podał je chłopcu, który uświadomił sobie, że zerknął tylko na kolumny z wyszczególnionymi ofiarami ataku, zupełnie pomijając pierwszą stronę.
– To się już stało, prawda? – zapytał.
– Nie. – Fairhart potrząsnął głową. – Chodzi o... coś innego.
Albus powoli przewrócił kartkę. To, co zobaczył, sprawiło, że sapnął.
MINISTERSTWO TRACI KONTROLĘ NAD AZKABANEM!
DIABLI ALIANS PRZENIKA DO WIĘZIENIA!
* Pełzający determinizm (z ang.: creeping determinizm) / Efekt pewności wstecznej (z ang.: hindsight bias) – błąd poznawczy inaczej zwany „efektem wiedzy po fakcie", gdzie w grę wchodzi tendencja do ocenieniach przeszłych wydarzeń jako bardziej przewidywalnych, niż powinny być w rzeczywistości
