24. WYSPA NA MORZU PÓŁNOCNYM
Minęło zaledwie kilkanaście minut, zanim znów zaczęli rozmawiać na łodzi. Albus podciągnął kolana pod brodę, zdecydowany nie dopuścić do tego, by zimowy chłód i wymuszona przez środek transportu ciasnota zaczęły mu szczególnie doskwierać. Fairhart siedział naprzeciwko niego w dość zmanierowanej pozycji. Nogi miał trochę wyrzucone do przodu, ale wciąż zgięte w kolanach, a i dla rąk znalazł zajęcie – jedną trzymał opartą o udo, a drugą podpierał sobie głowę. Leniwie patrzył też na otaczającą ich głębię.
– Hm, jak długo będziemy płynąć...? – zapytał chłopiec, bezskutecznie próbując powstrzymać szczękanie zębami z powodu co rusz ochlapującej go chłodnej wody.
– Cóż, to zależy – odpowiedział czarodziej, nadal wpatrzony w falujące morze. – Jeżeli utrzymamy tę prędkość, może dotrzemy na miejsce w ciągu kilku godzin. Niestety, otaczające wyspę zaklęcia mogą nam wydłużyć podróż. Oczywiście, utrudnieniem mogą być również burze.
– Burze?
Albus rozejrzał się wokół. Gdzie nie spojrzał, widział tylko i wyłącznie wodę, a niebo sprawiło wrażenie przejrzystego.
– O tej porze sztormy są dość powszechne, zwłaszcza na Morzu Północnym. Nie zapominaj, że prócz tego, że więzienie jest nieprzeniknione, musi być także ukryte przed mugolami. W pewnym momencie więc aktywują się zaklęcia pogodowe, które sprawią, że każdy żeglujący w okolicy mugol, stanie się bardziej aniżeli chętny do zakończenia rejsu.
– Hm, a jaką mamy pewność, że nasza łódź wytrzyma? – spytał, dłonią wskazując łajbę. – Nie jest szczególnie wytrzymała, a mugole znają się na rzeczy...
– Ile widziałeś latających niemagicznych mioteł? – Fairhart uniósł brew.
– Ostrożność jest pożądana – odburknął.
Sancticus się uśmiechnął.
– Trochę za późno na dodatkowe środki ostrożności – podsumował ironicznie. – Niezależnie, czy łódź wytrzyma, czy też nie, to nasz jedyny środek transportu oraz szansa na przetrwanie. – Kiedy Albus sapnął, machnął ręką. – Naprawdę myślisz, że kupiłbym rzecz, która może się rozpaść praktycznie w każdej chwili? Cenię sobie wytrzymałość. Osiągnięcie naszego celu podróży będzie trudne przez wzgląd na przeszkody, które napotkamy po drodze. Nad tym, niestety, nie mamy kontroli. Pozwól zatem, że cię uspokoję. Nie kupiłbym niesprawdzonej łodzi. Co więcej, to również nasza droga odwrotu.
– Co z deportacją? – zapytał ślizgon. – Zmuszałeś mnie przecież do ćwiczeń.
– Nie wiem, gdzie zaczyna się ministerialny szlak, ale na wyspie jest kilka punktów, z których możliwa będzie deportacja.
– Cóż, mój ojciec z pewnością wie, gdzie są – stwierdził, jakby było to oczywiste i się zaniepokoił, kiedy Fairhart nie odpowiedział. Milczenie rozmówcy doprowadziło go do jednego wniosku. – Bo tata będzie z nami – dodał z przekonaniem. – Chyba że skłamałeś, że wciąż żyje...
– W niczym nie skłamałem, ale musimy być przygotowani na każdą ewentualność i nieprzewidziane okoliczności. Na wypadek, gdybyśmy nie mogli się deportować, łódź musi pozostać nienaruszona. Jak już mówiłem, zabezpieczyłem się na tę opcję i zawczasu poprosiłem o mocno zwiększoną wytrzymałość.
Ostateczna nuta w jego głosie zakończyła rozmowę i Albus wrócił do swojej pozycji, a mianowicie znów oparł głowę na podciągniętych pod brodę kolanach. Fairhart zaś wrócił do beznamiętnej obserwacji wody.
W ciągu pierwszej godziny straszliwie się nudzili, chociaż chłopiec nie potrafił określić, dlaczego tak go to denerwuje. Niuanse podróży wzbudzały w nim mieszane uczucia i w sumie nie wiedział, czego oczekiwać. Każda spędzona na morzu sekunda oznaczała, że był bezpieczny i z daleka od czyhających w więzieniu oraz na wyspie zagrożeń, ale także mogła oznaczać pogorszenie się stanu zdrowia jego ojca. Był rozdarty, ponieważ częściowo pragnął dotrzeć już na miejsce i niezauważenie przeć naprzód, a częściowo pozostać na wodzie.
Niespodziewanie Fairhart przerwał ciszę, którą dotąd zakłócały tylko uderzające o łódź fale.
– Więc jak sobie radzisz w Hogwarcie?
Albus, zmieszany, wbił w Sancticusa zdziwiony wzrok.
– Hę?
– Mówię o zajęciach – sprecyzował mężczyzna. – Zdałeś SUMy, prawda?
– Och. – Westchnął, nieco zaskoczony bezsensowną naturą pytania, ale wciąż chętny do udzielenia odpowiedzi. – Tak, podszedłem do nich w zeszłym roku. – Z nagłym ukłuciem w piersi uświadomił sobie, że ostatniego dnia egzaminów udał się do starego mieszkania Fairharta.
– Hm? – powiedział czarodziej i wyciągnął trochę rękę, jakby prosił o rozwinięcie myśli. – Jesteś zadowolony ze swoich wyników?
– Nawet – odparł, czując się nieswojo. – Najlepiej mi poszły eliksiry. I wyszedłem też całkiem przyzwoicie z zaklęć – dodał z namysłem.
Fairhart skinął głową, chociaż twarz zdobił mu nieco wymuszony uśmiech.
– Fajnie – stwierdził z roztargnieniem.
– Yhym – odmruknął ślizgon, nie mogąc zdobyć się na więcej, a potem w łodzi znów zapadła cisza.
Albus wiedział, co próbował osiągnąć Sancticus, a przynajmniej miał kilka dobrych pomysłów. Zanim weszli na pokład, panowało pomiędzy nimi napięcie, a uprzejma rozmowa na błahe tematy jest dobrym lekarstwem na poprawę samopoczucia oraz ogólnego nastroju. Inną myślą, która go uderzyła, było to, że nauczyciel był po prostu zwyczajnie ciekawy ocen i wyników w nauce swojego ucznia. W końcu, jakby nie spojrzeć, byli przyjaciółmi.
To zaś trochę go zaniepokoiło, głównie dlatego, że nie potrafił odpowiednio zwrócić sentymentu. Co niby miał zrobić...? Zapytać Fairharta, jak się miewał przez ostatnich kilka miesięcy...?
– Hm, przepraszam za twoją kryjówkę – powiedział, ostatecznie decydując się chociaż spróbować. – Domyślam się, że skoro Ministerstwo już ją odwiedziło, to nie planujesz wracać.
– Niestety. – Sancticus westchnął. – A przynajmniej dopóki nie zyskam pewności, że nie jestem obserwowany.
– Wszystkie twoje książki i inne rzeczy przepadły, prawda?
– Wątpię. Uważam, że niczego nie skonfiskowali, bo ich głównym celem nie był rabunek, a odnalezienie mnie. Nawet gdyby dokładnie przeszukali cały teren, jestem przekonany, że zostawili trochę rzeczy.
Myśl nie została rozwinięta, a Albusowi to nie przeszkadzało, bo brakło im możliwości przedłużenia dyskusji. Z racji tego, iż poprawa atmosfery wymagała więcej rozmów, postanowił spróbować z innej strony.
– Jesteś pewien, że płyniemy we właściwym kierunku...?
– Czy wiedziałeś, że za czasów, kiedy byłem aurorem, twój ojciec nie narzucił mi ani jednej zasady do przestrzegania, mimo że był moim przełożonym?
Albus nie odpowiedział, zaskoczony nagle zdradzoną informacją. Ciekawy, dokąd to zmierza, pozwolił towarzyszowi kontynuować.
– Z drugiej strony, twój wujek wprowadził bardzo ważną, prostą i klarowną zasadę, której wszyscy powinni byli przestrzegać. Czy wiesz może, jak ona brzmiała?
Potrząsnął przecząco głową.
– Był to dekret ustanawiający, że jeżeli nie jesteś w trakcie pracy, nie mówisz o niej. Chodziło o rozgraniczenie życia zawodowego od prywatnego. Gdybyś nie przestrzegał tej zasady, dostałbyś reprymendę. Co więcej, odjąłby ci „punkty" ze swojego osobistego spisu notowań.
Zrozumiawszy przekaz, Albus się uśmiechnął. Fairhart nie zamierzał rozmawiać teraz o Azkabanie.
– Przepraszam – bąknął. – Po prostu...
– Rozumiem, że jesteś zdenerwowany, ale nasz czas przygotowań się skończył. Niestety, twój trening przedwcześnie się zakończył i nie będziesz mógł nadal kroczyć po bezpiecznym lądzie. Powiedziałem ci też wszystko, co wiem o celu naszej podróży, tak więc nie ma sensu dłużej wałkować tego tematu – stwierdził beznamiętnie mężczyzna. – Spróbuj cieszyć się z rejsu łodzią, bo to twoje ostatnie chwile wytchnienia, przynajmniej do momentu, aż nie wrócimy.
Albus potaknął, głupio drapiąc się po głowie.
– A odpowiadając na twoje pytanie – tak, zmierzamy we właściwym kierunku – kontynuował Sancticus. – Ciężko byłoby nie, skoro wyspa mieści się mniej więcej na środku morza...
Postanowiwszy rzeczywiście cieszyć się chwilami złudnego relaksu, chłopiec znów nie odpowiedział. Wciąż jednak nie mógł powstrzymać się od drżenia ze zmartwienia. Fairhart wydawał się to pojmować.
– Spróbuj zająć czymś myśli, dzięki czemu przestaniesz główkować nad zadaniem – doradził. – Czy znasz jakieś gry podróżnicze?
Albus rozłożył ręce, zastanawiając się nad możliwościami.
– Hm, mój przyjaciel, Morrison, opowiadał mi kiedyś o jednej – przyznał, skupiając się na wspomnieniu. – Dorastał w Ameryce i często z tatą podróżowali. Morrison mówił, że żeby umilić czas, oglądali i zgadywali po tablicach rejestracyjnych miasta, w których ludzie zakupili samochody – wyjaśnił głupio.
– W porządku. – Uśmiechnął się krzywo Fairhart. – W takim razie będę ich wypatrywał.
– Yhym...
Wtem się roześmiał. Nie był do końca pewien dlaczego, ale najprawdopodobniej to wina ostatniej, uszczypliwej uwagi nauczyciela – a może to jego własna inicjatywa, aby oczyścić umysł. Tak czy inaczej, śmiech przyćmił odgłosy szumu wody i trzaskania o drewno pokładowe. Sancticus dołączył do niego chwilę później, zanosząc się głośnym, bardziej przeszywającym śmiechem.
Krótka chwila rozbawienia trochę się przeciągła i chociaż rozmowa kiepsko się kleiła, zachowała lekki wdzięk, który obaj docenili. Wkrótce potem sięgnęli do torby z prowiantem i w milczeniu posilili się obleśnym chlebem. Cisza się przedłużyła.
Chociaż śmiech i jedzenie zdołały na krótko zająć Albusa, długie okresy bezczynności sprawiały, że wracał do znudzenia i niepokoju. Niestety, ponieważ nie znał dokładnych namiarów lokalizacji więzienia, nie mógł oszacować, ile będą jeszcze płynąć. Zaczął się więc zastanawiać, czy Fairhart w jakikolwiek sposób śledzi czas, gdy przyjaciel się odezwał.
– Jesteśmy prawie na miejscu – oświadczył twardo.
Ślizgon poderwał się tak szybko, że łódź się zakołysała. Rozejrzawszy się wokół, zrozumiał, że Sancticus się pomylił. Nawet kiedy zmrużył oczy, nigdzie nie dostrzegł żadnej wyspy, chociaż z ziemi wystawał kawałek skały, który wyglądał, jakby nieskończenie rozciągał się w każdym kierunku, zupełnie jak mur otaczający Lambshire.
– To nie może być Azkaban – stwierdził lekceważąco, z trudem uspokajając nagle rozszalałe serce. – Nie można nawet dojrzeć samego więzienia, które podobno jest strasznie wysokie.
W odpowiedzi Fairhart wskazał na niebo. Płynęli tak niemiłosiernie długo, że z dnia zrobiła się prawie noc – a przynajmniej można było wysnuć taki wniosek po wszechobecnej ciemności. Po sposobie zachowania mężczyzny zrozumiał, że nie wskazuje on gwiazd. Spojrzawszy w górę, Albus zobaczył groźnie wyglądające chmury burzowe, a nawet okazjonalne błyski piorunów...
– Zabezpieczenia pogodowe – powiedział, na powrót spanikowany.
– Domyślam się, że oprócz zaklęć pogodowych umieszczonych wokół wyspy, cały obszar jest zaczarowany tak, żeby przypominał dużą, ale ostatecznie nieistotną skałę. Najprawdopodobniej jest to środek asekuracyjny przeciw łowiącym tu mogolom, żeby wiedzieli, że w razie natknięcia się na burzę, grunt w pobliżu jest nieodpowiedni. Nawet stąd widać, że skały są poszarpane i ostre, przez co wdrapanie się na nie wydaje się ryzykowne i praktycznie niewykonalne.
– Kiedy więc zobaczymy prawdziwy obraz wyspy? – zapytał chłopiec, zaciekawiony. – Gdy przybijemy do brzegu i zejdziemy na ląd?
– Oczywiście, dopłyniemy do etapu, gdzie będziemy mogli wykryć otaczającą wyspę magię defensywną – wtedy też się przebijemy. Najpierw jednak musimy zmierzyć się z zabezpieczeniami pogodowymi. Zbierz siły, bo zaraz znajdziemy się w ich zasięgu...
Albus się spiął, chociaż w sumie nie wiedział, na co dokładnie się przygotowuje. Pierwszą oznaką, że rzeczywiście wkraczają na owładnięty burzą teren, był deszcz – duże krople uderzały go w głowę nienaturalnie mocno. Z wrażeniem wchodzenia pod lodowaty prysznic, natychmiast zmarzł, a potem zauważył, że jego widoczność została sporo ograniczona. Kiedy się odwrócił, aby ponownie spojrzeć na wystającą z morza skałę, dostrzegł tylko zamazany kształt, który w miarę podpływania bliżej, stawał się coraz to większy i większy.
Wtem wzmógł się wiatr. Idealnie zsynchronizowany z błyskiem błyskawicy i głośnym grzmotem, potężny podmuch sprawił, że łódź niebezpiecznie się zakołysała i prawie wywróciła, a Albus wrzasnął i zacisnął mokre dłonie na równie śliskiej burcie.
Łódź natychmiast się uspokoiła i z dużym pluskiem, który jeszcze bardziej go zmoczył, opadła na wodę, wcześniej niesiona niespokojną falą. Fairhart siedział naprzeciwko, z szatami przyklejonymi do ciała i z zaciśniętymi zębami. Może i nie wyglądał na równie przerażonego, ale przynajmniej na wstrząśniętego.
Nastąpił kolejny potężny wstrząs, tym razem ciągnący łajbę do tyłu i chłopiec znowu krzyknął, bo zaczęli płynąć w sposób wertykalny...
Cudem wrócili na normalną pozycję. Przez chwilę nie mógł się nadziwić, jak to możliwe – był przecież pewien, że łódź po prostu wywróci się do góry dnem – ale ostatecznie zrozumiał. Wyglądało na to, że łódź była warta swej ceny. Otis w pełni wywiązał się z umowy z Fairhartem.
Mimo to nadal zaciskał palce na burcie, szczękał z chłodu zębami oraz podskakiwał nerwowo za każdym razem, kiedy trzasnął piorun. Nie spuszczał także oka z towarzysza, który sprawiał wrażenie niewzruszonego posągu, który nie poruszył się o cal, w zamyśleniu patrząc przed siebie.
Wiatr wciąż miotał łodzią to na lewo, to na prawo, przez co Albus nabrał przekonania, że zboczyli z kursu. Na szczęście, jego obawy okazały się fałszywe, ponieważ gdy co rusz zerkał na wystającą skałę, ta była w zasięgu wzroku. Zaczął się zastanawiać, kiedy kształt stanie się prawdziwą wyspą, gdy Sancticus wstał, ot tak po prostu na małej, rozklekotanej łódce, w samym środku burzy.
– Oszalałeś? – wrzasnął ślizgon, poprzez szum deszczu oraz ryk wiatru, ale na próżno. Mężczyzna go nie słuchał, wyjął różdżkę i wycelował prosto przed siebie, a następnie zaczął wykonywać skomplikowane ruchy, wykrzykując zaklęcia, których nie sposób było zrozumieć przez szalejącą burzę.
Wiatr znów smagnął i Albus, który niedawno zdał sobie sprawę, że najbezpieczniejszym rozwiązaniem będzie zwinąć się w kłębek i przylgnąć do dna łodzi, mógł tylko patrzeć na Fairharta z przerażeniem, zdziwiony jego nieustraszonością. Gdy dopadł go potężny podmuch, przestał czarować i trochę się skulił, by uczepić się łajby, a potem wrócił do skomplikowanego machania różdżką.
Sekwencja wydarzeń powtórzyła się jeszcze dwa razy, a wytrwałość Sancticusa wzbudzała podziw Albusa. Kiedy chłopiec zamierzał się dopytać o cel zaklęć, mentor usiadł i wskazał mu niebo. Odwrócił się więc, gdy uderzył kolejny grzmot, rozświetlając na moment okolicę.
Skała urosła, stając się całkiem rozległym obszarem. Z oddali było widać wierzchołki tropikalnych drzew i pas piachu, prowadzący w głąb lądu. Wyspa przypominała mniejszy, choć bardziej egzotyczny Zakazany Las, skondensowany i umieszczony na zbiorniku wodnym.
Nawet z morza było widać Azkaban. Kolejny błysk światła ukazał zaś złowieszczą, pionową budowlę, tak wysoką, że jej szczyt przesłaniały chmury burzowe. Sięgała tak nieprawdopodobnie daleko, że można było dostrzec jedynie jej kształt. Więzienie przywodziło na myśl gruby obelisk, którego ogrom uświadomił chłopcu, jak olbrzymia jest wyspa.
– Trzymaj się łodzi, Albusie! – wrzasnął przerażony Fairhart.
Ostra komenda sprawiła, że ślizgon odwrócił uwagę od Azkabanu i skoncentrował się na akcji na morzu. Nadal znajdowali się pośrodku szalonej burzy i właśnie zmaterializowała się przed nimi kolejna komplikacja.
Olbrzymi wir wodny.
Łódź natychmiast zboczyła z obranego kursu i zaczęła być wciągana w otchłań. Stosunkowo spokojna woda wokół rojka podpowiadała, że ich kłopotliwe położenie nie jest winą naturalnych warunków atmosferycznych, a potężnej magii, co bardzo przeraziło Albusa. Krążel uformował się, dopiero kiedy Fairhart złamał zabezpieczenia otaczające wyspę, czyli został specjalny zaprojektowany, aby wyeliminować wszelkie zbliżające się do lądu zagrożenia.
Albus przywarł do buty łajby, po czym zrozumiał, że w ten sposób nijak przyczynia się do niwelowania kłopotów spowodowanych przez wir. Fairhart znów wstał i wycelował w łódź, lecz było widać, że jego dotychczasowa pewność siebie została przełamana. Chłopiec nie był pewien, jakich zaklęć mężczyzna używa, ale ze świadomością potrzeby pomocy, skoczył na równe nogi, przez co się zachwiał i prawie nie wpadł do wody.
– Impedimenta*! Impedimenta! – wrzasnął, również mierząc różdżką w łódkę.
Wykrzykiwał zaklęcie raz za razem, niestrudzenie, chociaż poprzez bębniący deszcz i wyjący wiatr nie słyszał nawet swojego głosu. Wspólnie podjęty wysiłek nie przyniósł jednak żadnego rezultatu, a Albusa ogarnął strach. Wir wodny utożsamiał mu się teraz z niechybną śmiercią, niepoznaną otchłanią, której po prostu nie potrafił uniknąć. Pisnął, przerażony do cna i w przygotowaniu do nieuniknionego, znieruchomiał...
I wtedy kątem oka zobaczył, że Fairhart, czerwony z koncentracji, obrał zgoła inną taktykę. Ukierunkował swe zaklęcia nie na łódź, a na krążel – co rusz wpadały do niego różnokolorowe promienie, ale niestety wydawały się nie mieć żadnego wpływu na cykloniczną naturę zjawiska.
Mimo to łajba zwolniła. Teraz się po prostu obracała, a wniosek sam się nasunął. Sancticus próbował manipulować wodą, zmienić kierunek prądu bądź zrobić coś, co przysłużyłoby się jako przysłowiowa deska ratunkowa.
I wtedy Albusa uderzyło. Fairhart się nie poddał. Nawet na sekundę nie przestał walczyć o życie.
Mierzył się z cholernym wirem!
Zrozumienie uderzyło ślizgona niczym tona cegieł. Schował różdżkę do kieszeni szaty, po czym opadł na kolana i sięgnął gołymi rękami do wody, by w dziecinny sposób wiosłować z zamiarem niesienia choćby odrobiny pomocy. Nie znał potężnych zaklęć, którymi ratował się mężczyzna, ale nie zamierzał po prostu siedzieć na tyłku.
Niestety, wszystko nadaremnie. Ciskane czary wydawały się tylko opóźniać nieuniknione, z czego Fairhart najwyraźniej również zdał sobie sprawę, ponieważ jego mimika się zmieniła – wyraz determinacji i skupienia został zastąpiony przez czujność i intuicyjność. Kiedy zrozumiał, że nie uratuje sytuacji, sprowadził do parteru złudne nadzieje chłopca, że wyjdą z tego cało.
– Umiesz pływać? – warknął, wyraźnie zły.
– Tak...
Sancticus machnął różdżką w powietrzu i wzrok Albusa natychmiast lekko się rozmazał. Chociaż deszcz nadal po nim spływał, jego głowa została zabezpieczona i dopiero kiedy ku niej sięgnął, zdał sobie sprawę, że coś niewidzialnego blokuje mu dostęp. Zostało na niego rzucone zaklęcie Bąblogłowy.
Spojrzał w górę, żeby zobaczyć, czy Fairhart siebie też osłonił, ale zanim zdążył zerknąć na jego buzię, ten już mierzył w łódź.
Huknęło, niczym wystrzał z armaty, a krzyk chłopca nie wybrzmiał poza magiczną bańkę, odbijając się echem w uszach. Łajba w spektakularny sposób została wyrzucona z morza na wysokość około pięćdziesięciu stóp, a następnie odleciała daleko od wiru, przez co prądy przestały mieć na nią jakikolwiek wpływ.
Przez krótką, niewiarygodną chwilę Albus był przekonany, że pozostaną w powietrzu i głupio skojarzył to przekonanie z komfortem związanym z lataniem na miotle. Łódź zaczęła jednak opadać, niebezpiecznie się kołysząc w powietrzu. Bez względu na to, jak wielki kunszt rzemieślniczy wniesiono w jej wykonanie, była zbudowana z nietrwałego materiału, a i tak wiele przeszła...
Ostatecznie z ogromną prędkością uderzyła w wodę, rozbryzgując ją dookoła. Przód łodzi natychmiast się zanurzył, zabierając Albusa ze sobą. Krzyknął, kiedy lodowate, wzburzone morze zakryło go całego, a z szoku kończyny zaczęły drętwieć. Właśnie szykował się do przełknięcia morskiej wody, gdy doszedł do wniosku, że zaklęcie Bąblogłowy jest bardzo przydatne. Chociaż wszystko szło nie tak, przynajmniej mógł oddychać.
Wyglądało na to, że pozostawanie w bezruchu w lodowatej, ciemnej wodzie i jednoczesne hiperwentylowanie się we własnej bańce, w połączeniu z niesamowitym uczuciem przebywania na otwartym morzu w czasie burzy nie dość, że było traumatycznym przeżyciem, ale też nadszarpywało zdrowie psychiczne. To było naprawdę niesamowite uczucie – unosić się wśród morskich odmętów bez wyczucia kierunku i swobodnie oddychać pod powierzchnią wody, nawet jeżeli nieco zbyt szybko. Instynktownie pomyślał o olbrzymim wirze. Ciekawe, jak był blisko. Wtem zaczął się martwić czymś zgoła innym. Teraz ukierunkował się na magiczne stworzenia, o których tyle na lekcjach opieki mówił Hagrid – takich jak kelpie** , czy druzgotki*** . Serce niemalże mu stanęło na myśl o Wielkiej Kałamarnicy w Czarnym Jeziorze i mimowolnie się zmartwił, czy przypadkiem nie ma ona gdzieś mniej przyjaznego brata..
Nie miał pojęcia, gdzie zawieruszył się Fairhart, ani podziała się łódź, ale wiedział, że nie zdoła długo wytrzymać pod wodą. Starając się nie dopuścić, aby głębia zwyciężyła, wierzgał dziko nogami i bezradnie wymachiwał rękami. Na szczęście powoli wypływał na powierzchnię. Po prawie minucie nadwyrężania mięśni w końcu wynurzył głowę i uspokoił oddech...
Niestety, tylko na moment. Gdy tylko odzyskał zdolność widzenia, zrozumiał, że w okolicy nadal trwa burza. Wtem odczuł skutki forsowania ciała i poczuł się wyczerpany. Chcąc chwilę odpocząć, odchylił głowę do tyłu i wtedy to zobaczył – linię brzegową. Nagle się okazało, że wypłynął całkiem niedaleko. Wyspa, ciemny piasek, wysokie drzewa i gigantyczne więzienie – z bliska wszystko wydawało się kolosalne. Zebrawszy siły, postanowił powoli dobrnąć do brzegu, ale właśnie wtedy coś złapało go za kołnierz.
Spanikował i wrzasnął. W głowie ujrzał różnej maści diabły wodne, ino chcące się posilić. Gdy usłyszał niezrozumiały, ale ludzki głos, w miarę możliwości się odwrócił i z niemałą ulgą zobaczył obok siebie Fairharta. Akcja z łodzią tak go jednak wymęczyła, że zaczął spazmatycznie drżeć i z trudem utrzymywał się na powierzchni. Następną myślą, jaką zarejestrował, było, że mężczyzna go holował.
Sancticus owinął wokół Albusa jedną rękę, a drugą zamaszystymi ruchami płynął do brzegu. Gdyby nie był zdeterminowany i wysportowany, z pewnością nie dałby rady. Ślizgon nawet nie zawracał sobie głowy sprzeciwem wobec tak altruistycznego aktu – był zbyt wykończony fizycznie i psychicznie oraz zmarznięty, że naprawdę niewiele by samodzielnie zdziałał. Wkrótce opuścili obszar, na którym sztorm był największy, a chwilę potem chłopiec poczuł, że jest ciągnięty po piachu i ułożony na plecach.
W końcu dobrnęli do suchego lądu.
Dopiero po chwili uświadomił sobie, że może nieskrępowanie zaczerpnąć tchu, a magiczna bańka oddechowa nie wiadomo kiedy zniknęła. Zamiast tego leżał na szorstkiej ziemi, podczas gdy atramentowe, bezgwiezdne niebo wypełniało mu całe pole widzenia, a pojedyncze krople znacznie lżejszego deszczu spływały po twarzy. Choć nie widział swego towarzysza, jego ciężki oddech podpowiadał, że jest tuż obok.
– Su... sukces... – wysapał i spróbował przewrócić się na bok – nadaremnie. Ospałość sprawiła, że czuł się cięższy niż kiedykolwiek wcześniej.
Sancticus się poruszył, a następnie wstał.
– Zostań tutaj – powiedział ochryple i odszedł, a dźwięk stawianych przez niego kroków stawał się coraz to mniej słyszalny z sekundy na sekundę.
Albusowi nie trzeba było powtarzać. Nie mogąc się ruszyć, pomimo padającego deszczu i mało wygodnego piachu, z błogością zamknął oczy i osunął się w nieświadomość.
Obudził go odgłos trzaskającego ognia. Przez jedną, piękną chwilę pomyślał, że znów są w przytulnej kryjówce oraz że ocknął się przy kominku, tak jak tydzień temu. Kiedy się podparł na łokciach i trochę podniósł, zrozumiał, że nie leży na niewygodnej, starej kanapie, do której zdążył się już przyzwyczaić, a na brudnym kamieniu.
Natychmiast otworzył szerzej oczy, będąc prawie że do końca rozbudzonym. Spojrzał na huczące obok niego palenisko, a potem zobaczył siedzącego naprzeciwko Fairharta. Mężczyzna miał ponurą minę.
– Gdzie jesteśmy? – zapytał, rozglądając się wokół; ciemność wszystko pochłonęła.
– Na wyspie, na której mieści się Azkaban.
– To wiem. – Potarł zesztywniały kark. – Mam na myśli... Co się stało...?
– Odpadłeś na długo przed tym, zanim wróciłem z morza – wytłumaczył czarodziej.
Albusowi opadła szczęka.
– Słucham...? Z morza...?
– Próbowałem odzyskać naszą łódź – powiedział po prostu Sancticus, a płomienie oświetliły mu oszpeconą twarz, tworząc dramatyczny efekt.
Chłopiec wstrzymał oddech. No tak. Zakupiona w Lambshire łódź ostatecznie okazała się najwspanialszą rzeczą na świecie. Zdezorientowany, nigdzie jej nie dostrzegł.
– Udało ci się...?
– Nie – odparł czarodziej, a ślizgon jęknął. – Nie ma sensu się nad tym rozwodzić – kontynuował szorstkim tonem. – O ucieczkę będziemy się martwić, kiedy trzeba będzie opuszczać wyspę. Odpocząłeś?
Albus skinął głową, ale lekko zmarszczył brwi.
– No po prostu nie mogę uwierzyć, że zasnąłem! – wyznał ze wstydem. – Kiedy wreszcie tu dotarliśmy...
– Burza cię wyczerpała. To całkowicie naturalne, że odpłynąłeś, gdy uszedłeś z życiem – wytłumaczył mężczyzna. – A ponieważ nic strasznego się w międzyczasie nie stało, nie ma potrzeby się dąsać – dodał, widząc wyraz twarzy podopiecznego.
Zrozumiał przekaz, ale nie mógł sobie wybaczyć. Usiadł prosto, oparł się plecami o poszarpane skały i z roztargnieniem wbił wzrok w ogień. Prawie się poddał na tej łodzi. Hm, właściwie to naprawdę się poddał, chociaż trwało to zaledwie kilka sekund.
– Nie jesteśmy daleko od brzegu – wyjaśnił Sancticus, przekazując informację o aktualnym miejscu pobytu i wracając Albusa do rzeczywistości. – Lewitowałem cię aż do tej małej jaskini. Jesteśmy tu od kilku godzin.
– Kilka godzin? – powtórzył chłopiec, nieświadomy upływu czasu. – Jest jeszcze noc...?
– Raczej wczesny ranek. Przestał padać deszcz, ale wydaje mi się, że rozpogodzenie jest tylko chwilowe. Zdecydowanie powinniśmy skorzystać z lepszej widoczności i ruszyć w drogę tak szybko, jak możemy.
Ślizgon się skrzywił i oparł głowę na ugiętych kolanach. Fairhart obserwował go uważnie poprzez falujące płomienie, które stanowiły tylko źródło światła. Obaj byli bowiem susi i ciepli.
– Coś cię niepokoi – stwierdził mężczyzna.
– Nie...
– Zaufanie jest kluczowe oraz oznacza szczerość. Nad czym się zastanawiasz?
Albus westchnął, a następnie potarł czoło. Wiedział, że rozmówcy nie spodoba się to, co miał do powiedzenia, ale musiał wyrzucić z siebie żal.
– Głupotą było zabranie mnie ze sobą – wyznał. – Wiesz o tym.
– Nieprawda...
– Tylko cię spowalniam! – dodał z zaciekłością, a ogień sprawił, że rozbłysły mu oczy. – Chcesz zinfiltrować Azkaban. Nie możesz mnie niańczyć...
– Natychmiast przestań, Albusie. Znów zachowujesz się jak dziecko.
– Bo jestem dzieckiem. Mam dopiero szesnaście lat. I nie jestem przygotowany...
– Kwestia gotowości jest teraz nieistotna, gdyż dotarłeś na wyspę. – Fairhart zmienił pozycję. – Wielokrotnie dawałem ci możliwość powrotu do szkoły. Nie skorzystałeś z żadnej opcji...
– Nie chodzi o strach. – Albus ze wszystkich sił starał się nie patrzeć na siedzącego naprzeciwko kompana. Pozwolił więc swoim oczom wędrować po otoczeniu, żeby ostatecznie skupić się na widocznym w nikłym świetle srebrnym pierścieniu. – Nie chodzi o to, że nie chcę tu być, czy coś w tym rodzaju. Mówię o prawdzie – że pokładasz we mnie o wiele więcej wiary, niż powinieneś.
Sancticus potrząsnął głową. Sprawiał wrażenie zawstydzonego.
– Hm? – Chłopiec uniósł brew. – Czemu się tak patrzysz...?
– Albo przeceniasz moje umiejętności, albo nie doceniasz tego, co nas czeka – stwierdził nauczyciel. – Jesteśmy w najniebezpieczniejszym miejscu na świecie, a ty uparcie twierdzisz, że lepiej byłoby mi w pojedynkę. Czy naprawdę sądzisz, że tak byłoby najrozsądniej? Co się stanie, gdy gdzieś utknę i nikt mi nie pomoże? Co się stanie, kiedy zostanę złapany lub wpadnę w zasadzkę? Wykaraskanie się z opresji jest o wiele łatwiejsze, gdy towarzysz pilnuje pleców. Jakakolwiek pomoc jest teraz mile widziana, Albusie.
– Wcześniej mówiłeś, że chcesz mnie na partnera. – Ślizgona przeszedł dreszcz. – Wymieniłeś całą masę powodów, dla których...
– Owszem, mówiłem prawdę, jednakże argumenty, których użyłem, będą prawdziwe tylko wtedy, gdy im na to pozwolisz. Czasem pozwalasz, aby niska samoocena przyćmiła twój rzeczywisty obraz. W bardzo krótkim czasie przeszedłeś wymagające szkolenie, a mimo to czujesz, że poniesiesz porażkę, nawet jeżeli z niego skorzystasz. Jak dotąd przetrwałeś wielkie niebezpieczeństwa, lecz nadal spodziewasz się niepowodzenia za każdym razem, gdy stajesz przed nowym wyzwaniem. Jakby na to nie spojrzeć, dotarłeś tak daleko.
– Tylko dzięki twojej pomocy! – zaprotestował. – Ocaliłeś mnie na morzu. Uratowałeś mnie przed utonięciem, a potem zaopiekowałeś się mną w jaskini.
– Owszem, ocaliłem ci życie. Odwróćmy jednak perspektywę. Jesteśmy na odosobnionej od świata wyspie i próbujemy przebić się do najbardziej śmiercionośnego więzienia, jakie kiedykolwiek istniało. Istnieje prawdopodobieństwo, że w pewnym momencie ty mnie uratujesz. Tak właśnie to działa, Albusie. Troszczymy się o siebie nawzajem.
Argumentacja była rozsądna i praktycznie niemożliwa do podważenia. Nie odpowiedział, czujnie obserwowany. Sancticus miał rację. Rzeczywiście mógł się przydać, ale tylko wtedy, kiedy się postara i nie będzie ograniczał. Pomyślał o rodzinie i przyjaciołach, najbliższych sobie ludziach i wyobraził sobie ich dumne, a nie nieszczęśliwe miny. Nie słyszeli o nim od tygodni, ale co będzie, jeżeli wydostanie się z wyspy razem z tatą i kilkoma odebranymi Darvy'emu potężnymi artefaktami?
– Czyli... naprawdę nie masz nic przeciwko mojemu towarzystwu...? – wyszeptał.
– Czuję się o wiele bezpieczniej z tobą u boku. – Fairhart był śmiertelnie poważny. – Musisz bardziej w siebie wierzyć, pozwolić talentowi nabrać kształtu oraz rozwinąć się umiejętnościom. Żadne z zaklęć, które cię nauczyłem, nie pomogłyby ci pokonać wodnego wiru. Teraz gdy znów jesteśmy na lądzie, śmiało korzystaj ze zdobytej niedawno wiedzy.
Albus potaknął. Fairhart nie brzmiał, jakby go rozpieszczał, ale też jasno dawał do zrozumienia, że nie będzie tolerował jego chwil słabości i nawracających wątpliwości. Nagle entuzjastycznie nastawiony, skoczył na równe nogi i... uderzył się w głowę.
– Ała...
– Ostrożności nigdy za wiele. – Mężczyzna uniósł brew. – Zakładam, że jesteś wystarczająco rozbudzony?
Pocierając obolałe miejsce, ponownie potaknął.
– W porządku, ruszajmy – powiedział Sancticus i bez żadnych zbędnych ceregieli machnął różdżką, czym ugasił ognisko.
Albus podążył drogą wyznaczoną przez Fairharta, a po jakiejś minucie marszu dotarły do nich słabe promienie słońca. Gdy opuścili jaskinię, chłopiec rozejrzał się po otoczeniu, w pełni przygotowany do pierwszego prawdziwego spojrzenia na wyspę i weryfikację wcześniejszych założeń.
W rzeczywistości za bardzo się nie pomylił. Otaczający więzienie obszar, pomimo kilku zauważalnych różnic, naprawdę był podobny do Zakazanego Lasu. Nikłe światło potwierdziło bardziej tropikalny charakter wyspy. Liście olbrzymich drzew miały soczyście zielony kolor, a nie były ciemnego odcienia, jak te hogwardzkie, zaś ziemia zamiast domieszki błota, była przyozdobiona piachem. Gdzie nie spojrzał, wszędzie widział bujną roślinność oraz listowie, w tym wiele jaskrawo kolorowych, egzotycznie wyglądających kwiatów oraz pędów, o których z pewnością nie wspominał żaden szkolny program nauczania.
Byłby to całkiem przyjemny dla oka obraz, gdyby nie jeden element. W głębi wyspy, górujący nad kolorytem dżungli, stał przeogromny, złowieszczo wyglądający Azkaban. Kiedy Albus spojrzał w górę, po jego kręgosłupie przebiegł dreszcz, idealnie zsynchronizowany z niespodziewanym krakaniem ptaków, które właśnie wystartowały z koron drzew.
Wtem zrozumiał.
– Sebastian Darvy – stwierdził.
– Owszem. Na szczęście, w przeciwieństwie do niego, nie jesteśmy kompletnymi ignorantami. Darvy nie wie, jak blisko go podeszliśmy – W pocieszającym geście Fairhart położył dłoń na ramieniu chłopca. – Nie ma żadnego powodu, żeby oczekiwać ukradkowego ataku. Ograniczy się po prostu do wyglądania Zjednoczonego Ministerstwa. Musimy zachować ostrożność, ale także wykorzystywać nasze mocne strony. Nikt o nas nie wie, a zatem nikt nas nie szuka – ani Darvy, ani Diabli Alians. Jeżeli będziemy działać po cichu i dyskretnie, unikniemy uwagi Prawej Ręki Śmierci.
Trochę podbudowany na duchu, Albus zaszydził z pseudonimu Darvy'ego. Sancticus był doskonały w motywowaniu oraz podbudowywaniu ego. Szczęście, że jest obok.
– Czyli po prostu sobie podejdziemy? – zapytał, nadal wpatrzony w górujące więzienie. Ciekawiło go, ile w rzeczywistości mają kilometrów do przejścia.
– Owszem, ale niespiesznie. Zawsze będę z przodu. Teren z pewnością jest otoczony wszelkiej maści zaklęciami ochronnymi i wolę mieć pewność, że napatoczę się na nie pierwszy.
Albus się skrzywił, a Fairhart, jakby coś wyczuwają, natychmiast się do niego odwrócił. Miał nietęgą minę, a ton głosu wskazywał na zaniepokojenie.
– Magia pozostawia ślady. Zawsze. To niczyja wina, ale nie jesteś jeszcze wystarczająco dorosły, aby w pełni pojąć wagę tego ostrzeżenia. Biorę na siebie rolę przewodnika nie dlatego, żeby wytknąć ci słabości, ale w celach praktycznych.
– Słowem się nie odezwałem...
Sancticus uniósł zdrową brew i rozpoczął marsz, a Albus – nie mając innego wyjścia – po prostu za nim podążył.
Ziemia pod stopami wydawała się gąbczasta, czym dawała do zrozumienia, że dopiero niedawno przestało padać. Szedł więc ostrożnie stopę lub dwie za towarzyszem, od czasu do czasu się zatrzymując, aby mógł on wykonać skomplikowany ruch różdżką.
– Czy... na bieżąco dezaktywujesz zabezpieczenia? – zapytał, szczerze zaciekawiony.
– Nie, skanuję teren w ich poszukiwaniu. Gdy na coś natrafię, lepiej będzie obejść zaklęcie, niż się z nim mierzyć. Niektóre uroki aktywują się, dopiero kiedy ich struktura zostaje naruszona. Zważaj na okolicę – dodał nauczyciel.
– To znaczy? – spytał chłopiec, schylając się pod wystającą gałęzią starzejącego się drzewa. W miarę, jak zapuszczali się w głąb wyspy, docierało do nich coraz mniej światła słonecznego.
– Szukaj potencjalnego schronienia. Kiedy zacznie padać, będziemy potrzebować dobrej kryjówki – wytłumaczył Fairhart. – Zacierasz za sobą ślady?
– Hm? – Albus się obejrzał i zobaczył pojedynczą ścieżkę błotnistych śladów stóp. – Przepraszam! – Natychmiast machnął różdżką.
– Nie przepraszaj, tylko zapamiętaj tę lekcję – powiedział mężczyzna, rozproszony. – Stój przez chwilę spokojnie.
Zgodnie z poleceniem, ślizgon zastygł w bezruchu, po czym patrzył, jak Sancticus przykłada czubek różdżki do swojej głowy, a następnie do jego. Poczuł się co najmniej dziwnie.
– Hm, co zrobiłeś...?
– Rzuciłem zaklęcie superczujnikowe, czyli czar wyostrzający zmysły. Trzeba z nim jednak uważać, gdyż organizm źle reaguje na intensywne, przytłaczające zapachy oraz wysokie dźwięki – wyjaśnił mentor. – Użyłem go przez wzgląd na miejscowe przeszkody, bo chcę, żebyśmy byli w jak najlepszej formie.
Albus skinął głową, chociaż nie odczuł żadnej zmiany. Wiedział jednak, że zaklęcie w końcu się przyda, zwłaszcza biorąc pod uwagę, iż nie dysponowali rozległą wiedzą na temat okolicy.
Wtem usłyszał szelest.
Prawie podskoczył, wystraszony, a potem odwrócił się w kierunku miejsca hałasu i przygotował różdżkę. Krzak się poruszył.
Fairhart także przyjął bojową postawę, ale na to, co stało się później Albus był kompletnie nieprzygotowany.
Z gąszczu wybiegło nie mniej niż dziesięć nieśmiałków. Wszystkie były małe, ale niewiarygodnie szybkie, a ich ciała przypominały gałązki, tak więc oglądanie przypadkowego, stadnego przebiegu było całkiem śmiesznym doświadczeniem. Po drodze wydawały z siebie piskliwe dźwięki, najwyraźniej nieświadome, że wystawiały darmowe przedstawienie dwóm przedstawicielom innego gatunku.
– Spokojnie. – Uśmiechnął się Sancticus. – To tylko nieśmiałki...
– Wiem, po prostu ich nie lubię – odpowiedział z przejęciem, wpatrzony w roślinność, w której znikali. – Co tutaj robią? – burknął.
– Wyspa nie została stworzona przez Ministerstwo, a przez to nie podlega magizoologicznym regulacjom prawnym. Nie mogę sobie nawet wyobrazić zalążków ekosystemu w czasach, kiedy gościli tu dementorzy, ale podejrzewam, że teraz, gdy nie okupują więzienia, wyspa obfituje w różnego rodzaju stworzenia.
Albus potaknął, podczas gdy Fairhart zaczął obchodzić teren, najprawdopodobniej, aby nie uruchamiać żadnych zaklęć obronnych.
Nie napotkawszy innych niespodzianek, szli przez ponad dziesięć minut, aż w końcu obrali inny kierunek.
– Czy zrobiliśmy kółko? – zapytał chłopiec, wpatrzony w ogromne więzienie ze świadomością, że nie zbliżyli się do niego nawet na kilometr.
– W istocie. – Sancticus wyciągnął przed siebie różdżkę. – Najciekawsze, że urok został zaprojektowany tak, żeby blokować przejście stworzeniom o większej wadze. Nieśmiałki, które przed paroma chwilami widzieliśmy, przedostały się bez najmniejszego problemu.
– Co to oznacza? – spytał, lekko zbity z tropu brakiem zwyczajowego opanowania w głosie nauczyciela.
– Ministerstwo Magii wzniosło na wyspie różnego rodzaju bariery. Ta, na którą natrafiliśmy, nie przepuszcza ciężkich zwierząt.
Ślizgon zamarł.
– Czyli gdzieś w okolicy kręci się duże stworzenie...
– Najprawdopodobniej – powiedział mężczyzna, a potem stanął w miejscu; akurat dotarli do niewielkiego borowiska****. – Och, z pewnością – dodał. – Bądź cicho, Albusie. Jestem przekonany, że nie chcesz obudzić bestii.
Nastolatek uniósł z zaciekawieniem brwi. Dlaczego Fairhart podejrzewał, że myszkujące gdzieś w okolicy zwierzę, jakiekolwiek by nie było, spało?
No właśnie.
Zaklęcie superczujnikowe znacząco wyostrzyło mu słuch, dzięki czemu wyłapał głęboki oddech i ciche pochrapywanie, a do jego nozdrzy doleciał nieprzyjemny zapach zgnilizny. Powoli podszedł bliżej Sancticusa i z trudem powstrzymał sapnięcie na widok tego, co leżało zaledwie dziesięć stóp przed nimi.
Choć zwinięta w kłębek do snu, bestia była głośna i naprawdę duża – mniej więcej dwa razy większa od średniego wzrostu człowieka. Albus najpierw zwrócił uwagę na jej szare futro, a następnie na coś bardziej przerażającego. Stworzenie było krzyżówką trzech gatunków. Charakteryzowało się lwim łbem, okraszonym krzaczastą czerwoną grzywą oraz groźnie wyglądającym pyskiem, który najprawdopodobniej z łatwością skruszyłby ofierze kości. Mimo że spało z łapami zarzuconymi na twarz, tylna część jego ciała wydawała się w pełni rozbudzona. Długi, gruby ciemnozielony, łuskowaty ogon co rusz się poruszał – przypominał tył jaszczurki, a dokładniej, smoka.
Napotkali chimerę.
* Impedimenta – zaklęcie obronne, które jest zdolne do zamrażania celów, odpychania, unieruchomienia i spowalniania postępu obiektu na dziesięć sekund, co jest szczególnie przydatne w trakcie pojedynków. W oryginalnej serii czar ten zadebiutował w czwartym tomie, podczas przygotowań Harry'ego do Turnieju Trójmagicznego
** Kelpia (z ang.: kelpie) – brytyjski i irlandzki demon wodny, mogący przybierać różne kształty. Najczęściej ukazywał się pod postacią konia z wiechą sitowia zamiast grzywy. Kiedy zwabiał na swój grzbiet niczego nieświadomego nieszczęśnika, nurkował z nim na dno rzeki lub jeziora, gdzie zjadał go, pozwalając by wnętrzności wypłynęły na powierzchnię. Największa kelpia na świecie zamieszkiwała jezioro Loch Ness w Szkocji. Stworzenie swój debiut miało w „Fantastycznych zwierzętach i jak je znaleźć"
*** Druzgotek (z ang.: grindylow) – niedużych rozmiarów, bardzo szybki demon wodny. Druzgotek ma bladozielone ciało, pokryte rogami oraz bardzo długie palce, które zapewniają mu silny uchwyt, a także pozwalają udusić ofiarę. Żywi się głównie małymi rybami oraz glonami, chociaż zdarza mu się zapolować na człowieka. O druzgotach nauczał w oryginalnej serii Remus Lupin na obronie przed czarną magią, a następnie zostały one wykorzystane do drugiego zadania Turnieju Trójmagicznego
**** Borowisko – pole po wykarczowanym lesie iglastym
