22. MORDERSTWO
Przebywanie w towarzystwie Sancticusa Fairharta było niezmiennie zaskakujące, ale następujące po obejrzeniu wspomnień w myślodsiewni dni były szczególnie niezręczne. Co dziwne, nie była to wina mężczyzny – były profesor taktownie milczał i nie poruszał tematu ostatniej dyskusji, udając, że nie miała ona miejsca, a zamiast tego skupił się na wpajaniu uczniowi swoich lekcji równie energicznie, co przedtem. To Albus miał tendencję do długich, pełnych przemyśleń zastojów, które na szczęście były przerywane przez nowy reżim treningowy.
– Skup się!
Wrócony do rzeczywistości, chłopiec natychmiast się uchylił. Za sobą usłyszał eksplozję, a gdy zobaczył zniszczone drzewo, po kręgosłupie przeszedł mu dreszcz.
– Co chce pan osiągnąć? – warknął w kierunku stojącego o trzydzieści stóp dalej czarodzieja.
– Koniec czasu – zakomunikował nagle Sancticus, po czym obaj podeszli do siebie ze złością.
– To miały być tylko ćwiczenia...! – jęknął chłopiec.
– Powinieneś być skupiony...
– Gdybym wiedział, że chcesz oderwać mi głowę, bardziej bym się skoncentrował.
– Och, naprawdę? Czyżbyś liczył, że nasi wrogowie zawczasu powiedzą jakimi zaklęciami będą ciskać? – zapytał zgryźliwie mentor. – A może wydaje ci się, że wręczą nam listę wszystkich, które mają w swoim arsenale?
Albus rzucił mu zachmurzone spojrzenie. Czasem Fairhart nauczał w sposób podobny do Larsona.
– To była klątwa niszcząca – wytłumaczył mężczyzna, kiedy ślizgon nie odpowiedział. – Potężne i niezwykle ważne zaklęcie, które można wykorzystać w wielu różnych sytuacjach.
Zmarszczył nieznacznie brwi. Dałby sobie głowę uciąć, że gdzieś już słyszał o tej klątwie.
– Hm, a czy nie istnieje też urok niszczący? – spytał, nabrawszy pewności, że Larson użył jej podczas demonstracji na jednej z sesji treningowej. – Ukierunkowany głównie na pojedyncze cele...?
– Owszem, urok jako skoncentrowana siła jest bardziej skuteczna w walce, jednakże nauczę cię używać klątwy, która jest dziksza.
– Czemu? – zapytał, zaintrygowany.
Twarz Fairharta pociemniała.
– Chociaż nie mam żadnych wątpliwości, że na wyspie będzie Diabli Alians, powiedziałbym, że bardziej prawdopodobne jest to, że przyjdzie nam stawić czoła siluetom, bądź innym niebezpiecznym potworom, które dotąd zgromadził Sebastian Darvy. Klątwa zabijająca okaże się nieskuteczna, bo te istoty w zasadzie nie żyją. Wydaje mi się również, że oszołomienie nie zda rezultatu, gdyż te stworzenia nie sprawiają wrażenie wybitnie świadomych, o ile rozumiesz, co mam na myśli.
Albus skinął głową. Wiedział, że Fairhart ma rację, ponieważ także to zauważył, gdy razem z Morrisonem dwa lata temu uciekali przed stworami ulicami Hogsmeade. Ich najpotężniejsze zaklęcia zawiodły, i – o ile dobrze pamiętał – odpowiednio wycelowany urok przyjaciela na chwilę spowolnił potwora...
– Klątwa niszcząca będzie zatem najlepsza. Została stworzona do likwidowania obiektów i w przeciwieństwie do uroku, który jest ukierunkowany głównie na przedmioty nieożywione, o wiele lepiej sprawdza się na ruchomych celach.
Chłopiec nie odpowiedział i zamiast tego wyobraził sobie straszliwą scenę, gdzie wspólnie, krzycząc wniebogłosy, uciekali przed stadem pięćdziesięciu goniących ich siluet, które ani nie wykazywały oznak zmęczenia, ani spowolnienia...
– Naprawdę jest pan... jesteś przekonany, że... zmierzymy się z tymi stworzeniami? – zapytał, niespokojny.
– Istnieje szansa, że nie – odparł Sancticus, a supeł w żołądku Albusa odrobinę się rozluźnił. – Wolałbym, żebyśmy w trakcie naszej infiltracji pozostali niezauważeni, ale mimo wszystko musimy przygotować się na najgorsze. Omawialiśmy to już wcześniej.
Z powagą skinął głową, a następnie patrzył, jak mężczyzna macha różdżką i z powietrza wyczarowuje siedem albo osiem dużych drewnianych skrzyń, rozrzuconych w śniegu.
– Inkantacja to „Confringo" – powiedział z naciskiem mentor. – Celuj dobrze i bądź szczególnie ostrożny...
Po dziesięciu minutach intensywnych ćwiczeń Albus doszedł do wniosku, że pojął naturę klątwy. Co prawda, połowicznie wysadził chatkę („Nic się nie stało", krzyknął wówczas właściciel, podczas gdy chłopiec z szeroko otwartą buzią wgapiał się w ogrom zniszczenia, a potem dodał uspokajająco: „Wszystko można naprawić"), jak również żeby wysadzić drewniane skrzynie potrzebował o wiele więcej prób, aniżeli obiektów, ale – jak trafnie zauważył Fairhart – ani razu nie rzucił poprawnie czaru.
– Zrozumiałeś podstawy? – zapytał mężczyzna, gdy z ostatniego puzdra został stosik drzazg.
– Tak sądzę, ponieważ przypomina mi trochę zaklęcie redukcji.
– W zasadzie racja, bo to dosyć podobne uroki. Podstawową różnicę stanowi natura samej destrukcji – odpowiedział wszechwiedząco nauczyciel. – Może też nadszedł czas, żebyśmy popracowali trochę nad obroną.
– Poznałem już zaklęcie tarczy – zaoponował z uporem Albus, gdyż – nie chwaląc się – całkiem dobrze nim władał.
– Cóż, może będziesz chciał jeszcze nad nim popracować. – Fairhart skrzyżował ramiona. – Protego sprawdza się w trakcie pojedynczych ataków i chociaż jest skuteczne, najczęściej jest używane do odbijania pomniejszych czarów. Zarówno potężne klątwy, jak i wielu napastników naraz sprawiają, że wydaje się elementarne.
Ślizgon się zagapił. Dzięki zaklęciu tarczy zaszedł naprawdę daleko, prawda?
Mentor natychmiast dobył różdżki.
– Naśladuj moje ruchy najlepiej, jak potrafisz – nakazał.
Albus, zaskoczony, w ramach przygotowania automatycznie uniósł rękę.
Fairhart zaczął wykonywać okrężne ruchy różdżką, od czasu do czasu machając nią w innym kierunku, tylko po to, aby płynnie wrócić do poprzedniej sekwencji. Nie rzucił żadnego zaklęcia, ale jego postawa i dynamika ruchów były bardzo imponujące, ponieważ sprawiały wrażenie zarówno arbitralnych, jak i skoordynowanych. Po kilku minutach śledzenia poczynań mężczyzny chłopiec wykrył pewien skomplikowany wzorzec.
– No dalej, spróbuj – zachęcił mentor i się zatrzymał.
Albus wykonał polecenie, nagle czując się troszkę odrealniony – czuł się fajniej, naśladując ruchy Sancticusa.
– I jak...?
– Kiedy używasz tarczy, skupiasz się zarówno na ochronie, jak i na odbiciu, prawda? Próbujesz, przynajmniej podświadomie, odbić zaklęcie w przeciwnika?
– Ano – odpowiedział, rozkojarzony; nadal starał się zapamiętać wzór – na lewo, do siebie, na dół, do siebie, w prawo...
– Zignoruj to pragnienie. Tarcza nie powinna być ofensywna. Gdy wykonujesz okrężny ruch ręką, chciałbym, żebyś skoncentrował się wyłącznie na obronie i wyobraził sobie każdą część przestrzeni jako własną, prywatną osłonę. Czy podołasz zadaniu?
– Hm, chyba tak...
– To dobrze, bo zaraz cię zaatakuję.
– Słucham...? Że co zrobisz...?
– Koncentracja!
Albus zrobił, co mu kazano, chociaż myśl, że Fairhart zaraz wyprowadzi atak, niczego nie ułatwiała, a wręcz przeciwnie – ciężko mu było poprawnie odwzorować schemat. Wykonując okrężne ruchy, patrzył, jak leci na niego niewinnie wyglądające jasnoniebieskie zaklęcie. Psychicznie się przygotował...
Kiedy czar był zaledwie o cal, wszystko stało się widoczne. W powietrzu przed chłopcem oraz po jego lewej stronie unosiły się dwa małe dyski energii. Zaklęcie odbiło się od utworzonej tarczy, a następnie poszybowało w powietrze...
Uśmiechnął się, podekscytowany, utwierdzając w przekonaniu, że jego ruchy były poprawne.
– Po prostu się odpręż – doradził czarodziej. – Nie ruchy różdżki cię chronią – robisz to sam i zwyczajnie czarujesz.
Ledwo się skupiając, Albus skinął głową. W międzyczasie Fairhart zaczął chodzić wokół niego w koło, od czasu do czasu ciskając zaklęciem. Żadne nie trafiło celu, bo wszystkie były odbijane w niebo pod takim samym kątem, z którego przyleciały. Odrzucony został nawet urok, który miał uderzyć do od tyłu i którego ślizgon nawet nie widział. Wtem uderzyło go wspomnienie, gdy pierwszy raz zobaczył Srebrnego Czarodzieja w akcji na weselu Lisy Vincent. Właśnie w ten sposób Sancticus odbijał wtedy zaklęcia!
– To niesamowite! – skomentował, nie mogąc się powstrzymać; akurat odrzucił ciemnożółty czar, który wycelowany był w jego prawą stronę. – Kto pana tego nauczył?
– Nikt. Samodzielnie opanowałem tę sztukę – odpowiedział z roztargnieniem mężczyzna, najwyraźniej będąc bardziej skoncentrowanym na odpowiedniej formie ucznia, aniżeli na czymś zgoła innym. – W porządku, jest dobrze. Nie przyspieszaj, bo dobrze ci idzie...
Ćwiczenie trwało jeszcze ponad dziesięć minut, a kiedy Fairhart się zatrzymał, Albus był rozczarowany. O dziwo, naprawdę wspaniale się bawił.
– Niewiarygodne, jakie to proste! – sapnął. – Aż ciężko uwierzyć, że nikt inny...
– Każdy czarodziej wypracowuje sobie inny styl defensywny – przerwał mu mentor. – Uczę się mojego, ponieważ opracowanie twojego byłoby zbyt czasochłonne. Nie zapomnij też, że tylko tobie wydaje się to proste. Szybko się uczysz.
Chłopiec prychnął.
– Niezupełnie. – Nagle poczuł się troszkę przygnębiony. – Nie potrafię się aportować oraz dopiero w zeszłym roku podciągnąłem się z transmutacji...
– Wszyscy mamy słabe strony. Nie jesteś pierwszym czarodziejem, który wyróżnia się w jednych dziedzinach magii i nie wybija się w pozostałych. Musisz jednak zapamiętać, że moc jest częścią ciebie. Mugole uważają, że to, co robimy, jest „niemożliwe" – poprzez czarowanie udowadniamy, że są w błędzie. Magia nie jest żadnym dziwactwem, ani zaprzeczeniem wiedzy, w którą wyposażeni są mugole. W żaden sposób nie obala również nauki, a ją rozszerza, co z kolei oznacza, że cechują ją stałe zmienne. W czym jesteś najlepszy?
– W eliksirach – odpowiedział, starając się brzmieć skromnie.
– Właściwie uwarzone mikstury powstają dzięki precyzyjnym działaniom. Po każdej wrzuconej do kociołka ingrediencji możesz zobaczyć efekt, jaki wywołała, upewnić się, że jest poprawny, a następnie zaplanować kolejny krok. W przeciwieństwie do eliksirów transmutacja jest dziedziną, w której skutek jest natychmiastowy – po rzuceniu właściwego zaklęcia metal od razu zmienia się w drewno, a koło w kwadrat. Czy przyszło ci kiedyś do głowy, że twoja biegłość w sztuce warzenia mikstur wynika z tych samych cech, które jednocześnie sprawiają, że transmutacja jest trudniejsza?
– W takim razie z czym pan sobie nie radzi? – Albus był stanowczy. Z zaczerwienionymi policzkami wpatrywał się w śnieg. Czuł, że jego ciekawość jest w pełni uzasadniona.
– Jestem od ciebie starszy i o wiele bardziej doświadczony – odrzekł pocieszającym i cieplejszym głosem czarodziej. – Naturalnie więc ciężko będzie wyodrębnić jedno konkretne pole, w którym nie za dobrze sobie radzę, chyba że przestanę szlifować swoje umiejętności. Jeżeli jednak musisz wiedzieć, to najgorzej mi idzie z miksturami. Czuję, że jakbym pobierał formalną edukację, eliksiry byłyby moją największą słabością. Wymagają zbyt dużo cierpliwości i trzeba dbać o wiele szczegółów.
– A czy to przypadkiem nie jest twoja mocna strona? – zapytał, zdezorientowany. – Przecież jest pan dobry w tropieniu ludzi i czajeniu się na drzewach...
– Namierzenie poszukiwanego człowieka oraz wyprowadzenie niespodziewanego ataku jest czymś zgoła innym aniżeli obserwowanie bulgoczącego kociołka i namyślanie, co się stanie, kiedy dorzucę najbardziej niepozorny składnik. – Uśmiechnął się nieprzyjemnie Fairhart oraz potrząsnął przecząco głową. – Pozwól, że powtórzę: eliksiry są moją największą słabością.
– Czyli jestem od pana lepszy...? – zapytał chłopiec, jednocześnie zdumiony i przepełniony niewyjaśnionego pochodzenia dumą.
Nauczyciel wzruszył ramionami.
– O ile rzeczywiście jesteś w nich równie biegły, co twierdzisz – stwierdził.
Albus się uśmiechnął. Czuł się dość dziwnie, gdyż od dawna nie szczerzył się tak szeroko. Wbrew wszystkiemu po prostu musiał przyznać, że komplementy prawione przez Sancticusa Fairharta naprawdę dodawały pewności siebie oraz motywowały do dalszego treningu. Jakby nie patrzeć, musi też trochę się podszkolić przed wyruszeniem ojcu na ratunek.
– W porządku. Co następne? – spytał, nadaremnie próbując zatuszować w swoim głosie nutkę dziecinnego podniecenia.
– Cokolwiek tylko zechcesz. Już przekazałem ci najbardziej roztropne techniki – nauczyłeś się potężnego ofensywnego zaklęcia oraz załatałeś kilka dziur w obronie poprzez opanowanie złożonego czaru defensywnego. Na obu możesz w pełni polegać – powiedział mężczyzna. – Nauczę cię czego zechcesz, o ile sam będę zorientowany w temacie. Jeżeli chcesz, możemy skupić się na aportacji...
– Nie! – sapnął. – Hm, to znaczy... może jutro...? – dodał ciszej.
Wiedział, że na tym polu radził sobie naprawdę kiepsko i zwyczajnie nie chciał pozbawiać się resztki nabytej przed momentem pewności siebie. Jeśli by ogólnie podsumować dzisiejszy trening, był on najproduktywniejszy ze wszystkich dotąd. Sięgnął wstecz i spróbował przypomnieć sobie więcej technik, które widział w imponującym wykonaniu Srebrnego Czarodzieja – nie było to trudne, bo wspomnienia wspaniale stoczonych pojedynków na zawsze wryły mu się w pamięć; trudniejsze z kolei okazało się wybranie najbardziej przydatnej w życiu rzeczy.
– Mogę zdecydować się na cokolwiek? – zapytał niepewnie Albus.
– Nie masz powodów do zmartwień czy wstydu – powiedział uprzejmie mężczyzna. – Czego chciałbyś się nauczyć?
– Widziałem, jak robi pan te... Cóż, myślałem nad... podążającymi za ludźmi zaklęciami...? – wyjąkał z trudem.
Fairhart potaknął.
– Wiem, o czym mówisz. Co prawda, to trochę bardziej skomplikowane niż sztuczki, które dziś opanowałeś, ale skoro nalegasz...
Ostatecznie się okazało, że uroki, które podążają za celem, były więcej aniżeli „trochę bardziej skomplikowane". Instruowany przez nauczyciela, chłopiec przez ponad godzinę się z nimi mordował. Skupiał się na celu, a nie na zaklęciu, ponieważ wedle słów mentora same inkantacje w sobie nie mają żadnej woli.
Ponownie została wykorzystana drewniana skrzynia. Fairhart z powietrza wyczarował kruchy kufer, a potem przelewitował go na odległość dwudziestu stóp i postawił na ziemi. Kiedy Albus rzucał zaklęcie redukcji, czarodziej w całkowicie losowy sposób przesuwał skrzynię. Koniec końców chodziło o to, aby Reducto podążyło za celem.
Zaklęcie skręciło z kursu tylko raz i poleciało wyżej, niż powinno, przelatując obok i niszcząc przy tym ledwo co naprawioną część chatki. Niezadowolonemu ślizgonowi kazano otrząsnąć się z rozczarowania i poinstruowano, żeby na razie skoncentrował się na czymś zgoła innym.
W miarę upływu czasu dzień stawał się coraz nudniejszy, a każdemu zaklęciu, którego chciał się nauczyć, towarzyszyły różne wyniki. W umiarkowanym stopniu opanował urok wstrząsu, który wprawiał ziemię w drżenie, a przez to dezorientował przeciwnika, jednakże nie udało mu się rzucić oślepiającej na dłuższy czas klątwy. Spośród nowości wyróżniał się tylko urok kontuzyjny, powodujący bolesność w określonej części ciała – ból zawsze rozprasza.
Ćwiczenia zakończyły się, kiedy na dworze zapadł zmierzch, a rozmowę rozpoczęli, dopiero gdy znaleźli się w pobliżu rozpalonego kominka.
– Dobrze się dzisiaj spisałeś – powiedział Fairhart, kiedy oboje usiedli. Albus ogrzewał sobie dłonie.
– Tak jakby. – Lekko się skrzywił.
– Za dużo od siebie wymagasz – odparł mężczyzna, którego oszpecona część twarzy nienaturalnie błyszczała, oświetlona przez trzaskający ogień. – Osiągnąłeś dziś wspaniałe wyniki. Z dnia na dzień potrafisz coraz to więcej. Naprawdę...
– Goni nas czas. Szuka mnie rodzina, a nad tatą wisi wyrok śmierci. Wiem, że musi być pan przekonany o mojej gotowości, ale szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, żebym był w stanie na szybko nauczyć się czegoś więcej, niż to, co teraz. – Ogniki odbiły się w oczach Albusa, sprawiając, że spojrzenie chłopca wydawało się groźniejsze. – Większa część czarodziejów, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć, sprawnie posługuje się klątwą zabijającą, a proszę mi uwierzyć, w okamgnieniu odskakuję. Co więcej, poznałem nieliczne zaklęcia, które działają na stworzone przez Sebastiana Darvy'ego potwory. Mogę...
– Co próbujesz mi powiedzieć? – zapytał szorstko Fairhart.
– Wiem, że szkolisz mnie na renegata, ale uważam, że nie muszę wiedzieć jak kogoś śledzić bądź rzucać strasznie złożone zaklęcia. Powinieneś mnie uczyć, jak skutecznie atakować i się bronić – wytłumaczył bez chwili wahania. – Nie możemy dłużej wszystkiego przeciągać.
Mężczyzna przez moment milczał, a jego twarz nic nie wyrażała. Albus przewidywał czynny opór albo chociaż coś podobnego do sprzeczki, spodziewał się, że mentor będzie próbował nafaszerować go własnymi mądrościami, które natychmiast zamkną temat, ale zamiast tego został zaskoczony odbiegającym od rzeczy pytaniem.
– Dlaczego nie chciałeś wcześniej ćwiczyć aportacji?
Albus nieznacznie się spiął.
– Chyba... chyba się bałem, że...
– Jeżeli chcesz nadgonić trochę czasu, nie możesz obawiać się porażki. Postanowione – jutro się aportujesz.
Następny dzień zaczął się wyjątkowo zimnym styczniowym porankiem do tego stopnia, że Albus, wychodząc na dwór, schował ręce w kurtce. Na zewnątrz przywitały go puste ośnieżone pole oraz oszronione drzewa. Fairhart, który najprawdopodobniej był na nogach od dobrych kilku godzin, niewiele zrobił, żeby przygotować się do nadzorowania treningu – zdobiąca śnieg pojedyncza duża metalowa obręcz sprawiała wrażenie niedbale rzuconej w zupełnie przypadkowe miejsce.
– Och, no naprawdę...?
– Marnujesz czas – przerwał mu ponuro mężczyzna.
– To nie zadziała. – Ślizgon zaczął brnąć poprzez zaspy z pogardliwym wyrazem twarzy. – W Hogwarcie też uczyliśmy się na obręczach. Jestem zwyczajnie okropny...
– Po prostu słuchaj uważnie tego, co mówię – powiedział Fairhart, a na jego twarzy pojawił się grymas.
– No co? – wypalił, drżąc z przeraźliwego chłodu. – Niech się pan przyzna – w ogóle we mnie nie wierzysz...
– Nie w tym problem. – Nauczyciel sprawiał wrażenie zamyślonego. – Właśnie do czegoś doszedłem...
– Do czego?
– Twój namiar.
– Zajął się pan zaklęciami, prawda? – zapytał natychmiast. Fairhart potrząsnął głową.
– Owszem, zdjąłem kilka osłon, ale czary lokalizujące są poza moim zasięgiem. Aportacja nieletnich jest szczególnie monitorowana...
– Czy nadal będę mógł spróbować? – spytał głupio, zdając sobie sprawę, że najprawdopodobniej i tak zawiedzie, niezależnie od ilości podjętych prób.
Wyglądało na to, że Sancticus podjął jakąś decyzję, bo kiedy zaczął mówić, sprawiał wrażenie pewniejszego.
– Miejmy nadzieję, że zastępczy Namiar nie jest szczególnie czuły na tę dziedzinę magii. Tak czy inaczej, nauka teleportacji jest niezbędna. W porządku, stań w pobliżu tej obręczy.
Albus spełnił polecenie. Powolnym krokiem brnął w śniegu, dopóki nie został zatrzymany.
– Zamknij oczy – nakazał mentor.
– Protestuję przeciwko temu głupiemu ce–wu–en...
– Co to jest „ce–wu–en"?
– Zasada, wedle której... – Wbił spojrzenie w roztargnionego mężczyznę. – Chwila, moment. – Wtem przyszła mu do głowy interesująca myśl. Fairhart nie chodził przecież do szkoły, a więc nie pobierał oficjalnej edukacji. Gdzie się szkolił? – Jak nauczył się pan aportacji? – spytał, zaciekawiony.
Co zaskakujące, Sancticus westchnął.
– Lata temu moim nauczycielem był Fango Wilde. Zapewniam cię jednak, że mam odpowiednie kwalifikacje – odparł smutno, a Albus natychmiast pożałował, że w ogóle zapytał. – Dobrze, zamknij oczy.
Chłopiec spełnił polecenie, nieco sfrustrowany tym, że mimo postawienia sprawy jasno, nie został zrozumiany. Fairhart najwyraźniej zupełnie zignorował to, co wcześniej mu powiedział – że próbował aportować się na szkolnym kursie i zawiódł na całej linii.
– Skoncentruj się na obręczy. Umieść się w niej mentalnie. Wyobraź sobie, że jesteś w środku. Musisz urzeczywistnić ten obraz w głowie. Spraw, aby stał się realny. Pragnij tego całym sercem. Kiedy dam znać, obróć się w miejscu. Nie zaprzątaj sobie umysłu zbędnymi myślami, pogrąż się w nicości i się zrelaksuj. Skupiaj się tylko i wyłącznie na znalezieniu się pośrodku obręczy. – Mentor był stanowczy. – Zrozumiałeś?
Stojąc z zamkniętymi oczami, Albus potaknął. Chociaż wiedział, że ręce do niczego mu się w tym nie przydadzą, i tak wyciągnął je na wierzch, przez co przeszywające zimno natychmiast rozproszyło jego uwagę.
– Teraz!
Obrócił się gwałtownie i w rezultacie poślizgnął na śniegu, stracił równowagę i się przewrócił.
Pozbierawszy się z powrotem, próbował ukryć obnażone zęby.
– Wszystko w porządku, spróbujemy ponownie. Miałeś mały zastój, więc nie spodziewałem się, że osiągniesz sukces za pierwszym razem – powiedział uspokajająco Fairhart. – No dalej, zamknij oczy.
Nie udało się także za drugim razem. Ani za trzecim, czy czwartym. W końcu, gdy po raz kolejny się przewrócił, postanowił wyładować nagromadzoną dotąd złość.
– Same porażki! – podsumował, podnosząc się z ziemi. – Przecież to tylko głupia obręcz...
– Zamknij oczy – powtórzył nauczyciel, sprawiając wrażenie człowieka, który chciał spróbować czegoś nowego.
Albus przez chwilę po prostu patrzył się w przestrzeń, a potem wbił wzrok w spokojne oblicze Fairharta, który tym razem wydawał się bardzo pewny swego.
Ostatecznie posłusznie wykonał polecenie i się wyprostował. Stojąc praktycznie na baczność, próbował skupić się na rzuconej w śnieg obręczy.
– Jesteśmy na wyspie otaczającej Azkaban – powiedział mężczyzna, a ślizgon ze zdziwienia o mało co nie otworzył oczu. – Twój ojciec jest już z nami.
– Co się dzieje...? – zapytał i uniósł powieki.
Sancticus wydał z siebie zirytowane westchnienie, czym sprawił, że Albus natychmiast się poprawił.
– Razem z ojcem jesteś na obrzeżach wyspy, gdzie nie ma nałożonej bariery antyaportacyjnej. Możecie liczyć tylko i wyłącznie na siebie, ponieważ utknąłem w innym miejscu – kontynuował czarodziej. – Twój tata obficie krwawi, gdyż musieliście sobie wywalczyć tę drogę. Jego rany są na tyle rozległe, że...
– Zrozumiałem przekaz – wywarczał przez zaciśnięte zęby chłopiec.
– Harry potrzebuje twojego wsparcia. – Fairhart był niezrażony. – Jest wykończony do tego stopnia, że opiera się na tobie całym ciężarem...
Albus odniósł wrażenie, że zapada się w śniegu. Ciężko było mu wyobrazić sobie wyspę otaczającą czarodziejskie więzienie, tak więc budowlę umieścił w tle, podczas gdy cała reszta wyglądem przypominała Zakazany Las. Tatę zaś widział bardzo wyraźnie – wyglądał dokładnie tak samo, jak podczas ostatniego spotkania. Wyobrażeniu dramatyzmu dodawała cieknąca po twarzy ojca krew.
– Harry jest ciężko ranny, czyli nie jest w stanie przenieść was w bezpieczne miejsce. To zadanie spada na ciebie. Wiesz, gdzie mieści się Hogwart. Gdy tam dotrzecie, Harry otrzyma niezbędną pomoc medyczną. Porażka będzie tragiczna w skutkach – twój ojciec się wykrwawi. Jeżeli pomylisz lokalizację, skończy podobnie. Musisz aportować zarówno siebie, jak i tatę. Błonia Hogwartu mieszczą się pośrodku tej obręczy.
Albus z niemałą trudnością przełknął ślinę. W głowie nadal miał żywy obraz zakrwawionego Harry'ego.
– Obrót i trach, teraz!
Chłopiec skoczył, podekscytowany.
Nadaremnie.
– Cholera! – warknął, rozzłoszczony. – Cholera! – powtórzył, dziecinnie tupiąc nogą.
– Uspokój się...
– Skończmy! – ryknął w odpowiedzi. – To niewykonalne!
– Przestań! – Głośny, stanowczy i zastraszający ton Fairharta w okamgnieniu zakończył napad złości Albusa. – Natychmiast przestań się mazać! – uzupełnił myśl. – Możesz nie chcieć zostać renegatem, ale w kwestii dorastania nie masz prawa głosu. Nie wyrażam zgody, aby podczas wyprawy na wyspę towarzyszyło mi dziecko. Jeżeli poddasz się w tym momencie, osobiście dopilnuję, abyś wylądował w Hogwarcie, gdzie zatroskani nauczyciele otoczą cię opieką i będą karmić dokładnie tymi samymi kłamstwami, co resztę niczego nieświadomych uczniów!
Ślizgon nie odpowiedział. Nadal się trząsł, ale nijak się to miało do mrozu.
– Czy zamierzasz zachowywać się dojrzale? – zapytał mężczyzna.
– Tak – wymamrotał.
– Słucham?
– Tak! – odparł głośniej.
– Zamknij więc oczy i spróbuj ponownie. – Każde słowo Sancticusa zadawało niemalże fizyczny cios. – Ojciec jest na tobie uwieszony...
W taki oto sposób Albus został zmuszony do odtworzenia wyobrażonej sceny. Tata znów był ranny, opierający się o niego, niezdolny do samodzielnej aportacji oraz rozpaczliwie potrzebujący pomocy. Ciężar odpowiedzialności był naprawdę przytłaczający.
Gdy zawiódł, po prostu się podniósł z ziemi i ponownie spróbował. Znowu i znowu...
– Dasz radę, o ile się zrelaksujesz – powiedział w pewnym momencie Fairhart. – Udzielisz ojcu pomocy, której potrzebuje, ale musisz się skoncentrować. Uwaga, na mój znać... Teraz!
Albus skoczył, niemalże czując zdesperowany uścisk dłoni taty na ramieniu. W jednej chwili odniósł wrażenie, że się kurczy. Nawet z zamkniętymi oczami zrozumiał, że znajduje się w całkowitej ciemności i jakby próżni. Z każdą upływającą sekundą tracił oddech, przez to potęgowały się duszności. Miał wrażenie, że zaraz umrze...
Wtem wziął głęboki oddech, a następnie otworzył oczy. Automatycznie zerknął w dół i w szoku się zorientował, że stoi pośrodku metalowej obręczy.
– Sukces! – sapnął, szczerze zdumiony. – Udało się! Przed chwilą stałem tam, a teraz jestem... jestem...
– Tutaj. – Fairhart stał nieruchomo, chociaż jego twarz przybrała łagodniejszy wyraz. – Moje gratulacje, właśnie się aportowałeś.
– Nie mogę w to uwierzyć!
– Nic dziwnego, skoro tak długo się trudziłeś.
Albus zagapił się na Sancticusa, wciąż zaskoczony swoim wynikiem.
– To...
– Wróć na pozycję startową – powiedział szybko czarodziej. – Nadal musisz trochę poćwiczyć.
Spełnił polecenie. Niestety, następna próba się nie powiodła. Niezrażony, kontynuował – znów bezskutecznie. A potem, przy kolejnym obrocie...
– Znowu się udało! – krzyknął.
– Pozycja startowa – powtórzył Fairhart, a zachwycony ślizgon bez słowa sprzeciwu podreptał na swoje miejsce.
W ciągu godziny treningu aportował się co czwartą lub piątą próbę – tylko raz przemieścił się do środka obręczy dwa razy pod rząd. W miarę przyzwyczajania się do nowego niezbędnego sposobu myślenia oraz uczucia towarzyszącemu aportacji szło mu coraz lepiej.
– Myślę, że wystarczy ćwiczeń – stwierdził w końcu nauczyciel.
– Też tak myślę. – Uśmiechnął się Albus, któremu przez ciągłe wpadanie w nicość brakowało tchu.
– Wydajesz się weselszy. – Fairhart nie posunął się dalej.
– Cóż, po prostu... to nic takiego – powiedział, zawstydzony swoim wcześniejszym niedojrzałym zachowaniem, nie chcąc się nad tym rozwodzić.
Chłopiec nie chciał się ruszyć, nawet kiedy słońce zaczęło zachodzić, przez co na dworze zrobiło się o wiele chłodniej. Nie był pewien, co powinien teraz zrobić. Chciał wiedzieć, czego może się jeszcze nauczyć.
– Koniec na dziś – zakomunikował nauczyciel i zaczął się zbierać z powrotem do chatki.
– Zaczekaj! – poprosił, na co ten zatrzymał się wpół kroku, a następnie się odwrócił.
– Tak?
– Czy... czy jest coś jeszcze, czego chciałby mnie pan nauczyć?
– A nie nauczyłeś się już wystarczająco? – zapytał cierpko mężczyzna.
– Dzień się dopiero zaczął – stwierdził. – Kilka zaklęć z pewnością nie zaszkodzi oraz nie będziemy marnować wówczas czasu...
– Na dworze się schłodziło. Wejdźmy do środka. – Uśmiechnął się nieznacznie Sancticus. – Omówimy trochę teorii.
Albus poszedł za opiekunem, nagle uświadamiając sobie, jak bardzo jest sponiewierany przez temperaturę. Stopy miał odrętwiałe z zimna, a codziennie prane ubrania, w których został porwany, przemoczone wskutek licznych upadków w śnieg. Kiedy wszedł do domku, Fairhart siedział już wygodnie przy rozpalonym kominku, pogrążony w myślach.
Bez krępacji zajął więc miejsce obok, a gdy dotarło do niego bijące od ognia ciepło, odczuł ulgę. Zerknąwszy na mentora, zobaczył, że ten jest całkowicie suchy – najprawdopodobniej osuszył się za pomocą magii.
– Przepraszam za to, co powiedziałem wczoraj wieczorem. – Chłopiec wbił wzrok w tańczące płomienie. – Zwłaszcza za tekst o przeciąganiu spraw...
– Cóż, miałeś rację, stąd też nie musisz przepraszać – odpowiedział nauczyciel. – Wiele wymagam od partnerów, z którymi przychodzi mi współdziałać, ale nie powinienem był dopuścić, aby moje może rzeczywiście wygórowane standardy kolidowały z twoim ostatecznym celem. Głęboko wierzę, że Harry Potter żyje i jestem przekonany, że przed wyprawą na wyspę mamy wystarczająco dużo czasu, by cię podszkolić. W całym moim rozumowaniu przeoczyłem jednak jeden istotny fakt – dysponujesz mniejszą ilością czasu ode mnie, dlatego też zmodyfikowałem nasze plany.
– W jaki sposób? – zapytał.
– Jutro wybieram się do miasteczka. Przed podróżą musimy uzupełnić zapasy i zaopatrzyć się w prowiant. Muszę także zorganizować środek transportu. Mam nadzieję, że będziemy gotowi do drogi w ciągu kilku najbliższych dni.
– Jak dotrzemy na miejsce? – spytał, szczerze zdumiony, że nie zrobił tego wcześniej. – W sensie, że do Azkabanu.
– Cóż, więzienie mieści się na wyspie, tak więc moim zdaniem najrozsądniej byłoby łodzią.
– Nie możesz po prostu stworzyć łodzi? – drążył, zaciekawiony.
– Magicznie? Równie dobrze mógłbym spróbować zrobić miotłę wyścigową. – Fairhart potrząsnął głową. – Zaczarowanie przedmiotu to jedno, a stworzenie go w konkretnym celu to drugie. Żaden ze mnie magirzemieślnik.
Albus potaknął ze zrozumieniem.
– Niczym się nie martw. Jutro zdecydujesz, czy chcesz ze mną płynąć – dodał mężczyzna. – A wracając do poprzedniego tematu, co chciałbyś jeszcze zgłębić?
Przez chwilę milczał. Szczerze powiedziawszy, wczoraj cieszył się z praktykowania potężnej magii, nawet jeżeli uważał, że trening jest zbyt czasochłonny. Wtem na coś wpadł.
– Różnej maści przekleństwa – powiedział ostrożnie, przez co rozmówca spojrzał na niego zdezorientowany. – Wiem, że nauczył mnie pan klątwy niszczącej, ale głównie po to, aby radzić sobie z siluetami. Jeżeli przyjdzie mi zmierzyć się z ludźmi...
– O jakich dokładnie przekleństwach mówimy? – zapytał ponuro Sancticus, najwyraźniej wyłapując wątpliwą nutę w głosie chłopca.
Albus się spiął. Z pewnością nie chciał zgłębiać tajników zaklęć niewybaczalnych. Z racji tego, iż próbował legilimencji, wiedział, że nie lubił przebywać w czyjejś głowie, co naturalnie wykluczało Imperiusa. Był również zbyt przerażony, żeby rzucić Cruciatusa. W świetle takich faktów pozostał jeden czar, a mianowicie Avada Kedavra. Cóż, dobrze byłoby czegoś się o niej dowiedzieć, ale nawet nie potrafił sobie wyobrazić ciśnięcia klątwą zabijającą.
– O potężnych – powiedział po chwili namysłu. – O takich, których pan używa.
– Najczęściej używam Avady.
– Hm, myślałem nad... czymś innym – dodał, nie chcąc sprowadzać rozmowy na niebezpieczne rejony magii.
Fairhart odchylił głowę, jakby pogrążony w głębokiej kontemplacji.
– Czy jesteś pewien, że nie masz na myśli konkretnego przekleństwa? – zapytał po dłuższej chwili milczenia.
Albus się zastanowił i spróbował przypomnieć najbardziej imponujące czarodziejskie pojedynki, jakich był świadkiem, gdzie magia nie ograniczała się do zabijania. Wrócił pamięcią do czasów, gdy był na trzecim roku, do starcia pomiędzy swoim tatą a Reginaldem Aresem, w którym nagrodą był Nikczemna Księga. Obaj mężczyźni walczyli na mniej więcej równym poziomie i nie używali krzywdzących zaklęć, z wyjątkiem końca pojedynku, gdzie Ares rzucił klątwę zabijającą...
Kiedy przypomniał sobie swój czwarty rok, w głowie stanęła mu Masakra w Hogsmeade. W rolach głównych znów występowali ci sami bohaterowie, a towarzyszyli im Ron Weasley i Sebastian Darvy. Owszem, Darvy zadał Aresowi śmiertelny cios, ale wstrzymywał się do momentu, kiedy ten został ciężko ranny. Gdy przywołał to wspomnienie, pomyślał o sprawcy.
– Kiedyś widziałem, jak mój tata użył przekleństwa – złego przekleństwa... – powiedział z wahaniem. – Nie wiem, co to było.
– Jeżeli przybliżysz mi działanie, być może je rozpoznam – odrzekł Fairhart.
– Hm, zraniło człowieka tak, że... obficie krwawił. Poniekąd przypominało ogromny niewidzialny miecz, który z łatwością przecina skórę i kości...
– Niestety, nie znam takiej klątwy, co z kolei nie oznacza, że jest wymyślona – odpowiedział mężczyzna, kiedy chłopiec zmarszczył brwi. – Zawsze istnieje też możliwość, że została stworzona przez twojego ojca. Często się zdarza, że czarodziej lub czarownica tworzy zaklęcie, które odpowiada ich osobowości i pasuje do magicznego potencjału.
– A czego pan używa? Oczywiście, poza Avadą Kedavrą.
– Cóż, najlepszym sposobem, żeby zyskać nad przeciwnikiem przewagę, jest zadanie mu bólu.
– Nie chcę się uczyć Cruciatusa! – Ślizon spanikował.
Fairhart potrząsnął głową.
– Mówię o powodowaniu bólu, a nie o torturach. Myślałem na myśli bardziej coś w guście klątwy łamignata.
Albus potrzebował chwili, żeby uświadomić sobie, że już gdzieś słyszał to określenie, jeszcze przed wylądowaniem w chatce. Zastanowił się i doszedł do wniosku, że nazwa ta padła na spotkaniu Klubu Strażników...
– Słyszałem o łamignacie! – krzyknął, oświecony. – W Hogwarcie było kilkunastu członków Wybawczego Aliansu Różdżek. Nauczał jej jeden z nich – facet o nazwisku Larson...
Sancticus się roześmiał.
– Nie rozumiem. – Chłopiec zmarszczył w niezrozumieniu brwi.
– Jest naprawdę bardzo mało prawdopodobne, aby którykolwiek z ludzi Warrena Waddleswortha potrafił poprawnie rzucić tę klątwę.
– Co masz na myśli, mówiąc „poprawnie"?
Fairhart przestał chichotać.
– Niestety, wielu czarodziejów i czarownic uważa, że do rzucenia zaklęcia potrzebne są tylko znajomość inkantacji oraz machinalne machnięcie różdżką. Zupełnie nie rozumieją, jak istotne są odpowiedni ruch nadgarstka i koncentracja. Spodziewam się, że ten cały Larson po prostu powiedział uczniom, że wystarczy wskazać cel różdżką oraz wykrzyczeć inkantację, a ogólny rezultat był naprawdę kiepski. Klątwa łamignata, jak nazwa wskazuje, powinna gruchotać kości, a nie miażdżyć ciało czy kruszyć chrząstki. Kiedy rzucają ją niedoświadczeni, rzeczywiście mogą sprawić ból bądź dyskomfort, ale nie tak silny, jakby celowali w odpowiednie miejsca i skupiali się na właściwych partiach ciała.
– Na przykład na głowie...?
– Najlepiej mierzyć w miejsce, które nie tylko sprawi dużo bólu, ale też ograniczy ruch. Kiedy przeciwnik jest w trakcie dobywania różdżki, celuj w łokieć lub w kość promieniową – powiedział jakby od niechcenia mężczyzna, klepiąc się w ramię.
– Hm, a gdzie jest ta kość...?
– Obojczyk. Mostek. Kość udowa. – Sancticus posłużył za model, brzmiąc iście złowieszczo.
– Słucham...?
– Owszem. Jeżeli chcesz zadać komuś nagły, rozdzierający ból, a także zmniejszyć jego mobilność, łamiesz kość udową. Inkantacja jest łatwa do zapamiętania – Fracturus.
Albus wbił w Fairharta zbolałe spojrzenie.
– To nie klątwa Cruciatus, która została stworzona w celu zadania i podtrzymywania bólu – kontynuował nauczyciel, wyrwany z odrętwienia. – Łamignat nie jest typowym narzędziem wyrządzania krzywdy i siania terroru.
Ślizgon nie odpowiedział, zatapiając się w myślach. Sancticus miał bardzo rozległą wiedzę na temat przekleństw – i jakby nie patrzeć, zanim w zeszłym roku zabił Janine Fischer, poddał ją torturom.
– Zna się pan na krzywdzeniu ludzi – podsumował, trochę się trzęsąc, pomimo ogólnej ciepłoty.
W pokoju zapadła cisza. Fairhart nie sprawiał wrażenie speszonego czy zawstydzonego i, jak gdyby nigdy nic, zwyczajnie zapatrzył się w tańczący w kominku ogień.
– Co próbujesz powiedzieć, Albusie? – zapytał po chwili.
Z początku ślizgon nic nie odpowiedział, raz za razem odtwarzając w głowie tragiczną scenę, co rusz bogatszą w szczegóły. Po chwili namysłu doszedł do wniosku, że wielkim błędem było przywoływanie w pierwszej kolejności Janine Fischer. Zwłaszcza że jej śmierć poprzedzała inna...
– Przepraszam za... Blackwood – wyszeptał ze wzrokiem wbitym w srebrny pierścień, oświetlony przez żar z paleniska.
Sancticus westchnął.
– Niczym nie zawiniłeś. To, co przydarzyło się Idzie, było tylko i wyłącznie moją winą.
Cisza, która pomiędzy nimi zapadła, została przerwana przez niebywale głośny trzask ognia w kominku. W międzyczasie Albus zrozumiał, że Fairhart nie zamierza dalej ciągnąć tematu, ale po prostu musiał o coś jeszcze zapytać – o sprawę, która niepokoiła go każdego dnia, odkąd odzyskał przytomność po ataku na szkolny pociąg...
– Czy kiedykolwiek żałowałeś tego, co zrobiłeś Fischer? – Gardło miał ściśnięte. – Czy cię to dręczy...?
– Od czasu do czasu – odpowiedział szybko rozmówca.
– Czasami?
Czarodziej potaknął, nadal wpatrzony w ogień.
– Morderstwo jest skomplikowane, Albusie. Nigdy nie wiesz, jakbyś się czuł, dopóki rzeczywiście nie splamisz rąk ludzką krwią. Czasem czyjaś śmierć przynosi ci ulgę, a innym razem straszliwy żal – czasem jedno i drugie. To, co zrobiłem Janine Fischer zagwarantowało mi spokój ducha, pocieszenie oraz stanowiło mój odwet. – Wziął głęboki oddech. – Czasami się zastanawiam, jak potoczyłyby się sprawy, gdybym się powstrzymał i zwyczajnie okazał miłosierdzie. Gdy dopadają mnie wątpliwości, zdaję sobie sprawę, że najprawdopodobniej żałowałbym zaniechania zemsty, o wiele bardziej, aniżeli żałuję swych czynów. – Na moment zamilkł, a kiedy chłopiec mu nie odpowiedział, odwrócił się ku niemu – jego twarz wyrażała zarówno determinację, jak i zadziorność. – Uwierz mi na słowo, Albusie. Nie zaplanowałem aresztowania twojego ojca ani żadnych późniejszych tego następstw...
– To bez znaczenia. Chodzi przede wszystkim o pana i o to, co pan zrobił. Czy dręczą cię wyrzuty sumienia?
– Jestem odpowiedzialny za śmierć wielu czarodziejów – podsumował Fairhart. – Po tylu razach... staje się to naturalne.
Albus potrząsnął głową.
– Czy pamiętasz pierwszą osobę, którą zabiłeś? – zapytał, a jego serce zabiło gwałtowniej.
– Zabiłem? Nie. Zamordowałem? Owszem.
– Czy da się to rozgraniczyć? – spytał. – W sensie, czy jest jakaś różnica?
Co ciekawe, Sancticus obdarzył go słabym uśmiechem.
– Omawialiśmy już ten temat.
– Co takiego...? Niby kiedy...?
– Och, nie pamiętasz? W szkole, gdy siedziałeś na tyłach klasy i krzyczałeś na mnie. Za sugerowanie, że w niektórych przypadkach zabijanie jest konieczne.
Hm, rzeczywiście. Chłopiec podrapał się po karku, jednocześnie próbując poskładać wszystko do kupy i przekonać się, czy na przestrzeni lat zmienił zdanie. Obawiając się prawdy, zrezygnował i zamiast tego zadał pytanie.
– Czyli jaka jest różnica – pomiędzy zabijaniem a mordowaniem?
– Cóż, zależy od osoby – powiedział enigmatycznie nauczyciel. – Owszem, istnieją prawa i statuty oraz powszechnie uznawane idee, ale każdy wie, z jaką intencją uniósł różdżkę. Moim zdaniem morderstwo jest bardziej osobistym, nikczemnym czynem, najczęściej popełnianym z czystego egoizmu. Uważam, że morderstwo równa się zabójstwu w celu zaspokojenia własnych potrzeb – można zabić dla różnorakiego zysku, dla władzy oraz kontroli, z zazdrości bądź złośliwości, a także dla zemsty.
Albus nie odpowiedział. Chłonął wykład i się zastanawiał.
– Jakie jest twoje zdanie? – zapytał niespodziewanie Fairhart.
– Podobne – odparł, wyrwany z zamyślenia. – Czyli... popełnił pan zbrodnię. Wedle powyższych wyjaśnień, dopuścił się pan morderstwa...
Czarodziej potaknął.
– Owszem – stwierdził i nie wiadomo było, czy wychwycona w jego głosie nuta odpowiadała żalowi czy też refleksji.
W pokoju zapadła cisza, podczas której ślizgon zatopił się w myślach. Odbył mentalną podróż we wspomnienia, dumając, czy kiedykolwiek przyszło mu rozróżnić te dwa akty...
Natychmiast się spocił. W głowie od razu stanęła mu wizja zawieszonego nad rozbieganymi ludźmi pociągu, ale nie tylko. Odetchnąwszy, przypomniał sobie o czymś, co wyznał tylko tacie.
– Prawie zabiłem... zamordowałem Aresa.
Fairhart się zainteresował.
– Naprawdę? – zapytał, zdziwiony, a nawet będący pod wrażeniem.
– Zagoniłem go, bezbronnego, pod drzewo. Miałem dwanaście lat.
– Nie masz powodów do zmartwień, Albusie – stwierdził, po czym poklepał go po ramieniu. – Jest naprawdę bardzo mało prawdopodobne, że w tym wieku wystrzeliłbyś Avadę Kedavrę. Oczywiście, może i miałeś chęć, ale...
– Nie, nie. – Nastolatek zadrżał, kiedy wspomnienie nabrało ostrości. – Celowałem w niego Smoczą Różdżką, która... Hm, tak naprawdę to sam się przekonywałem, że jestem w stanie odebrać życie. Różdżka dałaby mi siły.
Oświadczenie sprawiło, że z twarzy Fairharta natychmiast znikł uśmiech. Zastąpiło go oświecone spojrzenie.
– Twierdzisz, że byłeś w posiadaniu Smoczej Różdżki?
– Ano.
– I powiedziała ci, że jeżeli chcesz... możesz zabić Aresa?
– Nie, nakazała mi. – Albus się skulił. – Ech, tak naprawdę to był mój wewnętrzny głos.
– W porządku, zrozumiałem. – Na twarzy Sancticusa pojawił się niezwykły wyraz, prawie że epifaniczny* . – Ostatecznie postanowiłeś zaniechać morderstwa? – kontynuował przesłuchanie mężczyzna, jakby bardzo pragnąc pełnego wyjaśnienia.
– Oczywiście – odburknął, zirytowany głupotą pytania.
– Dlaczego?
– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – O co panu chodzi?
Fairhart nie odpowiedział, podczas gdy jego myśli galopowały. Albus z zakłopotaniem przyglądał się minom, które w międzyczasie robił.
– Pro... profesorze...? To znaczy, San...? – spytał po co najmniej pięciu minutach główkowania.
– Nigdy tak naprawdę nie użyłeś Smoczej Różdżki, prawda? – Mężczyzna się ocknął.
– No tak – stwierdził, nagle wzburzony. – Przecież powiedziałem, że...
– Spierałeś się ze sobą i wyraźnie potrafiłeś rozróżnić dwie przeciwstawne idee – podsumował mentor. – Nadal to robisz?
Pytanie było tak osobliwe i trafne, że Albus mimowolnie się zastanowił, czy Fairhart nie zna na nie odpowiedzi i tylko go ciągnie za język.
– Ano, czemu py...?
– Kiedy ostatnio? – drążył czarodziej, a jego skwapliwość była po prostu niepokojąca. – Od czasu przypadku z Aresem.
– Cóż. – Chłopiec się zastanowił. Czyż nie miał przed oczami właściwego wspomnienia? – Tuż przed tym, zanim mnie pan znalazł – wyznał. – Czułem... Ech, pamięta pan, co mówiłem w Hogwarcie? O złotych oczach i w ogóle?
– Pamiętam, możesz kontynuować.
– Otóż stało się to niedługo przed naszym spotkaniem. Prawie... prawie popełniłem głupi błąd. Niemalże zabiłem... lub raczej zamordowałem masę ludzi. Wydaje mi się, że słyszałem też własny głos – ten... zły.
– Niekoniecznie zły – powiedział po cichu Fairhart, jakby bardziej do siebie aniżeli do rozmówcy. – Po prostu inny.
– Czy wiesz, dlaczego mi się to przytrafia, San? – zapytał, zaniepokojony. – Od jakiegoś czasu wiem, że tak nie powinno być.
– Myślę, że wiem – przyznał ostrożnie mężczyzna.
Albus odniósł wrażenie, że wybuchnie ze szczęścia.
– Raczej na pewno! – krzyknął, a siła odkrycia niemalże powaliła go na podłogę. Spodziewał się jednak o wiele bardziej rozbudowanej odpowiedzi.
– Myślę, że wiem – powtórzył z naciskiem czarodziej. – Gdybym miał rację, ot na wszelki wypadek... nie mogę ci powiedzieć.
– Co takiego...? Co to znaczy...? – Chłopcu natychmiast zrzedła mina. Trochę się pozbierawszy, zrobił zakłopotaną i rozczarowaną minę. – Jeżeli masz rację...? Co do...?
– Powinieneś się przespać – stwierdził ni stąd, ni zowąd Fairhart i wstał, nawet nie zaszczycając go spojrzeniem.
– Słucham? – Albus skoczył na równe nogi. – Czemu nie chcesz mnie uświadomić?
– Mogę na ciebie jutro liczyć? – spytał nierażony mentor, jakby w ogóle nie słyszał protestów podopiecznego.
– Co...? Tak, oczywiście, ale...
– W takim razie się prześpij.
Sancticus stanowczo zakończył rozmowę, a ślizgon nie mógł zrobić nic, poza otwieraniem i zamykaniem z oburzenia ust; był straszliwie zirytowany tym zachowaniem. Fairhart machnięciem różdżki zgasił ogień w kominku, a ciemność nie potrafiła ukryć zdezorientowanego wyrazu twarzy oraz rozgorączkowania Albusa.
Chociaż przez większość nocy rozkładał na czynniki pierwsze olśnienie Fairharta, wyczerpanie psychiczne i fizyczne po ciężkim treningu zrobiło swoje. Spał tak twardo, że obudziło go dopiero wpadające przez okno światło słoneczne – jak się okazało, był cały poskręcany, a przez to obolały. Kiedy usiadł i przetarł oczy, wszechobecna cisza sprawiła, że zaczął się zastanawiać, gdzie wywiało jego mentora. Czyż nie miał go obudzić?
Zwlókł się z kanapy i podreptał do sąsiedniego pokoju, a zagadka sama się rozwiązała. W pełni rozbudzony Sancticus przykucnął sobie w kącie i stukał różdżką w coś, co wyglądem przypominało srebrne pudełko, na które Albus od momentu przybycia do chatki w ogóle nie zwrócił uwagi.
– Cały czas był pan na nogach? – zapytał, oszołomiony.
– Tak. – Fairhart wstał i się odwrócił. – Widzę, że jednak przymknąłeś na chwilę oko.
– Ano, na troszkę – odpowiedział, a następnie z zainteresowaniem wskazał na dziwną metalową skrzynkę. – Co to jest? – dodał, mgliście sobie przypominając, że zorientowawszy się w otoczeniu, na początku sklasyfikował ją jako pewnego rodzaju sejf.
– Sejf, Albusie – potwierdził mężczyzna. – Oczywiście, magicznie wzmocniony.
– Nie masz skrytki u Gringotta? – spytał, wracając myślami do zeszłorocznej rozmowy z ojcem.
– Mam. – Sancticus złapał się za biodra i wbił wzrok w srebrną skrzynię. – Jednakże uważam, że czasami dobrze jest móc dysponować podręczną sumą, zwłaszcza w wyjątkowej sytuacji.
– Odłożył pan sakiewkę pieniędzy? – zapytał, a następnie ziewnął.
– Owszem, ale obawiam się, że...
– Nie może mi pan więcej zdradzić – dokończył i zmarszczył brwi. – Jesteś bardzo skrytym człowiekiem – dodał.
– Wszyscy mamy swoje sekrety. – Uśmiechnął się lekko Fairhart. – Zacznij zbierać się do podróży. Wkrótce wyruszamy.
Kilkanaście kolejnych minut Albus spędził na szorowaniu się kostką mydła, którym mył się od dwóch tygodni – na tym skończyły się jego przygotowania. Gdy się ubrał i schował różdżkę do kieszeni, postanowił poczekać przy drzwiach wyjściowych, a kiedy Sancticus do niego dołączył, razem ruszyli zaśnieżoną dróżką w kierunku przeciwnym do drzew.
Na dworze było widno, a więc przy słabym wietrze było o wiele znośniej, aniżeli poprzedniego dnia na mrozie. Niepokojąca się jednak wydawała postawa towarzyszącego mu mężczyzny. W ogóle się nie odzywał, co było irytujące, gdyż ślizgona zżerała niezaspokojona ciekawość i to nie tylko dotycząca wiedzy, którą dysponował i nie chciał się podzielić, ale także miejsca ich aktualnego pobytu. Zrozumiawszy, że nie doczeka się wyjaśnień, postanowił zrobić pierwszy krok.
– Hm, jak nazywa się ta mieścina?
– To mała czarodziejska wioska, Lambshire. Całkiem oryginalna oraz... Cóż, zobaczysz.
Wkrótce wyszli z leśnej części okolicy i powoli zbliżali się do cywilizacji. Mimo wszechobecnych zasp droga sprawiała wrażenie dosyć krętej, a po obu jej stronach rozpościerały się długie połacie pól uprawnych.
– San? – zapytał niepewnie chłopiec, nadal nieprzyzwyczajony do wymawiania imienia swego nauczyciela. – Wcześniej mówiłeś, że... wciąż jesteśmy w Wielkiej Brytanii, prawda?
– Owszem, a dokładniej to niedaleko Morza Północnego – powiedział uspokajająco czarodziej, nie zwalniając tempa.
Nowa informacja zaalarmowała Albusa.
– Słucham...? – spytał, przerażony. – W sensie, że jak blisko...?
– Lambshire, choć nieuwzględnione na mugolskich mapach, w rzeczywistości wcale nie jest tak daleko od Edynburga oraz portu, z którego mam nadzieję w końcu wyruszyć na naszą wyprawę.
Ślizgon skinął głową, ale zanim zdążył odpowiedzieć, coś przykuło jego uwagę. Kiedy schodzili stromym, przypominającym wzgórze fragmentem drogi, dostrzegł jakby kamienne wrota, dziwnie przypominające ceglany mur, będący przejściem na ulicę Pokątną. Drzwi sprawiały wrażenie zużytych i wyszczerbionych, chociaż nadal solidnych, a ściana, na której je umieszczono, była bardzo szeroka i równie ufortyfikowana – rozciągała się hen.
– Hm, a nie mówiłeś przypadkiem, że to miejsce jest nieduże? – Schował dłonie w kieszeniach kurtki, podczas gdy gigantyczne wrota powiększały się z każdym ich krokiem.
– Lambshire nie jest tak rozległe, jak otaczający wioskę mur. Nie zapominaj, że znajdujemy się w głównie niemagicznych okolicach, a zatem nie może być, ot tak po prostu na otwartej przestrzeni. Nie jestem rozeznany w zaklęciach, którymi jest obłożone, żeby zapobiec najazdom nieproszonych gości, ale moim zdaniem najzwyklejsza w świecie ściana nie wygląda na olśniewającą, a na nieciekawą. Mugole najprawdopodobniej widzą pustą parcelę z bardzo wysokim ogrodzeniem.
– Czemu wioska jest odizolowana? – zapytał, gdy się zatrzymali – teraz oficjalnie stali przed olbrzymimi wrotami.
Zdecydowawszy się zignorować podopiecznego, Fairhart wyciągnął różdżkę.
– Muszę coś ci powiedzieć, Albusie – wyznał poważnym tonem. – Miejsce, które zaraz zobaczysz, znacząco różni się od tych, które dotąd poznałeś.
Stwierdzenie sprawiło, że w głowie chłopca zrodziło się wiele pytań.
– Że co...?
– Dorastając z Harrym, prawdopodobnie nigdy nie słyszałeś o takim miejscu – praktycznie wyszeptał mężczyzna. – Twój ojciec oraz Ministerstwo Magii... również mają swoje ukryte przed światem tajemnice.
– Co masz na myśli? – drążył, nagle czując strach. O co chodziło? Jakie niezwykłe bądź warte ostrzeżenia sekrety skrywa małe czarodziejskie miasteczko?
Fairhart znów zdecydował się na milczenie, a potem stuknął różdżką w kilka z pozoru przypadkowych kawałków betonu, otwierając tym samym przejście. Z każdą mijającą sekundą Albus widział coraz to więcej...
Sapnął, a Sancticus obdarzył go skrzywionym, smutnym uśmiechem, który jeszcze bardziej zniekształcił mu twarz.
– To jest świat, którego nigdy miałeś nie zobaczyć.
* Epifania – niezwykłe doznanie, olśnienie
