21. CALEB FAIRHART
Albus następnych kilka dni spędził jakby śniąc na jawie, czasami nie mogąc w pełni zrozumieć, dlaczego i jakim cudem znalazł się w tej sytuacji. Co tak właściwie doprowadziło go do pobytu w chatce? Nieco ponad tydzień temu wymieniał się przecież prezentami świątecznymi z Mirrą, a teraz dostosowywał się do wymagań życiowych Sancticusa Fairharta, cały czas przygotowując się do infiltracji najbardziej przerażającego oraz niebezpiecznego miejsca na świecie.
Szybko się zorientował, że nie było innego wyjścia. Nowy współlokator z pewnością nie był niesprawiedliwy w negocjacjach, o czym świadczyły jego ciągłe pytania, czy Albus nadal jest zdecydowany.
– Nie wycofuję się – odpowiedział pewnego dnia przez zaciśnięte zęby; ciągle jedno i to samo. – Gdybym uważał, że nie jestem gotowy, w ogóle bym się nie zgadzał.
– W takim razie przestań narzekać na środek antyseptyczny – odparł sucho mężczyzna, wskazując na kostkę mydła w dłoniach chłopca.
Ślizgon zmrużył oczy, zdeterminowany, aby nie dać się wciągnąć w dyskusję. Zamiast tego przysunął się bliżej kominka i zaczął mechanicznie myć ramiona kawałkiem namydlonej szmatki. Gdy skończył, opłukał ręce w wodzie.
Pierwsze dwa dni pod opieką Fairharta polegały przede wszystkim na poznawaniu otoczenia oraz nauki życia pod jednym dachem. Albus całkiem szybko odkrył, że domek rzeczywiście znajdował się w całkiem odosobnionym miejscu, gdzie drzewa otaczały wszystko oprócz wąskiej, gruntowej drogi pokrytej śniegiem, która prowadziła do małego czarodziejskiego miasteczka, które mężczyzna często odwiedzał, aby kupić potrzebne do życia rzeczy, takie jak żywność i środki czystości.
– Czemu tak właściwie nie mogę się umyć za pomocą magii? – zapytał ślizgon, podczas gdy jego towarzysz wyglądał bez celu przez okno.
– Namiar, który ma Zjednoczone Ministerstwo, może i jest tylko repliką, ale sprawiłem, że jest zdolny do wykrywania co poniektórych rzeczy. Mogę używać w twojej obecności magii i to nie będzie rejestrowane, ale jeżeli ty rzucisz zaklęcie, miejsce naszej lokalizacji stanie się wyraźniejsze. A poza tym, nawet gdybyś mógł czarować, nie radziłbym. Przy pomocy różdżki możesz się umyć tylko powierzchownie, ale istnieją bakterie i osiadłe na skórze chemikalia, których tak nie wyeliminujesz. Kiedy jesteś w domu, kąpiesz się w tradycyjny sposób, prawda?
Albus nie odpowiedział, ale kiedy założył przez głowę koszulkę, postanowił zapytać o coś zgoła innego.
– Jeżeli nie mogę używać magii, to jak zamierza mnie pan trenować?
– Cóż, będziemy musieli przez to po prostu przebrnąć. Możliwe jest osłabienie działania Namiaru na niepełnoletnim czarodzieju, ale nie czuję się teraz wystarczająco komfortowo, żeby zastosować na tobie tę magię – zwłaszcza dopóki nie będę pewien, że mogę jej swobodnie używać. Jeżeli Zjednoczone Ministerstwo nie wpadnie tu podczas kilku następnych dni, zaczniemy prawdziwe szkolenie.
– A jeśli się pojawią? – zapytał.
Spojrzenie Fairharta nabrało intensywności.
– Jeżeli chcesz, aby to nastąpiło, możesz swobodnie czarować. A następnie, oczywiście, dać im się odprowadzić. Oferta wciąż jest aktualna...
– Zostaję – burknął, zirytowany ciągłymi zapewnieniami. Skoro mężczyzna swobodnie mógł używać zaklęć, czemu ciągał go do pomocy? – A nie martwi się pan, że powiem ludziom, gdzie pan przebywa? – dodał.
Fairhart uśmiechnął się lekko, przez co jego twarz znów przybrała przerażający wyraz.
– Spokojnie, nic wielkiego by się nie stało. Mam wiele kryjówek, Albusie. Tę po prostu lubię najbardziej. Poza tym, ufam ci i nie mam żadnych powodów do zmartwień. Twoje uczucia względem mnie mogą być co najmniej dwuznaczne i nie mogę cię za to winić, ale intuicja mi podpowiada, że również nie lubisz Zjednoczonego Ministerstwa. Nie masz pobudek, aby opowiedzieć się po ich stronie.
Chłopiec nie odpowiedział.
Noce spędzał na tej samej kanapie, na której pierwszego dnia się obudził i nie wiedział, gdzie sypiał Fairhart. Był bardzo zaskoczony, gdy w nocy nękały go zwykłe koszmary senne, będące obawami dnia codziennego, a nie te straszliwe, gdzie walczył ze swoim sobowtórem.
– Czy coś cię niepokoi, Albusie? – zainteresował się mężczyzna, kiedy siedli razem przed kominkiem. – Nie tknąłeś swojej porcji...
Chłopiec wziął do ręki chrupiącą kromkę chleba.
– Kupuje pan jedzenie w wiosce, prawda? – Zmarszczył brwi. – Tej w pobliżu?
Fairhart potaknął, a następnie ugryzł kawałek bochenka.
– Owszem, ale nie mają dobrego wyboru. Niedługo jednak odwiedzisz miasto. Przed planowanym eskapadą musimy odpowiednio przygotować się do drogi.
– Czyli... po prostu pana tam ignorują? – zapytał niby od niechcenia ślizgon.
– Ludzie nie wspominają mnie równie często, co grono twoich przyjaciół. Tylko nieliczni są też świadomi tego, że powinienem być martwy. Kiedy spaceruję po miejscu publicznym, interesująca wydaje się jedynie moja charakterystyczna twarz, nic więcej. W czasach rządów Warrena Waddleswortha rzeczywiście muszę być bardziej czujny, ale nie jesteśmy w centrum, a na dalekich peryferiach.
Albus skinął głową, a potem wgryzł się w swoją kromkę i zaczął ją wściekle przeżuwać.
– Coś jeszcze cię dręczy – stwierdził czarodziej.
– Zastanawiałem się nad moją rodziną i przyjaciółmi – o tym, co sobie teraz myślą.
– Nadal możesz...
– Niech pan przestanie – warknął ostrzegawczo, przybrawszy surowy wygląd.
Fairhart się skrzywił, przez co bruzdy na jego twarzy stały się dwa razy bardziej widoczne.
– Cóż, najlepszą metodą jest wmówienie sobie, że bliscy tylko się martwią, a nie rozpaczają. To, że są zdezorientowani, jest naturalne, ale uwierz, że trzymają się nadziei. Nie wiem, czy Zjednoczone Ministerstwo poinformowało ich, że będąc nieprzytomnym, zostałeś deportowany z miejsca ataku przez kogoś, kto uważany jest za wroga, ale przynajmniej wiedzą, że jesteś wśród żywych.
Albus nie odpowiedział, bo zdał sobie sprawę, że przecież od paru miesięcy żyje w podobnej sytuacji. Nie miał kontaktu z tatą oraz żadnej gwarancji, że jeszcze się kiedyś zobaczą, a kurczowo trzymał się nadziei, że wkrótce rodzina znów będzie w komplecie. Mama najprawdopodobniej miała najgorzej – nie dość, że liczyła się z ewentualnością, że może zostać wdową, to dodatkowo nie wiedziała, czy w najbliższym czasie nie straci też dziecka...
– Jutro zaczynamy trening – powiedział nagle Fairhart, czym wyrwał chłopca z zamyślenia.
– W końcu zacznę się uczyć potężnej magii? – spytał z zapałem.
– Niezupełnie. Bycie kompetentnym czarodziejem to coś więcej aniżeli zapamiętywanie tylko potężnych zaklęć. Najpierw trzeba nauczyć się techniki i podszlifować umiejętności – odpowiedział mężczyzna. – To materiał na jutrzejszy dzień, a teraz proponuję położyć się spać. – Machnięciem różdżki zgasił ogień, a następnie wyszedł z pokoju.
Albus został sam. W ciemności wczołgał się na niewygodną kanapę i z przyjemnością wtulił w ciepły koc, trochę podekscytowany zbliżającym się treningiem. To było naprawdę dziwaczne, zwłaszcza że dotyczyło niecodziennego zadania, którego rezultaty plasowały się pomiędzy niepowodzeniem i gorzkim rozczarowaniem, a przedwczesną śmiercią. Pocieszenie przynosił fakt, że nie siedzi bezczynnie, czekając na najgorsze informacje, a rzeczywiście coś robi. Nic się też nie stanie, jeżeli napotka na drodze jakieś przeszkody, a przecież niemagiczne szkolenie nie może być trudne.
Bladym świtem odkrył, że powinien był szybciej zasnąć, a nie rozwodzić się nad możliwościami. Pięć albo sześć godzin snu to zdecydowanie za mało.
– Chce pan, żebym się na to wspiął? – zapytał z powątpiewaniem, wskazując na wysokie masywne drzewo, mokre i chłodne od nocnego śniegu.
– Tak – odpowiedział po prostu mentor.
Ślizgon się zagapił.
– Chce pan, żebym wdrapał się na gigantyczne drzewo? – powtórzył, nie mogąc uwierzyć. – Czy mogę wiedzieć dlaczego?
– Naszym celem jest wyspa, Albusie. Na takich terenach jest mnóstwo roślinności i chociaż prawdopodobieństwo, że któreś z drzew będzie oprószone śniegiem, jest znikome, to doskonała okazja, żeby zaznajomić się z podstawami.
– Niby tak, ale czemu...?
– Znaczna przewaga wysokościowa może skutkować atakami z powietrza oraz stanowi doskonały punkt obserwacyjny. W pierwszym przypadku możesz zaskoczyć w ten sposób nawet kilku niczego się niespodziewających przeciwników i szybko odwrócić sytuację na swoją korzyść, zaś w drugim możesz na spokojnie rozeznać się w otoczeniu. Korona drzew oraz liście dają też możliwość ukrycia się nawet przed zaklęciami lokalizującymi, takimi jak Homenum Revelio, które cię namierzy, ale nie podpowie rzucającemu, że znajdujesz się ponad nim.
Albus, wzburzony, przez chwilę zwyczajnie się gapił, a potem potrząsnął w niedowierzaniu głową.
– Ile razy wdrapywał się pan na drzewa, chcąc wyprowadzić atak? – zapytał sarkastycznie.
– Dziewięć – odpowiedział automatycznie mężczyzna, na co chłopiec jęknął. – Czas na ciebie. No dalej.
Ślizgon niechętnie przystąpił do działania, po czym chwycił się najbliższej podstawy pnia drzewa zmarzniętej gałęzi i się podciągnął. Zimny śnieg mroził mu palce i znacznie utrudniał wspinaczkę, lecz wszystko się skomplikowano dopiero w mniej więcej połowie drogi na wierzchołek. Kiedy zbyt mocno postawił stopę na jednej z gałęzi, usłyszał głośne trzaśnięcie, które podpowiedziało mu, że dalsze wchodzenie wzwyż zakończy się nieszczęśliwym wypadkiem.
– Niektóre konary są bardzo kruche! – zawołał.
– Zgadza się – odpowiedział Fairhart.
– Nadal mam się wspinać? – krzyknął, mocno zirytowany.
– Nie ma sensu, bo zginąłeś, kiedy się odezwałeś. W ten właśnie sposób zdradziłeś swoją lokalizację. Zejdź na dół i spróbuj ponownie. W ciszy.
Albus potrzebował trzech prób, żeby zgodnie z wytycznymi nauczyciela ukradkiem wdrapać się praktycznie na wierzchołek. Ciągle się ranił, za wyjątkiem ostatniego razu. Gdy z ulgą schodził po gałęziach na ziemię, jego spodnie zaczepiły się o wystający, jakby zasuszony konar, kształtem przypominający szpony, a kiedy chciał się odsunąć i uwolnić, przypomniał sobie o sygnecie, który ciążył mu w kieszeni. To sprawiło, że w mig znieruchomiał.
Wciąż nie oddał pierścienia Fairhartowi – może dlatego, że nie było na to dotąd odpowiedniego czasu, a może zwyczajnie nie chciał ze szczegółami wyjaśniać, w jaki sposób wszedł w jego posiadanie, zwłaszcza że dużą w tym część odegrała Ida Blackwood. Co więcej, cichy głosik z tyłu głowy, który usilnie starał się ignorować, podpowiadał mu, że mężczyzna po prostu na to nie zasługuje. Jakby na problem nie spojrzeć, miał pierścionek ze sobą na Woodlard Way 2791 i zdecydował się go zatrzymać – zbyt odrzuciły go działania Srebrnego Czarodzieja.
Fairhart się zmienił, a przynajmniej na pierwszy rzut oka. Koniec końców Albus nie zaobserwował w nim pokładów wściekłości, czy skumulowanej agresji, ani nawet nie przyuważył brutalnych tendencji, które nieodłącznie kojarzyły mu się ze spotkaniem sprzed kilku miesięcy. Z drugiej strony nie było dotychczas żadnego czynnika wywoławczego, bo wtedy była nim śmierć Idy Blackwood – fakt, iż kobieta wykrwawiła się mężczyźnie na rękach, doprowadził do narodzin potwora, którym wówczas się stał. Zbierając wszystko do kupy, ciężko stwierdzić, na jakim stadium rozwoju zatrzymał się teraz Fairhart...
– Nad czym tak rozmyślasz?
Ślizgon potrząsnął głową.
– Zaczepiła mi się noga. – Odepchnął się mocno od drzewa, a włożona w to siła sprawiła, że się uwolnił. Zeskoczył tuż obok Fairharta, a gdy stanął stabilnie, zadrżał z powodu nagromadzonego na ubraniach śniegu. – Co dalej?
– Pomyślałem, że zrobimy sobie mały eksperyment śledzący – powiedział bez ogródek mentor.
– Zamknij oczy.
– Och, serio...? – Pomarudziwszy, Albus wykonał polecenie. Gdy po minucie nadal nie otrzymał żadnej odpowiedzi, podniósł powieki i w okamgnieniu zrozumiał, że właśnie został wykiwany. Czarodzieja nigdzie nie było widać, a śnieg zdobił ślad. – Naprawdę...? – mruknął pod nosem, a następnie podążył pozostawionym tropem, który sprawiał wrażenie bardzo poskręcanego i rozchodzącego się w różne strony po całym zalesionym obszarze.
Zatrzymał się po prawie dwóch minutach marszu, bo ślady zaprowadziły go na stosunkowo małą polanę, a następnie zniknęły. Rozejrzał się wokół, szukając innej wskazówki...
Coś na niego spadło, przez co przewrócił się na ziemię. Gdy ciężar zniknął, jęknął i podniósł się na nogi. Okazało się, że był to Fairhart.
– Czemu nie sprawdziłeś góry? – zapytał protekcjonalnie mężczyzna, wskazując na drzewo, z którego przed momentem zeskoczył.
– Podążanie za śladami stóp? – Albus zignorował pytanie i zadał własne. W międzyczasie pomasował także obolałe plecy. – Czy to aby nie zbyt elementarne...?
– Zdziwiłbyś się, ilu czarodziejów i czarownic zostawia po sobie ślady, nie zastanawiając się nawet, czy ktoś za nimi podąży. Zwracanie uwagi na tak zwyczajne wskazówki może ponownie poskutkować atakiem z zaskoczenia. Zapamiętaj również, że jeżeli nagle trop się urywa, dobrze jest zrobić unik lub rzucić się na ziemię – to znak, że wpadłeś w pułapkę.
– Cóż, z pewnością zapamiętam, gdy będę brodził za nim w zaspach – powiedział chłodno.
– Śnieg nie jest jedynym podłożem, na którym można zostawić ślady. Wkrótce się przekonasz, że błoto czy brud mogą być równie skuteczne. Spróbuj też wyciągnąć z tego trochę symboliki. Gdy próbujesz kogoś namierzyć, jesteś tam, gdzie cel. Gdy fizycznie chcesz kogoś zlokalizować, szukasz wizualnych wskazówek. Jeżeli jednak twój cel aportuje się po całym świecie, musisz traktować cały obszar jako jeden wielki odcisk buta.
– Co ma pan na myśli? – Uniósł brwi.
– Cóż, jeśli śledzisz kogoś na różnych obszarach, to oczywiście potrzebujesz informacji, na przykład dokąd cel zmierza. Nic trudnego, dojdziesz do tego drogą dedukcji. Jeżeli dowiesz się, gdzie cel był, musisz po prostu podążać tym tropem, a potem badać każde miejsce, gdzie się pojawi. Załóżmy czysto teoretycznie, że chciałeś mnie zlokalizować. Gdybyś mnie śledził, w końcu odnalazłbyś tę chatę. Podczas przeszukiwania wnętrza domu, zobaczyłbyś liczne książki o nekromancji i potężnych magicznych przedmiotach, takich jak Smocza Różdżka, co stanowiłoby największą wskazówkę moich następnych ruchów. Zakładając, że wcześniej wiedziałeś, że ów różdżka jest w posiadaniu Sebastiana Darvy'ego, możesz śmiało założyć, że planowałem udać się do Azkabanu. Mam nadzieję, że wkrótce tam dotrzemy.
– Czemu pan mi o tym opowiada? – zapytał chłopiec. – Przecież nie mam zamiaru przeczesywać dosłownie całego świata w poszukiwaniu nie wiadomo kogo...
– Może i nie, jednakże chciałem ci przekazać trochę więcej wiedzy, aniżeli podstawy – właśnie przedstawiłem sposób myślenia tropiciela. Wszystko, co robisz, można widzieć w postaci śladu, Albusie. Właśnie dlatego podczas każdego ruchu, należy zachować szczególną ostrożność. Zawsze zacieraj swoje ślady, niezależnie od tego, czy są rzeczywiście odbite w śniegu, czy zostawiasz je tylko metaforycznie. Aby to zademonstrować, zanim za kilka tygodni ruszymy w drogę, zamierzam ukryć zarówno mój księgozbiór, jak i inne cenne rzeczy, którą mogą naprowadzić na nas potencjalnego tropiciela...
– Słucham...? Że jak za kilka tygodni...? – zapytał, zaskoczony. – Nie możemy przecież tyle przygotowywać się do podróży!
Fairhart zmarszczył brwi, ale ślizgon był zbyt wściekły, żeby uznać ten gest za oznakę niezadowolenia. Mężczyźnie się nie spieszyło, bo jakby na to nie spojrzeć artefakty, na których mu zależało, nigdzie się nie wybierały, a harmonogram Albusa był napięty – musiał uratować tatę na czas. Darvy mógł zabić Harry'ego Pottera, kiedy tylko miał ochotę... a Waddlesworth w każdej chwili mógł przypuścić atak na Azkaban. Kierując się optymizmem, mógł liczyć na odwleczenie jednej z tych rzeczy, ale nie dwóch.
– Wiem, czym się martwisz.
– Więc rozumie pan, dlaczego nie możemy spędzić kilku tygodni na przygotowaniach – wypalił. – Wiem, że powinienem nauczyć się chronić pańskie plecy, ale mój ojciec...
– Uspokój się, Albusie. Będziemy mieć czas na trening.
– Nie mamy pewności! – krzyknął, nagle w pełni pojmując, dlaczego nie zamierzał zwrócić pierścionka właścicielowi. Fairhart był po prostu zbyt samolubny. – Nie wiemy, kiedy Darvy skończy z moim tatą, ani kiedy Waddlesworth...!
– Przewidywanie, za którym opowiadają się fakty, jest podstawą naszego planu – przerwał mu czarodziej. – I znów wracamy do kwestii pożytku. Potencjalna egzekucja Harry'ego i atak Warrena na Azkaban to dwie różne, zupełnie niezwiązane ze sobą sprawy, Albusie – naprawdę są od siebie niezależne. Darvy potrzebuje wysoko postawionych więźniów, najlepiej politycznych, aby wydobyć z nich informacje dotyczące Ministerstwa Magii. Będzie musiał to ciągnąć, aż Warren przypuści atak. Mimo że jest pewny potęgi swojej armii, nie pozwoli się przechytrzyć. W drugą stronę jest podobnie. Chociaż może być wojowniczo nastawiony z powodu śmiałej napaści na szkolny pociąg, Waddlesworth nie pozwoli, aby emocje wzięły górę nad jego skrupulatnym planowaniem. Wciąż jest nowy w Ministerstwie. Jestem przekonany, że zanim upewni się, że jest przygotowany do przeprowadzenia ataku na Diabli Alians, najpierw przestudiuje Azkaban od podszewki – rozbierze każdą cegłę po kolei. Sumując cały ten czas, wnioskuję, że mamy około miesiąca na trening, zanim cokolwiek się wydarzy.
Chłopiec nadal był zły. Niezależnie od sensowności tłumaczenia, nawet Fairhart przyznał, że to tylko przypuszczenia. Otworzył buzię, żeby coś odburknąć, ale mężczyzna go wyprzedził.
– Rozumiem twój pośpiech, Albusie, ale tak szczerze powiedziawszy, wszystko zależy od ciebie. Im szybciej okażesz się partnerem, który pomoże mi w infiltracji, tym szybciej podejmiemy próbę.
Ślizgon parsknął, doskonale wiedząc, że mentor chciał go tylko podbudować i zmotywować do działania – zastosował metodę zwiększenia zakresu odpowiedzialności. Mimo to w następnych słowach mężczyzny pojawiła się nuta współczucia.
– Możemy spróbować trochę przyspieszyć tempa. Powiedzmy, że... jutro skupimy się na pewnej specyficznej dziedzinie magii.
Albus nadstawił uszu.
– Co konkretnie ma pan na myśli? – zapytał z roztargnieniem. Oczami wyobraźni widział już te wszystkie zaklęcia, którymi na prawo i lewo ciskał Srebrny Czarodziej, różnego rodzaju złożone tarcze oraz te szybkie ogłuszacze, które podążały za swoim celem...
Fairhart zasugerował jednak coś znacznie bardziej interesującego.
– Zaplanowałem naukę legilimencji.
Następnego dnia Albus musiał wytrzymać około dwudziestu minut przygotowań do używania magii. Żeby mieć pewność, że czarowanie nie zostanie wykryte, Fairhart nakazał mu stać nieruchomo i nie ważyć się ruszyć nawet palcem, podczas gdy sam machał różdżką nad jego głową, mamrocząc pod nosem coś mało zrozumiałego. Po swędzącym karku podrapał się, dopiero gdy uzyskał pozwolenie od mentora.
– Czyli mogę teraz swobodnie czarować? – zapytał, odsuwając się od kominka – dzisiejsza lekcja miała mieć miejsce w domu.
– Tak sądzę. – Fairhart pogłaskał się po brodzie. – Normalny Namiar nie dałby się w ten sposób oszukać, ale z racji tego, iż mój zamiennik nie jest perfekcyjny, powinno być w porządku. – Skinął. – Cofnij się trochę.
Albus wykonał polecenie, wyjął z kieszeni różdżkę i niespokojnie rozejrzał się po pokoju. Zdał sobie sprawę, że w pomieszczeniu zostały tylko dwa meble, a mianowicie kanapa, na której spał oraz stolik przyłóżkowy; obydwa zostały odsunięte pod samą ścianę.
– Czemu potrzebujemy aż tak dużo przestrzeni? – spytał.
– Bo będziemy praktykować magię. Chociaż ta konkretna dziedzina magii nie ma fizycznego wymiaru, zawsze jest niewielka szansa, że coś pójdzie nie tak – wytłumaczył na spokojnie Fairhart. – Wyodrębnienie sobie rozsądnej przestrzeni jest podstawą wszystkich ćwiczeń i nauki nowych rzeczy.
Albus skinął głową, ale zanim zdążył odpowiedzieć, mentor sprawnie zmienił temat.
– Masz szesnaście lat, prawda?
– Tak.
– Czy zapoznano was już w szkole z terminem „magii niewerbalnej"? Czy zostaliście poinstruowani, choćby marginalnie, w jaki sposób powinno się rzucać zaklęcia?
– Tak – powtórzył chłopiec. – Trochę materiału wprowadzono na piątym roku i kontynuujemy go na szóstym...
– Bardzo dobrze. – Fairhart skinął z aprobatą. – A co z aportacją?
Albus lekko się spiął, nagle czując się nieswojo.
– Ćwiczymy – odparł beznamiętnie. – Niestety, nie jestem szczególnie...
– Tak długo, jak rozumiesz metodę, nie trzeba być utalentowanym – powiedział szybko czarodziej. – Wypytuję cię o szkołę, ponieważ legilimencja w dużej mierze jest sztuką niewerbalną. Owszem, istnieje inkantacja, podobnie jak w przypadku innych zaklęć, ale artykulacja jest pomocniczym narzędziem mnemonicznym, zwłaszcza dla kogoś, kto nie jest wystarczająco zaznajomiony z tematem lub zmaga się z metodyką. W przypadku legilimencji – oraz innych gałęzi magii dotyczących przede wszystkim umysłu – przekonasz się, że metoda jest o wiele ważniejsza, aniżeli wymachiwanie różdżką. Przyjrzyjmy się bliżej aportacji. Podczas nauki musisz być maksymalnie skoncentrowany i wykonywać zadania mentalne – skupienie stanowi nadrzędną zmienną, a dopiero potem jest odpowiedni ruch różdżką i inkantacja.
Fairhart sprawnie wszedł w rolę wykładowcy.
– Przejdźmy do dzisiejszej lekcji. Oczywiście, zaczniemy od zaklęcia, o którym zaraz opowiem. Legilimencja nie opiera się na doświadczeniu. Nie ma większego znaczenia, czy stosuje ją wprawny czarodziej, czy też początkujący uczeń, a co za tym idzie, niepotrzebna jest magiczna przewaga lub siła – liczy się element zaskoczenia. Nawet najlepszym legilimentom zdarza się użyć tej umiejętności bez własnej świadomości i zastanowienia, na przykład wykwalifikowani ludzie są w stanie stwierdzić, nawet się nie wysilając, kiedy są okłamywani. Oczywiście, o ile druga osoba nie jest biegła w oklumencji, ale to zupełnie inna bajka.
– Zna się pan na oklumencji? – zapytał Albus. – Hm, możliwe, że wcześniej też się o to dopytywałem...
– Znam, czasem praktykuję, ale nie jestem mistrzem. Zamykanie umysłu, przynajmniej dla mnie, jest o wiele trudniejsze od wnikania. Wnioskując po moim doświadczeniu, nie byłbym dla ciebie dobrym nauczycielem. Jest bardzo mało prawdopodobne, że będziesz musiał bronić swej głowy, gdyż podejrzewam, że poplecznicy Darvy'ego nie są szczególnie uzdolnionymi czarodziejami. Legilimencja jest jednak doskonałym magicznym narzędziem, którym warto biegle władać, dlatego też będę cię nadzorował podczas ćwiczeń.
Skinął głową, niespokojny. W rzeczywistości nigdy nie rozważał nawet nauki penetrowania czyjegoś umysłu, ale teraz, kiedy był blisko, poczuł się wyróżniony – w końcu uzyskał możliwość zdobycia cennej wiedzy. Wtem uderzyła go okropna myśl. Co, jeżeli będzie mu szło równie kiepsko, co na zajęciach z aportacji?
– Najważniejszy jest sposób myślenia człowieka, który używa legilimencji – zaczął Fairhart, spacerując wkoło wokół ucznia, mniej więcej w odległości piętnastu stóp. – Jako istoty ludzkie, jesteśmy ciekawi z natury. Pożądamy informacji, nawet tych ściśle tajnych, celowo utrzymywanych w tajemnicy, a legilimencja znacząco ułatwia nam zadanie. Zazwyczaj nie posuwamy się do ostateczności, bo uważamy to za przekroczenie wszelkich granic, za moralnie naganne zachowanie, za pogwałcenie czyjejś prywatności. – Urwał na moment. – Jeżeli chcesz władać legilimencją, to nie może stanowić dla ciebie problemu, a wręcz przeciwnie – musisz wykazać rażące lekceważenie wobec próśb innych oraz tajemnic, które chcą zachować. Podobnie jak w przypadku Avady Kedavry, której rzucenie wymaga rzeczywistych chęci, legilimenta nie przeniknie do czyjegoś umysłu, jeśli nie będzie tego pragnął. Właśnie dlatego muszę zadać ci ważne pytanie. Jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości, żeby spenetrować mój umysł, powiedz je teraz, abym zawczasu mógł się wytłumaczyć z niejasności.
Albus się spocił. Było wiele sekretów Fairharta, których naprawdę nie chciał poznać, na przykład wolał szerokim łukiem ominąć czas, który ten spędził w Wybawczym Aliansie Różdżek. Ostatecznie jednak zdecydował się potrząsnąć głową, bo nie potrafił wyodrębnić jednej konkretnej obawy.
– Jestem gotowy – powiedział w zamian.
Czarodziej skinął głową.
– Kiedy policzę do trzech, wyceluj we mnie różdżką i wypowiedz formułę: Legilimens. Nie zapomnij o pragnieniu i zaangażowaniu. Musisz naprawdę chcieć zaatakować mój umysł, przeanalizować myśli i wspomnienia. Utwierdź się w przekonaniu, że walka, którą podejmę, jest niczym więcej jak przeszkodą, którą należy pokonać. Zrozumiałeś?
Ślizgon potaknął i uniósł w przygotowaniu różdżkę. Serce biło mu o wiele szybciej, aniżeli oczekiwał, że będzie.
– Nie zniechęcaj się, jeżeli nie odniesiesz błyskawicznego sukcesu. Perfekcja wymaga praktyki – dodał Fairhart. – Uwaga. Raz! Dwa! Trzy!
– Legilimens! – Albus machnął różdżką, zdeterminowany.
Efekt był natychmiastowy. Scena, w którą został wciągnięty, szybko się uformowała – początkowa mieszanina kolorów i dźwięków złączyła się w jedno oraz nabrała ostrości. Najdziwniejsze było jednak to, że nadal był świadomy swoich poczynań. Wcielił się w rolę obserwatora, ponieważ fizycznie był we wspomnieniu – stał pośrodku z wyciągniętą różdżką – i jednocześnie widział stojącego nieruchomo Fairharta, który krzywił się z zamkniętymi oczami. Mimo to jakby zachował również własną osobowość.
Wtem brnął na kolanach wśród roztrzaskanych kawałków drewna i innych szczątków. Chociaż na dworze było ciemno, przedzierając się przez gruzowisko, wciąż widział swoje dłonie, mniejsze niż normalne, zdecydowanie dziecinne. Poszukiwania rodziców oświetlało mu zielone światło gigantycznej czaszki unoszącej się nad zawalonym domem...
Scena zmieniła się równie szybko, co pojawiła. Siedział naprzeciwko pięknej kobiety. Zazwyczaj chłodna i zdystansowana, była teraz rozluźniona i czuła się komfortowo. Ciepły uśmiech, który rozświetlił jej twarz, podkreślił piękno długich blond włosów z poskręcanymi końcówkami. Młoda Ida Blackwood pochyliła się, żeby go pocałować, ale delikatnie się odsunął – nie dlatego, że uważał ją za nieatrakcyjną, ani nawet nie dlatego, że jej nie kochał, ale po prostu wydawało mu się to niewłaściwe...
Wspomnienie się rozmyło, a Albusa natychmiast dopadło zmęczenie. Ugięły się pod nim kolana i nim minęła chwila, opierał się już dłońmi o podłogę.
– Wszystko w porządku? – zainteresował się mentor.
Odpowiedź chłopca nie miała nic wspólnego z zadanym pytaniem.
– Udało mi się...? Tak po prostu...? – Podniósł głowę i zobaczył, że Fairhart skinął. Ten gest z kolei sprawił, że coś przewróciło mu się w brzuchu. – Czy... czy widział pan to, co ja...?
– Niedokładnie – widziałem to, co ty widziałeś. Chociaż różnica była minimalna, najpierw zarejestrowałem myśl, a potem konkretne działanie.
– Nie rozumiem, przecież byłem panem... – powiedział pospiesznie, wstając.
– Nadal niedokładnie. Tak naprawdę widziałeś świat moimi oczami, fragmenty wspomnień. Przez krótką chwilę myślałeś, że jesteś mną, bo dzieliliśmy więź emocjonalną. W rzeczywistości to całkiem fascynujące. Mówiąc językiem anatomicznym, ciało migdałowate...
– Sukces. Odniosłem sukces. – Albus był szczerze zaskoczony. – A powiedział pan, że legilimencja jest naprawdę trudna...
– Zazwyczaj jest, ale nasze predyspozycje mają dość duży wpływ na talent magiczny – odpowiedział mężczyzna. – Może to szczęście początkującego, albo po prostu magię zdominowało twoje nieustające pragnienie wtrącania się w cudze sprawy. – Uśmiechnął się lekko. – Wybacz. To było naprawdę imponujące. Jestem przekonany, że legilimencja znacznie wykracza poza poziom owutemów. Możesz być z siebie dumny – dodał, kiedy zobaczył, że chłopiec nie odwzajemnił uśmiechu. – Spróbujmy ponownie...
– Co takiego? Znowu? – Ślizgon się trząsł. Wbrew temu, co wcześniej powiedział, nie lubił być w głowie Sancticusa Fairharta. – Trochę się napatrzyłem...
– W porządku, powinienem bardziej selekcjonować wspomnienia, które pozwalam ci zobaczyć – przyznał czarodziej, a potem wymamrotał pod nosem coś, czego nie dało się zrozumieć. – Cóż, właściwie to możemy na chwilę przerwać naszą lekcję.
Albus w milczeniu się przyglądał, jak Fairhart podszedł do zakurzonego regału w rogu pokoju. Jedynym interesującym tam przedmiotem była stara myślodsiewnia i to właśnie ona była celem. Chłopiec używał jej kilka miesięcy temu, kiedy oglądał wspomnienia na Woodlard Way 2791, tak więc właściciel zdewastowanej rezydencji musiał się po nią wrócić.
Nie odezwał się też wtedy, gdy Fairhart przyłożył różdżkę do czoła, a następnie wyciągnął z niej przezroczystą nitkę i ostrożnie umieścił ją w kamiennej misie – czynność tę powtarzał przez pół minuty, aż w końcu znów skoncentrował się na uczniu.
– O co chodziło? – zapytał Albus.
– Mimo że wspomnień nie da się do końca wymazać, można je tymczasowo usunąć. Im dalsza od czarodzieja odległość, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że natrafi się na nie podczas penetracji umysłu. Normalnie użyłbym szklanych fiolek, ale na potrzeby dzisiejszego ćwiczenia wystarczy po prostu myślodsiewnia.
– Jakie wspomnienia chce pan przede mną ukryć...? – spytał, troszkę niespokojny.
– Nie ma nic, czego bym nie chciał, abyś oglądał – odparł pokrętnie mężczyzna, a jego twarz pociemniała. – W porządku, czas na próbę numer dwa.
Chłopiec skinął z niepewnością głową. Nie wiedział, co powinien sądzić o tajemniczej odpowiedzi Fairharta. Mimo to ponownie uniósł różdżkę, ale nie włożył w inkantację całego serca. Niezależnie od tego, co twierdził wcześniej, myśl o penetracji umysłu nauczyciela wytrącała go z równowagi oraz nie chciał dokopać się do bardziej prywatnych wspomnień. Miał również nadzieję, że te najwrażliwsze wylądowały w myślodsiewni.
– Na trzy – oznajmił energicznie mentor. – Raz! Dwa! Trzy!
– Legilimens! – krzyknął ze skupieniem Albus.
Niestety, nic się nie wydarzyło. Nie doświadczył żadnych wizji, czy też oporu ze strony Fairharta. Bezowocność czaru zmroziła go w miejscu i po prostu stał z nadal wyciągniętą przed siebie ręką, gapiąc się nieprzytomnie w przestrzeń, dopóki nie został wrócony do rzeczywistości.
– W porządku, spróbujmy ponownie. To całkiem naturalne, że z początku będziesz sporadycznie osiągał sukces. Nie zapominaj, że poprzedni raz udowodnił, że jesteś w stanie przeniknąć do czyjegoś umysłu. Uwaga, skoncentruj się. Raz! Dwa! Trzy!
– Legilimens!
Niestety. Albus musiał się poddać po kolejnych trzech nieudanych próbach, kiedy to Fairhart podszedł do niego i w ojcowski sposób położył mu dłonie na ramionach.
– Myślę, że na dziś wystarczy.
– W końcu się uda! – zaoponował. – Przecież...
– Wiem, że potrafisz, ale musisz natychmiast się przebić – powiedział czarodziej. – Pomimo tylko jednej udanej próby, nadal jesteś o wiele dalej z materiałem, aniżeli zakładałem, że będziesz na pierwszej lekcji. Legilimencja jest z natury niewygodna i czasami potrzeba czasu, żeby przystosować się do jej praktykowania. To normalne.
Albus zmarszczył brwi, ale wiedział, że ma sensu się wykłócać. Chociaż Fairhart nie powiedział tego wprost, oboje doskonale wiedzieli, dlaczego następne próby penetracji były bezowocne. Co gorsza, paradoksalnie sukces całkowicie go zniechęcił.
– Robi się późno. Czas odpocząć – stwierdził spokojnym tonem mężczyzna. – Rano czeka nas wiele pracy. Chciałbym, żebyśmy omówili temat zaklęć konfrontacyjnych.
Ślizgon potaknął, a potem usiadł na starej kanapie. Fairhart się zawahał, jakby chciał mu coś jeszcze dodać, ale ostatecznie zrezygnował.
– Wygaś w kominku, kiedy będziesz szedł spać – powiedział w zamian, machając ręką w kierunku paleniska, po czym wyszedł z pokoju, najpewniej zostawiając ucznia samego aż do rana.
Zbyt nabuzowany adrenaliną, Albus nie zamierzał się kłaść. Mimo że wciąż martwił się o udręczoną rodzinę oraz mimo rzeczy, których się dziś dowiedział o swoim mentorze, ze zdziwieniem odkrył, że jest o wiele bardziej zdeterminowany. Owszem, trening u boku Fairharta był wyczerpujący psychicznie, ale w rzeczywistości warto było się na nim skupić. Podjął właściwą decyzję, bo szkolenie z dnia na dzień przybliżało go do spotkania z ojcem...
Z drugiej zaś strony istniała o wiele prostsza alternatywa. Nawiązanie kontaktu z Wybawczym Aliansem Różdżek nie może być niewykonalne, tak więc może warto spróbować. Zakładając, że Warren Waddlesworth nadal będzie skory do wymiany przysług, ten pomysł wydawał się bezpieczniejszym rozwiązaniem oraz miał prawie stuprocentowe szanse na powodzenie. Minister Magii mógł zwalniać więźniów z Azkabanu. Oczywiście, w ten sposób zniszczyłby plany Fairtharta, aby uderzyć w Darvy'ego, ale szczerze powiedziawszy, czy w ogóle mieli kiedykolwiek na to realną szansę?
Jakby na to nie spojrzeć, sam pomysłodawca był niepewny sukcesu i właśnie dlatego poprosił go o pomoc.
Znów owładnęło nim niezdecydowanie. Będąc w przysłowiowej kropce, bez większego zastanowienia machnął różdżką, czym zgasił ogień w kominku. Przez krótką chwilę był pod wrażeniem swojego wyczynu, bowiem nawet nie wypowiedział w głowie inkantacji zaklęcia, ale potem coś go rozproszyło. Mimo wygaszonego paleniska, w pokoju wciąż jarzyło się światło – srebrzysty blask w dokładnie jednym miejscu jakby odbijał się od sufitu. Serce chłopca zabiło gwałtowniej, kiedy uświadomił sobie, że źródłem tajemniczej poświaty była nadal wypełniona selektywnie usuniętymi wspomnieniami myślodsiewnia.
Czemu Fairhart jej nie zabrał? Czy zapomniał, że zostawił ją na wierzchu? A może po prostu nie chciał na nowo wszystkiego doświadczać? Odłożone wspomnienia, jakiekolwiek by nie były, z pewnością nie należały do najprzyjemniejszych.
Z ciekawością wstał z kanapy, ale prawie że natychmiast z powrotem na nią opadł. Potrząsnął głową. Jutrzejszy trening najprawdopodobniej będzie cięższy, a ćwiczenia bardziej wyczerpujące i męczące, dlatego też powinien się przespać.
Niestety, był zbyt dociekliwy. Na pewno by teraz nie usnął.
Po cichutku podszedł do regału z książkami. Głowę miał prawie na poziomie pełnej myślodsiewni. Gdy stanął na palcach, żeby mieć lepszy widok, poczuł ukłucie winy i zmartwienia. Nigdy przedtem nie odważył się użyć misy Fairharta, kiedy ten był w pobliżu. Najbliżej przyłapania był na trzecim roku, ale wtedy zagłębiał się we wspomnienia taty.
Chwilę zajęło mu utwierdzenie się w przekonaniu, że naprawdę chce zaryzykować. Nie bardzo wiedział, dlaczego tak ciągnęło go do przeszłości mentora. Czy legilimencja nie wykazała przecież, że nie podoba mu się zgłębianie czyichś sekretów? A jednak, wbrew wszystkiemu, miał wrażenie, że zaraz rozsadzi mu z ciekawości głowę...
Nie miał całkowitej pewności, że Fairhart nie wróci, więc dyskretnie rozejrzał się po pokoju. Czy on w ogóle pamiętał, że zostawił swoje wspomnienia na wierzchu? A może teoria, którą w międzyczasie stworzył, była prawdziwa – że mężczyzna nie chciał do nich za szybko wracać?
Z największą ostrożnością wziął myślodsiewnię i postawił ją na zakurzonej podłodze, a następnie opadł na kolana. Gdy zajrzał do środka, srebrzysty blask trochę go oślepił. Natura artefaktu zawsze była dla niego wyjątkowo zagadkowa. Wiedział, że ten wyskok był wysoce niemoralny i naganny, ale był pewien, że poradzi sobie z konsekwencjami odkryć – chciał dowiedzieć się więcej na temat człowieka, który gościł w jego myślach już kilka dobrych lat.
Odrzucając wahanie, ostrym ruchem przybliżył głowę do misy i pozwolił się wciągnąć. Gdy lekkie światło rozproszyło mrok, tak się spiął, że kolana natychmiast rozbolały go od nacisku na twardą podłogę.
Kiedy dotknął stopami ziemi, opadła mu szczęka.
Stał na szczycie pięknego, zielonego wzgórza, które wydawało się górować nad przedmieściem poniżej. Niemal czuł, jak delikatna bryza muska mu policzki i prawie że czuł wspaniały, urzekający zapach rosnących tu kwiatów. Wszystkie te elementy składały się na naprawdę zapierający dech w piersiach obraz oraz przyjemną dla oka okolicę. Obrócił się w kółko, zafascynowany tym miejscem. Kiedy spojrzał stromego zbocza, rzeczywiście dostrzegł w dole przedmieście, ale wzgórze ciągnęło się i ciągnęło – gdzie nie spojrzał, widział tylko zieleń.
We wspomnieniu były dwie osoby. Albus zmarszczył brwi i ponownie wbił w nich wzrok. Przez krótką, szaloną chwilę był święcie przekonany, że siedzącą na kocu kobietą jest Mirra.
Gdy bliżej przyjrzał się nieznajomej, doszedł do wniosku, że rzeczywiście były do siebie podobne, ale w szczegółach. Obie miały długie czarne włosy, swobodnie opadające im na plecy oraz jasną karnację, która zdawała się błyszczeć w słońcu. Kobieta ze wspomnienia miała jednak ostrzejsze rysy twarzy pełne usta oraz idealnie wyśrodkowany uśmiech. Mimo to najwięcej atrakcyjności dodawały jej duże intensywnie szmaragdowe oczy. Ubiór dopasowała do swojego typu urody. Miała na sobie długą sukienkę z kwiatowym wzorem, która wspaniale komponowała się ze scenerią oraz wyglądała na przyjemną w dotyku. Z wyciągniętymi przed siebie nogami, w swobodnej pozycji, siedziała na kraciastym kocu.
Oczywiście, jej towarzyszem był Fairhart, który nie był zimnokrwistym mordercą, Srebrnym Czarodziejem, czy też aurorem, którego znał przed laty. Jego twarzy nie szpeciła ani jedna blizna, czy też bruzda – była całkowicie gładka i odprężona, mimo że w połowie ukryta za kaskadą ciemnych włosów, których kilka pasm opadało mu na oczy. Był bardzo przystojny, ale urody dodawał mu przede wszystkim szczery, pociągający uśmiech.
O ile przewidywania Albusa były poprawne – a był pewien, że są – ta kobieta miała na imię Samantha i była mugolką. Gdy spojrzał na jej dłoń i nie zauważył pierścionka, doszedł do wniosku, iż przed nią i Fairhartem jeszcze daleka droga.
Para wydawała się cieszyć swoim towarzystwem. Pośrodku, pomiędzy sobą, położyli kosz piknikowy z przekąskami i butelkę czegoś, co wyglądało na wino. Alkohol w sumie służył za jedynie dopełnienie pięknego bajkowego obrazu. Widoczna we wspomnieniu miłość przytłoczyła chłopca – była czymś więcej, aniżeli mógł znieść, bo wiedział, że sielanka nie będzie trwała wiecznie, a ta chwila nie stanowi preludium do szczęśliwego zakończenia. Cokolwiek stało się z Samanthą, sprawiło, że Fairhart stał się tym, kim jest teraz.
– Chcesz więcej wina, kochanie? – odezwał się mężczyzna, sprawiając wrażenie człowieka, który gra w przedstawieniu. Z żartobliwym wyrazem twarzy, który przywodził Albusowi na myśl Morrisona, odebrał od kobiety pusty kieliszek.
– Mhm, jest wyśmienite, szanowny panie – odpowiedziała równie żartobliwie Samantha.
Fairhart nalał alkoholu zarówno sobie, jak i towarzyszce. Kiedy oddał jej napełnione szkło, wskazał na miasto.
– Więc gdzie byś chciała zamieszkać? – zapytał już normalnym głosem.
– Zdecydowanie nie na dole. – Uśmiechnęła się kobieta. – Zbyt cenię sobie prywatność.
– Och, żadnych przyjaciół? Wolisz być daleko od cywilizacji?
– Niekoniecznie. – Upiła wina. – Nie podoba mi się miejski zgiełk. To nie tak, że go zupełnie nie znoszę, ale to nie mój wymarzony dom. Chciałabym zamieszkać gdzieś, gdzie możemy mieć tyle ciszy i spokoju, ile tylko zapragniemy.
– Kiedy chcesz się przeprowadzić? – Fairhart uniósł brew.
Samantha zachichotała.
– Najpierw chcę nabrać odrobinę doświadczenia i trochę się ustatkować. Uwielbiam uczyć. Uwielbiam tutejszą atmosferę – odpowiedziała. – Potrzebuję troszkę czasu. Wiesz, kocham patrzeć, jak te dzieciaki rosną...
Czarodziej skinął głową, nie odrywając wzroku od widoku miasta.
– Na co w ogóle czekamy? – zapytał nagle. Samantha się odwróciła. Wyglądała na rozbawioną.
– Co przez to rozumiesz?
– Czego nam jeszcze potrzeba? Brakuje nam pieniędzy? A może...?
– Chcę od czegoś zacząć, zanim zrobię pierwszy krok w przyszłość – odparła. – Zawsze się tak spieszysz, San. Nie ma nic złego w powolnym tempie i rozkoszowaniu się życiem.
Fairhart nie odpowiedział, nagle sprawiając wrażenie zaniepokojonego. Podrapał się nerwowo po nosie, a potem wziął ją za ręce.
– Co ty...? – zaczęła, ale nie zdążyła dokończyć, bo mężczyzna się pochylił i złożył pocałunek na środkowym palcu jej prawej dłoni. Samantha przewróciła oczami. – Trochę przereklamowane, San... Och! – Kiedy spojrzała na swoją rękę, zauważyła coś, czego wcześniej tam nie było. W miejscu pocałunku był teraz srebrny, idealnie dopasowany, lśniący w słońcu pierścionek. – Jak...? Jakim cudem...?
– Magia – powiedział powoli czarodziej. Nadal nie puścił ukochanej, która po prostu się na niego gapiła, oszołomiona. – Więc? Czy zgadzasz się...? – dodał, zanim zdążyła zacząć go przesłuchiwać.
– Oczywiście! – wykrzyczała, brzmiąc, jakby zabrało jej tchu. – Oczywiście, że tak! – powtórzyła, zarzuciła mu ręce na szyje i przyciągnęła do pocałunku...
Scena była na tyle intymna, że Albus poczuł się niekomfortowo. Poczucie poważnego naruszenia prywatności pogłębiło się, kiedy Fairhart objął Samanthę w pasie, a potem, w pełni pochłonięty chwilą, przewrócił ją na plecy. Zanim sprawy naprawdę wymknęły się spoza kontroli, chłopiec zamknął oczy.
Na szczęście, scena zaczęła się rozmywać. W miarę formowania się kolejnego wspomnienia światło powoli zanikało, aż w końcu zostało zastąpione przez kompletną ciemność. Wszystko wskazywało na to, że kontynuację aktu ze wzgórza Fairhart zostawił sobie w głowie. Mimo wirowania z sekundy na sekundę kolory stawały się ostrzejsze, a głosy wyraźniejsze...
Stał teraz w miarę znajomym miejscu, a na właściwy trop naprowadził Albusa duży, starodawny dziadkowy zegar – był na Woodlard Way 2791. Biorąc pod uwagę znikomą ilość mebli i na wpół pomalowane ściany, można było odnieść wrażenie, że ta rezydencja dopiero za kilka dni stanie się prawdziwym domem.
Gdy odwrócił głowę, zobaczył, że Fairhart był tuż obok niego, ubrany w znoszone jeansy i luźną koszulkę. Z nadal nieskazitelną twarzą wpatrywał się w tarczę zegara.
– I co sądzisz? – zapytał głośno.
– Chyba się zakochałam – odpowiedział głos z tyłu, a gdy obaj się odwrócili, zobaczyli, że do pokoju właśnie weszła uśmiechnięta Samantha. W zwykłym, codziennym ubraniu i ze skrzyżowanymi rękoma przechadzała się od ściany do ściany, badając każdy zakamarek. – Mamy masę wolnej przestrzeni. Możemy tu na przykład postawić kanapę...
– Mówiłem o zegarze – dodał mężczyzna, wskazując na mebel.
– Tandetny – prychnęła, podchodząc bliżej.
– Lubię go. Sprawia, że w domu gości mądrość – wytłumaczył, obejmując kobietę ramieniem. – Przetrwa wiele lat, bo jest solidny. Stanowi symbol naszej miłości – powiedział żartobliwie.
– Nadal uważam, że to tandeta – odpowiedziała natychmiast. – A co ty sądzisz, Fango?
Samantha się odwróciła, a Albus tak szybko powtórzył jej ruch, że niemal skręcił sobie kark.
W drzwiach, udając zrelaksowanie, stał Fango Wilde, w milczeniu przyglądając się tej scenie. W przeciwieństwie do Fairharta, którego młodość była zauważalna, wyglądał dokładnie tak samo, jak podczas ostatniego rzeczywistego spotkania – nadal miał pospolitą twarz, niczym szczególnym się nie wyróżniającą, poza odrobinę płaskim nosem. Nawet w tamtych czasach miał mysie włosy, tym razem gładko zaczesane do tyłu, co zapewne miało dodać mu wytworności, a ostatecznie wyglądało po prostu głupio.
– Cóż, zgadzam się z Sanem – odpowiedział beztrosko, kiwając głową. – Zegar sprawia, że bardziej tu domowo.
Fairhart w zwycięskim geście wyrzucił w powietrze zaciśniętą w pięść rękę, a Samantha przewróciła oczami.
– Mogłam przewidzieć, że opowiesz się po jego stronie – podsumowała z uśmiechem, ale Fango najwyraźniej przegapił żartobliwy ton, bo nagle zaczął wyglądać na bardzo niezadowolonego.
Scena zaczęła się rozmywać i wszystko znów pochłonęła ciemność. To, co się później wydarzyło, było niezwykłe. Mrok nie odszedł, ale słychać było zniekształcone, niewyraźne dźwięki, jakby kilka wspomnień łączyło się w jedno. W kakofonii wychwycił zaskoczone sapnięcia i zmartwione westchnienia oraz przypadkowe frazy takie jak „Ministerstwo Magii" czy „czarodziej".
W końcu miszmasz zniknął, pozostawiając po sobie tylko ciemność. Po przebrnięciu przez sekwencję niewidocznych i niespójnych wspomnień chłopiec został wciągnięty w następne, tym razem pojedyncze.
Światło rozproszyło mrok.
– Zrób zdjęcie, Fango! – krzyknął damski głos.
Kiedy scena się uformowała, Albus zobaczył przepełnionych szczęściem Samanthę i Fairharta. Stali gdzieś na dworze, najprawdopodobniej tuż za domem, ale nie to było najważniejsze – kobieta była w widocznej ciąży.
Z nagłym szarpnięciem w żołądku uświadomił sobie, że już raz widział tę fotografię. Przed laty, kiedy to mężczyzna pracował jako nauczyciel w Hogwarcie, ślizgon znalazł to zakurzone zdjęcie w szufladzie biurka w jego gabinecie. Nie wiedział jednak, kto trzymał w dłoniach aparat. Wiedziony ciekawością, odwrócił się i zobaczył, jak ówczesny przyjaciel unosi urządzenie, a potem naciska odpowiedni przycisk. Szczęśliwą scenę oświetliła lampa błyskowa. Fairhart pochylił się, żeby pocałować narzeczoną, a Fango Wilde bezczelnie się temu przyglądał. Na ustach miał krzywy, niemalże lubieżny uśmiech, a w oczach skrzętnie ukryty morderczy wyraz.
Gdy wspomnienie się rozmyło, Albusa zemdliło. Popełnił wielki błąd, postanawiając skorzystać z myślodsiewni. Nie chciał już dalej zgłębiać przeszłości swojego mentora. Pragnął wrócić do rzeczywistości, ale nie potrafił – nawet nie wiedział, czy jest to możliwe, a poza tym właśnie uformowała się kolejna scena.
Znalazł się w najdziwniejszym miejscu, jakie kiedykolwiek widział.
Wylądował w białym pokoju. Ściany były prawie że gołe, a pośrodku stało biurko z bliżej niezidentyfikowanymi urządzeniami i trzema krzesłami, z których dwa były zajęte. Bliski łez Fairhart obejmował siedzącą obok niego Samanthę. Kobieta była zgięta w pół i dłońmi zakrywała opuchnięte oczy – zanosiła się płaczem.
Para nie była w pokoju sama. Mimo że nastolatek widział tę trzecią osobę tylko na zdjęciu w podręczniku do mugoloznawstwa, po białym charakterystycznym fartuchu i wystających z kieszeni na piersi długopisów wywnioskował, iż ma przed sobą starszego mugolskiego lekarza. Mężczyzna trzymał w rękach coś, co wyglądało na kredową teczkę oraz był bardzo ponury.
Albus zwrócił z powrotem uwagę na płaczącą Samanthę, która się wyprostowała i dotknęła plecami oparcia krzesła. Mimowolnie sapnął, gdyż jej brzuch był płaski. W momencie go zmroziło, gdy zrozumiał, że nie nosiła już pod sercem dziecka.
Scena zaczęła się rozpływać, ale nie zwracał na to większej uwagi. Nie powinien być zaskoczony rozwojem wydarzeń. Kilka miesięcy temu przecież widział trochę rozklekotane dziecinne łóżeczko, które nie wyglądało na używane oraz nigdy nie słyszał, żeby Fairhart założył własną rodzinę. Niemniej jednak kontrast widoku zrozpaczonego czarodzieja, próbującego pocieszyć równie nieszczęśliwą ukochaną z sielankową scenerią z zielonego wzgórza, sprawił, że po prostu był w szoku.
Wtem dobiegło go więcej dźwięków. Nie uformowały się żadne obrazy, bo znowu brakowało wspomnienia. Zamiast tego w ciemności było słychać podniesione głosy, potem gniewne krzyki, a ostatecznie również płacz. Wśród mieszaniny różnorakich odgłosów chłopiec rozpoznał ryk Fairharta, który dławił się własnymi słowami oraz równie rozwścieczone odkrzykiwania Samanthy. Zrozumiał, że dosłownie jest świadkiem rozpadu niegdyś szczęśliwego związku.
Hałasy w końcu ucichły i wszystko wskazywało na to, że w końcu uformuje się następne wspomnienie. Wszechobecny mrok przez dłuższą chwilę w ogóle nie był rozpraszany, aż w końcu Albus zobaczył nikłe, pojedyncze źródło światła – stojącą na drewnianym stoliku zapaloną świecę. Mężczyzna stał tuż przed nią, trzymając w dłoniach długi kawałek pergaminu.
Można było się domyślać, że scena miała miejsce w jakimś przypominającym gabinet pomieszczeniu, ale zanim zdołał dostrzec coś więcej, usłyszał otwierające się drzwi. Znikąd pojawił się Fango Wilde.
– San? – zapytał jakby nieśmiało. – Co czytasz...?
Fairhart wystartował do ówczesnego przyjaciela i uderzył go pięścią w twarz. Gdy renegat upuścił list, którego kartki rozsypały się po podłodze, jedną ręką złapał gościa za kołnierz koszuli, a drugą przygotował do wyprowadzenia następnego ciosu, ten automatycznie się skulił.
– Co ty wyprawiasz...? – wydusił Fango, łapiąc się za mocno krwawiący i wyraźnie opuchnięty nos. – Puść mnie, San...
– Co jej powiedziałeś? – ryknął mężczyzna, przybrawszy groźny wyraz twarzy. Trzymał Wilde'a w stanowczym uścisku, zupełnie jakby przyszpilił go do jakiejś niewidzialnej ściany.
– Nie rozumiem, o czym ty...?
– Zostawiła mnie! – warknął. – Gdzie się zatrzymała? I dlaczego? Coś jej nagadał?
– Nic, zupełnie nic!
– PODŁY KŁAMCA! – podsumował, podczas gdy drugi czarodziej sięgnął do kieszeni.
Fairhart był szybszy. Z dłonią nadal zaciśniętą na koszuli przyjaciela, wyciągnął własną różdżkę, a następnie przeciął nią powietrze. Albus usłyszał potężny huk, a potem w oszołomieniu się przyglądał, jak Wilde upadł na kolana, sprawiając wrażenie człowieka, który widział przed momentem miliony gwiazd.
– Oto mój dowód – wyszeptał groźnie i złapał ze stołu jedną z kartek. – „Po rozmowie z Fango zrozumiałam, że..." – zacytował. – Co to ma znaczyć? Co jej naopowiadałeś?
Wilde wciąż wracał do siebie. Mimo że z ust spływała mu krew, jego zazwyczaj znudzona twarz przybrała troskliwy wyraz i kontrastowała z rozwścieczoną, aczkolwiek nadal przystojną twarzą Fairharta.
– Nic jej nie powiedziałem...
– Kłamca! – powtórzył mężczyzna, bliski wybuchu płaczem. – Wiedziałeś, co myślała o magii. Wiedziałeś, że się jej boi i nie rozumie. Nagadałeś Samanthcie, że to moja wina? – wywnioskował, drżąc z nerwów. – Czy... czy naopowiadałeś jej, że to przeze mnie...?
– Przykro mi z powodu tego, co przydarzyło się twojemu synowi, Sancticusie – przerwał mu Fango. – Wysłuchaj mnie. Nic jej nie powiedziałem...
– Skończ wreszcie łgać! Wcale nie jest ci przykro! – wytknął. – Myślisz, że jestem naiwnym głupcem? Naprawdę ci się wydawało, że jesteś sprytny, a ja nie widziałem, jak na nią patrzyłeś? Tego sposobu... sposobu, w jaki... – Owładnięty emocjami, nie potrafił nawet dokończyć zdania.
Wilde wbił w Fairharta pusty wzrok, tym razem niczego nie zaprzeczając, ani nie potwierdzając.
Zrozpaczony mężczyzna wykorzystał ten moment, aby przystawić różdżkę do szyi przyjaciela.
– Zamierzasz mnie zabić? – Fango nie mógł w to uwierzyć. – Zabijesz mnie, San?
Sancticus przez dłuższą chwilę mierzył go nienawistnym wzrokiem, jakby rzeczywiście rozważając tę opcję, a potem opuścił różdżkę.
– Nie jesteś godzien – powiedział w zamian. – Nie jesteś niczego godzien – dodał ze słyszalną w głosie odrazą. – Wiem to i Samantha też wiedziała.
Fairhart puścił Widle'a i schował różdżkę, jakby konfrontacja się skończyła. Albus, pełniący we wspomnieniu rolę obserwatora, po jednym spojrzeniu na twarz Fango zrozumiał, że jest odwrotnie. Ostatnia zniewaga wyrwała go z odrętwienia, w które popadł, po czym, gdy San był nieuzbrojony, wycelował w niego różdżką...
Ślizgon krzyknął, ale ostrzeżenie na się zdało, bo nikt go ani nie słyszał, ani nie widział. Całą akcję zobaczył w zwolnionym tempie. Wilde ryknął, rozwścieczony i smagnął swym orężem. Gdy czubek różdżki dotknął policzka ofiary, rozległ się oślepiający błysk i coś eksplodowało. Fairhart natychmiast upadł na ziemię, odrzucony siłą zaklęcia i złapał się za lewą stronę twarzy. Wrzeszczał w agonii i wił się na ziemi...
Zakrwawiony Fango opadł do tyłu, a gdy odzyskał równowagę, omiótł wzrokiem poskręcaną z bólu sylwetkę przyjaciela, a potem, ni stąd, ni zowąd, z mało wyrażającą miną rzucił się do ucieczki.
Wtem Albus poczuł czyjeś ręce na swoich ramionach. Scena zaczęła się rozmywać, a następnie wirować. Wkrótce wszystko pochłonęła ciemność.
Z trudem łapiąc oddech, jakby przez ten cały czas się dusił, odsunął się od myślodsiewni. Oprzytomniawszy, natychmiast się odwrócił i stanął twarzą w twarz z rzeczywistym Sancticusem Fairhartem.
– Eee...
Nie bardzo wiedział, co chce powiedzieć, gdyż był zaskoczony postawą mentora – nie wydawał się on ani rozzłoszczony, ani nawet odrobinę zdenerwowany. Zamiast tego sprawiał wrażenie spokojnego, stoickiego.
Czarodziej bez słowa podniósł z ziemi myślodsiewnię i odłożył ją na miejsce. To znacznie przyciemniło pokój, bo jedyne źródło światła zostało odstawione na wyższą półkę. Fairhart wyciągnął różdżkę i jednym machnięciem ponownie rozniecił ogień w kominku.
– Prze... przepraszam. – Albus oparł się plecami o zakurzoną kanapę i podciągnął kolana pod brodę. – Ja tylko...
– Rozumiem – powiedział powoli mężczyzna. – Zostawienie w ten sposób myślodsiewni było dość nierozsądne z mojej strony, niemniej jednak wszystko jest w porządku. Nie przeszkadza mi, że się skusiłeś.
Ślizgon potrzebował chwili, aby sformułować odpowiedź.
– Na pewno...? – Mimowolnie się spiął. – To czemu usunął pan sobie kilka wspomnień podczas ćwiczeń legilimencji...?
– Cóż, zwyczajnie nie chciałem ich oglądać – odparł Fairhart, o dziwo, siadając na sofie, zaledwie kilka stóp od chłopca.
Albus z pokorą spuścił głowę. Po wyjątkowo nieprzyjemnej chwili milczenia postanowił zapytać o to, co zobaczył. Żeby było prościej, zaczął od rzeczy, której był bardziej niż pewien.
– Ta kobieta, Samantha... – powiedział głupio. – Była mugolką, prawda...?
Fairhart potaknął.
– I nauczycielką. Wykładała przedmioty ścisłe – wytłumaczył z cieniem nostalgicznego uśmiechu.
– Hm, rozumiem, że z początku nie wiedziała, że jest pan czarodziejem?
– Owszem – potwierdził mężczyzna. – Nie powiedziałem jej prawdy, dopóki nie zaproponowałem małżeństwa.
– Jak zareagowała...? – zapytał głupio, obawiając się, że w pewnym momencie nieopatrznie wyciągnie na wierzch utratę dziecka.
– Nie tak dobrze, jak sobie wyobraziłem – odpowiedział tajemniczo Fairhart, nawet na niego nie patrząc. Gdy zaczął zagłębiać się w szczegóły, nastrojowo trzasnęło drewno w kominku. – Była mugolką, Albusie. Jak wszyscy mugole, naturalnie drżała przed tym, czego nie potrafiła logicznie wytłumaczyć.
– Zaczęła się pana bać? – spytał, zaskoczony.
– Nie mnie. – Mentor potrząsnął głową. – Gdy się dowiedziała, zaczęła się obawiać czarodziejskiego świata i idei, które nam przyświecają. Wiedza, że istnieje tajemny rząd regulujący hodowlę magicznych gatunków stworzeń, takich jak na przykład smoki, była dla niej czystą abstrakcją – a sam pomysł jednocześnie ją fascynował, jak i przerażał. Myśl, że za pomocą jednego ruchu różdżki można kogoś zabić lub przejąć kontrolę nad czyimś umysłem, męczyła ją w nocy i utrudniała spokojny sen. Owszem, bała się, ale nie czarodziejów i czarownic, żadnej konkretnej osoby, a całej czarodziejskiej społeczności. Drżała przed światem, którego nie mogła być częścią, a w którego rozwoju będzie miała swój udział. Tego rodzaju strach nie jest rzadkością wśród mugoli, których dzieci rodzą się z magicznym rdzeniem, ani wśród mugoli, którzy poprzez małżeństwo, dołączyli do czarodziejskiej rodziny. Właściwie to, biorąc pod uwagę okoliczności, Samantha poradziła sobie całkiem dobrze. Nie zapominaj, że tamte czasy były wyjątkowo niesprzyjające. Nie mogłem jej okłamać i wmówić, że wszędzie jest bezpiecznie i cudownie. Sytuacja polityczna miała ogromny wpływ na jej sposób rozumowania i wyciągnięte wnioski.
– Nie do końca rozumiem, bo przecież wytrwaliście w tym kryzysie – powiedział słabo ślizgon.
– Oczywiście – odparł spokojnie rozmówca. – Byliśmy zakochani.
To zdanie sprawiło, że Albus się wzdrygnął. Aby uniknąć dalszego rozwodzenia się nad pojęciem miłości w czasach wojny, postanowił zmienić temat.
– Przyjaźnił się pan z Fango Wilde'em – stwierdził. – Ona też.
– To żadna nowość. Zapomniałeś, że wcześniej ci o tym powiedziałem?
– Nie, pamiętałem. Po prostu nie zdawałem sobie sprawy, że to... było tak dawno temu.
– Fango Wilde'a poznałem krótko po śmierci rodziców. Jemu także wojna z Voldemortem odebrała bliskich. Nigdy nie poznał swej matki, a ojciec i siostra zostali zamordowani, kiedy był małym chłopcem. Ledwo uszedł z tego z życiem. Osamotnionych młodych czarodziejów, którzy niespodziewanie na siebie wpadali, prawie że natychmiast złączały silne, niemal nierozerwalne więzi.
– Nie wiedziałem – wyznał zgodnie z prawdą. – Naprawdę znacie się szmat czasu...
Podczas tej chwili ciszy, która zapadła w pokoju, Albus starał się unikać wzroku Fairharta. Wysiłek okazał się zbędny, bo mężczyzna był zatopiony we własnych myślach – z roztargnieniem i pustym wyrazem twarzy wpatrywał się w ogień. To straszne, że człowiek, którego uważał za najbliższego przyjaciela, tak go oszpecił.
– Proszę przyjąć wyrazy współczucia – powiedział ślizgon. – Z powodu... syna.
– Dziękuję – odparł po chwili milczenia czarodziej, brzmiąc, jakby był bliski płaczu.
– Co...? Co mu się stało...? – zapytał ze świadomością, że stąpa po niebezpiecznym gruncie, ale po prostu musiał wiedzieć. Poznał dziś tak wiele faktów z życia Sancticusa Fairharta, że było sensu odwlekać przesłuchania w czasie.
– Komplikacje w tracie ciąży – odpowiedział mentor, a po jego niezniekształconym policzku spłynęło kilka łez. – W rzeczywistości występują dosyć często, bez żadnego konkretnego powodu. Czasami tak się... zdarza.
Fairhart schował twarz w dłoniach, a Albus, nie wiedząc, jak powinien się zachować, zwyczajnie usiadł i patrzył na ludzkie nieszczęście. Był sparaliżowany, czuł się bezradny i przytłoczony ciężarem obejrzanego wspomnienia. Ile czasu minęło, odkąd mężczyzna ostatni raz o tym rozmawiał? Czy kiedykolwiek w ogóle przed kimś się otworzył?
– Co się stało z Samanthą? – Udzielił mu się nastrój i też był bliski płaczu. – To znaczy...
– Utrata dziecka jest najgorszym, co może się w życiu przytrafić, Albusie. Całe życie z łatwością wywraca się wówczas do góry nogami. – Fairhart uniósł głowę. – Rozmowy stały się rzadsze. Przestaliśmy się śmiać. W łóżku spaliśmy odwróceni do siebie plecami. Nie było między nami czułości. Oboje nie byliśmy zdolni do stawienia czoła faktom i rzeczywistości oraz własnoręcznie dołożyliśmy cegiełkę do muru, który wyrósł pośrodku...
– I wtedy...?
– Odeszła.
– Ale czemu? – zapytał gniewnie Albus. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu, mimo że wiedział, że nie powinien być tak krytyczny i że jest zbyt stronniczy, nie lubił Samanthy. – Dlaczego pana zostawiła?
– Nienawidziła mnie, żywiła zbyt głęboką urazę oraz miała wiele pretensji – wyznał drżącym głosem Fairhart, a następnie zamknął oczy. – Od tamtego czasu nie zawracaliśmy sobie głowy organizacją wesela, gdyż tak podniosła chwila powinna być odpowiednio celebrowana, a nie potrafiliśmy się w ogóle cieszyć. Mimo upływu lat wciąż pamiętam planowaną datę naszego ślubu. Cóż, mieliśmy się pobrać czwartego maja – dodał z nostalgią.
– Nie mogę zrozumieć – dlaczego pana obwiniała...? – Wtem zrozumiał. Czuł wcześniej, że czegoś mu brakuje i dopiero teraz go olśniło. Brakujący kawałek układanki był w ostatnim wspomnieniu, które obejrzał. – Wilde – mruknął.
– Kiedy tonęliśmy w morzu smutku i dystansu, Fango okazał się doskonałą drogą ratunku – wspaniałym pocieszycielem. W sumie to całkiem interesujące – zaufanie, którym go obdarzyła. Czasami próbowałem ukryć przed nią naturę magii, próbowałem ukryć rzeczy, które mogłyby ją przestraszyć, ale Fango potrafił to umiejętnie wykorzystać oraz nie miał problemu z poinformowaniem jej, do czego są zdolni czarodzieje. Samantha uznała, że jest uczciwy i godzin zaufania, a to z pewnością pomogło jej podjąć decyzję.
– Co naopowiadał Wilde? – zapytał, odrętwiały.
– Nie wiem – powiedział Fairhart. – Może nakłamał, że jestem odpowiedzialny za śmierć naszego syna...
– Czemu mu uwierzyła? – Albus nie mógł dociec. – Czarodzieje i mugole ciągle mają ze sobą dzieci – przecież mamy w społeczeństwie czarodziejów półkrwi...
– Żeby zrozumieć, musisz spojrzeć na sprawy z jej perspektywy. Samantha nie pojmowała i poniekąd bała się magii. Nie zamierzała mnie zapytać, jak często czarodziejska krew miesza się z mugolską. O wiele łatwiej było jej przyjąć wytłumaczenie Fango, że wina leży po mojej stronie. Ciężko stwierdzić, bo jest jeszcze jedna opcja. Mógł jej powiedzieć, wprost przeciwnie, że jako czarodziej miałem moc, żeby uratować nasze dziecko.
– A mógł pan...? – Ślizgon natychmiast pożałował swojego pytania.
Fairhart wbił w niego intensywne spojrzenie. Jego twarzy nie zdobiły już łzy, chociaż w świetle skórę wciąż miał wilgotną.
– Nie wiem – odrzekł, znów bliski płaczu.
– Był w niej zakochany. W sensie, że Wilde – podsumował Albus. – To dlatego, prawda? Bo niby czemu miałby...?
– Ciężko stwierdzić, czy Fango Wilde rzeczywiście kochał Samanthę, ale z pewnością zachowywał się obsesyjnie, nie tylko przez jej wygląd czy też osobowość – powiedział już normalnym tonem mężczyzna. – Życie w tamtych czasach było ciężkie, a niemagiczni mieli łatwiej. Mugolacy stanowili częsty cel śmierciożerców, ale mugole znajdowali się w niebezpieczeństwie tylko przez przypadek. Ich spokojny byt kusił wielu czarodziejów. Fango pragnął czegoś więcej, aniżeli związku z moją narzeczoną – pragnął mojego życia. Wydaje mi się, że utrata dziecka była dziełem przypadku, ale ostatecznie dzięki temu Fango przeciął ostatni łączący nas sznur. W rzeczy samej, czasem się zastanawiałem, czy... – Zamilkł, sprawiając wrażenie niespokojnego. Wyglądał, jakby nie mógł się zmusić, żeby powiedzieć na głos swoje obawy.
Albus nie naciskał i po prostu patrzył się w płomienie. Coś jeszcze go dręczyło.
– Czy odnalazł pan Samathę po tym, co wydarzyło się pomiędzy panem z Widle'em...? – zapytał, drżąc.
Fairhart westchnął.
– Nie szukałem jej.
– Co takiego? Dlaczego? – Był zdumiony.
– Nie chciałem, żeby mnie zobaczyła – wyjaśnił ponuro mężczyzna.
Albusowi opadła szczęka.
– Słucham...? Z powodu pańskiej twarzy? Nie mógł pan się uleczyć? Czy naprawdę pan myślał, że...?
– Oszpecenie to sprawa mniejszej wagi, chodziło o moją tożsamość. Nawiasem mówiąc, długo nieleczone rany poklątwowe są bardzo trudne do wyleczenia, a wtedy nie zawracałem sobie nimi głowy. – Urwał na moment. – Nie chciałem, żeby Samantha zobaczyła człowieka, którym się stałem. Przepełniał mnie wówczas gniew, byłem zdekoncentrowany i czułem się winny. Gdy mnie zostawiła, pozwoliłem, aby pochłonęła mnie nienawiść. Zupełnie się stoczyłem. Miałem wszystko, a potem to straciłem – syna, ukochaną i przyjaciela. Ostatecznie skończyłem z niczym...
– I dołączył pan do Wybawczego Aliansu Różdżek – uzupełnił chłopiec, w mig pojmując chronologię wydarzeń, a następnie pokręcił ze smutkiem głową.
– Owszem. Nagromadziłem w sobie dużo agresji, dużo wściekłości i potrzebowałem się ukierunkować. Chciałem ranić innych. Stałem się okropną, straszliwą osobą, kroplą w morzu nienawiści. W WAR nie chodziło o odkupienie, a o wymówkę. Nie przyświecał mi żaden cel, ale chciałem walczyć i w końcu bój stał się moim paliwem napędowym. Żeby usprawiedliwić swoje działania, wmówiłem sobie, że chronię społeczeństwo przed złymi ludźmi, chociaż ci byli bardzo podobni do mnie. Cóż, był jeszcze jeden czynnik – satysfakcja. Za każdym razem, gdy zabijałem śmierciożercę, istniała szansa, że właśnie pomściłem rodziców...
– Powinien był pan szukać Samanthy – powiedział Albus. – Zamiast dołączać do Wybawczego Aliansu Różdżek, trzeba było... Chwila, moment! – Podniósł się i także usiadł na kanapie. Od środka roznosiło go coś podobnego do podekscytowania. – Nie wszystko jeszcze stracone, nadal może pan ją odnaleźć! – kontynuował niedojrzale, podczas gdy Fairhart spojrzał na niego rozbawiony. – Nie ma przecież na świecie lepszego tropiciela...
– Spróbowałem – odparł mężczyzna, czym sprawił, że entuzjazm chłopca natychmiast wyparował, a uśmiech zszedł z twarzy. – Jakieś cztery lata temu.
– Cztery lata...?
– Z biegiem czasu zapragnąłem odzyskać dawnego siebie. Ból po utracie syna i zniszczeniu życia zniknął, aczkolwiek rany pozostały – powiedział czarodziej, a ślizgon wiedział, że nie mówił o bliznach na twarzy. – Opuściłem Wybawczy Alians Różdżek, żeby ostatecznie zatrudnić się w Ministerstwie Magii. Byłem przygotowany, aby przywrócić życie na właściwe tory. Próbowałem odnaleźć Samanthę i jeżeli mam być szczery, zaszedłem naprawdę daleko, ale koniec końców odniosłem porażkę. Poświęciłem na poszukiwania mniej więcej jeden miesiąc w lecie, ale niestety bezskutecznie.
Albusa coś tknęło. Ta data była dziwnie znajoma. Cztery lata temu w lecie... to znaczy, że przed jego drugim rokiem. Wtem przypomniał sobie pierwszy raz, kiedy spotkał Sancticusa Fairharta oraz Fango Wilde'a. Tata powiedział wtedy, że tego pierwszego długo nie było...
Gdzie się pan podziewał przez tyle tygodni? W biurze już zaczynało się robić bez pana nudno.
Jaką tata otrzymał wówczas odpowiedź?
Opuściłem na trochę kraj. Chciałem poszukać paru rzeczy*.
Gdy wspomnienie napłynęło mu do głowy, serce Albusa zabiło gwałtowniej. Przypomniał też sobie, że kilka miesięcy później podejrzewał Fairharta o wszystko, co najgorsze, a najbardziej podejrzana wydawała mu się właśnie długa nieobecność czarodzieja w pracy. Był wówczas przekonany, że to on jest wtyczką w Ministerstwie, choć w rzeczywistości był nią Wilde.
Hm, to nie wszystko. Nie chodziło tylko o spotkanie, a towarzyszące mu okoliczności.
Mężczyźni rozmawiali wtedy cicho w kącie. Przez chwilę zastanawiał się nawet, czy aby się nie kłócili...
– Widziałem pana! W dniu, w którym wrócił pan do pracy! – wypalił. – Sprzeczał się pan z Fango Wilde'em!
Fairhart skinął głową i co dziwne, słabo się uśmiechnął.
– Jesteś bardzo spostrzegawczy, Albusie. Z Fango nie rozmawialiśmy od dnia, w którym zostałem oszpecony. Odkąd stałem się częścią Ministerstwa, był dla mnie bardzo uprzejmy. Tak się złożyło, że kiedy przyszedłem, on tam już pracował, ale w innym departamencie. Kłótnia, której byłeś świadkiem, była naszą pierwszą próbą rozmowy od lat.
– Czemu się sprzeczaliście? – zapytał. – Czy to dlatego, że nie mógł pan odnaleźć Samanthy?
Czarodziej potaknął.
– Nie wiem, czy Fango był w posiadaniu jakichś informacji, ale gdyby wiedział, gdzie się ukryła, z pewnością dołożyłby wszelkich starań, abym nigdy jej nie odnalazł. Gdy go wprost zapytałem, podtrzymywał swoją niewinność i próbował mnie przekonać, że nie wie, gdzie jest i dlaczego zawiodłem.
– Czy znów ruszy pan na poszukiwania? – spytał pełnym nadziei tonem chłopiec.
– Może. – Uśmiechnął się słabo Fairhart. – Najpierw jednak, o ile nie zapomniałeś, przed nami inne zadanie.
Albusowi ścierpła skóra. Zamęt związany z obejrzeniem wspomnień sprawił, że Azkaban zupełnie wypadł mu z głowy. Co gorsza, zapomniał także o swojej umowie z Warrenem Waddlesworthem oraz alternatywnym planie uwolnienia ojca. Gdy rzeczywiście wyda swojego mentora, ten nigdy nie będzie w stanie odnaleźć Samanthy...
– To zaś sprowadza nas do jednego – potrzebujesz snu – powiedział mężczyzna i wstał. – Jutro znów będziemy ćwiczyć...
– Wybraliście mu imię? – zapytał ze świadomością, że ta dyskusja wkrótce się zakończy. Nie mógł jednak pozwolić, aby Fairhart wyszedł z pokoju bez odkrycia przed nim ostatniej karty.
– Słucham?
– Waszemu synowi – doprecyzował. – Czy wybraliście mu imię?
– Nie. W każdym razie niezupełnie. – Wzrok czarodzieja był obojętny. – Wciąż rozważaliśmy różne opcje...
– Każde dziecko powinno mieć imię. Po prostu... Ach, sam nie wiem...
Albus naprawdę się nie rozumiał. Nie potrafił do końca wyjaśnić, dlaczego słysząc o tragicznej przeszłości Sancticusa Fairharta, desperacko chciał go pocieszyć. Pragnął pomóc wrócić mentorowi na dawną ścieżkę, ponieważ zdecydowanie bardziej wolał mieć do czynienia z tamtym człowiekiem, niż z okrutnym i nieznającym litości renegatem.
– Cóż, zastanawialiśmy się nad „Calebem" – wyznał po chwili mężczyzna. – Po kuzynie Samanthy, którego bardzo lubiła...
– Caleb Fairhart. – Ślizgon potaknął. – Miłe dla ucha...
– Caleb Crowe. Nie zapominaj, że nie zdążyliśmy się pobrać.
– Nie. – Albus pokręcił głową. – Powinien nazywać się Fairhart – dodał, a były nauczyciel posłał mu ciepły, pełen wdzięczności uśmiech.
Wtem zapaliło mu się światełko. Może pomóc w jeszcze jeden sposób.
– Proszę. – Sięgnął do kieszeni i wyciągnął srebrny pierścionek, który przechowywał zdecydowanie zbyt długo. Na ten widok oczy mentora, nawet to na wpół przymknięte przez bruzdy, natychmiast rozbłysnęły.
– Jakim cudem...?
– Nieważne – powiedział, nie chcąc wdawać się w szczegóły, że sygnet został znaleziony przez oddział aurorów, niedługo po tym, jak Blackwood go wyrzuciła. – Wiem, że kiedyś go pan nosił. Pomyślałem, że nadal pan powinien.
Ostrożnie przekazał pierścień. Z wyrazem największego uniesienia Fairhart powoli go odebrał, a następnie wsunął na środkowy palec.
– Dziękuję, Albusie. To naprawdę wiele dla mnie znaczy...
Ślizgon się uśmiechnął.
– Czas spać – dodał mężczyzna, a następnie poklepał chłopca po ramieniu i wstał z kanapy. Gdy był jednak blisko drzwi, został zatrzymany.
– Profesorze...? – Miał jeszcze jedno pytanie. – Hm, proszę pana...?
– Sancticusie. – Uśmiechnął się rozmówca, przez co jego skóra rozciągnęła się w przerażający sposób, do którego uczeń się już przyzwyczaił. – Przyjaciele mówią do mnie „San". A przynajmniej kiedyś tak mówili – dodał nieco sardonicznie.
Albus się spiął. Wilde był przyjacielem Fairharta i w końcu także dopuścił się zdrady...
– Chciałem wiedzieć, czy wybaczył pan... czy wybaczyłeś... Fango? – zapytał nerwowo, nie wiedząc, dlaczego akurat to pytanie wydaje mu się ważne.
Mężczyzna stał w drzwiach, przyglądając się pierścionkowi, który teraz błyszczał na niebieskawo, bo źródło światła było dalej. Chwilę zajęło mu sformułowanie odpowiedzi.
– Nie – stwierdził, a niewidzialna ręka zacisnęła się na albusowym sercu. – Uważam, że zasługujesz, aby poznać prawdę. Ostatnio usłyszałem zaskakującą informację. Podobno Fango Wilde jest wysoko w hierarchii Diablego Aliansu. Jeżeli zobaczę go na wyspie... nie zawaham się zabić.
Ślizgon skinął głową, nie bardzo wiedząc, w jaki sposób powinien to skomentować. Nie miało to jednak większego znaczenia, bo Fairhart bez słowa wyszedł z pokoju.
* Cytat z trzeciego rozdziału „Albusa Pottera i Smoczej Różdżki", autorstwa Vekin87 w tłumaczeniu Italiany
