20. TRZY NIEMORALNOŚCI
Gdy Albus stracił równowagę i runął w tył, gazeta wyślizgnęła mu się z rąk. Kątem oka zobaczył, że Fairhart w samą porę wykonuje jakiś skomplikowany ruch różdżką, dzięki czemu bez tchu opadł bezpiecznie na wyczarowane siedzisko.
Był to bujany fotel – niestety, dość kiepski wybór, gdyż od huśtawek chłopcu zebrało się na mdłości. Umysł, który w ciągu ostatnich kilkunastu minut pracował na najwyższych obrotach, nagle się wyłączył, pozostawiając po sobie tylko i wyłącznie pustkę oraz uczucie przerażenia.
– Albusie?
Nie odpowiedział. Wracała do niego wcześniejsza złość, ale nie był w stanie się nawet poruszyć. Po prostu pozwolił swojemu drżącemu ciału na mocniejsze rozkołysanie fotela. W międzyczasie zacisnął zęby, a do oczu napłynęły mu łzy.
– Albusie? – powtórzył Fairhart.
– Mój tata – wykrztusił. – Mój tata...
– Wysłuchaj mnie, Albusie...
– Zabiłeś go! – wyrzucił z siebie, wstając z taką gwałtownością, że stworzony naprędce fotel się przewrócił. – To pana wina!
– Nie myślisz teraz jasno...
– To przez pana! – powiedział, a następnie wytknął mężczyznę drżącym palcem. – Pana, pana...
– Nie prosiłem twojego ojca, aby zeznał nieprawdę i podpisał się pod moimi czynami.
– Nie miał żadnego wyboru! – krzyknął chrapliwie. – Przyznał się, żebym mógł nadal uczyć się w Hogwarcie...
– Nie prosiłem cię również o opuszczanie zamku – powiedział odważnie Fairhart, a jego twarz stężała.
Chłopiec potrząsnął głową. Nie zamierzał znów tego robić, zwłaszcza teraz. Nie zamierzał badać łańcucha winy, który doprowadził do tej sytuacji. Drążenie nie miało sensu – spędził mnóstwo czasu na utwierdzaniu się w przekonaniu, że to Fairhart jest źródłem rozpaczy w jego życiu, więc po co miałby teraz przestawać?
– Twój ojciec nie jest martwy, Albusie.
Ślizgon nadal potrząsał głową, nie pozwalając, aby to zdanie nagle stało się znaczące. Po chwili jednak zdał sobie sprawę z poważnego tonu oraz pewności w głosie rozmówcy.
– O czym pan mówi? – zapytał. – Darvy zaatakował Azkaban, czyli wdarł się do więzienia. Proszę pamiętać, że tam przebywa mój tata, co tak naprawdę jest pańską winą...
– Gdyby Harry Potter rzeczywiście nie żył, wszyscy by o tym wiedzieli – stwierdził Fairhart. – Wiadomość o przejęciu Azkabanu przez Diabli Alians obiegła świat mniej więcej w tym samym czasie, co zaatakowano pociąg. Można stąd wywnioskować, że do tych dwóch akcji przystąpiono w jednakowym momencie, a więc chodziło o wywołanie chaosu. Odkąd wydrukowano artykuł Darvy miał wiele sposobności, żeby triumfalnie ogłosić, że zamordował Harry'ego Pottera oraz przedstawić światu dowód na potwierdzenie swoich słów. Nic takiego nie miało miejsca.
– Co sprawia, że jest pan taki pewien, że Darvy od razu ogłosiłby mało istotne szczegóły swojego zwycięstwa? – spytał groźnie chłopiec. – Skąd pan wie...?
– Mało istotne szczegóły? – Fairhart nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. – To, czy twój ojciec uznawany jest za mordercę, czy też nie, nie ma najmniejszego znaczenia. Mimo upływu czasu nadal jest symbolem absolutnego zwycięstwa nad czarną magią. Śmierć wielkiego bohatera położyłaby kres trwającemu tyle lat triumfowi, a także zaowocowałaby powrotem powszechnej paniki i zniszczenia, co jest praktycznie nieodłączną częścią jakichkolwiek działań wojennych. Harry Potter żyje, Albusie. Kiedy umrze, Darvy się upewni, żeby wiadomość obiegła dosłownie cały świat.
– W takim razie, na co on czeka? – zapytał buntowniczo, stanowczo odmawiając uznania odpowiedzi.
– Możliwe, że z kilku powodów, ale szczerze mówiąc, skłaniam się ku jednej opcji – takiemu tyranowi, jakim jest Darvy, zależy przede wszystkim na informacjach.
– Informacjach?
Czarodziej skinął głową.
– Sebastian Darvy niedługo rozpocznie wojnę ze Zjednoczonym Ministerstwem i będzie potrzebował jak najwięcej rządowych danych i chociaż twój ojciec był częścią innego departamentu, wciąż ma rozległą wiedzę na temat struktur i bardziej wnikliwych detali. Jest naprawdę bardzo mało prawdopodobne, żeby jakikolwiek inny więzień był tak wysoko postawiony.
– A co, jeżeli ktoś się znalazł? – spytał, pełen obaw.
– Wtedy spełniłby się scenariusz, w którym Darvy informuje świat, że Harry Potter nie żyje – odpowiedział ponuro Fairhart. – Zastanawiałem się, czy Fango Wilde nie byłby równie dobrym informatorem, ponieważ już udowodnił, że się w tej roli sprawdza, aczkolwiek jego sekcja – Departament Transportu Magicznego – nie przyniesie tyle korzyści, co wiedza doświadczonego aurora.
Albus westchnął, dając upust czemuś pomiędzy ulgą a niepewnością. Gdy jednak przeanalizował wysnute przez rozmówcę wnioski, doszedł do niezwykle bolesnej konkluzji.
– Tortury! – krzyknął, drżąc. – Darvy torturuje mojego tatę!
– Najprawdopodobniej. – Fairhart zmarszczył brwi.
Chłopiec wciągnął głośno powietrze.
– Ty...!
– Wolałbyś, żebym skłamał?
– Nie, ale co pan tam wie! – krzyknął z goryczą w głosie. – Znając życie, mój ojciec... nie przekazał Darvy'emu żadnych informacji...
– Najprawdopodobniej masz całkowitą rację, ale jak wspomniałem wcześniej, Harry nadal żyje. Naprawdę w to wierzę. Ty zaś nie powinieneś ślepo ufać wizjom, które podsyła ci spowity strachem umysł – rzekł Fairhart. – O ile dobrze znam twojego tatę, jestem również przekonany, że znalazł sposób na współpracę z Darvym, nawet jeżeli wydaje się to pokręcone. Mogę przypuszczać, że radzi sobie całkiem nieźle i najprawdopodobniej karmi wroga fałszywymi informacjami...
Albus nie odpowiedział, ale zastanowił się nad tą ideą. To, co twierdził mężczyzna, nie zmieniło jego nastawienia – poczucie daremności i porażki przeobraziło się znów w zwykłą desperację. Jeśli wszystko było prawdą, to targające nim uczucia były uzasadnione. Może, ale tylko może, tatę wciąż dało się uratować. Sęk w tym, że nadal potrzebna byłaby pomoc Warrena Waddleswortha. Trzeba natychmiast przystąpić do działania. Musi zaatakować Fairharta i mieć nadzieję, że pokona czarodzieja, który jest bardzo, ale to bardzo utalentowany. Jeżeli go unieszkodliwi, musi znaleźć sposób, aby przekazać zwyciężonego Ministrowi, a następnie będzie się łudził, że ten dotrzyma swojej części umowy oraz znajdzie sposób, żeby zwolnić niewinnego człowieka z więzienia. Owszem, to nie był oryginalny układ, ale czy koniec końców Waddlesworth nie uprościł mu sprawy? Życie Fairharta w zamian za życie Harry'ego Pottera, ot wszystko na ten temat.
Uniósł rękę i mocniej zacisnął dłoń na trzonku różdżki. Może udałoby się z zaskoczenia...?
– Mamy wiele do omówienia – podsumował dosadnie mężczyzna. – Oprowadzę cię po domku.
Fairhart odwrócił się gwałtownie i skierował do drzwi. Albus, niezmiernie zaskoczony, zamrugał głupio i zdał sobie sprawę, że przeciwnik odwrócił się do niego plecami oraz że nigdy nie trafi się lepsza szansa...
Ciekawość jednak zwyciężyła. Co zostało im do omówienia? Zgadza się, miał zdecydowanie więcej pytań, aczkolwiek o czym Fairhart chciał rozmawiać?
Zebrawszy się na odwagę, również wyszedł z pokoju.
Następne pomieszczenie, choć wydawało się to nieprawdopodobne, cechował jeszcze większy minimalizm oraz znajdowało się w nim kilka innych zaskakujących rzeczy. Jako pierwszy chłopcu rzucił się w oczy roboczy blat – mały stolik ze śladami po żrącym eliksirze, a na nim zakurzony, czyli nieużywany od jakiegoś czasu, pusty kociołek. Pod ścianą naprzeciwko mieściło się małe, srebrne, przypominające sejf pudło, a tuż nad nim wisiało coś, co wyglądało na jak portret albo dużych rozmiarów fotografia oraz było w całości zakryte czarną tkaniną. Na samym skraju pokoju, gdzie były także drzwi, stała szafka wyglądająca na starą i nieużywaną, jak zresztą wszystko w chatce. Albus zrobił kilka kroków do przodu, uważnie stąpając po skrzypiącej podłodze oraz schował różdżkę, bo doszedł do wniosku, że z wyciągniętą wygląda podejrzanie.
Wtem jakby uderzył go piorun. Kiedy sięgnął do kieszeni, wymacał coś małego i chłodnego – pierścień Fairharta, którego wyrwał Jamesowi z rąk na peronie. Miał go schować w pociągu i zwyczajnie wypadło mu z głowy.
– Co to za miejsce? – zapytał, próbując zachować spokój. – Ee, mam na myśli tę część chaty.
– Moja kwatera główna, czyli miejsce, gdzie prowadzę badania, zbieram dane i planuję dalsze ruchy. – Czarodziej uniósł ręce, jakby chcąc podkreślić wielkość pomieszczenia. – Jak ci się podoba? Jest oryginalna, ale jednocześnie przestronna.
Chłopiec nie odpowiedział, święcie pewien, że Fairhart starał się być zabawny bądź beztroski, ale ciężko mu to wychodziło. Już zapomniał, jak przed laty podziwiał tego człowieka za bycie strażnikiem i adwokatem swego ojca. Teraz widział go tylko jako zimnokrwistego zabójcę sprzed miesięcy, który z jakiegoś nieznanego nikomu powodu (albo nawet kilku) starał się utrzymać go przy życiu.
– Co ma pan na myśli, mówiąc „kwatera główna"? – zapytał, zdezorientowany.
– Jak ci się wydaje, Albusie, że co niby robiłem, odkąd sfingowałem własną śmierć? Piłem na okrągło kremowe i rozkoszowałem się wszechobecną ciszą?
– Był pan Srebrnym Czarodziejem – odpowiedział natychmiast.
– W istocie. Nie zapominaj także, kim była ta osoba i w jakim celu została stworzona – rzekł mężczyzna. – Srebrny Czarodziej był moim sposobem na przyzwyczajenie się do wojny, którą nadal planuję. Mimo że nie łapię już członków Diablego Aliansu czy też ludzi związanych z Waddlesworthem, mój początkowy cel się nie zmienił, a stał się donioślejszy. Zamierzam powstrzymać Sebastiana Darvy'ego.
Albus prychnął. Chociaż starał się ze wszystkich sił zapanować nad reakcją, nie był w stanie. Śmiałość i prostota stwierdzenia Fairharta... W rzeczywistości zdanie to brzmiało, jakby wyszło z ust chcącego uspokoić społeczeństwo Warrena Waddleswortha.
– Czy wie pan, że jest szalony? – zapytał, nie bacząc na słowa. – Diabli Alians stara się powstrzymać Zjednoczone Ministerstwo. Co pan sobie umyślił? Co najwyżej może pan zdjąć kilku przeciwników, ale czy widział pan kiedyś armię, którą zgromadził w międzyczasie Darvy? Czy kiedykolwiek zmierzył się pan z kilkoma setkami siluet...?
– Nie powiedziałem nic o powstrzymywaniu Diablego Aliansu ani tej armii, której proces tworzenia niewątpliwie zbliża się ku końcowi – powiedziałem, że zajmę się Darvym. Kiedy przywódca słabnie, grupa zaczyna się rozpadać...
– To jest równie głupie...
– Zjednoczone Ministerstwo nie ma szans na pokonanie Sebastiana Darvy'ego – podsumował rzeczowo Fairhart. – Z jednej strony dlatego, że po prostu jest nieprzewidywalny oraz niedoceniany, a drugiej dlatego, że nie są świadomi prawdziwego niebezpieczeństwa. Powiedz mi, czemu tak zwana Prawa Ręka Śmierci jest uzasadnionym zagrożeniem?
Albus rozłożył ręce.
– Nie wiem dokładnie, ale nie obchodzi mnie to...
– Czy jest potężny?
– Hm, to znaczy...?
– Czy jest równie potężny, co Ares? – doprecyzował mężczyzna.
– Chyba nie – odpowiedział, nie wiedząc, dokąd zmierza to przesłuchanie.
– Czy jest tak inteligentny, co Waddlesworth?
– Och, zdecydowanie nie...
– Czy potrafi oczarować i kusić ludzi tak, jak robili to jego poprzednicy? Czy ma tak duże wsparcie, co Voldemort, a może...?
– Nie – odrzekł natychmiast chłopiec.
– Chodzi o artefakty, które ma w swoim posiadaniu, Albusie! – powiedział z naciskiem Fairhart, ucinając rozmówcy. – Sebastian Darvy jest szaleńcem oraz owszem, udało mu się zgromadzić wokół siebie kilku popleczników, którzy są od niego o wiele zdolniejsi, ale to wszystko. Tym, co tak naprawdę sprawia, że stanowi zagrożenie, jest to, co dotąd zgromadził – rzeczy, na które w ogóle nie zapracował. Wymień je, Albusie.
– Smocza Różdżka. – Chłopiec się skulił.
– Kontynuuj.
– Zasłona Skazańca! – powiedział głośno, zirytowany faktem, iż Fairhart znów bawi się w nauczyciela – w końcu nie był nim od lat.
– Zgadza się. Widziałem, jak była zabierana – potwierdził mężczyzna. – Kontynuuj.
Albus podrapał się po głowie, rozważając różne możliwości. Co takiego mógł posiadać Darvy, co byłoby równie istotne, co Smocza Różdżka bądź Zasłona Skazańca? Była co prawda jedna rzecz, która przychodziła mu na myśl, ale to wręcz niedorzeczne...
– Nikczemna Księga...? – zapytał z wahaniem.
– Dobrze. – Czarodziej potaknął. – Sebastian Darvy ma trzy insygnia potrzebne do zaprowadzenia tyranii. Z tego, co wiem, osobiście nie zdobył żadnego z nich. Z początku to Ares miał Księgę i domyślam się, że to on dowiedział się o właściwościach Smoczej Różdżki. Co do Zasłony, to przejął ją Diabli Alians, czyli ludzie, których Darvy wysłał.
Albus nie zarejestrował połowy tego, co powiedział Fairhart. Wciąż próbował przeanalizować termin insygniów.
– Co sprawia, że te trzy przedmioty są konieczne? – spytał. – Wielu czarnoksiężników wyrządziło przecież czarodziejskiemu światu niewyobrażalne szkody bez ich użycia...
– Nie zrozum źle złożoności tych artefaktów i nie oceniaj powierzchownie – pouczył zarozumiale mężczyzna. Kiedy nie otrzymał odpowiedzi, zrobił coś nieoczekiwanego, a mianowicie wyciągnął z szat różdżkę i nią machnął. Wyczarował z powietrza średniej wielkości tablicę, niemalże identyczną jak w szkole. – Usiądź – powiedział uprzejmie.
Albus się obejrzał i ku swojemu zdumieniu zobaczył, że wyczarowany został także bujany fotel z poprzedniego pokoju. Posłusznie wykonał polecenie, ale tylko dlatego, że bardzo chciał usłyszeć wytłumaczenie.
Fairhart zrobił kilka ruchów i tym samym narysował na czarnej planszy trzy obrazy – na górze dość prymitywną Zasłonę Skazańca, w środku pospolitą różdżkę, czym utwierdził ucznia w przekonaniu, że nigdy tak naprawdę nie przyjrzał się bliżej Smoczej oraz na dole dużą i mocno zacienioną książkę, która najprawdopodobniej miała symbolizować Nikczemną Księgę.
– Wybacz brak talentu artystycznego – powiedział swobodnym tonem. – Wcześniej byłeś zaciekawiony moim nowym miejscem zamieszkania i prowadzonymi przeze mnie badaniami. Tak się składa, że dotyczyły one tych trzech obiektów, Albusie. W biblioteczce – tu ręką wskazał na szafkę w drugim pokoju – nagromadziłem informacji, które zbierałem od czasu, kiedy opuściłem Ministerstwo Magii. Och, przypomnij mi przy okazji, żebym później przeniósł je tutaj. Udało mi się zdobyć ręcznie pisany dziennik Herpona Podłego*, skradziony z greckiego magimuzeum. Proszę, nie zdradzaj nikomu mojego sekretu. Mam wiele książek o nekromancji, z których wiele pochodzi ze starożytnego Egiptu, gdzie komunikacja ze zmarłymi została udokumentowana nawet w hieroglifach. Zgromadziłem teksty z czasów starosumeryjskich czarodziejów...
– W porządku, rozumiem – przerwał mu Albus, nie mając ochoty na lekcję historii. – Co to ma do...?
– Zasłona Skazańca została stworzona dawno temu przez Wielkiego Architekta w czasach, gdzie nazwy własne nie były jeszcze tak popularne oraz służyła jako brama między światem żywych, a umarłych. Żadne, nawet najwymyślniejsze zaklęcie, nie może wskrzesić zmarłego, ale może on „istnieć" w innym wymiarze, co prawda bez życia – może być jakby zawieszony. Umiejętne wykorzystanie Zasłony może zmienić ten stan rzeczy. – Fairhart opuścił różdżkę o kilka cali. – Nikczemna Księga została stworzona przez Herpona Podłego w bliżej nieokreślonym momencie kilkaset lat temu. Jako pierwszy rozpoznawalny przedmiot opracowany przy pomocy nekromancji służy specyficznej komunikacji ze zmarłymi, podczas której ludzie mogą się realnie manifestować. Dopóki wezwany ma duszę, można nawiązać z nim kontakt, choć oczywiście wymaga to skorelowanego obiektu.
Albus skinął głową i przypomniał sobie informacje, które na trzecim roku przekazał mu Scorpius, kiedy wyjaśniał podstawy nekromancji.
– Smocza Różdżka została stworzona w tym samym stuleciu co Nikczemna Księga przez Vesnovitcha VI, słynnego wytwórcę, który próbował powiązać potęgę różdżki z wiedzą właściciela. Nie będę cię zanudzał szczegółami – kontynuował bez przerwy Fairhart, ponownie opuszczając rękę. – Niezdolny do normalnego wytworzenia ośrodka mocy, Vesnovitch parał się nekromancją, czego efektem końcowym była różdżka, która sprawia wrażenie w pewnym stopniu zdolnej do kontrolowania tych, których umysły i dusze są zawieszone. – Urwał na moment. – Te trzy stworzone z różnych powodów oraz przez różne osoby przedmioty, w zupełnie innych okresach czasowych, stały się własnością jednego człowieka, który nie zawaha się ich użyć. Słyszałem, że Reginald Ares wierzył w przeznaczenie. Nie wiem, czy przeniósł swe przekonania na brata, ale myślę, że niezależnie od tego, czy Darvy uważa się za najważniejszą osobę w czarodziejskim świecie, rozumie, że wiedzie prym. Wysłuchawszy krótkiego wprowadzenia, odpowiedz mi na pytanie, Albusie. Czym tak właściwie są te trzy elementy – te trzy niemoralności? Zasłona Skazańca, Nikczemna Księga oraz Smocza Różdżka?
Kiedy chłopiec wybrał milczenie, Fairhart odchrząknął, a następnie znów skupił się na tablicy.
– Mocą, wiedzą oraz kontrolą – powiedział, po kolei wskazując na prowizoryczne obrazki.
Albus uniósł brwi z przekonaniem, że mężczyzna jest przewrażliwiony i nadinterpretuje fakty. Zamiast mu to jednak wytknąć, pozwolił na kontynuowanie wykładu.
– Te trzy rzeczy stanową podstawę każdego ucisku. Będąc w posiadaniu omawianych artefaktów, Sebastian Darvy jest prawie niemożliwy do pokonania.
– Czyli... chce je pan zniszczyć? – zapytał ślizgon, w pełni pojmując daremność pomysłu.
– Tak byłoby najlepiej, ale konfiskata też powinna wystarczyć – podsumował Fairhart. – Uważam, że tylko jednego obiektu należy się pozbyć.
– Różdżki – powiedział natychmiast.
– Błąd.
– Zasłony...
– Ponownie błąd – powtórzył stanowczo czarodziej. – Najbardziej niebezpieczna jest Nikczemna Księga.
– Co takiego?
– Nie lekceważ rzeczy, do czego jest zdolna – przestrzegł rozmówca. – Załóżmy, że Zasłona i Różdżka zostaną zniszczone. Co powstrzymuje Darvy'ego przed następną próbą? Historia czarodziejskiego świata udowodniła wszem wobec, że istnieje wiele artefaktów równych mocą albo nawet niebezpieczniejszych aniżeli te, które on posiada. Mówimy o nieograniczonej wiedzy na temat magicznych przedmiotów. Zasłona i Różdżka to czasowe prawdopodobieństwo terroru, a Księga jest wieczna. Gdy wpadnie w ręce jakiegoś szalonego czarodzieja o nikczemnych zamiarach...
– W porządku, zrozumiałem sugestię – warknął chłopiec. – Jeżeli martwi się pan jedynie o Księgę, to czy nie tylko ona powinna zostać odebrana Darvy'emu? Gdy nie będzie miał wszystkich...
Fairhart parsknął, a Albus rozłożył ręce.
– Zresztą co z tego? Przecież i tak skupiamy się na bzdurach!
– Wysłuchaj mnie – poprosił auror. – Skonfiskowanie mu trzech artefaktów jest naprawdę bardzo mało prawdopodobne...
– Wykradnięcie mu czegokolwiek jest po prostu niewykonalne...
– Wysłuchaj mnie, Albusie. Chociaż przyznaję, że to zadanie na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwe do zrealizowania, naprawdę uważam, że każdy tyran potrzebuje dwóch z trzech obiektów. Pomyśl o Reginaldzie Aresie. Kiedy jeszcze żył, najpierw udał się po Nikczemną Księgę, bo głęboko wierzył, że to dzięki wiedzy zajdzie najdalej. Gdy zawiódł, zdecydował się na kontrolę, a następnie znów ukierunkował się na wiedzę. Twój ojciec powierzył mi Zasłonę Skazańca tylko i wyłącznie na wszelki wypadek. Oczywiście, Ares nigdy nie próbował jej zdobyć, gdyż była mu całkowicie zbędna – miał przecież Księgę i Różdżkę. Darvy zaś, w całej swej chciwości, pragnie mocy, którą oferuje mu artefakt. Kiedy skonfiskujemy mu dwa z trzech przedmiotów oraz jeżeli jednym z nich będzie właśnie Nikczemna Księga, stanie się słabszy pod względem rzeczywistej mocy i możliwości podbojów. Armia Diablego Aliansu to przede wszystkim zawieszeni sprowadzani zza Zasłony. Poplecznicy Darvy'ego z kolei – w tym również stwory – nie wspieraliby go, gdyby utracił Smoczą Różdżkę. Jego przyszłość więc zależna jest od Księgi. Ograniczmy go do posiadania jednego obiektu, a sytuacja się zachwieje. Wszystko, czym włada, jest zależne od czegoś innego. Kiedy utraci pierwszy artefakt, ta zależność ujrzy światło dzienne.
Albus po prostu siedział w fotelu, oszołomiony. Nie mógł uwierzyć, że w ogóle uczestniczy w tej dyskusji. Szok związany z przebywaniem w tym samym pomieszczeniu co Srebrny Czarodziej minął, ustępując miejsca możliwości skupienia się na przekazie, nad którym ten się rozwodził. Jaki był w ogóle sens teoretyzowania? Po co kurczowo się trzymać się nadziei? Wtem wszystko stało się jasne. Fairhart, pozbawiony powodu do życia, przez długi okres czasu siedział sam w tym zrujnowanym domku i desperacko szukał wymówki, aby zająć się przypadkowymi przedmiotami – gdy sobie niby poukładał w głowie, postanowił przekazać nagromadzone informacje jako rzeczywiście istotne...
– Dlaczego? – zapytał ni stąd ni zowąd chłopiec. – Powiedział pan, że chce się przyczynić do tej wojny, że chce powstrzymać Darvy'ego – dlaczego? Z jakiego powodu pan w ogóle walczy? Czemu tak się pan stara...?
– Ktoś musi, a dodatkowo w pewnym sensie jest mi to przeznaczone – odpowiedział bez dramatyzmu Fairhart. – Ci, którzy potrafią chronić siebie i innych, powinni to robić, a ci, którzy potrafią nauczać, powinni przekazywać swą wiedzę dalej. Ci zaś, którzy są uzdolnieniu w łapaniu mrocznych czarodziejów... powinni niwelować powodowane przez nich zagrożenie. Byłem wojownikiem przez prawie całe życie, Albusie. Byłem częścią straży przybocznej Warrena Waddleswortha oraz stróżem prawa w Ministerstwie Magii – jestem w tym dobry. Zestaw wymagań do takich zadań jest interesujący. Aby naprawdę móc powstrzymać Darvy'ego, trzeba wiedzieć, co ma do dyspozycji, trzeba przejść niezbędne szkolenie oraz należy mieć odwagę, żeby postawić swoje życie na szali.
Albus nie odpowiedział, przetrawiając te informacje. Wciąż nie mógł sobie wyobrazić, aby ktoś płakał po Fairharcie, zwłaszcza gdy ludzie, którzy się o niego troszczyli, zginęli. Niemniej jednak teraz zrozumiał, dlaczego mężczyzna nie mógł sobie pozwolić na depresję.
Skrzywił się w duchu. W końcu przyjdzie czas, gdy nie będzie odwrotu – będzie musiał przekazać Srebrnego Czarodzieja Waddlesworthowi...
Nie chciał kontynuować tej rozmowy, tak więc wstał z fotela i skoncentrował się na czymś zgoła innym.
– O co chodzi z kociołkiem? – zapytał, szarpiąc głową w kierunku blatu roboczego.
– To efekt ostatniej próby. Moje badania sugerują, że najlepszym sposobem, żeby zniszczyć te trzy niemoralności, jest pewien rodzaj mikstury. Niektóre formy magii, takie jak właśnie nekromancja, mają wiele słabych stron, a część starożytnych pism wskazuje, że zaawansowane eliksiry mogą mieć kluczowe znaczenie. Zebrałem pełen składzik ingrediencji. – Fairhart wskazał ręką zakurzoną szafkę. – Niestety, dalej nie zabrnąłem. Zanim cokolwiek więcej zacznę, wolałbym mieć wszystko przygotowane.
– Cóż, Zasłona jest w Azkabanie. – Ślizgon wyrzucił ręce w powietrze. – Smocza Różdżka najprawdopodobniej też, więc...
– Śmiało założę, że jest tam i Nikczemna Księga, chociaż nie wierzę, żeby była w posiadaniu Darvy'ego w takim samym stopniu, co Różdżka. W rzeczywistości wątpię, aby choć raz została użyta – powiedział mężczyzna. – Zapominasz jednak, Albusie, o jednej znaczącej zmiennej, również ściśle związanej z więzieniem.
– Wydawało mi się, że przez ten cały czas omawialiśmy trzy artefakty...
– Mówię o Harrym Potterze – podkreślił Fairhart.
– Och, prawie o nim zapomniałem – powiedział z sarkazmem i postukał się palcem wskazującym w skroń. – Serio, dzięki za przypomnienie...
– Nie zrozumiałeś przekazu, prawda? – Kiedy nie otrzymał odpowiedzi, zadał kolejne pytanie. – Powiedz mi, Albusie, co wiesz na temat Azkabanu?
Chłopiec uniósł z zaciekawieniem brwi.
– Sły... słyszałem, że prawie niemożliwe jest wyrwanie się stamtąd.
– W istocie. A co wiesz o dostaniu się do środka?
Cisza, która pomiędzy nimi zapadła, została przerwana przez zimny śmiech.
– Żartuje sobie pan? – spytał, troszkę zaniepokojony tym, że był w stanie się zaśmiać po najnowszych rewelacjach. – Czy wspominałem wcześniej, że jest pan szalony? W sensie, że...
– Nie jestem w nastroju do żartów, Albusie – oświadczył Fairhart i rzeczywiście, wydawał się całkowicie poważny. – Zamierzam zinfiltrować Azkaban.
– Życzę powodzenia – powiedział kpiąco ślizgon, na chwilę zapominając o mętliku, który miał w głowie. – Liczę na ładną pocztówkę...
– Cieszę się, że dopisuje ci humor. Jeżeli ten pomysł wydaje ci się pozbawiony sensu i rozsądku, czy w międzyczasie wymyśliłeś inny plan?
– Słucham...? – Zmarszczył brwi. – Nigdy nie powiedziałem, że na coś wpadłem...
– Więc jakie masz prognozy?
– Nie rozumiem, o czym pan mówi.
– Jak według ciebie będzie wyglądał ten świat w przyszłym roku, Albusie?
Chłopiec milczał. Prawdę powiedziawszy, jedyny plan, który wymyślił, niewiele wpływał na przebieg wojny – poprzez schwytanie Fairharta chciał po prostu zwrócić ojcu wolność.
– Nie ode mnie zależą losy wojny. Nie jestem żadnym strategiem – powiedział w końcu. – Nie wiem też, jak to się wszystko potoczy...
– Czy wierzysz, że Waddlesworth zwycięży? – zapytał jakby od niechcenia mężczyzna. – Czy uważasz, że idea zjednoczenia wygra nad ogromną, pochodzącą nie z tego świata niebezpieczną armią o niezrozumiałej dla społeczeństwa mocy?
– Nie, najprawdopodobniej nie...
– Zamierasz więc czekać i biernie się przyglądać, jak twoi najbliżsi – rodzina i przyjaciele – są mordowani przez Diabli Alians Sebastiana Darvy'ego?
Albusa zatkało. Natychmiast przestało mu być do śmiechu.
– I to ja jestem szalony? – zapytał cicho mężczyzna, a zniewaga zawisła w powietrzu.
Chłopiec poczerwieniał. Zniesmaczony niemożnością udzielenia satysfakcjonującej odpowiedzi, zirytowany, ograniczył się do machnięcia ręką.
– W porządku, śmiało. Niech pan się włamie do Azkabanu, albo chociaż spróbuje. Będę trzymać za pana kciuki.
– Nie do końca rozumiesz sens naszej rozmowy, Albusie. – Fairhart zrobił się nagle bardzo tajemniczy. – Jeśli będę musiał, spróbuję włamać się w pojedynkę, ale... głęboko wierzę, że żeby osiągnąć sukces, potrzebny jest mi partner.
Ślizgonowi opadła szczęka.
– Chce pan, żebym...? Że niby razem...?
– Uwięzienie Harry'ego, choć niefortunne, nie jest moim bezpośrednim problemem. Jeżeli zdecydujesz się mi partnerować, pomożemy sobie nawzajem. Chcę powstrzymać Sebastiana Darvy'ego metodą osłabienia, podczas gdy ty chcesz wydostać swojego ojca z Azkabanu. Razem możemy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.
– Czemu tak desperacko potrzebuje pan mojej pomocy? – Był przerażony. – Mam zaledwie szesnaście lat. Co niby miałbym zrobić? Ciskać w siluety zaklęciem galaretowatych nóg...?
– Zamierzam zinfiltrować Azkaban, a nie go szturmować – zaznaczył mężczyzna. – Uważam też, że zdecydowanie się nie doceniasz, Albusie. Jesteś bardzo utalentowanym czarodziejem, a co więcej, cechuje cię strategiczny i intuicyjny umysł. Wiem, co mówię. Widziałem cię przecież w akcji.
– To nieprawda...
– Pomimo wszystkich niebezpieczeństw, jakie na siebie sprowadzasz, byłem świadkiem, jak w potrzebie wznosisz się na wyżyny. Jesteś zarówno odważny, inteligentny oraz śmiały, jak również sprytny. Z cech charakteru najbardziej dominuje u ciebie właśnie ta przebiegłość. Nigdy nie próbujesz obezwładnić swoich przeciwników, a ich przechytrzyć. Obserwowałem cię, kiedy walczyłeś obok mnie kilka miesięcy temu. Nie lekceważ własnych możliwości, tylko dlatego, że czujesz się słabszy od innych. Ludzie, którzy cię przewyższają, owszem, mogą być bardziej utalentowani lub zwyczajnie silniejsi, ale nie te atrybuty świadczą o prawdziwym talencie czarodzieja. Czy istnieją jakieś książki uczące męstwa, elastyczności oraz empatii? Wszystkie wyżej wymienione cechy sprawiają, że czarodziej jest naprawdę potężny! – Nie uzyskawszy odpowiedzi, Fairhart kontynuował: – Proszę cię o wsparcie, Albusie. Głęboko w ciebie wierzę i naprawdę jestem przekonany, że wspólnie uda nam się wykonać to zadanie. To jedyny sposób, aby oswobodzić twojego ojca...
– Nieprawda! – zaprzeczył i ugryzł się w język. Nie zamierzał w ogóle wspominać, że istnieje inna droga oraz że nadaremnie tu dyskutują. Kiedy wpadka Albusa nie została w żaden sposób skomentowana, a Fairhart tylko patrzył na niego z zainteresowaniem, sprawnie zmienił temat. – Mówił pan prawdę? O odwadze, żeby postawić swoje życie na szali?
Rozmówca potaknął.
– Owszem, jestem w stanie się poświęcić. Ty nie?
Chłopiec nie wiedział, co o tym myśleć i ostatecznie zdecydował się udzielić połowicznej odpowiedzi.
– Ja... – zaczął, ale nie dane mu było skończyć.
– Boisz się śmierci?
Znów nie wiedział, co odrzec. Na szczęście Fairhart zdawał się rozumieć jego obawy i wahanie.
– Nie ma nic złego w strachu przed śmiercią, Albusie. To naturalny, zdrowy odruch. Równie ludzkie jest rozważanie najgorszych scenariuszy. W czasach, w których przyszło nam żyć, kostucha może czekać na każdym rogu. Sęk w tym, co preferujesz – zginąć dzisiaj, próbując zmienić los swoich bliskich, czy może umrzeć za kilka lat w samotności i skulony w kącie, opłakując śmieć ukochanych, którzy odeszli z tego świata równie przestraszeni i cierpiący, co ty?
Ślizgon odchrząknął, gdyż nagle rozbolało go gardło, a głowa zapłonęła żywym ogniem.
– Wielu, wielu ludzi, Albusie. Tak wielu ludzi umiera, a ich nazwiska są zapisywane na piasku, który następnie rozdmuchuje wiatr. Tylko nieliczni doświadczają zaszczytu wyrycia ich godności w kamieniu, gdzie następnie stanowią przypomnienie o chwalebnych czynach bądź podtrzymanie idei, za którą oddali życie – kontynuował cicho Srebrny Czarodziej. – Umrzeć za kogoś bądź za coś to prawdziwe błogosławieństwo, o wiele, wiele lepsze aniżeli bierne czekanie na śmierć.
Chłopiec z trudem przełknął ślinę, gdyż płynący z tych słów przekaz przeszył go na wskroś. Nie mógł w to uwierzyć. Zaledwie dwa dni temu siedział bezpiecznie w pociągu, zastanawiając się nad sposobem zlokalizowania Fairharta, wydaniem go Wybawczemu Aliansowi Różdżek oraz oswobodzeniem ojca z kajdan. Dziś z kolei obudził się na kompletnym pustkowiu i rozmawiał z człowiekiem, który najprawdopodobniej szykował się do nie tylko uwolnienia z więzienia Harry'ego Pottera, ale także powstrzymania Sebastiana Darvy'ego...
– Jakie mam opcje? – zapytał, cały się trzęsąc.
– Masz dwie możliwości – odpowiedział po prostu mężczyzna. – Nie jesteś żadnym więźniem, Albusie. Jeżeli zechcesz, aportuję się z tobą w okolice Hogwartu. Stamtąd wyślę patronusa, który zaalarmuje nauczycieli w zamku, więc w ciągu godziny ostatecznie znajdziesz się cały i zdrowy w dormitorium, otoczony grupą przyjaciół i hordą znajomych, głodnych najnowszych informacji z zewnątrz.
– Lub? – Chłopiec się skulił.
– Możesz zdecydować się zrobić coś, co ma znaczenie.
Albus przeczesał palcami włosy, po czym się uspokoił i skupił na prowizorycznych rysunkach na tablicy.
Azkaban – forteca, w której Harry Potter spędził ostatnich kilka miesięcy. Prawdopodobieństwo, że razem z Fairhartem w ogóle dotrą do wyspy, było naprawdę znikome, nie mówiąc już o przeniknięciu do więzienia, uwolnieniu taty oraz wykonaniu innych, bardziej zniechęcających działań.
W Hogwarcie czekali zaś na niego Scorpius i Morrison, Weasleyowie oraz Mirra. Pomyślał o czekającej w domu matce, pogrążonej w żalu i wypłakującej sobie oczy oraz ciotkach i wujkach bezskutecznie próbujących ją pocieszyć. Pomyślał o Mirze, która najprawdopodobniej leżała teraz na łóżku, zwinięta w kłębek, ściskając w dłoniach świąteczny medalion. Oddałby wszelkie skarby świata, żeby móc położyć się obok niej i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Gdyby przydarzyło się jej coś strasznego, umarłby w środku. Gdyby coś złego spotkało kogokolwiek mu bliskiego...
– Jak tam dotrzemy? – wychrypiał, patrząc mężczyźnie prosto w oczy. – I kiedy?
Fairhart się uśmiechnął, przez co jego twarz stała się dwa razy bardziej przerażająca.
– Cóż, na pewno nie natychmiast. Najpierw musimy cię trochę podszkolić.
– Co takiego? – Albus był zaskoczony. – Że niby w jakim sensie...?
Srebrny Czarodziej przechylił głowę.
– Czas na trening renegata.
* Herpon Podły – grecki czarodziej czystej krwi, wężousty, archetyp czarnoksiężnika, z którego osiągnięć korzystali jego następcy. Zasłynął ze stworzenia pierwszego w czarodziejskiej historii bazyliszka, wymyślenia wielu przekleństw, klątw i uroków oraz stworzenia pierwszego horkruksa
