23. LAMBSHIRE
Gdy zobaczył czarodziejską wioskę, z niedowierzania przetarł oczy.
Lambshire było ruiną.
Ulica, która ich przywitała, była co najmniej nieprzyjemna, a stojące wzdłuż niej domy bardziej przypominały rozpadające się chaty, aniżeli solidne budynki – wszystkie rudery były przekrzywione i zbudowane z brudnej cegły oraz czegoś, co mogłoby być słomą. W powietrzu wisiało niepokojące uczucie zaniedbania, które potęgowały okoliczne podwórka, na których walały się obrzydliwe stosy śmieci z bzyczącymi nad nimi owadami, jedynie gdzieniegdzie popakowane w worki. Mimo że chaty utrudniały widoczność, w oddali widać było na pozór losowo rozmieszczone małe stoiska z asortymentem nieapetycznie wyglądających posiłków; przy ladach stali zaś... sprzedawcy.
Ludzie!
Szok spowodowany widokiem tak zaniedbanego miejsca chwilowo odwrócił uwagę chłopca of faktu, iż Lambshire miało być dobrze prosperującym czarodziejskim miasteczkiem – przecież normalnie mieszkali tu ludzie. Gdy o nich pomyślał, dostrzegł niewielkie natężenie ruchu niedaleko wejścia, przy którym stali. Na jednym z zaśmieconych podwórek siedziała na wpół ubrana, wychudzona kobieta. Rozklekotany stołek wyglądał, jakby trzymał się tylko i wyłącznie dzięki zaklęciu. Zaledwie dwa domy (o ile te rudery klasyfikowały się jako prawdziwe domostwa) ujrzał w oknie zapadniętą twarz, która z lekka go przeraziła. Z nich wszystkich najbardziej był jednak przerażający starszy mężczyzna, który na drewnianej nodze kuśtykał z jednej chałupy do drugiej – drewniana proteza była najczystszym elementem jego stroju, a najbrudniejszą miał twarz, zwłaszcza długą poniewierającą się po ziemi szarą brodę. Czarodziej nie wydawał się zauważyć ani przybycia nieznajomych, ani wgapionego w niego dziecka.
– Co...? Co to za miejsce...? – spytał wystraszony ślizgon, a kiedy spojrzał na Fairharta, doszedł do wniosku, że jego oszpecona buzia – w porównaniu do utykającego przechodnia – prezentowała się nie najgorzej.
– Lambshire, Albusie – odpowiedział rzeczowo mężczyzna, nawet nie zwracając na towarzysza uwagi.
– Czy wioska od zawsze tak wyglądała...? – zapytał, drżąc na samą myśl.
Sancticus zaprzeczył.
– Nie wiem, czy kiedykolwiek była uosobieniem piękna, ale z pewnością nie zawsze cechowała ją degeneracja oraz odosobnienie społeczne, które teraz obserwujesz. Lambshire jest jedną z wielu magicznych osad, które w trakcie Drugiej Wojny Czarodziejów zostały zaatakowane przez Lorda Voldemorta.
– Voldemorta? – powtórzył, szczerze zdumiony. – Przecież ten konflikt zakończył się ponad dwadzieścia lat temu.
– W istocie. – Fairhart potaknął. – Musimy się zbierać. Myślę, że nasz cel mieści się w okolicach centrum wioski.
Albus automatycznie ruszył do przodu. Gdy szli zakurzoną drogą, był nękany serią okropnych obrazów i zatrważających dźwięków – przez krótki odcinek dręczył go pełen bólu kobiecy krzyk, a potem zobaczył na zaśmieconym podwórku coś, co wyglądało na martwe zwierzę pieczone nad kiepsko rozpalonym ogniskiem.
– Nie pojmuję – wyznał. – Co się stało...?
– Mówiłem, że siły Voldemorta najechały Lambshire. Biorąc pod uwagę ogrom zniszczeń, zaryzykowałbym stwierdzenie, że w atak zaangażowana była bardziej armia magicznych stworzeń, aniżeli śmierciożercy, w tym najprawdopodobniej olbrzym albo nawet dwójka.
– W porządku, ale czemu szkody nie zostały naprawione? – Albus potknął się o coś leżącego na ulicy, ale nie zaryzykował zerknięcia w dół, ot na wszelki wypadek. Wolał unikać niepotrzebnych stresów. – Chodzi mi o to, że krótko po tym, jak Ares zaatakował Hogsmeade...
– Wioska została odrestaurowana, bo Warren Waddlesworth wyłożył pokaźną sumę złota. Tak się składa, że ma skrytkę wypchaną aż po brzegi.
– A Ministerstwo...? – Wstrzymał się, bo wtem zrozumiał. – Ministerstwo Magii nie przyłożyło ręki do odbudowy Lambshire...
– Niestety, Albusie. Po wojnie z Voldemortem ponad połowa odizolowanych czarodziejskich wiosek nie została przywrócona do stanu użyteczności. Musisz wiedzieć, że prawie dziewięćdziesiąt procent wszystkich ministerialnych funduszy zostało wówczas przeznaczonych na odbudowę samego rządu. Zatrudniono rzeszę aurorów, którzy zajęli miejsce poległych i zabitych, a wielu długoletnim oraz kluczowym pracownikom sfinansowano kupno nowych różdżek. Cóż, pierwszeństwo w dotacjach zyskały miejsca, którymi Ministerstwo było szczególnie zainteresowane i niestety, Lambshire się nie poszczęściło – powiedział Fairhart. – Pomyśl o Hogwarcie, Albusie. W pewnym momencie wojny nawet zamek doznał wielkich obrażeń, ale musiał zostać natychmiast odbudowany, bo od pierwszego września miał znów przyjąć uczniów.
– Nie mogli wspomóc się magią? Czy nie byłoby prościej, gdyby...?
– Magia nie zawsze jest rozwiązaniem problemów. Owszem, jest wygodna w użyciu oraz stanowi ważny aspekt naszego jestestwa, ale nie bez powodu operujemy walutą pieniężną. Magia również ma swoje granice. Jeżeli chodzi o tutejszych ludzi, naprawdę uważasz, że wszyscy są znakomitymi czarodziejami i czarownicami? Jak myślisz, ilu z nich zdobyło wykształcenie? Ilu młodzików stać na kupno porządnej różdżki? Co sprawia, że w ogóle pomyślałeś, że można tu jakąś nabyć? – Fairhart na chwilę zamilkł. – Lambshire, podobnie jak wiele innych miejsc, zostało opuszczone przez Ministerstwo.
– Nie! – krzyknął chłopiec, prawie zagłuszając nawołującego sprzedawcę ze straganu po lewej stronie.
– ZUPA Z ŻĄDLIBĄKA*! Zupa z żądlibąka za knuta lub dwa! – Staruszek był łysy, a na oku miał przepaskę. – Lekarstwa również w dobrej cenie! – dodał, zdesperowany.
Albus zignorował biegnący po kręgosłupie dreszcz i ponownie skupił się na rozmowie z Sancticusem.
– Aż ciężko uwierzyć. Jestem przekonany, że mój tata...
– Powiedziałem, że Lambshire zostało opuszczone przez Ministerstwo Magii, a nie Harry'ego Pottera. Ważne jest rozróżnienie podmiotów. Indywidualnie, twój ojciec, jak również ówczesny Minister, Kingsley Shacklebolt oraz wielu innych może w sposób priorytetowy traktować pomoc potrzebującym i zdewastowanym przez wojnę miejscom. I może poszliby nawet tą drogą, gdyby postawili tu stopę. Sęk w tym, że Ministerstwo jest innego rodzaju tworem, który podejmuje decyzje na podstawie opinii całości, zwykle, aby nawzajem się uspokoić. W ostatecznym rozrachunku „pomniejsze" problemy zostają odłożone na bok, a następnie zapomniane.
Albus nie odpowiedział, w zamian pozwalając, żeby nowo poznane informacje zagnieździły mu się w głowie. W międzyczasie zwracał także uwagę na otoczenie. Na końcu polnej ścieżki ostro skręcili w lewo i znaleźli się na otwartej przestrzeni, która trochę przypominała Hogsmeade – wokół sporej wielkości promenady ustawione były budynki, które tylko z nazwy przypominały prawdziwe sklepy. W przeciwieństwie jednak do tejże wioski okolica sprawiała wrażenie prawie niezamieszkanej, bo kręciło się po niej zaledwie kilka osób, głównie owiniętych bandażami. Wszyscy wyglądali na głodnych – chłopiec podejrzewał, że gdyby postawić przed nimi kocioł treściwszej zupy, nie odchodziliby od niego przez ponad tydzień.
– Jeżeli kiedykolwiek się zastanawiałeś, dlaczego ludzie tacy jak Warren Waddlesworth cieszyli się dużym społecznym uznaniem, to właśnie z powodu takich miejsc – kontynuował analizę Fairhart, wyraźnie chcąc skoncentrować uwagę Albusa na sobie. – Lambshire okazało się, niestety, poza jego zasięgiem. Najprawdopodobniej nigdy wcześniej nie słyszał o tej mieścinie, ale zapewniam cię, że utopił pokłady złota w innych równie zdewastowanych osadach.
– Trochę o tym słyszałem. – Ślizgon wrócił wspomnieniami do rozmowy z wujkiem Ronem i ciocią Hermioną, krótko po wysłuchaniu zagrzewającej do poparcia Wybawczego Aliansu Różdżek przemowy Waddleswortha. Jednocześnie uświadomił sobie, że wtedy Warren wydawał mu się w porządku.
– Nad czym rozmyślasz? – zapytał Sancticus i na chwilę zatrzymał się w miejscu, aby starsza czarownica mogła na spokojnie go minąć.
– Cóż, sam nie wiem... Czemu Waddlesworth przestał...? Dlaczego nie kontynuował odbudowy, skoro dotąd nie szczędził knuta?
Fairhart westchnął.
– Nie jestem zaznajomiony ze szczegółami, a większość z nich to przede wszystkim luźne spekulacje, aczkolwiek nietrudno jest wywnioskować, co spowodowało zmianę jego priorytetów. – Zmarszczył lekko brwi. – Warren był wówczas uwielbiany przez społeczeństwo i wynoszony na piedestał przede wszystkim za hojność, a idea renegacka dopiero zaczynała oglądać światło dzienne. Waddlesworth dysponował inteligencją, urokiem osobistym oraz złotem, tak więc posiadał wszystko, aby uczynić ten ruch czymś wyjątkowym. Wraz z upływem czasu przerzucił się z odbudowy czarodziejskiego świata na szukanie sposobów na uciszenie sumienia tych, którzy nie przyczynili się do wygrania wojny. Jego wytrwałość w działaniach i dominująca osobowość ukształtowały dzisiejszą sytuację oraz przyczyniły się do powstania Wybawczego Aliansu Różdżek. Cóż, teraz powinniśmy nazywać ich Zjednoczonym Ministerstwem.
– Wciąż nie mogę uwierzyć, że to nie pojedynczy przypadek – powiedział ponuro chłopiec.
– Owszem, to bolesna myśl – podsumował Sancticus, aczkolwiek nie rozwinął wątku, przez co definitywnie zakończył temat.
Przeszli obok szeregu sklepów, które z bliższej odległości okazały się nie być solidnymi budynkami, jak początkowo Albus przypuszczał, a większymi szopami, gdzieniegdzie pomalowanymi na wyblakły kolor, najprawdopodobniej, aby podkreślić charakter sprzedaży oraz podnieść handlowe rokowania. Lambshire, mimo że przypominało trochę Hogpenn, gdzie również włóczyli się ludzie w podartych szatach, nawet pomimo wielu podobieństw, w ostatecznym rozrachunku nie mogło się równać najgorszej dzielnicy Hogsmeade. W drodze minęli dwóch mężczyzn, z których jeden był naprawdę wątły, wyraźnie wychudzony, a drugi czarnowłosy oraz okaleczony – okolice ust szpeciły mu niewiadomego pochodzenia blizny. Czarodzieje, nie wzbudzając swoim zachowaniem żadnej sensacji, wymieniali się dobrami. Ten lepiej się prezentujący przekazywał drugiemu fiolkę z pomarańczową, podejrzanie wyglądającą substancją, z zamian otrzymując nieduży jutowy worek. Albus nie miał ochoty bawić się w zgadywanki, co mogło być w środku.
– Jak myślisz, czym tam handlowali? – zapytał cicho towarzysza, lekko go szturchając, żeby zwrócić jego uwagę na interesujący incydent.
– Cóż, możliwych jest wiele scenariuszy. – Fairhart sprawiał wrażenie, jakby nie chciał się znów rozwodzić. – Opcja numer jeden: mężczyzna, który przekazuje torbę, ma chore dziecko, a zatem wymienia żywność lub inny produkt na leczniczą miksturę. Opcja numer dwa: w zamian za wątpliwej natury eliksir, który pozwoli na oderwanie się od ponurej rzeczywistości i odpłynięcie w nieświadomość, chudszy mężczyzna przekazuje jakąś skradzioną rzecz. Wspominałeś, że jesteś niezłym warzycielem, prawda?
Albus skinął głową, nie mogąc oderwać wzroku od czarodziejów, którzy po zakończeniu handlu, pogrążyli się w cichej rozmowie. Najprawdopodobniej uzgadniali termin kolejnej wymiany.
– W takim razie byłbyś jednym z nielicznych, którzy dobrze sobie radzą w tutejszej rzeczywistości. Eliksiry mają w Lambshire kluczowe znaczenie. Jeżeli potrafisz przygotować miksturę, która może wspomóc gojenie się rany bądź przebycie choroby, otrzymasz wiele pomniejszych luksusów.
– A nie mógłbym po prostu warzyć za darmo? – zapytał.
– Ach, słodka niewinność. – Uśmiechnął się Fairhart. – Zastanów się dobrze. – Dotknął ramienia Albusa. – Czy gdyby przyszło ci żyć w takich warunkach, nie oczekiwałbyś zapłaty za usługi? Może nawet całkiem sporej, biorąc pod uwagę poziom swojego warsztatu oraz możliwość zaopatrzenia rynku w najpotrzebniejsze mikstury?
– Absolutnie nie! – powiedział, oburzony wymysłem. – Nawet teraz mógłbym coś uwarzyć. Przecież to nic wielkiego!
– Jesteś dobrym chłopcem, Albusie. Pomimo szczerych chęci, brakuje ci jednak potrzebnych ingrediencji. – Uśmiechnął się ponownie Sancticus. – Dodatkowo wydaje mi się, że wymiana, którą przed momentem zaobserwowaliśmy, była wyznacznikiem tutejszego trendu. Wyjątkowo nieprawdopodobne się wydaje, aby którykolwiek z mieszkańców Lambshire był równie utalentowany w dziedzinie eliksirów co ty, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że naturalnie roznieciłeś swój talent oraz odebrałeś stosowne wykształcenie podczas lekcji. Domyślam się, że człowiek, który otrzymał fiolkę, odchodzi z bardzo słabą wersją tego, co naprawdę pragnąłby zakupić. Wróci jednak po więcej, bo to najlepsze, co może dostać.
Ślizgon nie odpowiedział, patrząc, jak wychudzony mężczyzna odchodzi, najwyraźniej nie mogąc dojść do porozumienia ze swoim towarzyszem. Czarodziej z workiem w ręku odwrócił się i natychmiast nawiązał kontakt wzrokowy.
– Na cholerę się gapisz? – warknął nieprzyjemnym tonem i zaczął się zbliżać.
– Oho. – Fairhart nie kiwnął palcem. – Wygląda na to, że przyciągnąłeś kłopoty...
– Co takiego...? – Albus przez chwilę zwyczajnie się na niego patrzył, a potem przeniósł spojrzenie na nadchodzącego bruneta. Sprawiał wrażenie dość brutalnego gościa, a grozy dodawały mu błyszczące w słońcu żółte zęby.
Napastnik się zamachnął.
Chłopiec instynktownie sięgnął do kieszeni, wyciągnął różdżkę i niewerbalnie rzucił pierwsze zaklęcie, które przyszło mu do głowy.
Fracturus, pomyślał, celując w uniesioną pięść.
Nie rozbłysło się żadne światło, ale głośny huk i następujący po nim charakterystyczny trzask podpowiedziały mu, że odniósł sukces. Mężczyzna natychmiast upadł na ziemię, krzycząc z bólu i ściskając się za nadgarstek. Jutowy worek, który przed chwilą otrzymał, potoczył się po ziemi.
– Ten dzieciak ma różdżkę!
Słysząc czyjś krzyk, Albus spanikował. Co tu się działo...? Przecież jeszcze przed sekundą po prostu rozmawiał z Fairhartem...
Sytuacja zmieniła się w okamgnieniu. Niespodziewanie za wyjącym z bólu czarodziejem pojawiło się trzech innych. Wszyscy mieli podarte ubrania i w różnym stopniu byli obandażowani.
Wtem coś go tknęło. Obejrzawszy się za siebie, zobaczył, że z maniakalnym wyrazem twarzy pędzi ku niemu brązowowłosa, umorusana kobieta...
Sancticus w końcu zareagował. Wyciągnął różdżkę i powalił na kolana trzech napastników. Co ciekawe, każdy z nich wyglądał, jakby oberwał czymś innym. Człowiek najbliżej wydawał się doznać najmniejszych obrażeń – leżał na ziemi i wrzeszczał, a z jego nosa ciekła krew.
– Ruszajmy.
Niczym niewzruszony Fairhart złapał trzęsącego się ze strachu Albusa i razem zniknęli z otwartej przestrzeni, znajdując się w obskurnej alejce, a później skierowali się na zakurzoną, całkowicie pozbawioną ludzi drogę. Gdy się obejrzał, chłopiec dostrzegł, że wokół bruneta z pokiereszowanymi ustami zgromadziło się całkiem sporo osób – może nawet dziesięć. Jutowy worek ściskała w rękach jakaś brudna krótkowłosa szatynka, najwyraźniej bardzo zadowolona, że aby zdobyć towar, nie musiała się napracować.
– Co się tam stało...? – wydukał chłopiec, drżąc. – Oni wypełzli znikąd...!
– Mężczyzna, któremu koniec końców złamałeś nadgarstek, najwyraźniej uznał twoje zainteresowanie za obraźliwy gest i postanowił fizycznie przemówić ci do rozsądku.
– Och, wielkie dzięki za pomoc – burknął zgryźliwie. – Jak daleko zamierzałeś pozwolić posunąć się temu facetowi, hm? Czy po prostu pozwoliłbyś mu mnie uderzyć? Wydawałeś się bardzo zdystansowany...
– Od dłuższego czasu uczę cię potężnej magii, Albusie. Miałem nadzieję, że będziesz w stanie samodzielnie się obronić, zwłaszcza że twój przeciwnik nie sprawiał wrażenia zbyt problematycznego. Swoją drogą, dobrze się spisałeś – odpowiedział Fairhart. – Cóż, ostatecznie interweniowałem, prawda?
– Ano, dopiero gdy całe miasto się na mnie rzuciło. Co się właściwie wydarzyło? Ktoś krzyknął, że mam różdżkę...
– Wcześniej wytłumaczyłem, że dobra luksusowe, do których zalicza się również różdżka, są tutaj rzadkością. Może wydawać się to barbarzyńskie, ale chciano cię po prostu okraść. W zapomnianych i odciętych od świata miejscach posiadanie podstawowego czarodziejskiego narzędzia daje ogromną przewagę. Zdolność do łatwego czarowania, nawet ze słabymi wynikami, oznacza, że szczęściarze, którzy nauczyli się podstawowych zaklęć oraz w jakimś stopniu opanowali magię leczniczą, mogą podwyższyć swój standard życia i zaoferować usługi w zamian za potrzebne rzeczy. Czarodziej z różdżką w ręku może za jedzenie naprawić komuś dom.
– Ciebie nie zaatakowano! – wyparował ślizgon, nadal nieco zdezorientowany rozwojem sytuacji.
– Udaremniłem próbę kradzieży przy okazji mojej pierwszej wizyty w wiosce. – Sancticus uniósł brew. – Większość tubylców na własnej skórze przekonała się, że nie należy robić sobie ze mnie wroga. Najprawdopodobniej nie wiedzieli, że zawitaliśmy do miasta razem.
– Czy myślałeś kiedyś, żeby pomóc tym ludziom? – Albus głęboko odetchnął. – Zamiast po prostu się szwendać i komentować?
Fairhart się skrzywił, przez co wyglądał zdecydowanie gorzej.
– W pełni podzielam twoje odczucia, ale stąpasz po kruchym gruncie. Aby uporządkować tutejsze sprawy, potrzeba więcej aniżeli jednej osoby. Jak mógłbym się przysłużyć? Owszem, mógłbym małymi kroczkami pomóc ubarwić szarą rzeczywistość, ale zaspokojenie jednego zdesperowanego czarodzieja wiąże się z pogardą pozostałych. – Westchnął. – Wybacz, ale muszę cię uświadomić. Okazywanie wyższości lub władzy jest naprawdę nierozsądne. Zostałeś zaatakowany za posiadanie różdżki. Napastnicy zamierzali cię zabić, a nie poprosić o uszycie odzienia.
Albus, zamiast odpowiedzieć, potarł skroń, aby załagodzić straszliwy ból głowy. Czemu wszystko było zawsze tak skomplikowane? Jednocześnie nie był pewien, czy Fairhart nie urządzał sobie właśnie mentalnej wycieczki w głąb jego umysłu.
– Jeżeli poczujesz się dzięki temu lepiej, to przyznam, że zdobyłem w Lambshire kilku przyjaciół – dodał w beztroski sposób nauczyciel.
– Przyjaciół? – powtórzył.
– Cóż, może rzeczywiście nie tak bliskich znajomych, ale z pewnością sympatyków, czyli ludzi, z którymi jestem w dobrych stosunkach. W ukryciu spędziłem sporo czasu, ponieważ najczęściej nie docierają tu ministerialne wpływy oraz wioska jest odosobniona. Najprawdopodobniej żaden z mieszkańców nie widział nawet artykułu w gazecie, gdzie wyznaczona została nagroda za moją głowę. Gdybym jednak się mylił, uwierz – ci ludzie są zbyt przybici, żeby przejmować się bieżącymi wydarzeniami reszty pozornie kwitnącego świata.
– Hm, to wyjaśnia twój brak wiedzy. – Zmarszczył brwi, kiedy Fairhart skinął głową. – Jeśli masz sympatyków, to gdzie się podziewają...?
– Bardziej w centrum Lambshire – odpowiedział podejrzanie szybko mężczyzna. – Koniec ociągania – zarządził i przyspieszył kroku.
Mając przed oczami zakurzoną uliczkę, Albus również wznowił marsz. Po drodze mijali straszliwie zrujnowane rudery, które wyglądałyby o wiele gorzej, gdyby nie poniekąd zakrywający rozkład dachów poranny śnieg. Gdzieniegdzie widzieli oznaki życia – słyszeli kaszel bądź kątem oka dostrzegali skulony w rogu cień. Dopiero gdy przechodzili obok jednego z najbardziej zdewastowanych domostw, uwagę ślizgona przykuł mały chłopiec, którego wygląd sprawił, że natychmiast ścierpła mu skóra.
Dziecko miało może dziesięć lub jedenaście lat. Z tłustymi, brudnymi i rozczochranymi włosami oraz wychudzonym ciałem (do tego stopnia, że potargane, prowizoryczne ubranie prawie z niego spadało) był obrazem nędzy. Mimo że sprawiał wrażenie poważnie chorego i wyczerpanego, jego oczy błyszczały z zaciekawienia. Gdy się bliżej przyjrzał, Albus dostrzegł, że chłopiec był wpatrzony w przedmiot, który trzymał w dłoniach, a mianowicie w najprawdziwszy złoty galeon.
Fairhart się zmobilizował.
– Schowaj łup – poradził dziecku, które nie spodziewając się zaczepki, podskoczyło w miejscu, zaskoczone, a następnie natychmiast ukryło monetę.
– Miał pieniądze! – zauważył ślizgon, kiedy chłopczyk znalazł się poza zasięgiem ich słuchu.
– Owszem.
– Czemu? Niby do czego są tu przydatne...?
– Wymiana przedmiotów może i jest w Lambshire podstawową metodą handlu, ale tylko i wyłącznie dlatego, że złoto zalicza się do dóbr luksusowych. W rzeczywistości nadal dobrze jest nim dysponować. Jakby nie spojrzeć, zawsze istnieje szansa, że miasto odwiedzi ktoś spoza rejonu z zamiarem sprzedaży interesujących rzeczy. – Sancticus westchnął. – W tym tkwi właśnie problem, Albusie – tutejsi mieszkańcy nie mają dokąd się udać, ale tylko dlatego, że nie stać ich na przeprowadzkę. Zbyt dobrze wiedzą, że do przeżycia w innych czarodziejskich osadach złoto jest niezbędne. Uwierz, kierowani aspiracjami wyrwania się z ruiny, ludzie gotowi są na wszystko.
– Hm, czyli... za usługi normalnie płacisz – podsumował nastolatek.
– Czarodzieje, z którymi utrzymuję kontakt, należą do grupy, której zależy na opuszczeniu Lambshire. – Fairhart poklepał się po kieszeni płaszcza, a ta niespodziewanie zabrzęczała. – Są zadowoleni ze złota.
– Ile ze sobą wziąłeś?
– Wystarczająco. Nie zapominaj, że przez dłuższy czas byłem aurorem.
– Czyli bez problemów dostaniemy łódź, prawda?
Sancticus potaknął, po czym wyciągnął ku czemuś rękę. Albus spojrzał we wskazanym kierunku i zdał sobie sprawę, że znów znaleźli się na jakby okrągłym placu, ponownie otoczonym zbutwiałymi budynkami, które w przeciwieństwie do mijanych dotąd domów, rzeczywiście przypominały sklepy. Najbardziej rzucał się w oczy ten stojący pośrodku, stosunkowo duży oraz zaskakująco zadbany. Nie był szczególnie ozdobiony i ciężko było znaleźć drzwi wejściowe, ponieważ były ciemnobrązowe, ale przynajmniej sprawiał wrażenie solidnego. Wyróżniał się jeszcze jednym – szyldem z niechlujnym, czerwonym napisem.
ALKOHOLE.
– Nazwa sklepu? – zapytał, zaciekawiony.
– Nie, raczej najczęściej oferowany produkt. Marketing jest w Lambshire nieistotny. To jedyna tawerna, czy też pub w okolicy – odpowiedział cierpko mężczyzna. – Nie wychylaj się z różdżką – dodał zachowawczo, a Albus dwukrotnie sprawdził, czy przypadkiem nie wystaje mu choćby koniuszek. Następnie podążył za towarzyszem, który właśnie otwierał drewniane drzwi.
Przez moment oczekiwał, że wnętrze tawerny będzie podobne do Pubu pod Trzema Miotłami. Owszem, spodziewał się większej obskurności i mniej zadbania o szczegóły, ale naprawdę mu się wydawało, że będzie trochę podobieństwa. Niestety, był w błędzie.
Środek był brązowy. W sumie jedyną dekoracją były spróchniałe meble, wyglądające na co najmniej niewygodne. Okrągłe stoły ustawiono losowo i podparto przypadkowymi przedmiotami, aby się nie przewróciły. Do każdego dostawione były po maksymalnie dwa stołki, sprawiające wrażenie regularnie naprawianych oraz przywodzące na myśl taboretki, które dotąd ślizgon widział. Lada, przy której podawane były napoje, była po prostu długą deską, wiszącą dosłownie w powietrzu.
Wtem uświadomił sobie, że biorąc pod uwagę charakter wioski, prowizoryczny barowy blat był jedyną rzeczą – oczywiście, poza wątpliwej natury pomarańczowym eliksirem – w którą naprawdę tchnięto tu magię. Człowiek zarządzający tawerną, musiał być więc miejscową szychą – ciężko było jednak stwierdzić, jak wielką.
Odkładając na bok zaskakująco ponure wnętrze oraz wspaniałość właściciela, Albus zrozumiał coś jeszcze. W tawernie było całkiem sporo ludzi.
Liczna klientela oraz zgromadzenie się o jednej godzinie mogło świadczyć tylko i wyłącznie o fazie rozkwitu pubu. Miejscówkę okupowało około dwudziestu lub nawet trzydziestu osób, lecz tylko kilkunastu rozczochranych szczęśliwców siedziało, zaś reszta stała, przeważnie zgarbiona nad stołem bądź opierająca się o niego łokciami. Kufle, z których wszyscy popijali, dziwnie dymiły. Nikt nie był doskonale widoczny. Każdy był w jakiś sposób obandażowany albo skrywał swą tożsamość pod szerokim kapturem, niedbale zarzuconym na głowę. Nikt też nie zwrócił uwagi na niecodziennych, porządnie wyglądających gości.
– Przygnębiająca knajpka, prawda? – mruknął Fairhart, zamykając drzwi.
Albus nie odpowiedział, zamiast tego obserwując poczynania przypadkowych osób. Troszkę dłużej skupił się na starszej czarownicy z rozkwaszonym nosem oraz w miarę zdrowo wyglądającym nastolatku, który dzierżył w ręce wielką butelkę. Przypomniawszy sobie, że gapienie się odbierane jest jako zaczepka, natychmiast spuścił wzrok.
– Nie wyglądaj na zastraszonego – poradził cicho mentor, prowadząc go przez tłum niezainteresowanych nieznajomych. – Potrafisz więcej, niż ktokolwiek tutaj. Miej wiarę w swoje zdolności.
– Zanim weszliśmy do środka, mówiłeś, abym dobrze schował różdżkę – odszepnął.
– Nie powiedziałem, żebyś podpuszczał stałych bywalców, a żebyś zaufał swym umiejętnościom. – Sancticus był stanowczy, choć trochę rozkojarzony.
Od razu zrozumiał dlaczego. Za magicznie zawieszoną drewnianą płytą stał teraz mężczyzna. Pierwsze spostrzeżenie Albusa było nawet zabawne. Barman zdecydowanie należał do grona najbardziej owłosionych ludzi, jakich spotkał. Miał krzaczaste czarne włosy oraz pasującą odcieniem długą brodę, niemalże sięgającą ziemi, przypominającą tę hagridową, aczkolwiek niesplątaną, a w dziwny, odstający sposób potarganą. Bujne włosy prawie całkowicie go zasłaniały, zostawiając odsłonięty zaledwie cal twarzy. Kiedy chłopiec zmrużył oczy, zauważył, że barman ma przepaskę na lewym oku.
Fairhart wziął Albusa pod ramię i poprowadził poprzez szepczący tłum w kierunku bartendera, na widok którego klienci znacznie się ożywili. Jedna osoba – kobieta o strąkowatych siwych włosach oraz mętnym spojrzeniu – natychmiast podeszła do nowo przybyłego i z zapałem rzuciła na blat srebrnego sykla. Barman odwrócił się i sięgnął do stojącej pod ścianą skrzynki, po czym wyciągnął z niej brązową papierową torbę, z której wystawała butelka.
Ślizgon podążył za nauczycielem aż do kontuaru, podczas gdy klientka bez słowa minęła ich z oszołomionym wyrazem twarzy. Sancticus jakby od niechcenia położył dłoń na blacie, a owłosiony sprzedawca skinął mu głową na powitanie.
– Twój interes rozkwita, Otis – parsknął na dzień dobry Fairhart.
Mężczyzna włożył rękę w brodę i przez moment mógł posługiwać się tylko jedną, a następnie podrapał się po policzku.
– W czym mogę dziś pomóc, John? – zapytał w zamian z lekko świszczącym oddechem.
Albus rzucił towarzyszowi dyskretne spojrzenie, lecz ten niczym się nie zdradził.
– Zastanawiałem się, czy nabyłeś rzecz, o którą niedawno prosiłem.
Otis znów się podrapał.
– Tak, ale było ciężej, niż z początku przypuszczałem. Cena wzrosła.
– Próbujesz mnie oszukać? – Uśmiechnął się Sancticus.
Barman wzruszył ramionami i właśnie wtedy przerwał im młodzik, któremu Albus przypatrywał się wcześniej. Nastolatek podszedł do lady i niedbale rzucił na nią sykla tak jak wcześniej tamta kobieta. Otis sięgnął za siebie i wyciągnął ze skrzynki kolejną opakowaną butelkę, a następnie bez zbędnych słów podał mu ją z roztargnieniem.
– Wybacz, John. – Potrząsnął głową. – Trochę się wykosztowałem...
– Jest na zapleczu? – Fairhart wskazał ręką drzwi prowadzące na tył sklepu, których wcześniej ślizgon nie zauważył, bo zasłaniał je Otis. – Spokojnie, mam złoto – dodał uspokajająco, kiedy barman stał się podejrzliwszy.
– Chodź – powiedział ostatecznie barman, a Sancticus posłusznie ruszył za nim za kontuar. Kiedy i Albus zrobił krok naprzód, sprzedawca znacząco chrząknął. – Nieznajomych nie wprowadzam...
– Chłopak jest ze mną.
Otis odmówił współpracy i skrzyżował ręce. „John" westchnął.
– Usiądź i poczekaj – nakazał podopiecznemu. – Zaraz wrócę.
– Co...?
Albusa nagle przeszedł dreszcz. Zdecydowanie nie podobał mu się pomysł siedzenia w zaciemnionym, zapchlonym pubie w otoczeniu pijanych dzikusów, którym nie potrzeba było za wiele, żeby rozerwać człowieka na strzępy – nie mówiąc już o sytuacji, kiedy przez przypadek dojrzą u niego różdżkę. Fairhart najwidoczniej nie podzielał tych obaw, bo nie oglądając się za siebie, ruszył za Otisem na zaplecze. Ślizgon, czując się wyjątkowo niekomfortowo, rozejrzał się pomiędzy po cichu rozmawiającymi grupami i cudem znalazł wolny stolik w rogu sali. Szczęśliwie stało obok niego również wolne, rozklekotane krzesło. Z szaleńczo bijącym w piersi sercem przedarł się przez stałą klientelę i z cichym, lecz pełnym ulgi westchnieniem zasiadł przy stole. Gdy tylko dotknął krzesła, to się niebezpiecznie zachwiało, ale nie widział w tym problemu – gorzej z mężczyzną, który prawie że natychmiast do niego podszedł.
Był wątły, podobnie jak cała tutejsza społeczność. Skórę miał pomarszczoną i jakby szarawą. Kiedy Albus na niego spojrzał, upewnił się, iż nieznajomy nie jest niepełnosprawny, przynajmniej na pierwszy rzut oka – miał dwie gałki oczna i dwie nogi.
– To moje miejsce – warknął chrapliwym tonem czarodziej. Ślizgon się podniósł.
– Och, prze... – Nie dokończył myśli, gdyż doznał olśnienia. Ten człowiek z pewnością nie siedział przy stoliku, bo przecież widziałby go z drugiego końca pubu. Wtem przypomniał sobie, co wcześniej powiedział mu Fairhart. Z powrotem usiadł. – Nieprawda. – Dołożył wszelkich starań, aby zabrzmieć groźnie. Dla efektu odchylił się na krześle, a potem zrozumiał, że popełnił błąd. Tutejsze stołki nie miały przecież oparcia.
– Prawda...
– Kłamiesz – powtórzył stanowczo, celowo nie bawiąc się w uprzejmości.
Mężczyzna przez chwilę nad nim sterczał, mierząc pogardliwym wzrokiem, a następnie... ustąpił i odszedł. Albus odetchnął, zadowolony ze swojego uporu i wrócił do zwyczajnego czekania na opiekuna. Na szczęście, nie trwało to długo. Fairhart dołączył do niego po pięciu minutach, podczas których już nikt nie próbował go zaczepiać. W ręku miał średniej wielkości brązową torbę.
– Co tam jest? – spytał chłopiec, zaciekawiony.
– Nasz prowiant. Środek transportu zaś czeka na zewnątrz – powiedział Sancticus. – Ruszajmy.
Ślizgon wstał z miejsca i podążył za towarzyszem. Po drodze ponownie dostrzegł wychudzonego czarodzieja, który go zaczepił – tym razem wykłócał się z kimś innym.
Dopiero gdy wyszli na zewnątrz i zobaczyli okoliczne ruiny, Albus docenił tawernę, w której przed momentem gościli. Owszem, było w niej ponuro, a wnętrze przygnębiało, ale chociaż tętniło życiem. Uliczki z kolei wyglądały na opustoszałe, przez co zapragnął się rozproszyć i zająć konwersacją.
– John? – zagaił. Fairhart się zaśmiał.
– Lepiej nie zdradzać prawdziwej tożsamości, zwłaszcza podejrzanym nieznajomym. Barman, który nas obsługiwał, nie jest głupcem. Oczywiście, doskonale wie, że przedstawiłem się fałszywym imieniem, ale szanuje moją prywatność i tak długo, jak przy każdym spotkaniu nie będę wymyślał sobie nowych, możemy ubijać interesy.
– Ciekawe, San – burknął. – O ile rzeczywiście się tak zwiesz.
– Nazywam się Sancticus Fairhart. – Uśmiechnął się mentor. – Nie używałbym pseudonimu ani podczas pracy w Hogwarcie, ani w Ministerstwie Magii.
– Żartowałem – wytłumaczył, podążając za mężczyzną na tyły pubu.
Ostatecznie zatrzymali się na czymś przypominającym pełną gruzu i pośniegowego błota polanę, po której – jak łatwo można było przewidzieć – walały się rozsypane śmieci. Nieprzyjemny zapach zmusił Albusa do zatkania sobie nosa. Mimowolnie się też zastanowił, czy barman nie chciał się z nich w ukryciu ponabijać.
Niestety.
– Tutaj – zakomunikował wszem wobec Fairhart, a następnie podszedł do pozornie przypadkowej sterty śmieci, która składała się głównie ze zgniłego jedzenia – zbyt nieświeżego, żeby można było go skonsumować i nie odpokutować w toalecie. Obok było małe wysypisko puszek i potarganych gazet. Mężczyzna sięgnął do obrzydliwego stosu i mocno za coś pociągnął. Jak się okazało, światło dzienne ujrzał duży obiekt.
Łódź.
W rzeczywistości bliżej jej było do żaglówki, ale nie posiadała masztu. Była w pełni wykonana z drewna, na tyle duża, że bez większych przeszkód pomieściłaby dwie lub nawet trzy osoby. Oprócz tego, że wydawała się w dobrym stanie, nie miała w sobie nic nadzwyczajnego. Po bliższej obserwacji dało się zauważyć, że łódź sprawiała wrażenie nieskazitelnej – nie szpeciły jej żadne zadrapania czy też powstałe z nieostrożności rysy, a nawet była lekko wypolerowana. Mimo oczywistych różnic, Albus nie mógł się powstrzymać od porównania do nowej miotły.
– Czemu wylądowała na śmietniku? – zapytał.
– To kryjówka – odpowiedział Fairhart. – Otis uprzejmie upewnił się, że nikt się na nią nie połasi. Ludzie zazwyczaj szperają tu w poszukiwaniu resztek jedzenia i tym podobnych. Nie sądzisz, że całkiem dobrze zabezpieczył nam transport?
– Niby tak. Czyli to tyle? Zbieramy się do Azkabanu?
– Wiem, że rzeczy, które zgromadziliśmy, nie wyglądają na wiele, ale łódź, pomimo swej niepozorności, jest wyjątkowa. Na miejsce nie mogłaby nas zabrać zwyczajna mugolska łajba, zwłaszcza biorąc pod uwagę zaklęcia, którymi obłożona jest cała wyspa.
Albus skinął głową, po czym patrzył, jak Sancticus wyjmuje różdżkę i dwukrotnie stuka nią w łódkę. Przy drugim razie znikąd pojawiły się przymocowane do drewna sznury, rozlokowane w taki sposób, że można ją było nosić jako plecak. Chłopiec szczerze wątpił, czy to w czymkolwiek pomoże.
Łódź z pewnością swoje ważyła i po prostu nie nadawała się do podręcznego transportu. Ku jego ogromnemu zaskoczeniu, Fairhart jak gdyby nigdy nic, zarzucił ją sobie na plecy, zupełnie jakby nie podnosił żadnego ciężaru.
– Jakim cudem...?
– Urok piórkowy.
– Tyle wywnioskowałem – parsknął. W międzyczasie zauważył, że Sancticus nie tylko zaplecakował sobie łódź, ale również mocno zaciskał dłonie na torbie z zapasami. Odczuł ulgę. – Zbieramy się, prawda?
– Na dziś koniec wycieczki. – Sancticus potaknął. – Zaplanowałem sobie, stosunkowo szybko, jeszcze jedną wizytę. Lambshire sąsiaduje z Morzem Północnym, a droga do portu, z którego wypłyniemy, to krótki, przyjemny spacer... – urwał wpół zdania.
Chłopiec od razu zrozumiał powód. Charakterystyczna dla miasteczka grobowa wręcz cisza nagle została brutalnie przerwana przez głośne wrzaski, brzmiące jakby z daleka. Albus zamarł w miejscu, zastanawiając się, co mogłoby sprawić, że w tak ponurym i pozbawionym życia obszarze zrobiłby się harmider. Jak małe było prawdopodobieństwo, że ktoś postąpił równie nierozsądnie co on wcześniej i po prostu wyciągnął z szat różdżkę?
– Zostań tutaj – nakazał mężczyzna i przekazał podopiecznemu torbę z prowiantem, do której ten natychmiast zajrzał. W środku rzeczywiście był prowiant, czyli pełno niedobrego chleba, do którego mimowolnie się przyzwyczaił przez ostatni tydzień albo nawet dwa. Fairhart następnie zdjął z pleców środek transportu i rzucił nim w stronę ślizgona, który bez najmniejszych problemów złapał łódź i postawił przed sobą na ziemi – była przynajmniej trzykrotnie jego wzrostu, lecz tylko dwa razy szersza. W następnej sekundzie zniknął z pola widzenia, z ostrożnością skręcając za róg pubu.
Albus nie ruszył się z miejsca i z zapartym tchem czekał na rozwój wydarzeń. Wtem uzmysłowił sobie, że krzyki nie całkiem ucichły, a stały się bardziej zorganizowane. Można było odnieść wrażenie, że tłum czarodziejów zamilkł oraz skupił się na słuchaniu, jednocześnie dopuszczając do głosu tylko kilku mówców.
Fairhart wrócił minutę później. Wyglądał na zaniepokojonego.
– Co się dzieje...? – zapytał chłopiec.
– Musimy się zbierać. Natychmiast. – Sancticus uniemożliwił mu wypytywanie i odebrawszy łódź, zarzucił ją sobie z powrotem na plecy, zostawiając pieczywo w młodszych rękach.
– Co...?
Nauczyciel złapał Albusa za rękę i pociągnął wzdłuż śmietniska. Kiedy nastolatek nabrał przekonania, że zaraz umrze z powodu braku świeżego powietrza, znaleźli się na głównej drodze, tak samo brudnej i zakurzonej, co zawsze. Gdy się odwrócił, zobaczył najprawdopodobniej wszystkich mieszkańców Lambshire stojących do niego tyłem. Wszystkie znaki na niebie i ziemi jasno wskazywały, że zgromadzili się wokół czegoś konkretnego, roztargnieni. Łącznie była ich może setka.
– Czemu oni...?
– Do wioski zawitało Zjednoczone Ministerstwo – powiedział ostrym tonem Fairhart, rozglądając się na boki w poszukiwaniu dobrej kryjówki w postaci rozpadającej się chaty. W końcu zdecydował się na budynek, który spośród reszty wydawał się bardziej solidny. Biorąc pod uwagę czarne, zwęglone drewno, z którego był wykonany, niegdyś został podpalony. – Tutaj – stwierdził, po czym popchnął Albusa do przodu, zmuszając do czynienia honorów.
Z galopującym sercem chłopiec pchnął drzwi i – nadal prowadzony przez mentora – wszedł do środka. Kierowany pierwotnym instynktem, udał się w róg opustoszałego pokoju. Chata najprawdopodobniej została splądrowana wiele lat temu, a potem pozostawała zupełnie niezamieszkana.
Fairhart miał małe trudności z wejściem, gdyż najpierw musiał zdjąć zaplecakowaną łódź, a potem wsunąć ją w głąb poziomo. Nim minęła jednak chwila, obaj czaili się w poczerniałym kącie, a środek transportu leżał przed nimi na podłodze.
– Dlaczego jest tutaj Zjednoczone Ministerstwo? – wyszeptał ślizgon.
– Cisza...
Wyglądało na to, że ukryli się w ostatnim momencie. Krzyki znacznie przybrały na sile, przez co można było wywnioskować, iż tłum się przemieścił. Nie sposób byłoby zobaczyć, co się dzieje na ulicy, gdyby nie kilka pęknięć z przodu domu, które – sądząc po rozmiarze – były niegdyś prowizorycznymi oknami. Sancticus dostrzegł je pierwszy i natychmiast podszedł bliżej. Kiedy Albus zrobił krok naprzód, został wstrzymany dłonią.
– Zostań tam, gdzie jesteś. Oczywiście, nie posłuchał.
– Muszę wiedzieć, o co im chodzi! – powiedział i podszedł, żeby też zajrzeć przez szparę.
Zgodnie z oczekiwaniami, na dworze panował ścisk oraz istny rozgardiasz. Wszyscy – bez żadnych wyjątków – próbowali się przecisnąć przez wąską uliczkę, nieskładnie mamrocząc pod nosem lub głupio wykrzykując losowe hasła. Poprzez ten chaos w końcu przebił się jeden, władczy głos, najpewniej głównodowodzącego.
– Nie chcemy nikogo skrzywdzić! – Czarodziej zdawał się wspomóc się zaklęciem, co nie zmienia faktu, iż brzmiał zaskakująco znajomo. – Szukamy kogoś!
Tłum się trochę rozproszył, dając lepszy obraz sytuacji. Albus westchnął.
W istocie do Lambshire zawitało Zjednoczone Ministerstwo w liczbie dziesięciu bądź piętnastu wysłanników, ubranych w identyczne uniformy, co ludzie wyznaczeni do ochrony szkolnego pociągu. Człowiekiem, który sprawiał wrażenie przywódcy, był ojciec Donovana Hornsbrooka.
Chłopiec nieznacznie się cofnął, ale donośny głos renegata nadal do niego docierał.
– Poszukujemy mężczyzny, który mieszka nieopodal. Ktokolwiek wskaże nam właściwą drogę, zostanie sowicie wynagrodzony!
Albus nie musiał widzieć wypchanego złotem worka, żeby wiedzieć, że został uniesiony w górę i wystawiony na chwilowy pokaz. Zgiełk natychmiast ucichł i wystarczyło spędzić we wiosce pół dnia, aby przewidzieć, jak może się skończyć pokazywanie zdesperowanym pełnej monet płóciennej torby. Ludzie zastygli w bezruchu, jakby sparaliżowani możliwościami, a potem wydali z siebie okrzyk bojowy.
Rozległ się głośny dźwięk przypominający wybuch, który na tyle zaciekawił Albusa, że przysunął się z powrotem do szczeliny.
Od razu było wiadome, co się stało. Rozjuszony perspektywami tłum ruszył do ataku, lecz został bardzo szybko powstrzymany. Najbardziej wysunięty do przodu wychudzony czarodziej został powalony zaklęciem na ziemię, gdzie leżał i wył z bólu – jego twarz nie była widoczna, bo zakryły ją potargane, brudne włosy. Mieszkańcy Lambshire cofnęli się ze strachu, podczas gdy stojący obok Hornsbrooka członek Zjednoczonego Ministerstwa trzymał wyciągniętą przed siebie różdżkę.
– Powtarzam, że nie chcemy nikogo skrzywdzić – powiedział ministerialny głównodowodzący.
– Szukamy informacji o miejscu pobytu pewnego człowieka.
– Nie sądzę, żeby zrozumieli, Hank – podsumowała kobieta z tyłu, w której Albus rozpoznał czarownicę, z którą miał nieprzyjemność rozmawiać kilka miesięcy temu, kiedy udał się na spotkanie z Warrenem Waddlesworthem. – To dzikusy...
Albus się skrzywił, a potem przypomniał, że wcześniej też sklasyfikował w ten sposób tubylców. Mimo to trzymał buzię na kłódkę i nie powiedział tego na głos.
Szemrania tłumu powoli zaczynały słabnąć, aż w końcu ludzie zaczęli się wypytywać, jak zdobyć worek złota.
– Co chcecie wiedzieć?
– Nareszcie możemy rozmawiać – stwierdził czarodziej z wyciągniętą różdżką. – Podajcie im opis.
– Mężczyzna jest charakterystyczny i łatwo rozpoznawalny. Każda poprawna informacja odnośnie jego miejsca pobytu zostanie nagrodzona – powiedział wyraźnie Hornsbrook, zupełnie jakby tłumaczył coś skomplikowanego grupce małych, rozbrykanych dzieci. – Czy ktoś widział człowieka ze zniekształconą połową twarzy...? – urwał, przybrawszy zirytowaną minę. Ślizgon od razu zrozumiał, co go trapi. Prawie wszyscy zgromadzeni wokół mieli coś nie tak z twarzą. Fairhart ze swoim wyglądem z łatwością mógł uchodzić za tutejszego.
Albus po cichu minął pustą framugę drzwi, po czym podszedł do Sancitucusa, który intensywnie przypatrywał się przedstawieniu poprzez szczelinę.
– Co zrobimy? – mruknął, a gdy mężczyzna nie zareagował, klepnął go w lekko w ramię.
– Myślę.
– Jak nas znaleźli?
– Musieli cię w końcu namierzyć – wyszeptał rozmówca.
Chłopiec się zarumienił.
– Przepraszam.
– To nie jest twoja wina. – Fairhart przelotnie na niego spojrzał. – Całe szczęście, że byliśmy dziś w mieście. Bez wątpienia przeszukali już naszą kryjówkę.
Albus zamarł.
– Czy to oznacza, że więcej tam nie wrócimy?
Sancticus potaknął i zamilkł, gdyż Hornsbrook znów zabrał głos.
– Poszukiwanemu może towarzyszyć nastolatek. Informacja dla tych, którzy wiedzą, jak wygląda Harry Potter – dziecko jest do niego bardzo podobne...
Ślizgon zadrżał.
– Są w mieście!
Albus wstrzymał oddech, podczas gdy twarz Hornsbrooka stwardniała. Instynktownie wyjął różdżkę, jakby miał zamiar zaatakować, tak jak pozostali renegaci, a ludzie w tłumie się wzdrygnęli, nieświadomi, że wysłannicy Waddleswortha są równie przerażeni.
– Co zrobimy? – zapytał chłopiec, lecz Fairhart wziął tylko głęboki oddech. Kiedy mężczyzna nie odpowiedział, zadał kolejne pytanie. – Myślisz, że... damy radę ich zdjąć?
– Nie o Zjednoczone Ministerstwo się martwię. Oni nie stanowią większego kłopotu – stwierdził zadziwiająco spokojnie Sancticus. – Sporo problemów mogą nam sprawić za to mieszkańcy Lambshire.
– Przecież nie mają nawet różdżek – zauważył, znów wyglądając przez szczeliny.
– W zamian dysponują dużą siłą, niespożytkowanymi pokładami agresji oraz zaburzonym poczuciem moralności i brakami w wychowaniu. Jeżeli nas zobaczą, zaatakują z o wiele większym zacięciem, aniżeli Zjednoczone Ministerstwo. Kierowani desperacją i chęcią zdobycia pieniężnej nagrody, będą nas chcieli pojmać i przekazać władzy.
Najwyraźniej renegaci także dostrzegali te zależności, bo z większą ostrożnością zaczęli się przechadzać ulicą. Sprawiali wrażenie ludzi, którzy są w trakcie wyznaczania granic pomiędzy sobą a pospólstwem, podczas gdy Hornsbrook wydawał instrukcje.
– Kto ich znajdzie, otrzyma nagrodę! No dalej, ruszajcie!
– Za mnie! – nakazał Fairhart, a Albus automatycznie usłuchał, ale zanim całkowicie zniknął za plecami mężczyzny, dostrzegł jeszcze scenę na zewnątrz.
Tłum od razu się rozdzielił – część zawróciła, decydując się obejść obrzeża wioski, a część weszła w pomniejsze dróżki. Cóż, zatem przeszukanie będzie miało charakter ogólnomiejski, a szanse na niezauważoną ucieczkę ograniczone.
W trakcie rozważania możliwości gardło ślizgona zacisnęło się z nerwów. Istniało realne prawdopodobieństwo, że zostaną schwytani przez Zjednoczone Ministerstwo, a następnie...
Chwila, moment. Dlaczego się bał? Przecież nie obchodził Waddleswortha, który ścigał Fairharta. I, co ważniejsze, czyż nie wszystko szło zgodnie z pierwotną wersją planu?
Minister zwyczajnie uprościł mu sprawę, nie pozostawiając wiele do zrobienia. Jakby nie spojrzeć, najpierw musiał odszukać Sancticusa, albo pozwolić się odnaleźć. Zaliczył ten etap mniej więcej dwa tygodnie temu. Kolejnym było zdobycie zaufania oraz kontakt z Wybawczym Aliansem Różdżek... lub ze Zjednoczonym Ministerstwem, bo po wyborach to przecież jedno i to samo. Cóż, mężczyzna mu wierzył.
Albus, ciężko oddychając i wsłuchując się w odgłosy poszukiwań, uważnie obserwował Fairharta, który sprawiał wrażenie całkowicie pochłoniętego opracowywaniem planu ewakuacji – do tego stopnia, że nie zwracał uwagi na najbliższe otoczenie...
Czy był głupi, bo natychmiast zmienił strony i opowiedział się za dawnym autorytetem? Czy zgodził się na infiltrację Azkabanu w oparciu o spontaniczną reakcję, w przeciwieństwie do logicznego, popartego solidnymi argumentami planu, który stworzył razem z Waddlesworthem? Jeżeli odniósłby teraz sukces i przekazał poszukiwanego... co zrobiłby Minister? Raczej był człowiekiem dotrzymującym danego słowa. Sancticus Fairhart za Harry'ego Pottera. Warren i tak planował najazd na wyspę. Gdyby trzymał się pierwszego zamysłu, czy na rezultat musiałby długo czekać?
Drżącą ręką wyciągnął z szat różdżkę. Nadszedł moment prawdy. Fairhart był tak skupiony na zapewnieniu im bezpieczeństwa, że z pewnością nie dałby rady zablokować niespodziewanego ataku od tyłu. Sprawę załatwiłoby niewerbalnie rzucone zaklęcie ogłuszające. Na szczęście, nawet jeżeli zawiedzie, podniesie alarm. Możliwość uratowania ojca stanęła przed nim otworem, aczkolwiek przyczyniłaby się do tego zdrada – akt, który technicznie rzecz biorąc, był tylko odpłaceniem pięknym za nadobne; zapłatą za bagno, w które jednym morderstwem wciągnął wszystkich Fairhart. Podstęp jest więc rozwiązaniem problemów.
Zdrada z pewnością nie jest najłatwiejszą rzeczą na świecie, ale dla większego dobra niejeden się jej dopuścił. Co prawda, nie wszystkim przyświecała dobra idea. W końcu mącicielem okazał się także Fango Wilde...
Albus opuścił różdżkę, głęboko sobą zdegustowany. Przez moment czekał, aż chłodny, protekcjonalny głos zacznie drwić z jego nieudolności, ale wewnętrzny wróg milczał. Ostatecznie gapił się na Fairharta przez ponad minutę, pełen napięcia.
– Idziemy – powiedział mężczyzna, po czym odwrócił się na pięcie i od razu podszedł do łodzi, którą sobie przymocował.
– Ano, zdecydowanie. – Nie zawracał sobie ściszaniem głosu, bo do ich kryjówki zbliżali się przeszukujący okolicę mieszkańcy Lambshire.
– Za mną – rzekł Fairhart i zaklęciem wysadził tylną ścianę chaty.
Albus posłusznie wykonał polecenie. W rękach nadal trzymał torbę z jedzeniem oraz różdżkę.
Gdy znaleźli się na wąskiej zakurzonej drodze, hałasy nieco się od nich oddaliły oraz na szczęście, nikogo nie było w zasięgu wzroku. Szybko się przemieścili. Przemknęli przez wyrwę w ścianie następnego domu, którą ponownie zajął się Sancticus.
Nie skradali się uliczkami, a potajemnymi przejściami. Mężczyzna raz za razem tworzył nowe drzwi, co rusz otwierając następną drogę ucieczki. Ślizgon był pewien, że w końcu ktoś wpadnie na ich trop, ale sam niczego lepszego nie wymyślił, tak więc nie zgłaszał sprzeciwu. Miał jednak ważne pytanie.
– Gdzie idziemy? – spytał, uniknąwszy spadającego gruzu.
– Do Azkabanu – odpowiedział towarzysz.
– To wiem, ale... – Wtem go olśniło. Zjednoczone Ministerstwo wyśledziło ich kryjówkę, a potem dotarło drogą aż do Lambshire, co oznaczało, że nie mieli domu, do którego mogli wrócić. Musieli sobie poradzić, mając tylko łódź i wór pełen chleba. – Więc wypływamy...? Że teraz...?
– Niedawno twierdziłeś, że zostałeś wystarczająco przeszkolony, a dziś zdobyliśmy środek transportu. – Fairhart się rozejrzał. – Zachowaj ostrożność – dodał, wybijając kolejną dziurę w murze.
– Niczego jeszcze nie zaplanowaliśmy...
– Wysłuchaj mnie, Albusie. – Sancticus zatrzymał się i odwrócił do niego. Spojrzenie miał bardzo intensywne, wręcz przeszywające na wskroś. – Żadne szkolenie czy teoretyczne lekcje nie przygotują nas w pełni na to, co spotkamy na wyspie, zakładając, że w ogóle tam dotrzemy. Odtąd powodzenie misji zależy od naszych umiejętności, zdobytej wiedzy oraz zaufania, którym się nawzajem darzymy.
Chłopiec milczał, nadal wystraszony tym, co zostało właśnie powiedziane. Nie jutro, nie pojutrze, ale dziś mieli wyruszyć w drogę?
– Nie będzie „dobrego" dnia – dodał ostro czarodziej. – Teraz albo nigdy.
Albus westchnął, zastanawiając się nad zaprzepaszczonymi szansami. Nic z tego by się nie wydarzyło, gdyby nie działał pod wpływem impulsu. Gdyby tylko pomyślał wcześniej o możliwych konsekwencjach swojego czynu, zamiast udawać się teraz w najniebezpieczniejsze miejsce w czarodziejskim świecie, najprawdopodobniej siedziałby na tyłku w Hogwarcie i czekał na wieści o swoim tacie...
Skinął głową, topiąc się w morzu winy. Wtem dobiegły go odgłosy szurania nóg oraz chaotyczne krzyki, więc popchnął Fairharta do przodu. Jednocześnie uzmysłowił sobie, że bez względu na następstwa swoich działań, jest zadowolony z podjętego wyboru.
Sancticus uśmiechnął się lekko, a potem wrócił do tworzenia drogi ucieczki z wioski. Wkrótce normalnie biegli. Po około pięciu minutach napotkali szeroki mur – dokładnie taki sam, co wejście do osady, ciągnący się jakby w nieskończoność.
– Do tyłu – powiedział mężczyzna i uniósł różdżkę, podczas gdy chłopiec automatycznie się cofnął.
Nastąpiła potężna eksplozja, z pewnością wystarczająco głośna, żeby naprowadzić wszystkich spragnionych nagrody na odpowiedni kierunek. Ofiara była jednak konieczna, ponieważ zniszczony został ogromny fragment ściany, co umożliwiło im przejście.
Przed nimi rozpostarła się równina śniegu bez żadnej widocznej w oddali ścieżki. Fairhart wydawał się jednak świetnie zorientowany w terenie, bo natychmiast wyznaczył drogę – najpierw trochę do przodu, a potem w lewo. Jego chód był tak pewny siebie i zdeterminowany, że śmiało można było odnieść wrażenie, że zjednoczył się z niesioną na plecach łodzią. Albus maszerował za nim, lecz gdy usłyszał z tyłu odgłosy, natychmiast przyspieszył kroku. Tak jak podejrzewał, wysadzenie dziury w murze na obrzeżach wioski, nie zostało niezauważone.
– Biegnij – powiedział Sancticus, a chłopcu nie trzeba było dwa razy powtarzać – rzucił się do przodu, nie zawracając sobie głowy śniegiem czy rozchlapującym się na boki błotem.
Ślizgon nie spuszczał z Fairharta wzroku, dobrze wiedząc, że jeżeli zwolni i zostanie z tyłu, jako pierwszy oberwie klątwą. Wyglądało na to, że nikt ich nie ścigał, aczkolwiek był pewien, że wysadzenie przejścia nie będzie stanowić dużej przeszkody. Mają przewagę, dopóki Zjednoczone Ministerstwo się nie domyśli, że poszukiwani zmierzają w stronę niewidocznego jeszcze portu. Nie wiedząc, gdzie udają się uciekinierzy, nie ruszą we właściwym kierunku.
Bieg był wyczerpujący, a świadomość nierychłego zakończenia dobijająca. Kondycja Albusa nie była najgorsza, lecz i tak miał wrażenie, że powietrze jest rozrzedzone. Fairhart sprawiał wrażenie człowieka niezniszczalnego, a jego wytrzymałość była wręcz absurdalna, bo jeszcze nie zwolnił tempa. Ból w klatce piersiowej i kłucie w boku stały się zaś dla chłopca czymś więcej aniżeli mało znaczącą uciążliwością.
– Już niedaleko! – krzyknął Sancticus, a dla ślizgona te słowa były na tyle pocieszające, że zwiększył tempa, byleby tylko szybciej dobiec celu.
Na szczęście ucieczka zakończyła się zbieganiem z górki. Można było trochę zwolnić, bo poślizg i śliski śnieg zrobiły swoje. W ostatnim odcinku drogi Albus praktycznie stoczył się w dół i ledwo zdołał się zatrzymać. Nie mogąc utrzymać się z wysiłku w pionie, natychmiast zgiął się w pół i oparł dłonie na kolanach, z trudem łapiąc powietrze.
– Je... je...
– Jesteśmy – dokończył za niego towarzysz.
Rzeczywiście dotarli do wody, ale nazywanie tego miejsca portem było zdecydowanie przesadne. Chociaż w istocie obecne były zalążki architektury, zasadniczo stali nad złowieszczo nieruchomym zbiornikiem wodnym, do którego prowadził pojedynczy drewniany niby pomost. Składał się z około dwudziestu złączonych ze sobą desek i wyglądał, jakby był zbudowany przez mugoli. W porównaniu z bezkresnym horyzontem był po prostu maciupki.
– Naprawdę musieliśmy się tak namęczyć, żeby tu dotrzeć...? – zapytał bez tchu Albus, wymęczony za wszystkie czasy, po czym usiadł na śniegu.
– Wybraliśmy łatwiejszą drogę – stwierdził mężczyzna, w ogóle nie brzmiąc na zdyszanego. – Jeżeli poczujesz się dzięki temu lepiej, to mogliśmy się również rzucić z urwiska. – To powiedziawszy, zdjął łódź z pleców i rzucił ją na wodę. Dwukrotnie machnął różdżką, a liny, których użył do przenoszenia, natychmiast się wydłużyły i owinęły wokół słupka doku, czym przytrzymał łajbę przez odpłynięciem w morze. Ślizgon zrozumiał, że pierwszy ruch miał na celu przywrócenie rzeczy pierwotnej wagi. – Gotów? – zapytał czarodziej.
Chłopiec był oszołomiony.
– Nie możemy poczekać choćby pięciu minut? – jęknął, nadal trzymając się za rozszalałe serce. To był jeden z najbardziej niezwykłych, niepokojących oraz najszybszych dni, jakie przyszło mu przeżyć. Nie zamierzał odmówić sobie paru chwil należnego odpoczynku, zwłaszcza kierowany przekonaniem, że jeżeli nie odsapnie, po prostu zwymiotuje, kiedy łódź się rozkołysa.
Fairhart zmierzył go wzrokiem, wyraźnie wzburzony.
– Ściga nas Zjednoczone Ministerstwo, Albusie...
– Nikogo nie widać! – argumentował, ręką wskazując ośnieżone, aczkolwiek puste wzgórze, z którego zbiegli.
Pomysł, że byli śledzeni, był zwyczajnie absurdalny, zwłaszcza że naprawdę mało prawdopodobne było, że ktokolwiek zaryzykowałby własne zdrowie tak jak przed momentem oni. Wtem zobaczył ślady w śniegu, gdzie upadł oraz był nabrał przekonania, że nieuważnie zostawił za sobą całkiem chwiejny szlak...
I wtedy zrozumiał.
– Cholera!
– Nie zatarłeś za sobą śladów! – warknął oskarżycielsko Fairhart, również doznając olśnienia.
– A ty...?
– Oczywiście, że o tym pamiętałem! Nie zauważyłeś?
– Skupiałem się na czymś zupełnie innym! Dlaczego mi nie przypomniałeś?
– Włącz samodzielne myślenie, przecież to przerabialiśmy! Podczas treningu zwróciłem ci szczególną uwagę na... – urwał nauczyciel, spojrzawszy na wzgórze.
Ktoś pojawił się na szczycie. Najpierw wyłoniła się czyjaś głowa, a następnie reszta ciała. Albus natychmiast rozpoznał w nim mężczyznę, który stał obok Hornsbrooka i zaatakował człowieka, który rzucił się na wypchany złotem worek.
Nawet z tak dużej odległości dało się zauważyć, że nowo przybyły otworzył usta, żeby najpewniej zacząć krzyczeć...
Fairhart zadziałał automatycznie. Machnął w powietrzu różdżką, a niedoszły napastnik został uciszony. Albus wykorzystał sposobność i wycelował własnym orężem, po czym mocno skoncentrował się na zaklęciu ogłuszającym.
Promień czerwonego światła trafił renegata prosto w klatkę piersiową i przewrócił do przodu. Chłopiec spodziewał się, że na tym akcja się zakończy, ale niestety. Nieprzytomny mężczyzna stoczył się ze zbocza, wyglądając niczym szmaciana lalka – po drodze obijał się o liczne wyboje i ześlizgiwał w poskręcany sposób, ostatecznie lądując u stóp młodszego napastnika.
Nieco zaniepokojony sceną, której był świadkiem, nie chcąc jej nawet komentować, Albus odwrócił się do Sancticusa.
– Gdzie reszta?
– Obstawiam, że ten tutaj miał podnieść alarm. – Fairhart zmrużył oczy. – Reszta musiała się rozproszyć, najprawdopodobniej w celu przygotowania zasadzki. Niemniej jednak muszą być chociaż trochę świadomi otoczenia. W ostateczności będą się wspinać coraz wyżej i wyżej.
– W takim razie wszystko poszło dobrze – podsumował łagodnie chłopiec, czując się zawstydzony swoją ignorancją oraz tym, że prawie ich naraził na wielkie niebezpieczeństwo.
Sancticus nie odpowiedział i w zamian podszedł bliżej, po czym odsunął go z drogi. Albus przez chwilę był zdezorientowany tym zachowaniem, a potem zrozumiał.
– Nie! – sapnął, kiedy opiekun wycelował w nieprzytomnego różdżką; natychmiast się też rzucił, żeby odepchnąć jego ramię. – Co ty wyprawiasz?
– Wiem, że ciężko ci to zrozumieć, ale ten człowiek nie może ujść stąd z życiem. Spróbuj sobie wyobrazić potencjalne następstwa aktu miłosierdzia. Wróg odzyska w końcu przytomność, a potem powie swoim towarzyszom, gdzie nas widział. Oni zaś z łatwością wywnioskują, że rozpoczęliśmy podróż przez morze...
– Jakie to ma znaczenie, skoro i tak zostawimy tu zwłoki? – zripostował. – Martwy człowiek w porcie nie wydaje ci się troszkę podejrzany?
– Obok jest morze – powiedział wszechwiedząco Fairhart. – Zastanów się, czy zwłoki naprawdę są problemem.
Albus był zniesmaczony tym, co usłyszał.
– Nie zamierzam nikogo zabijać, ani tuszować dowodów... – oświadczył stanowczo.
Sancticus przez chwilę się namyślał, a potem wbił w podopiecznego nieugięte spojrzenie. Sprawiał wrażenie człowieka, który upomina brojące dziecko.
– O nic cię nie proszę. Po prostu się odsuń. Ciężar tej śmierci spocznie na moich, a nie twoich barkach.
– Nie. – Ślizgon wiedział, że Fairhart będzie odpowiedzialny, ale to nijak zmieniało postać rzeczy. – Ten facet nie zasłużył sobie na śmierć. Nie ma żadnego powodu, aby go zabijać...
– Wystarczy, że nas widział – stwierdził czarodziej. – Odsuń się, Albusie.
– Rzuć zaklęcie zapomnienia! – argumentował.
– Obliviate można przełamać! – Mentor podniósł głos. – Dlaczego nie pojmujesz, jak tragiczne w skutkach może być zostawienie tego mężczyzny żywego? Musimy eliminować stojące nam na drodze przeszkody. Myślisz sercem, zamiast kierować się głową...
– To tobie brakuje rozumu! – wypalił chłopiec, zaskoczony własną zuchwałością – rozmówca także wydawał się zdziwiony. – Nakręcasz się tym... tym skandalicznym przekonaniem, że możesz zabić kogo zapragniesz. To, że jesteś w stanie pozbyć się grupy ludzi, nie oznacza, że powinieneś. Nie czepiam się twojej przeszłości. Wiem, jak postępuje się w Wybawczym Aliansie Różdżek. Wiem, że pozbycie się kłody spod nóg to standard, ale te czasy dawno dla ciebie minęły!
Jeżeli wcześniej po prostu brakowało mu tchu, teraz praktycznie się dusił. Od krzyków rozsadzało mu płuca, ale to i tak było nic w porównaniu do serca, które biło dziesięciokrotnie szybciej, aniżeli przed początkiem kłótni.
Kiedy Fairhart nie odpowiedział, Albus spróbował zaczerpnąć oddechu.
– Zabicie tego faceta nic nie da. Nieważne, czy wyjdzie z tego żywy, czy skończy martwy, niedługo dotrzemy na wyspę. Nie ma znaczenia też, czy Waddlesworth albo Zjednoczone Ministerstwo są świadomi naszych planów – kontynuował zdecydowanie spokojniejszym tonem. – Na pewno nie będą nas szukali w Azkabanie. Ten człowiek może się obudzić i wszystko swobodnie wyśpiewać. Co więcej, może nawet teraz nas podsłuchiwać. Uwierz, nikt za nami nie podąży.
Sancticus westchnął z nadal wypisaną na twarzy mieszaniną emocji, ale posłusznie schował różdżkę. Ślizgon poświęcił tę chwilę, żeby przyjrzeć się osobie, którą uratował. Renegat był łysiejącym mężczyzną z siwymi pozostałościami po włosach oraz płaskim, rzucającym się w oczy nosie. Mimowolnie się zastanowił, czy ma jakąś rodzinę, ale potem, nagle zainspirowany i pewniejszy swojej racji, ponownie odwrócił się do Fairharta.
– Ustalmy nowe zasady – powiedział stanowczo, a rozmówca uniósł brew. – Nie zabijamy, póki nie jest to konieczne, czyli w sytuacjach... aktywnej walki, gdzie napastnik chce nas naprawdę skrzywdzić. Nie pozbywamy się nieprzytomnych w śniegu ludzi – dodał, wskazując na niedoszłą ofiarę.
Sancticus przez chwilę wyglądał, jakby się wahał, a potem otworzył usta i zaczął protestować. Wyczuwając w jego głosie nutę cynizmu, Albus szybko mu przerwał i dodał do listy coś, co miał nadzieję, że będzie ostatnim punktem tego sporu.
– Mówiłeś, że musimy na sobie polegać – przypomniał cicho. – Cóż, jeżeli chcesz zabijać ludzi, których zwyczajnie można oszczędzić... to nie będę mógł ci zawierzyć. A przecież przyjaciele muszą sobie ufać...
– W porządku, ale umowa obowiązuje w dwie strony – stwierdził po chwili milczenia nauczyciel. – Musisz mi zaufać, a to oznacza, że jesteś zobowiązany do słuchania moich poleceń, kiedy takowe wydaję. Wierz lub nie, ale jestem dobry w tym, co robię.
– Dobrze.
Albus odetchnął, zadowolony z rezultatu. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale Fairhart ruszył w kierunku łodzi.
– Najwyższy czas zakończyć tę przerwę – powiedział czarodziej. – Niedługo reszta Zjednoczonego Ministerstwa zda sobie sprawę, że za długo nie ma sygnału. Czas się zbierać.
Chcąc rzeczywiście słuchać poleceń Sancticusa, chłopiec rzucił ostatnie spojrzenie na nieprzytomnego renegata, a następnie wkroczył na drewniany pomost. Gdy towarzysz usiadł z tyłu łodzi, również wszedł na pokład, prawie tracąc przy tym równowagę. Odłożył worek z zakupionym pieczywem i pozwolił opiekunowi zająć się resztą.
– Jesteś gotowy, Albusie?
– Cóż, łódź wydaje się niestabilna...
– Wszystko z nią w porządku. Miej trochę wiary – stwierdził Fairhart. – Miałem na myśli ciebie. Kiedy odbijemy od brzegu, nie będzie powrotu.
Ślizgon przełknął narastającą w gardle gulę, po czym owładnięty nagłym dyskomfortem, skrzyżował ręce. Wiedział, co robił właśnie Sancticus – kładł kres wszystkim ofertom bezpiecznego powrotu do Hogwartu.
Albus przez chwilę zastanowił się nad sytuacją, w której się znalazł. Myślami wrócił do chaotycznych rozważań sprzed godziny. Zaprzepaścił plan Warrena Waddleswortha, w którego efekcie najprawdopodobniej siedziałby teraz w szkole, otoczony zwołaną na gwałt rodziną oraz przyjaciółmi. Gdyby wydał Fairharta Zjednoczonemu Ministerstwu położyłby kres wszelkim troskom bliskich. Wszyscy wiedzieliby, gdzie przebywa oraz że wszystko z nim w porządku. Gdyby był w Hogwarcie, zamartwiałby się tatą. Podążanie za pierwotną wersją planu z pewnością było najlepszym możliwym rozwiązaniem.
Będzie żałował swojej decyzji bez względu na rozwój wydarzeń – nie przez wzgląd na siebie, ojca czy też Fairharta. Chodziło o całokształt. Opcja numer dwa dawała mu sporo możliwości. Mógł uwolnić Harry'ego Pottera z Azkabanu oraz podtrzymać wolność Sancticusa. Jeżeli mężczyzna naprawdę miał rację... jednocześnie zyskał możliwość poważnego zaszkodzenia Sebastianowi Darvy'emu, a nawet przyczynić się do zakończenia wojny. W rzeczywistości starał się nad tym nie rozwodzić, ponieważ dobrze wiedział, że to zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe – perfekcyjne wykonanie planu może nawet doprowadzić do absolutnego zwycięstwa na każdej możliwej płaszczyźnie...
– Jestem gotowy – odpowiedział.
Fairhart ponownie wyjął różdżkę i postukał nią w skomplikowany, choć rytmiczny sposób w tył łodzi. Następną rzeczą, jaką zarejestrował Albus, było to, że pędzili na głębokie wody, piana pryskała mu na kark, a zimne krople ochlapywały twarz.
* Żądlibąk (z ang.: billywig) – australijski owad mający około pół cala długości, intensywnie szafirowy. Lata z tak dużą prędkością, że mugole rzadko go zauważają, a i czarodziejom spostrzeżenie go sprawia wiele trudności. Na czubku głowy ma żądło, którego ukłucie wywołuje najpierw zawroty głowy, a następnie lewitację, zaś suszone jest składnikiem wielu eliksirów. Stworzenie swój debiut miało w „Fantastycznych zwierzętach (...)"
